Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jeśli przebaczenie istnieje - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
2564 pkt
punktów Virtualo

Jeśli przebaczenie istnieje - ebook

W świecie, gdzie zło wydaje się wszechmocne, Massimi pokazuje, że w sercach zwykłych ludzi drzemie siła większa niż strach.

W cieniu zbliżającej się drugiej wojny światowej grupa młodych Anglików ryzykuje wszystko, by wywieźć żydowskie dzieci z Kraju Sudetów, które w przeciwnym razie czeka pewna śmierć. Każdy dzień stwarza nowe niebezpieczeństwa, a każdy wybór niesie ciężar, z którym trudno żyć.

To historia o bohaterstwie ludzi i ich cichej, ale bezgranicznej odwadze.

Jeśli przebaczenie istnieje to przejmująca, pełna emocji powieść o ocaleniu, winie i miłości, która potrafi przetrwać nawet największe okrucieństwo.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-48-0
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

_Pro­tek­to­rat Czech i Moraw_

_13 maja 1939_

Kiedy tylko pociąg opu­ścił Pragę, roz­pę­dził się, wyje­chał poza dachy i iglice Sta­rego Mia­sta, poza pierw­sze pery­fe­ryjne dziel­nice i fabryki wzdłuż rzeki, a teraz pędził zde­cy­do­wany przez cze­ską wieś, mijał lasy, łąki, małe mia­steczka u stóp wzgórz i samotne gospo­dar­stwa, gdzie w zagro­dach stały zwie­rzęta. Przez okna prze­działu wpa­dał nie­prze­rwany ciąg cudow­no­ści i dzieci obser­wo­wały je zafa­scy­no­wane, opie­ra­jąc czoła o szyby i roz­chy­la­jąc palce, jakby to były płatki kwia­tów.

Wiele z nich odby­wało swoją pierw­szą podróż bez rodzi­ców i wszystko wyda­wało im się takie nowe, że nie myślały już o życiu pozo­sta­wio­nym za sobą, o uda­ją­cych weso­łość mat­kach i ojcach, któ­rzy odpro­wa­dzili je na dwo­rzec i oddali nie­zna­jo­mym, o bra­ciach i przy­ja­cio­łach, któ­rzy nie zna­leźli miej­sca w kon­woju i wyjadą być może następ­nym. Na policz­kach naj­młod­szych łzy z powodu roz­sta­nia zosta­wiły słone ślady, nie­za­tarte, ale ich oczy błysz­czały i przy­glą­dały się światu z okien prze­dzia­łów, a huk kół toczą­cych się po szy­nach wpra­wiał je w zachwyt. Pod koniec dnia miały zoba­czyć morze – morze! – i popły­nąć do Anglii, odle­głego kraju, który trudno było sobie nawet wyobra­zić, ist­nie­ją­cego dotąd jedy­nie w książ­kach. Pora na tęsk­notę miała przyjść dopiero póź­niej. Teraz był czas na eks­cy­ta­cję.

Petra Lin­hart nato­miast się mar­twiła. Miała dwa­dzie­ścia trzy lata i była jedną z naj­star­szych pasa­że­rek w pociągu, wraz z pię­cioma kole­żan­kami miała trosz­czyć się o potrzeby dzieci i dbać, by wszystko szło jak z płatka pod­czas tych osiem­na­stu godzin jazdy dzie­lą­cych Pragę od Lon­dynu. Była odpo­wie­dzialna nie tylko za wagon, w któ­rym podró­żo­wała – numer pięć, trzy­dzie­ścioro sze­ścioro pasa­że­rów w wieku od czte­rech do jede­na­stu lat, połowa dziew­czy­nek i połowa chłop­ców, nie­mal wszy­scy byli Żydami – lecz także za całą wyprawę, w któ­rej zor­ga­ni­zo­wa­niu wzięła udział. Od wyboru nazwisk do zdo­by­wa­nia wiz, od kon­troli jedy­nego bagażu, jaki każde dziecko mogło ze sobą zabrać, do przy­go­to­wa­nia pro­wiantu na podróż, od powi­ta­nia rodzin pod arka­dami Dworca Wil­sona, do kon­tak­tów z nazi­stow­skimi wła­dzami w trak­cie jazdy, cała odpo­wie­dzial­ność za czwarty kon­wój spo­czy­wała na niej. Czy uda jej się aż do końca opa­no­wać nerwy? A jeśli coś pój­dzie nie tak, czy będzie potra­fiła bły­ska­wicz­nie zare­ago­wać? Ona nie była Doreen War­ri­ner z tym jej nad­na­tu­ral­nym spo­ko­jem. Nie była Tre­vo­rem Cha­dwic­kiem, potra­fią­cym śmiać się w twarz eses­ma­nom. Cho­ciaż tyle prze­szła, rów­nież czuła się dziec­kiem. Bez­bron­nym, nie­świa­do­mym, nie­przy­go­to­wa­nym.

Kiedy pociąg zaczął zwal­niać w pobliżu gra­nicy z Pol­ską – był to prze­wi­dziany postój, być może naj­nie­bez­piecz­niej­szy – Petra zerwała się na równe nogi.

– Dzieci, siedź­cie spo­koj­nie i bądź­cie cicho – powie­działa do piątki, która dzie­liła z nią prze­dział. Potem prze­szła wzdłuż kory­ta­rza, zatrzy­mu­jąc się w drzwiach wszyst­kich prze­działów, aby powtó­rzyć te same pole­ce­nia: – Siedź­cie spo­koj­nie! I bądź­cie cicho, aż wam powiem, że już można roz­ma­wiać.

Pociąg zwal­niał i zwal­niał. Petra spoj­rzała w okno, w któ­rym odbi­jała się jej postać, i ujrzała dłu­gie zasieki prze­ci­na­jące na pół pole, iden­tyczne po obu stro­nach, niski budy­nek ze spa­dzi­stym dachem pół metra od pero­nów. Dziew­czyna spo­dzie­wała się, że ktoś będzie cze­kał na nich na gra­nicy, by spraw­dzić wizy, ale nie było nikogo i dwo­rzec też wyglą­dał na opu­sto­szały.

Kiedy pociąg się zatrzy­mał, wypusz­cza­jąc parę i gwiż­dżąc, Petra otwo­rzyła okno i wyj­rzała na zewnątrz. Nie pomy­liła się: po tej stro­nie nie było nic. Rów­nież na małym pla­cyku z tyłu budynku, skąd odcho­dziła asfal­towa droga bie­gnąca na połu­dnie, nie było samo­cho­dów, moto­cy­kli ani żad­nych innych śla­dów ludz­kiej obec­no­ści. Jak to moż­liwe?

Zamknęła okno i przez chwilę się zasta­na­wiała. Pozo­sta­wie­nie gra­nicy nie­strze­żo­nej było czymś nie­praw­do­po­dob­nym. Cze­cho­sło­wa­cja i Pol­ska ni­gdy nie żywiły do sie­bie wro­go­ści, lecz odkąd Hitler zajął Cze­chy i swa­styka powie­wała nad pra­skim Zam­kiem, napię­cie mię­dzy oboma kra­jami wzro­sło. Wielu oba­wiało się, że nie­miecka poli­tyka anek­sji, złak­niona _Leben­sraum_, prze­strzeni życio­wej dla aryj­skiego narodu, dopiero się roz­po­częła i że po Austrii i Cze­cho­sło­wa­cji przyj­dzie kolej na Pol­skę. A zatem gdzie są…

Drzwi wagonu otwo­rzyły się nagle z meta­licz­nym trza­skiem, aż pod­sko­czyła. To nie były drzwi od strony dworca i Petra zdą­żyła się odwró­cić, aby zoba­czyć męż­czy­znę wsia­da­ją­cego do pociągu. Był Niem­cem w sza­rym mun­du­rze. Z regu­lar­nych oddzia­łów, nie z SS, ale jego spoj­rze­nie było takie samo jak te, które dziew­czyna widziała już w ostat­nich mie­sią­cach wie­lo­krot­nie – zimne i znu­dzone. Kara­bin, który żoł­nierz miał prze­wie­szony przez ramię, prze­ra­ził ją.

– Co… – zaczęła.

– Szu­kamy dziew­czynki – powie­dział Nie­miec z twar­dym akcen­tem z pół­nocy spra­wia­ją­cym, że zda­nie przy­po­mi­nało wymie­rzony poli­czek. – Około dzie­się­ciu lat. Jasne oczy. Są takie w wago­nie?

Petra nie odpo­wie­działa.

Żoł­nierz ruszył kory­ta­rzem. Prze­wyż­szał ją o głowę, kara­bin koły­sał mu się na ramie­niu, szedł w kie­runku pierw­szego z prze­dzia­łów.

– Chcemy, by wszyst­kie wysia­dły z pociągu, natych­miast.

Petra wciąż jesz­cze nie rozu­miała.

– Co pan zamie­rza?

W tej chwili pod­szedł drugi żoł­nierz, niż­szy, szczu­plej­szy, w okrą­głych oku­la­rach rach­mi­strza na nosie. Minął ich, wszedł do pierw­szego prze­działu, zatrzy­mał się na moment, by przyj­rzeć się dzie­ciom, potem prze­szedł do następ­nego.

Pierw­szy żoł­nierz zro­bił to samo w trze­cim i zosta­wił za sobą Petrę spa­ra­li­żo­waną ze stra­chu.

W czwar­tym prze­dziale żoł­nierz w oku­la­rach zna­lazł Elsie Janeček, lat jede­na­ście, zie­lone oczy. Z nie­spo­dzie­waną łagod­no­ścią popro­sił ją, by wstała i poszła za nim, a Elsie, inte­li­gentna dziew­czynka, posłu­chała go, nie pro­te­stu­jąc. Żoł­nierz w oku­la­rach powie­rzył ją temu z kara­bi­nem.

– Zapro­wadź ją do niego – powie­dział, a tam­ten ski­nął głową.

Petra usi­ło­wała opo­no­wać.

– Czego chce­cie? To tylko dziecko. – Bru­tal­nie ją ode­pchnęli, aż ude­rzyła ple­cami o okno, dziew­czynkę zaś popro­wa­dzono kory­ta­rzem i wysa­dzono z pociągu.

Żoł­nierz w oku­la­rach szu­kał dalej w ostat­nich prze­dzia­łach i zna­lazł kolejną pasa­żerkę odpo­wia­da­jącą opi­sowi: Annikę Mah­ler, dzie­więć i pół roku, oczy jasno­szare. Rów­nież ją popro­sił dość grzecz­nie, by wysia­dła z pociągu, i odpro­wa­dził ją oso­bi­ście, a kiedy mijał Petrę, schy­lił nawet głowę w geście poże­gna­nia.

Kiedy opu­ścili wagon, z trze­ciego prze­działu dobiegł roz­pacz­liwy płacz – musiał to być głos Tomaša, naj­młod­szego w gru­pie – który spra­wił, że Petra się otrzą­snęła. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­mie­rzyła kory­tarz, dotarła do otwar­tych drzwi i wyj­rzała na zewnątrz. Miała zamiar jesz­cze raz zapro­te­sto­wać i żądać wyja­śnień, ale to, co zoba­czyła, wpra­wiło ją w osłu­pie­nie.

Na środku pola, około dzie­się­ciu metrów od pociągu, trzy­na­ście dziew­czy­nek klę­czało i wpa­try­wało się w zasieki na gra­nicy; były pil­no­wane przez dwóch uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy, a żoł­nierz w oku­la­rach spa­ce­ro­wał w tę i z powro­tem za ich ple­cami. Na coś cze­kali, ale na co?

Minęło nie­skoń­cze­nie dużo czasu, odmie­rza­nego kro­kami żoł­nie­rza w oku­la­rach, zanim roz­legł się odle­gły war­kot, który szybko się zbli­żał. Długi Mer­ce­des o przy­ciem­nio­nych szy­bach nad­je­chał grun­tową drogą bie­gnącą wzdłuż torów i zatrzy­mał się w odle­gło­ści metra od zasie­ków.

Żoł­nierz w oku­la­rach pod­szedł szyb­kim kro­kiem do drzwi samo­chodu, otwo­rzył je i pod­niósł ramię w hitle­row­skim pozdro­wie­niu.

Petra wytę­żyła wzrok, ale nie było takiej potrzeby; z samo­chodu wysiadł ogromny męż­czy­zna, wysoki i sze­roki jak drzwi, z ogo­loną głową, która lśniła w słońcu, i z czarną opa­ską na lewym oku.

– Zna­leź­li­ście je? – zapy­tał głę­bo­kim gło­sem, który dało się sły­szeć nawet z tej odle­gło­ści.

Żoł­nierz w oku­la­rach wycią­gnął ramię i wska­zał rząd dziew­czy­nek klę­czą­cych na polu.

Olbrzym spoj­rzał prze­lot­nie na pociąg i ruszył w ich kie­runku. Kiedy zna­lazł się przy pierw­szej, kazał jej wstać. Przez chwilę przy­glą­dał się dziew­czynce, następ­nie pokrę­cił głową i prze­szedł do dru­giej. Tej przy­glą­dał się dłu­żej i z bar­dzo bli­ska, ujął ją za pod­bró­dek i obró­cił w jedną i drugą stronę, w końcu jed­nak znowu pokrę­cił głową. Na trze­cią dziew­czynkę raczył spoj­rzeć tylko raz. Wyglą­dało na to, że czwarta go roz­gnie­wała, i Petra zro­zu­miała dla­czego. Agota nie miała jesz­cze ośmiu lat.

Olbrzym prze­szedł do pią­tej i szó­stej. Spy­tał o coś siódmą i dziew­czynka, prze­ra­żona i drżąca, zro­biła dwa razy pełny obrót, po czym została wyklu­czona. Teraz przy­po­mi­nało to już nie egze­ku­cję, lecz prze­słu­cha­nie. Selek­cję.

Ósma dziew­czynka była też w nie­od­po­wied­nim wieku, dzie­wiąta nie przy­cią­gnęła uwagi olbrzyma dłu­żej niż na chwilę. Nato­miast na widok dzie­sią­tej poja­śniał na twa­rzy. Kazał jej wstać, przyj­rzał się z bli­ska, obró­cił ją. Może to była ona. Może to była ona.

Olbrzym zaci­snął dużą dłoń na jej szyi.

Petra wychy­liła się, zanie­po­ko­jona – ale coś w ciele dziew­czynki, w jej opo­rze, czy też w braku oporu, go nie prze­ko­nało. Nie, to nie była ona.

Roz­cza­ro­wany prze­szedł do jede­na­stej, potem dwu­na­stej, potem do ostat­niej i żad­nej nie zaak­cep­to­wał.

Roz­gnie­wany kiw­nął głową i zaraz dwaj uzbro­jeni żoł­nie­rze naka­zali dziew­czyn­kom wstać i popchnęli je w stronę pociągu.

– Przy­kro mi – powie­dział żoł­nierz w oku­la­rach, pochy­la­jąc głowę.

Olbrzym mruk­nął:

– Jeste­ście pewni, że dobrze szu­ka­li­ście?

– Oso­bi­ście prze­szu­ka­łem cały pociąg. Nie ma innych dziew­czy­nek, które odpo­wia­da­łyby opi­sowi. Ale jeśli pan sądzi…

– W porządku – uciął tam­ten. – Spró­bu­jemy z następ­nym.

– A co z tym?

– Z czym?

– Pozwo­limy mu odje­chać?

Olbrzym przez chwilę mil­czał. Znów spoj­rzał na kon­wój, po raz pierw­szy zatrzy­mał wzrok na Petrze i uśmiech­nął się do niej chy­trze.

– Mogą zabrać wszyst­kich Żydów, jakich chcą – powie­dział, pod­no­sząc głos, aby być pew­nym, że sto­jąca na stop­niu dziew­czyna go usły­szy. – Mogą zor­ga­ni­zo­wać dzie­sięć pocią­gów dzien­nie. Im mniej ich będzie, tym lepiej. Ale pani zostaje – dodał ponuro. – Z panią muszę się poli­czyć.

Wsiadł z powro­tem do Mer­ce­desa, który stał cały czas z włą­czo­nym sil­ni­kiem, i kiedy drzwi auta się zatrza­snęły, dał od razu znak do odjazdu.

Dzie­sięć minut póź­niej wszy­scy pasa­że­ro­wie byli znowu w prze­dzia­łach i pociąg pędził jak sza­lony w kie­runku morza. Wszy­scy zapo­mnieli o dziw­nym zda­rze­niu na gra­nicy z wyjąt­kiem trzy­na­stu dziew­czy­nek, które, tak czy owak, nie­wiele z tego zro­zu­miały. Wzięto je za kogoś innego. Nie­bez­pie­czeń­stwo wyda­wało się zaże­gnane.

Co do Petry – co do mnie – mia­łam ni­gdy nie zapo­mnieć widoku olbrzyma, który oglą­dał je po kolei, obra­cał, trzy­mał za szyję. Długo mia­łam czuć tę dłoń rów­nież na swo­jej skó­rze, palącą jak roz­ża­rzone żelazo, twardą jak ima­dło.

To wtedy, tam­tego dnia, na pol­skiej gra­nicy, wresz­cie zro­zu­mia­łam.CZĘŚĆ PIERWSZA. DZIEWCZYNKA OD SOLI

Część pierw­sza

Dziew­czynka od soli

Listo­pad 1938

_Krą­żyła wieść, że Wielka Bry­ta­nia gotowa jest wpu­ścić do swego kraju tysiące dzieci, trudno było jed­nak uzy­skać jakąś kon­kretną infor­ma­cję. Moja matka i ja (ojciec był w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym) posta­no­wi­li­śmy, że poje­dziemy do naj­bliż­szego bry­tyj­skiego kon­su­latu, by dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Podróż oka­zała się roz­cza­ro­wa­niem. Ist­niał wpraw­dzie taki plan, lecz nie miał nic wspól­nego z bry­tyj­skim rzą­dem i w kon­su­la­cie nie znali żad­nych szcze­gó­łów. Pora­dzono mi tylko, abym napi­sał do Komi­tetu, i dali mi nazwi­sko oraz adres. Wró­ci­łem do domu bar­dzo przy­gnę­biony. Mia­łem trzy­na­ście lat._1

Nazy­wano ją Dziew­czynką od Soli, ponie­waż co wie­czór, kiedy ciem­ność ogar­niała mia­sto, można ją było spo­tkać na początku uliczki – ni­gdy dwa razy w tym samym miej­scu, ni­gdy w świe­tle dnia – jak sprze­da­wała prze­chod­niom woreczki z nie­bie­skiego płótna z gar­ścią soli, od dawna nie do zdo­by­cia. Nikt w Pra­dze nie wie­dział, jak się nazywa ani skąd pocho­dzi. Nikt przede wszyst­kim nie miał poję­cia, jak udaje się jej zdo­być ten cenny towar. Dziew­czynka poja­wiała się po zacho­dzie słońca i zni­kała przed świ­tem, nie ufała nikomu. Moneta, wore­czek. To wszystko.

Wielu z tych, któ­rzy prze­szu­kali wzdłuż i wszerz dziel­nice na połu­dnie od rzeki i wró­cili do żon ze spusz­czoną głową i pustymi rękami, doszło w końcu do wnio­sku, że mają do czy­nie­nia jedy­nie z legendą; w get­cie był Golem, a na Sta­rym Mie­ście ona. Kiedy czasy są cięż­kie, ludzie lubią słu­chać takich opo­wie­ści.

Ale Dziew­czynka od Soli nie była legendą, ist­niała naprawdę i mogę o tym zaświad­czyć, ponie­waż pozna­łam ją jako istotę z krwi i kości, w naj­waż­niej­szej chwili naszego życia.

Po raz pierw­szy usły­sza­łam o niej w listo­pa­dzie 1938 roku. Skoń­czy­łam nie­dawno dwa­dzie­ścia trzy lata, tego samego dnia, kiedy Hitler, za zgodą innych naro­dów, przy­łą­czył do Rze­szy kawa­łek Cze­cho­sło­wa­cji, włącz­nie z wsią, gdzie miesz­ka­łam. Mój mąż Pavel, porządny czło­wiek z zami­ło­wa­niem do poli­tyki, zmarł zaraz po bójce mię­dzy zwo­len­ni­kami Hitlera a cze­skimi nacjo­na­li­stami i szok z powodu jego śmierci oka­zał się fatalny rów­nież dla dziecka, które nosi­łam. Naszego pierw­szego dziecka. Stra­ci­łam je, a byłam w pią­tym mie­siącu ciąży, teraz nie umiem nawet opi­sać, jaka złość i wście­kłość mnie ogar­nęły. Sądzi­łam, że w miarę upływu czasu rana prze­sta­nie boleć, ale nie. Wystar­czała chwila nie­uwagi, by znów zaczy­nała krwa­wić.

Samotna, zroz­pa­czona, złak­niona spra­wie­dli­wo­ści lub przy­naj­mniej odwetu, kiedy już minął stan otę­pie­nia, porzu­ci­łam wszystko, co zostało z mojego dobytku na wsi i prze­nio­słam się do wiel­kiego mia­sta, gdzie nic nie miało mi przy­po­mi­nać o prze­szło­ści. Moje serce stało się wów­czas jałowe i twarde niczym kamień wyschły na słońcu, posta­no­wi­łam więc zmie­nić imię i nazy­wać się Petra, Petra Lin­hart. Tak przed­sta­wi­łam się w pen­sjo­na­cie Urqu­ell; miał przy­zwo­ite pokoje dla samot­nych kobiet, dwa kroki od getta. Tak wołali na mnie klienci piwiarni Stifft, z któ­rej był widok na Wełtawę, poda­wa­łam tam do sto­li­ków. Potem pew­nego dnia pozna­łam Węgra, który spo­rzą­dzał fał­szywe doku­menty dla prze­myt­ni­ków, i w zamian za baryłkę piwa sta­łam się Petrą rów­nież na papie­rze. Pod koniec listo­pada nie pozo­stało już nic z kobiety, którą nie­gdyś byłam, i mogłam zabrać się do dzieła.

W tam­tych dniach w Pra­dze były tysiące ucie­ki­nie­rów, głów­nie z Sude­tów, tak jak ja, lecz jesz­cze wię­cej było opo­zy­cjo­ni­stów i Żydów, któ­rzy po nocy krysz­ta­ło­wej wresz­cie pojęli, że nie są bez­pieczni. Kto miał środki i kon­takty, ten ucie­kał naj­szyb­ciej jak się dało, czę­sto bez bagażu; kto nie miał pie­nię­dzy, robił wszystko, by je zdo­być. Wyjazd z kraju stał się głów­nym celem dla wszyst­kich, któ­rzy oba­wiali się, że znajdą się na listach Him­m­lera, czyli dla inte­lek­tu­ali­stów, dzien­ni­ka­rzy, poli­ty­ków, dzia­ła­czy sym­pa­ty­zu­ją­cych z anty­na­zi­stow­skimi stron­nic­twami… Była to mała armia bez broni, świa­doma, że nie ma szans w star­ciu z gestapo, szy­ko­wała się więc na dobro­wolne wygna­nie.

Głów­nym pro­ble­mem nie było jed­nak zdo­by­cie ani pie­nię­dzy, ani doku­men­tów, lecz decy­zja, dokąd jechać. Hitler miał już wszę­dzie przy­ja­ciół i w całej Euro­pie był tylko jeden rząd gotów udzie­lić azylu uchodź­com: rząd bry­tyj­ski. Ale wiz było nie­wiele i trudno je było zdo­być, a od oby­wa­tela Cze­cho­sło­wa­cji wyma­gało to nad­ludz­kich wysił­ków. Przede wszyst­kim trzeba było znać kogoś po dru­giej stro­nie kanału La Man­che, kto uru­cho­miłby pro­ce­durę i porę­czył za taką osobę. Przed­się­wzię­cie nie­mal nie­moż­liwe, dopóki do Pragi nie przy­była Doreen War­ri­ner, kobieta mająca odmie­nić moje życie.

Pozna­łam ją dzięki innemu bywal­cowi piwiarni. Pew­nego dnia dwaj nie­mieccy żoł­nie­rze przy­szli na obiad – nie byli jesz­cze oku­pan­tami, jedy­nie nie­mile widzia­nymi gośćmi. Byli nowi i praw­do­po­dob­nie przed przyj­ściem zdą­żyli już sporo wypić. Śmiali się gło­śno, opo­wia­dali sobie spro­śne dow­cipy, prze­cho­dząc z cze­skiego na nie­miecki, usi­ło­wali zacze­piać kel­nerki. Kiedy pode­szłam, by ode­brać od nich zamó­wie­nie, star­szy z nich objął mnie i chciał zmu­sić, bym usia­dła mu na kola­nach.

– No jak, ślicz­notko, zro­bimy sobie dziecko? Aby przy­czy­nić się do łącze­nia ras…

Drugi wybuch­nął śmie­chem i zaczął walić ręką w stół; sztućce pospa­dały na zie­mię, wszy­scy goście zaczęli się przy­glą­dać. Uwol­ni­łam się tak szybko, jak tylko mogłam, pozbie­ra­łam wszystko z uśmie­chem i raz jesz­cze spy­ta­łam, czego sobie życzą, trzy­ma­jąc się tym razem na bez­pieczną odle­głość. Chcieli piwa, cze­góż innego mogliby chcieć? Przy­nio­słam od razu dwa kufle zim­nego Pil­znera – ale naj­pierw do nich naplu­łam.

Nie mia­łam zwy­czaju tak się zacho­wy­wać i wyszło mi to na tyle nie­zręcz­nie, że jeden ze sta­łych bywal­ców, nie­jaki Wer­ner, mil­czący Szwaj­car, zauwa­żył. Kiedy zda­łam sobie z tego sprawę, zdrę­twia­łam, ale on zro­bił roz­ba­wioną minę i puścił do mnie oko, jakby chciał powie­dzieć: Należy im się. Ja rów­nież uśmiech­nę­łam się nie­śmiało z wdzięcz­no­ścią i zanio­słam kufle obu Niem­com, któ­rzy tym­cza­sem zaczęli zacze­piać inną kel­nerkę i dali mi już spo­kój.

Po obie­dzie, kiedy sprzą­ta­łam ze sto­li­ków na tara­sie owie­wa­nym jesien­nym wia­trem, zauwa­ży­łam Wer­nera sie­dzą­cego na ubo­czu, z twa­rzą zwró­coną w stronę Zamku. Był taki mil­czący, że o nim zapo­mnia­łam, i drgnę­łam, kiedy zadał mi pyta­nie:

– Petra, czy pomy­śla­łaś kie­dyś, by przy­słu­żyć się spra­wie?

Powie­dział to cicho, ledwo dosły­szal­nie, wpa­tru­jąc się cały czas we wzgó­rze. Mogłam się pomy­lić, ale wie­dzia­łam, że naprawdę wymó­wił te słowa.

– Spra­wie? – spy­ta­łam, jak gdy­bym od razu nie zro­zu­miała. Jak gdyby nie ogar­nął mnie już nie­po­kój.

Wer­ner kiw­nął głową, nie odwra­ca­jąc się.

– Wydaje mi się, że nie­zbyt lubisz szko­pów.

Rozej­rza­łam się instynk­tow­nie, cho­ciaż wie­dzia­łam, że jeste­śmy sami.

– Jak mogła­bym ich lubić? – odpo­wie­dzia­łam cicho.

Znowu kiw­nął głową, gry­mas wykrzy­wił mu twarz.

– Znam twoją histo­rię. Przy­kro mi z powodu tego, co prze­szłaś. Wyobra­żam sobie, jak musi być ciężko zacząć od początku po takiej żało­bie, w nowym mie­ście. Jesteś silną kobietą, Petra. Odważną. Dla­tego pomy­śla­łem, że być może przy­dasz się spra­wie.

Znowu to słowo. Znowu ten nie­po­kój. Sta­łam nie­ru­chomo i cze­ka­łam, jak przy spo­tka­niu z dzi­kim zwie­rzę­ciem, które boisz się spro­wo­ko­wać nie­ostroż­nym ruchem.

– Nie­któ­rzy twier­dzą, że będą tu przed Bożym Naro­dze­niem – mówił dalej Wer­ner. – Nie­któ­rzy uwa­żają, że zacze­kają na nowy rok albo na koniec zimy. Ale przyjdą, wszy­scy to wiemy. I wtedy dla wielu będzie za późno.

– Nie zamie­rzam ucie­kać raz jesz­cze – oznaj­mi­łam, zaci­ska­jąc pię­ści.

Ode­rwał wzrok od pano­ramy, odwró­cił się na krze­śle.

– Oczy­wi­ście, że nie. Jesteś silną kobietą. Odważną – powtó­rzył. – Ale są tacy, któ­rzy nie mogą sobie pozwo­lić na to, by zostać, jeśli rozu­miesz, co mam na myśli. Im potrzebna będzie pomoc.

– Czy to jest ta sprawa?

Wer­ner uśmiech­nął się.

– Jedni two­rzą listy. Inni zdo­by­wają doku­menty. Jesz­cze inni pie­nią­dze. Aby wyje­chać, potrzeba jed­nak miej­sca, gdzie można się udać, a o to może zadbać tylko jedna osoba.

– Jedna osoba?

– Angielka.

Pokrę­cił głową, jak gdy­bym chciała powie­dzieć, że nic mi o tym nie wia­domo.

– Nazy­wają ją tak, ponie­waż jest Angielką – wyja­śnił Wer­ner i zaśmiał się. Widząc, że mnie to nie roz­ba­wiło, dodał poważ­nym tonem:

– Przy­je­chała nie­dawno do mia­sta, ale od razu zabrała się do roboty. Orga­ni­zuje wyjazdy, zdo­bywa wizy, środki trans­portu. Potrzebna by jej była pomoc. Zaufana asy­stentka.

Prze­nik­nął mnie dreszcz pod­nie­ce­nia.

Oto moja oka­zja.

– I ja bym się nadała?

– Sądzę, że tak. Jesteś dzielna. I pra­co­wita. Pocho­dzisz stąd, ale znasz angiel­ski…

– Tylko tro­chę. Tyle, co nauczy­łam się w szkole…

– Sły­sza­łem, jak roz­ma­wia­łaś kilka dni temu z tury­stami. Dajesz sobie radę. I masz cha­rak­ter. – Wer­ner znowu się zaśmiał. – Przy­pusz­czam, że byś się jej spodo­bała. Ale jest tylko jeden spo­sób, aby się tego dowie­dzieć.

Wstał z krze­sła. Otrze­pał się, potem popa­trzył mi w oczy tym swoim uwo­dzi­ciel­skim spoj­rze­niem, jakby nama­wiał mnie na randkę.

– O któ­rej koń­czysz pracę?2

Cze­kał na mnie na zewn­tąrz aż do pią­tej, oparty o ścianę piwiarni, ze wzro­kiem wbi­tym w chmury i kiedy zoba­czył, że wycho­dzę w zimo­wym płasz­czu, weł­nia­nym sza­liku zakry­wa­ją­cym mi twarz i czapce nacią­gnię­tej na uszy, uśmiech­nął się do mnie.

– Tak ubrana wyglą­dasz jak szpieg – powie­dział, pod­cho­dząc do mnie. – Myśla­łem, że wy, górale, jeste­ście bar­dziej wytrzy­mali.

– Moja wieś leży w doli­nie. Nie przy­wy­kłam do takiego zimna.

– To z powodu rzeki – wyja­śnił, rusza­jąc w prze­ciw­nym kie­runku, w stronę Sta­rego Mia­sta. – Zoba­czysz, jak zacznie padać śnieg! Jeśli nie chcesz, by odpadł ci nos, raczej rano zostaw go w domu przed wyj­ściem…

Mówił tak o tym i owym, żar­to­wał, jak­by­śmy byli parą sta­rych przy­ja­ciół spa­ce­ru­ją­cych uli­cami cen­trum, póź­niej mia­łam się zasta­na­wiać, czy zacho­wy­wał się tak spe­cjal­nie – czy to wszystko nie było kome­dią dla ewen­tu­al­nych obser­wa­to­rów, szpie­gów, jak powie­dział – ale wtedy wydało mi się to dziwne, może nawet nie na miej­scu. Nie­pa­su­jące do powagi zada­nia, któ­rego mia­łam się pod­jąć.

Minę­li­śmy Plac Betlémské i szli­śmy oświe­tloną aleją aż do trój­kąt­nego Placu Uhel­nego. Stam­tąd inna aleja dopro­wa­dziła nas do ulicy Jung­man­no­vej, u stóp wyso­kiego Kościoła Matki Boskiej Śnież­nej, bia­łego i dużego niczym zamek z bajki.

– Tędy – powie­dział Wer­ner, bio­rąc mnie deli­kat­nie za łokieć i rusza­jąc wysa­dzaną drze­wami uliczką na prawo od wej­ścia do kościoła. Mimo pory i zimna ujrze­li­śmy kolejkę męż­czyzn i kobiet, któ­rzy w mil­cze­niu przy­glą­dali się nam podejrz­li­wie. Mój towa­rzysz zda­wał się nie przej­mo­wać ich spoj­rze­niami, nie ski­nął im nawet głową ani na nich nie popa­trzył. Zapro­wa­dził mnie na koniec uliczki, gdzie z lewej strony znaj­do­wała się drew­niana furtka, przed którą stał czer­wony na twa­rzy star­szy czło­wiek, szer­szy niż wyż­szy. Na widok Wer­nera roz­pro­mie­nił się.

– Hej, Bill – zawo­łał. – Co dobrego zro­bi­łeś w życiu, że towa­rzy­szą ci zawsze takie piękne kobiety?

– Nie w obec­nym życiu – odpo­wie­dział Wer­ner – ale w poprzed­nim. Dla­tego zacho­wuj się dobrze!

– Ja? – zdzi­wił się star­szy czło­wiek. – Jeśli jest tak, jak mówisz, w przy­szłym życiu będę Roc­ke­fel­le­rem!

Wer­ner zaśmiał się i ja też się uśmiech­nę­łam mimo całego napię­cia, zaże­no­wa­nia z powodu tego, że wszy­scy się we mnie wpa­trują, i zmę­cze­nia dniem pracy.

– Idzie­cie do Doreen?

– Tak, jest jesz­cze w biu­rze?

– A kiedy nie jest? Mówią, że śpi oparta o biurko.

– Nie­prawda – odparł Wer­ner, popy­cha­jąc mnie za furtkę. – Doreen ni­gdy nie śpi.

Dobiegł nas jesz­cze śmiech naszego roz­mówcy, kiedy weszli­śmy do pięk­nego ogrodu, peł­nego drzew, niskich, zadba­nych żywo­pło­tów i grzą­dek z lecz­ni­czymi zio­łami. W powie­trzu uno­sił się silny zapach: tymia­nek, lawenda, anyż two­rzyły odu­rza­jącą kom­po­zy­cję, która w połą­cze­niu z pół­mro­kiem i ciszą panu­jącą w tym sekret­nym miej­scu, tuż przy wiel­kim kościele, spra­wiła, że na chwilę zakrę­ciło mi się w gło­wie.

– Ogrody fran­cisz­ka­nów – wyja­śnił mój prze­wod­nik, pro­wa­dząc mnie w stronę niskiego, kwa­dra­to­wego budynku pośród zie­leni, jakby muro­wa­nej chaty. – Należą do klasz­toru. Latem to jest naj­bar­dziej magiczna część mia­sta. Zimą pozo­stają zamknięte i zakon­nicy udo­stęp­nili je nam dla naszej dzia­łal­no­ści.

Przed drzwiami budynku zoba­czy­łam znów kilka osób, męż­czyzn i kobiet, wszy­scy trzy­mali w rękach doku­menty i naj­wy­raź­niej cze­kali nie­cier­pli­wie na swoją kolej. Młod­sza ode mnie dziew­czyna sie­działa za sto­li­kiem, obok stał pie­cyk kok­sowy, przy któ­rym się ogrze­wała. Zesta­wiała listę nazwisk ze stosu doku­men­tów podob­nych do tych, które trzy­mały ocze­ku­jące w kolejce osoby. Po każ­dej linijce brała doku­ment, z któ­rego już sko­pio­wała dane, i wrzu­cała go do ognia, aż iskry wzbi­jały się w ciemne niebo.

Wer­ner pod­szedł do sto­lika.

– Grete – powie­dział.

Dziew­czyna nie pod­nio­sła nawet oczu.

– Czego jesz­cze chcesz, Bill? W końcu nie wyje­cha­łeś?

– Ja też uwiel­biam twoje towa­rzy­stwo i nie mogłem się docze­kać, kiedy cię znowu zoba­czę – odpa­ro­wał Wer­ner, lub może Bill, jak wszy­scy go nazy­wali. – Muszę zoba­czyć się z Doreen.

Grete wzru­szyła ramio­nami.

– Skoro nie da się tego unik­nąć…

Dokoń­czyła spo­koj­nie prze­pi­sy­wać doku­ment, wrzu­ciła go do pie­cyka i już miała wziąć kolejny ze stosu.

– Grete – powtó­rzył Wer­ner.

Dziew­czyna spoj­rzała na nas oboje.

– A ona? – spy­tała.

– Mile widziany gość.

– Może sta­nąć w kolejce.

– Nie przy­szła tu, by pro­sić. Przy­szła, by dać coś od sie­bie.

Grete obró­ciła się na krze­śle. Przyj­rzała mi się chłodno, jakby zdej­mo­wała miarę na ubra­nie. Potem wes­tchnęła, pokrę­ciła lekko głową – upew­niw­szy się jed­nak, że nie uszło to mojej uwa­dze – i wstała. Otwo­rzyła drzwi i weszła do oświe­tlo­nego wnę­trza.

– Nie lubi cię? – spy­ta­łam.

– Kogo, mnie? Mnie wszy­scy lubią – odparł Wer­ner. – Ale ona chcia­łaby cze­goś wię­cej.

Drzwi otwo­rzyły się znowu, poja­wiła się Grete.

– Pięć minut – oznaj­miła, nawet na nas nie patrząc, i usia­dła ponow­nie.

– W ciągu pię­ciu minut można zro­bić wiele cie­ka­wych rze­czy – uznał Wer­ner. Potem, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wepchnął mnie do środka.

Pomiesz­cze­nie wyda­wało się zadzi­wia­jąco duże. Było miej­sce na trzy sto­liki, dwa fotele i regał pełen segre­ga­to­rów, teczek, atla­sów, słow­ni­ków. Na ścia­nie wisiała duża mapa Europy Środ­ko­wej z kolo­ro­wymi pinez­kami poka­zu­ją­cymi roz­miesz­cze­nie obo­zów dla uchodź­ców wokół Pragi i posu­wa­nie się nazi­stow­skiego frontu na zacho­dzie i na pół­nocy. Linie kole­jowe pro­wa­dzące w kie­runku Nie­miec i Pol­ski zazna­czone były na czer­wono. Te w kie­runku Austrii koń­czyły się na gra­nicy serią krzy­ży­ków.

Przed więk­szym sto­li­kiem, gdzie leżały stosy segre­ga­to­rów, zoba­czy­łam kobietę, mniej wię­cej trzy­dzie­sto­let­nią, o deli­kat­nych rysach twa­rzy, lecz twar­dym spoj­rze­niu jasnych oczu, bladą jak ktoś, kto dawno nie widział słońca. Na ramiona opa­dała jej wspa­niała burza ciem­nych wło­sów, być może naj­bar­dziej ude­rza­jąca cecha jej wyglądu, który poza tym nie przy­cią­gał uwagi.

– Doreen – przy­wi­tał ją Wer­ner.

– Bill – odpo­wie­działa roz­tar­gnio­nym tonem, zajęta czy­ta­niem doku­mentu napi­sa­nego na maszy­nie.

– Przy­pro­wa­dzi­łem ci kogoś. Przyda się – dodał.

Nikt tak o mnie jesz­cze nie mówił i nie­zbyt mi się to spodo­bało.

Skoń­czyła czy­tać linijkę, może aka­pit, potem głę­boko wes­tchnęła i zwró­ciła wzrok w naszą stronę. Poczu­łam nagle, że pada na mnie mocne świa­tło, jak gdyby latar­nia mor­ska oświe­tliła łódkę zagu­bioną na morzu. Inten­syw­ność. Zdol­ność sku­pia­nia uwagi na jed­nej rze­czy, kwe­stii, oso­bie, tak że wszystko inne wokół zni­kało. Minęły od tam­tej pory całe dzie­się­cio­le­cia, lecz nie zapo­mnia­łam tego wra­że­nia. Nie zapo­mnia­łam cię, Doreen.

– Jak się nazy­wasz? – zapy­tała, przy­glą­da­jąc mi się z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy, ani zain­te­re­so­wana, ani znu­dzona.

– Petra – opo­wie­dzia­łam po chwili zasta­no­wie­nia. – Petra Lin­hart.

– Jesteś Czeszką – oświad­czyła i dodała w moim języku: – Ale nie z Pragi. Z Kar­lo­wych Warów?

– Nie­da­leko.

Doreen kiw­nęła głową. Prze­szła na angiel­ski, chyba po to, żeby Wer­ner mógł zro­zu­mieć.

– Czemu mi ją przy­pro­wa­dzi­łeś?

– Dziew­czyna jest bystra. Mówi w obu języ­kach, a także, powiedzmy, nie lubi Niem­ców. Mogłaby pomóc przy tym pro­jek­cie.

Zauwa­ży­łam, że oczy Doreen pociem­niały. Praw­do­po­dob­nie pro­jekt nie był czymś, o czym można było roz­ma­wiać w obec­no­ści nie­zna­jo­mych.

– Możemy jej zaufać – upie­rał się mój obrońca. – Spraw­dzi­łem.

Doreen odło­żyła doku­ment, obe­szła sto­lik i zatrzy­mała się metr ode mnie. Przyj­rzała się mojej syl­wetce, potem twa­rzy, potem oczom, jak gdyby w poszu­ki­wa­niu cze­goś, nie wie­dzia­łam czego. Trwało to dłu­gie sekundy, może minuty, poczu­łam się bar­dziej naga niż kie­dy­kol­wiek w życiu, bar­dziej niż kiedy po raz pierw­szy roze­bra­łam się przed Pavlem, bar­dziej niż kiedy jego mor­dercy przy­szli do mnie i…

– Ile masz lat? – spy­tała Doreen.

– Dwa­dzie­ścia trzy. Dopiero skoń­czy­łam.

– Taka młoda i już musisz się mie­rzyć z tak wiel­kim cier­pie­niem?

Nie dała mi czasu na odpo­wiedź.

– Posłu­chaj – zmie­niła ton i odtąd mówiła do mnie bez­po­śred­nio i tylko o spra­wach prak­tycz­nych z wyjąt­kiem dwóch rze­czy. – To, co tu robimy, nie jest nie­le­galne, lecz może się stać nie­bez­pieczne. Mamy mało czasu, dla­tego nie lubimy go mar­no­wać. Pra­cu­jemy dwa­dzie­ścia godzin na dobę, za darmo, nikt nam nie podzię­kuje. Jako cze­ska oby­wa­telka mogła­byś mieć kło­poty, z pew­no­ścią nie chro­ni­łoby cię obce oby­wa­tel­stwo, tak jak mnie czy Billa.

– Chyba że tym­cza­sem wybuch­nie wojna – wtrą­cił Wer­ner.

– Jeśli nie czu­jesz się na siłach, by nam pomóc – pod­su­mo­wała Doreen – poże­gnamy się teraz. Jeśli jed­nak uwa­żasz, że dasz radę, zaczniemy od razu i nie będziesz mogła się wyco­fać aż do końca ani powie­dzieć nikomu o tym, co tu robimy. Rozu­miesz?

Rozu­mia­łam. Jesz­cze jak.

– Nie pytam cię nawet, dla­czego jesteś skłonna to robić – dodała ciszej, wra­ca­jąc do sto­lika i szpe­ra­jąc wśród segre­ga­to­rów w poszu­ki­wa­niu cze­goś. – Można to wyczy­tać z two­ich oczu. – Zna­la­zła grubą kopertę, z któ­rej wysy­py­wały się kartki. Wró­ciła do mnie. – Uwa­żaj tylko na jedno: złość, gniew, pra­gnie­nie spra­wie­dli­wo­ści lub zemsty to świetne paliwo, naj­sku­tecz­niej­sze, jakie ist­nieje. Nie­mal zawsze jed­nak koń­czy się tym, że w końcu pod­pala nas samych.

Powie­działa to i wrę­czyła mi kopertę.

– Dzieci bez rodzi­ców. Dosta­jemy sygnały z obo­zów, ale nie wiemy, ile ich jest naprawdę. Sprawdź i zrób mi dokładną listę, na wczo­raj.3

O Dziew­czynce od Soli dowie­dzia­łam się następ­nego dnia, kiedy z pole­ce­nia Doreen wybra­łam się do jed­nego z obo­zów dla uchodź­ców na pół­noc od mia­sta. Wer­ner przy­je­chał po mnie o świ­cie do pen­sjo­natu i zabrał swoją gra­na­tową Tatrą, pełną uszko­dzeń i zadra­pań. Zatrzy­ma­li­śmy się w dwóch miej­scach, raz w get­cie, w Syna­go­dze Hisz­pań­skiej, i raz na Kam­pie, gdzie, jak mia­łam póź­niej odkryć, mie­ściła się pra­ska sie­dziba Kawa­le­rów Mal­tań­skich. W obu wypad­kach zosta­wił mnie samą w samo­cho­dzie na kilka minut i wró­cił obju­czony cięż­kimi wor­kami z juty, które umie­ścił na tyl­nych sie­dze­niach.

– Węgiel – oznaj­mił, widząc moją cie­ka­wość. – W obo­zie jest zimno.

I było naprawdę zimno, o wiele bar­dziej niż w mie­ście, nie był to bowiem praw­dziwy obóz, z ogro­dze­niem, bara­kami i latry­nami, lecz roz­ra­sta­jące się obo­zo­wi­sko w lesie, gdzie ci, co mieli naj­wię­cej szczę­ścia, mogli liczyć na namiot z odzy­sku, inni zaś musieli się zado­wo­lić kocem roz­pię­tym na gałę­ziach drzew. Wszę­dzie pomię­dzy deskami pozwa­la­ją­cymi przejść przez błoto i bla­chami osła­nia­ją­cymi przed wia­trem, czuć było dym, który wydo­by­wał się z kil­ku­dzie­się­ciu zardze­wia­łych baniek, roz­sta­wio­nych gdzie popa­dło, wokół któ­rych zgro­ma­dziły się chmary dzieci oraz starcy o otę­pia­łym spoj­rze­niu. Męż­czyźni, ponu­rzy i dumni, sie­dzieli tro­chę dalej, opie­rali stopy na kamie­niach albo drew­nia­nych skrzyn­kach, aby nie doty­kać lodo­wa­tej ziemi, kobiety zaś pra­co­wały w małych grup­kach, szy­jąc, gotu­jąc, niań­cząc naj­młod­sze dzieci, które pła­kały. Nad wszyst­kimi cią­żyło poczu­cie sta­łej tym­cza­so­wo­ści, jak gdyby tra­fili do otchłani mają­cej trwać wiecz­nie i nie miało żad­nego sensu z tym wal­czyć. Trzeba było tylko to zno­sić.

Kiedy poja­wił się Wer­ner, dzieci i męż­czyźni pode­szli do niego i usta­wili się w zdy­scy­pli­no­wa­nej kolejce. W oczach błysz­czał im pełen god­no­ści nie­po­kój, nie zła­mał ich jesz­cze mający nadejść w następ­nych mie­sią­cach głód. Prze­cho­dzili po kolei, każdy dosta­wał po jed­nej bryłce węgla z worka, dzieci po dwie.

– Cza­sami przy­no­szę nawet tro­chę cukier­ków – wyznał mi szep­tem Wer­ner – ale zaczyna bra­ko­wać fun­du­szy, musimy prze­zna­czać je na rze­czy bar­dziej nie­zbędne.

Wypo­wie­dział to ostat­nie słowo pogar­dli­wym, nie­mal sar­ka­stycz­nym tonem. Jakby w jego oczach nic nie było bar­dziej nie­zbędne od cukier­ków dla dzieci.

Worki szybko się opróż­niły i osta­tecz­nie nie wszy­scy z kolejki dostali węgiel. Nie było jed­nak sły­chać narze­kań. Nikt nie pró­bo­wał oszu­ki­wać, usta­wia­jąc się w kolejce dwu­krot­nie albo bio­rąc wię­cej, niż mu się należy. Po pro­stu los tak chciał, że nie wystar­czyło dla wszyst­kich. Ogni­ska zresztą były wspólne, a uchodźcy sta­no­wili jedną wielką rodzinę. Mieli sobie poma­gać, jak od zawsze to robią ostatni na tej ziemi.

Poza tym kwi­tła wymiana, naj­star­sza forma han­dlu, i byłam świad­kiem jed­nej z nich, zaska­ku­ją­cej, kiedy już skła­da­li­śmy z Wer­ne­rem puste worki. Dzie­się­cio­letni bosy chło­piec pod­szedł do kobiety, która zszy­wała podarty koc, i pocią­gnął ją zde­cy­do­wa­nym ruchem dwa razy za spód­nicę. Kiedy się odwró­ciła, by na niego spoj­rzeć, wyjął z kie­szeni dwie bryłki węgla, które wła­śnie od nas dostał, i podał je bez słowa na wycią­gnię­tych dło­niach. Patrzył jej w oczy wycze­ku­jąco. Kobieta musiała już mieć z nim kie­dyś do czy­nie­nia, ponie­waż nic nie mówiąc, kiw­nęła głową, odło­żyła koc i wstała. Z kie­szeni wyjęła płó­cienny nie­bie­ski wore­czek i poka­zała mu go. Dziecko przy­tak­nęło bez waha­nia. Kobieta wycią­gnęła dłoń, on zaś podał jej dwie bryłki węgla. Potem szybko, jakby bał się, że straci oka­zję, wyrwał jej z ręki wore­czek i zro­bił krok do tyłu. Kobieta uśmiech­nęła się, pokrę­ciła głową i znowu zabrała się do zszy­wa­nia sta­rego koca. Chło­piec uciekł, ści­ska­jąc wore­czek, jak gdyby w środku była jego wła­sna dusza.

– Widzia­łeś? – zapy­ta­łam Wer­nera, zacie­ka­wiona.

– Co takiego?

– Tego chłopca. Wymie­nił węgiel na płó­cienny wore­czek.

Wer­ner wyda­wał się prze­jęty tym, co usły­szał. Pod­niósł na mnie wzrok.

– Płó­cienny wore­czek?

– Tak, dała mu go ta kobieta. – Poka­za­łam mu ją.

– Nie­bie­ski? To zna­czy wore­czek?

– Tak, czemu pytasz?

Wer­ner uśmiech­nął się.

– Dziew­czynka od Soli. – Potem dodał: – Chodź ze mną.

I ruszył w kie­runku szy­ją­cej kobiety.

– Pro­szę mi wyba­czyć – powie­dział, kiedy się do niej zbli­żył.

Kobieta zdzi­wiona odwró­ciła się w jego stronę.

– Tak?

– Widzie­li­śmy wymianę – powie­dział.

– Jaką wymianę?

– Z tym chłop­cem – odpar­łam. – Węgiel za wore­czek.

Wzru­szyła ramio­nami.

– I co z tego? Węgiel był jego, teraz należy do mnie. Chyba nie chce­cie go z powro­tem?

– Nie chcemy go z powro­tem – zapew­nił ją Wer­ner. – Dziew­czynka od Soli. Wie pani, o kim mówię?

Znów zapa­dło mil­cze­nie, potem kobieta powoli kiw­nęła głową.

– Ale ni­gdy jej nie spo­tka­łam – powie­działa. – Wore­czek dał mi przy­ja­ciel. I nie mówił, skąd go ma.

– Czy ma pani jesz­cze jeden? Chciał­bym go zoba­czyć.

– Mia­łam tylko ten. Josef męczył mnie już od wielu dni. W grun­cie rze­czy wart jest wię­cej niż dwa kawałki węgla. Ale dzieci… – powie­działa, nie dokoń­czyła jed­nak zda­nia. Wzru­szyła tylko ramio­nami.

– Dzięki, tak czy owak – powie­dział Wer­ner, wyraź­nie roz­cza­ro­wany. Zosta­wi­li­śmy kobietę, by mogła dalej cero­wać swój koc.

Obóz był duży, było w nim co naj­mniej, jak obli­czy­łam, dwa tysiące osób, więk­szość pocho­dziła z moich stron. Uchodźcy z Sude­tów, któ­rzy ucie­kli przed nazi­stow­ską inwa­zją. Nie roz­po­zna­łam nikogo, lecz zoba­czy­łam około setki Żydów w tra­dy­cyj­nych stro­jach i co naj­mniej trzy rodziny rom­skie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie żyliby wszy­scy razem, ale to nie były nor­malne oko­licz­no­ści – nie były już takie od dawna i nie wia­domo kiedy miały powró­cić. Cho­dzi­li­śmy wśród ognisk i namio­tów, nasłu­chu­jąc roz­mów po cze­sku, sło­wacku, nawet po nie­miecku – to byli, jak przy­pusz­cza­łam, opo­zy­cjo­ni­ści, oby­wa­tele Reichu, któ­rzy sta­nęli po nie­wła­ści­wej stro­nie i teraz gro­ziła im śmierć – ja tym­cza­sem myśla­łam o nie­bie­skim woreczku i o tym, o co Wer­ner pytał kobietę. W końcu cie­ka­wość prze­wa­żyła.

– Kto to jest Dziew­czynka od Soli? – zapy­ta­łam.

Wer­ner otrzą­snął się ze swo­ich myśli, spoj­rzał na mnie zdzi­wiony.

– Ni­gdy o niej nie sły­sza­łaś?

Zaprze­czy­łam.

– Od kiedy miesz­kasz w Pra­dze?

– Od dwóch mie­sięcy – odpo­wie­dzia­łam. – Ale oprócz pen­sjo­natu i piwiarni nic nie widzia­łam, z nikim nie roz­ma­wia­łam.

Wer­ner poki­wał głową.

– Kto to jest Dziew­czynka od Soli – powtó­rzył. – Żeby można było to wie­dzieć! Wielu sądzi, że to jakaś legenda. Znam kilka osób, które twier­dzą, że naprawdę ją spo­tkały, ale jeśli ich posłu­chasz, powie­dzą ci, że Wzgó­rze Petřin pełne jest dusz­ków, a w pod­zie­miach Zamku mieszka smok… Ale woreczki krążą, widzia­łem ich sporo, a jeden widzia­łaś rów­nież i ty, prawda? A więc ktoś musi je roz­pro­wa­dzać. Napeł­niać i roz­pro­wa­dzać.

– Ale co takiego zawie­rają? – spy­ta­łam dość głu­pio.

– Sól. Sól w krysz­tał­kach, dosko­na­łej jako­ści, nikt nie wie, skąd pocho­dzi. Dziew­czynka sprze­daje ją na rogach ulic na Sta­rym Mie­ście, prze­miesz­cza się jed­nak nie­ustan­nie, wycho­dzi tylko nocą. I chce bar­dzo nie­wiele. Jedną monetę za wore­czek.

Drgnę­łam, Jedna monetę za wore­czek, kiedy sól stała się taką rzad­ko­ścią! Po kon­fe­ren­cji w Mona­chium Reich zare­kwi­ro­wał wiele kopalń i sól szła pro­sto do Nie­miec.

– Jeśli dziew­czynka ist­nieje – mówił dalej Wer­ner – dobrze byłoby się dowie­dzieć, kim jest. Dotrzeć do niej, a od niej do soli. Sól pozwala na nad­zwy­czaj korzystne wymiany. Dla­tego jej szu­kamy.

Przy­tak­nę­łam, ale nie mia­łam na myśli korzy­ści eko­no­micz­nych; myśla­łam o dziecku, które kryła w sobie Dziew­czynka. Kim jest, czy ist­nieje naprawdę? Gdzie mieszka? Czy nie ma opieki? Czy przy­po­mina dzieci pozba­wione rodzin, które Doreen pole­ciła mi odszu­kać, któ­rych nazwi­ska mia­łam umie­ścić na liście?

Zasta­na­wia­łam się nad tym wszyst­kim, kiedy usły­sze­li­śmy hałas dobie­ga­jący z gęstego lasu za obo­zem. Krzyki męż­czyzn, wrza­ski kobiet: „Zatrzy­maj się!”, „Złap­cie go”, „Ucie­kaj, Milan!”, „Tędy!”, „Ban­dyci!”.

Zoba­czy­łam, że Wer­ner sztyw­nieje, źre­nice roz­sze­rzają mu się jak u ofiary w obli­czu napast­nika.

– Co się dzieje? – spy­ta­łam, ale on wziął mnie za ramię i pocią­gnął ze sobą, ukry­li­śmy się za kocem roz­wie­szo­nym na gałęzi.

– Pst! – szep­nął, pod­no­sząc palec do ust.

Usły­sze­li­śmy kolejne krzyki, echo wystrzału, który pode­rwał chmarę pta­ków, potem tupot wielu nóg. „Wra­caj tu!”, „Jesteś w pułapce!”, „Złap­cie go!”. Przez dziurę w kocu zoba­czy­li­śmy niskiego, przy­sa­dzi­stego męż­czy­znę w za dużym pal­cie, jak wyła­nia się z gęstwiny leśnej, brnie w śniegu.

– Kto to? – wyszep­ta­łam.

Wer­ner pokrę­cił głową.

Za męż­czy­zną poja­wiło się pół tuzina ści­ga­ją­cych go męż­czyzn w mun­du­rach, które od razu roz­po­zna­łam i które wpra­wiły mnie w osłu­pie­nie.

– Poli­cja?

– Nie dasz rady uciec! – krzyk­nął jeden z poli­cjan­tów, naj­pierw po cze­sku, a potem w mar­nym nie­miec­kim. – Nie utrud­niaj nam zada­nia!

Drugi strzał, gło­śniej­szy, bliż­szy. Zauwa­ży­łam pisto­let w dłoni jed­nego z poli­cjan­tów wyce­lo­wany w górę, aby nie zra­nić ucie­ki­niera, ale go prze­stra­szyć.

– Chcą wziąć go żywego – sko­men­to­wał Wer­ner, przy­su­wa­jąc się do mnie, żeby nas nie zauwa­żono.

Męż­czy­zna w pal­cie sapał jak miech, twarz miał pur­pu­rową, ciemne włosy mokre od potu. Jego bieg przy­po­mi­nał teraz zata­cza­nie się pija­nego w śnie­go­wym bło­cie, poli­cjanci byli coraz bli­żej.

– Zostaw­cie go! – krzyk­nęła jakaś kobieta po naszej pra­wej stro­nie.

– Ucie­kaj, Milan, ucie­kaj! – zawo­łał do niego stary czło­wiek z wło­sami niczym paję­czyna, roz­wia­nymi na wie­trze.

Ale Milan nie miał już sił i wkrótce poli­cjant, pierw­szy, któ­rego usły­sze­li­śmy, jak krzy­czy, zbli­żył się na tyle, by sko­czyć i zła­pać go za nogi. Obaj upa­dli na zie­mię i toczyli się z roz­pędu w bło­cie, aż w końcu wpa­dli w krzaki. Poli­cjant usiadł na męż­czyź­nie i zaczął go okła­dać pię­ściami, sły­chać było głu­chy łoskot, który przy­pra­wił mnie o mdło­ści.

– Za to, że ucie­ka­łeś! Za to, że się nie zatrzy­ma­łeś! A to za to, że będę musiał sprać całe to gówno z mun­duru! Ty dra­niu.

Wresz­cie po upły­wie bar­dzo dłu­giego czasu, kiedy w całym obo­zie pano­wała cisza, jak gdyby wszystko ule­gło zawie­sze­niu, nade­szli kolejni poli­cjanci i powstrzy­mali kolegę.

– Teraz już dosyć, wystar­czy. – I roz­dzie­lili ich.

– Mila­nie Kosmo – oświad­czył poli­cjant z pisto­le­tem, cedząc słowa z powodu zadyszki. – Aresz­tuję cię w imie­niu rządu. Jeśli będziesz sta­wiać opór, pogor­szy to tylko twoją sytu­ację.

– Zostaw­cie go! Co takiego wam zro­bił? – spy­tał stary czło­wiek z paję­czyną na gło­wie

– Pano­wie, pro­szę się rozejść – odpo­wie­dział inny poli­cjant, trzy­ma­jąc już w ręce pałkę. – Nie macie tu nic do roboty.

– To tylko bie­dak taki jak my! Nie wystar­czy wam, że wypę­dzi­li­ście go z jego rodzin­nych stron? Teraz chce­cie go wydać w ręce wroga?

– Pano­wie, bar­dzo pro­szę – powtó­rzył poli­cjant groź­nym tonem.

Jego kole­dzy posta­wili Milana Kosmę na nogi – miał zma­sa­kro­waną twarz, palto całe w bło­cie – i popy­cha­jąc go i sztur­cha­jąc, zapro­wa­dzili do cię­ża­rówki zapar­ko­wa­nej przy wej­ściu do obozu.

– Wer­ner, co się dzieje? – wyszep­ta­łam znowu, krew we mnie wrzała, bo przy­po­mnia­łam sobie mojego Pavla.

Wtedy wresz­cie mi odpo­wie­dział:

– Poli­tyka. Hitler wymie­nia jakieś nazwi­sko i poli­cja dostar­cza czło­wieka. Biedny Milan już nie żyje. To wła­śnie nas czeka, kiedy Reich zaj­mie Pragę.

Zaci­snął zęby, ręce mu drżały, potem wes­tchnął.

– Chodźmy – powie­dział. – Mamy robotę i coraz mniej czasu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij