Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Jesteś na mojej bucket list - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2026
3999 pkt
punktów Virtualo

Jesteś na mojej bucket list - ebook

Myślałam, że mam wszystko.

Bezpieczne życie, kochającego narzeczonego, stabilny plan na przyszłość. A potem… jedno spojrzenie, jedno wyznanie, jedna zdrada – i wszystko runęło. Z dnia na dzień zostałam z niczym poza złamanym sercem i listą marzeń, które kiedyś spisałam, by nigdy do nich nie wrócić. Ale teraz… teraz ta lista stała się moją ostatnią deską ratunku.

Wyruszyłam w podróż, żeby odnaleźć siebie – i niespodziewanie znalazłam coś więcej. Namiętność, która odbiera oddech. Intymność, która rozbraja. Dotyk, który przypomina, że wciąż jestem kobietą zdolną kochać i pragnąć.

Problem w tym, że niektóre punkty z bucket list wymagają odwagi większej niż skok ze spadochronem.

Wymagają złamania zasad, które sama sobie wyznaczyłam.

Wymagają... złamania własnego serca po raz drugi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788367520737
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze, poprawiając ułożenie włosów. Powtarzałam sobie uparcie, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. W końcu, czy miłość nie wymaga czasem szaleństwa?

Czarna, jedwabna sukienka czekała na łóżku – jak zapowiedź idealnego wieczoru. Wybrałam ją z myślą o Marku. Zawsze mówił, że uwielbia mnie w tym kolorze. Nawet biżuteria – delikatny komplet złotych gwiazdek – była prezentem od niego. Miałam wyglądać tak, jak chciał: elegancka, dopracowana, wystudiowanie pewna siebie.

Jedna rzecz wciąż uwierała mnie gdzieś z tyłu głowy. Dlaczego na wieść o moim przyjeździe do Los Angeles nie zareagował choćby cieniem entuzjazmu? „Konferencja to nie miejsce na świętowanie rocznicy” – tak mi wtedy odpowiedział. Ale wciąż łudziłam się, że w głębi serca to doceni. Przecież kiedyś oboje uwielbialiśmy romantyczne gesty, a ja przy okazji chciałam udowodnić, że nawet na odległość możemy dbać o to, co między nami wyjątkowe.

Weszłam do hotelowej windy, ściskając kartę do pokoju narzeczonego w dłoni. Z wyprzedzeniem skontaktowałam się z menedżerem hotelu – chciałam, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Planowałam niespodziankę na naszą rocznicę, a oni, ku mojej uldze, od razu się zgodzili. Co więcej, sami zaproponowali, że w odpowiednim momencie do pokoju wniesiona zostanie butelka szampana – w ramach prezentu od hotelu. Byłam zachwycona.

W myślach odtwarzałam reakcję – jego twarz rozpromienia się z radości, podbiega do mnie i chwyta mnie w ramiona. „Ava, co ty tutaj robisz?” – zapytałby z niedowierzaniem, a ja odpowiedziałabym z uśmiechem: „Nie mogłam znieść myśli, że spędzasz naszą rocznicę sam”. Potem… Cóż, ten wieczór z pewnością nie należałby do tych w garniturze i krawacie.

Ale w głębi serca czułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Jakby cichy głos, który szeptał, że coś jest nie tak. Ignorowałam go przez cały lot, potem w taksówce i nawet wtedy, kiedy przekraczałam próg hotelu. Ale teraz, gdy winda zatrzymała się na dwudziestym piętrze, ten szept zamienił się w niepokojący krzyk.

Korytarz był cichy, wyłożony miękką wykładziną. Ściany miały ten neutralny odcień beżu, który sprawiał, że wszystko wyglądało drogo – i nijako. Z każdym krokiem zbliżałam się do pokoju numer 2025, a serce biło szybciej. Rozejrzałam się. Jego pokój był tuż za rogiem.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie, a ja weszłam do środka. Apartament wyglądał dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam – elegancki, z panoramicznymi oknami wychodzącymi na miasto. Na stole stała butelka czerwonego wina i dwa kieliszki. Tylko światło nocnych lamp, wpadające przez okna, delikatnie oświetlało wnętrze. Idealne miejsce na wieczór we dwoje.

– Mark? – zawołałam cicho, zamykając za sobą drzwi.

Cisza. Zrobiłam kilka kroków w głąb pokoju, serce waliło mi coraz mocniej. Może się kąpie? A może właśnie rozmawia przez telefon?

Zatrzymałam się, bo coś usłyszałam. Dźwięk. Cichy, rytmiczny. Westchnienie. Może… Nie, to niemożliwe. Zamarłam, próbując zebrać myśli, ale nogi same poniosły mnie w stronę sypialni. Weszłam głębiej.

Wtedy ich zobaczyłam…

Nagle świat zawirował mi przed oczami. Na łóżku, z rękami splecionymi za głową, leżał Mark. Nagi. Między jego udami klęczała kobieta – szczupła, z boku bardzo przypominała… mnie. Jej głowa poruszała się rytmicznie po jego wzwiedzionym członku, a z ust dobiegały ciche pomruki. Mężczyzna wyglądał na całkowicie zrelaksowanego. Jęknął z zadowolenia. Zesztywniałam. Zrobiło mi się zimno. Szok mnie sparaliżował, a ciało odmówiło posłuszeństwa.

Przez chwilę tylko patrzyłam. Jakby ten widok nie miał ze mną nic wspólnego. Jakby to był film, nie moje życie.

Później do mnie dotarło…

To był MÓJ narzeczony. Mark. MÓJ Mark.

Mężczyzna, który obiecywał mi miłość na całe życie. Ten, który już niedługo miał zostać moim mężem.

Stałam jak wmurowana. Oczy paliły mnie od łez, a w gardle narastała gorycz.

– Mark?! – wydusiłam w końcu. Mój głos był pełen wściekłości i niedowierzania.

Otworzył oczy, spojrzał na mnie i zamarł. Na jego twarzy pojawiło się czyste przerażenie. Kobieta również odwróciła głowę, nie przerywając jednak swojego zajęcia, i spojrzała na mnie z wyraźnym zaciekawieniem.

– Kim jesteś? – zapytała, wypuszczając go z ust. W jej głosie pobrzmiewała irytacja. – Chcesz do nas dołączyć?

To było jak cios w twarz. Ledwo powstrzymałam się, żeby się na nią nie rzucić. Zamiast tego wbiłam rozpalony gniewem wzrok w Marka.

– Kim jestem? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. – Może on łaskawie ci wyjaśni!

Zdrajca próbował coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywały się tylko urywane, bezładne słowa. W końcu kobieta wyprostowała się z chłodną pewnością siebie. Wytarła nonszalancko usta wierzchem dłoni, a jej spojrzenie, pełne niedowierzania i pogardy, wbiło się w niego jak ostrze.

– Mark, kto to, do cholery?! – warknęła. – Mówiłeś, że jesteś wolny.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale zmusiłam się, by ich nie uronić.

– Jesteś żałosny – powiedziałam lodowatym tonem, zdejmując pierścionek zaręczynowy i rzucając nim w jego stronę. – To koniec. Nie chcę cię więcej widzieć.

Odwróciłam się i wybiegłam z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Łzy spływały mi po policzkach, gdy biegłam korytarzem. W windzie osunęłam się plecami po ścianie i wybuchłam płaczem. Łkałam głośno, pozwalając emocjom całkowicie mnie pochłonąć.

Gdy dotarłam do lobby, menedżer spojrzał na mnie z wyraźnym niepokojem.

– Czy wszystko w porządku, pani Michaels? – zapytał.

Pokręciłam głową.

– Nie, nic nie jest w porządku – wyszeptałam wciąż zalana łzami, szybko kierując się do wyjścia.

Na zewnątrz złapałam pierwszą lepszą taksówkę, która właśnie zatrzymała się przy krawężniku. Gdy wsiadłam, podałam adres swojego hotelu. Łzy znów zaczęły spływać mi po policzkach.

To był koniec. Nie tylko wieczoru, ale wszystkiego, co znałam i kochałam.

W pokoju hotelowym długo nie mogłam się uspokoić. Nie pamiętałam, jak zapłaciłam taksówkarzowi, jak weszłam do środka, jak zdjęłam buty. Wszystko było jak zamglone. Zsunęłam się na podłogę przy łóżku i kurczowo objęłam kolana. Czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce i zostawił pustkę, której nic nie mogło wypełnić. Gardło miałam ściśnięte tak mocno, że nie mogłam przełknąć śliny. Każdy oddech urywał się, był płytki i nieregularny.

Musiałam porozmawiać z kimś, kto mnie zrozumie. Sięgnęłam po telefon, mając nadzieję, że Rose odbierze. Zawsze odbierała.

– Ava! – Jej głos aż tryskał entuzjazmem. – No, opowiadaj! Szczęka mu opadła, jak cię zobaczył?

Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać łzy, które wezbrały we mnie z całą siłą.

– Rose… – wydusiłam, a mój głos złamał się w połowie zdania. – Potrzebuję cię. Bardziej niż kiedykolwiek.

Rozpłakałam się. Tym razem na całego. Nie z bólu, nie z wściekłości. Z bezsilności.

– Co się stało? Ava, mów do cholery, bo zaraz wsiądę w pierwszy samolot i będę u ciebie! – Jej głos natychmiast stwardniał, była gotowa do walki.

Zaczęłam mówić, ale oddech rwał się niespokojnie, a emocje plątały mi język. Słowa przychodziły z trudem, jakbym dopiero uczyła się mówić. Rose słuchała bez przerywania, choć w jej milczeniu buzowała narastająca furia – słyszałam ją w każdym głębokim wdechu.

Kiedy skończyłam, na linii zapadła cisza. Ta znajoma, ciężka cisza, która zawsze poprzedzała huragan.

– Co za pieprzony gnój… – warknęła Rose. – Powiedz tylko, w którym jest hotelu, a przysięgam, że tam wpadnę i urwę mu jaja. Tak, żeby żadnej kobiecie już nigdy nie przyszło do głowy mu zaufać!

– Rose… – zaczęłam, ale nie pozwoliła mi skończyć.

– Nie! Nawet nie próbuj mnie uspokajać. On jest skończonym dupkiem! Jak mógł ci to zrobić?! Ava, słuchaj mnie teraz uważnie: natychmiast kup bilet i wracaj do Nowego Jorku. Przyjadę po ciebie na lotnisko i zostaniesz u mnie. Nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu.

Te słowa były dokładnie tym, czego potrzebowałam. Mimo emocjonalnego rozchwiania czułam się bezpieczniejsza, wiedząc, że mam ją po swojej stronie.

– Dziękuję… Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – wyszeptałam z wyraźną ulgą w głosie.

– Co byś zrobiła? – parsknęła Rose. – Pewnie utopiłabyś tego debila w hotelowym basenie, a potem próbowała wyjść z tego z twarzą. Ale spokojnie, od tego masz mnie. Zajmiemy się tym razem, dobra?

Jeszcze w trakcie rozmowy z Rose zarezerwowałam bilet powrotny do Nowego Jorku. Teraz siedziałam w taksówce, która sunęła cicho przez ulice, i rozpaczliwie próbowałam uspokoić oddech. Każde podejście kończyło się fiaskiem. Myśli wciąż uciekały do Marka i tej kobiety, a serce ściskało się z bólu i gniewu. Czy zawsze taki był? Czy przez sześć lat żyłam w kłamstwie?

Lot ciągnął się w nieskończoność. Nie potrafiłam zasnąć. Wracałam myślami do każdej chwili spędzonej z człowiekiem, którego pokochałam całym sercem – do tych, które wydawały się idealne. Pierwsze spotkanie. Jego czułość. Spontaniczne wyjazdy… Teraz wszystko wyglądało jak starannie wyreżyserowana farsa.

W turbulencjach, które co chwilę wstrząsały samolotem, czułam odbicie chaosu w mojej głowie. Wystarczyło, że zamknęłam oczy, a obrazy Marka i tamtej kobiety wracały jak żywe, mieszając się z bolesnymi myślami o wszystkich momentach, w których mogłam go przyłapać, ale tego nie zrobiłam. Byłam ślepa – zaślepiona wyidealizowaną wizją naszego związku.

Po wylądowaniu w Nowym Jorku wszystko wydawało się nierealne – jak zły, koszmarny sen, z którego nie potrafiłam się obudzić.

– Ava! – zawołała Rose i wzięła mnie w ramiona.

Rozpłakałam się, gdy poczułam jej znajomy zapach i ciepło.

– Jestem tutaj. Wszystko będzie dobrze – powiedziała, głaszcząc mnie po plecach. – Ale przysięgam, że jeśli go kiedyś spotkam, to nie wyjdzie z tego cało. – Jej gniew aż iskrzył w powietrzu. Patrzyła na mnie z troską, w jej oczach widać było burzę emocji. – Chodź, jedziemy do mnie. Musisz odpocząć, a ja obmyślić, jak pozbawić go możliwości reprodukcji.

Zaśmiałam się przez łzy. Właśnie tego teraz potrzebowałam – Rose, która zawsze wiedziała, jak wywołać uśmiech na mojej twarzy, nawet w najgorszych chwilach.

Kiedy dotarłyśmy do mieszkania, od razu poczułam, jak ogarnia mnie ulga. Ta przestrzeń zawsze miała w sobie coś uspokajającego, bardzo specyficzne połączenie chaosu i przytulności. Na kuchennym blacie leżał stos gazet, obok kubków z wczorajszą kawą, a kanapa tonęła w poduszkach o przeróżnych kształtach i kolorach.

– Siadaj – powiedziała Rose. Rzuciła torbę na krzesło i ruszyła w kierunku kuchni. – Zrobię nam herbatę albo przyniosę wino. Co wolisz? – zapytała, wyjmując dwie lampki, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

– Wino – przyznałam, wzdychając głęboko. – Chyba tylko alkohol może sprawić, że choć na chwilę zapomnę.

Rose nalała prosecco do kieliszków i wręczyła mi jeden. Usiadłyśmy na kanapie, a ja wtuliłam się w jedną z jej ogromnych poduszek.

– Wiesz co? – zaczęła, patrząc na mnie uważnie. – To jest ten moment, kiedy możesz krzyczeć, płakać, rzucać czymkolwiek, co znajdziesz pod ręką. A ja nie będę miała nic przeciwko. Nawet będę ci kibicować.

– Nie chcę krzyczeć – powiedziałam cicho, patrząc niezbyt przytomnie w kieliszek. – Czuję się… pusta. Jakby wszystko, co miałam, zostało mi zabrane w jednej chwili.

Rose ujęła moją dłoń i ścisnęła ją mocno.

– Masz mnie, Ava. I nie pozwolę cię więcej skrzywdzić. Nigdy. – Rose wzięła łyk wina i spojrzała na mnie z taką determinacją, że aż się wyprostowałam. – Powiedz mi tylko jedno – zaczęła, w jej głosie wyraźnie brzmiała furia. – Jak długo pozwolisz temu pieprzonemu frajerowi zajmować jakąkolwiek przestrzeń w twoich myślach? Jak długo jeszcze będzie miał nad tobą władzę? I co, niby teraz ma z tą swoją dziunią być szczęśliwy? Jakbym nie znała takich facetów… Znudzi się nią szybciej, niż zdąży jej kupić pierścionek. A ty? Ty jesteś o niebo lepsza od niego. A już na pewno za dobra, żeby rozpaczać po takim śmieciu.

– Rose… – próbowałam zaprotestować, ale ona stanowczo machnęła ręką, uciszając mnie.

– Nie! Nie chcę słyszeć żadnych tłumaczeń. To pieprzony manipulator i kłamca. Koniec! Jesteś wolna. A teraz wykorzystaj tę wolność na coś lepszego niż myślenie o nim, jasne?

Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Rose była burzą i słońcem w jednym. Jej gniew był szczery, ale pełen troski.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, popijając wino. Przyjaciółka patrzyła na mnie uważnie, czekając, aż znowu zacznę mówić. W końcu westchnęłam i odłożyłam kieliszek na stolik.

– Nie wiem, co mam zrobić. Całe moje dorosłe życie było oparte na relacji z Markiem. Na naszych planach, marzeniach… A teraz wszystko okazało się jednym wielkim kłamstwem.

Rose pokiwała głową, a w jej spojrzeniu pojawiło się zrozumienie.

– Teraz czujesz się, jakbyś była na samym dnie. Ale wiesz co? Z dna można się tylko odbić. A ty, moja droga, masz w sobie więcej siły, niż myślisz. To będzie bolało, nie będę ci wciskać kitu. Lecz przejdziesz przez to. A ja będę tutaj, żeby przypominać ci, że Mark to gówno, które nie jest warte nawet twojej złości. – Dopiła swoje wino i po chwili spojrzała na mnie z charakterystycznym błyskiem w oku. – No dobra, teraz powiedz mi jedno. Jak bardzo żałujesz, że nie walnęłaś go czymś ciężkim, zanim wyszłaś? Bo ja bym walnęła. Krzesłem. Albo lampą.

Nie mogłam powstrzymać śmiechu, choć przez łzy brzmiało to trochę histerycznie.

– Nie wiem. W tamtej chwili chciałam tylko uciec.

– No cóż, przynajmniej nie rzuciłaś się na tę dziewuchę. Wiesz, karma i tak ją dopadnie. Jak Mark z nią skończy, to i ona dostanie lekcję życia, żeby nie brać się za cudzych facetów. Ale wiesz co? Ona nie jest naszym problemem. On nim jest. I zaklinam się, jeśli kiedykolwiek go spotkam, powiem mu w twarz, co o nim myślę.

Po raz pierwszy tego dnia zaczęłam się rozluźniać. Gniew Rose działał na mnie jak terapia. Był szczery, surowy i pełen miłości.

Kiedy nadszedł wieczór, czułam się trochę bardziej opanowana.

– No dobra, smutki na bok, a teraz powiedz mi, co chcesz zrobić. – Spojrzała na mnie z powagą.

Przygryzłam wargę, zastanawiając się nad jej słowami. W końcu pokiwałam głową.

– Myślę, że na razie chcę zostać tutaj, z tobą. Nie jestem gotowa, żeby już teraz zacząć rozglądać się za nowym lokum. A do mieszkania Marka nie mogę wrócić.

– W porządku. – Rose uśmiechnęła się lekko. – Zrobimy z mojego mieszkania twój tymczasowy azyl. A teraz, moja droga, chodź. Mam więcej wina, lody w zamrażarce i jakąś głupią komedię, która jest tak zła, że musimy ją obejrzeć. Idealny sposób na to, żeby wyśmiać tego palanta i przypomnieć sobie, że życie to coś więcej niż jeden pieprzony facet i to w dodatku kłamca.Rozdział 2

Zatrzymałam się przed drzwiami apartamentu, który przez ostatnie lata nazywałam domem. Klucz drżał w mojej dłoni. Rose stała tuż obok mnie, a jej obecność była jedynym, co trzymało mnie w pionie. Nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły, wpuszczając nas do środka. Do miejsca, które kiedyś było moim światem, a wydawało się obce. Puste.

W środku powietrze było ciężkie, jakby nasiąknięte wspomnieniami. Każdy kąt, mebel, każde zdjęcie przypominały mi, co straciłam – a może raczej, co było jedynie złudzeniem. Mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak je zostawiłam kilka dni temu, a mimo to wszystko wydawało się inne.

– No dobra, wchodzimy, zabieramy twoje rzeczy i czym prędzej stąd spieprzamy. – Rose przerwała moje rozmyślania swoim ostrym tonem. – Zasługujesz na nowy start.

Skinęłam głową, ale nogi miałam jak z betonu. Przyjaciółka popchnęła mnie lekko w plecy, zmuszając, bym przekroczyła próg.

W środku panowała cisza, niemal upiorna. Spojrzałam na wyspę kuchenną i od razu wrócił tamten dzień, gdy pierwszy raz weszliśmy tu jako para.

Apartament był jeszcze pusty, ale powietrze aż iskrzyło od naszej ekscytacji. Mark trzymał mnie za rękę i uśmiechał się tak, że wtedy topniałam na sam widok.

– Gotowa na nasze nowe życie? – zapytał, obracając się w kółko, jakby właśnie prezentował mi królewskie komnaty.

– Gotowa! – odpowiedziałam z entuzjazmem. Byłam szczęśliwa jak bohaterka bajki, która właśnie rozpoczyna życie u boku swojego księcia.

Mark niespodziewanie uniósł mnie, aż pisnęłam. Posadził mnie na wyspie kuchennej i spojrzał mi głęboko w oczy.

– Wiesz, że z tobą mogę wszystko? – wyszeptał z czułością. – Obiecuję, że zadbam o to, byś była najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Uklęknął na podłodze i z udawaną powagą oznajmił:

– Moja droga pani, czy ten apartament zasługuje na waszą obecność?

Śmiałam się wtedy do łez, patrząc na jego przesadnie teatralne gesty. Wszystko wydawało się takie idealne.

Tamtego dnia wierzyłam w każdą jego obietnicę. Patrząc na jego roześmianą twarz, byłam pewna, że żaden cień nigdy nie spadnie na naszą bajkę.

Teraz patrzyłam na tę samą wyspę, ale zamiast radości czułam tylko ból. Rose musiała to zauważyć. Podeszła bliżej i delikatnie położyła dłoń na moim ramieniu.

– Wiem, że trudno ci na to patrzeć. Przyjdzie dzień, kiedy to miejsce przestanie mieć dla ciebie znaczenie – powiedziała miękko, co u niej było rzadkością. Ale jej troska była szczera.

Skinęłam głową, choć słowa ledwie do mnie docierały. Czas płynął inaczej, odkąd moje życie rozsypało się na kawałki. Ale ona była obok. I to wystarczyło, żebym mogła zrobić pierwszy krok.

Zaczęłam od garderoby. Sięgnęłam po walizkę i powoli wyciągałam z szafy ubrania. Składałam je niemal mechanicznie. Każdy element zdawał się ważyć tonę, jakby przypominał o wspólnych chwilach, które wolałabym wymazać z pamięci.

Rose ruszyła mi na pomoc, ale – jak to ona – nie powstrzymała się od swoich typowych komentarzy.

– Nie wierzę, że on nosi te garnitury. Serio, wygląda w nich jak jakiś cholernie bogaty fircyk. Dobra, ale ten czarny jest fajny. Może sobie przygarnę? – Puściła mi oczko, ale gdy zobaczyła moje spojrzenie, natychmiast zamilkła. – No dobra, sorry. Nie wiem już, co powiedzieć, żebyś przestała wyglądać jak żywy trup.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego sięgnęłam po szpilki stojące na półce. Wspomnienie uderzyło we mnie jak piorun. To były te same buty, które miałam na sobie podczas naszej pierwszej rocznicy. Pamiętam, jak długo dobierałam wtedy strój, chcąc, by wszystko było idealne. Mark zaplanował kolację w ekskluzywnej restauracji z widokiem na Manhattan.

Czekał na mnie w drzwiach w idealnie skrojonym garniturze, z tym swoim zniewalającym uśmiechem. W dłoniach trzymał bukiet czerwonych róż. Dokładnie dwanaście. „Jedna za każdy niesamowity miesiąc, który spędziliśmy razem” – powiedział, wręczając mi je z ukłonem.

– Wyglądasz jak milion dolarów – szepnął, gdy zobaczył mnie w szpilkach i dopasowanej, czerwonej sukience. – Ale te buty… te buty doprowadzą do mojej zguby.

Czułam się jak królowa. Mark otwierał przede mną drzwi, odsuwał krzesło w restauracji i przez cały czas patrzył na mnie tak, jakby na świecie nie istniało nic więcej. Siedzieliśmy przy świecach z kieliszkami szampana w dłoniach i snuliśmy plany. Rozmawialiśmy o tym, co teraz, o przyszłości i gdzie chcielibyśmy pojechać w najbliższą podróż.

Teraz trzymałam w rękach te same buty, które wtedy dodawały mi pewności siebie, a dziś ciążyły jak wyrzut sumienia. Ich blask wydawał mi się wręcz karykaturalny w świetle ostatnich wydarzeń.

Rose, widząc moją minę, dotknęła wspierająco mojego ramienia.

– Ava, buty to tylko buty. Garnitury to tylko garnitury. Ale ty, kochana, jesteś pieprzonym diamentem. Zamiast wracać myślami do niego, zacznij się zastanawiać, jak pokazać temu gnojowi, co właśnie stracił – rzuciła z ogniem w głosie.

Skinęłam głową. Jej słowa powoli wypierały smutek, robiąc miejsce gniewowi. Rozpacz przestawała być jedynym uczuciem, jakie we mnie tkwiło.

Gdy dotarłyśmy do galerii zdjęć w holu, nie wytrzymałam. Mój wzrok zatrzymał się na fotografii z naszych wakacji w Grecji.

Było ciepłe popołudnie. Spacerowaliśmy po ciasnych uliczkach Oia na Santorini, trzymając się za ręce. Pod nami błyszczało Morze Egejskie, a ja czułam się jak w filmie. Mark nagle przystanął i obrócił mnie do siebie z łobuzerskim uśmiechem.

– Zaczekaj tutaj – powiedział, puszczając moją dłoń i ruszając w stronę pobliskiego kelnera, który właśnie zbierał puste talerze z tarasu restauracji. Wskazał na mnie, potem na widok w tle, tłumacząc coś z entuzjazmem.

– Co ty kombinujesz? – zapytałam, choć nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

– Chcę uchwycić moment. Wyglądasz tak pięknie, że muszę to uwiecznić – powiedział, wracając z kelnerem, który trzymał aparat.

Mark objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Jego zapach, ciepło, szept przy uchu, kiedy uśmiechałam się do obiektywu – wszystko wydawało się wtedy idealne. To zdjęcie należało do moich ulubionych. Tak bardzo cieszyłam się, że mogę dzielić te chwile z miłością mojego życia.

– Grecja zawsze będzie naszym miejscem – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Gdziekolwiek życie nas poniesie, zawsze będziemy wracać tutaj. Tylko ty i ja.

Poczułam, jak moje serce przepełnia miłość i wdzięczność. Wierzyłam w każde jego słowo, w każdą obietnicę.

Teraz trzymałam tę fotografię w dłoniach, a wspomnienia rozpływały się jak mgła wypierana przez rzeczywistość. Słowa, które kiedyś brzmiały jak obietnica, wydawały się puste. Bez znaczenia.

– To wszystko było kłamstwem – wyszeptałam.

Rose uniosła zdjęcie, spojrzała na nie uważnie, a po chwili jej twarz rozjaśnił diabelski uśmiech.

– A może by tak… rozwalić to wszystko? – zaproponowała, machając zdjęciem. – Powiedz mi, Ava. Czy nie byłoby cudownie usłyszeć trzask tłuczonego szkła i patrzeć, jak te wszystkie zdjęcia latają w strzępach po pomieszczeniu?

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Przez sekundę chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, że to bez sensu, że nie warto… Ale wtedy coś we mnie pękło. Coś, co długo tłumiłam.

Gniew.

Nie dziki, wybuchowy. Raczej ten zimny, powolny, który sączy się jak trucizna i zmusza cię do działania.

– Masz rację – szepnęłam. – Zróbmy to.

A potem był tylko hałas.

Ramki z hukiem spadały na podłogę, szkło rozpryskiwało się pod naszymi stopami. Zdjęcia, które kiedyś pielęgnowałam z czułością, teraz rwałam na strzępy z takim zaangażowaniem, jakby każde z nich było ciosem w serce, który teraz mogłam oddać.

W końcu.

Oddychałam ciężko, ręce mi drżały, a w klatce piersiowej coś się przesuwało – jakby żal ustępował miejsca sile. Po raz pierwszy od wielu dni, które zlały się w jeden ciąg bólu, poczułam ulgę. Cichą. Dziką. Prawdziwą.

Kilka godzin później Rose zorganizowała ekipę ratunkową w postaci swoich dwóch przyjaciół gejów, którzy zjawili się vanem, gotowi do akcji. Pakowaliśmy rzeczy w milczeniu. Kiedy wychodziliśmy z apartamentu, zatrzymałam się w progu i ostatni raz spojrzałam za siebie na pobojowisko.

– Ava, zamykasz pewien rozdział – powiedziała Rose, chwytając mnie za rękę. – To, co zostawiasz za sobą, nie zasługuje nawet na ani jedną twoją myśl.

Skinęłam głową i trzasnęłam drzwiami tak, jakby ten dźwięk miał za mnie powiedzieć wszystko.

Dni mijały, a ja leżałam pod kołdrą, przytulając poduszkę jak ostatni bastion bezpieczeństwa. Świat za oknem mógłby się zawalić, a ja i tak nie drgnęłabym nawet o milimetr. Mój telefon od dawna leżał wyłączony na szafce nocnej. Zbyt wiele wiadomości i jeszcze więcej nieodebranych połączeń oraz powiadomień, na które nie miałam siły. Dni zlewały się w bezkształtną szarość. Śniadania traciły sens, obiady były tylko kolejną czynnością, o której przypominała mi Rose. A kolacje? Po prostu ich już nie było. Jakby przestały istnieć razem ze mną.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wzięłam prysznic. Moje włosy kleiły się do skóry, twarz – obca, poorana siateczką zmarszczek po łzach – patrzyła na mnie z lustra jak duch. Cienie pod oczami przypominały sińce po ciosach, a skóra zrobiła się blada, niemal przezroczysta. Każdy mięsień bolał. Każda myśl była cięższa od poprzedniej. Zostały tylko pustka i ból. Rozdzierający, nieustanny ból. Ten sam. Nieznośny. Jakby osiadł mi pod skórą i rozpychał się od środka.

Rose próbowała wszystkiego, by mnie z tego wyrwać. Przynosiła moje ulubione jedzenie, zabierała mi kołdrę, włączała na głośnikach stare piosenki, które kiedyś razem wykrzykiwałyśmy.

Nie reagowałam. Leżałam nieruchomo, patrząc w sufit, jakby gdzieś tam miała pojawić się odpowiedź. Jakby coś, cokolwiek, miało się w końcu zmienić. Ale nic się nie zmieniało. A ja już nie umiałam nawet płakać.

Pewnego dnia drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie. Usłyszałam szybkie kroki Rose.

– Ava? Wstawaj, masz gościa! – oznajmiła stanowczo.

– Nie chcę nikogo widzieć. Daj mi spokój – wymamrotałam spod kołdry, próbując nakryć się jeszcze bardziej.

Rose nie odpuszczała. Chwilę później usłyszałam jeszcze jeden głos – męski, spokojny, zupełnie obcy.

– Dzień dobry, pani Michaels. Nazywam się Paul Arkman. Pani przyjaciółka poprosiła mnie, żebym z panią porozmawiał.

Zerwałam się do pozycji półsiedzącej i wbiłam w niego niedowierzający wzrok. W progu pokoju stał mężczyzna w średnim wieku, w prostym, eleganckim garniturze. Na jego twarzy malował się łagodny uśmiech.

– Rose, kim on jest?! – warknęłam, patrząc na nią z mieszaniną gniewu i rozpaczy.

– To psychiatra – odpowiedziała bez cienia zawstydzenia. – Boże, Ava, popatrz na siebie. Jesteś wrakiem. Nie mogę na to patrzeć. On ci pomoże.

– Nie potrzebuję pomocy! – krzyknęłam wytrącona z równowagi. – Nie potrzebuję psychiatry, nie potrzebuję nikogo! Poradzę sobie sama.

– Naprawdę? Bo nie wygląda na to, żebyś sobie radziła – wypaliła Rose, splatając ramiona na piersi. – Wiesz, że jestem z tobą szczera. Nie udawaj, że jest dobrze.

Odwróciłam się od niej z zamiarem ponownego zakopania się pod kołdrą. Moje ciało drżało od narastającej frustracji. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, doktor Arkman przysiadł na krześle obok łóżka. Jego głos był spokojny, wyważony, jakby miał przed sobą nieskończoną ilość czasu.

– Pani Michaels, wiem, że to dla pani trudne. Ale to, przez co pani przechodzi, nie jest czymś, co da się przezwyciężyć samemu. Żałoba po stracie, jakiej pani doświadcza, jest poważnym procesem, który wymaga wsparcia.

Zamarłam. Słowa „żałoba” i „proces” brzmiały obco, niemal klinicznie. Ale jednocześnie coś w jego tonie sprawiło, że moje myśli zaczęły się uspokajać. Powoli usiadłam na łóżku, opierając się plecami o ścianę.

– Co pan może wiedzieć o tym, co ja czuję? – zapytałam z cichym wyrzutem, zaciskając palce na brzegu kołdry.

– Może niewiele – odpowiedział z powagą. – Ale przez mój gabinet przeszło wiele osób, które miały podobne doświadczenia. I mogę pani obiecać jedno: to, co teraz wydaje się końcem świata, z czasem stanie się tylko wspomnieniem. Bólem? Tak. Ale takim, który można oswoić.

Jego słowa nie były łatwe do przyjęcia, ale niosły ze sobą nadzieję. Przez następne pół godziny opowiadałam mu o tym, jak się czuję. Bezwartościowa i pusta. Doktor Arkman nie oceniał, tylko słuchał. Na koniec przepisał mi delikatne leki i zasugerował terapię.

Kiedy wyszedł, Rose wróciła do pokoju z kubkiem gorącej herbaty. Usiadła obok mnie i położyła dłoń na moim ramieniu.

– Nadal mnie nienawidzisz? – zapytała cicho.

– Trochę mniej – odpowiedziałam, biorąc łyk herbaty.

Nie czułam się dobrze. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna doświadczyłam czegoś, co przypominało… nadzieję.Rozdział 3

Każdego dnia czułam, że odzyskuję odrobinę siły. Odkąd wybiegłam z pokoju Marka w hotelu w Los Angeles, ciągle bombardował mnie połączeniami i wiadomościami, więc po prostu go zablokowałam. Ostatnie, czego potrzebowałam, to jego kłamliwe przeprosiny czy tłumaczenia. Wiedziałam, że nie pomoże mi to w procesie leczenia, a tylko rozdrapie rany.

Jego rodzice też próbowali się ze mną skontaktować. Telefon dzwonił po kilka razy dziennie, ale nie miałam siły na rozmowę. Ciepło i życzliwość, jaką okazywali mi przez te wszystkie lata, sprawiły, że traktowałam ich jak drugą rodzinę. Powinni skupić się na Marku, to on jest problemem, nie ja. Mimo to czułam ukłucie winy za każde nieodebrane połączenie. Ostatecznie odsunęłam te myśli na bok. Musiałam skupić się na sobie.

Rozmowa z moimi rodzicami była jednak czymś, czego nie mogłam odwlekać w nieskończoność. Cieszyłam się, że ich urlop w Europie przypadł na czas, gdy byłam w najgorszym stanie. Nie byłam gotowa na tłumaczenia ani pytania o ich przyszłego zięcia i nasz zbliżający się ślub. Teraz, gdy leki zaczęły działać, czułam, że mogę stawić czoła tej trudnej rozmowie. Chciałam im powiedzieć, że wesela nie będzie, że ich córka – jeszcze niedawno tak szczęśliwa i zakochana – próbuje posklejać swoje życie na nowo. Ale najpierw musiałam załatwić coś innego.

Dzięki mojej terapeutce zaczęłam rozumieć, że proces zdrowienia wymaga czasu. Część osób w mojej sytuacji rzuca się w wir pracy, szukając w niej ukojenia. Ja byłam inna – potrzebowałam się zatrzymać, złapać oddech. Na szczęście mogłam sobie na to pozwolić. Odkładałam większość swoich zarobków. Nie miałam na co wydawać pieniędzy, mieszkanie podarowali Markowi rodzice, rachunki opłacał sam, a moimi jedynymi „szaleństwami” były ubrania i sporadyczne wyjścia z Rose. Teraz ta poduszka finansowa stała się dla mnie ratunkiem.

Wstałam tego ranka z mieszanką niepokoju i determinacji. Dziś miał być dzień, w którym zakończę jeden z najważniejszych rozdziałów swojego życia. Przez ostatnie trzy lata pracowałam w firmie ojca Marka jako marketing manager. To była moja pierwsza poważna praca i miejsce, w którym rozwijałam swoje umiejętności. Ale teraz każda myśl o tej firmie przywodziła kolejną – Marka, jego zdradę, kłamstwa, całą zniszczoną przyszłość. Musiałam się odciąć. Potrzebowałam świeżego startu.

Kiedy patrzyłam w lustro, widziałam kogoś innego. Kogoś, kto przeszedł przez piekło i wciąż próbował się podnieść. Uczesałam włosy w prosty kok, założyłam jeden z moich ulubionych zestawów do pracy – granatowy garnitur, a do niego klasyczne szpilki. Chciałam wyglądać jak dawniej, nawet jeśli wewnętrznie byłam pełna sprzeczności. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z mieszkania Rose. Ten dzień miał być trudny, ale wiedziałam, że jest krokiem w stronę nowego życia.

Gdy dotarłam do nowoczesnego biurowca w centrum miasta, serce waliło mi jak młotem. Światło poranka wpadało przez szklane ściany, odbijając się od polerowanych powierzchni i ożywiając elegancko urządzone wnętrza. Minęłam recepcję, gdzie powitała mnie ciepło uśmiechnięta recepcjonistka, Mia.

– Dzień dobry, Ava! Dawno cię nie widziałam – rzuciła życzliwie.

– Dzień dobry. Tak, trochę mnie nie było. – Uśmiechnęłam się sztucznie, bo ciężar na sercu nie pozwalał zrobić tego w pełni.

Pierwsze kroki skierowałam do kadr, by złożyć wypowiedzenie. Kiedy dotarłam do właściwego działu, sympatyczna starsza kobieta, która zawsze była dla mnie bardzo wspierająca, spojrzała na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.

– Ava, co cię tu sprowadza? Jak się czujesz? Byłaś na długim zwolnieniu lekarskim, czy to coś poważnego? Powinnam się martwić? – zapytała z troską w głosie.

– Pani Johnson, przyszłam złożyć wypowiedzenie – powiedziałam, podając jej kartkę z moim formalnym oświadczeniem. – To dla mnie trudna decyzja, ale muszę to zrobić.

Kobieta spojrzała na kartkę, a potem na mnie.

– Jesteś pewna, kochanie? To poważny krok.

– Tak, jestem pewna – potwierdziłam, czując ciężar swoich słów. – To konieczne dla mojego zdrowia i przyszłości.

Westchnęła, dopełniając wymaganych formalności. Poczułam ulgę, choć smutek ściskał moje serce. Trwało to krócej, niż się spodziewałam. Bardzo chciałam już stąd pójść, bałam się natknąć na Marka, ale najtrudniejsza część była jeszcze przede mną. Czekała mnie rozmowa z Jamesem Powellem, prezesem firmy. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę gabinetu.

Jego asystentka spojrzała na mnie z troską, gdy podeszłam do jej biurka.

– Cześć, Ava. Miło cię znów zobaczyć. Jak się masz? – zapytała z empatią w głosie.

– Dziękuję, Claro. Mam się dobrze. Czy mogłabyś poinformować pana Powella, że przyszłam się z nim zobaczyć? – starałam się, by mój głos brzmiał pewnie.

– Oczywiście, zaraz go zawiadomię. Proszę, usiądź – odpowiedziała, po czym sięgnęła po telefon, wybrała numer i poinformowała prezesa o mojej wizycie. Po chwili odłożyła słuchawkę, uśmiechając się pokrzepiająco. – Możesz wejść.

Przełknęłam ślinę i weszłam do przestronnego gabinetu ojca Marka. Panowało tam ciepłe, przytulne światło, a za oknem rozciągał się widok na panoramę miasta. James siedział za masywnym biurkiem, ale gdy mnie zobaczył, wstał i podszedł, by się przywitać.

– Ava, jak miło cię widzieć – powiedział, przytulając mnie serdecznie. – Dawno cię nie było. Mam nadzieję, że wszystko w porządku.

Uścisnęłam go, czując, jak narasta we mnie napięcie.

– Dzień dobry, panie Powell. To prawda, długo mnie nie było. Chciałam porozmawiać i poinformować, że właśnie złożyłam wypowiedzenie – powiedziałam, wyciągając w jego stronę kopertę z dokumentem.

James zmarszczył brwi wyraźnie zaskoczony.

– Wypowiedzenie? Co się stało? To taka nagła decyzja – powiedział, biorąc kopertę i patrząc na mnie z troską.

Wzięłam głęboki oddech, próbując zebrać myśli.

– To trudne, ale muszę odejść, nie mam wyjścia. Po tym, co się wydarzyło z Markiem… Nie mogę tu dłużej pracować.

Pan Powell wyglądał na skonfundowanego.

– Ava, powiesz mi, co się właściwie wydarzyło? Mark wspominał coś o nieporozumieniach między wami, ale nie zagłębiał się w żadne szczegóły. Zawsze byliście taką zgodną parą, nie spodziewałem się, że tak nagle odwołacie ślub – dopytywał wyraźnie zaniepokojony.

Zacisnęłam dłonie, starając się utrzymać spokój.

– On mnie… zdradził. – Głos mi się zaczynał łamać. – Przyłapałam go z inną kobietą. Nie mogłam tego znieść, dlatego odwołałam ślub – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy, choć nie było to dla mnie łatwe.

James wyglądał na zszokowanego.

– Co takiego? Zdradził cię?! Ale jak to? Nie miałem pojęcia… Przykro mi, Ava. Naprawdę mi przykro – powiedział w przypływie emocji, a jego głos był pełen szczerości. – Nie sądziłem, że mój syn jest do tego zdolny, nie tak go wychowaliśmy z Margaret.

– Dziękuję. Proszę się jednak tym nie zadręczać, widocznie tak miało być. Przy okazji chciałam też podziękować panu nie tylko za szansę zawodową, ale przede wszystkim za bycie dla mnie niczym drugi ojciec przez ostatnie sześć lat. Bardzo cenię sobie to, że traktowaliście mnie państwo jak członka rodziny – mówiłam, starając się powstrzymać łzy.

James podszedł bliżej i położył mi dłoń na ramieniu.

– Zawsze byłaś i będziesz częścią naszej rodziny. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować pomocy, wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedział, a jego oczy były pełne ciepła i troski.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

– Jeszcze raz dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. Muszę już iść, ale nigdy nie zapomnę tego całego dobra, które od was otrzymałam – rzuciłam, kierując się w stronę wyjścia.

– Trzymaj się, Ava. Życzę ci wszystkiego najlepszego – usłyszałam za sobą, zanim zamknęłam drzwi i ruszyłam przed siebie.

Poczułam lekkość, jakiej nie miałam w sobie już od długiego czasu. Teraz zostało jeszcze powiadomić o wszystkim moich rodziców. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer. Po kilku sygnałach odebrała mama.

– Ava! Właśnie o tobie myślałam, tak się cieszę, że dzwonisz. Co słychać u mojej dziewczynki? – Mama była w świetnym humorze. To pewnie zasługa miesiąca spędzonego na wojażach po Europie.

– Mamo, mogę do was wpaść w odwiedziny? – zapytałam, siląc się na równie wesoły ton.

– Córcia, nie musisz pytać o takie rzeczy, w naszym domu jesteś zawsze mile widziana – zaszczebiotała. – Coś się stało?

– Po prostu się za wami stęskniłam i bardzo chcę posłuchać waszych opowieści o podróży, a także zobaczyć wszystkie, ale to wszystkie zdjęcia z wyjazdu! – Humor mamy był zaraźliwy, a ja przy okazji naprawdę byłam ciekawa, jak udał się ich wyjazd. „Bombę” zrzucę na nich nieco później.

Stałam przed drzwiami rodzinnego domu – pięknej wiktoriańskiej willi otoczonej ogrodem pełnym kwitnących kwiatów. Zanim zdążyłam nacisnąć dzwonek, drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich moja mama, ubrana w kolorową sukienkę, z uśmiechem od ucha do ucha.

– Ava! Kochanie! – wykrzyknęła, przytulając mnie mocno. – Chodź, chodź, mamy tyle do opowiedzenia!

Wprowadziła mnie do salonu, gdzie na kanapie siedział tata z laptopem na kolanach, jak zawsze zanurzony w pracy, choć tym razem uniósł głowę i uśmiechnął się szeroko na mój widok.

– Miło cię widzieć. – Odłożył komputer i odwzajemnił mój uścisk. – Jak się masz, córeczko?

– Dobrze, tato. A jak wy? Jak podróż? – zapytałam, siadając na kanapie naprzeciwko nich.

– To było niesamowite! – zaczęła mama. – Paryż był jak z bajki! Jedliśmy croissanty nad Sekwaną, zwiedzaliśmy Luwr i wspinaliśmy się na Wieżę Eiffla. A w Rzymie? Och, Ava… Rzym to czysta magia! Fontanna di Trevi, Koloseum, a jedzenie! Pasta, wino, lody… Tyle wspaniałych wspomnień!

Tata uśmiechał się, obserwując ją z czułością.

– I Florencja. Tyle sztuki i historii w jednym miejscu. A w Wenecji płynęliśmy gondolą o zachodzie słońca. Mama nie mogła się opanować i kupiła mnóstwo pamiątek – dodał tata z rozbawieniem. – Wracaliśmy z walizkami pełnymi bibelotów.

Śmiałam się z nimi, czując ciepło rozlewające się po całym ciele. Ich radość była zaraźliwa, ale wciąż miałam coś ważnego do powiedzenia. Gdy mama zaczęła szukać albumu ze zdjęciami, wzięłam głęboki oddech. To był ten moment. Postanowiłam przejść do sedna.

– Mamo, tato, muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam, czując, jak serce przyspiesza rytm. – Nie wspominałam o tym wcześniej, ale rozstałam się z Markiem.

Mama zamrugała zaskoczona, a tata zmarszczył brwi.

– Co się stało, skarbie? – zapytała. Podeszła bliżej i usiadła obok mnie.

– To długa historia, którą nie chcę was zamęczać, ale… Mark mnie zdradził. Odwołałam ślub i wyrzuciłam go ze swojego życia. Mieszkam teraz z Rose – wyznałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Tata natychmiast zareagował. Jego twarz stężała, a w oczach zapłonął gniew, jaki rzadko u niego widywałam.

– Zdradził cię?! – krzyknął, wstając gwałtownie z kanapy. – Jak śmiał! Co za gnojek! Przysięgam, że dorwę go i… – zaczął wymachiwać rękami, jakby już teraz planował konfrontację.

Mama próbowała go uspokoić, kładąc dłoń na jego ramieniu.

– Kochanie, uspokój się. Ava potrzebuje teraz wsparcia, nie twojej złości – powiedziała cicho.

– Nie, wszystko jest pod kontrolą. Naprawdę – przerwałam, starając się mówić łagodnie. – Złożyłam wypowiedzenie w pracy, zaczynam nowy rozdział. Wiem, że to trudne, ale potrzebuję waszej pomocy, a nie dodatkowych kłopotów.

Tata spojrzał na mnie z determinacją w oczach.

– Zawsze będziesz moją małą dziewczynką i zawsze będę chciał cię chronić. Ale skoro mówisz, że masz to pod kontrolą, postaram się… Postaram się uspokoić – wydusił z trudem, starając się stłumić gniew.

Podeszłam do niego i przytuliłam się mocno.

– Dziękuję, tato. To wiele dla mnie znaczy – szepnęłam. – Wiem, że zawsze mogę na was liczyć.

Mama dołączyła do naszego uścisku, otaczając nas swoim ciepłem.

– Jesteśmy z tobą, kochanie. Niezależnie od wszystkiego. Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć – powiedziała.

Bycie z rodzicami, ich miłość i wsparcie dawały mi siłę na nowy początek. Wiedziałam, że z nimi u boku mogę stawić czoła wszystkim wyzwaniom, jakie przyniesie przyszłość.

Po tak intensywnym dniu byłam z siebie dumna, że to, co sobie zaplanowałam, udało się zrealizować. Teraz czułam się naprawdę wolna. Choć zdecydowanie musiałam odpocząć od dzisiejszych wrażeń. Dlatego zaplanowałam spokojny wieczór z Rose przy dobrym jedzeniu, pysznym winie i głupich serialach.

Natomiast ona miała inne plany. Przez ostatni miesiąc była dla mnie ogromnym wsparciem, pomogła mi zorganizować swoje rzeczy i życie na nowo, ale kiedy tylko zobaczyła, że na samo wspomnienie o Marku nie drżę już niczym osika, wystawiła swoje działa.

– Tyle razy mówiłam ci, że on coś ukrywa, ale nie! Ty wiedziałaś lepiej – zaczęła Rose, krojąc paprykę z takim zapałem, jakby właśnie mściła się za wszystkie moje złe decyzje. Przerwała na moment i spojrzała na mnie, unosząc jedną brew. – Teraz, gdy już wyszło na jaw, że był skończonym dupkiem, mogę wreszcie powiedzieć „a nie mówiłam”?

Westchnęłam, odkładając nóż. Jej moralizatorski ton drażnił mnie jak zawsze, ale nie mogłam zaprzeczyć. Miała rację.

– Tak, mówiłaś. Byłam ślepa. Naiwna. A ty, jak zawsze, miałaś rację. Zadowolona?

Oparła się biodrem o blat i skrzyżowała ramiona na piersiach – pewna siebie, jak zawsze. Jej ostre i przenikliwe spojrzenie wyrażało coś pomiędzy triumfem a troską, mieszankę emocji, która zawsze przypominała mi, jak nieprzewidywalna potrafi być.

– Nie o to chodzi, żebyś przyznała mi rację. Chcę tylko, żebyś w końcu otworzyła oczy i zobaczyła, że jesteś ponad tym wszystkim. Mark jest przystojny, owszem. Ale co z tego? To tylko ładna fasada, a pod nią same głębokie rysy.

Zacisnęłam usta, przypominając sobie wszystkie chwile, kiedy ignorowałam sygnały ostrzegawcze.

– Wiem, że masz rację. Ale wciąż czuję się, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Ta kobieta była tak podobna do mnie… Jakby on szukał kogoś, kto mógłby mnie zastąpić.

Rose przewróciła oczami, odkładając nóż z głośnym stuknięciem.

– Och, błagam! Ava, przestań roztrząsać tę sytuację. To nie ty zawiodłaś. Tylko on. I wiesz co? Mark może być najprzystojniejszym facetem na planecie, ale to nie zmienia faktu, że jest totalnym idiotą.

Parsknęłam cicho, choć nie do końca udało mi się rozluźnić.

– Łatwo ci mówić. Wszystko, co budowałam, co z nim planowałam, posypało się jak domek z kart. Nie wiem, jak to odbudować.

Odstawiła deskę do krojenia i usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Jej spojrzenie było poważne, ale pełne determinacji.

– Słuchaj, dziewczyno. Życie to nie jakieś gotowe puzzle. To raczej chaos, który musimy codziennie obłaskawiać na nowo. Mark był tylko jednym puzzlem. Teraz wyrzuć go do śmieci i znajdź lepszy.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Łatwo ci mówić. A co, jeśli nie znajdę?

Rose westchnęła i podeszła do lodówki. Wyciągnęła prosecco i otworzyła je z takim wdziękiem, jakby ćwiczyła to przez całe życie. Nalała dwa kieliszki i podała mi jeden.

– Zaczniemy od małych kroków. Pamiętasz nasze bucket lists? Może to czas, żebyś w końcu zaczęła realizować swoją.

Spojrzałam na nią sceptycznie.

– Bucket list? Rose, naprawdę? Myślisz, że tatuaż albo skok ze spadochronem naprawią moje życie?

Uśmiechnęła się szeroko, unosząc kieliszek w geście toastu.

– Nie, ale dadzą ci coś, czego teraz potrzebujesz – poczucie kontroli. I frajdę. Bo musisz się nauczyć, że życie to nie tylko przetrwanie, dziewczyno. To przygoda.

Westchnęłam, upijając łyk prosecco. W głębi duszy wiedziałam, że to prawda.

– Może masz rację? Może to właśnie to, czego potrzebuję. Zacząć coś nowego.

Rose stuknęła swoim kieliszkiem o mój.

– Dokładnie. A ja będę z tobą na każdym kroku. Ale ostrzegam, jeśli nie zrobisz czegoś szalonego, będę cię gnębić do końca życia.

Roześmiałam się, czując, jak ciężar na moich ramionach powoli się zmniejsza.

– W porządku. Skoro nalegasz, odgrzebię swoją listę. Ale lepiej, żebyś była gotowa na moje wyzwania.

Rose spojrzała na mnie z drapieżnym uśmiechem.

– Zawsze jestem gotowa. A teraz pij!

Wiedziałam, że z nią u boku wszystko będzie lepsze. Choć przyszłość wciąż była pełna niepewności, po raz pierwszy od dawna poczułam, że naprawdę chcę się w nią zanurzyć.Myślałam, że mam wszystko pod kontrolą.

Facetów, emocje, nawet własne serce. Zwłaszcza własne serce!

Nie jestem typem kobiety, która przeprasza za to, czego pragnie. Mężczyźni pojawiają się i znikają. Intensywni, namiętni, ale zawsze tymczasowi. Kontrola to moja tarcza, seks – ulubiona broń. A miłość? Najbardziej niepotrzebny mit, w który wierzą inni. Już dawno nauczyłam się, że uczucia nie są walutą wartą inwestycji.

Jednak pewnego dnia na mojej drodze staje Lucas Beckett, kierowca Formuły 1. Nie mogę go zaszufladkować, uwieść jednym spojrzeniem ani podporządkować swoim regułom.

Ten facet nie gra tak jak inni. Widzi więcej, czuje więcej i jest pierwszym mężczyzną, którego nie potrafię rozgryźć ani zdominować. Napięcie między nami jest niebezpieczne i absolutnie nie do zatrzymania.

To nie jest zwykły flirt ani kolejna noc bez konsekwencji.

To gra, w której po raz pierwszy nie mam pełnej kontroli.

Może mnie kosztować więcej, niż kiedykolwiek byłam gotowa oddać…Charlotte Bright ma siedemnaście lat i życie, które wydaje się całkiem normalne. Szkoła, najlepsza przyjaciółka Sara, cichy wielbiciel i matka, której sposób wychowania zdecydowanie odbiega od podręcznikowych schematów. A jednak pewnego dnia wszystko się zmienia.

Najbardziej lubiany nauczyciel w szkole, Robert Kulczycki, proponuje Charlotte indywidualne zajęcia z angielskiego. To miało być tylko kilka godzin w tygodniu – dodatkowe ćwiczenia, rozwijanie umiejętności, nic wielkiego. Tyle że bardzo szybko zaczyna być inaczej.

Zbyt długie spojrzenia. Przypadkowy dotyk. Słowa, które nie powinny paść.

– Wiesz, co mnie urzeka w ciemności? – szepnął. – Nie widać w niej granic. Kiedy gasną światła, bariery przestają istnieć.

Robert Kulczycki – charyzmatyczny, pełen pasji nauczyciel, uwielbiany przez uczniów i szanowany przez grono pedagogiczne. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.

Ale czy na pewno?

Nastolatka, której świat zaczyna się walić.

Dwie twarze człowieka, który powinien być nieskazitelny.

I one – uczucia, których nie powinno być.

Co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami pustej sali?

Kiedy Charlotte dostrzeże prawdę, będzie już za późno.

Są relacje, które nigdy nie powinny się narodzić.

I tajemnice, które mogą zniszczyć wszystko…Dla niej to ostatnie wakacje u ojca, będące kładką między światem studenckim a rozpoczęciem pracy w poważnym dorosłym życiu.

Dla niego to zamknięcie trudnego rozdziału i powrót do domu w celu sprostania wymaganiom, jakie stawia mu rodzina.

Ona rozważna i waleczna. On introwertyczny i tajemniczy.

Pewnego dnia ich drogi przypadkowo się przecinają.

On ratuje ją z opresji, ona korzysta z jego pomocy.

Przez niewinne kłamstwo wplątują się w sytuację, w której żadne z nich nie chce być. A to ciągnie za sobą kolejne zdarzenia, które zaczynają ich do siebie zbliżać.

Czy zamknięty w sobie i niewierzący w miłość Diego zmieni swoje podejście do życia dzięki spotkaniu dziewczyny z innego kontynentu? Czy poukładana i rozsądna Pola zgodzi się na propozycję, która zostanie jej niespodziewanie przedstawiona i która może zmienić całe jej życie?

„Ale Meksyk! Totalne wariactwo” – to opowieść o Polce Apolonii i Meksykaninie Diego oraz o tym, jak ich spotkanie spowoduje nieodwracalne zawirowania w życiu obojga, a wszystko to okraszone gorącym meksykańskim słońcem i dawką bezczelnego humoru.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij