JESZCZE NIE SKOŃCZYŁAM - ebook
Całe życie byłaś dla innych — cicha, wierna, nieugięta — i nikt nigdy nie zapytał, czego Ty potrzebujesz. Tomasz zapytał — i napisał tę książkę dla Ciebie: pełną mądrości lekarza, ciepła psychologa i odwagi filozofa, która mówi wprost, że samotność nie jest wyrokiem, że Twoje ciało wciąż chce żyć, Twój mózg wciąż chce się uczyć, a Twoje serce — wbrew wszystkiemu, wciąż ma prawo być szczęśliwe.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-831-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CIOCI KRYSTYNIE NOWAK
Przez całe życie dawałaś wszystko. Dzieciom, rodzinie, innym. Cicho, bez rachunku, bez proszenia o rewanż.
A gdy przyszedł czas wziąć coś dla siebie — nie wiedziałaś już, jak się po to sięga.
Tę książkę napisałem dla Ciebie. Bo pewnego wieczoru zobaczyłem w Twoich oczach pytanie, na które nikt dotąd nie odpowiedział.
Teraz masz odpowiedź.
Nie jesteś końcem żadnej historii, Ciociu. Masz czas. Masz siebie. I masz pełne prawo z tego korzystać — bez przepraszania.
_Starsza kobieta zapytała mistrza Zen: „Co mi zostało, skoro tyle oddałam?”_
_Mistrz spojrzał na nią spokojnie. „Zostałaś ty” — powiedział. „To więcej, niż myślisz.”_
Z miłością — Twój bratanekWstęp
Siedzisz przy oknie.
Herbata stygnie.
Telefon milczy.
Za oknem życie toczy się swoim rytmem — spieszą się ludzie, śmieją się dzieci, ktoś kogoś woła przez ulicę. A Ty jesteś tutaj. Sama. Z myślami, które nie zawsze są dobrym towarzyszem.
Może dzieci założyły własne rodziny i wyprowadziły się dawno temu. Może koleżanek jest coraz mniej — bo czas jest bezlitosny i zabiera je jedną po drugiej. Może czujesz, że świat pędzi gdzieś bez Ciebie, a Ty zostałaś na peronie z biletem, którego już nikt nie sprawdza.
Jeśli tak właśnie czujesz — ta książka jest dla Ciebie.
Napisałem ją nie dlatego, że wiem lepiej jak żyć.
Napisałem ją, bo przez lata patrzyłem na kobiety takie jak Ty — mądre, doświadczone, nieugięte — które przez całe życie dawały innym wszystko, co miały. Dzieciom. Mężom. Rodzinie. Pracy. I które w pewnym momencie, gdy przyszedł wreszcie czas na siebie, nie wiedziały już jak się po to sięga.
Bo nikt ich tego nie nauczył.
Bo nikt im tego nie powiedział.
Bo nikt nie napisał dla nich książki, która mówiłaby wprost: masz prawo. Masz prawo do radości, do złości, do tęsknoty, do marzeń, do dobrego życia — właśnie teraz, właśnie w tym wieku, właśnie taka jaka jesteś.
Ta książka to mówi.
Jestem mężczyzną. I wiem, że to może brzmieć zaskakująco — mężczyzna piszący książkę dla starszych kobiet o samotności i bólu i życiu, które czasem nie układa się tak jak powinno.
Ale właśnie dlatego ją napisałem.
Bo miałem ciocię Krystynę. I patrzyłem. I słuchałem. I widziałem rzeczy, których ona sama o sobie nie mówiła — bo nie miała komu, bo nie wypadało, bo całe życie nauczyła się milczeć tam, gdzie bolało najbardziej.
Ta książka jest odpowiedzią na jej milczenie. I na milczenie wszystkich kobiet takich jak ona.
Znajdziesz tu wiedzę lekarza, który tłumaczy po ludzku — bez straszenia, bez żargonu medycznego — jak dbać o serce, kości, mózg i słuch. Znajdziesz tu psychologa, który nazywa to, co czujesz, i daje konkretne narzędzia do pracy z samotnością, gniewem i żalem. Znajdziesz tu filozofa, który sięga do Marka Aureliusza i japońskiej mądrości ikigai — i podaje to tak, żeby miało sens przy porannej kawie. Znajdziesz tu fizjoterapeutę, który mówi: ruch jest lekiem, i pokazuje dokładnie jaki ruch, ile i jak bezpiecznie.
Ale przede wszystkim znajdziesz tu kogoś, kto jest po Twojej stronie.
Ta książka nie jest gruba. Nie jest napisana po to, żeby imponować — jest napisana po to, żeby pomagać. Każdy rozdział kończy się kartą ćwiczeń — kilkoma pytaniami lub zadaniami, które możesz wykonać sama, w ciszy, przy tej herbacie.
Nie musisz czytać jej od deski do deski. Otwórz ją tam, gdzie boli najbardziej. Tam właśnie na Ciebie czekam.
Jedno wiem na pewno.
Masz siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt lat.
Masz za sobą życie, którego większość ludzi wokół Ciebie nie potrafi sobie nawet wyobrazić.
Masz doświadczenie, mądrość i siłę, której sama w sobie nie widzisz.
I masz przed sobą czas — może po raz pierwszy w życiu naprawdę swój.
Jeszcze nie skończyłaś.
Właśnie zaczynasz.
TomaszROZDZIAŁ 3 — Twoje ciało jest sojusznikiem
PERSPEKTYWA: Geriatra i Internista z 20-letnim doświadczeniem w opiece nad seniorami
MISJA ROZDZIAŁU: Zamienić relację z własnym ciałem z “wróg, który zawodzi” w “sojusznik, któremu daję wsparcie”. Geriatra mówi tu językiem szczerego, ciepłego lekarza — bez bagatelizowania i bez straszenia. Odpowiada na pytania, z którymi pacjentki wstydzą się przyjść do gabinetu.
Podrozdział 3.1 — Kości — fundament Twojej niezależności
Pani Halina, lat siedemdziesiąt osiem, przyszła do gabinetu z córką. Nie dlatego, że sama nie dałaby rady — dałaby, owszem, ale córka nalegała. Siedziała na krześle wyprostowana, ręce złożone na kolanach, i przez pierwsze dziesięć minut odpowiadała na moje pytania zdawkowo, jakby bała się, że powiem coś, czego nie chce usłyszeć. A potem, gdy zapytałem wprost: „Czy boi się Pani upaść?”, na chwilę spuściła wzrok i powiedziała cicho: „Boję się. Ale jeszcze bardziej boję się, że jak upadnę, to już nie wstanę.” I w tym jednym zdaniu zawarła coś, z czym przychodzi do mnie większość moich pacjentek po siedemdziesiątce — nie lęk przed bólem, nie lęk przed śmiercią, lecz lęk przed utratą siebie. Przed tym, że będą potrzebować. Że przestaną decydować. Że strącą z siebie godność samodzielności, którą budowały przez całe życie.
To zdanie wróciło do mnie, gdy siadałem pisać ten rozdział. Bo kości — te twarde, białe, biologicznie zdumiewające struktury, o których w szkole uczyliśmy się jako o rusztowaniu ciała — są czymś znacznie więcej niż budulcem. Są fundamentem niezależności. Dosłownie.
CZYM SĄ KOŚCI NAPRAWDĘ — I DLACZEGO MYLIMY SIĘ, MYŚLĄC O NICH JAK O DESCE
Gdy myślimy o kościach, wyobrażamy sobie coś martwego. Białe, suche, twarde. Szkielet z muzealnej gabloty. To jeden z najtrwalszych błędów myślowych, jaki nosimy w sobie od lekcji biologii — i jest błędem, który kosztuje zdrowie.
Kość jest żywą tkanką. Aktywną metabolicznie, nieustannie się przebudowującą, odpowiadającą na to, co jemy, jak się poruszamy, jak śpimy i jak przeżywamy stres. Nie jest jak deska, która raz się wytnie, raz ją pomaluje i stoi gotowa do końca. Jest jak ogród — wymaga uwagi, nawożenia, a gdy jest zaniedbana, zaczyna słabnąć od wewnątrz, niewidocznie, aż do chwili, gdy pojawia się problem, który już trudno naprawić.
W kości przez całe życie toczą się dwa równoległe procesy. Osteoblasty — komórki budujące — odkładają nową masę kostną. Osteoklasty — komórki rozkładające — wchłaniają starą. Do mniej więcej trzydziestego piątego roku życia te dwa procesy są w równowadze, a przez znaczną część czasu pierwsze trochę wygrywają z drugimi — budujemy masę kostną jak oszczędności na koncie. Po trzydziestce zaczyna się powolne przeważanie szali — stopniowo tracimy nieco więcej, niż odkładamy. U kobiet po menopauzie, gdy gwałtownie spada poziom estrogenów, ten proces przyspiesza dramatycznie. Estrogeny działały bowiem jako naturowy hamulec dla osteoklastów — gdy ich brakuje, osteoklasty dostają wolną rękę i zaczynają rozkładać kość szybciej, niż osteoblasty są w stanie ją odbudować.
Efekt jest możliwy do zobaczenia pod mikroskopem: kość, która powinna mieć strukturę gęstej kraty, staje się coraz bardziej ażurowa, jak gąbka o coraz większych porach. To właśnie jest osteoporoza — nie choroba powierzchni kości, lecz choroba jej wnętrza, jej architektury. I dlatego na zewnątrz nic jej nie widać. Ani nie boli, ani nie puchnie, ani nie daje żadnego sygnału — do momentu złamania.
To właśnie czyni ją tak zdradliwą.
LICZBY, KTÓRE WARTO ZNAĆ — NIE PO TO, ŻEBY SIĘ BAĆ, LECZ ŻEBY DZIAŁAĆ
Nie lubię straszyć pacjentek statystykami. Ale są liczby, które — podane uczciwie — nie straszą, lecz motywują. I te właśnie chcę tu powiedzieć.
Co trzecia kobieta po menopauzie ma osteoporozę. Nie „będzie miała” — ma. W tej chwili, jeśli nie była wykonana densytometria, nie wiadomo, po której stronie tej granicy się jest. Co druga kobieta powyżej pięćdziesiątego roku życia dozna w swoim życiu złamania związanego z osteoporozą. Najczęstsze miejsca: kręgosłup, nadgarstek, szyjka kości udowej.
I tutaj pojawia się liczba, którą każdy geriatryczny lekarz nosi w pamięci jak ostrzeżenie: złamanie szyjki kości udowej u kobiety po siedemdziesiątym piątym roku życia prowadzi do śmierci w ciągu roku w od dwudziestu do dwudziestu pięciu procent przypadków. Nie z powodu samego złamania — kość można naprawić, endoprotezę wszczepić — ale z powodu tego, co złamanie uruchamia: unieruchomienie, zapalenie płuc, zakrzepicę, głęboki upadek odporności, depresję, utratę woli do życia. Kaskada zdarzeń, którą geriatrzy obserwują zbyt często, i która zbyt często nie jest odwracalna.
Ale — i to jest kluczowe, i na tym chcę się zatrzymać dłużej niż na zimnych liczbach — to nie jest wyrok. To jest argument. Argument za tym, żeby teraz, czytając te słowa, podjąć decyzję, że zajmie się Pani swoimi kośćmi. Nie jutro, nie po kolejnej wizycie, nie gdy „będzie czas”. Teraz.
Bo w odróżnieniu od wielu chorób, osteoporoza jest w znacznym stopniu chorobą, którą można zapobiec, spowalniać i leczyć. Mamy do dyspozycji narzędzia — diagnostyczne, suplementacyjne, farmakologiczne i ruchowe — które działają. Naprawdę działają. I nie wymagają ani heroizmu, ani dużych pieniędzy, ani osobistego doktora na wyłączność.
DENSYTOMETRIA — BADANIE, KTÓRE KAŻDA Z NAS POWINNA MIEĆ ZA SOBĄ
Pani Władysława miała siedemdziesiąt dwa lata i przez całe życie dbała o siebie. Nie paliła, nie piła, jadła warzywa, chodziła na spacery. Była szczupła, krzepka, prawie nigdy nie chorowała. Gdy zaproponowałem jej densytometrię, popatrzyła na mnie ze zdziwieniem: „A po co? Przecież nic mnie nie boli.”
Właśnie dlatego — chciałem powiedzieć. I tak powiedziałem.
Densytometria, czyli badanie gęstości mineralnej kości metodą DXA (dual-energy X-ray absorptiometry), jest badaniem prostym, bezbolesnym, szybkim i niedrogim. Kobieta kładzie się na stole, przez kilkanaście minut aparat skanuje kręgosłup lędźwiowy i szyjkę kości udowej, i już — wynik gotowy. Dawka promieniowania jest minimalna, kilkakrotnie mniejsza niż przy zwykłym zdjęciu RTG klatki piersiowej. A informacja, którą daje, jest bezcenna.
Wynik densytometrii opisywany jest przez dwa wskaźniki: T-score i Z-score. T-score porównuje gęstość kości badanej osoby ze szczytem masy kostnej u zdrowej trzydziestolatki. Wartość powyżej minus jednego — norma. Między minus jednym a minus dwoma i pół — osteopenia, czyli stan, który jeszcze nie jest osteoporozą, ale jest wyraźnym sygnałem ostrzegawczym. Poniżej minus dwóch i pół — osteoporoza. Z-score natomiast porównuje wynik z rówieśniczkami — jest pomocny, gdy wyniki są nieoczekiwanie niskie lub wyjątkowo dobre jak na wiek.
Wytyczne polskie i europejskie są jasne: densytometria jest zalecana wszystkim kobietom po sześćdziesiątym piątym roku życia, a wcześniej — jeśli istnieją czynniki ryzyka: przedwczesna menopauza, niska masa ciała, palenie papierosów, przewlekłe stosowanie steroidów, historia złamań w rodzinie, długotrwałe unieruchomienie. Badanie można wykonać bezpłatnie w ramach NFZ — wystarczy skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu lub ginekologa.
Pani Władysława wróciła dwa tygodnie później z wynikiem. T-score minus dwa i osiem. Osteoporoza. Bez żadnych objawów, bez żadnego bólu, przez całe życie. „Jak to możliwe?” — zapytała. „Bo kości nie bolą, dopóki się nie złamią” — odpowiedziałem. I zaczęliśmy rozmawiać o tym, co zrobimy dalej.
Densytometria zalecana jest co dwa lata przy stwierdzonych nieprawidłowościach lub podczas leczenia — by ocenić skuteczność terapii. Przy prawidłowym wyniku u kobiety bez czynników ryzyka — co trzy do pięciu lat. Warto zapytać swojego lekarza, kiedy ostatnio było wykonane to badanie i kiedy zaplanować kolejne.
WAPŃ, WITAMINA D3 I WITAMINA K2 — TRIO, KTÓRE MUSI GRAĆ RAZEM
Wapń jest najważniejszym minerałem kości. Wiadomo to od dawna i wszyscy o tym słyszeli. Ale jak to bywa z wiedzą powszechnie dostępną — jest znana, lecz rzadko wcielana w życie. I jeszcze rzadziej wcielana prawidłowo.
Samo przyjmowanie wapnia to za mało. To jak kupowanie cegły bez cementu i bez murarza. Cegła leży na ziemi i niknie. Kość potrzebuje całego systemu, by wapń trafił tam, gdzie powinien.
Zacznijmy od źródeł pokarmowych, bo są najlepsze — organizm wchłania wapń z pożywienia skuteczniej niż z tabletek. Mleko, jogurt, kefir, twaróg, żółte sery — to oczywiste. Ale nie tylko nabiał: sardynki z puszki jedzone z ośćmi (ości sardynek to doskonałe źródło wapnia), brokuły, jarmuż, migdały, tofu na bazie siarczanu wapnia, fasola biała, mak. Dzienne zapotrzebowanie kobiety po pięćdziesiątce wynosi około tysiąca dwustu miligramów wapnia. Jeden duży kubek jogurtu naturalnego dostarcza ok. trzystu miligramów, porcja twarogu ok. dwustu, szklanka mleka ok. dwustu pięćdziesięciu. Trzy–cztery porcje nabiału dziennie — i jesteśmy blisko zapotrzebowania.
Gdy dieta nie pokrywa zapotrzebowania — a u starszych kobiet, które jedzą mało lub unikają nabiału, często nie pokrywa — suplementacja jest uzasadniona. Tutaj ważna wskazówka: suplementy wapnia należy przyjmować w porcjach nie większych niż pięćset miligramów na raz, bo jelito nie wchłonie więcej jednorazowo. Lepiej pół tabletki dwa razy dziennie niż jedna duża dawka na raz. I najlepiej do posiłku — kwas solny w żołądku pomaga w absorpcji. Cytrynianu wapnia można przyjmować niezależnie od jedzenia i jest lepiej wchłaniany u kobiet stosujących leki zmniejszające kwasowość żołądka (inhibitory pompy protonowej — bardzo popularne po pięćdziesiątce).
Ale wapń bez witaminy D3 jest jak klucz bez zamka. Witamina D3 reguluje wchłanianie wapnia z jelita — bez niej nawet najlepsza dieta bogata w wapń nie przyniesie efektu. I tutaj pojawia się jeden z największych problemów zdrowotnych polskich seniorek: niedobór witaminy D jest u nas zjawiskiem masowym. Badania przeprowadzone w Polsce wskazują, że ponad osiemdziesiąt procent Polaków ma poziom witaminy D poniżej optymalnego przez co najmniej kilka miesięcy w roku. Jesień, zima, wiosna — słońce jest za słabe, by skóra syntetyzowała wystarczające ilości. Latem — wiele starszych kobiet unika słońca lub stosuje kremy z filtrem, które blokują syntezę. Dieta jest ubogim źródłem: tłuste ryby morskie, żółtka jaj, pełne mleko — to jedyne prawdziwe źródła pokarmowe, i nawet skomponowana perfekcyjnie dieta pokrywa może dwadzieścia procent zapotrzebowania.
Efekt: kobieta, która bierze wapń i nie uzupełnia witaminy D, robi połowę roboty.
Optymalne stężenie witaminy D we krwi (25-OH-D) dla kobiety po siedemdziesiątce wynosi między siedemdziesiąt pięć a sto dwadzieścia pięć nmol/l. Dawka suplementacyjna zalecana przez polskie towarzystwa naukowe to zwykle osiemset do dwóch tysięcy jednostek IU dziennie, choć u osób z głębokim niedoborem lekarz może zalecić wyższe dawki. Kluczowe jest zbadanie poziomu — morfologia bez oznaczeń witaminy D nie powie nam nic o jej stężeniu. Warto zapytać lekarza o oznaczenie 25-OH-D — to proste badanie z krwi.
A witamina K2? To jest bohater, o którym rzadko się mówi, choć jego rola jest zasadnicza. Witamina K2 (szczególnie forma MK-7) aktywuje białko zwane osteokalcyną, które wiąże wapń w tkance kostnej — mówiąc obrazowo, K2 jest tym, który wskazuje wapniowi właściwe miejsce i przykręca go na pozycji. Bez K2 wapń może odkładać się w naczyniach krwionośnych zamiast w kościach — co jest zjawiskiem niepożądanym z perspektywy układu sercowo-naczyniowego. Dlatego nowoczesne podejście do suplementacji przy osteoporozie to trio: wapń plus witamina D3 plus witamina K2. Naturalne źródła K2 to fermentowane produkty sojowe (natto — typowe dla kuchni japońskiej), tłuste sery dojrzewające, żółtka jaj, fermentowane produkty mleczne.
LEKI ANTYRESORPCYJNE — KIEDY SUPLEMENTACJA TO ZA MAŁO
Gdy densytometria pokazuje osteoporozę, a ryzyko złamania jest oceniane jako wysokie, rozmowa z lekarzem powinna dotyczyć leczenia farmakologicznego. I tutaj pojawia się zjawisko, które obserwuję od lat: pacjentki słyszą o lekach na osteoporozę i odruchowo się wzbraniają. „Nie chcę tabletkować się niepotrzebnie.” „Słyszałam, że te leki niszczą szczękę.” „Moja sąsiadka brała i miała bóle.”
Rozumiem tę ostrożność. Jest zdrowa. Ale brak leczenia przy rozpoznanej osteoporozie też jest decyzją — i ma swoje konsekwencje. Pozwólcie, że opiszę, jak działają główne grupy leków, i uczciwie powiem, co jest faktem, a co mitem.
Bisfosfoniany (alendronian, risedronian, kwas zoledronowy) to leki najszerzej stosowane i najlepiej przebadane. Hamują aktywność osteoklastów — tych „rozkładaczy” kości — i spowalniają utratę masy kostnej. Alendronian przyjmowany doustnie raz w tygodniu zmniejsza ryzyko złamania kręgosłupa o około pięćdziesiąt procent, a złamania szyjki kości udowej o trzydzieści do czterdziestu procent. To są liczby, którymi trudno lekceważyć.
A co z efektami ubocznymi? Najpoważniejszym — i najgłośniej omawianym — jest martwica kości żuchwy (osteonecrosis of the jaw, ONJ). Brzmi groźnie. Ale ważne jest tło: to powikłanie dotyczy głównie pacjentów onkologicznych przyjmujących dożylnie bisfosfoniany w bardzo wysokich dawkach przez lata. U kobiet leczonych doustnie alendronianiem ryzyko ONJ jest szacowane na poniżej jednego przypadku na sto tysięcy pacjentek rocznie. To jest rzadkość nieporównywalnie mniejsza od ryzyka złamania szyjki kości udowej, które dotyczy co trzeciej nieleczonej pacjentki z osteoporozą. Warto tę perspektywę zachować.
Jeśli leki doustne są nietolerowane lub przeciwwskazane, alternatywą jest kwas zoledronowy — dożylny wlew podawany raz w roku. Denosumab to nowoczesny lek biologiczny — iniekcja podskórna co sześć miesięcy, z doskonałym profilem bezpieczeństwa u osób z problemami nerkowymi, gdzie bisfosfoniany bywają przeciwwskazane.
Lekarz — optymalnie reumatolog lub endokrynolog, ale i doświadczony internista — dobierze lek do konkretnej sytuacji: wyników densytometrii, historii złamań, funkcji nerek, przyjmowanych równolegle leków. Zadanie pacjentki to nie decydowanie za lekarza, lecz zadawanie pytań, rozumienie i współdecydowanie.
NAJWAŻNIEJSZY CZYNNIK RYZYKA ZŁAMANIA, KTÓRY WIĘKSZOŚĆ IGNORUJE
I tutaj dochodzimy do punktu, który często zaskakuje moich pacjentów — i który jest centralną myślą tego podrozdziału.
Głównym czynnikiem ryzyka złamania u starszej kobiety nie jest gęstość jej kości. Jest nim upadek.
Przeczytajcie to jeszcze raz, bo to zdanie zmienia perspektywę na wszystko, co następuje.
Kobieta z umiarkowaną osteoporozą, która nie upada, ma znacznie mniejsze ryzyko złamania niż kobieta z łagodną osteopenią, która upada regularnie. Kość o gęstości minus dwa w skali T-score wytrzyma stanie, chodzenie, schodzenie po schodach, zakupy, ogrod — bo te siły działają płynnie i kość jest na nie przygotowana. Kość nie wytrzymuje gwałtownego uderzenia w twarde podłoże przy nagłym upadku.
Dane epidemiologiczne są nieubłagane: ponad dziewięćdziesiąt procent złamań szyjki kości udowej u osób starszych poprzedza upadek. Nie podniesienie ciężkiego zakupu, nie gwałtowny ruch, nie przypadkowe zdarzenie bez ostrzeżenia — upadek. A upadek ma swoje przyczyny, które można zidentyfikować i zminimalizować.
Trzy najczęstsze przyczyny upadków u starszych kobiet w domu to: nierówne podłoże lub śliskie powierzchnie, problemy z równowagą i siłą mięśni nóg, oraz — i to jest ważne — efekty uboczne leków. Niektóre leki stosowane powszechnie u seniorów powodują zawroty głowy, obniżenie ciśnienia przy wstawaniu (hipotensja ortostatyczna), senność lub spowolnienie reakcji. Benzodiazepiny (leki uspokajające i nasenne z tej grupy), niektóre leki na nadciśnienie, leki antyhistaminowe, leki moczopędne, opioidy — każdy z nich może być czynnikiem ryzyka upadku. Warto omówić z lekarzem, które z przyjmowanych leków mają taki potencjał i czy jest możliwa korekta.
DOM JAKO ŚRODOWISKO BEZPIECZNE — MAŁA ARCHITEKTURA NIEZALEŻNOŚCI
Gdy myśli się o profilaktyce złamań, rzadko myśli się o dywanie. A powinno się.
Badania wskazują (Sherrington et al., 2019), że interwencje środowiskowe — modyfikacja domu — są jednym z najtańszych i najskuteczniejszych sposobów zapobiegania upadkom u osób starszych. Nie wymagają recepty, nie kosztują wiele, a ich efekt jest natychmiastowy.
Oto krótka lista zmian, które w gabinecie polecam każdej pacjentce powyżej siedemdziesiątki — nie jako wykład, lecz jako rozmowę, którą warto odbyć ze sobą lub z bliskimi:
DYWANY I CHODNIKI. Te, które się jeżdżą pod stopą, które mają zawinięte rogi, które leżą na śliskim parkiecie — to pułapki. Dwustronna taśma antypoślizgowa lub usunięcie dywanu jest tańsze i skuteczniejsze niż wiele leków.
OŚWIETLENIE NOCNE. Większość upadków nocnych dzieje się w drodze do łazienki. Mały lampka nocna z czujnikiem ruchu, kosztująca kilkadziesiąt złotych, może być jedną z najlepszych inwestycji zdrowotnych w tym roku.
ŁAZIENKA. Mokre kafle, wanna bez uchwytu, prysznic bez maty — to miejsce najwyższego ryzyka upadku w domu. Mata antypoślizgowa do wanny lub pod prysznic, uchwyt przy wannie lub przy sedesie (montowany przez ślusarza lub syna w ciągu godziny) — to zmiany, które odmieniają bezpieczeństwo łazienki.
OBUWIE. Kapcie bez stabilizacji pięty, miękkie skarpety na gładkich podłogach, zbyt duże buty — to ryzyko. Obuwie domowe z gumową podeszwą, zamkniętą piętą i lekkim profilem antypoślizgowym to inwestycja w każdy krok w domu.
MEBLE I DROGA DO ŁAZIENKI. Krzesło, na którym zawsze można się oprzeć. Nic na podłodze na drodze między łóżkiem a łazienką. Telefon w zasięgu ręki, zawsze — nie tylko przy łóżku, lecz wszędzie tam, gdzie spędza się czas.
Pani Helena, siedemdziesiąt cztery lata, mieszkała sama od trzech lat po śmierci męża. Była niezależna, zadbana, aktywna — i bardzo dumna z tej aktywności. Gdy zaproponowałem jej ocenę domu pod kątem bezpieczeństwa, oburzyła się: „Co to, ja już nie potrafię chodzić po własnym mieszkaniu?” Nie chodziło o to, czy potrafi. Chodziło o to, żeby potrafiła jak najdłużej.
RUCH — LEKARSTWO, KTÓREGO NIE KUPISZ W APTECE
Kości wzmacniają się pod wpływem obciążenia. To jest podstawowe prawo fizjologii, które ma piękną nazwę: prawo Wolffa. Mówi ono, że tkanka kostna przebudowuje się w odpowiedzi na siły mechaniczne, które na nią działają. Im więcej obciążenia — w granicach rozsądku — tym silniejsza kość. Kość astronauty, który wraca z długiego pobytu na stacji kosmicznej w stanie nieważkości, jest krucha jak szkło. Kość kobiety, która codziennie spaceruje i robi prosty trening siłowy, jest znacznie gęstsza niż kość tej, która siedzi cały dzień.
Ćwiczenia, które najlepiej służą kościom, to ćwiczenia z obciążeniem grawitacyjnym — takie, gdzie ciężar ciała działa na kości pionowo. Chodzenie jest takim ćwiczeniem. Wchodzenie po schodach — doskonałe. Nordic walking, gdzie kijki angażują dodatkowo kości kończyn górnych — jeszcze lepsze. Taniec. Ćwiczenia siłowe z lekkim ciężarem lub taśmą oporową — polecam szczególnie pod nadzorem fizjoterapeuty, który nauczy prawidłowych schematów ruchu.
Pływanie i ćwiczenia w wodzie są doskonałe dla stawów, ale nie są najlepszym ćwiczeniem dla kości — bo woda redukuje obciążenie grawitacyjne, które jest motorem przebudowy tkanki kostnej. Woda jest więc piękna dla rehabilitacji mięśni, stawów i układu sercowo-naczyniowego — ale powinna być uzupełnieniem aktywności na lądzie, nie jej zamiennikiem.
WHO (2020) zaleca kobietom po sześćdziesiątym roku życia co najmniej sto pięćdziesiąt minut umiarkowanej aktywności aerobowej tygodniowo oraz ćwiczenia wzmacniające mięśnie dwa razy w tygodniu — z uwzględnieniem ćwiczeń równoważnych, które zmniejszają ryzyko upadków. To może brzmieć jak dużo. W praktyce: trzydzieści minut spaceru pięć razy w tygodniu wypełnia ten cel w całości. Nic heroicznego — zwykły codzienny spacer, który większość z nas jest w stanie zrobić.
RÓWNOWAGA — MOST MIĘDZY KOŚCIAMI A BEZPIECZEŃSTWEM