Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jeszua. Zaczęło się w Egipcie. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 stycznia 2026
42,00
4200 pkt
punktów Virtualo

Jeszua. Zaczęło się w Egipcie. Tom 2 - ebook

Powieść "Jeszua. Zaczęło się w Egipcie" to propozycja dla każdego miłośnika przygody, historii i mistycyzmu. Ukazuje ona codzienne życie na emigracji Świętej Rodziny z Nazaretu – jednej z najbardziej rozpoznawalnych w historii.
Jeszua ma około roku i zaczyna już chodzić. Dorasta razem z egipskimi rówieśnikami. Okazuje się, że tutejsi kapłani również dostrzegają tajemniczą gwiazdę zwiastującą narodziny Mesjasza. W zwojach papirusu odnajdują zapiski o małym księciu. Postanawiają go odszukać. Układają przy tym misterny plan przywrócenia potęgi Egiptu i uwolnienia się spod okupacji Rzymu. 
W życie Świętej Rodziny, która dotąd wiodła spokojny byt z dala od prześladowców, ponownie wkroczył niepokój.
Czy egipscy kapłani odnajdą Mesjasza? Czy uda im się zrealizować swoje zamierzenia? Co uczynią Mariam i Józef, aby ochronić Syna? 

Drogi czytelniku!
Z książki, którą można przyrównać do klasycznych powieści sensacyjnych, dowiesz się, z jakimi problemami przyszło zmierzyć się Świętej Rodzinie i w jaki sposób próbowała je rozwiązać.
Polecam!
Autor

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-908-9
Rozmiar pliku: 705 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zabierz swoją rodzinę do Egiptu.

Józef zobaczył postać ubraną na biało. Nie dyskutował z nią, nie pytał: „Kim jesteś?”. Miał wrażenie, że już się spotkali. Wiedział, że rozmawia z kimś nie z tego świata. Wstał i wyszedł przed dom. Lada dzień mieli wrócić do Nazaretu. Tam czekał na nich mały domek. Zanim wybrali się do Domu Chleba, jak tłumaczyło się nazwę Betlejem, starannie przygotował swój dom na ich powrót. Nie był nigdy w Egipcie, ale czuł się dziwnie spokojny. Nie rozumiał jednak, dlaczego akurat tam miałby się udać.

– Józefie, wstałeś tak wcześnie? – Mariam wyszła przed dom.

– Mały śpi?

– Tak, długo nie mógł wczoraj zasnąć, dlatego nadrabia czas.

– Słuchaj, co byś powiedziała na to, że na razie nie wrócimy do Nazaretu?

– Nie rozumiem, tam jest nasz dom, rodzina. Coś się stało?

– Mam przeczucie, żeby jeszcze nie wracać.

– Nie stać nas na dalsze wynajmowanie tego domu.

– Domem raczej tego nie można nazwać. To ruina, która tylko przypomina dom. Zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby tu było znośnie.

– Wiem, Józefie.

Mariam usłyszała głos dziecka i wróciła do niego.

– Już nie śpisz? – powiedziała, biorąc go na ręce. Mały Jeszua otwierał buzię i czekał, żeby Matka przystawiła go do piersi. – Zaraz dostaniesz mleczka.

Józef, widząc, że Mariam karmi dziecko, wycofał się na zewnątrz. Zatrzymał się niedaleko nich.

– Pójdziemy do Egiptu.

Mariam słyszała, co powiedział, ale milczała. Kiedy dziecko usłyszało głos Józefa, uśmiechnęło się pod nosem i na chwilę oderwało się od piersi.

– Józefie, skoro musimy tam się udać, to pójdziemy.

– Nie pytasz dlaczego?

– Jeszua się zgodził, to najważniejsze.

– Małe dziecko, które nie mówi? – zdziwił się Józef.

– Ono mówi, nawet nie wiesz, jak dużo można zrozumieć.

– Masz rację, robimy to dla niego, nie wiem dlaczego, ale zapewne tak musi być, skoro Bóg do nas przemówił.

– Nie mówiłeś o tym.

– Nie wiem, czy to było we śnie, czy na jawie. Był u mnie ktoś, kto wskazał nam Egipt. Był cały ubrany na biało. W szatach jaśniejących, że nikt z żyjących nie jest w stanie ich tak wybielić.

– Gabriel.

– Gabriel?

– Anioł – odpowiedziała Mariam. – Jaki ty jesteś śliczny! – zwróciła się do Jeszuy, który uśmiechał się do niej. – Oczy niebieskie jak niebo. Musimy się pakować, skoro czeka nas daleka droga.

Nie mieli dużego dobytku. Pod koniec dnia byli gotowi do drogi. Józef udał się do Mordechaja, właściciela domu, który wynajmowali.

– Słuchaj, przyjacielu, jutro wyruszamy w drogę.

– Co wam tu źle?

Józef nie chciał mówić, że miejsce, w którym przebywali, nie było wygodne, szczególnie dla matki z małym dzieckiem.

– Widzisz, pracy w moim fachu tu niewiele, a za twój dom płacić trzeba.

– Ano, dom stoi, jeść nie woła, ale trzeba z czegoś żyć – tłumaczył się Mordechaj.

Był zadowolony z tego, że wynajmował im ten dom przerobiony ze stajni. Jedna izdebka z małym okienkiem, przez które z trudem docierało światło. „Czy znajdę nowego najemcę?” – zastanawiał się teraz. Józef domyślał się, o czym gospodarz myśli, i pocieszył go tymi słowami:

– Dawniej nikt by od ciebie nie wynajął tego miejsca. Naprawiłem ci dach. Zrobiłem podłogę z desek. Nie martw się, znajdziesz tu kogoś na nasze miejsce. – Józef położył mu rękę na ramieniu i na koniec dodał: – Gdybyś wiedział, kto tak naprawdę mieszkał w tym domu…

Mordechaj nie zrozumiał, o co chodziło Józefowi. Domyślał się, że mówił o swojej urodziwej małżonce.

– Stanowicie ładną rodzinę. Życzę wam powodzenia. Oby Bóg prowadził was i bronił od wszelkich niebezpieczeństw.

Na drugi dzień rano za resztę pieniędzy odkupili od gospodarza osiołka. Do tego, na którym tu przyjechali, przymocowali cały swój majątek, na drugim zaś usiadła Mariam z dzieckiem. Józef pokiwał ręką na pożegnanie gospodarza i wyruszyli w drogę.

Kilka dni później do Mordechaja wpadli żołnierze Heroda. Popchnęli stojącego w wejściu gospodarza na tyle mocno, że upadł na ziemię. Weszli do środka.

– Kogo szukacie? – zapytał gospodarz.

– Szukamy dziecka.

– Tu nikogo nie ma. Dom stoi pusty.

– Tę ruinę nazywacie domem? – zdziwił się żołnierz.

Mieli już wychodzić, gdy któryś z nich przyniósł jakąś rzecz, która mogła służyć za ubiór dla dziecka. Żołnierz heroda podsunął mu ją pod sam nos.

– To twoje?

– Nie – odpowiedział.

– Przeszukać jeszcze cały dom.

Żołnierze oprócz domu, który wynajmowała rodzina Józefa, przeszukali wszystkie pomieszczenia. Wywlekli z domu żonę Mordechaja.

– Skąd to jest? – pokazał jej to samo ubranko co wcześniej gospodarzowi.

– My starzy, nie mamy małych dzieci.

Na słowo dzieci żołnierz brutalnie przewrócił ich obydwoje.

– Skoro nie macie dzieci, to czyje jest to ubranie?

– Wynajmowaliśmy ten mały domek rodzinie z dzieckiem – odpowiedziała żona Mordechaja.

– To był chłopiec? – Nie usłyszał odpowiedzi, wobec czego ponownie ryknął: – To był chłopiec?

– Chłopiec.

– Gdzie oni są?

– Wyprowadzili się jakiś czas temu – odpowiedział Mordechaj.

– Dokąd?

– Nie mówili, ale przyjechali tu z Nazaretu.

– Pamiętaj, jeśli łżesz, to nie chciałbym być w twojej, w waszej, skórze. – Spojrzał na niewiastę.

Na wszelki wypadek jeszcze długo nie podnosili się z ziemi. Mordechaj odwrócił zakurzoną twarz do żony.

– Kim oni byli?

– Kim było to dziecko, zapytaj lepiej.

– Ja niczego nadzwyczajnego w nim nie widziałem.

– A ja tak.

– Co na przykład?

– Jak na swój wiek sprawiał wrażenie mądrego. Kiedy spojrzałam na Niego, tak się patrzył swoimi pięknymi oczami, że aż zakręciło mi się w głowie. Palce u lewej ręki, których od wielu lat nie mogłam zgiąć, nagle zaczęły się zginać jakby nigdy nic. Wystarczyło, że pewnego dnia złapał mnie za jeden z nich. Powiadam ci, że to nie było normalne dziecko.

– Skoro tak mówisz, to pewnie dlatego go szukali. Może na dworze Heroda ktoś też miał zgrubiałe palce – odpowiedział Mordechaj.

* * *

Tymczasem Józef wraz z rodziną byli w drodze. Udali się szlakiem karawan w kierunku Morza Śródziemnego. Droga, choć uciążliwa, omijała najbardziej pustynne miejsca. Józef słyszał o licznych zagrożeniach, a zwłaszcza o rabunkach. Mieli ze sobą złoto, które podarowali im mędrcy. Postanowił, że bezpieczniej będzie ukryć je gdzieś w górach na Synaju, przez które mieli przechodzić.

– Najlepiej idźmy nad morze, tam jest najłatwiejszy szlak – powiedział Józef.

– Minęliśmy dopiero co Jeruzalem, przed nami daleka droga.

– Mamy dziecko, musimy się często zatrzymywać. – Józef szukał w swojej głowie najlepszego rozwiązania.

– Damy radę, Józefie, skoro bezpieczniej dla nas jest opuścić Judeę, to jestem spokojna, że dojdziemy do celu.

Niedaleko Jeruzalem zostali niestety zatrzymani przez żołnierzy Heroda. Dziwne to było spotkanie. Józef przytulił Mariam. Dziecka nie było widać, znajdowało się bowiem w chuście przerzuconej przez ramię kobiety. Przez dłuższy czas żołnierze tylko im się przypatrywali.

– Czego od nas chcecie? – zapytał Józef. – Wracamy z żoną do domu.

– Jedźcie – odezwał się dowódca.

Kiedy mieli już ruszać, zostali jednak zatrzymani.

– Potrzebujemy wina.

– Mamy tylko wodę – odpowiedział Józef.

Dowódca objechał ich dookoła, przypatrując się Mariam.

– Mamy rannego, winem chcemy zalać mu rany.

Józef wahał się, czy opuścić małżonkę. Niepewnym krokiem podszedł do rannego żołnierza. Na jego okrwawionej nodze widać było kawałek strzały z grotem w środku.

– Nie jestem medykiem – powiedział Józef.

W tym czasie obudził się Jeszua i zdało się, że było słychać jego płacz. Józef nie czekał, tylko podszedł do rannego, chwycił za strzałę i szarpnął ją. Żołnierz krzyknął z bólu. Grot wraz z fragmentem strzały wyszedł z nogi. Ku jego zdziwieniu, rana się po chwili zasklepiła, a krew przestała wypływać. Widząc, co się stało, dowódca powiedział:

– Czemu ukryłeś przed nami, że jesteś medykiem?

– Jestem stolarzem – odpowiedział zgodnie z prawdą Józef.

– Ruszajcie w drogę.

Żołnierze opuścili ich i udali się w stronę Jeruzalem.

Mariam tuliła dziecko zawinięte w chuście.

– To był cud – rzekł Józef, który jeszcze długo stał jak sparaliżowany.

– Józefie, dziękuję, dziękujemy – poprawiła się Mariam.

Na drodze już nie było nikogo widać, gdy ruszyli dalej.

– Ja nic nie uczyniłem, żeby go wyleczyć – tłumaczył się.

– Zrobiłeś bardzo wiele, odważyłeś się wyciągnąć grot z nogi tego nieszczęśnika. To była właśnie wiara. Uwierzyłeś, że możesz mu pomóc, a resztę uczynił Bóg. Nasz Mały Bóg. – Mariam spojrzała na dziecko, z którego buzi długo nie znikał uśmiech. – Jak on się ładnie uśmiecha.

Józef, który szedł przed nimi i ciągnął obydwa osły, zatrzymał się, żeby spojrzeć na chłopca. Choć był spięty i jeszcze zdenerwowany sytuacją, która miała niedawno miejsce, powaga i nerwy zniknęły z jego twarzy. Emocje spłynęły z niego i poczuł, że wracają mu siły. Sprawiał wrażenie młodszego, niż był w rzeczywistości.

– Mariam, to nie jest bezpieczna droga. Ukryjmy złoto, zanim ktoś nam je zabierze.

– Gdzie chcesz je ukryć? Czy będziemy o nim pamiętać w drodze powrotnej? Przecież kiedyś wrócimy do naszego domu.

– Wrócimy, to jest złoto Jeszuy. Skoro wszystko, co z nim związane, ma jakieś symboliczne znaczenie, nie chcę nim płacić. Wolę, żeby przetrwało, aż dorośnie.

– Słusznie, Józefie. Poszukaj odpowiedniego miejsca i ukryj je. Zdaję się na ciebie.

W trójkę przemierzali szlak wzdłuż morza, a kiedy dotarli do krainy na półwyspie Synaj, skręcili na południe w bardziej górzysty teren, żeby poszukać odpowiedniego miejsca na odpoczynek i tam bezpiecznie ukryć złoto.

– Ładne te góry, ale są strasznie suche, nie widać nigdzie wody.

– Święte góry, tu patriarcha Mojżesz spotkał się Bogiem. To tu ujawnił mu i światu swoje Imię.

– Jestem który Jestem – odpowiedziała Mariam i spojrzała na dziecko. – Znowu się śmieje.

– Może to coś znaczy. Wiesz, to miejsce zdaje się bezpieczne, zostańcie, a ja poszukam wyżej wody.

Mariam z Dzieciątkiem została w wąskim wąwozie, który nie był szerszy niż trzy łokcie. Józef zaś wspiął się w górę, by poszukać źródełka. Wszędzie było sucho i nie zanosiło się na to, żeby gdzieś mogła znajdować się woda. Gdy miał już wracać, by chwilę odpocząć i próbować poszukać wody w innym miejscu, zauważył skalną półkę. Kiedy wdrapał się na nią, stwierdził, że jest szersza, niż się wydawała, kiedy patrzył na nią z dołu. Ku jego zdziwieniu prowadziła do groty. Z pozoru mała i niska, po zrobieniu kilku kroków wyglądała jak kamienna komnata. Chciał zejść i podzielić się swoim odkryciem z Mariam, ale stwierdził, że nie ma szans, aby weszła tak wysoko z małym dzieckiem. Byłoby to dla nich zbyt niebezpieczne. Kiedy wszedł w głąb, usłyszał to, czego szukał – szum wody. Nie spływała po skałach, tylko wpadała w szczelinę w głąb skały. Józef był przepasany skórzanymi bukłakami. Napełnił dwa z nich, zrobione z wyprawionej jagnięcej skóry.

– Dziękuję ci, Panie, że czuwasz nad nami. – Pomodlił się, zanim zszedł w dół.

Nie zastał Mariam w miejscu, w którym ją zostawił.

– Mariam, gdzie jesteście? – zawołał nieco zdenerwowany.

– Józefie, tu, w cieniu.

W wąwozie było zagłębienie, które wyglądało na płytką grotę.

– Stwierdziłam, że tu będziemy bardziej bezpieczni, poza tym jest więcej cienia.

– To prawda, ale się przestraszyłem.

– Przepraszam cię, Józefie.

– Znalazłem wodę. Tam wyżej jest także grota, ale znacznie większa. Nadawałaby się na mieszkanie.

– To chodźmy.

– Za wysoko i za strome podejście. Idziemy do Egiptu, tam znajdziemy lepszy dom. W grocie znalazłem wodę. Wiesz co, może schowajmy w tej jaskini złoto, w drodze powrotnej zabierzemy je do Nazaretu.

– Skoro uważasz, że tak będzie lepiej.

– Nie wiem, Mariam, czy lepiej, ale z pewnością bezpieczniej. Nikt nam go nie odbierze. Ten skarb otrzymał Jeszua. Kiedy podrośnie, to mu go oddamy.

– To dobry pomysł, Józefie, ale wejdziesz tam na górę jeszcze raz, skoro mówiłeś, że jest wysoko i niebezpiecznie?

– Wejdę, uzupełnię jeszcze puste bukłaki, bo trzeba napoić osły.

Po krótkim odpoczynku Józef ponownie wdrapał się na skałę i wszedł do groty. Za źródełkiem znalazł miejsce, w którym ukrył złoto. Umył twarz i napełnił bukłaki. Gdy zszedł na dół, Mariam z zaniepokojeniem spojrzała na męża.

– Józefie – odezwała się.

– Co się stało, że tak mi się przyglądasz?

– Masz inną twarz, co zrobiłeś?

– Inną, to znaczy jaką?

Mariam nie chciała powiedzieć, że wygląda na młodszego niż wcześniej, zanim wszedł na skały, żeby go nie urazić.

– Masz delikatniejszą skórę.

– Dziwne, obmyłem twarz w wodzie z tego źródełka.

– To może i ja powinnam.

Józef się uśmiechnął.

– Masz skórę powabną jak jedwab. Nie potrzebujesz wody z tego źródełka, chyba że tylko do picia.

Józef spojrzał na osły, które też piły przed chwilą wodę. Widząc to, Mariam zaczęła się śmiać, czując, co Józef ma na myśli. Końcówką ogona jednego z nich zaś bawił się Jeszua. Próbował złapać ją, ale zwierzę co chwilę nią machało.

– Cieszę się, że w tej ciężkiej podróży do Egiptu…

– Ucieczce – poprawił ją Józef.

– …dopisuje nam dobry humor – dokończyła Mariam.

– Jeszcze szmat drogi przed nami.

– Wiem, ale z uśmiechem i nadzieją lepiej się maszeruje, nieprawdaż? Skoro objawił ci ucieczkę, jak powiadasz, sam anioł, to jesteśmy pod dobrą opieką. Nic nie może nam się stać.

– Jesteście gotowi? Spójrz na dziecko.

– Znalazł sobie zabawę.

Jeszua, kiedy tylko złapał za puszystą końcówkę ogona, zaraz pakował go sobie do buzi.

– Nie jest czasem głodny?

– Kiedy byłeś po wodę, dostał ode mnie mleka. Jak pójdziemy, to pewnie zaśnie.

Osioł odwrócił głowę w stronę dziecka, jakby zrozumiał, o czym oni rozmawiają i wyszczerzył zęby w swoim oślim uśmiechu. Józef sprawdził, czy wszystko ze sobą zabrali. Poprawił uprząż. Przytrzymał zwierzę i pomógł wsiąść swojej małżonce. Później podał jej dziecko, a ona owinęła je chustą przewiązaną przez ramię. Najpierw Józef wyprowadził z groty drugiego osła, a potem wrócił się po nich. Przed opuszczeniem wąwozu rozejrzał się wokół, czy nikogo nie ma w pobliżu.

– Józefie, mogliśmy tu przenocować. Tu było dobre miejsce i w miarę bezpieczne.

– I na dodatek zasobne w wodę. Mariam, nie opóźniajmy drogi. Do zmroku mamy jeszcze trochę czasu, a po drodze znajdziemy inne miejsce na odpoczynek.

Po tych słowach Mariam już nic nie mówiła, tylko jeszcze bardziej przytuliła dziecko do siebie. Kierowali się na północ. Mimo że zboczyli z kursu, dotarli do wybrzeża, gdzie szlakiem karawan przemieszczali się kupcy z Egiptu i do Egiptu. Zdarzało się, że niektórzy się zatrzymywali i próbowali im pomóc.

– Hej, dobrzy ludzie, dokąd to zmierzacie? – zadał im pytanie siedzący na wielbłądzie człowiek ubrany w bogate szaty.

– Idziemy już trzeci dzień do Egiptu.

– Skąd idziecie?

– Z Judy.

– Tam jest źle, że wolicie Egipt?

– Mamy małe dziecko i szukamy jakiegoś zajęcia.

– A co potrafisz?

– Jestem stolarzem.

Do kupca podeszło dwóch niewolników i pomogli mu zejść z wielbłąda.

– A dach umiesz naprawić? – zapytał, kiedy już stał na ziemi.

– Tak panie, naprawiłem ich już wiele.

– A ty, niewiasto? – Spojrzał na Mariam. – Jesteś bardzo młoda, zajęłabyś się dziećmi. Twoje jeszcze małe – zerknął na wystającą twarzyczkę z chusty – jeszcze dużo śpi.

– Tak, panie, zajmę się.

– W takim razie zabiorę was do Farmy, gdzie jest mój dom. Dam wam nocleg, przyodziewek i utrzymanie w zamian za waszą pracę. Jesteście wolni?

– Nie jesteśmy niewolnikami, pochodzimy z domu Dawida – odpowiedział Józef.

– Dawid to wasz przodek?

– Tak panie, król Dawid.

– Słyszałem.

Kupiec chciał dać Mariam miejsce na jednym ze swoich trzech wielbłądów, ale zrezygnował z tego zamiaru, więc wraz z dzieckiem jechała jak dotychczas na ośle, a Józef szedł przed nią i prowadził zwierzę.

W końcu dotarli nad Nil. Nieopodal rzeki, na wschodnim jej brzegu, znajdowała się Farma. Dom kupca stał w północnej części miasteczka, nieco na uboczu. Kiedy Nil wylewał, zdarzało się, że jedna z jego odnóg oblewała posiadłość, i wtedy trzeba było przeprawiać się tam łodzią. Dom wtedy stał na malowniczej wyspie oblanej płytką wodą.

– Łzy Izydy, która opłakiwała swojego zmarłego męża Ozyrysa – rzekł kupiec, pokazując na rzekę. Zszedł z wielbłąda i oddał go sługom.

– Kto to jest Izyda, panie? – zapytał Józef

– To bogini. Dzięki niej mamy dzieci, tak jak i wy. – Spojrzał na Mariam. – To bogini płodności. Jest potężna i wszechwładna.

– My czcimy tylko jednego Boga.

– A cóż, wasz Bóg? Słyszałem o waszej wierze, ale słyszałem też, że można go prosić i prosić, i nic.

– Jest najpotężniejszy i jedyny – odrzekł Józef.

– W Jeruzalem mam zaprzyjaźnionego Żyda, ciągle się ze mną przekomarza, że ten wasz Bóg to to, to tamto, a ma od wielu lat chorą żonę i nic jej nie pomaga. Jest nieskuteczny.

– Może jego modły są nieskuteczne.

– Może – odpowiedział kupiec po chwili zamyślenia.

Karawana odczuwała trudy podróży przez pustynne tereny. W tym miejscu można było przesiąść się na jeden ze statków i kawałek popłynąć w dół rzeki. Kiedy wszyscy ze wszystkim znaleźli się na pokładzie, odbili od brzegu i popłynęli.

Nil był w tym miejscu szeroki, pomimo przypadającej pory suchej. Mały Jeszua nie spał, patrzył w wodę, w którą uderzały wiosła. Mariam co chwilę na niego spoglądała. Siedziała na drewnianej ławeczce oplecionej papirusem. Józef zaś prowadził dysputy z kupcem. Tak minęła im podróż przez świętą dla Egipcjan rzekę Nil. Płynęli w dół, aż przypłynęli do średniej wielkości miasta. Farma była portem, gdzie kupcy przeładowywali swoje towary.

Tarik, bo tak miał na imię kupiec, zaprowadził ich do swojego domu. Mieszkał na uboczu. Pomimo okalającej miasto pustyni, dom otoczony był palmami. Na spotkanie wyszła do nich Amina, jego żona.

– Przywiozłem dla ciebie sukna i naszyjniki. Za dobrą cenę kupiłem je w Syrii.

Amina spojrzała na Józefa i Mariam.

– To wędrowcy z Judy, szukają lepszego miejsca dla siebie. Są stanu wolnego. Mają małego chłopca. Nie wiem, dlaczego ich przygarnąłem, nie pytaj, bo nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Zamieszkają w domu dla służby, a Józef naprawi nam dach.

Amina była zdziwiona i trochę zła, ale rozchmurzyła się, kiedy zobaczyła, jak Mariam przystawiła dziecko do piersi. Nie posiadała swoich dzieci, lecz wychowywała trzy córki Tarika, które miał z inną kobietą.

Jeszua miał już prawie roczek. Umiał usiąść i raczkował. Próbował utrzymywać się na nogach, ale Mariam musiała jeszcze trzymać go za ręce. Trzy nastoletnie dziewczynki śmiały się, widząc, jak mały chłopiec szybko przebiera nogami i porusza się nieporadnie. Był dla nich atrakcją i wzbudzał ich ciekawość. Dziewczynki usiadły wokół niego i dotykały go palcami. Jeszua rozdawał im zaś szczere dziecięce uśmiechy.

– Józefie, jestem szczęśliwa, że się tu zatrzymaliśmy.

– Jeszua też, popatrz, jak bawi się z dziewczynkami.

Rzeczywiście, chłopiec był szczęśliwy. Kiedy tylko znalazł się przy drzewie lub przy ogrodzeniu, próbował podnieść się i stanąć samodzielnie na nogach. Mariam, która go obserwowała, klaskała w ręce z zachwytu.

– Zdolny. – Podeszła do niej Amina. – Zostaw małego z dziewczynkami i chodź ze mną. Pokażę ci, na czym będzie polegała twoja praca.

Egipski dla Mariam był obcym językiem, ale rozumiała, o co chodzi żonie kupca. Egipcjanka rozmawiała z nią za pomocą gestów i pociągała za ubranie.

Mariam mimo wszystko spoglądała z niepokojem na dziecko, nie chciała rozstawać się z synem nawet na chwilę. Od chwili jego narodzin zawsze byli razem. Dla Jeszuy kontakt z innymi dziećmi był kuszący. Wodził oczami za trójką urodziwych dziewczynek, których imiona brzmiały: Kiki, Epi, Isis.

– Tu masz kosz i trzeba to wyprać, potrafisz? – spytała Amina.

Mariam kiwnęła głową na znak, że rozumie.

– Kawit –przywołała Amina jedną ze swoich służących. – Zaprowadź niewiastę nad rzekę.

Kawit, która zajmowała się domem, była na pół żydówką. Od razu zaczęła mówić po hebrajsku.

– Jak masz na imię? – zapytała.

– Mariam.

– Nie bój się, Mariam. Nasz pan, Tarik, jest dobrym człowiekiem. Jego druga żona Amina jest zazdrosna, kiedy tylko zjawia się tutaj jakaś ładna kobieta, ale da się wytrzymać. Musi nabrać do ciebie zaufania.

Widząc, że Mariam ciągle spogląda na swojego syna, powiedziała do niej:

– Jest bezpieczny. Pierwsza żona Tarika była dobrą kobietą. Dziewczynki, jej córki, odziedziczyły dobroć po swojej matce.

– Co się z nią stało?

– Mieszkała tu jako pierwsza żona, a później, kiedy pojawiła się Amina, spadła na drugą pozycję. Młoda żona była ładniejsza i bardziej zaborcza. Pierwsza miała na imię Olimpia, zachorowała i w końcu zmarła.

– Olimpia… To chyba nie nasze imię?

– Pochodziła z Grecji. Tarik ją kiedyś przywiózł z jednej ze swoich podróży. Ciężko przeżyła poród z Isis. Zaczęła chorować i już nie wróciła do zdrowia. Miała obsesję, że nie urodziła Tarikowi syna. Widziałam, jak on wodził zazdrośnie oczami za tym twoim chłopakiem.

– Coś mu od niego grozi?

– Uspokój się. Po prostu ci to mówię. Kocha swoje córki. Jego oczkiem w głowie jest najmłodsza, Isis, ta, przez którą zmarła jej matka. Ona też ją bardzo kochała i cieszyła się, że jest zdrowa i taka urodziwa, już od samych narodzin.

Kobiety rozmawiały i w końcu doszły nad rzekę. To nie był właściwy Nil, a pozostałość po ostatnim wylewie. Jak na rozlewisko, woda była czysta i zajmowała duży obszar.

– Jak zmarła ich matka? – pytała Mariam.

– Po narodzinach najmłodszej Isis nie mogła dojść do siebie. Bolało ją biodro. Kulała, aż bóle tak się nasiliły, że tylko leżała.

– Może coś jej się złamało.

– Może.

* * *

Tymczasem Józef zabrał się od razu za naprawę dachu.

– Twoje osły umieściłem w zagrodzie wraz z moją trzódką! – zawołał do niego Tarik.

– Wielkie dzięki.

Połowa dachu była do naprawy. To był dom dla służby. Deszcz był tu rzadkością, ale noce, zwłaszcza w porze zimowej, nie były najcieplejsze. Dach chronił mieszkańców domu przed chłodem. Reza, służący młodszego pokolenia, pomagał Józefowi. Podawał mu deski i narzędzia. Reza nie znał hebrajskiego, dlatego Józef pokazywał mu ręką, co ma podać. Z góry miał widok na okolicę. W pewnym momencie zauważył, że zbliżało się do nich kilku jeźdźców na koniach. Wyglądali na zamożnych. Zostawili konie przy wejściu. Po drodze do domu Tarika przechodzili obok domu dla służby. Jeden z nich podniósł głowę na Józefa. Wyglądało to tak, jakby celowo mu się przyglądał. Widząc to, Józef przypomniał sobie żołnierzy Heroda i przestraszył się. Rezy nie było na dole, poszedł do swojego pana, by zapowiedzieć przyjezdnych.

– Kogo ja goszczę? – Tarik powitał ich tymi słowami.

– Mamy zamówienie.

– Zamieniam się w słuch.

– Wielki kapłan Ahmes przysłał nas do ciebie. Odszukał w zwojach papirusu ciekawe informacje o tajemniczej gwieździe.

– Co to za gwiazda, w dodatku tajemnicza? Prawdę mówiąc, wszystkie są tajemnicze.

– Ta była wyjątkowa. Znak od bogów. Zwiastowała kogoś wyjątkowego, kogoś, kto przyszedł na świat. Ta tajemnicza gwiazda mu towarzyszyła.

– Moje córki są wyjątkowe.

– To był chłopiec. Wielu mędrców widziało to zjawisko. Podobno ów chłopiec dotarł lub niebawem dotrze do Egiptu.

– Skąd dotrze?

– Z Judy. Ty, jako kupiec, często tam bywasz. Rozglądaj się. Miej oczy szeroko otwarte, a jeśli się czegoś dowiesz, opowiesz nam to po swoim powrocie. My zaś przekażemy te wieści kapłanowi Ahmesowi.

– Ja nadal nie wiem, kogo lub czego mam szukać. Chłopca? Żyje ich tam wielu. Nie wyobrażam sobie chodzić od domu do domu i pytać się o dziecko. Nie wiemy nawet, w jakim jest wieku.

– Mędrcy, których prowadziła gwiazda – wyjaśnił drugi z wysłanników kapłana – odwiedzili dziecię i suto je obdarzyli. Na pamiątkę tego spotkania miał powstać obraz namalowany na suknie. Podobno nie został uczyniony ludzką ręką. Oprócz darów, które otrzymał od nich chłopiec, na obrazie widoczna jest droga do Egiptu, którą przemierzyło dziecko wraz z Matką. Ahmes twierdzi, że to klucz do wielkich tajemnic.

– Panowie, powiedzcie swojemu panu, że kiedy wybiorę się w kolejną podróż do Syrii, nie omieszkam rozejrzeć w sprawach, o których mówicie. Jednak dziś dopiero co wróciłem i zapewniam was, że nic o gwieździe, mędrcach i małym chłopcu nie słyszałem.

Józef pracował na dachu i widział, jak czterech rosłych ludzi wychodziło z domu Tarika. Później widział jego córki, słyszał też, jak najstarsza z nich, Kiki, zaniepokojona poinformowała ojca:

– Nie możemy nigdzie znaleźć Jeszuy.

– Nie wiem, gdzie jest. Byłem zajęty – odpowiedział. Zapytajcie Aminy.

Nie kazał im zwracać się do swojej żony jak do matki. Tylko najmłodsza Isis tak się do niej zwracała. Amina przez to najbardziej ją lubiła. Kiki w końcu jej się zapytała.

– Szukamy chłopca.

– Poszedł ze swoją matką i Kawit nad rzekę.

Wreszcie z dachu zszedł Józef.

– Józefie, jak ci idzie robota? – zapytał Tarik.

– Powoli, ale robię postępy.

Tarik spojrzał na dach i zauważył nowe belki.

– Nie są lekkie, a ty je wciągnąłeś na dach. Wyznaczę ci kogoś do pomocy – postanowił.

– Reza mi pomaga – odpowiedział Józef.

Kiedy miał już odchodzić, gospodarz zapytał:

– Krąży legenda o jakimś tajemniczym chłopcu i jeszcze bardziej tajemniczej gwieździe, słyszałeś coś o tym?

– A gdzie taka legenda krąży?

– W twojej ojczyźnie, powiadają, że w Judei.

– Ja pochodzę z Nazaretu. Tam stoi nasz dom i czeka na nas.

– Nazaret to miasto na północy?

– Tak. To Galilea.

– Eh, to pewnie nic nie słyszałeś. Byli tu u mnie ludzie wysokiego kapłana i pytali się o jakiegoś małego chłopca.

Józef nic nie odpowiedział, ale kiedy wróciła Mariam, podzielił się z nią wiadomością, o którą pytał Tarik:

– Uszliśmy tyle drogi, a i tu szukają chłopca.

– Naszego malucha?

– Mówił o chłopcu i nie uwierzysz, podobno jego narodzinom towarzyszył znak w postaci gwiazdy.

– Uważasz, że powinniśmy iść dalej?

– Tu jest dobrze, mamy pracę i dach nad głową – powiedział Józef. – Poza tym dopiero co tu dotarliśmy. Ci ludzie nas przyjęli jak rodzinę.

– Amina jest taka sobie.

– Jak każda zazdrosna kobieta. Musi się przyzwyczaić.

– Kawit za to jest bardzo miła. Ona pracuje dla nich, pomaga prowadzić dom i zajmuje się dziewczynkami.

– Myślałem, że to niewolnica.

– Tu nie ma niewolnictwa, ona jest tu dobrowolnie. W każdej chwili może odejść.

– Tylko dokąd?

– Tak szybko uwinąłeś się ze swoją pracą? –zmieniła temat Mariam.

– Jeszcze nie naprawiłem dachu, ale nie pada. Jest przyjemny wiatr. Dobrze się śpi.

– Właśnie idę uśpić Jeszuę. Wydaje się, że ma ochotę na popołudniową drzemkę. Nad rzeką nie było warunków do spania i było tyle bodźców, co i rusz oglądał się za czymś.

Kawit przyniosła im jedzenie.

– Posilcie się trochę. – Rozłożyła przed nimi obrus.

– Co to takiego? – Mariam wskazała na jedzenie.

– Pieczone pędy papirusu, nie jedliście nigdy?

– Nie – odparł Józef.

– Czas spróbować, a gdzie Jeszua?

– Przed chwilą go położyłam.

– Mam dla niego chlebek i rybkę. – Kawit wyłożyła jedzenie.

Rodzina jadła egipskie potrawy i popijała piwem z daktylami. Tamtejsze piwo, które było w Egipcie podstawowym napojem, miało smak sfermentowanego kwasu chlebowego.

– Smakuje ci, Józefie?

– Tak, dziękuję, lubię ryby. U nas w Nazarecie często je jedliśmy.

– Piwo to jednak nowość. Na naszym stole gościła zwykle woda albo wino, ale bardzo rzadko – powiedziała Mariam.

W tym momencie chłopiec się obudził.

– Jaki ładny – zachwycała się Kawit, kiedy Mariam wyciągnęła go z posłania i wzięła na ręce.

– Mleczka?

Egipcjanka podała mu kawałek pszennego chleba.

– Może się udławić. – Mariam spoglądała na synka, który jadł, aż mu się uszy trzęsły.

– Widzicie, smakuje mu.

Dziecko wyrywało się matce i poruszało się, raczkując. Kiedy miało się czego przytrzymać, to stawało już na nogach.

– On lada dzień zacznie chodzić, wspomnicie moje słowa – powiedziała Kawit.

Jeszua jakby to zrozumiał. Wstał bez podpierania się, ale upadł na pupę.

– Spróbuj jeszcze raz – zachęcała go Mariam.

Tym razem wstał i stał przez chwilę bez podpórki. Józef się śmiał.

– Brawo. – Cała trójka klaskała w dłonie.

Jeszua był dumny z tego, co zrobił, ale później wrócił do pozycji, która najbardziej mu odpowiadała, czyli na czworaka, i tak poruszał się pomiędzy nimi.

Po chwili dołączyły do nich dziewczynki.

– Kiki, mama pozwoliła wam tu przyjść? – Kawit nazywała Aminę mamą dziewczynek.

– Możemy tu przychodzić – odpowiedziała dziewczynka i przysiadła razem z Epi i Isis koło Jeszuy.

Chłopiec uciekał szybko przed nimi na czworaka i co chwilę siadał, i spoglądał, czy idą za nim.

Kiedy przyszedł do nich Tarik, Kawit wyszła na zewnątrz.

– I jak wam się tu podoba? – zapytał.

– Dziękujemy za gościnę – odpowiedział Józef.

Mariam zasłoniła nieco twarz.

– Chłopak z moimi dziewczynami ma tu jak w raju.

– Lubią się wzajemnie – odpowiedziała nieśmiało Mariam.

Tarik jeszcze chwilę przyglądał się dziecięcym zabawom i kiwnął na Józefa, żeby wyszedł z nim na zewnątrz. Kiedy uszli kilka kroków, na tyle daleko, aby nikt ich nie usłyszał, spojrzał na Józefa.

– Ci ludzie, którzy tu przyjechali, a których widziałeś zapewne z dachu, jak wchodzili do mnie, pewnie jeszcze tu wrócą. Powiadasz, Józefie, że przybyliście aż z północy?

– Tak, z Galilei. W Nazarecie mamy dom. Nie jest duży, ale wygodny.

– Pamiętasz, jak ci mówiłem, że pytali o chłopca?

– Tak, jakże miałbym nie pamiętać. Sam mam syna.

– Właśnie o nim chciałem porozmawiać.

– Uważasz panie, że to właśnie o niego pytali? – zdziwił się Józef.

– Nie przyszło mi to nawet do głowy – mówił Tarik. – Teraz dopiero to sobie uświadomiłem, kiedy widziałem, jak bawi się z moimi córkami. Z tego, co oni mówili, to miałby być ktoś ważny, książę albo nawet król.

– Skąd oni to wiedzą? – zapytał Józef.

– Mają stare zwoje, wspominali o gwiazdach. Konkretnie o jednej jasnej i dużej, która miała wskazać miejsce narodzenia tego dziecięcia, słyszałeś coś o tym? – zapytał ponownie.

– Może i słyszałem, ale czy o tej samej, o której mówisz, nie mam pojęcia.

– Wy przyszliście za pracą aż tutaj, do wschodniego Egiptu, nie jesteście majętni.

– Nie, panie, jak widać.

– Król pewnie musiał się narodzić w pałacu. Tam powinni szukać.

Józef milczał na słowa o pałacu. Po chwili zapytał:

– Kiedy wyruszasz, panie, na kolejną wyprawę?

– Czemu się pytasz, Józefie?

– Skoro was nie będzie, to i my poszukamy innego miejsca na nasz pobyt. – Józef pomyślał, że skoro Tarik po wizycie kapłanów nabrał podejrzeń, to bezpieczniej będzie się stąd oddalić.

– Źle wam tu? – zapytał zdzwiony Tarik.

– Lepiej nie mieliśmy nawet w Betlejem, gdzie ostatnio mieszkaliśmy.

– Betlejem to niedaleko Jeruzalem, mówiliście, że jesteście z Galilei.

– Bo jesteśmy, tylko nasz Jeszua postanowił przyjść na świat w Betlejem i tam zostaliśmy na jakiś czas, bo był zbyt mały na powrotną drogę do Nazaretu.

– Nie rozumiem. – Kupiec złapał się za głowę. – Przybyliście na zachód, do nas, zamiast iść do siebie na północ?

Józef milczał, bo nie wiedział, co odpowiedzieć. Skoro i tu szukali małego chłopca, obawiał się mówić cokolwiek ponad to, co już powiedział. Tarik z kolei, widząc u niego zakłopotanie z powodu niezręcznych pytań, postanowił już więcej nie poruszać tematu ich wędrówki. Pochwalił go za naprawę dachu.

– Dobrze ci idzie, Józefie. Jak skończysz, to poszukam ci kolejnego dachu do naprawy, tu w okolicy, może jeszcze ktoś zechce powierzyć ci tę robotę.

Tarik poklepał Józefa po ramieniu i wrócił do domu.

Na drugi dzień do Jeszuy i jego matki podeszła młoda dziewczyna. Była w podobnym wieku co Mariam. Najpierw przypatrywała się im, a później zapytała:

– Mogę tu z wami pozostać?

– To nie jest moja rzeka. Należy do wszystkich, czemu się mnie pytasz? – odpowiedziała Mariam.

Dziewczyna przykucnęła i przyglądała się dziecku. Najpierw tylko patrzyła, ale po chwili uśmiechnęła się do niego. Jeszua bawił się zaś patykiem i coś rysował na mokrym piachu przy brzegu. Przy tym mówił jakieś pojedyncze słowa, najczęściej z jego ust wydobywało się „mama”. Kiedy Mariam weszła do wody, żeby wypłukać pranie, Jeszua poszedł za nią i niechybnie by się cały zamoczył, gdyby nie młoda dziewczyna, która skoczyła jak dzika kocica i złapała chłopca.

– Oj, dziękuję ci, Jeszua by się jeszcze zachłysnął. – Mariam była wdzięczna.

– Dobrze, że byłam na brzegu – odpowiedziała.

Dziewczyna przychodziła do nich codziennie. Chłopiec się do niej przyzwyczaił i chętnie się z nią bawił. Któregoś dnia przyniosła ze sobą łódkę zrobioną ze związanych ze sobą łodyg papirusu. Puszczali ją do siebie po wodzie.

– Isi –wymawiał jej imię Jeszua, chlapiąc rękoma o wodę.

– Bo mnie całą popryskasz – zwracała się do niego Mariam.

W tym dniu Jeszua podniósł się na nogi i jak gdyby nigdy nic zaczął brodzić po wodzie. Isi podała mu ręce, żeby się nie przewrócił.

– Moje maleństwo chodzi. – Mariam podniosła go do góry i przytuliła do siebie. – Widziałaś to? – zwróciła się do dziewczyny. – Isi, a właściwie gdzie ty mieszkasz?

– Nie wiem, jak mam ci wytłumaczyć.

– Powiedz, czy to jest daleko stąd?

– Na tyle blisko, że przychodzę do was, jak widzisz. Właściwie to w tej samej miejscowości, tylko przy drodze w kierunku na południe.

– Nie masz swoich obowiązków? –zadała jej pytanie Mariam, bardziej z troski o nią, niż żeby miała wymawiać jej jakieś natręctwo.

Isi nie odpowiedziała na to pytanie, bo od jakiegoś czasu jej obowiązkiem było przychodzenie właśnie nad świętą rzekę do nich, ale trzymała to w tajemnicy.

– Przepraszam cię. Nie zrozum mnie źle. Ja w twoim wieku pracowałam w domu albo w świątyni.

Na słowo świątynia Isi się wyprostowała. Uśmiech znikł z jej twarzy. Obie się rozumiały. Mariam coraz lepiej mówiła i rozumiała po egipsku, zaś młoda Egipcjanka znała skądś trochę język hebrajski. W tym czasie Jeszua podszedł do Isi i włożył swoją dłoń w jej rękę. Ona spojrzała się na niego i w tejże chwili powaga zniknęła z jej twarzy. Jego oczy miały w sobie rozbrajający uśmiech. Pociągnął ją do wody. Wziął do ręki papirusowy statek i rzucił do wody. Zaczęli się bawić, jakby nigdy nic.

Mariam skończyła swoją pracę. Pranie, które od palącego słońca było już prawie suche, wylądowało w koszu. Przyglądała się ich zabawie. Widząc to, chłopiec pobiegł do matki i objął jej nogi, a potem wtulił w nie głowę.

– Mariam, moim ojcem jest kapłan. Ważny kapłan. W domu mamy służbę. Dotąd nie zaznałam prawdziwej pracy, jak ty to nazywasz.

– Wybacz mi – zwróciła się do niej jeszcze raz. – Cieszę się, że mi pomagasz i przychodzisz tutaj. Jeszua cię bardzo polubił, zresztą sama widzisz, jak reaguje na ciebie. Codziennie, gdy tu przychodzę, czeka i rozgląda się wokół, kiedy przyjdziesz. W domu, tam, gdzie mieszkam, u pana Tarika, są trzy dziewczynki, młodsze od ciebie.

– I one pracują w domu? – przerwała jej Isi.

– Nie widziałam – odpowiedziała Mariam.

– Widzisz, w naszej kulturze nie mamy obowiązków domowych. Pracuje za nas służba.

– Rozumiem, nie wracajmy już do tego tematu. Przyjdziesz jutro?

Isi dała znak głową, że przyjdzie.

Jeszua pokiwał jej ręką na pożegnanie. Dziewczyna odwzajemniła mu się tym samym.

* * *

Po powrocie do domu Isi miała spotkać się z ojcem. Tego dnia rano przykazał jej wejść do siebie, jak tylko wróci znad rzeki. Mówił, że to ważne. Słuchając nakazu ojca, próbowała wejść do niego, jednakże została poinformowana przez służbę, że są u niego kapłani i ma się nigdzie nie oddalać. Chodziła z kąta w kąt i czekała, kiedy ojciec wezwie ją do siebie. Wreszcie usłyszała głośniejszą rozmowę i przypuszczała, że kapłani lada moment opuszczą ich dom. Za nimi wyszedł ojciec i rozglądał się, czy nie ma gdzieś w pobliżu córki.

– Isi! – zawołał.

– Jestem, ojcze – odpowiedziała.

– Czekam na ciebie.

– Wiem, ale miałeś gości.

– To, co chcę tobie powiedzieć, poniekąd ma z nimi związek.

Isi zastanawiała się, co ona może mieć wspólnego z kapłanami. Nie lubiła ich. Widząc ogolone głowy i ponure twarze, czuła do nich niechęć, a nawet lęk. Wiedziała jednak, że jej ojciec jest ważniejszy od nich.

– Powiedz mi, gdzie ty ostatnio znikasz na całe dnie? –zapytał ją ojciec, choć wiedział o wszystkim, bo od czasu do czasu wysyłał za nią kogoś ze służby.

– Chodzę do miasta, nad wodę.

– Córko, pytam się, bo nie widzę obok ciebie twoich rówieśników. Nie czujesz się samotna?

– Ojcze, nie jestem zwyczajną dziewczyną, ale córką wysokiego kapłana – odpowiedziała mu z troską w głosie.

– Czy to w czymś przeszkadza, żeby bawić się z dziewczynami w twoim wieku?

– Moi rówieśnicy boją się mnie.

– Tak sądzisz?

– Tak myślę.

– Jednak nie o tym chcę z tobą rozmawiać.

Ojciec zastanawiał się, jak rozmawiać z córką, żeby się nie wydało, że jest śledzona.

– Co się dzieje nad rzeką? Co tam robisz? Chyba się nie kąpiesz? To byłoby zbyt niebezpieczne.

– Nie kąpię się, ojcze, chociaż przy brzegu wchodzę do rzeki. Przychodzi tam wiele kobiet, piorą, a ja bawię się z ich dziećmi.

– Pracujesz dla nich? – zapytał zdzwiony, że córka nie ukrywała powodów swojego pobytu nad wodą.

– Tego nie nazwałabym pracą. Za pracę zwykle otrzymuje się wynagrodzenie, a ja tam przebywam z ciekawości i dla zabawy.

– Tam nie przychodzą Egipcjanki.

– To są cudzoziemki – odpowiedziała Isi.

– Jak się z nimi dogadujesz?

– Nauczyłam się kilku słów w ich języku. Zresztą małe dzieci jeszcze nie mówią. Ja przebywam głównie z nimi.

– Lubisz dzieci? –zapytał ojciec zdziwiony opowieścią córki.

– Są bardzo ładne i mądre.

– To dobrze. Wiesz, córko, uważaj na siebie i obserwuj te dzieci.

– Co takiego mam w nich obserwować? – zdziwiła się na słowa ojca, który najpierw ją wypytywał, po co chodzi nad rzekę, robił miny, jakby miał jej zabronić tam chadzać, a teraz jakby nigdy nic każe jej obserwować ludzi.

– Po prostu, później ci to wytłumaczę.

Ojciec nic już nie mówił. Isi opuściła jego pokój. Po drodze spotkała matkę.

– Mamo, mogę cię o coś zapytać?

– Pytaj, córeczko.

– Lubiłaś się ze mną bawić, jak byłam małym dzieckiem?

– Uwielbiałam. Byłaś dla mnie małą piękna dziewczynką i bardzo mądrą. Ubierałam cię w ładne stroje i czesałam twoje czarne długie włosy.

Isi objęła matkę.

– Teraz jesteś jeszcze piękniejsza i coraz mądrzejsza. – Matka głaskała ją po kruczoczarnych długich włosach. – Dlaczego o to pytasz?

– Chodzę nad rzekę. Tam kobiety przyprowadzają swoje pociechy. Ja się z nimi bawię.

– Uważaj – rzekła jej matka – żebyś się nie zaraziła jakimś choróbskiem. To nie są nasze kobiety i nasze dzieci.

– Wyglądają na zdrowe. – Isi zdziwiła się reakcją matki.

– Przynoszą straszne choroby. Skóra odchodzi od kości, to jest trąd – mówiąc to, matka zadrżała.

– Nie widziałam nikogo takiego. Jest tam mały chłopiec. Zabawny i lubi mnie. Na mój widok cieszy się i biegnie do mnie.

– Jesteś ładna i pewnie mu się podobasz.

Matka spytała się podobnie jak ojciec o ich język, jak się z nimi porozumiewa.

– To jest najprostsze, matko, jeśli osoby się lubią, to język nie jest problemem.

– Jutro też pójdziesz nad rzekę?

– Chciałabym.

– Uważaj na siebie. Skoro lubisz tam chodzić, to nie będę ci zabraniać. Rozglądaj się i bądź czujna, jeśli zauważysz coś dziwnego, to nie zbliżaj się do nich.

– Mówisz jak ojciec. – Isi zdziwiła się na słowa matki. – On też kazał mi ich obserwować.

– Nie wiem, co miał na myśli twój ojciec, ja… – nie dokończyła, bo Dankor, ojciec Isi, zawołał ją do siebie. – Idź już i pamiętaj o tym, co mówiłam.

– Dobrze, matko.

Dziewczyna na drugi dzień znowu udała się nad rzekę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij