Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jest Dobrze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
14,13
1413 pkt
punktów Virtualo

Jest Dobrze - ebook

Drugi tom serii dla młodzieży. Wydaje się, że Ela ma już wszystko: zdrowie, o które tak długo walczyła, status studentki i normalne życie. Niestety w dalszym ciągu odczuwa pustkę. Towarzyszący jej do tej pory Draco, rozpływa się bowiem w powietrzu. Dziewczyna stara się go odnaleźć, ale okazuje się, że nie jest to takie proste. Na dodatek wydarzenia ze szpitala nieustannie do niej powracają, nie pozwalając zapomnieć o przeszłości. Czy rzeczywiście będzie już dobrze? A może Cień kłamał?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-598-9
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Mam wrażenie, że umieram. Moje ciało drży, a żołądek robi wszystko, by pozbyć się zalegającej w nim treści. Próbuję go jeszcze powstrzymać i przekonać, że wymiotowanie na białe, szpitalne łóżko nie jest zbyt kulturalne, ale jest już za późno.

— Proszę oddychać — głos pielęgniarki dochodzi do mnie gdzieś z boku wraz z poleceniem, by wezwać serwis sprzątający.

— Przepraszam — mówię, a tuż po tym nachodzi mnie kolejna fala mdłości.

Czy to się już nigdy nie skończy?

Chwytam za nerkę, którą ktoś, zapewne jedna z pielęgniarek, w końcu mi podstawia. Dzięki temu nie brudzę już siebie ani posadzki.

— Dasz radę. Będzie dobrze. — Draco niespodziewanie się przy mnie pojawia, głaszcząc mnie delikatnie po plecach.

Jak zawsze ma na sobie jakieś beznadziejne ubrania, które wyglądają jak mix odmiennych styli z Pinteresta. Ale na jego widok od razu czuję się lepiej.

Co ja bym bez niego zrobiła? Zapewne już dawno pogrążyłabym się w rozpaczy, nie będąc w stanie znaleźć żadnego pozytywnego zakończenia tej historii.

— Mamy jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. — Zapewnia chłopak, cały czas delikatnie głaszcząc moje plecy — Pomyśl o tych wszystkich ciasteczkach kokosowych, które razem zjemy. No i o herbacie z sokiem malinowym. Litrach cudownej i ciepłej herbaty.

Napięcie powoli zaczyna się ze mnie ulatniać.

— Nie wspominając już nawet o tych wszystkich głupkowatych serialach. Próbowałem obejrzeć samodzielnie kilka odcinków, ale to nie to samo. Brakowało mi kogoś, kto chrapałyby przez cały seans lub zagłuszał wszystko chrupaniem ciasteczek. — Dodaje, a ja śmieję się pod nosem.

Może i moja pidżama cuchnie teraz okrutnie, jest brudna, a panie pielęgniarki pewnie nienawidzą mnie bardziej, niż jakiegokolwiek innego pacjenta, ale przynajmniej nie jestem w tym sama.

Odwracam się w kierunku Draco, by spojrzeć w jego niebieskie oczy, ale niespodziewanie wszystko zaczyna się rozmywać.

Nie. Nie. Nie.

Widzę jeszcze jego bladą cerę, uśmiech i krótkie czarne włosy, lecz już po chwili chłopak pozostaje tylko wspomnieniem.

Próbuję go pochwycić, ale natrafiam wyłącznie na powietrze. Po Draco nie ma już ani śladu.

— Draco… — szepczę błagalnie, chcąc by do mnie wrócił i zapewnił, że jutro poczuję się lepiej.

Otwieram oczy. Dookoła mnie panuje przenikliwa ciemność. Jestem w swoim pokoju. Zupełnie sama.2

Walczę ze sobą, by się nie rozpłakać ale wiem, że nie wygram ze łzami. Te pojawiają się w moich oczach praktycznie od razu, gdy tylko go dostrzegam.

Wygląda tak jak zawsze. Krótkie czarne włosy, które najwyraźniej znowu przystrzygł za sprawą swoich czarów, lazurowe, wpatrujące się we mnie z zaintrygowaniem oczy i nieco zbyt blada, kontrastująca z kolorem włosów, cera. Do tego styl, który zdołałam poznać tak dobrze — obszerna bluza, spodnie cargo i trampki Converse, lekko znoszone lub wyłącznie sprawiające takie wrażenie.

— Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś — szepcę i nie zastanawiając się za bardzo nad tym co robię, rzucam się w jego kierunku.

Jest ode mnie wyższy ale to ani trochę mnie nie powstrzymuje. Jestem go tak bardzo spragniona, że nie wiedząc nawet kiedy, zaciskam moje dłonie dookoła jego pasa, tuląc go z całych sił.

Nie zliczę jak wiele razy wyobrażałam sobie nasze kolejne spotkanie. Marzyłam o nim praktycznie każdej nocy, wierząc, że Draco w końcu do mnie wróci. A teraz w końcu tu jest. Żywy i jak najbardziej namacalny.

— Myślałam, że mnie zostawiłeś. Wszystko miało być już dobrze ale ty… wtedy… — jąkam się, próbując wyjaśnić ale przecież on najlepiej wie, co się wtedy wydarzyło.

Cień dotrzymał swojej obietnicy. Gdy tylko wypełniłam jego polecenie, moja choroba zniknęła, jakby nigdy jej nie było. Problem w tym, że… oprócz niej, zniknął również Draco.

Próbowałam się z nim wielokrotnie kontaktować ale żadna z metod nie działała. Rzucałam pytania w przestrzeń, wysyłałam do niego wiadomości, pisałam listy a nawet próbowałam odprawiać zaklęcia, które znalazłam na Tumblrze ale odpowiadała mi wyłącznie przeciągła cisza.

Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego zostawił mnie akurat w tamtym momencie. Powinien być ze mną, tak jak obiecał. Mieliśmy przecież zrobić razem tak wiele razy, pójść w różne miejsca i zobaczyć jak to jest tak naprawdę żyć.

Czy był na mnie zły? Ale z jakiego powodu? Wielokrotnie rozważałam czy zrobiłam coś, co mogłoby go w jakikolwiek sposób urazić ale przecież postępowałam zgodnie z planem.

Wypełniłam zadanie, które przygotował dla mnie Cień, mimo że była to jedna z gorszych rzeczy w moim życiu. Po tym wszystkim wielokrotnie śniłam o panu Łukaszu i o tym, co zrobiłam.

Nie było jednak innego wyjścia. On i tak był już bliski śmierci a w taki sposób mogłam przynajmniej uratować samą siebie.

— To chyba jakaś pomyłka…

Dopiero jego słowa, wypowiedziane tym jakże znajomym głosem, powodują, że moje myśli przestają szaleńczo pędzić. Zatrzymują się na moment, podobnie jak ja sama. Na wszelki wypadek w dalszym ciągu trzymam go za bluzę, gdyby zdecydował się zniknąć.

— Co?

Odsuwa mnie od siebie. Delikatnie ale zarazem zdecydowanie. Dopiero teraz dostrzegam jego twarz i widzę, że… jest śmiertelnie poważny. Nie ma nie niej ani cienia dawnej wesołości. Zamiast niej natykam się wyłącznie na niezrozumienie. Może nawet coś w rodzaju obawy?

— Chyba mnie z kimś pomyliłaś. Nie mam na imię Draco — odpowiada.

Ma teraz minę w stylu: czy powinienem zadzwonić na 112 czy jeszcze chwilę poczekać żeby zobaczyć jak cała ta sytuacja się rozwinie.

— Ale przecież… to ty — mówię głupkowato, bo wszystko to wydaje mi się jakimś absurdem.

Czy los znów sobie ze mną pogrywa? A może Draco nie może przyznać, że on to on? Co jeśli chodzi o kolejną zasadę i po tym wszystkim musi ukrywać swoją tożsamość? Staram się znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie, które wyjaśniłoby mi, o co chodzi.

— Czy… Cień też tutaj jest? — szepcę, rozglądając się na boki.

Dziedziniec przed budynkiem jest wypełnionymi ludźmi, którzy wyszli na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza i odpocząć między wykładami. Jest ich zbyt wielu, żebym mogła powiedzieć czy gdzieś tam, między nimi znajduje się Cień. Poza tym może mieć dowolną formę i niekoniecznie wyglądać jak mały chłopiec, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania.

— Dobrze się czujesz? Może powinienem po kogoś pójść? Albo gdzieś zadzwonić? — Chłopak badawczo mi się przygląda.

Mam ochotę szturchnąć go w bok żeby przestał udawać ale coś mnie powstrzymuje.

Co jeżeli to rzeczywiście NIE jest Draco? Ale w takim razie kto inny? Jego brat bliźniak? To niemożliwe. Przecież Draco wielokrotnie powtarzał, że ma tak wiele lat… nawet jeżeli kiedyś miał rodzeństwo, to już dawno by nie żyło.

— Nie, nie trzeba. Po prostu… jesteś pewien, że nie masz na imię Draco? — Pytam jeszcze raz, chcąc się upewnić, że za pierwszym razem usłyszałam go poprawnie.

— Prędzej powiedziałbym, że Syriusz albo Harry — zauważa z delikatnym uśmiechem — Do Malfoya to mi daleko, szczególnie z tym kolorem włosów.

Śmieję się, krótko i nieco na siłę, bo nic tu nie jest takie, jak być powinno.

A może to zaledwie kolejny sen? Czasami są tak realne, że ciężko mi odróżnić co jest zaledwie fikcją a co rzeczywistością.

— Mam na imię Wiktor — dodaje po chwili, wyciągając w moim kierunku rękę.

— Elżbieta. Ela. — Odpowiadam, automatycznie ją ściskając — Przepraszam za to wszystko. Po prostu… chyba rzeczywiście cię z kimś pomyliłam. Wyglądasz jak mój dawny przyjaciel. — Wyjaśniam, bo wiem, że muszę jakoś wytłumaczyć mu swoje dziwaczne zachowanie.

A nie jest to proste, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak zareagowałam. Ale czy to moja wina skoro wygląda dosłownie IDENTYCZNIE jak Draco?

Ocieram ukradkiem łzy z policzków, czując jak twarz pali mnie ze wstydu. I właśnie dlatego nie rozmawiam z praktycznie nikim na uczelni. Zawsze ale to zawsze powiem albo zrobię coś głupiego i potem wszystko kończy się właśnie w taki sposób. Domyślam się, że chłopak nie będzie chciał mieć już ze mną nic wspólnego i nie dziwię się mu.

— Nic się nie stało, po prostu przez moment pomyślałem, że może masz atak paniki albo coś takiego — zapewnia, uśmiechając się delikatnie, zupełnie tak samo, jak to robił mój Draco. — Może wolałabyś usiąść? Tak pewnie byłoby wygodniej i mogłabyś dzięki temu nieco ochłonąć.

— Nie. Nie ma takiej potrzeby. Wszystko jest już dobrze. Po prostu za bardzo dałam się ponieść emocjom. — Zaprzeczam szybkim ruchem głowy, jednocześnie cały czas na niego spoglądając.

Nie umiem myśleć o nim inaczej niż o Draco. Moim Draco. Tym samym, który uratował mi życie. A następnie zniknął, zostawiając mnie bez ani jednego słowa.

— No cóż, czasami takie pomyłki się zdarzają. Wiesz, chcemy zobaczyć kogoś bliskiego, więc dopatrujemy się jego twarzy we wszystkich mijanych przez nas osobach — mówi, najwyraźniej rzeczywiście nie mając mi za złe tego, co przed chwilą zrobiłam.

Znam siebie i niestety wiem, że jego słowa pozostaną we mnie na długo. Podobnie jak moja mało przemyślana reakcja.

Jest mi wstyd ale z drugiej strony, jak niby miałam zareagować, widząc swojego przyjaciela po tak długim czasie? Każdego dnia marzyłam, by się do mnie odezwał, więc gdy w końcu się tu pojawił, emocje wzięły górę.

— Studiujesz tutaj? — Pytam, robiąc wszystko, by chociaż przez chwilę został tutaj, przy mnie.

Nawet jeżeli nie jest tym, za kogo go uważam… chcę dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Może dzięki temu odkryję jakieś tajemnicze połączenie między nimi?

— Dopiero zacząłem. Wiesz, przeprowadzka i te sprawy. Ale mam nadzieję, że uda mi się tu zostać na dłużej. — Mówi, spoglądając w kierunku roztaczającego się za nami budynku.

— No tak. Przeprowadzka. Pewnie masz sporo na głowie…

— Nawet nie wiesz jak wiele. Nie wspominam już o tych pudłach, które walają mi się po całym domu. — Wzdycha teatralnie, a następnie ponownie na mnie spogląda i pyta. — Nie wiesz może gdzie jest tutaj dziekanat? Nie chciałbym zabłądzić, szukając go na własną rękę.

Wybrał sobie naprawdę najgorszą osobę na przewodnika.

— To zależy, z jakiego kierunku jesteś.

— Z dziennikarstwa.

Przygryzam na moment wargi, by nie wydobyć z siebie pisku radości. Wystarczy, że już wcześniej go nastraszyłam więc nie chcę robić kolejnych, dziwnych rzeczy.

— Masz szczęście, bo nie dość, że wiem gdzie jest to jeszcze cię do niego zaprowadzę — oświadczam, zaskakując tym nawet samą siebie.

Przez ostatnie tygodnie moje kontakty międzyludzkie ograniczały się do pracowania z innymi studentami w grupach, gdy wykładowcy tego od nas wymagali a także pytania gdzie znajduje się dana sala, gdy gubiłam się po raz kolejny na korytarzu. Czasami zadawałam również słynne pytanie „czy była już lista”, gdy trzeba się było wpisać na zajęciach.

Ale to coś innego. Prawdziwa rozmowa z człowiekiem czy kimkolwiek on jest.

— O świetnie. Ale wiesz, nie chciałbym zajmować ci czasu czy coś takiego…

— Absolutnie nie zajmujesz — zapewniam, może nieco zbyt entuzjastycznie i za szybko, ale nie umiem się powstrzymać.

Ruszamy w kierunku budynku i robię wszystko, by nie spoglądać na mojego towarzysza. Nie jest to jednak łatwe. Tak bardzo się za nim stęskniłam, że moje oczy automatycznie uciekają w jego stronę. Poza tym to dziwne, że nie tylko ja mogę go ujrzeć a również pozostali. Przyzwyczaiłam się już do tego, że Draco jest tylko „mój”.

— To… długo już tu mieszkasz? — Pytam i dopiero, gdy wypowiadam te słowa, uświadamiam sobie, jak wielkie głupstwo palnęłam.

Przecież wyraźnie powiedział, że dopiero co się tu przeprowadził.

— Dwa tygodnie. Ale jeszcze nie miałem okazji pojawić się na żadnych zajęciach. Cały czas tylko coś załatwiałem, wiesz jak to jest. Wynajęcie mieszkania, znalezienie współlokatora…

— No tak. Ogromnie dużo z tym zamieszania — potakuję, myśląc o tej całej papierologii.

Wszystko to i tak nie umywa się do tego, co dzieje się w szpitalu. Tam to dopiero człowiek nazbiera się tony papierów, krążąc od jednego gabinetu do drugiego i zwiedzając odmienne oddziały. Mam ochotę podzielić się z nim tą dygresją, ale gryzę się w język. Temat szpitala należy do przeszłości a ja żyję teraz zupełnie nowym życiem.

A przynajmniej się staram.

Wchodzimy do windy i czekamy aż zawiezie nas na drugie piętro. Gorączkowo obmyślam co mogłabym jeszcze powiedzieć, by zatrzeć pierwsze, fatalne wrażenie i jednocześnie mieć jakiś pretekst, by zostać przy nim nieco dłużej. Niestety rozmowy, a przynajmniej te w miarę normalne, nie są moją mocną stroną.

Spoglądam na niego, znów łapiąc się na tym, że myślę o nim jak o Draconie a nie Wiktorze. Nie wiem, czy to imię chociaż trochę do niego pasuje. Jest dziwne. Inne. A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia.

Drzwi windy otwierają się i wychodzimy na zatłoczony korytarz. Obojętnie o jakiej porze byśmy się tu nie pojawili, zawsze ktoś będzie się tu kręcił.

— To już niedaleko — zapewniam.

Mam nadzieję, że prowadzę go w dobrym kierunku i wylądujemy w dziekanacie a nie przykładowo w łazience.

— Oby był dzisiaj otwarty — mówię, bo prawie zapomniałam o tym, że dziekanat jest otwarty wyłącznie w określone dni i w specjalnych przedziałach czasowych.

Przekonałam się o tym na własnym przykładzie. W poniedziałek mieli akurat dzień wewnętrzny, podczas którego nie przyjmowali studentów a gdy wróciłam we wtorek, okazało się, że przyszłam o wiele za wcześnie, bo drzwi otwierały się dopiero od godziny 12. Prościej byłoby dostać się na wizytę u doktora Tynieckiego.

— Typowe zagranie na każdej uczelni — wzdycha Wiktor, gdy zatrzymujemy się przed drzwiami na końcu. — Ale najwyraźniej mam dzisiaj wyjątkowe szczęście.

I rzeczywiście. Dziekanat, jak na złość, jest otwarty, przez co nic nie stoi na przeszkodzie, by Draco… to znaczy Wiktor, mógł do niego wkroczyć. Wiem, że to niedorzeczne, ale nie chcę by znikał. Przecież dopiero co się poznaliśmy i nie udało mi się o nim dowiedzieć praktycznie niczego. Nie wspominając już o rozwikłaniu tej całej zagadki.

— To… do zobaczenia? — pytam, bo wiem, że nie ugram już niczego więcej.

— Tak, do zobaczenia. Dzięki za pokazanie mi drogi — uśmiecha się przyjaźnie a następnie znika w środku.

Przez chwilę stoję jeszcze jak słup soli, wpatrując się tępo w zamknięte drzwi. Draco wrócił chociaż nie w takiej formie, jak tego oczekiwałam…3

Bardzo liczyłam na to, że Wiktor pojawi się na zajęciach z ekonomii czy też wkroczy do studia radiowego, ale nic takiego się nie wydarzyło. Pocieszałam się jedynie tym, że może sprawy w dziekanacie zajęły mu tak dużo czasu, że doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się już wracać na zajęcia.

Nie byłam jednak pewna, czy rzeczywiście tak się stało. Nawet gdy wróciłam do domu, myślałam jedynie o nim, rozważając wszelkie potencjalne scenariusze włącznie z tym, w którym okazało się, że wszystko to było zaledwie wytworem mojej wyobraźni. Może tak bardzo za nim tęskniłam, że mój umysł zdecydował się stworzyć go i choć przez chwilę pozwolić mi z nim porozmawiać? Brzmi to nawet logicznie, chociaż jednocześnie nieco żałośnie.

Sięgam po telefon i odblokowuję ekran. To moja codzienna, wieczorna rutyna. Od kiedy Draco zniknął, powracam do wiadomości, które wymienialiśmy, gdy leżałam w szpitalu. Obiecałam sobie, że nigdy ich nie usunę. Stanowią dowód na to, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Poza tym są wspaniałą pamiątką i pozwalają mi chociaż na chwilę zapomnieć o bólu związanym z naszym rozstaniem, o ile w ogóle można tak nazwać to, co się wtedy wydarzyło.

Uśmiecham się, widząc wszystkie zabawne teksty i próby, które podejmował Draco, by poprawić mi humor. Królują w nich kokosowe ciasteczka, linki do reality shows, które mieliśmy wspólnie obejrzeć a także różnorodne GIFy, które Draco podpatrzył od mojej mamy.

Nie zauważam nawet kiedy przeglądanie telefonu pochłania mnie do tego stopnia, że odpływam do krainy snów. Dopiero gdy otwieram oczy, zbudzona dochodzącymi z łazienki dźwiękami, orientuję się, że jest już kolejny dzień a ja pewnie znów będę bliska spóźnienia się na wykłady.

— Ty dalej w łożku? — mama jak zawsze wie kiedy pokazać się w moim pokoju i popatrzeć na mnie z dezaprobatą. Gdyby tylko wiedziała co tak naprawdę się dzieje. Nie mogę jednak nikomu o tym powiedzieć.

Jest zupełnie tak jak wtedy, gdy Draco pojawił się u mnie po raz pierwszy. Po dziwacznej rozmowie, którą przeprowadziliśmy w szpitalnej stołówce, nie miałam pojęcia co sądzić o nim i jego propozycji pomocy. Chciałam się poradzić innych, ale nikt przecież by mi nie uwierzył.

— Właśnie wychodzę. Szukałam tylko jeszcze czegoś w szufladzie. — Kłamię, udając niezwykle przekonująco, że zastanawiam się nad wyborem skarpetek. To które dzisiaj — zielone z UFO czy może czerwone w truskawki?

— Studia to niesamowicie ważna część twojej edukacji. Szczególnie, że tak bardzo o nie walczyłaś. Musisz zacząć doceniać to, co masz. — Mama jak zawsze musi się nieco powymądrzać, zanim znika ponownie w przedpokoju.

Niestety, rzeczywiście nie mam już zbyt wiele czasu dlatego pośpiesznie pakuję torbę i wybieram pierwszy lepszy strój.

Moja szafa przeszła ogromną metamorfozę od czasu, gdy stałam się studentką. Niestety nikt nie wpuściłby mnie na wykład w polarkowej pidżamie z Atomówkami czy też przebraną za jednorożca dlatego musiałam kupić trochę „normalniejszych” ubrań. Chociaż przyznam szczerze, że nie szło mi to za dobrze, bo cały czas ciągnęło mnie w kierunku bardziej wygodnych rozwiązań.

Gdy docieram w końcu na uczelnię, zaledwie lekko spóźniona, zaczynam znowu miotać się po budynku, w poszukiwaniu odpowiedniej sali. Na szczęście nie schodzi mi na to zbyt wiele czasu. Okazuje się, że aula, której poszukiwałam, jest dosłownie przede mną.

Wślizguję się do niej i szybko mknę na koniec, tak, by nikt mnie nie zauważył.

Wykłady mają to do siebie, że nikogo tak naprawdę nie interesuje czy się na nich jest czy też nie. Można przyjść ale równie dobrze spędzić ten czas w kawiarni czy pod kocem w domu. Oczywiście, niektórzy wykładowcy w dalszym ciągu trzymają się zasady wpisywania się na listy. Jeżeli ktoś opuściłby dwa wykłady, nie miałby szans na podejście do egzaminu. Większość studentów i tak to olewa, prosząc, by inne osoby obecne na wykładzie, podpisywały się na liście zamiast nich. Ja niestety nie potrafię bawić się w podobne kłamstwa a nawet jeśli, nie miałabym kogo o to poprosić.

Rozkładam pośpiesznie swoje rzeczy na wąskim blacie a następnie zaczynam się rozglądać po sali.

Wykładowca przemawia głosem tak znudzonym, że widać wyraźnie, że on również nie ma ochoty spędzać z nami poranka. Brakuje jeszcze żeby od czasu do czasu zaczął ziewać albo po prostu położył się na podłodze i zasnął.

Zaczynam notować, mimo że wiem, że podobna wiedza do niczego mi się nie przyda. Po raz kolejny zastanawiam się czy studia są na pewno dla mnie. A może zawsze tak jest na początku i trzeba się po prostu wdrożyć w studenckie życie?

Podczas gryzmolenia w notatniku i próby skupienia się na wykładowcy oraz jego monotonnym głosie, zaczynam poszukiwać wzrokiem Wiktora. Mam wielką nadzieję, że przyszedł dzisiaj na wykład i zaraz ujrzę jego kruczoczarne włosy, ale nigdzie go nie widzę. Wiem, bo przesuwam wzrokiem po wszystkich studentach już po raz czwarty. Nie żebym była aż tak zdesperowana… No dobrze, może chodzi mi o zobaczenie ponownie Wiktora ale tylko dlatego, by się upewnić czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. Poza tym co jeśli on zaledwie jest trochę podobny do „mojego” Draco a nie wygląda identycznie? Poprzedniego dnia byłam tak podekscytowana, że mogłam to po prostu przeoczyć.

Wykład w końcu dobiega końca co cieszy nie tylko studentów ale również wykładowcę.

Czeka mnie teraz półtorej godziny informatyki co przyjmuję z pewnym poczuciem ulgi. Podczas pierwszych zajęć wydawało mi się, że wykładowca — pan Korzeń, przemawia do nas w jakimś obcym języku, bo nie zrozumiałam z tego zupełnie niczego. Jedynie to, że mamy stworzyć własną stronę internetową. Ale gdy przeszedł do detali, momentalnie się pogubiłam. Wtedy też odkryłam, że bycie biegłą w pisaniu wiadomości i przeglądaniu TikToka, raczej nie zapewni mi dobrej oceny z tego przedmiotu.

Wlokę się pod salę, zastanawiając się jakim cudem stworzę coś, o czym nie mam żadnego pojęcia, gdy nagle dostrzegam Dra… Wiktora. Ponownie mam ochotę się na niego rzucić, powiedzieć mu jak bardzo się za nim stęskniłam a następnie rozpłakać się jak jakaś beksa. Znów mam wrażenie, że tuż przede mną stoi mój dawny przyjaciel. Wiktor nie jest jedynie trochę do niego podobny. Jest jak jego idealna kopia.

— Hej, wygląda na to, że jesteśmy w tej samej grupie na informatyce. — Dukam, bo wiem, że nie mogę tak po prostu stać i na niego patrzeć.

Dopiero teraz zauważam, że ma w uszach słuchawki więc pewnie nawet mnie nie słyszy. Zamierzam się wycofać ale wtedy podnosi głowę i nasze spojrzenia się spotkają.

— O, Ela — mówi, zsuwając słuchawki i delikatnie się uśmiechając.

— Hej, chyba jesteśmy w tej samej grupie na informatyce — powtarzam, bo to jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy poza tym wydaje się to dobrym tekstem, by rozpocząć rozmowę.

— Chyba tak — uśmiecha się jeszcze raz a następnie podnosi się z podłogi.

— Udało ci się wczoraj wszystko załatwić? W sensie w dziekanacie. — Pytam, bo może wiąże się z tym jakaś zabawna historia.

Co jak co ale my, Polacy, uwielbiamy narzekać. Może więc Wiktor opowie mi teraz jak panie w dziekanacie nie chciały mu udzielić pomocy albo zganiły za to, że nie przyniósł jakiś ultraważnych dokumentów, które pewnie nawet nie są takie istotne.

— Wszystko to może za duże słowo, bo pewnie czeka mnie jeszcze kilka wycieczek w tamtym kierunku. Ale sporo — mówi, otrzepując spodnie.

Dzisiaj ma na sobie sprane jeansy i kolejną parę Conversów, tym razem w kolorze ciemnej szarości.

— To dobrze — potakuję — mam nadzieję, że uda ci się szybko załatwić te wszystkie inne sprawy.

Mam ochotę powiedzieć mu tak wiele rzeczy zamiast trzymać się tej głupiej i nudnej gadki o szkole i dziekanacie. Ale nie mogę. Bo przecież Wiktor nie jest nim. A ja znów zrobiłabym z siebie wariatkę.

Nadejście pozostałych studentów rozwiązuje na chwilę mój dylemat. Nie muszę już szukać tematów do rozmowy, bo wszyscy wchodzimy do środka sali.

Mam dziwne przeczucie, że Wiktor wybierze jedno z biurek blisko chłopaków. I mam rację. Nie jestem pewna kiedy zdołał ich poznać, ale szybko zbijają sobie piątki i przechodzą do rozmowy o Reddicie i czymś, co tam przeczytali.

Ja za to zajmuję miejsce przy oknie, na samym końcu sali. Tak jak zawsze.

— Dzień dobry państwu — Korzeń wchodzi do środka powolnym krokiem jakby ani trochę mu się nie śpieszyło.

Aromat kawy, którą ze sobą przyniósł, rozprzestrzenia się po sali. Jestem wręcz przekonana, że oprócz niej wyczuwam również kurczaka i coś w stylu ostrych papryczek. Może wykładowca zamierza pójść w ślady Mateusza i również jeść, podczas gdy my będziemy pracować?

Mamroczemy w jego kierunku szybkie „dzień dobry”, brzmiąc jakbyśmy wszyscy byli w jakimś letargu albo transie.

Zastanawiam się co mogę zrobić w obecnej sytuacji z Wiktorem. Nie mam pojęcia jak się do niego zbliżyć. Jasne, mogę znów do niego zagadać ale o czym niby mielibyśmy rozmawiać? O mojej szpitalnej kartotece? Tajemniczej chorobie, która mi się przytrafiła? W przypadku Dracona, wszystko było proste. Ale z Wiktorem potrzebuję jakiegoś dobrego tematu, by go przy sobie zatrzymać. Czegoś, co mogłoby go zaintrygować i spowodować, że naprawdę stałby się moim przyjacielem. Albo chociaż kolegą.

Zdaję sobie sprawę, że Draco i Wiktor to dwie, różne osoby, ale mimo wszystko chcę się do niego zbliżyć. Może po to, by przekonać się, jak bardzo się od siebie różnią? Albo wręcz przeciwnie, zobaczyć, jak wiele ich łączy? Co jeśli ich podobieństwo nie kończy się wyłącznie na wyglądzie? Może to głupie ale łudzę się, że Wiktor będzie dokładnie taki sam, jak mój dawny przyjaciel.

— Walczak? — pytanie Korzenia wyrywa mnie z zamyślenia.

Orientuję się, że wszyscy włączyli już swoje komputery albo zaczynają to robić a ja po prostu siedzę i gapię się przed siebie.

— Tak, przepraszam. Już go włączam. — Mówię, sięgając w kierunku komputera.

Sprzęt, którym dysponuje uczelnia, nie należy do najnowszych. Mamy więc w zestawie ogromne pudło pod biurkiem i coś, co zapewne ma być monitorem. Nie wspominam nawet o żadnych specyfikacjach i danych technicznych. Nie znam się na nich ale komputer za każdym razem niemiłosiernie muli.

— Pytałem czy jest pani obecna — wzrok Korzenia przesuwa się po mnie, a na jego ustach pojawia się nikły uśmieszek.

— Ach, tak, jestem tutaj — zapewniam, zażenowana tym, że zostałam przyłapana na bujaniu w obłokach.

Zapomniałam już prawie, że Korzeń ma ten zwyczaj czytania listy obecności zamiast, jak pozostali wykładowcy, po prostu puścić ją między studentami, by sami się na niej wpisali. Może po prostu nam nie ufa i wie, że lubimy dopisywać do niej osoby, które w rzeczywistości nie pojawiły się na zajęciach. To znaczy inni lubią, bo ja nigdy jeszcze tego nie zrobiłam i pewnie nie zrobię. Wątpię, by mnie o to ktoś poprosił.

Odczytywanie listy trwa dalej, a mój komputer w końcu wyświetla na ekranie powitanie. Przynajmniej on cieszy się z nadchodzącego zadania.

— No dobrze, w takim razie wiemy już kto jest, a kogo nie ma. — Korzeń odkłada na blat swojego biurka notes — Teraz proponuję, żebyście dokończyli projekty, które wcześniej zaczęliście. Jeżeli ktoś jeszcze nie pamięta, dane do logowania macie na tablicy.

Loguję się i wodzę wzrokiem po sali. Wiktor w dalszym ciągu jest pochłonięty dyskusją z chłopakami. Kątem oka wyłapuję, że wspólnie oglądają jakieś filmiki na YouTubie. Ciekawe jakim cudem. Na pierwszych zajęciach próbowałam włączyć jakieś wideo, ale ładowało się tak długo, że dałam sobie spokój.

Chwytam za myszkę i również włączam przeglądarkę. Problem polega na tym, że absolutnie nie wiem, co powinnam zrobić. Korzeń tłumaczył nam to niby podczas pierwszych zajęć. No właśnie, słowo klucz — niby. Bo może i coś mówił, ale ja nic a nic z tego nie zrozumiałam.

Staram się zerknąć na stanowiska osób obok mnie, ale nie jest to takie proste przez oddzielające nas małe ścianki. W efekcie widzę jedynie włosy dziewczyny, która siedzi po mojej lewej. Może i są ładne ale zupełnie nie przydadzą mi się podczas tworzenia mojego projektu.

— Pamiętajcie, to ma być ładna strona, dopracowana. Będę zwracał na wszystko uwagę. — Zapewnia Korzeń, jakby chciał się jeszcze nade mną dodatkowo poznęcać.

Wklepuję w Google „jak zbudować stronę internetową”, mimo że wiem, że odpowiedź i tak przewyższy moje możliwości. Postanawiam więc, że zamiast skupiać się obecnie na jej budowaniu, wymyślę o czym ona będzie, nadam jej jakiś adres i zrobię tak wiele, jak tylko się da, bez jej faktycznego tworzenia. Sięgam po swój notatnik i zaczynam zapisywać w nim różnorodne pomysły. Kusi mnie, by zrobić coś związanego ze szpitalem. Może interaktywną mapę dla wszystkich tych, którzy podobnie jak ja, mają zerowe rozeznanie w terenie? Albo przewodnik po lekach? Albo lekarzach? Niby są już takie strony ale na mojej nikt nie mogły kupować sobie ocen. Wszystko byłoby rzetelne i sprawdzone.

W taki właśnie sposób, na zapisywaniu moich myśli w notesie, mijają mi całe ćwiczenia.

Gdy w końcu znajduję się na korytarzu, sięgam do kieszeni i wyciągam z niej zmiętą kartkę. Mam na niej wydrukowany plan zajęć na cały tydzień wraz z salami, gdzie odbywają się poszczególne wykłady. Rzecz jasna wszystko to po to, żeby się nie zgubić.

Zgodnie z tym, co na nim widnieje, czeka mnie teraz godzina prawa prasowego. Zaczynam się zastanawiać gdzie jest ta sala ale postanawiam, że po prostu będę podążać za innymi osobami z mojej grupy.

Wykład jest jeszcze nudniejszy niż się spodziewałam i prawie na nim zasypiam. Korzystając z okazji, że Wiktor w dalszym ciągu trzyma się z chłopakami, powracam do swojego pomysłu na ćwiczenia z Korzeniem. Mimo, że staram się jak mogę, tworząc rozpiskę swojej strony i poszczególne sekcje, które będą się na niej znajdowały, nie mogę pozbyć się uczucia zawodu. Po raz kolejny zastanawiam się czy studia to rzeczywiście odpowiednia ścieżka dla mnie. Wątpliwości towarzyszą mi zarówno na uczelni, w autobusie ale także w łóżku, do którego w końcu trafiam. Na razie postanawiam nie skupiać się na nich za bardzo. Zamiast z nimi walczyć, chowam się przed nimi pod moją kołdrą w ananasy. Tam zdecydowanie mnie już nie dorwą.5

Po raz pierwszy od dawna nie mogę się doczekać poniedziałku. Gdy więc nudna i niezwykle długa niedziela w końcu przemija, jestem bardziej niż zadowolona. Rzecz jasna nie ma to nic wspólnego ze wczesnym wstawaniem czy też faktem, że muszę ponownie jechać na uczelnię. Cieszę się, bo znów zobaczę Wiktora. Nie powinnam się chyba do tego przyznawać ale widziałam jego zdjęcie tak wiele razy, że dosłownie znam je już na pamięć. Tym bardziej żałuję, że nie mam dostępu do pozostałych (bo przecież Wiktor nie może mieć tylko jednego zdjęcia na profilu, prawda?) ale postanawiam, że jakoś to zmienię. Mam już nawet jedną rzecz, o której możemy porozmawiać. Rurkę. Skoro Wiktor też lubi soki (zupełnie jak Draco), może kiedyś udałoby się nam wybrać tam wspólnie…

Wkraczam do głównego budynku uczelni, na moment odsuwając od siebie swoje szalone fantazje i skupiając się, jak zawsze, na poszukiwaniu odpowiedniej sali. Mam pecha, bo dzisiaj zaczynam zajęciami z Okoniem i jest to zdecydowanie ostatnia rzecz, jakiej teraz pragnę.

Gdy zbliżam się pod naszą salę zauważam, że znajduje się tam już kilka osób. Moje serce znów bije szybciej, bo Wiktor również tu jest. Siedzi na podłodze pod ścianą i znów słucha czegoś na słuchawkach. Domyślam się, że to jeden z zespołów, które widziałam na jego profilu i jakieś rockowe brzmienia wypełniają teraz jego słuchawki.

Przez cały weekend o nim myślałam ale świadomość, że miałabym teraz coś do niego powiedzieć, zupełnie odbiera mi pewność siebie. Zastanawiam się właśnie czy powinnam zacząć od czegoś neutralnego w stylu wspólnych zajęć albo dziekanatu i spraw, które miał tam załatwić, ale ledwo zaczynam o tym rozmyślać, gdy przy drzwiach od sali pojawia się Okoń. Nie trudno się domyślić, że ma dzisiaj wyjątkowo zły humor. Jego naburmuszona mina mówi sama za siebie.

— Zapraszam, zapraszam. Nie mamy całego dnia. — Zachęca a może raczej pośpiesza nas, żebyśmy w końcu weszli do środka.

Wiktor podnosi się z miejsca na podłodze i gdy mnie dostrzega, na jego twarzy na chwilę pojawia się uśmiech.

— Hej — mówię, przepychając się do środka.

— Hej — odpowiada, znajdując się tuż za mną.

Czy mogę liczyć dzisiaj na łut szczęścia i to, że usiądziemy razem? Przesuwamy się w kierunku ławek i już mam wrażenie, że Wiktor zajmie miejsce obok mnie, tuż przy oknie ale wtedy Mateusz macha w jego kierunku, wskazując mu krzesło obok siebie. To dość przykre ale przegrywam z facetem, który notorycznie zajada się wszystkim, co tylko wpadnie mu w ręce. Opadam na swoje krzesło ze zrezygnowaniem.

Przez dwie godziny ćwiczeń robię wszystko, by nie zerkać w kierunku Wiktora co wychodzi mi, mówiąc obiektywnie, fatalnie. Raz po raz zawieszam na nim wzrok, zastanawiając się jak mogłabym do niego zagadać.

Ćwiczenia mijają nam na pisaniu listu do wybranej osoby. Brzmi to trochę jak zadanie, które mogłyby dostać dzieci w szkole podstawowej ale nie narzekam. Najchętniej napisałabym list do Dracona ale z racji tego, że prace będą potem sprawdzane, a ja nie zamierzam się tłumaczyć z pisania do „Asystenta Śmierci”, wybieram doktora Tynieckiego. Szybko uświadamiam sobie, że może to nie była to mądra decyzja, bo zupełnie nie wiem, co mogłabym mu przekazać w liście. Podziękowania za zaproszenie mnie na oddział? A może za to, że pomógł mi wyzdrowieć? To akurat byłoby kłamstwo, bo przecież to nie jego zasługa a Dracona. Gdyby nie jego propozycja, pewnie w dalszym ciągu leżałabym w szpitalu, poznając kolejne panie Wiesławy, zastanawiając się co będzie dzisiaj na obiad. Zaczynam pisać, wyłącznie po to, by zapełnić czymś kartkę. Po kilku minutach mam zaledwie drętwy początek, który zaczyna się od „Szanowny Panie Doktorze. Lepsze to niż nic ale wiem, że Okonia zdecydowanie to nie zadowoli. Poza tym może nie powinnam adresować listu do Tynieckiego? Skoro później będziemy oddawali te prace a może nawet czytali je na głos, wszyscy zaczną się interesować skąd niby znam takiego lekarza. Mam w głowie coraz większy mętlik. Rozważam jeszcze przez moment czy nie powinnam napisać do producenta kokosowych ciasteczek żeby w końcu wypuścił wersję w większym opakowaniu. Z pewnością nie tylko ja byłabym mu za to dozgonnie wdzięczna. Szybko jednak odrzucam ten pomysł.

Po ćwiczeniach mamy małe okienko, które zamierzam wykorzystać tak bardzo, jak to tylko możliwe. Co oznacza dorwanie Wiktora i próby porozmawiania z nim bez jednoczesnego robienia z siebie wariatki. Mam ku temu świetną okazję. Chłopak co prawda rozmawia z innymi, ale już po chwili odwraca się na pięcie i kieruje w stronę dziekanatu. Biegnę za nim a gdy jestem już na tyle blisko, by zorientował się, że nie jest sam, zwalniam, żeby nie pomyślał, że go śledzę.

— Też idziesz do dziekanatu? — Pytam, jakby nigdy nic.

— Niestety. Mam jeszcze sporo spraw do ogarnięcia. — Potakuje.

Zrównuję się z nim, nie mogąc opanować zadowolenia z faktu, że w końcu mój plan zaczął działać.

— To tak samo jak ja — mówię, zanim zdążę pomyśleć nad własnymi słowami.

— Też masz tam do załatwienia jakieś papierkowe sprawy? — Jego zainteresowanie na chwilę wzrasta.

— Nie, nie. Po prostu… — Szukam rozpaczliwie czegoś, czegokolwiek, co dałoby mi pretekst do pójścia do dziekanatu — Wiesz, chciałam podpytać o możliwość praktyk. Podobno coś miało się już pojawić.

Wymówka wydaje się idealna. Wykładowcy wspominali bowiem wielokrotnie, że niedługo pojawią się propozycje różnorodnych praktyk i żebyśmy mieli oczy dookoła głowy.

— Wow, czyli jesteś z tych bardziej ambitnych? — Pyta, gdy od dziekanatu dzieli nas już zaledwie kilka kroków.

Jak się okazuje nie my jedni zdecydowaliśmy się tu dzisiaj zaglądnąć. Tuż przed drzwiami wije się niemała kolejka podobnych desperatów co my.

— Ambitnych? — Powtarzam.

— No wiesz, raczej mało kto interesuje się praktykami na pierwszym roku i to jeszcze na samym początku. — Wyjaśnia, zasiadając na jednym z wolnych krzeseł.

Robię tak samo chociaż mam ochotę załamać ręce nad swoją głupotą. Oczywiście, nikogo na pierwszym roku nie interesują praktyki.

— Chciałam po prostu zobaczyć, co będzie dostępne. Tak na wszelki wypadek, żeby wiedzieć czy pojawią się jakieś oferty, które mnie zainteresują. Poza tym dzięki temu mogłabym zyskać jakieś doświadczenie w dziennikarstwie. — Mówię, chociaż brzmi to bardziej jakbym udzielała wyuczonej odpowiedzi w trakcie rozmowy o pracę, niż po prostu luźno z kimś rozmawiała.

Przysięgam, gdy wrócę do domu, będę musiała odpalić jakiś poradnik na YouTube jak zachowywać się i mówić jak normalna osoba.

— Czyli rzeczywiście jesteś ambitna. — Podsumowuje. — Ja niestety nie mam tak wielkich aspiracji jak ty. Sam jeszcze nie wiem nawet co zamierzam robić w przyszłości i czy to rzeczywiście kierunek dla mnie.

Jego słowa brzmią zupełnie jak mój codzienny wewnętrzny monolog. Z tą małą różnicą, że ja wiem, że nie chcę tu być i że to coś, w czym nigdy się nie odnajdę.

— Naprawdę? Dlaczego w takim razie w ogóle się tu przeniosłeś i wybrałeś dziennikarstwo?

Przez chwilę milczy, wpatrując się na wiszącą naprzeciwko nas korkową tablice, pełną różnorodnych ogłoszeń dla studentów.

— Pewne sprawy w moim domu nie potoczyły się tak, jak powinny. Wiesz, różne takie życiowe wydarzenia. — Odpowiada a następnie chrząka, najwyraźniej nie chcąc dzielić się ze mną swoją przeszłością.

— Jasne. Różne rzeczy się dzieją. — Kiwam głową, bo akurat o „dzianiu się rzeczy” mogłabym opowiedzieć mu naprawdę wiele.

O tym, jak to jest być uwięzioną we własnym ciele, bez możliwości wyjścia z domu. O objawach, których nikt nie umie wyjaśnić. Nieustannych wędrówkach po gabinetach lekarskich, szpitalach i setkach badań, które nie wnoszą absolutnie niczego. Ale rzecz jasna nie mówię żadnej z tych rzeczy, więc oboje po prostu milczymy.

Kolejni ludzie znikają w dziekanacie i wiem, że za chwilę nadejdzie nasza kolej. W środku są dwa stanowiska więc zapewne, o ile szczęście nam dopisze, wejdziemy tam razem. Zastanawiam się jeszcze czy jest jakaś szansa, by sprowadzić rozmowę na temat Rurki i jego ulubionych soków ale uświadamiam sobie, że to raczej kiepski pomysł. Wtedy też drzwi od dziekanatu ponownie się otwierają i wypada nasza kolej.

— Proszę. — Wiktor uchyla dla mnie drzwi i zapraszającym gestem pokazuje mi żebym weszła do środka jako pierwsza.

Pomieszczenie jest małe i w większości wypełnione różnorodnymi papierami. Półki dosłownie uginają się od różnorodnych teczek.

— Zapraszam — kobieta w wysokim koku posyła mi lodowate spojrzenie.

Przysuwam się do jej okienka, na moment zapominając po co tu przyszłam. Z boku dochodzi do mnie spokojny i rzeczowy głos Wiktora, który najwyraźniej przeszedł już do omawiania swojego problemu.

— Dzień dobry, chciałam zapytać czy pojawiła się już jakaś rozpiska jeśli chodzi o praktyki. Profesorowie wspominali, że można się zacząć zapisywać ale dopiero zaczęłam studia i wszystko jest dla mnie nowe. Trochę się w tym jeszcze gubię i… — Mój monolog zostaje przerwany, gdy kobieta okręca się na krześle i wciska mi do ręki kartkę papieru.

— Wszystkie oferty — mówi, jakby stworzenie jednego i pełnego zdania kosztowało ją stanowczo zbyt wiele.

— Hmm… Dziękuję. — Mruczę, przeskakując wzrokiem po poszczególnych nazwach.

Większość z nich wzbudza we mnie przerażenie. Odruchowo aż sięgam do kieszeni, w poszukiwaniu kokosowych ciasteczek, ale rzecz jasna nie mam ich ze sobą. Wszystkie zapasy skończyły mi się dwa dni temu i chociaż obiecałam sobie, że je uzupełnię, cały czas o tym zapominałam.

— Czyli jak zdecyduję się na któryś z nich to co dalej? — Pytam, bo kobieta mierzy mnie nieprzyjaznym spojrzeniem, zapewne zastanawiając się kto w ogóle dał mi indeks i pozwolił mi nazywać się studentką.

— Dalej to musi pani pójść do osoby, która zajmuje się praktykami i zapytać, czy zostały jeszcze jakieś miejsca. A potem przychodzi pani tutaj i składa odpowiednie oświadczenie. — Wyjaśnia, nie odrywając ode mnie wzroku.

— Jest aż takie zainteresowanie? — Pytam głupkowato, w dalszym ciągu ściskając w dłoni kartkę, jakby całe moje życie zależało od tego jednego świstka.

— Tak — pada krótka i tak niesamowicie zniechęcająca odpowiedź, że nie mówię już niczego więcej.

Odwracam się i wychodzę, czując jak moje policzki przybierają czerwonawy kolor. Całe szczęście, że w dziekanacie każdego dnia pojawia się tak wiele osób, że nie ma szansy, by kobieta mnie zapamiętała. Z pewnością szybko wymieszam się w jej umyśle z innymi studentami.

— I jak tam? Udało się?

Dopiero teraz dostrzegam Wiktora, siedzącego na jednym z krzeseł i najwyraźniej czekającego na mnie. Nie chcę sobie robić zbyt wielkich nadziei, ale nie mogę przegapić takiej okazji.

— Okazało się, że zapisy już ruszyły.

Siadam na krześle obok. Chłopak w dalszym ciągu ma na kolanach teczki z dokumentami i przez moment nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zamiast na uczelnianym korytarzu, znajdujemy się w szpitalu. Tym razem siedzimy pod gabinetem Tynieckiego, oczekując na jego powrót.

— O, serio? I jest coś ciekawego? — Pyta, wsuwając teczki do plecaka i ponownie na mnie spogląda.

— Zależy co rozumiesz przez ciekawe — mówię, sięgając po kartkę.

Zanim mam okazję przeczytać mu, co się na niej znajduje, delikatnie wysuwa ją z mojej dłoni.

— Popatrzmy… — Mruczy, przesuwając wzrokiem po pierwszej z propozycji — Pomoc w uczelnianym radiu?

— Z redaktorem Wilgą. — Dopowiadam, widząc jego pytające spojrzenie. — Jest raczej wyluzowany. Pozwala nam czasami drzemać na ćwiczeniach i nawet nie wymaga od nas tak wiele.

— Brzmi dobrze. A te warsztaty prasowe? — Pyta, przechodząc do kolejnej pozycji.

— Z Okoniem? Daj spokój.

— Wydawał się miły. — Śmieje się cicho, bo z pewnością tak o nim nie myśli. — To jakiś popularny dziennikarz czy coś? Robi dookoła siebie niesamowicie dużo szumu.

— Napisał kilka artykułów o otwarciach nowych przystanków autobusowych, schronisku dla zwierząt i jeszcze jakiś tam rzeczach i uważa, że jest najlepszy.

— Serio przystanki autobusowe?

W odpowiedzi wzruszam tylko ramionami.

— To może pomoc w uczelnianej telewizji? — Sugeruje.

— Nigdy w życiu — odpowiadam błyskawicznie.

— Nie lubisz występować przed kamerą? — Jego uśmiech powiększa się coraz bardziej, zupełnie jakby doskonale wiedział, jakiej odpowiedzi mu udzielę.

— Nienawidzę — przyznaję zgodnie z prawdą.

Sama myśl o występowaniu przed kamerą powoduje, że znowu zaczyna mi się robić lekko niedobrze. Skupiam się więc ponownie na Wiktorze.

— Nie pozostaje więc nic innego jak pomoc w bibliotece.

— Serio jest tam taki punkt? — Pytam, próbując odebrać mu kartkę, ale w tym momencie unosi ją do góry tak, żebym nie mogła jej chwycić.

— Może. A może to zmyśliłem?

— Draco, przestań! — Zaczynam ale szybko uświadamiam sobie swoją gafę. Moje policzki znów zaczynają się rumienić i zalewa mnie fala zażenowania. — Przepraszam, miałam na myśli Wiktor…

— Rzeczywiście lubisz tego Malfoya, co? Chyba powinienem pomyśleć w takim razie o zmianie koloru włosów. — Chwyta pojedyncze pasma na głowie i delikatnie przesuwa po nich palcami.

Zdaje się nic sobie nie robić z mojej wpadki, może nawet lekko go ona śmieszy.

— Wybacz, po prostu jesteś podobny do…

— Twojego przyjaciela. Tak, pamiętam. — Kiwa powoli głową i przygląda mi się uważnie.

Widzę wyraźnie, że chce mnie o coś jeszcze zapytać, może czy z moją głową wszystko jest rzeczywiście w porządku skoro nie jestem w stanie odróżnić od siebie dwóch osób, ale zamiast się odezwać, po prostu wstaje. Robię to samo, chcąc odebrać od niego moją kartkę ale ją ode mnie odsuwa.

— Pozwól, że wybiorę na jakie praktyki się zapiszemy, dobrze? — Pyta, a usta znów układają mu się w szerokim uśmiechu.

— Zapiszemy?

— Wydaje mi się, że ja również powinienem pomyśleć o swojej edukacji. W końcu po to tu jestem. — Wyjaśnia a następnie oddala się, zostawiając mnie na środku korytarza.8

Kolejne dni upływają nam na rozmowach pomiędzy wykładami a także praktykach w telewizji. Chociaż początkowo sądziłam, że będzie się to wiązało z występowaniem przed kamerą, szybko okazało się, że tak nie jest. Pan Marek nie zachęca nas jakoś szczególnie żebyśmy bawili się w prezenterów, bo tych ma już zbyt wielu, jak zapewnia nas jednego dnia.

Oprócz tego dowiadujemy się, że tak bardzo spodobały mu się wybrane przez nas wcześniej tematy, że zdecydował się na stałe przydzielić nas do tego zadania. Od tego czasu zabieramy jednak do studia własne laptopy, nie ufając za grosz tym starym rupieciom, które się tam znajdują. Dzięki temu nasza praca jest o wiele szybsza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij