-
nowość
Jeśli przebaczenie istnieje - ebook
Jeśli przebaczenie istnieje - ebook
W świecie, gdzie zło wydaje się wszechmocne, Massimi pokazuje, że w sercach zwykłych ludzi drzemie siła większa niż strach.
W cieniu zbliżającej się drugiej wojny światowej grupa młodych Anglików ryzykuje wszystko, by wywieźć żydowskie dzieci z Kraju Sudetów, które w przeciwnym razie czeka pewna śmierć. Każdy dzień stwarza nowe niebezpieczeństwa, a każdy wybór niesie ciężar, z którym trudno żyć.
To historia o bohaterstwie ludzi i ich cichej, ale bezgranicznej odwadze.
Jeśli przebaczenie istnieje to przejmująca, pełna emocji powieść o ocaleniu, winie i miłości, która potrafi przetrwać nawet największe okrucieństwo.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-48-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Protektorat Czech i Moraw_
_13 maja 1939_
Kiedy tylko pociąg opuścił Pragę, rozpędził się, wyjechał poza dachy i iglice Starego Miasta, poza pierwsze peryferyjne dzielnice i fabryki wzdłuż rzeki, a teraz pędził zdecydowany przez czeską wieś, mijał lasy, łąki, małe miasteczka u stóp wzgórz i samotne gospodarstwa, gdzie w zagrodach stały zwierzęta. Przez okna przedziału wpadał nieprzerwany ciąg cudowności i dzieci obserwowały je zafascynowane, opierając czoła o szyby i rozchylając palce, jakby to były płatki kwiatów.
Wiele z nich odbywało swoją pierwszą podróż bez rodziców i wszystko wydawało im się takie nowe, że nie myślały już o życiu pozostawionym za sobą, o udających wesołość matkach i ojcach, którzy odprowadzili je na dworzec i oddali nieznajomym, o braciach i przyjaciołach, którzy nie znaleźli miejsca w konwoju i wyjadą być może następnym. Na policzkach najmłodszych łzy z powodu rozstania zostawiły słone ślady, niezatarte, ale ich oczy błyszczały i przyglądały się światu z okien przedziałów, a huk kół toczących się po szynach wprawiał je w zachwyt. Pod koniec dnia miały zobaczyć morze – morze! – i popłynąć do Anglii, odległego kraju, który trudno było sobie nawet wyobrazić, istniejącego dotąd jedynie w książkach. Pora na tęsknotę miała przyjść dopiero później. Teraz był czas na ekscytację.
Petra Linhart natomiast się martwiła. Miała dwadzieścia trzy lata i była jedną z najstarszych pasażerek w pociągu, wraz z pięcioma koleżankami miała troszczyć się o potrzeby dzieci i dbać, by wszystko szło jak z płatka podczas tych osiemnastu godzin jazdy dzielących Pragę od Londynu. Była odpowiedzialna nie tylko za wagon, w którym podróżowała – numer pięć, trzydzieścioro sześcioro pasażerów w wieku od czterech do jedenastu lat, połowa dziewczynek i połowa chłopców, niemal wszyscy byli Żydami – lecz także za całą wyprawę, w której zorganizowaniu wzięła udział. Od wyboru nazwisk do zdobywania wiz, od kontroli jedynego bagażu, jaki każde dziecko mogło ze sobą zabrać, do przygotowania prowiantu na podróż, od powitania rodzin pod arkadami Dworca Wilsona, do kontaktów z nazistowskimi władzami w trakcie jazdy, cała odpowiedzialność za czwarty konwój spoczywała na niej. Czy uda jej się aż do końca opanować nerwy? A jeśli coś pójdzie nie tak, czy będzie potrafiła błyskawicznie zareagować? Ona nie była Doreen Warriner z tym jej nadnaturalnym spokojem. Nie była Trevorem Chadwickiem, potrafiącym śmiać się w twarz esesmanom. Chociaż tyle przeszła, również czuła się dzieckiem. Bezbronnym, nieświadomym, nieprzygotowanym.
Kiedy pociąg zaczął zwalniać w pobliżu granicy z Polską – był to przewidziany postój, być może najniebezpieczniejszy – Petra zerwała się na równe nogi.
– Dzieci, siedźcie spokojnie i bądźcie cicho – powiedziała do piątki, która dzieliła z nią przedział. Potem przeszła wzdłuż korytarza, zatrzymując się w drzwiach wszystkich przedziałów, aby powtórzyć te same polecenia: – Siedźcie spokojnie! I bądźcie cicho, aż wam powiem, że już można rozmawiać.
Pociąg zwalniał i zwalniał. Petra spojrzała w okno, w którym odbijała się jej postać, i ujrzała długie zasieki przecinające na pół pole, identyczne po obu stronach, niski budynek ze spadzistym dachem pół metra od peronów. Dziewczyna spodziewała się, że ktoś będzie czekał na nich na granicy, by sprawdzić wizy, ale nie było nikogo i dworzec też wyglądał na opustoszały.
Kiedy pociąg się zatrzymał, wypuszczając parę i gwiżdżąc, Petra otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Nie pomyliła się: po tej stronie nie było nic. Również na małym placyku z tyłu budynku, skąd odchodziła asfaltowa droga biegnąca na południe, nie było samochodów, motocykli ani żadnych innych śladów ludzkiej obecności. Jak to możliwe?
Zamknęła okno i przez chwilę się zastanawiała. Pozostawienie granicy niestrzeżonej było czymś nieprawdopodobnym. Czechosłowacja i Polska nigdy nie żywiły do siebie wrogości, lecz odkąd Hitler zajął Czechy i swastyka powiewała nad praskim Zamkiem, napięcie między oboma krajami wzrosło. Wielu obawiało się, że niemiecka polityka aneksji, złakniona _Lebensraum_, przestrzeni życiowej dla aryjskiego narodu, dopiero się rozpoczęła i że po Austrii i Czechosłowacji przyjdzie kolej na Polskę. A zatem gdzie są…
Drzwi wagonu otworzyły się nagle z metalicznym trzaskiem, aż podskoczyła. To nie były drzwi od strony dworca i Petra zdążyła się odwrócić, aby zobaczyć mężczyznę wsiadającego do pociągu. Był Niemcem w szarym mundurze. Z regularnych oddziałów, nie z SS, ale jego spojrzenie było takie samo jak te, które dziewczyna widziała już w ostatnich miesiącach wielokrotnie – zimne i znudzone. Karabin, który żołnierz miał przewieszony przez ramię, przeraził ją.
– Co… – zaczęła.
– Szukamy dziewczynki – powiedział Niemiec z twardym akcentem z północy sprawiającym, że zdanie przypominało wymierzony policzek. – Około dziesięciu lat. Jasne oczy. Są takie w wagonie?
Petra nie odpowiedziała.
Żołnierz ruszył korytarzem. Przewyższał ją o głowę, karabin kołysał mu się na ramieniu, szedł w kierunku pierwszego z przedziałów.
– Chcemy, by wszystkie wysiadły z pociągu, natychmiast.
Petra wciąż jeszcze nie rozumiała.
– Co pan zamierza?
W tej chwili podszedł drugi żołnierz, niższy, szczuplejszy, w okrągłych okularach rachmistrza na nosie. Minął ich, wszedł do pierwszego przedziału, zatrzymał się na moment, by przyjrzeć się dzieciom, potem przeszedł do następnego.
Pierwszy żołnierz zrobił to samo w trzecim i zostawił za sobą Petrę sparaliżowaną ze strachu.
W czwartym przedziale żołnierz w okularach znalazł Elsie Janeček, lat jedenaście, zielone oczy. Z niespodziewaną łagodnością poprosił ją, by wstała i poszła za nim, a Elsie, inteligentna dziewczynka, posłuchała go, nie protestując. Żołnierz w okularach powierzył ją temu z karabinem.
– Zaprowadź ją do niego – powiedział, a tamten skinął głową.
Petra usiłowała oponować.
– Czego chcecie? To tylko dziecko. – Brutalnie ją odepchnęli, aż uderzyła plecami o okno, dziewczynkę zaś poprowadzono korytarzem i wysadzono z pociągu.
Żołnierz w okularach szukał dalej w ostatnich przedziałach i znalazł kolejną pasażerkę odpowiadającą opisowi: Annikę Mahler, dziewięć i pół roku, oczy jasnoszare. Również ją poprosił dość grzecznie, by wysiadła z pociągu, i odprowadził ją osobiście, a kiedy mijał Petrę, schylił nawet głowę w geście pożegnania.
Kiedy opuścili wagon, z trzeciego przedziału dobiegł rozpaczliwy płacz – musiał to być głos Tomaša, najmłodszego w grupie – który sprawił, że Petra się otrząsnęła. Zdecydowanym krokiem przemierzyła korytarz, dotarła do otwartych drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Miała zamiar jeszcze raz zaprotestować i żądać wyjaśnień, ale to, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie.
Na środku pola, około dziesięciu metrów od pociągu, trzynaście dziewczynek klęczało i wpatrywało się w zasieki na granicy; były pilnowane przez dwóch uzbrojonych żołnierzy, a żołnierz w okularach spacerował w tę i z powrotem za ich plecami. Na coś czekali, ale na co?
Minęło nieskończenie dużo czasu, odmierzanego krokami żołnierza w okularach, zanim rozległ się odległy warkot, który szybko się zbliżał. Długi Mercedes o przyciemnionych szybach nadjechał gruntową drogą biegnącą wzdłuż torów i zatrzymał się w odległości metra od zasieków.
Żołnierz w okularach podszedł szybkim krokiem do drzwi samochodu, otworzył je i podniósł ramię w hitlerowskim pozdrowieniu.
Petra wytężyła wzrok, ale nie było takiej potrzeby; z samochodu wysiadł ogromny mężczyzna, wysoki i szeroki jak drzwi, z ogoloną głową, która lśniła w słońcu, i z czarną opaską na lewym oku.
– Znaleźliście je? – zapytał głębokim głosem, który dało się słyszeć nawet z tej odległości.
Żołnierz w okularach wyciągnął ramię i wskazał rząd dziewczynek klęczących na polu.
Olbrzym spojrzał przelotnie na pociąg i ruszył w ich kierunku. Kiedy znalazł się przy pierwszej, kazał jej wstać. Przez chwilę przyglądał się dziewczynce, następnie pokręcił głową i przeszedł do drugiej. Tej przyglądał się dłużej i z bardzo bliska, ujął ją za podbródek i obrócił w jedną i drugą stronę, w końcu jednak znowu pokręcił głową. Na trzecią dziewczynkę raczył spojrzeć tylko raz. Wyglądało na to, że czwarta go rozgniewała, i Petra zrozumiała dlaczego. Agota nie miała jeszcze ośmiu lat.
Olbrzym przeszedł do piątej i szóstej. Spytał o coś siódmą i dziewczynka, przerażona i drżąca, zrobiła dwa razy pełny obrót, po czym została wykluczona. Teraz przypominało to już nie egzekucję, lecz przesłuchanie. Selekcję.
Ósma dziewczynka była też w nieodpowiednim wieku, dziewiąta nie przyciągnęła uwagi olbrzyma dłużej niż na chwilę. Natomiast na widok dziesiątej pojaśniał na twarzy. Kazał jej wstać, przyjrzał się z bliska, obrócił ją. Może to była ona. Może to była ona.
Olbrzym zacisnął dużą dłoń na jej szyi.
Petra wychyliła się, zaniepokojona – ale coś w ciele dziewczynki, w jej oporze, czy też w braku oporu, go nie przekonało. Nie, to nie była ona.
Rozczarowany przeszedł do jedenastej, potem dwunastej, potem do ostatniej i żadnej nie zaakceptował.
Rozgniewany kiwnął głową i zaraz dwaj uzbrojeni żołnierze nakazali dziewczynkom wstać i popchnęli je w stronę pociągu.
– Przykro mi – powiedział żołnierz w okularach, pochylając głowę.
Olbrzym mruknął:
– Jesteście pewni, że dobrze szukaliście?
– Osobiście przeszukałem cały pociąg. Nie ma innych dziewczynek, które odpowiadałyby opisowi. Ale jeśli pan sądzi…
– W porządku – uciął tamten. – Spróbujemy z następnym.
– A co z tym?
– Z czym?
– Pozwolimy mu odjechać?
Olbrzym przez chwilę milczał. Znów spojrzał na konwój, po raz pierwszy zatrzymał wzrok na Petrze i uśmiechnął się do niej chytrze.
– Mogą zabrać wszystkich Żydów, jakich chcą – powiedział, podnosząc głos, aby być pewnym, że stojąca na stopniu dziewczyna go usłyszy. – Mogą zorganizować dziesięć pociągów dziennie. Im mniej ich będzie, tym lepiej. Ale pani zostaje – dodał ponuro. – Z panią muszę się policzyć.
Wsiadł z powrotem do Mercedesa, który stał cały czas z włączonym silnikiem, i kiedy drzwi auta się zatrzasnęły, dał od razu znak do odjazdu.
Dziesięć minut później wszyscy pasażerowie byli znowu w przedziałach i pociąg pędził jak szalony w kierunku morza. Wszyscy zapomnieli o dziwnym zdarzeniu na granicy z wyjątkiem trzynastu dziewczynek, które, tak czy owak, niewiele z tego zrozumiały. Wzięto je za kogoś innego. Niebezpieczeństwo wydawało się zażegnane.
Co do Petry – co do mnie – miałam nigdy nie zapomnieć widoku olbrzyma, który oglądał je po kolei, obracał, trzymał za szyję. Długo miałam czuć tę dłoń również na swojej skórze, palącą jak rozżarzone żelazo, twardą jak imadło.
To wtedy, tamtego dnia, na polskiej granicy, wreszcie zrozumiałam.CZĘŚĆ PIERWSZA. DZIEWCZYNKA OD SOLI
Część pierwsza
Dziewczynka od soli
Listopad 1938
_Krążyła wieść, że Wielka Brytania gotowa jest wpuścić do swego kraju tysiące dzieci, trudno było jednak uzyskać jakąś konkretną informację. Moja matka i ja (ojciec był w obozie koncentracyjnym) postanowiliśmy, że pojedziemy do najbliższego brytyjskiego konsulatu, by dowiedzieć się czegoś więcej. Podróż okazała się rozczarowaniem. Istniał wprawdzie taki plan, lecz nie miał nic wspólnego z brytyjskim rządem i w konsulacie nie znali żadnych szczegółów. Poradzono mi tylko, abym napisał do Komitetu, i dali mi nazwisko oraz adres. Wróciłem do domu bardzo przygnębiony. Miałem trzynaście lat._1
Nazywano ją Dziewczynką od Soli, ponieważ co wieczór, kiedy ciemność ogarniała miasto, można ją było spotkać na początku uliczki – nigdy dwa razy w tym samym miejscu, nigdy w świetle dnia – jak sprzedawała przechodniom woreczki z niebieskiego płótna z garścią soli, od dawna nie do zdobycia. Nikt w Pradze nie wiedział, jak się nazywa ani skąd pochodzi. Nikt przede wszystkim nie miał pojęcia, jak udaje się jej zdobyć ten cenny towar. Dziewczynka pojawiała się po zachodzie słońca i znikała przed świtem, nie ufała nikomu. Moneta, woreczek. To wszystko.
Wielu z tych, którzy przeszukali wzdłuż i wszerz dzielnice na południe od rzeki i wrócili do żon ze spuszczoną głową i pustymi rękami, doszło w końcu do wniosku, że mają do czynienia jedynie z legendą; w getcie był Golem, a na Starym Mieście ona. Kiedy czasy są ciężkie, ludzie lubią słuchać takich opowieści.
Ale Dziewczynka od Soli nie była legendą, istniała naprawdę i mogę o tym zaświadczyć, ponieważ poznałam ją jako istotę z krwi i kości, w najważniejszej chwili naszego życia.
Po raz pierwszy usłyszałam o niej w listopadzie 1938 roku. Skończyłam niedawno dwadzieścia trzy lata, tego samego dnia, kiedy Hitler, za zgodą innych narodów, przyłączył do Rzeszy kawałek Czechosłowacji, włącznie z wsią, gdzie mieszkałam. Mój mąż Pavel, porządny człowiek z zamiłowaniem do polityki, zmarł zaraz po bójce między zwolennikami Hitlera a czeskimi nacjonalistami i szok z powodu jego śmierci okazał się fatalny również dla dziecka, które nosiłam. Naszego pierwszego dziecka. Straciłam je, a byłam w piątym miesiącu ciąży, teraz nie umiem nawet opisać, jaka złość i wściekłość mnie ogarnęły. Sądziłam, że w miarę upływu czasu rana przestanie boleć, ale nie. Wystarczała chwila nieuwagi, by znów zaczynała krwawić.
Samotna, zrozpaczona, złakniona sprawiedliwości lub przynajmniej odwetu, kiedy już minął stan otępienia, porzuciłam wszystko, co zostało z mojego dobytku na wsi i przeniosłam się do wielkiego miasta, gdzie nic nie miało mi przypominać o przeszłości. Moje serce stało się wówczas jałowe i twarde niczym kamień wyschły na słońcu, postanowiłam więc zmienić imię i nazywać się Petra, Petra Linhart. Tak przedstawiłam się w pensjonacie Urquell; miał przyzwoite pokoje dla samotnych kobiet, dwa kroki od getta. Tak wołali na mnie klienci piwiarni Stifft, z której był widok na Wełtawę, podawałam tam do stolików. Potem pewnego dnia poznałam Węgra, który sporządzał fałszywe dokumenty dla przemytników, i w zamian za baryłkę piwa stałam się Petrą również na papierze. Pod koniec listopada nie pozostało już nic z kobiety, którą niegdyś byłam, i mogłam zabrać się do dzieła.
W tamtych dniach w Pradze były tysiące uciekinierów, głównie z Sudetów, tak jak ja, lecz jeszcze więcej było opozycjonistów i Żydów, którzy po nocy kryształowej wreszcie pojęli, że nie są bezpieczni. Kto miał środki i kontakty, ten uciekał najszybciej jak się dało, często bez bagażu; kto nie miał pieniędzy, robił wszystko, by je zdobyć. Wyjazd z kraju stał się głównym celem dla wszystkich, którzy obawiali się, że znajdą się na listach Himmlera, czyli dla intelektualistów, dziennikarzy, polityków, działaczy sympatyzujących z antynazistowskimi stronnictwami… Była to mała armia bez broni, świadoma, że nie ma szans w starciu z gestapo, szykowała się więc na dobrowolne wygnanie.
Głównym problemem nie było jednak zdobycie ani pieniędzy, ani dokumentów, lecz decyzja, dokąd jechać. Hitler miał już wszędzie przyjaciół i w całej Europie był tylko jeden rząd gotów udzielić azylu uchodźcom: rząd brytyjski. Ale wiz było niewiele i trudno je było zdobyć, a od obywatela Czechosłowacji wymagało to nadludzkich wysiłków. Przede wszystkim trzeba było znać kogoś po drugiej stronie kanału La Manche, kto uruchomiłby procedurę i poręczył za taką osobę. Przedsięwzięcie niemal niemożliwe, dopóki do Pragi nie przybyła Doreen Warriner, kobieta mająca odmienić moje życie.
Poznałam ją dzięki innemu bywalcowi piwiarni. Pewnego dnia dwaj niemieccy żołnierze przyszli na obiad – nie byli jeszcze okupantami, jedynie niemile widzianymi gośćmi. Byli nowi i prawdopodobnie przed przyjściem zdążyli już sporo wypić. Śmiali się głośno, opowiadali sobie sprośne dowcipy, przechodząc z czeskiego na niemiecki, usiłowali zaczepiać kelnerki. Kiedy podeszłam, by odebrać od nich zamówienie, starszy z nich objął mnie i chciał zmusić, bym usiadła mu na kolanach.
– No jak, ślicznotko, zrobimy sobie dziecko? Aby przyczynić się do łączenia ras…
Drugi wybuchnął śmiechem i zaczął walić ręką w stół; sztućce pospadały na ziemię, wszyscy goście zaczęli się przyglądać. Uwolniłam się tak szybko, jak tylko mogłam, pozbierałam wszystko z uśmiechem i raz jeszcze spytałam, czego sobie życzą, trzymając się tym razem na bezpieczną odległość. Chcieli piwa, czegóż innego mogliby chcieć? Przyniosłam od razu dwa kufle zimnego Pilznera – ale najpierw do nich naplułam.
Nie miałam zwyczaju tak się zachowywać i wyszło mi to na tyle niezręcznie, że jeden ze stałych bywalców, niejaki Werner, milczący Szwajcar, zauważył. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zdrętwiałam, ale on zrobił rozbawioną minę i puścił do mnie oko, jakby chciał powiedzieć: Należy im się. Ja również uśmiechnęłam się nieśmiało z wdzięcznością i zaniosłam kufle obu Niemcom, którzy tymczasem zaczęli zaczepiać inną kelnerkę i dali mi już spokój.
Po obiedzie, kiedy sprzątałam ze stolików na tarasie owiewanym jesiennym wiatrem, zauważyłam Wernera siedzącego na uboczu, z twarzą zwróconą w stronę Zamku. Był taki milczący, że o nim zapomniałam, i drgnęłam, kiedy zadał mi pytanie:
– Petra, czy pomyślałaś kiedyś, by przysłużyć się sprawie?
Powiedział to cicho, ledwo dosłyszalnie, wpatrując się cały czas we wzgórze. Mogłam się pomylić, ale wiedziałam, że naprawdę wymówił te słowa.
– Sprawie? – spytałam, jak gdybym od razu nie zrozumiała. Jak gdyby nie ogarnął mnie już niepokój.
Werner kiwnął głową, nie odwracając się.
– Wydaje mi się, że niezbyt lubisz szkopów.
Rozejrzałam się instynktownie, chociaż wiedziałam, że jesteśmy sami.
– Jak mogłabym ich lubić? – odpowiedziałam cicho.
Znowu kiwnął głową, grymas wykrzywił mu twarz.
– Znam twoją historię. Przykro mi z powodu tego, co przeszłaś. Wyobrażam sobie, jak musi być ciężko zacząć od początku po takiej żałobie, w nowym mieście. Jesteś silną kobietą, Petra. Odważną. Dlatego pomyślałem, że być może przydasz się sprawie.
Znowu to słowo. Znowu ten niepokój. Stałam nieruchomo i czekałam, jak przy spotkaniu z dzikim zwierzęciem, które boisz się sprowokować nieostrożnym ruchem.
– Niektórzy twierdzą, że będą tu przed Bożym Narodzeniem – mówił dalej Werner. – Niektórzy uważają, że zaczekają na nowy rok albo na koniec zimy. Ale przyjdą, wszyscy to wiemy. I wtedy dla wielu będzie za późno.
– Nie zamierzam uciekać raz jeszcze – oznajmiłam, zaciskając pięści.
Oderwał wzrok od panoramy, odwrócił się na krześle.
– Oczywiście, że nie. Jesteś silną kobietą. Odważną – powtórzył. – Ale są tacy, którzy nie mogą sobie pozwolić na to, by zostać, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Im potrzebna będzie pomoc.
– Czy to jest ta sprawa?
Werner uśmiechnął się.
– Jedni tworzą listy. Inni zdobywają dokumenty. Jeszcze inni pieniądze. Aby wyjechać, potrzeba jednak miejsca, gdzie można się udać, a o to może zadbać tylko jedna osoba.
– Jedna osoba?
– Angielka.
Pokręcił głową, jak gdybym chciała powiedzieć, że nic mi o tym nie wiadomo.
– Nazywają ją tak, ponieważ jest Angielką – wyjaśnił Werner i zaśmiał się. Widząc, że mnie to nie rozbawiło, dodał poważnym tonem:
– Przyjechała niedawno do miasta, ale od razu zabrała się do roboty. Organizuje wyjazdy, zdobywa wizy, środki transportu. Potrzebna by jej była pomoc. Zaufana asystentka.
Przeniknął mnie dreszcz podniecenia.
Oto moja okazja.
– I ja bym się nadała?
– Sądzę, że tak. Jesteś dzielna. I pracowita. Pochodzisz stąd, ale znasz angielski…
– Tylko trochę. Tyle, co nauczyłam się w szkole…
– Słyszałem, jak rozmawiałaś kilka dni temu z turystami. Dajesz sobie radę. I masz charakter. – Werner znowu się zaśmiał. – Przypuszczam, że byś się jej spodobała. Ale jest tylko jeden sposób, aby się tego dowiedzieć.
Wstał z krzesła. Otrzepał się, potem popatrzył mi w oczy tym swoim uwodzicielskim spojrzeniem, jakby namawiał mnie na randkę.
– O której kończysz pracę?2
Czekał na mnie na zewntąrz aż do piątej, oparty o ścianę piwiarni, ze wzrokiem wbitym w chmury i kiedy zobaczył, że wychodzę w zimowym płaszczu, wełnianym szaliku zakrywającym mi twarz i czapce naciągniętej na uszy, uśmiechnął się do mnie.
– Tak ubrana wyglądasz jak szpieg – powiedział, podchodząc do mnie. – Myślałem, że wy, górale, jesteście bardziej wytrzymali.
– Moja wieś leży w dolinie. Nie przywykłam do takiego zimna.
– To z powodu rzeki – wyjaśnił, ruszając w przeciwnym kierunku, w stronę Starego Miasta. – Zobaczysz, jak zacznie padać śnieg! Jeśli nie chcesz, by odpadł ci nos, raczej rano zostaw go w domu przed wyjściem…
Mówił tak o tym i owym, żartował, jakbyśmy byli parą starych przyjaciół spacerujących ulicami centrum, później miałam się zastanawiać, czy zachowywał się tak specjalnie – czy to wszystko nie było komedią dla ewentualnych obserwatorów, szpiegów, jak powiedział – ale wtedy wydało mi się to dziwne, może nawet nie na miejscu. Niepasujące do powagi zadania, którego miałam się podjąć.
Minęliśmy Plac Betlémské i szliśmy oświetloną aleją aż do trójkątnego Placu Uhelnego. Stamtąd inna aleja doprowadziła nas do ulicy Jungmannovej, u stóp wysokiego Kościoła Matki Boskiej Śnieżnej, białego i dużego niczym zamek z bajki.
– Tędy – powiedział Werner, biorąc mnie delikatnie za łokieć i ruszając wysadzaną drzewami uliczką na prawo od wejścia do kościoła. Mimo pory i zimna ujrzeliśmy kolejkę mężczyzn i kobiet, którzy w milczeniu przyglądali się nam podejrzliwie. Mój towarzysz zdawał się nie przejmować ich spojrzeniami, nie skinął im nawet głową ani na nich nie popatrzył. Zaprowadził mnie na koniec uliczki, gdzie z lewej strony znajdowała się drewniana furtka, przed którą stał czerwony na twarzy starszy człowiek, szerszy niż wyższy. Na widok Wernera rozpromienił się.
– Hej, Bill – zawołał. – Co dobrego zrobiłeś w życiu, że towarzyszą ci zawsze takie piękne kobiety?
– Nie w obecnym życiu – odpowiedział Werner – ale w poprzednim. Dlatego zachowuj się dobrze!
– Ja? – zdziwił się starszy człowiek. – Jeśli jest tak, jak mówisz, w przyszłym życiu będę Rockefellerem!
Werner zaśmiał się i ja też się uśmiechnęłam mimo całego napięcia, zażenowania z powodu tego, że wszyscy się we mnie wpatrują, i zmęczenia dniem pracy.
– Idziecie do Doreen?
– Tak, jest jeszcze w biurze?
– A kiedy nie jest? Mówią, że śpi oparta o biurko.
– Nieprawda – odparł Werner, popychając mnie za furtkę. – Doreen nigdy nie śpi.
Dobiegł nas jeszcze śmiech naszego rozmówcy, kiedy weszliśmy do pięknego ogrodu, pełnego drzew, niskich, zadbanych żywopłotów i grządek z leczniczymi ziołami. W powietrzu unosił się silny zapach: tymianek, lawenda, anyż tworzyły odurzającą kompozycję, która w połączeniu z półmrokiem i ciszą panującą w tym sekretnym miejscu, tuż przy wielkim kościele, sprawiła, że na chwilę zakręciło mi się w głowie.
– Ogrody franciszkanów – wyjaśnił mój przewodnik, prowadząc mnie w stronę niskiego, kwadratowego budynku pośród zieleni, jakby murowanej chaty. – Należą do klasztoru. Latem to jest najbardziej magiczna część miasta. Zimą pozostają zamknięte i zakonnicy udostępnili je nam dla naszej działalności.
Przed drzwiami budynku zobaczyłam znów kilka osób, mężczyzn i kobiet, wszyscy trzymali w rękach dokumenty i najwyraźniej czekali niecierpliwie na swoją kolej. Młodsza ode mnie dziewczyna siedziała za stolikiem, obok stał piecyk koksowy, przy którym się ogrzewała. Zestawiała listę nazwisk ze stosu dokumentów podobnych do tych, które trzymały oczekujące w kolejce osoby. Po każdej linijce brała dokument, z którego już skopiowała dane, i wrzucała go do ognia, aż iskry wzbijały się w ciemne niebo.
Werner podszedł do stolika.
– Grete – powiedział.
Dziewczyna nie podniosła nawet oczu.
– Czego jeszcze chcesz, Bill? W końcu nie wyjechałeś?
– Ja też uwielbiam twoje towarzystwo i nie mogłem się doczekać, kiedy cię znowu zobaczę – odparował Werner, lub może Bill, jak wszyscy go nazywali. – Muszę zobaczyć się z Doreen.
Grete wzruszyła ramionami.
– Skoro nie da się tego uniknąć…
Dokończyła spokojnie przepisywać dokument, wrzuciła go do piecyka i już miała wziąć kolejny ze stosu.
– Grete – powtórzył Werner.
Dziewczyna spojrzała na nas oboje.
– A ona? – spytała.
– Mile widziany gość.
– Może stanąć w kolejce.
– Nie przyszła tu, by prosić. Przyszła, by dać coś od siebie.
Grete obróciła się na krześle. Przyjrzała mi się chłodno, jakby zdejmowała miarę na ubranie. Potem westchnęła, pokręciła lekko głową – upewniwszy się jednak, że nie uszło to mojej uwadze – i wstała. Otworzyła drzwi i weszła do oświetlonego wnętrza.
– Nie lubi cię? – spytałam.
– Kogo, mnie? Mnie wszyscy lubią – odparł Werner. – Ale ona chciałaby czegoś więcej.
Drzwi otworzyły się znowu, pojawiła się Grete.
– Pięć minut – oznajmiła, nawet na nas nie patrząc, i usiadła ponownie.
– W ciągu pięciu minut można zrobić wiele ciekawych rzeczy – uznał Werner. Potem, nie czekając na odpowiedź, wepchnął mnie do środka.
Pomieszczenie wydawało się zadziwiająco duże. Było miejsce na trzy stoliki, dwa fotele i regał pełen segregatorów, teczek, atlasów, słowników. Na ścianie wisiała duża mapa Europy Środkowej z kolorowymi pinezkami pokazującymi rozmieszczenie obozów dla uchodźców wokół Pragi i posuwanie się nazistowskiego frontu na zachodzie i na północy. Linie kolejowe prowadzące w kierunku Niemiec i Polski zaznaczone były na czerwono. Te w kierunku Austrii kończyły się na granicy serią krzyżyków.
Przed większym stolikiem, gdzie leżały stosy segregatorów, zobaczyłam kobietę, mniej więcej trzydziestoletnią, o delikatnych rysach twarzy, lecz twardym spojrzeniu jasnych oczu, bladą jak ktoś, kto dawno nie widział słońca. Na ramiona opadała jej wspaniała burza ciemnych włosów, być może najbardziej uderzająca cecha jej wyglądu, który poza tym nie przyciągał uwagi.
– Doreen – przywitał ją Werner.
– Bill – odpowiedziała roztargnionym tonem, zajęta czytaniem dokumentu napisanego na maszynie.
– Przyprowadziłem ci kogoś. Przyda się – dodał.
Nikt tak o mnie jeszcze nie mówił i niezbyt mi się to spodobało.
Skończyła czytać linijkę, może akapit, potem głęboko westchnęła i zwróciła wzrok w naszą stronę. Poczułam nagle, że pada na mnie mocne światło, jak gdyby latarnia morska oświetliła łódkę zagubioną na morzu. Intensywność. Zdolność skupiania uwagi na jednej rzeczy, kwestii, osobie, tak że wszystko inne wokół znikało. Minęły od tamtej pory całe dziesięciolecia, lecz nie zapomniałam tego wrażenia. Nie zapomniałam cię, Doreen.
– Jak się nazywasz? – zapytała, przyglądając mi się z obojętnym wyrazem twarzy, ani zainteresowana, ani znudzona.
– Petra – opowiedziałam po chwili zastanowienia. – Petra Linhart.
– Jesteś Czeszką – oświadczyła i dodała w moim języku: – Ale nie z Pragi. Z Karlowych Warów?
– Niedaleko.
Doreen kiwnęła głową. Przeszła na angielski, chyba po to, żeby Werner mógł zrozumieć.
– Czemu mi ją przyprowadziłeś?
– Dziewczyna jest bystra. Mówi w obu językach, a także, powiedzmy, nie lubi Niemców. Mogłaby pomóc przy tym projekcie.
Zauważyłam, że oczy Doreen pociemniały. Prawdopodobnie projekt nie był czymś, o czym można było rozmawiać w obecności nieznajomych.
– Możemy jej zaufać – upierał się mój obrońca. – Sprawdziłem.
Doreen odłożyła dokument, obeszła stolik i zatrzymała się metr ode mnie. Przyjrzała się mojej sylwetce, potem twarzy, potem oczom, jak gdyby w poszukiwaniu czegoś, nie wiedziałam czego. Trwało to długie sekundy, może minuty, poczułam się bardziej naga niż kiedykolwiek w życiu, bardziej niż kiedy po raz pierwszy rozebrałam się przed Pavlem, bardziej niż kiedy jego mordercy przyszli do mnie i…
– Ile masz lat? – spytała Doreen.
– Dwadzieścia trzy. Dopiero skończyłam.
– Taka młoda i już musisz się mierzyć z tak wielkim cierpieniem?
Nie dała mi czasu na odpowiedź.
– Posłuchaj – zmieniła ton i odtąd mówiła do mnie bezpośrednio i tylko o sprawach praktycznych z wyjątkiem dwóch rzeczy. – To, co tu robimy, nie jest nielegalne, lecz może się stać niebezpieczne. Mamy mało czasu, dlatego nie lubimy go marnować. Pracujemy dwadzieścia godzin na dobę, za darmo, nikt nam nie podziękuje. Jako czeska obywatelka mogłabyś mieć kłopoty, z pewnością nie chroniłoby cię obce obywatelstwo, tak jak mnie czy Billa.
– Chyba że tymczasem wybuchnie wojna – wtrącił Werner.
– Jeśli nie czujesz się na siłach, by nam pomóc – podsumowała Doreen – pożegnamy się teraz. Jeśli jednak uważasz, że dasz radę, zaczniemy od razu i nie będziesz mogła się wycofać aż do końca ani powiedzieć nikomu o tym, co tu robimy. Rozumiesz?
Rozumiałam. Jeszcze jak.
– Nie pytam cię nawet, dlaczego jesteś skłonna to robić – dodała ciszej, wracając do stolika i szperając wśród segregatorów w poszukiwaniu czegoś. – Można to wyczytać z twoich oczu. – Znalazła grubą kopertę, z której wysypywały się kartki. Wróciła do mnie. – Uważaj tylko na jedno: złość, gniew, pragnienie sprawiedliwości lub zemsty to świetne paliwo, najskuteczniejsze, jakie istnieje. Niemal zawsze jednak kończy się tym, że w końcu podpala nas samych.
Powiedziała to i wręczyła mi kopertę.
– Dzieci bez rodziców. Dostajemy sygnały z obozów, ale nie wiemy, ile ich jest naprawdę. Sprawdź i zrób mi dokładną listę, na wczoraj.3
O Dziewczynce od Soli dowiedziałam się następnego dnia, kiedy z polecenia Doreen wybrałam się do jednego z obozów dla uchodźców na północ od miasta. Werner przyjechał po mnie o świcie do pensjonatu i zabrał swoją granatową Tatrą, pełną uszkodzeń i zadrapań. Zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach, raz w getcie, w Synagodze Hiszpańskiej, i raz na Kampie, gdzie, jak miałam później odkryć, mieściła się praska siedziba Kawalerów Maltańskich. W obu wypadkach zostawił mnie samą w samochodzie na kilka minut i wrócił objuczony ciężkimi workami z juty, które umieścił na tylnych siedzeniach.
– Węgiel – oznajmił, widząc moją ciekawość. – W obozie jest zimno.
I było naprawdę zimno, o wiele bardziej niż w mieście, nie był to bowiem prawdziwy obóz, z ogrodzeniem, barakami i latrynami, lecz rozrastające się obozowisko w lesie, gdzie ci, co mieli najwięcej szczęścia, mogli liczyć na namiot z odzysku, inni zaś musieli się zadowolić kocem rozpiętym na gałęziach drzew. Wszędzie pomiędzy deskami pozwalającymi przejść przez błoto i blachami osłaniającymi przed wiatrem, czuć było dym, który wydobywał się z kilkudziesięciu zardzewiałych baniek, rozstawionych gdzie popadło, wokół których zgromadziły się chmary dzieci oraz starcy o otępiałym spojrzeniu. Mężczyźni, ponurzy i dumni, siedzieli trochę dalej, opierali stopy na kamieniach albo drewnianych skrzynkach, aby nie dotykać lodowatej ziemi, kobiety zaś pracowały w małych grupkach, szyjąc, gotując, niańcząc najmłodsze dzieci, które płakały. Nad wszystkimi ciążyło poczucie stałej tymczasowości, jak gdyby trafili do otchłani mającej trwać wiecznie i nie miało żadnego sensu z tym walczyć. Trzeba było tylko to znosić.
Kiedy pojawił się Werner, dzieci i mężczyźni podeszli do niego i ustawili się w zdyscyplinowanej kolejce. W oczach błyszczał im pełen godności niepokój, nie złamał ich jeszcze mający nadejść w następnych miesiącach głód. Przechodzili po kolei, każdy dostawał po jednej bryłce węgla z worka, dzieci po dwie.
– Czasami przynoszę nawet trochę cukierków – wyznał mi szeptem Werner – ale zaczyna brakować funduszy, musimy przeznaczać je na rzeczy bardziej niezbędne.
Wypowiedział to ostatnie słowo pogardliwym, niemal sarkastycznym tonem. Jakby w jego oczach nic nie było bardziej niezbędne od cukierków dla dzieci.
Worki szybko się opróżniły i ostatecznie nie wszyscy z kolejki dostali węgiel. Nie było jednak słychać narzekań. Nikt nie próbował oszukiwać, ustawiając się w kolejce dwukrotnie albo biorąc więcej, niż mu się należy. Po prostu los tak chciał, że nie wystarczyło dla wszystkich. Ogniska zresztą były wspólne, a uchodźcy stanowili jedną wielką rodzinę. Mieli sobie pomagać, jak od zawsze to robią ostatni na tej ziemi.
Poza tym kwitła wymiana, najstarsza forma handlu, i byłam świadkiem jednej z nich, zaskakującej, kiedy już składaliśmy z Wernerem puste worki. Dziesięcioletni bosy chłopiec podszedł do kobiety, która zszywała podarty koc, i pociągnął ją zdecydowanym ruchem dwa razy za spódnicę. Kiedy się odwróciła, by na niego spojrzeć, wyjął z kieszeni dwie bryłki węgla, które właśnie od nas dostał, i podał je bez słowa na wyciągniętych dłoniach. Patrzył jej w oczy wyczekująco. Kobieta musiała już mieć z nim kiedyś do czynienia, ponieważ nic nie mówiąc, kiwnęła głową, odłożyła koc i wstała. Z kieszeni wyjęła płócienny niebieski woreczek i pokazała mu go. Dziecko przytaknęło bez wahania. Kobieta wyciągnęła dłoń, on zaś podał jej dwie bryłki węgla. Potem szybko, jakby bał się, że straci okazję, wyrwał jej z ręki woreczek i zrobił krok do tyłu. Kobieta uśmiechnęła się, pokręciła głową i znowu zabrała się do zszywania starego koca. Chłopiec uciekł, ściskając woreczek, jak gdyby w środku była jego własna dusza.
– Widziałeś? – zapytałam Wernera, zaciekawiona.
– Co takiego?
– Tego chłopca. Wymienił węgiel na płócienny woreczek.
Werner wydawał się przejęty tym, co usłyszał. Podniósł na mnie wzrok.
– Płócienny woreczek?
– Tak, dała mu go ta kobieta. – Pokazałam mu ją.
– Niebieski? To znaczy woreczek?
– Tak, czemu pytasz?
Werner uśmiechnął się.
– Dziewczynka od Soli. – Potem dodał: – Chodź ze mną.
I ruszył w kierunku szyjącej kobiety.
– Proszę mi wybaczyć – powiedział, kiedy się do niej zbliżył.
Kobieta zdziwiona odwróciła się w jego stronę.
– Tak?
– Widzieliśmy wymianę – powiedział.
– Jaką wymianę?
– Z tym chłopcem – odparłam. – Węgiel za woreczek.
Wzruszyła ramionami.
– I co z tego? Węgiel był jego, teraz należy do mnie. Chyba nie chcecie go z powrotem?
– Nie chcemy go z powrotem – zapewnił ją Werner. – Dziewczynka od Soli. Wie pani, o kim mówię?
Znów zapadło milczenie, potem kobieta powoli kiwnęła głową.
– Ale nigdy jej nie spotkałam – powiedziała. – Woreczek dał mi przyjaciel. I nie mówił, skąd go ma.
– Czy ma pani jeszcze jeden? Chciałbym go zobaczyć.
– Miałam tylko ten. Josef męczył mnie już od wielu dni. W gruncie rzeczy wart jest więcej niż dwa kawałki węgla. Ale dzieci… – powiedziała, nie dokończyła jednak zdania. Wzruszyła tylko ramionami.
– Dzięki, tak czy owak – powiedział Werner, wyraźnie rozczarowany. Zostawiliśmy kobietę, by mogła dalej cerować swój koc.
Obóz był duży, było w nim co najmniej, jak obliczyłam, dwa tysiące osób, większość pochodziła z moich stron. Uchodźcy z Sudetów, którzy uciekli przed nazistowską inwazją. Nie rozpoznałam nikogo, lecz zobaczyłam około setki Żydów w tradycyjnych strojach i co najmniej trzy rodziny romskie. W normalnych okolicznościach nie żyliby wszyscy razem, ale to nie były normalne okoliczności – nie były już takie od dawna i nie wiadomo kiedy miały powrócić. Chodziliśmy wśród ognisk i namiotów, nasłuchując rozmów po czesku, słowacku, nawet po niemiecku – to byli, jak przypuszczałam, opozycjoniści, obywatele Reichu, którzy stanęli po niewłaściwej stronie i teraz groziła im śmierć – ja tymczasem myślałam o niebieskim woreczku i o tym, o co Werner pytał kobietę. W końcu ciekawość przeważyła.
– Kto to jest Dziewczynka od Soli? – zapytałam.
Werner otrząsnął się ze swoich myśli, spojrzał na mnie zdziwiony.
– Nigdy o niej nie słyszałaś?
Zaprzeczyłam.
– Od kiedy mieszkasz w Pradze?
– Od dwóch miesięcy – odpowiedziałam. – Ale oprócz pensjonatu i piwiarni nic nie widziałam, z nikim nie rozmawiałam.
Werner pokiwał głową.
– Kto to jest Dziewczynka od Soli – powtórzył. – Żeby można było to wiedzieć! Wielu sądzi, że to jakaś legenda. Znam kilka osób, które twierdzą, że naprawdę ją spotkały, ale jeśli ich posłuchasz, powiedzą ci, że Wzgórze Petřin pełne jest duszków, a w podziemiach Zamku mieszka smok… Ale woreczki krążą, widziałem ich sporo, a jeden widziałaś również i ty, prawda? A więc ktoś musi je rozprowadzać. Napełniać i rozprowadzać.
– Ale co takiego zawierają? – spytałam dość głupio.
– Sól. Sól w kryształkach, doskonałej jakości, nikt nie wie, skąd pochodzi. Dziewczynka sprzedaje ją na rogach ulic na Starym Mieście, przemieszcza się jednak nieustannie, wychodzi tylko nocą. I chce bardzo niewiele. Jedną monetę za woreczek.
Drgnęłam, Jedna monetę za woreczek, kiedy sól stała się taką rzadkością! Po konferencji w Monachium Reich zarekwirował wiele kopalń i sól szła prosto do Niemiec.
– Jeśli dziewczynka istnieje – mówił dalej Werner – dobrze byłoby się dowiedzieć, kim jest. Dotrzeć do niej, a od niej do soli. Sól pozwala na nadzwyczaj korzystne wymiany. Dlatego jej szukamy.
Przytaknęłam, ale nie miałam na myśli korzyści ekonomicznych; myślałam o dziecku, które kryła w sobie Dziewczynka. Kim jest, czy istnieje naprawdę? Gdzie mieszka? Czy nie ma opieki? Czy przypomina dzieci pozbawione rodzin, które Doreen poleciła mi odszukać, których nazwiska miałam umieścić na liście?
Zastanawiałam się nad tym wszystkim, kiedy usłyszeliśmy hałas dobiegający z gęstego lasu za obozem. Krzyki mężczyzn, wrzaski kobiet: „Zatrzymaj się!”, „Złapcie go”, „Uciekaj, Milan!”, „Tędy!”, „Bandyci!”.
Zobaczyłam, że Werner sztywnieje, źrenice rozszerzają mu się jak u ofiary w obliczu napastnika.
– Co się dzieje? – spytałam, ale on wziął mnie za ramię i pociągnął ze sobą, ukryliśmy się za kocem rozwieszonym na gałęzi.
– Pst! – szepnął, podnosząc palec do ust.
Usłyszeliśmy kolejne krzyki, echo wystrzału, który poderwał chmarę ptaków, potem tupot wielu nóg. „Wracaj tu!”, „Jesteś w pułapce!”, „Złapcie go!”. Przez dziurę w kocu zobaczyliśmy niskiego, przysadzistego mężczyznę w za dużym palcie, jak wyłania się z gęstwiny leśnej, brnie w śniegu.
– Kto to? – wyszeptałam.
Werner pokręcił głową.
Za mężczyzną pojawiło się pół tuzina ścigających go mężczyzn w mundurach, które od razu rozpoznałam i które wprawiły mnie w osłupienie.
– Policja?
– Nie dasz rady uciec! – krzyknął jeden z policjantów, najpierw po czesku, a potem w marnym niemieckim. – Nie utrudniaj nam zadania!
Drugi strzał, głośniejszy, bliższy. Zauważyłam pistolet w dłoni jednego z policjantów wycelowany w górę, aby nie zranić uciekiniera, ale go przestraszyć.
– Chcą wziąć go żywego – skomentował Werner, przysuwając się do mnie, żeby nas nie zauważono.
Mężczyzna w palcie sapał jak miech, twarz miał purpurową, ciemne włosy mokre od potu. Jego bieg przypominał teraz zataczanie się pijanego w śniegowym błocie, policjanci byli coraz bliżej.
– Zostawcie go! – krzyknęła jakaś kobieta po naszej prawej stronie.
– Uciekaj, Milan, uciekaj! – zawołał do niego stary człowiek z włosami niczym pajęczyna, rozwianymi na wietrze.
Ale Milan nie miał już sił i wkrótce policjant, pierwszy, którego usłyszeliśmy, jak krzyczy, zbliżył się na tyle, by skoczyć i złapać go za nogi. Obaj upadli na ziemię i toczyli się z rozpędu w błocie, aż w końcu wpadli w krzaki. Policjant usiadł na mężczyźnie i zaczął go okładać pięściami, słychać było głuchy łoskot, który przyprawił mnie o mdłości.
– Za to, że uciekałeś! Za to, że się nie zatrzymałeś! A to za to, że będę musiał sprać całe to gówno z munduru! Ty draniu.
Wreszcie po upływie bardzo długiego czasu, kiedy w całym obozie panowała cisza, jak gdyby wszystko uległo zawieszeniu, nadeszli kolejni policjanci i powstrzymali kolegę.
– Teraz już dosyć, wystarczy. – I rozdzielili ich.
– Milanie Kosmo – oświadczył policjant z pistoletem, cedząc słowa z powodu zadyszki. – Aresztuję cię w imieniu rządu. Jeśli będziesz stawiać opór, pogorszy to tylko twoją sytuację.
– Zostawcie go! Co takiego wam zrobił? – spytał stary człowiek z pajęczyną na głowie
– Panowie, proszę się rozejść – odpowiedział inny policjant, trzymając już w ręce pałkę. – Nie macie tu nic do roboty.
– To tylko biedak taki jak my! Nie wystarczy wam, że wypędziliście go z jego rodzinnych stron? Teraz chcecie go wydać w ręce wroga?
– Panowie, bardzo proszę – powtórzył policjant groźnym tonem.
Jego koledzy postawili Milana Kosmę na nogi – miał zmasakrowaną twarz, palto całe w błocie – i popychając go i szturchając, zaprowadzili do ciężarówki zaparkowanej przy wejściu do obozu.
– Werner, co się dzieje? – wyszeptałam znowu, krew we mnie wrzała, bo przypomniałam sobie mojego Pavla.
Wtedy wreszcie mi odpowiedział:
– Polityka. Hitler wymienia jakieś nazwisko i policja dostarcza człowieka. Biedny Milan już nie żyje. To właśnie nas czeka, kiedy Reich zajmie Pragę.
Zacisnął zęby, ręce mu drżały, potem westchnął.
– Chodźmy – powiedział. – Mamy robotę i coraz mniej czasu.