Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jolanta Kowalska - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 sierpnia 2026
34,90
3490 pkt
punktów Virtualo

Jolanta Kowalska - ebook

Jola ma dwadzieścia cztery lata, nową pracę na kolei i dość bycia „tą cichą od Kowalskich”. Najpierw są trzy minuty, o których wolałaby zapomnieć. Potem pojawia się Adam — tajemniczy pasażer z miejsca 12A, który zdecydowanie zbyt łatwo wyprowadza ją z równowagi. Flirt szybko zamienia się w coś więcej, a Jola zaczyna odkrywać własne pragnienia i zadawać sobie pytanie, którego wcześniej unikała: A czego właściwie chcę ja? Lekki, zmysłowy i pełen humoru romans o pożądaniu, pierwszych razach i odwadze, by wreszcie zacząć wybierać siebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JOLKA OD KOWALSKICH

Kiedy pierwszy raz założyłam mundur konduktorki, stałam przed lustrem chyba z dziesięć minut.

Granatowa marynarka. Biała koszula. Spódnica, która w domu wydawała mi się zupełnie zwyczajna, a teraz nagle sprawiała, że co chwilę odruchowo poprawiałam jej dół. Do tego rajstopy i buty na niewielkim obcasie, w których chodziłam trochę tak, jakbym pierwszy raz w życiu dostała nogi.

— Jezu, Jolka… — mruknęłam do własnego odbicia.

Miałam dwadzieścia cztery lata, a potrafiłam zawstydzić się przed samą sobą.

Odwróciłam się bokiem.

Potem drugim.

Marynarka podkreślała talię bardziej, niż się spodziewałam. Zawsze wiedziałam, że mam kobiecą figurę. Trudno było tego nie wiedzieć, kiedy od liceum mama przy każdej bardziej dopasowanej sukience powtarzała:

— Dziecko, ty się trochę zakryj.

Więc się zakrywałam.

Na wsi to było prostsze.

Tam byłam Jolą od Kowalskich. Córką tych Kowalskich spod lasu, gdzie za przystankiem trzeba skręcić w prawo. Dziewczyną, która w niedzielę chodziła po bułki, pomagała mamie w ogrodzie i znała połowę mieszkańców przynajmniej z widzenia.

A jeżeli nie znałam ich ja, oni znali mnie.

I wszystko wiedzieli.

Kto z kim chodzi.

Kto się z kim pokłócił.

Czyja córka wróciła w sobotę o drugiej w nocy.

Czyj syn wypił za dużo na festynie.

Prawdopodobnie dlatego przez dwadzieścia cztery lata nauczyłam się przede wszystkim jednego: nie wychylać się.

Nigdy nie miałam chłopaka.

Takiego prawdziwego.

Było kilka pocałunków. Jeden za remizą, kiedy miałam dziewiętnaście lat. Drugi na urodzinach koleżanki. Trzeci z chłopakiem, którego imienia dzisiaj nawet nie pamiętam.

I tyle.

Kiedy koleżanki zaczynały opowiadać o swoich doświadczeniach z facetami, zwykle milczałam. Czasami kiwałam głową, udając bardziej doświadczoną, niż byłam.

Prawda była znacznie prostsza.

Byłam dziewicą.

I nikomu o tym nie mówiłam.

Nie dlatego, że uważałam to za coś złego.

Po prostu im byłam starsza, tym dziwniej brzmiało to nawet w mojej własnej głowie.

Poprawiłam włosy i jeszcze raz spojrzałam w lustro.

— Dasz sobie radę.

Nie byłam przekonana.

Pierwszego dnia trzy razy sprawdzałam, czy mam wszystko.

Dokumenty.

Telefon.

Długopis.

Identyfikator.

Terminal.

Jeszcze raz dokumenty.

I jeszcze raz terminal.

Bałam się, że pomylę wagony, źle sprawdzę bilet albo trafi mi się pasażer, który zacznie krzyczeć, a ja zamiast odpowiedzieć, rozpłaczę się na środku pociągu.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Za to wydarzyło się coś, czego zupełnie nie przewidziałam.

Mężczyźni się na mnie patrzyli.

Najpierw pomyślałam, że coś jest nie tak z mundurem.

Naprawdę.

Po kontroli biletów zamknęłam się nawet na chwilę w toalecie i obejrzałam w lustrze.

Wszystko było na miejscu.

Dopiero później zaczęłam rozumieć.

Pierwszy był chłopak może trochę starszy ode mnie. Kiedy poprosiłam o bilet, uśmiechnął się i patrzył mi prosto w oczy zdecydowanie dłużej, niż wymagało pokazanie kodu w telefonie.

— Pierwszy dzień? — zapytał.

Zamarłam.

— Widać?

— Trochę.

Poczułam, jak robię się czerwona.

— Aż tak źle?

— Właśnie przeciwnie.

Oddałam mu telefon tak szybko, że prawie wypadł mi z ręki.

Usłyszałam jego śmiech jeszcze w przejściu.

Idiota, pomyślałam.

Tyle że przez następne kilka minut sama się uśmiechałam.

Potem był mężczyzna w garniturze.

Potem dwóch studentów.

Potem jakiś czterdziestolatek, który podczas kontroli powiedział:

— Gdyby wszystkie kontrole tak wyglądały, kupowałbym bilety częściej.

Nie wiedziałam nawet, co miałam na to odpowiedzieć.

Wieczorem bolały mnie nogi, włosy nie wyglądały już tak jak rano, a ja marzyłam tylko o prysznicu.

Ale wydarzyło się coś jeszcze.

Coś małego.

Kiedy przebierałam się po pracy, ponownie spojrzałam w lustro.

Tym razem nie odwróciłam wzroku.

Może naprawdę byłam ładna.

Nie „ładna jak na Jolę”.

Nie „ładna, kiedy się pomaluję”.

Po prostu ładna.

Ta myśl była tak bezczelna, że aż się zaśmiałam.

— Odbija ci — powiedziałam do siebie.

Telefon zawibrował.

KASIA.

Moja najlepsza koleżanka i jednocześnie człowiek będący całkowitym przeciwieństwem mnie.

Otworzyłam wiadomość.

_No i jak, pani konduktor? Ilu już poderwałaś?_

Parsknęłam.

_Debilka._

Odpowiedź przyszła natychmiast.

_Czyli minimum trzech._

_Nikogo._

_Jolka._

_Co?_

_W sobotę wychodzimy._

Już miałam napisać, że nie.

Sobota była moim pierwszym wolnym wieczorem. Chciałam wrócić do domu, założyć dres i przez pół dnia nic nie robić.

Kasia wysłała kolejną wiadomość.

_I nawet nie próbuj wymyślać wymówki. Przyjadę po ciebie._

Westchnęłam.

_Zobaczymy._

_To znaczy tak._

Schowałam telefon.

Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie zgodziłam się na wieczór, który będę pamiętała przez bardzo długi czas.

W sobotę Kasia rzeczywiście przyjechała.

I oczywiście pierwsze, co zrobiła po wejściu do mojego pokoju, to otworzyła szafę.

— Nie.

— Co nie?

— Tego nie założysz.

Spojrzałam na przygotowane jeansy i bluzkę.

— A co z nimi nie tak?

Kasia popatrzyła na mnie z miną lekarza, który właśnie zobaczył wyjątkowo ciężki przypadek.

— Jolka. Jedziemy się bawić, a nie sadzić ziemniaki.

— Bardzo śmieszne.

Zaczęła przekładać moje ubrania.

Po kilku minutach wyciągnęła czarną sukienkę.

— Ta.

— Za krótka.

— Nie jest.

— Kasia.

— Przymierz.

— Nie.

— Jolka.

Dziesięć minut później stałam przed tym samym lustrem, przed którym kilka dni wcześniej oglądałam się w mundurze.

Tylko teraz zobaczyłam kogoś zupełnie innego.

Sukienka była dopasowana. Nie wulgarna. Po prostu zdecydowanie odważniejsza od wszystkiego, co zwykle nosiłam.

Kasia stanęła za mną.

— Widzisz?

— Co?

— Siebie.

Przewróciłam oczami.

— Aleś ty mądra.

— Nie. Serio. Spójrz.

Spojrzałam.

— Masz fantastyczną figurę, Jolka. Tylko całe życie zachowujesz się tak, jakbyś miała za nią przepraszać.

Nie odpowiedziałam.

— Dzisiaj jedno zadanie.

— Jakie?

— Masz się dobrze bawić.

— Tylko tyle?

— Na początek.

Nie wiedziałam, dlaczego ostatnie dwa słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie.

Klub był zatłoczony.

Głośny.

Gorący.

I kompletnie nie mój.

Przynajmniej przez pierwszą godzinę.

Potem wypiłam drinka.

Później drugiego.

Tańczyłyśmy.

Kasia co jakiś czas gdzieś znikała, wracała, przedstawiała mnie ludziom, których imion natychmiast zapominałam.

I wtedy zobaczyłam jego.

Stał przy barze.

Nie był nawet najprzystojniejszym facetem w klubie.

Ale patrzył na mnie.

Nie tak jak chłopcy ze wsi, którzy odwracali wzrok, kiedy tylko ich przyłapałam.

On nie odwrócił.

Patrzył.

A potem się uśmiechnął.

Serce zabiło mi szybciej.

— Ten przy barze cię obserwuje — powiedziała Kasia.

— Wiem.

— Oho.

— Co?

— Nic. Pierwszy raz zamiast powiedzieć „jakiś dziwny facet się gapi”, powiedziałaś „wiem”.

Szturchnęłam ją.

— Zamknij się.

Kiedy ponownie spojrzałam w stronę baru, mężczyzna już szedł w naszym kierunku.

Poczułam znajome gorąco na policzkach.

Jeszcze wtedy byłam Jolą, która spuszczała wzrok.

Jolą, która nie wiedziała, co zrobić z rękami, kiedy atrakcyjny mężczyzna się do niej uśmiechał.

Jolą, która nigdy nie obudziła się obok faceta.

I która kompletnie nie miała pojęcia, czego właściwie oczekuje od swojego pierwszego razu.

Kilka godzin później miałam poznać odpowiedź.

A właściwie dowiedzieć się, czego na pewno od niego nie oczekiwałam.

Trzech minut.

Facetowi wystarczyły trzy minuty, żeby zakończyć najważniejszy jak dotąd wieczór mojego życia.

Mnie zaś miały wystarczyć, żeby po raz pierwszy zadać sobie pytanie, które później zmieniło niemal wszystko:

A GDZIE W TYM WSZYSTKIM JESTEM JA?TRZY MINUTY

— Cześć.

Tyle powiedział.

Jedno zwyczajne słowo, a ja natychmiast zapomniałam, co robi się z rękami.

Stał przede mną facet, którego jeszcze chwilę wcześniej obserwowałam przy barze. Z bliska wyglądał na jakieś dwadzieścia siedem, może dwadzieścia osiem lat. Ciemne włosy, kilkudniowy zarost, biała koszula z podwiniętymi rękawami.

Pachniał mocnymi perfumami.

— Cześć — odpowiedziałam.

— Michał.

— Jola.

— Wiem.

Zmarszczyłam brwi.

— Skąd?

Wskazał głową na Kasię.

Zdrajczyni stała kilka metrów dalej i właśnie uśmiechała się do mnie znad swojego drinka.

— Twoja koleżanka mi powiedziała.

— Oczywiście.

— Powiedziała też, że jesteś konduktorką.

Spojrzałam ponownie na Kasię.

Tym razem pokazała mi kciuk uniesiony do góry.

Miałam ochotę ją udusić.

— Dopiero zaczęłam — powiedziałam.

— Czyli mam znajomości na kolei?

Zaśmiałam się.

— Raczej nie.

Rozmowa była banalna.

Dzisiaj to wiem.

Wtedy jednak wydawało mi się niesamowite, że facet podszedł właśnie do mnie. Że spośród wszystkich dziewczyn w klubie wybrał tę jedną w czarnej sukience, która jeszcze godzinę wcześniej zastanawiała się, czy nie zadzwonić po taksówkę i wrócić do domu.

Postawił mi drinka.

Potem drugiego.

Rozmawialiśmy.

Tańczyliśmy.

Kiedy pierwszy raz położył dłoń na mojej talii, zesztywniałam.

— Wszystko okej? — zapytał.

— Tak.

Nie było.

A właściwie było.

Sama nie wiedziałam.

Byłam zdenerwowana. Podekscytowana. Trochę przestraszona. Czułam alkohol i muzykę pulsującą gdzieś w środku klatki piersiowej.

Przede wszystkim jednak pierwszy raz w życiu pozwalałam sobie cieszyć się tym, że mężczyzna patrzy na mnie właśnie w taki sposób.

Nie jak na Jolę od Kowalskich.

Nie jak na córkę sąsiadów.

Nie jak na koleżankę.

Jak na kobietę.

I podobało mi się to.

Ta świadomość była niemal bardziej ekscytująca od samego Michała.

Pocałował mnie kilkanaście minut później.

Bez wielkiego romantyzmu.

Staliśmy w trochę spokojniejszej części klubu. Powiedział coś, czego przez muzykę nie usłyszałam, więc nachyliłam się, żeby poprosić, żeby powtórzył.

I wtedy mnie pocałował.

Zaskoczył mnie.

Przez pierwszą sekundę chciałam się odsunąć.

Nie zrobiłam tego.

Odpowiedziałam na pocałunek.

Kiedy się odsunął, patrzyłam na niego, próbując udawać, że dla mnie to wszystko jest całkowicie normalne.

Nie było.

— Jesteś strasznie nieśmiała — powiedział.

— Nie jestem.

Uśmiechnął się.

— Jesteś.

— Po prostu cię nie znam.

— To mnie poznaj.

Dzisiaj prawdopodobnie przewróciłabym oczami.

Tamtej nocy uznałam to za najbardziej uwodzicielskie zdanie świata.

— Jedziemy do mnie? — zapytał później.

I wtedy wszystko nagle przestało być zabawą.

Popatrzyłam na niego.

Wiedziałam, co oznacza to pytanie.

Serce waliło mi jak oszalałe.

— Jola?

— Muszę znaleźć Kasię.

To była pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy.

Znalazłam ją przy barze.

— Możemy pogadać?

Popatrzyła najpierw na mnie, później na stojącego kilka metrów dalej Michała.

— Oho.

— Przestań.

Pociągnęłam ją w bok.

— Chce, żebym pojechała do niego.

— A ty chcesz?

To pytanie mnie zaskoczyło.

Spodziewałam się raczej żartu.

— Nie wiem.

— To nie jedź.

— Ale…

— Nie ma „ale”. Jeśli nie chcesz, zostajesz.

Popatrzyłam na Michała.

Chciałam.

Chyba.

A może bardziej chciałam wreszcie przestać się bać.

Miałam dwadzieścia cztery lata. Ile jeszcze miałam czekać na jakiegoś księcia z bajki?

Może właśnie tak wyglądała dorosłość.

Może nie trzeba było wszystkiego analizować.

— Chcę — powiedziałam.

Kasia przez chwilę mi się przyglądała.

— Na pewno?

Skinęłam głową.

— To napisz mi adres, gdzie jesteś. I odezwij się rano.

Przytuliła mnie.

— I niczego nie musisz robić tylko dlatego, że tam pojedziesz.

— Wiem.

Powiedziałam to bardzo pewnym głosem.

Nie byłam pewna niczego.

W taksówce Michał trzymał mnie za rękę.

Patrzyłam przez okno.

Światła miasta przesuwały się po szybie, a ja próbowałam uspokoić oddech.

Pomyślałam o mamie.

Natychmiast wyrzuciłam tę myśl z głowy.

Jezu.

Ze wszystkich możliwych osób akurat teraz musiałam pomyśleć o mamie.

— Stresujesz się? — zapytał Michał.

— Trochę.

— Nie gryzę.

Uśmiechnęłam się.

Nie powiedziałam mu, że jestem dziewicą.

Kilka razy chciałam.

Nie potrafiłam.

Bałam się, że mnie wyśmieje.

Albo, co chyba byłoby jeszcze gorsze, zacznie traktować mnie jak dziecko.

Więc milczałam.

Jego mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie mieszkanie samotnego faceta.

Kanapa.

Telewizor.

Kilka szklanek pozostawionych przy zlewie.

Buty rzucone przy wejściu.

Żadnych zdjęć.

Żadnych kwiatów.

Żadnych rzeczy, które powiedziałyby mi coś o człowieku, do którego właśnie przyjechałam.

— Napijesz się czegoś?

— Wody.

Podał mi szklankę.

Wypiłam prawie całą.

Ręce trochę mi drżały.

Michał podszedł bliżej.

Pocałował mnie.

Tym razem wiedziałam już, co się wydarzy.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Przez moment było nawet przyjemnie. Całował mnie, obejmował, a napięcie, które czułam przez całą drogę, zaczęło powoli ustępować ciekawości.

_Więc to będzie dzisiaj._

Ta myśl pojawiła się nagle.

Mój pierwszy raz.

Nie z chłopakiem, którego kochałam.

Nie przy świecach.

Nie podczas romantycznego wyjazdu.

Z Michałem poznanym kilka godzin wcześniej w klubie.

I ku własnemu zdziwieniu nie czułam z tego powodu wstydu.

To była moja decyzja.

Chciałam tego.

Chciałam wreszcie wiedzieć.

Tylko że rzeczywistość okazała się znacznie mniej imponująca niż wszystkie historie, których wcześniej słuchałam.

Było nerwowo.

Niezręcznie.

Za szybko.

Michał najwyraźniej uznał moje milczenie za oznakę doświadczenia, a ja byłam zbyt speszona, żeby powiedzieć mu, że nie mam pojęcia, co robię.

Po chwili zrozumiałam też coś znacznie gorszego.

On w ogóle się nad tym nie zastanawiał.

Nie zapytał, czego chcę.

Nie próbował sprawdzić, czy dobrze się czuję.

Całe wydarzenie miało chyba scenariusz istniejący wyłącznie w jego głowie.

A ja próbowałam za nim nadążyć.

Po kilku minutach było po wszystkim.

Leżałam, patrząc w sufit.

Mrugnęłam.

_To już?_

Naprawdę pomyślałam dokładnie te dwa słowa.

Michał ciężko oddychał obok mnie.

Ja natomiast nie czułam prawie niczego poza ogromnym zdziwieniem.

Tyle lat słuchania opowieści.

Tyle sekretów koleżanek.

Tyle filmów.

Tyle mojego zastanawiania się, jak to kiedyś będzie.

I to było to?

Spojrzałam na zegarek stojący przy łóżku.

Nie wiedziałam dokładnie, kiedy zaczęliśmy.

Ale nawet przy najbardziej życzliwych obliczeniach wychodziły może trzy minuty.

Michał wyglądał na zadowolonego.

— Fajnie było — powiedział.

Odwróciłam głowę.

Przez sekundę byłam przekonana, że żartuje.

Nie żartował.

— Mhm.

— Co?

— Nic.

Przyciągnął mnie do siebie.

Leżałam nieruchomo.

I właśnie wtedy poczułam coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Nie żal.

Nie wstyd.

Nawet nie złość.

Rozczarowanie.

Ogromne.

_To naprawdę było to?_

Nie spałam prawie całą noc.

Michał zasnął błyskawicznie.

Ja patrzyłam w ciemność.

Powinnam była chyba przeżywać utratę dziewictwa.

Tymczasem najbardziej przeżywałam fakt, że chciało mi się siku, ale nie wiedziałam, gdzie ma ręczniki i czy wypada grzebać mu po szafkach.

O szóstej trzydzieści przestałam udawać, że zasnę.

Ubrałam się.

Spojrzałam na Michała.

Spał.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy go obudzić.

Nie zrobiłam tego.

Napisałam tylko wiadomość do Kasi.

_Żyję. Wracam._

Odpowiedziała po minucie.

_I????_

Popatrzyłam na ekran.

Jak miałam jej to wyjaśnić?

Napisałam:

_3 minuty._

Trzy kropki oznaczające, że pisze, pojawiły się natychmiast.

Zniknęły.

Pojawiły się ponownie.

W końcu dostałam:

_CO?_

_Później._

Schowałam telefon.

Wyszłam z budynku.

Poranne powietrze uderzyło mnie w twarz.

Miasto dopiero się budziło.

Stanęłam na chodniku w tej samej czarnej sukience, w której poprzedniego wieczoru czułam się pierwszy raz od dawna naprawdę atrakcyjna.

Teraz miałam rozmazany makijaż, bolały mnie stopy, a włosy wyglądały tragicznie.

Powinnam chyba żałować.

Nie żałowałam.

To było dziwne.

Gdybym mogła cofnąć czas, prawdopodobnie nie pojechałabym z Michałem.

Ale czasu cofnąć nie mogłam.

I może dobrze.

Bo dostałam odpowiedź na pytanie, które wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy.

Pierwszy raz nie musi być wyjątkowy tylko dlatego, że jest pierwszy.

Mój nie był.

Był kiepski.

I właśnie dlatego czegoś mnie nauczył.

Przez całe życie myślałam o bliskości jak o czymś, co pewnego dnia zrobi mi jakiś mężczyzna.

Jakby moja rola miała polegać na znalezieniu odpowiedniego faceta i pozwoleniu mu przejąć resztę.

A przecież poprzedniej nocy ja też tam byłam.

Miałam własne ciało.

Własne emocje.

Własną ciekawość.

Własne granice.

I najwyraźniej również własne potrzeby, choć jeszcze nie potrafiłam ich nawet nazwać.

Spojrzałam na swoje odbicie w szybie przystanku.

— No pięknie, Jolka.

Dziewczyna w odbiciu wyglądała na zmęczoną.

Ale trochę się uśmiechała.

Telefon ponownie zawibrował.

Kasia.

_Przyjechać po ciebie?_

Napisałam:

_Nie. Jadę pociągiem._

Dopiero kiedy wysłałam wiadomość, zaczęłam się śmiać.

Oczywiście, że pociągiem.

W poniedziałek ponownie założyłam mundur.

Biała koszula.

Granatowa marynarka.

Spódnica.

Identyfikator.

JOLANTA KOWALSKA.

Przez chwilę patrzyłam na swoje imię.

Potem przypięłam identyfikator.

Wyszłam na peron.

Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie tutaj wydarzą się rzeczy znacznie ważniejsze niż tamta sobotnia noc.

Że wśród setek twarzy zacznę rozpoznawać kilka konkretnych.

Że pewnego dnia ktoś będzie czekał na pociąg nie dlatego, że musi gdzieś jechać.

I przede wszystkim nie wiedziałam jeszcze, że przyjdzie moment, kiedy mężczyzna spojrzy na mnie dokładnie tak samo jak Michał w klubie…

…a ja nie spuszczę wzroku.

Tym razem to on zrobi to pierwszy.PASAŻER Z 12A

— Trzy minuty?

Kasia patrzyła na mnie znad filiżanki kawy.

— Ciszej.

— Jolka. Trzy?

— Kasia!

— Pytam tylko, czy dobrze usłyszałam.

Rozejrzałam się po kawiarni. Przy stoliku obok siedziały dwie kobiety, które na szczęście były zajęte rozmową. Dalej jakiś mężczyzna pracował na laptopie.

Nachyliłam się nad stołem.

— Nie mierzyłam mu czasu ze stoperem.

— Ale mniej więcej?

— Mniej więcej.

— Trzy minuty.

— Mniej więcej trzy minuty.

Kasia odstawiła filiżankę.

Przez chwilę nic nie mówiła.

Widziałam, jak walczy sama ze sobą.

— Śmiej się.

— Nie będę.

— Widzę.

— Wcale nie.

Kąciki jej ust drgnęły.

— Kasia.

To wystarczyło.

Parsknęła śmiechem.

— Przepraszam!

— Wiedziałam.

— Naprawdę przepraszam.

— Jesteś okropna.

— Nie śmieję się z ciebie. Przysięgam.

— Oczywiście.

— Śmieję się z niego.

Pokręciłam głową.

— Wiedziałam, że nie powinnam ci mówić.

— Powinnaś. Jestem twoją najlepszą przyjaciółką. Od tego jestem.

— Od wyśmiewania mojego pierwszego razu?

— Od informowania cię, że następne mogą być zdecydowanie lepsze.

Popatrzyłam na nią.

— Skąd wiesz?

— Jolka.

— No co?

— Mam dwadzieścia pięć lat.

— I?

— I nie jestem tobą.

Rzuciłam w nią papierową serwetką.

Złapała ją i ponownie się roześmiała.

— Dobra. Już jestem poważna.

— Niemożliwe.

— Jak się z tym czujesz?

Wzruszyłam ramionami.

— Normalnie.

— Żałujesz?

Zastanowiłam się.

Od sobotniej nocy minęło kilka dni. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby przeanalizować ją chyba na wszystkie możliwe sposoby.

— Nie.

Kasia uniosła brwi.

— Serio?

— Serio.

— Myślałam, że będziesz przeżywać.

— Ja też.

Obróciłam filiżankę w dłoniach.

— Tylko wiesz, co jest najdziwniejsze?

— Co?

— Że ja chyba przez cały wieczór zastanawiałam się, czego on chce.

Kasia przestała się uśmiechać.

— W klubie myślałam, czy mu się podobam. W taksówce zastanawiałam się, czy powinnam go pocałować. W mieszkaniu myślałam, czy zachowuję się normalnie. Czy nie zauważy, że nigdy wcześniej tego nie robiłam.

— Mogłaś mu powiedzieć.

— Wiem.

— Czemu nie powiedziałaś?

— Wstydziłam się.

— Czego?

To było dobre pytanie.

— Nie wiem.

Naprawdę nie wiedziałam.

— Chyba tego, że pomyśli, że coś jest ze mną nie tak. Dwadzieścia cztery lata, a ja nigdy…

Urwałam.

Kasia popatrzyła na mnie poważnie.

— Jolka, przecież to nie zawody.

— Teraz wiem.

— A wcześniej?

— Chyba trochę tak to traktowałam.

Wzięłam łyk kawy.

— Ale nie to jest najgorsze.

— Co jest najgorsze?

— Ani razu nie pomyślałam, czego chcę ja.

Kasia milczała.

— Rozumiesz? — ciągnęłam. — Ani razu. Wszystko było o nim. Czy mu się podobam. Czy jestem wystarczająco odważna. Czy robię wszystko tak, jak powinnam. A potem wracałam rano i pomyślałam sobie…

Zawahałam się.

— Co?

— A gdzie w tym wszystkim byłam ja?

Kasia uśmiechnęła się.

Tym razem zupełnie inaczej.

— I?

— Co „i”?

— Znalazłaś odpowiedź?

— Jeszcze nie.

— To znajdziesz.

— Bardzo filozoficzne.

— Pięćdziesiąt złotych za konsultację.

— Sama zapłaciłaś za kawę.

— W takim razie jesteśmy kwita.

Przez następne dwa tygodnie nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się do opowiadania przy kawie.

I chyba właśnie tego potrzebowałam.

Pracowałam.

Wracałam do domu.

Spałam.

Znowu pracowałam.

Powoli przestawałam sprawdzać po pięć razy, czy mam terminal.

Nauczyłam się rozpoznawać pasażerów, którzy będą sprawiać problemy, jeszcze zanim poprosiłam ich o bilet.

Poznałam też najczęściej używane wymówki.

„Telefon mi się rozładował.”

„Aplikacja nie działa.”

„Przecież kupowałem.”

„Kolega ma mój bilet.”

I moje ulubione:

„Myślałem, że można kupić u pani.”

Można było.

Tyle że bardzo często człowiek wypowiadający to zdanie siedział w pociągu od czterdziestu minut i najwyraźniej dopiero mój widok przypominał mu, że podróż koleją kosztuje.

Zaczynałam lubić tę pracę.

Naprawdę.

Każdego dnia przewijały się przede mną setki ludzi.

Niektórzy byli zmęczeni.

Inni spieszyli się na spotkania.

Ktoś jechał na wakacje.

Ktoś wracał do domu.

Ktoś rozstawał się na peronie i przez pierwsze pół godziny podróży patrzył przez okno.

Ktoś inny całą drogę pisał wiadomości i uśmiechał się do telefonu.

Przez kilka minut byłam maleńką częścią życia każdego z nich.

Najczęściej kompletnie nieistotną.

„Dzień dobry, bilety do kontroli.”

Skan.

„Dziękuję.”

I dalej.

Czasami jednak pasażerowie zapamiętywali mnie.

Zwłaszcza mężczyźni.

To również zaczynałam zauważać.

— Pani zawsze jeździ na tej trasie? — zapytał któregoś dnia chłopak siedzący przy oknie.

— Zależy od grafiku.

— Szkoda.

— Dlaczego?

Uśmiechnął się.

Dopiero wtedy zrozumiałam.

Jeszcze miesiąc wcześniej zrobiłabym się czerwona.

Tym razem też się zrobiłam.

Tylko trochę mniej.

— Bilet jest w porządku — powiedziałam.

— A numer telefonu?

Spojrzałam na niego.

— Numer telefonu nie podlega kontroli.

Facet siedzący obok niego parsknął śmiechem.

Sama nie wierzyłam, że to powiedziałam.

Odeszłam.

Dopiero w następnym wagonie zaczęłam się uśmiechać.

_Numer telefonu nie podlega kontroli._

Boże.

Kasia byłaby ze mnie dumna.

Bywali też mniej subtelni.

— A pani zamężna? — zapytała starsza kobieta.

— Nie.

— Chłopak jest?

— Też nie.

Siedzący naprzeciwko niej starszy mężczyzna westchnął.

— Halina, zostaw dziewczynę.

— Co zostaw? Pytam tylko.

Ponownie spojrzała na mnie.

— Bo ja mam wnuka.

O mało nie upuściłam terminala.

— Mamo…

Kobieta siedząca obok zasłoniła twarz dłonią.

— No co? Ładna dziewczyna.

— Przepraszam za mamę — powiedziała kobieta.

— Nie ma za co.

— Wnuk informatyk — dodała starsza pani.

— Mamo!

— Dobrze zarabia.

Teraz śmiał się już cały przedział.

Ja również.

— Będę pamiętać — powiedziałam.

— Mam zdjęcie.

— Mamo!

Uciekłam, zanim zdążyła wyciągnąć telefon.

I właśnie któregoś z tych zupełnie zwyczajnych dni pierwszy raz go zobaczyłam.

Miejsce 12A.

Przy oknie.

Granatowa marynarka, jasna koszula bez krawata. Laptop na stoliku.

Mógł mieć trzydzieści pięć lat.

Może trochę więcej.

Nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby nie to, że kiedy podeszłam, podniósł wzrok dokładnie w chwili, kiedy miałam powiedzieć swoją standardową formułkę.

— Dzień dobry. Bilety do…

Już trzymał telefon.

— Proszę.

— Dziękuję.

Zeskanowałam kod.

— Wszystko w porządku. Miłej podróży.

— Dziękuję. Wzajemnie.

I tyle.

Naprawdę.

Żadnego uśmiechu.

Żadnego pytania, czy często jeżdżę tą trasą.

Żadnego idiotycznego komentarza o mundurze.

Nic.

Wrócił do laptopa.

Poszłam dalej.

Prawdopodobnie zapomniałabym o nim po pięciu minutach.

Tyle że trzy dni później zobaczyłam go ponownie.

12A.

Ta sama trasa.

Tym razem miał grafitowy garnitur.

— Dzień dobry.

Telefon już czekał.

— Dzień dobry.

Skan.

— Dziękuję.

— Dziękuję.

Poszłam dalej.

Tydzień później znowu tam siedział.

12A.

_Ten sam facet._

Tym razem rozmawiał przez telefon.

Kiedy mnie zobaczył, powiedział do rozmówcy:

— Oddzwonię.

Rozłączył się.

Wyświetlił bilet.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

Skan.

Wszystko prawidłowo.

Mogłam odejść.

Powinnam odejść.

Zamiast tego zapytałam:

— Pan zawsze siedzi w tym samym miejscu?

Spojrzał na numer siedzenia.

Potem na mnie.

— Najwyraźniej.

— Przypadek?

— Nie wierzę w przypadki przy rezerwacji miejsc.

Uśmiechnęłam się.

— Czyli 12A ma jakieś wyjątkowe właściwości?

— Ma.

Czekałam.

Nic nie powiedział.

— Jakie?

— Jest przy oknie.

Popatrzyłam na niego.

W jego oczach pojawiło się coś, czego wcześniej nie zauważyłam.

Rozbawienie.

— Bardzo wyjątkowe — powiedziałam.

— Dla człowieka, który nie lubi siedzieć przy przejściu, wręcz niezwykłe.

Zaśmiałam się.

— Miłej podróży.

— Dziękuję.

Odeszłam.

I pierwszy raz pomyślałam o nim jeszcze po wyjściu z wagonu.

Potem zaczął pojawiać się regularnie.

Nie codziennie.

Czasami dwa razy w tygodniu.

Czasami nie widziałam go przez dziesięć dni.

Ale kiedy wchodziłam do tego wagonu i 12A było zajęte, coraz częściej wiedziałam, kto będzie tam siedział, zanim jeszcze zobaczyłam jego twarz.

Zawsze elegancki.

Zawsze spokojny.

Zawsze sam.

Laptop.

Telefon.

Czasami dokumenty.

Nigdy nie widziałam, żeby spał.

Nigdy nie widziałam go z alkoholem.

Kawa.

Zawsze kawa.

Zaczął mnie rozpoznawać.

— Dzień dobry — mówił, zanim zdążyłam podejść.

— Dzień dobry.

I nadal nic więcej.

To zaczynało mnie irytować.

Nie miałam pojęcia dlaczego.

Przecież dokładnie tego chciałam.

Normalnego pasażera.

Człowieka, który nie próbuje flirtować.

Nie patrzy na moje nogi.

Nie pyta o numer.

Nie proponuje kawy.

Więc dlaczego zaczęłam zauważać, że kiedy kontroluję jego bilet, stoję przy 12A kilka sekund dłużej niż przy innych miejscach?

Któregoś dnia pociąg miał niewielkie opóźnienie.

Weszłam do jego wagonu.

Siedział jak zwykle.

12A.

Tym razem bez laptopa.

Czytał książkę.

Kiedy podeszłam, zamknął ją.

Spojrzał na zegarek.

— Dzisiaj trzy minuty później.

Zatrzymałam się.

— Słucham?

— Kontrola.

Wskazał zegarek.

— Zwykle jest pani tutaj trzy minuty wcześniej.

Trzy minuty.

Ze wszystkich liczb świata musiał powiedzieć właśnie tę.

Poczułam, jak zaczynam się uśmiechać.

Próbowałam z tym walczyć.

Bezskutecznie.

— Powiedziałem coś zabawnego?

— Nie.

— Na pewno?

— Tak.

— A jednak się pani śmieje.

— Przypomniało mi się coś.

— Dobrego?

Pomyślałam o Michale.

— Zdecydowanie nie.

Teraz on się uśmiechnął.

Pierwszy raz zobaczyłam jego prawdziwy uśmiech.

Zmienił mu całą twarz.

— Rozumiem.

— Wątpię.

— W takim razie nie będę pytał.

Wyświetlił bilet.

Zeskanowałam.

— Wszystko w porządku.

— To dobrze.

Już miałam odejść, kiedy coś mnie zatrzymało.

Odwróciłam się.

— Naprawdę pan sprawdza, o której przychodzę?

Podniósł wzrok.

— Nie.

— Przecież przed chwilą…

— Zapamiętałem.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Patrzył na mnie spokojnie.

Ani bezczelnie.

Ani nachalnie.

Po prostu patrzył.

— Miłej podróży — powiedziałam.

— Pani również.

Wyszłam z wagonu.

Dopiero za drzwiami zorientowałam się, że powiedziałam „miłej podróży” człowiekowi, który właśnie podróżował.

A on życzył tego samego mnie.

Idioci.

Oboje.

— Mamy stałego klienta? — zapytał Marek.

Był kierownikiem pociągu. Czterdzieści kilka lat, żona, dwójka dzieci i irytująca zdolność zauważania wszystkiego.

— Jakiego klienta?

— Dwanaście A.

Spojrzałam na niego.

— Co z nim?

— Nic.

— To po co pytasz?

Marek uśmiechnął się.

— Tak tylko.

— Jeździ tą trasą.

— Widzę.

— No właśnie.

— I zawsze ty kontrolujesz jego wagon.

— Bo taki mam przydział.

— Oczywiście.

— Marek.

— Jola.

— Jesteś niemożliwy.

Poszłam dalej.

Usłyszałam jeszcze:

— Popraw włosy!

Automatycznie dotknęłam włosów.

Zatrzymałam rękę w połowie ruchu.

Odwróciłam się.

Marek śmiał się jak idiota.

— Nienawidzę cię.

— Wiem.

Najgorsze wydarzyło się tydzień później.

Weszłam do wagonu.

Spojrzałam przed siebie.

12A.

Puste.

Nie zwolniłam.

Oczywiście, że nie.

Dlaczego miałabym zwalniać?

Kontrolowałam bilety.

14B.

16A.

17C.

Normalny dzień.

Normalna praca.

Normalny pusty fotel.

_Może pojechał późniejszym._

Natychmiast zirytowałam się na samą siebie.

Co mnie to obchodziło?

Facet podróżował służbowo. Mógł mieć spotkanie. Urlop. Samochód. Sto innych powodów.

Nie znałam nawet jego imienia.

Doszłam prawie do końca wagonu.

I wtedy zorientowałam się, że jestem rozczarowana.

Naprawdę.

Nie jakoś dramatycznie.

Po prostu przez sekundę czegoś mi zabrakło.

To było absurdalne.

Odwróciłam się, żeby przejść do kolejnego wagonu.

— Pani Jolu?

Zatrzymałam się.

Ten głos znałam.

Stał kilka metrów za mną.

W jednej ręce trzymał papierowy kubek z kawą.

Drugą miał wsuniętą do kieszeni płaszcza.

— Szukała mnie pani?

Przez sekundę byłam pewna, że widział, jak patrzyłam na jego puste miejsce.

— Nie.

— To dobrze.

— Dlaczego?

— Bo byłoby mi głupio, że przez kawę utrudniłem pani pracę.

Podszedł bliżej.

Uśmiechał się.

A ja nagle przestałam słyszeć połowę tego, co mówił.

Nie dlatego, że stał blisko.

Nie dlatego, że znowu patrzył mi prosto w oczy.

Nawet nie dlatego, że po raz pierwszy zobaczyłam go bez tej całej bariery złożonej z laptopa, stolika i fotela 12A.

Chodziło o dwa słowa.

PANI JOLU.

Nigdy mu się nie przedstawiałam.

Byłam tego pewna.

— Skąd pan zna moje imię?

Spojrzał na mnie.

Potem jego wzrok przesunął się niżej.

Odruchowo zrobiłam to samo.

Na granatowej marynarce miałam przypięty identyfikator.

JOLANTA KOWALSKA.

Zrobiło mi się gorąco.

Boże.

Oczywiście.

Mężczyzna podniósł wzrok.

Przez kilka sekund żadne z nas się nie odzywało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij