Julia - ebook
Klasyczna dystopia opowiedziana z perspektywy kobiety, której Orwell nie dał głosu.
Prowokująca reinterpretacja Roku 1984, która oddaje głos bohaterce dotąd pozostającej w cieniu. Świat Wielkiego Brata powraca tu w nowej, poruszająco aktualnej odsłonie - widziany oczami kobiety, dla której ciało, pragnienie i miłość stają się formą politycznego oporu.
Julia pracuje w Ministerstwie Prawdy i pozornie podporządkowuje się Partii, lecz w rzeczywistości prowadzi podwójne życie – handluje na czarnym rynku, łamie reguły i spotyka się z mężczyznami, wiedząc, że seks i miłość są surowo karanym przestępstwem. Kiedy poznaje Winstona Smitha, rodzi się uczucie, które staje się aktem buntu. Ta relacja nie jest klasycznym romansem, lecz desperacką próbą odzyskania prawa do samostanowienia w systemie totalnej kontroli.
Sandra Newman tworzy mocną, inteligentną powieść, wierną duchowi Orwella, a jednocześnie wyraźnie osadzoną w dzisiejszych lękach: nadzorze, kontroli ciała, manipulacji informacją i cenie za wolność.
Książka ukazała się w 23 krajach, została bestsellerem „Sunday Timesa” i zebrała entuzjastyczne recenzje. „The Guardian” nazwał ją „fascynującą refleksją nad totalitaryzmem dawnym i współczesnym”.
Obowiązkowa lektura dla czytelników Orwella i dla tych, którzy chcą usłyszeć, jak brzmi dystopia opowiedziana kobiecym głosem.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-4106-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wszystko zaczęło się od tego człowieka z Departamentu Archiwów, chociaż on sam, sztywny i posępny, po staromyślnemu wyniosły, nie miał o niczym pojęcia. To właśnie jego Syme określał mianem „Starego Ponuraka”. Niemniej przykro było patrzeć, jak go dręczy. Syme pracował w Ministerstwie Prawdy, a konkretnie w Departamencie Badań, i tworzył słowa w nowomowie. Zasadniczo nowe słownictwo miało oczyścić umysły ze złogów, ale przede wszystkim cholernie trudno było je sobie przyswoić. Większość ludzi jakoś sobie z tym radziła, ale Stary Ponurak Smith nie potrafił nawet powiedzieć „bezdobry”, nie wyglądając przy tym, jakby poparzył sobie usta. Syme uznał to za wystarczający powód, by za nim łazić i udawać jego najlepszego przyjaciela, a dzięki temu mógł zasypywać go nowomową i patrzeć, jak się męczy. Smith nie przepadał też za publicznymi egzekucjami, więc Syme opowiadał mu o wisielcach, których widział, naśladował odgłosy umierających skazańców i z lubością opisywał wystające im z ust języki. Smith robił się wtedy zielony na twarzy. Syme uwielbiał takie żarty.
Julia rozmawiała z tym człowiekiem tylko raz, kiedy utknęli razem przy stoliku w stołówce. Wtedy wciąż żywiła wobec niego nadzieję. W Prawdzie pracowało niewielu atrakcyjnych mężczyzn, więc pomyślała, że dla zabicia nudy może się odrobinę podkochiwać w Smicie. Zagadywała go zatem serdeczniej, niż to konieczne, rozprawiała o nowym Planie Trzyletnim, o tym, jak to dobrze, że Fikcja zyskała nowych pracowników, chwała Wielkiemu Bratu, a jak sobie radzą w Archiwum?
Nie odpowiedział, mruknął tylko, nie patrząc jej w oczy:
– Pracujesz przy jednej z tych maszyn fabularnych, tak?
Roześmiała się.
– Naprawiam wszystko, co się zepsuje, towarzyszu. Nie tylko jedną maszynę. To dopiero byłaby świetna maszyna, jeśli trzeba by ją naprawiać przez cały dzień!
– Ciągle widuję cię z kluczem.
Zerknął na opasującą jej talię szkarłatną szarfę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, po czym gwałtownie odwrócił wzrok, jak rażony prądem. Julia zauważyła, że ten głuptas się jej boi. Myślał, że doniesie na niego za seksozbrodnię – zupełnie jakby mogła zobaczyć te wszystkie kosmate myśli, które mu chodziły po głowie!
Po czymś takim niewiele już zostało do powiedzenia. Posiłek skończyli w milczeniu.
Wszystko zmieniło się pewnego kwietniowego poranka, kiedy O’Brien pojawił się w Fikcji. Dzień był ponury, wiał paskudny wiatr, a cały Londyn trząsł się i jęczał, jakby miał zaraz runąć. W obecności O’Briena Fikcja zamieniła się w istny dom wariatów – wszyscy popisywali się, jak to ciężko pracują – ale Julia nie miała akurat nic do roboty.
Przedpołudnie spędziła na łączniku, na próżno wypatrując żółtych flag, które oznaczały, że ktoś potrzebuje naprawy. Zwykle wyrastały jedna po drugiej, jak grzyby po deszczu, a Julia biegała cały dzień tam i z powrotem, słuchając powtarzanych jak refren słów: „Towarzyszko, bo mi tu coś grzechocze… O, już przestało. Ale może towarzyszka na wszelki wypadek zerknąć?”. Większość zgłoszeń serwisowych stanowiła jedynie pretekst do wymknięcia się na pogawędkę i szklaneczkę ginu, a Julia zawsze odgrywała swoją rolę, wyłączając maszynę i udając, że szuka źródła nieistniejącego problemu.
Dzisiaj nikomu nic nie grzechotało. Wszyscy zbytnio bali się, że O’Brien uzna ich za sabotażystów. Julia całe przedpołudnie snuła się po łączniku i marzyła o papierosie, ale wiedziała, że jak tylko spróbuje, zaraz ktoś uzna ją za bumelantkę.
Fikcja zajmowała ogromną, pozbawioną okien halę fabryczną, która rozciągała się na dwóch pierwszych kondygnacjach piwnicznych Ministerstwa Prawdy. Przestrzeń tę zdominowały maszyny fabularne – osiem gigantycznych urządzeń, które z zewnątrz wyglądały jak proste skrzynie z błyszczącego metalu. Po otwarciu okazywały się zagmatwaną siecią czujników i przekładni. Tylko Julia i jej zmienniczka Essie wiedziały, jak poruszać się po nich bez ryzyka wyrządzenia szkód. Najważniejszym mechanizmem był kalejdoskop. Składał się z szesnastu zestawów chwytaków, które wybierały i transportowały elementy fabuły; setki metalowych części, maszyna je chwytała i odrzucała, aż znalazła grupę takich, które do siebie pasowały. Pomyślnie dobrany schemat był następnie składany – również maszynowo – na namagnesowanej płytce. Płytkę zanurzano w tacy z tuszem, później obracano ją i odciskano na papierze. Wydrukowany fragment arkusza był odcinany, a następnie odbierany przez kierownika produkcji.
W rezultacie powstawał wydruk w formie siatki, żartobliwie nazywany „kartą bingo”, zawierający kodowane elementy historii: gatunek, głównych bohaterów, najważniejsze sceny. Pewien pracownik Przepisywania próbował kiedyś wyjaśnić Julii, jak należy je interpretować, ale bez powodzenia. Nawet po pięciu latach pracy na hali produkcyjnej widziała w tym jedynie coś w rodzaju eastazjatyckiego pisma obrazkowego.
Teraz patrzyła, jak kierownik produkcji wyciąga nowy wydruk z rolki i macha nim, aby wysuszyć tusz. Gdy uznał, że wystarczy, zwinął papier, włożył go do zielonego cylindra, a ten z kolei wsunął do rury pneumatycznej. Z miejsca, w którym stała, Julia mogła obserwować, jak cylinder przelatuje przez plątaninę przezroczystych plastikowych przewodów na suficie i wpada do pojemnika na południowym końcu pomieszczenia. Tam znajdowała się Sekcja Przepisywania, gdzie usadowieni w długich rzędach mężczyźni i kobiety mamrotali do głosopisów, zamieniając karty bingo w powieści i opowiadania. Jednak na tym etapie nie używano już maszyn, więc zainteresowanie Julii tak daleko nie sięgało.
Nieustannie fascynowała ją mechanika fabularna, jej działanie i potencjalne awarie. Wiedziała, jak powstają farby drukarskie, i uwielbiała wyjaśniać, dlaczego niebieski kolor sprawia tyle problemów. Wiedziała, jak utrzymywać papier w stabilnej pozycji i co może powodować jego marszczenie się lub fałdowanie. Bezbłędnie wyczuwała, kiedy dana część wymagała wymiany, i wiedziała, jak złożyć zamówienie, by nie zostało odrzucone przez Komisję Dóbr Trwałych. Jednak o książkach, które były skończone, wiedziała niewiele, a jeszcze mniej ją to obchodziło.
Pewnego razu jeden facet z Przepisywania powiedział jej, że on też tak ma, chociaż dawniej uwielbiał czytać. „Podobno jak się lubi kiełbasę, to nie wolno patrzeć, jak ją robią. Potem człowiek się brzydzi. Ja tak mam z książkami”. Julia nie zgadzała się z tym stwierdzeniem w odniesieniu do kiełbasy. Robiła ją i jadła bez zastanowienia. Raz nawet zjadła na surowo, żeby wygrać zakład. Pasowało to natomiast do dzieł w rodzaju _Zwycięstwa rewolucji: Wszystko dla Wielkiego Brata_ czy _Sanitariuszki VII: Larissy_.
Kiedy tak rozmyślała, zdała sobie sprawę, że bezwiednie obserwuje O’Briena. Przemierzał salę, wygłaszając improwizowane przemówienia, zadając pytania i uśmiechając się serdecznie do wszystkich. W odległych zakątkach pracownicy trzymali głowy spuszczone, twarze mieli pozbawione wyrazu. Starali się jak najlepiej udawać maszyny i w wielu przypadkach wychodziło im to nadzwyczaj skutecznie. Jednak gdy tylko zbliżał się O’Brien, wszystkie twarze obracały się w jego stronę, ożywione nieśmiałą nadzieją, niczym kwiaty kierujące się ku słońcu. Kilka osób opuściło swoje stanowiska i zgromadziło się wokół niego, z zapartym tchem wsłuchując się w każde jego słowo. Rzecz jasna, pogawędki z członkami Partii Wewnętrznej zawsze miały pierwszeństwo przed pracą.
Z perspektywy stojącej na łączniku Julii najmocniej rzucał się w oczy fizyczny kontrast między O’Brienem a jego słuchaczami. O’Brien miał na sobie kruczoczarny kombinezon Partii Wewnętrznej, wykonany z grubej amerykańskiej bawełny, dopasowany tak dobrze, że musiał zostać uszyty na miarę. Wszyscy pozostali należeli do Partii Zewnętrznej i nosili niebieskie kombinezony ze sztucznego jedwabiu, najczęściej za ciasne albo komicznie obszerne. Po jednym założeniu materiał wypychał się w kolanach, a po dwudziestu stawał się gruby od cerowania. Barwnik wypłukiwał się podczas prania, więc każdy egzemplarz miał nieco inny odcień i plamy w miejscach, gdzie kolor wyblakł nierównomiernie. O’Brien był wysoki i potężnie zbudowany, podczas gdy ludzie z Fikcji – albo potwornie wychudzeni, albo brzuchaci. Garbili się w permanentnej postawie pokory, O’Brien zaś, wyprostowany i zwalisty jak byk, górował nad nimi. Łatwo było sobie wyobrazić, że kostki jego wielkich dłoni pokryte są bliznami, a zadarty nos nosi ślady złamań, choć w rzeczywistości nie miał żadnych skaz. Do tego dochodził jego urok: każdego mężczyznę traktował jak najlepszego przyjaciela, a każda dziewczyna czuła się tak, jakby to właśnie ona wpadła mu w oko. Były to oczywiście pozory, ale nie dało się go nie lubić.
Kojarzył się Julii z pewnym filmem, w którym członek Partii Wewnętrznej utknął w Drugim Regionie Rolniczym i ostatecznie uratował zbiory. Tylko on potrafił dostrzec, że przyczyną problemów z ziarnem jest maleńki robak zjadający je od środka. Udało mu się to dzięki wybitnemu intelektowi, który symbolizowały zgrabne okulary, osadzone na czubku nosa. Kiedy jednak nadszedł czas pomocy przy żniwach, bohater zdjął okulary i schował je do kieszeni, po czym wprawił chłopstwo w podziw niespotykaną krzepą i wytrwałością. Dziewczęta wzdychały na jego widok, a robotnicy pokładali się ze śmiechu, słuchając jego prostolinijnych żartów. O’Brien był właśnie taki, łącznie z okularami w złotych oprawkach i zachwycającymi się nim dziewczętami. Nawet teraz Margaret, która mieszkała w tym samym co Julia internacie, wyrosła nagle jak spod ziemi przy Maszynie 4, gdzie przystanął, i zaśmiewała się z czegoś, co powiedział – policzki miała zaróżowione, a jedną ręką raz po raz przeczesywała blond włosy. Margaret nawet nie pracowała w Fikcji i nie miała żadnego powodu, żeby się tu znajdować. Tuż obok stali Syme i Ampleforth, którzy pracowali z nią na dziesiątym piętrze. Cała trójka pewnie dowiedziała się o przybyciu O’Briena i przybiegła, aby go zobaczyć.
Zirytowana Julia odwróciła wzrok, bo to ona powinna teraz zagadywać O’Briena – nie z powodu jego niebieskich oczu, ale żeby sprawdzić, czy nie potrzebował pomocy przy naprawach w domu. Większość ludzi potrzebowała: pracownikom Departamentu Mieszkalnictwa dotarcie zajmowało wieki, a kiedy w końcu przyjeżdżali, nigdy nie mieli potrzebnych części. Julia wykonywała prywatne naprawy w ramach wyzwania – tak twierdziła – ale prawie wszyscy okazywali się na tyle mili, że wciskali jej pięć dych. A w przypadku członków Partii Wewnętrznej gra była warta świeczki, nawet jeśli nic nie płacili. W zasadzie nawet lepiej, jeśli nic nie płacili. To oznaczało, że traktowali cię jak przyjaciółkę. Julia słyszała o ludziach, którzy dzięki takim właśnie przyjaciołom dostali pracę lub mieszkanie.
O’Brien idealnie nadawał się na „przyjaciela”. Julia jednak pozostała na łączniku, z maską posłusznej czujności na twarzy. Myśl o zbliżeniu się do tego mężczyzny przyprawiała ją o dreszcze. O’Brien pracował w Miłości.
W tym momencie wszystkie maszyny zostały odcięte od zasilania. Zaczęły buczeć i zwolniły z jękiem przypominającym ciężkie westchnienie jakiejś potężnej bestii opuszczającej ogromne cielsko na ziemię. W ciszy, która potem zapadła – paraliżującej, przypominającej głuchotę po wybuchu bomby – rozległ się gwizdek oznaczający Dwie Minuty Nienawiści.
------------------------------------------------------------------------
Fikcja, wraz z kilkunastoma innymi działami, odbywała swoją Nienawiść w Archiwum. Było tam wystarczająco dużo miejsca; połowa biura została opróżniona podczas Małej Reorganizacji w siedemdziesiątym dziewiątym. Dla Fikcji stanowiło to również miłą odmianę, ponieważ jej personel pracował w ciemnych czeluściach gmachu, podczas gdy Archiwum znajdowało się na dziesiątym piętrze i miało okna na wszystkich czterech ścianach. Haczyk polegał na tym, że nie wolno było korzystać z wind – „ruch to zdrowie, towarzysze!”. Na domiar złego istniały tam trzy „widmowe” kondygnacje, które kiedyś mieściły tętniące życiem biura, a teraz stały puste, więc piętro dziesiąte było tak naprawdę trzynaste. Oznaczało to nie tylko trzy dodatkowe poziomy do pokonania, lecz także konieczność przejścia przez te cmentarzyska.
Na każdym półpiętrze wisiał teleekran. Syme i Ampleforth, którzy z trudem pokonywali schody, zatrzymywali się co chwilę i z widoczną fascynacją komentowali wyświetlane tam materiały, dysząc i ocierając pot z czoła. Julia zwyczajowo uśmiechała się do każdego mijanego teleekranu, wyobrażając sobie, jak jej widok poprawia humor znudzonemu facetowi z nadzoru. Schody nie budziły w niej żadnego strachu. Miała dwadzieścia sześć lat i nigdy nie była silniejsza niż teraz, a już na pewno nie tak dobrze odżywiona. Dzisiaj, po długich, nijakich godzinach bezczynności, czuła się wyjątkowo energicznie i biegła po schodach, zagadując każdą napotkaną osobę, ściskając dłonie i śmiejąc się z żartów. Syme nadał jej przezwisko „Kochaj mnie”, co czasami ją niepokoiło, ale równie dobrze mogło być znacznie gorzej.
Zwolniła dopiero pod koniec, kiedy zobaczyła, że może wyprzedzić O’Briena. W efekcie znalazła się tuż za nim, gdy całą grupą weszli do Archiwum.
Pierwszą osobą, którą tam zobaczyła, był Smith – Stary Ponurak. Ustawiał krzesła w rzędach i pochłonięty tym zajęciem wyglądał zaskakująco sympatycznie.
Był to szczupły mężczyzna około czterdziestki, o jasnej karnacji i szarych oczach, przypominający postać z plakatu „SZANUJ PRACOWNIKÓW UMYSŁOWYCH”, choć oczywiście bez teleskopu. Sprawiał wrażenie, jakby marzył o czymś zimnym, ale przyjemnym. Pewnie myślał o muzyce. Poruszał się z wyraźną radością pomimo lekkiego utykania; widać było, że lubi mieć jakieś fizyczne zajęcie.
Ale potem zauważył Julię i zacisnął usta z odrazą. Zadziwiające, jak bardzo to go odmieniło: z jastrzębia stał się gadem. Julia pomyślała: „Przydałoby ci się porządne rżnięcie!”. Prawie się roześmiała, bo oczywiście była to prawda. Tak naprawdę jego problem polegał nie na tym, że jego rodzice byli nieosobami, ani na tym, że nie potrafił nadążyć za doktryną partii, ani nawet na jego paskudnym kaszlu. Staremu Ponurakowi brakowało dobrego seksu. A winę za to ponosiła, rzecz jasna, kobieta. Bo któż inny?
Smith usiadł, a Julia bez większego namysłu zajęła miejsce tuż za nim. Usprawiedliwiała się przed samą sobą, że to przecież krzesło przy oknie. Ale kiedy on zesztywniał, skrępowany jej obecnością, poczuła przypływ złośliwej satysfakcji. Obok stał niski regał z jedną tylko książką: starym słownikiem nowomowy z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku, pokrytym teraz cienką warstwą kurzu. Wyobraziła sobie, jak przesuwa palcem po pyle i pisze coś na karku mężczyzny – może literę J jak Julia – choć oczywiście nigdy by tego nie zrobiła.
Kłopot w tym, że stąd czuła jego zapach. Powinien śmierdzieć pleśnią, ale pachniał męskim potem. Następnie zwróciła uwagę na jego włosy – gęste i miękkie, pewnie miłe w dotyku. To niesprawiedliwe, że Partia wypaczała przystojnych facetów. Niech sobie biorą Ampleforthów i Syme’ów, a Smithów zostawią jej.
Wtedy, jak można się było spodziewać, Margaret usiadła obok Smitha, a O’Brien poszedł za nią i usadowił się po drugiej stronie. Margaret i Smith ignorowali się nawzajem. Wszyscy z Archiwum tak się zachowywali. Czytanie staromowy całymi dniami to ryzykowna robota, więc pracownicy tego działu trzymali się wzajemnie na dystans. Teraz jednak Julię nurtowało pytanie, dlaczego O’Brien podążał za Margaret.
Julia odwróciła wzrok – to zawsze najbezpieczniejsza opcja, gdy ktoś robi coś dziwnego – i wyjrzała przez okno. W tym momencie obok przefrunął strzęp gazety, przez chwilę wirował gorączkowo w powietrzu, po czym nagle rozpostarł się i opadł na dachy daleko w dole. Z tej wysokości nie dało się odróżnić dzielnic prolskich od partyjnych; zawsze wyglądało to dziwnie. Potrzeba było też trochę czasu, żeby rozpoznać miejsca, w których spadły bomby; na ulicach wszędzie się je widziało, Londyn czasami bardziej przypominał jeden wielki krater niż miasto. W ciągu dnia obowiązywał zakaz używania opału do celów prywatnych, więc tu i ówdzie można było dostrzec rzadkie smugi dymu ponad jadłodajniami A1. Obowiązywały też przerwy w dostawach prądu, a brudne, nieoświetlone okna biurowców połyskiwały jak posępne morze.
Część widoku zasłaniał ogromny teleekran na pobliskim budynku Transportu, przesuwające się po jego powierzchni obrazy tworzyły złudzenie, jakby to światło dzienne migotało. Obrazy powtarzały się w prostej pętli. Najpierw widziało się grupę dzieci o rumianych policzkach, niewinnie bawiących się na placyku. Zza horyzontu wyłaniała się mroczna grupa zboczeńców, Eurazjatów i kapitalistów wyciągających w kierunku dzieci okrutne ręce. Następnie wycięty wizerunek Wielkiego Brata wznosił się i zasłaniał złoczyńców, a na niebie ukazywało się hasło: „DZIĘKUJEMY WIELKIEMU BRATU ZA NASZE BEZPIECZNE DZIECIŃSTWO!”. Potem znów pojawiały się te same maluchy, tym razem w mundurkach dziecięcej organizacji Szpiedzy – szarych spodenkach i niebieskich koszulkach z czerwonymi chustkami. Maszerowały wesoło z flagą angsocu, a hasło na niebie głosiło teraz: „DOŁĄCZ DO SZPIEGÓW!”. Później wszystko znikało i powracał pierwszy obraz.
Powyżej krążyły śmigłowce. Najpierw rzucały się w oczy te duże, które słychać było nawet przez grube szyby. Załogi składały się z pilota i dwóch strzelców, czasami widziało się, jak strzelec siedzi nonszalancko w otwartych drzwiach z czarnym karabinem opartym na kolanie. Kiedy już pomyślało się o helikopterach, zaczynało się dostrzegać stada mikrośmigłowców poniżej; wtedy te duże wyglądały jak rodzice tych małych. Mikrośmigłowce nie miały załogi, były sterowane zdalnie. Służyły wyłącznie do nadzoru, w dzielnicach Partii Zewnętrznej często zdarzało się, że podczas wykonywania zadania człowiek podnosił wzrok, a tam mikrośmigłowiec wisiał za oknem jak jakiś wścibski ptak.
Najbardziej jednak w oczy rzucało się Ministerstwo Miłości. Wyrastało spośród gąszczu ruin i niskich zabudowań niczym biała płetwa przebijająca mętną, brunatną wodę. Na jego lśniącej powierzchni można było dostrzec maleńkie figurki przywiązanych cienkimi linkami robotników, którzy szorowali śnieżnobiałe ściany. Pomijając ten drobny szczegół, budynek był tak jasny, że przypominał niebyt: portal do nicości wycięty w obskurnym mieście i na zachmurzonym niebie. Miłość nie miała żadnych okien, przez co całe to surowe piękno wywoływało uczucie duszności. Julia słyszała historię, że myszy tam nie miały oczu; bez światła nie były im potrzebne. To oczywiście bzdura. Nawet podczas przerw w dostawie prądu cztery duże ministerstwa zawsze miały dostęp do oświetlenia elektrycznego. Mimo to te mityczne ślepe myszy nie dawały jej spokoju. Symbolizowały prawdziwe okropności kryjące się za murami, okropności, których nikt nie widział i które można było sobie tylko wyobrażać w niewiedzy.
Na południowy zachód od Miłości znajdowała się skromniejsza szklana wieża Ministerstwa Dobrobytu, połyskująca światłami. Dalej na południe Ministerstwo Pokoju jawiło się jedynie jako blask pośród mgły. Jeszcze dalej Julia dostrzegała delikatną zieloną poświatę, która mogła być polami na samym skraju Londynu. Zawsze uważała tę poświatę za Kent – lub Półautonomiczną Strefę Pięć, jak właściwie nazywała się ta okolica – gdzie dorastała.
Większość pozostałych pracowników Prawdy urodziła się w mieście i mijała okna bez zwracania na nie uwagi, ale Julia nigdy nie miała dość Londynu. Podobało jej się nawet to, jak bardzo był zniszczony, zrujnowany i dziki, jeśli człowiek zapuścił się poza partyjne dzielnice. Było to największe miasto Lotniskowca Jeden, najbardziej zaludnione miasto w całej Oceanii, od Półautonomicznego Obszaru Szetlandów po Argentyński Region Gospodarczy. Julia wciąż czuła się szczęściarą, że trafiła tutaj, choć urodziła się w Peesie, wśród krów i obozów.
W czasie, gdy wyglądała przez okno, pomieszczenie zdążyło się zapełnić, a męska woń Smitha rozproszyła się w oparach brudnej bielizny, nieświeżego oddechu i taniego mydła. Niektórzy przybrali już oburzone miny w oczekiwaniu na Nienawiść. Zawsze dziwnie było patrzeć, jak warczą i spoglądają groźnie na pusty teleekran. Julia odczuwała zwyczajowy niepokój, że tym razem się nie uda, że będą próbowali się rozgniewać, ale poddadzą się ze wstydu lub po prostu wybuchną śmiechem. Kiedy to sobie wyobrażała, widziała siebie, jak wstaje i beszta szyderców. W rzeczywistości to ona pierwsza pewnie by się roześmiała.
A potem się zaczęło. Najpierw się to czuło, a dopiero później słyszało: przypominające grzmot drgania, które przerodziły się w zbyt głośny, drażniący głos. Miało się wrażenie, że brzęczenie wprawia metalowe krzesła w wibracje, a od świateł głowa kipi migrenowym bólem. Wszyscy krzyczeli ze złości, gdy na teleekranie pojawiło się znane, budzące odrazę oblicze Emmanuela Goldsteina.
Była to szczupła, inteligentna twarz o życzliwym wyrazie, który wkrótce zaczął wydawać się przebiegły i fałszywy. Za okularami kryły się oczy jednocześnie dziecinne i lubieżne. Grube wargi pozostawały wiecznie wilgotne. Na ich widok nogi odruchowo się zaciskały i krzyżowały. Kręcone białe włosy wokół głowy przypominały owcze runo, bulwiaste rysy też kojarzyły się z owcą. Nawet jego głos przywodził na myśl żałosne beczenie. Film rozpoczynał się przemową, która na pierwszy rzut oka wydawała się podobna do innych przemówień partyjnych. W gruncie rzeczy zawierała długie sekwencje nowomowy: _chormyślenie pokonać plusdobrze wierbojownicy_. Trzeba było się uważnie wsłuchać, by zauważyć, że tak naprawdę jest to ciągły atak na Oceanię, Partię i ich sposób na życie.
Emmanuel Goldstein był niegdyś bohaterem rewolucji i walczył u boku Wielkiego Brata. Potem zwrócił się przeciwko Partii i obecnie wykorzystywał niezwykłą przebiegłość i siły witalne, by zniszczyć Oceanię oraz jej mieszkańców. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny przed jego podłością. Jeśli nie udało mu się nastawić obywateli przeciwko Partii, zatruwał zasoby wody. Jeśli nie zdołał zdeprawować małych dzieci, bombardował ich szkoły. Nienawidził wszystkiego, co czyste i odważne, ponieważ sam nie posiadał tych przymiotów, i z tego powodu nienawidził Wielkiego Brata całym swoim zwyrodniałym, pasożytniczym sercem. Jego przemowy były zawsze pełne oczywistych kłamstw i bezsensownego żargonu, fraz typu „wolność słowa” i „prawa człowieka”, ale mimo to udawało mu się oszukać niektórych ludzi. Jego poplecznicy odpowiadali za wszystko, co szło nie tak w Oceanii, od sabotażu, który sprawiał, że brakowało jedzenia, po podkopywanie morale żołnierzy, co uniemożliwiało Oceanii wygraną w wojnie.
Oczywiście wiadomo było, że nie wszystko z tego mogło być prawdą. O zbrodniach Goldsteina krążyło tak wiele opowieści, że popełnienie ich zajęłoby mu tysiąc lat. W Londynie podobno roiło się od jego terrorystów, ale nikt jeszcze nie widział żadnego na własne oczy. Historie o ucieczkach Goldsteina przed sprawiedliwością były szczególnie naciągane, zawsze zawierały ekscytujące wyczyny naszych Chłopców w Czerni oraz upokarzające scenki, w których Goldstein upadał na tyłek lub płakał, błagając o życie, by w ostatniej chwili uratował go jakiś złoczyńca – zazwyczaj partyjny dygnitarz, który dzień wcześniej popadł w niełaskę.
Dzisiaj Goldstein przemawiał przeciwko wojnie, w szalenie dziecinnym i obelżywym tonie, jakby to Oceania ponosiła za tę wojnę całkowitą winę. Nie obchodzili go ludzie, którzy zginęli tego ranka od bomb. Na wypadek gdyby ktoś był skłonny dać się przekonać, za jego głową na ekranie wyświetlano zastępy maszerujących żołnierzy eurazjatyckich – nieprzebrane rzesze barczystych mężczyzn o surowych twarzach. Nienawiść osiągnęła teraz punkt kulminacyjny, cała sala wiła się i wrzeszczała. Margaret miała ładny rumieniec na twarzy, usta szeroko otwarte oraz wykrzywione w wyrazie zmysłowej wściekłości, a O’Brien męsko poderwał się na równe nogi, jakby chciał stawić czoła znienawidzonemu wrogowi. Nawet Smith ryczał z niespodziewaną siłą i energicznie kopał szczebel swojego krzesła. Na krótką, niebezpieczną chwilę Julia straciła czujność, zaczęła się na zimno zastanawiać, czy Smith nie udaje. Potem ogarnęła ją panika. Zapomniała, że powinna krzyczeć. Teraz poczuła, że zaraz ziewnie.
Pod wpływem impulsu chwyciła stary słownik nowomowy z półki obok siebie. Zaczerpnęła głęboko powietrza, krzyknęła: „Świnie! Świnie! Świnia!”, po czym rzuciła ciężkim tomem nad głowami zgromadzonych. Książka zatoczyła długi łuk i uderzyła z głośnym brzękiem w ekran. Wszyscy podskoczyli, a Julię ogarnęły wątpliwości. Jej czyn mógł zostać odebrany jako atak. Teleekrany były niezwykle wytrzymałe, książka nie mogła wyrządzić im żadnej szkody – ale czy O’Brien był tego świadomy? Czy mógł uznać jej zachowanie za sabotaż?
O’Brien jednak nie zwracał na to uwagi, ryczał dalej, a teraz także inni zaczęli ciskać w ekran wszystkim, co wpadło im w ręce. Jeden mężczyzna rzucił w niego paczką papierosów, inny – własnym butem. Julia spociła się ze strachu, ale nic się nie stało. Zdradziecka chęć ziewnięcia ustąpiła.
Obraz na ekranie zaczął się zmieniać. Twarz Goldsteina przeobraziła się w prawdziwy owczy pysk, a głos przerodził się w przeciągłe, przeraźliwe beczenie. Ludzie śmiali się i szydzili, nagle owcę zastąpił krzepki żołnierz eurazjatycki, skaczący w stronę widowni z pistoletem maszynowym. Kilka osób z pierwszych rzędów odruchowo cofnęło się ze strachu.
Złowrogi obraz jednak natychmiast się rozpłynął i przeistoczył w kojące rysy Wielkiego Brata – przywódcy Partii – około czterdziestopięcioletniego mężczyzny o gęstych czarnych włosach i czarnym wąsie. Ten Wielki Brat był zarówno podobny, jak i niepodobny do młodego Wielkiego Brata z nagimi ramionami, widniejącego na plakatach werbunkowych do wojska, czy też do Wielkiego Brata-dziecka, który pojawiał się na odznakach Szpiegów. Dojrzały przywódca był przystojny i niezwykle męski, a emanujący od niego spokój dodawał otuchy. Od dziesiątków lat walczył o swój lud i doczekał się spełnienia swej wizji. Po drodze zdradzili go niezliczeni ludzie, których uważał za prawdziwych towarzyszy. Kapitaliści wielokrotnie próbowali go zamordować, on jednak nadal twardo opierał się Powodzi. Rozumiał zwykłych śmiertelników i rozumiał wszystkie ich problemy. Był wielki, ale także dobry. Do tego, by kochać Wielkiego Brata, człowiek nie musiał być głupcem; bez względu na wszystko to jedno zawsze pozostawało niezmienne.
Kiedy Wielki Brat przemawiał, wszyscy zwrócili się w stronę ekranu, jakby pławiąc się w jego blasku. Powiedział: „Jesteśmy jednością. Nasza prawda jest…”, potem padły kolejne wielkie, proste słowa, które uleciały z pamięci Julii, gdy tylko zostały wypowiedziane. Margaret pochyliła się nad oparciem pustego krzesła przed sobą i wyszeptała: „Mój Zbawiciel!”, po czym zakryła twarz dłońmi. Smith również nachylił się do przodu, podnosząc jasną głowę.
W ostatnich sekundach twarz Wielkiego Brata zniknęła i zastąpiły ją trzy główne hasła Partii, wypisane grubymi czarnymi literami na czerwonym tle: „Wojna to pokój”, „Wolność to niewola”, „Ignorancja to siła”. Następnie teleekran zgasł, a widzowie zostali sami ze swoimi niewyraźnymi odbiciami. Zaczęli skandować: „W-B! W-B! W-B!”. Początkowo okrzyki brzmiały nieskładnie i chaotycznie, ale wkrótce nabrały powolnego, zdecydowanego rytmu. Ci, którzy nadal siedzieli, wstali; niektórzy tupali nogami lub bębnili w oparcia krzeseł. Ta część rytuału zawsze przynosiła ulgę. Wszyscy odprężyli się i uśmiechali promiennie. Kolejna myśl została poprawnie przemyślana, kolejne uczucie poprawnie odczute. W końcu można zobaczyć, jak niewiele wymaga Partia. Nie trzeba znać wszystkich najnowszych słów nowomowy ani usilnie wierzyć w sprzeczne rzeczy. Jeśli nienawidzi się wroga, można być kochanym. Ludzie szczerzyli się do siebie głupkowato, a niektórym łzy napływały do oczu. Dobrze im wyszła ta Nienawiść.
Teraz pozostała tylko drobna kwestia, kiedy skończyć okrzyki. Nikt nie chciał być pierwszym, który przestanie, ale być ostatnim też nie wypadało. Julia postanowiła wziąć przykład z O’Briena, ale on wtedy odwrócił głowę i ze zdziwieniem zauważyła, że już przestał. Minę też miał dziwną, wyrażała nie tyle radość, ile rozbawione zaciekawienie. Na pierwszy rzut oka Julia uznała to za przejaw zainteresowania seksualnego i ze zdziwieniem pomyślała, że niepozorna Margaret rzeczywiście go pociąga.
O’Brien jednak nie patrzył na Margaret. O dziwo, spojrzał prosto w oczy Smitha. Twarz tego ostatniego była otwarta, spokojna, rozjaśniona jakąś zagadkową łagodnością. Wyglądał jak skąpana w słońcu łąka.
Julia odruchowo odwróciła oczy i w tym momencie okrzyki umilkły. Zamknęła usta, zanim wymknęło jej się ostatnie zbędne „B!”, a kiedy znów obejrzała się wstecz, O’Brien i Smith ponownie siedzieli ze wzrokiem wbitym przed siebie, z ponurymi minami. Nikomu nie przyszłoby nawet do głowy, że w ogóle o sobie nawzajem myśleli.
Natychmiast zwątpiła w to, co zobaczyła. Ludzie patrzyli na siebie. Jakie to miało znaczenie? Wyraz twarzy Smitha nie różnił się zbytnio od reszty zgromadzonych podczas skandowania. A co dziwnego w tym, że O’Brien patrzył na Starego Ponuraka z obojętnym rozbawieniem? Syme robił to samo każdego dnia.
Ludzie zaczęli wstawać z krzeseł. Ampleforth podszedł bliżej i zagadnął uniżenie O’Briena na temat nowych limitów poetyckich. O’Brien natomiast kiwał głową, robił zainteresowane miny, ponownie emanując szczerością. Kiedy Smith zaczął zbierać krzesła, wyglądał na poirytowanego i zgorzkniałego, całkiem jak dawniej.
Nie, ostatecznie nic się nie wydarzyło. Julia wyrzuciła to z głowy, wstała i wyruszyła w długą drogę powrotną do Fikcji.
------------------------------------------------------------------------
_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_