Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jutro będziesz mój - ebook

Format:
EPUB
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
49,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Jutro będziesz mój - ebook

Wstęp do zamku Ardnoch mają tylko nieliczni. Robyn właśnie wyważyła jego bramy.

Była policjantka kontra gburowaty eks-gwiazdor Hollywood. Robyn Penhaligon przyjeżdża do Szkocji, by skonfrontować się z ojcem, ale zamiast spokoju odnajduje śmiertelne zagrożenie. Gdy jej bliscy stają się celem stalkera, Robyn musi połączyć siły z Lachlanem Adairem – mężczyzną, który jest równie fascynujący, co nieznośny.

W murach tajemniczej posiadłości rozpoczyna się gra o wysoką stawkę, w której serce może okazać się najsłabszym ogniwem. Czy zawodowy instynkt wystarczy, by ochronić rodzinę i nie ulec urokowi szkockiego dziedzica?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-958-9

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Pracę nad _Jutro będziesz mój_ zaczę­łam kilka lat temu. Rodzeń­stwo Ada­irów wymy­śli­łam wkrótce po skoń­cze­niu serii _On Dublin Street_, ale uzna­łam, że jesz­cze nie czas na powo­ła­nie ich do życia. Ada­iro­wie nie dawali mi jed­nak spo­koju, doma­gali się, bym przed­sta­wiła ich czy­tel­ni­kom. Z ręką na sercu mogę powie­dzieć, że kiedy wresz­cie nade­szła odpo­wied­nia pora, Lachlan Adair i Robyn Pen­ha­li­gon wcią­gnęli mnie w swoje fik­cyjne życie i nie puścili, póki nie napi­sa­łam ostat­niego słowa tej powie­ści. Miesz­ka­nie z nimi w Ard­noch było cudow­nym wytchnie­niem po trud­nym roku i mam nadzieję, że takim samym wytchnie­niem okaże się rów­nież dla moich czy­tel­ni­ków.

Pisa­nie to w głów­nej mie­rze samot­ni­cze zaję­cie, ale już pro­ces wydaw­ni­czy wymaga pomocy innych osób. Gorąco dzię­kuję mojej wspa­nia­łej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze była przy mnie i poma­gała mi się stać lep­szą pisarką i gawę­dziarką.

Podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież mojej przy­ja­ciółce i oso­bi­stej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za to, że zała­twiała dla mnie różne sprawy i zawsze mnie wspie­rała. Jestem Ci bar­dzo wdzięczna i bar­dzo Cię kocham!

Praca pisa­rza nie ogra­ni­cza się do napi­sa­nia książki. Doty­czy nie tylko słowa pisa­nego, lecz także mar­ke­tingu, reklamy, opra­co­wa­nia gra­ficz­nego, pro­wa­dze­nia kont na plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych itd. Otrzy­ma­łam ogromną pomoc od osób, które się tym zaj­mują. Z całego serca dzię­kuję cudow­nej Ninie Grin­stead z firmy Valen­tine zaj­mującej się public rela­tions – za wspólne burze mózgów, słowa zachęty i za to, że robiła dla mnie o wiele wię­cej, niż było to okre­ślone w jej obo­wiąz­kach. Jestem Ci za to wszystko nie­zmier­nie wdzięczna.

Dzię­kuję także wszyst­kim blo­ge­rom, użyt­kow­ni­kom Insta­grama i miło­śni­kom lite­ra­tury, któ­rzy wspo­mi­nali w inter­ne­cie o moich książ­kach. Nie­zwy­kle to doce­niam! Gorące podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież wszyst­kim fan­ta­stycz­nym czy­tel­ni­kom z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku – Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście nie­zwy­kli, nie wyobra­żam sobie lep­szych odbior­ców!

Z całego serca dzię­kuję Han­gowi Lee za pro­jekt prze­pięk­nej okładki, która ide­al­nie oddaje atmos­ferę tej książki.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej ta książka dotarła do czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Jesteś rewe­la­cyjna. Przyj­mij, pro­szę, moje wyrazy wdzięcz­no­ści za wszystko, co dla mnie robisz.

Jestem nie­zmier­nie wdzięczna mojej rodzi­nie i przy­ja­cio­łom za wspar­cie i słowa zachęty. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia należą się mojemu tacie. Opi­su­jąc trudną rela­cję Robyn z jej ojcem, po raz kolejny uświa­do­mi­łam sobie, jakie to szczę­ście, że mój tata zawsze sta­wia mnie na pierw­szym miej­scu, zawsze jest przy mnie i należy do naj­bar­dziej pra­wych i god­nych zaufa­nia ludzi, jakich znam. Jestem nie­zwy­kle wdzięczna za to, że jesteś moim tatą.

I wresz­cie dzię­kuję Tobie, mój czy­tel­niku. Jesteś nie­oce­niony.PROLOG

Robyn

Rok wcze­śniej

Boston, Mas­sa­chu­setts

Deszcz bęb­nił w dach naszego wozu patro­lo­wego. Pili­śmy kawę, cze­ka­jąc na sygnał z radia.

Odgłos kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o metal wpra­wiał mnie w przy­jemne odrę­twie­nie. Nagle moją uwagę przy­cią­gnął jakiś kolo­rowy kształt za oknem, który wyło­nił się z wszech­ogar­nia­ją­cej sza­ro­ści.

Chod­ni­kiem szła kobieta w gra­na­to­wym płasz­czu. W jed­nej ręce trzy­mała czarny para­sol, a w dru­giej – smycz. Pies, który stąd wyglą­dał na labra­dora, miał na sobie jaskra­wo­czer­wony kubra­czek. Zatrzy­mał się gwał­tow­nie i usiadł na chod­niku, jakby chciał powie­dzieć: „Mam już tego dosyć. Powiedz desz­czowi, żeby prze­stał padać”.

Zaśmia­łam się cicho, kiedy kobieta w nie­mej odpo­wie­dzi z despe­ra­cją unio­sła ręce: „Do jasnej cho­lery, niby jak mam to zro­bić?!”.

Ten widok – kobieta z roz­ło­żo­nymi rękoma pochy­lona nad patrzą­cym na nią psem – aż pro­sił się o to, żeby go sfo­to­gra­fo­wać. Żało­wa­łam, że nie mam przy sobie apa­ratu. Uży­ła­bym sze­ro­kiej prze­słony i obiek­tywu o ogni­sko­wej sto pięć­dzie­siąt mili­me­trów, żeby roz­myć ruch na sza­rym tle, i nasta­wi­ła­bym ostrość na kobietę i jej upar­tego psa.

– Jaz uważa, że powin­naś zerwać z Mar­kiem. – Ze świata foto­gra­fii wyrwał mnie głos Autry’ego Davisa, mojego part­nera.

Uśmiech­nę­łam się z iro­nią, pró­bu­jąc zigno­ro­wać lekki nie­po­kój, który wywo­łała we mnie ta uwaga.

– Co ty powiesz? Jaz tak uważa?

Jasmine „Jaz” Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym początku jasno dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie lubi mojego chło­paka Marka.

– Tak jest. – Autry spoj­rzał przez okno na mija­jące nas samo­chody. Zatrzy­ma­li­śmy się we wschod­nim Bosto­nie, na Mave­rick Squ­are, nie­opo­dal naszej ulu­bio­nej pie­karni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kre­mem. Sta­ra­li­śmy się nie potwier­dzać ste­reo­ty­pów doty­czą­cych poli­cjan­tów, więc na pączki pozwa­la­li­śmy sobie tylko raz w tygo­dniu. To była nasza uczta. – Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest waż­niej­sza od two­jej i że on ni­gdy nie sta­wia cię na pierw­szym miej­scu.

Jaz rze­czy­wi­ście mogła się tak wyra­zić.

Mark był wzię­tym pro­ku­ra­to­rem. Jego suk­cesy mnie pod­nie­cały, bo zawsze krę­cili mnie pra­co­wici męż­czyźni. Ostat­nio zaczął mnie nama­wiać, żebym coś zmie­niła w swoim życiu. Uwa­żał, że powin­nam piąć się w górę, posta­rać się o awans na sier­żanta, a potem na porucz­nika.

Nie rozu­miał, że mnie na tym nie zależy. Był najam­bit­niej­szym czło­wie­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek zna­łam. Tak jak powie­dzia­łam, wyda­wało mi się to sek­sowne, dopóki nie spró­bo­wał zmie­niać mnie w kogoś, kim nie byłam.

– No to prze­każ Jaz, że z nim zry­wam.

Autry nie­udol­nie pró­bo­wał ukryć zado­wo­le­nie.

– Tak?

– Tak. Przy nim za bar­dzo muszę się sta­rać.

– Nie pró­buję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy zwią­zek wymaga pracy?

– Łatwo ci powie­dzieć. Uwiel­biasz swoją żonę i dzieci.

– Ale to nie zna­czy, że nie wło­ży­łem w nasz zwią­zek żad­nego wysiłku.

– Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pra­co­wać nad związ­kiem z Mar­kiem. W zeszły week­end zro­bił mi awan­turę, bo kupi­łam obiek­tyw krót­ko­ogni­skowy. Powie­dział, że z moimi mar­nymi docho­dami nie stać mnie na tak dro­gie „hobby” i że zamie­rza mnie roz­piesz­czać. – Na samą myśl o tam­tej roz­mo­wie aż zro­biło mi się gorąco ze zło­ści.

Od tam­tej pory prze­sta­łam się do niego odzy­wać i odcię­łam się od niego emo­cjo­nal­nie.

– Poważ­nie? – Autry zmarsz­czył brwi. – Powin­naś kop­nąć go w dupę, i to szybko. Cho­lera, wyobra­żasz sobie, co by Jaz zro­biła, gdy­bym potrak­to­wał ją tak pro­tek­cjo­nal­nie? Facet ma szczę­ście, że to nie ona jest jego dziew­czyną. Nie uszedłby z życiem. I dla­tego nie powtó­rzę jej tego, co mi teraz powie­dzia­łaś. Pen­ha­li­gon, do jasnej cho­lery! Życie jest za krót­kie na takie idio­tyczne związki.

– Ale za to Mark jest dobry w łóżku – powie­dzia­łam, głów­nie dla żartu.

Nawet dla naj­wspa­nial­szego seksu nie warto tkwić przy face­cie, przez któ­rego czu­jesz się tak, jak­byś nic nie zna­czyła.

Autry rzu­cił mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

– Ani słowa wię­cej.

Zaśmia­łam się cicho i upi­łam łyk kawy.

Kiedy jako dwu­dzie­sto­jed­no­latka skoń­czy­łam szkołę poli­cyjną, pozna­łam Autry’ego Davisa, który został moim part­ne­rem. Był wysoki, przy­stojny, dow­cipny, sie­dem lat star­szy ode mnie i miał w sobie cie­pło, które potra­fiło ogrzać nawet naj­zim­niej­sze serce. Szybko się w nim zadu­rzy­łam, co jed­nak wkrótce prze­mie­niło się w przy­jaźń i zaufa­nie. Tym bar­dziej że pozna­łam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sze­ściu lat wła­ści­wie nale­ża­łam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak star­szy brat. I, jak na brata przy­stało, nie chciał słu­chać o życiu sek­su­al­nym sio­stry.

A ja, jak każda młod­sza sio­stra, igno­ro­wa­łam bła­ga­nia, żebym prze­stała go tor­tu­ro­wać tymi szcze­gó­łami.

– Na pewno mógłby się posta­rać jesz­cze bar­dziej, ale jest zde­cy­do­wa­nie lep­szy od Axela. – Axel, mój poprzedni chło­pak, był nar­cy­stycz­nym muzy­kiem, ego­istą i w łóżku, i poza nim.

Kie­dyś, gdy byłam mocno prze­zię­biona, nie zapro­po­no­wał, że do mnie zaj­rzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie. Powie­dział, że ode­zwie się, kiedy już wyzdro­wieję, i po pro­stu się ulot­nił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdro­wia­łam, Axel już nie wró­cił, bo tego nie chcia­łam. Szcze­rze mówiąc, Mark w łóżku też nie dbał zbyt­nio o moje potrzeby, ale potra­fił cho­ciaż dopro­wa­dzić mnie do orga­zmu.

– Nie sły­szę cię. – Autry ze zmarsz­czo­nymi brwiami wyglą­dał przez okno. – Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miej­scu, w któ­rym panują dobro i spra­wie­dli­wość, a Cel­tics zdo­by­wają puchar.

– Czyli w bajce?

– Pro­szę mi tu nie obra­żać Cel­tics.

Zachi­cho­ta­łam i już otwie­ra­łam usta, żeby znowu zażar­to­wać, kiedy nasze radio zatrzesz­czało.

– Awan­tura domowa. Lexing­ton Street, miesz­ka­nie 302B. Zadzwo­niła sąsiadka.

Axel wycią­gnął rękę do radia.

– Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.

– Przy­ją­łem.

Uru­cho­mi­łam sil­nik i włą­czy­łam się do ruchu dro­go­wego.

– Jak myślisz, co będzie tym razem?

– Zdrada.

– Zawsze mówisz to samo.

– I pra­wie zawsze mam rację.

– Ostat­nio się myli­łeś.

– A co było ostat­nio?

– Oj, Davis, sta­rze­jesz się – zażar­to­wa­łam. – Dziew­czyna odkryła, że chło­pak prze­grał wszyst­kie jej oszczęd­no­ści. Spu­ściła mu nie­zły łomot.

– A rze­czy­wi­ście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zro­biła, ten gość już ni­gdy nie będzie mógł mieć dzieci.

Nie­stety była to prawda. Skrzy­wi­łam się na myśl o tam­tym wezwa­niu.

Kilka minut póź­niej zapar­ko­wa­li­śmy pod domem na rogu Lexing­ton. Wyglą­dał tak samo jak wszyst­kie budynki w tej czę­ści Bostonu – wąski i pokryty sidin­giem z drew­nia­nych gon­tów. Dawno temu poma­lo­wano go na biało i teraz potrze­bo­wał pil­nego remontu. Miał dwa wej­ścia: jedno pro­wa­dziło do miesz­ka­nia na dole, a dru­gie – na pię­tro. Przed wej­ściem do lokalu na pię­trze stała kobieta w jaskra­wo­żół­tej piża­mie i dopa­so­wa­nej kolo­ry­stycz­nie ban­da­nie na wło­sach. Pode­szła do nas, kiedy wysie­dli­śmy z wozu.

– Od pół godziny tamci na górze się wydzie­rają. Był też taki huk, jakby ktoś prze­wra­cał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzy­czeć i pła­kać. – Sąsiadka wyglą­dała na poru­szoną. – Ten gość jest nie­źle porą­bany. Chyba bie­rze pro­chy. Pomy­śla­łam, że lepiej wezwać poli­cję.

Uśmiech­nę­łam się do niej uspo­ka­ja­jąco i już mia­łam się ode­zwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen stra­chu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwró­ci­łam się do sąsiadki i powie­dzia­łam:

– Pro­szę wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia.

Zro­biła, co kaza­łam. Autry zaczął walić w drzwi.

– Poli­cja, pro­szę otwo­rzyć!

Męż­czy­zna zaczął gło­śno prze­kli­nać. Ryk­nął: „Pie­przona suka!”, po czym roz­legł się gło­śny płacz zagłu­szany nie­zro­zu­mia­łymi wrza­skami.

Autry spoj­rzał na mnie z poważną miną. Poło­ży­łam dłoń na kabu­rze pisto­letu.

Kiw­nę­łam głową.

Naci­snął klamkę i otwo­rzył drzwi.

Poszli­śmy cia­snym kory­ta­rzem do stro­mych scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę. Trzy­ma­łam się z tyłu. Wyję­łam broń. Przez te krzyki loka­to­rzy na pewno nas nie sły­szeli. Po chwili zorien­to­wa­łam się, że w tej awan­tu­rze cho­dzi o nar­ko­tyki. Wyglą­dało na to, że męż­czy­zna podej­rze­wał, że kobieta oddaje mu za mało pie­nię­dzy za sprze­da­wane działki. Jed­nak nie była to zwy­kła awan­tura domowa.

Przy­go­to­wa­łam się na ostrą akcję.

Schody pro­wa­dziły do przed­po­koju z dwoj­giem drzwi naprze­ciwko sie­bie. Ostroż­nie zaj­rze­li­śmy do jed­nego pokoju. Była to sypial­nia, pusta. Prze­szli­śmy do dru­giego pomiesz­cze­nia, w któ­rym znaj­do­wał się salon połą­czony z małą kuch­nią. To było istne pobo­jo­wi­sko. Stół leżał na boku, tele­wi­zor był roz­trza­skany, zdję­cia powy­pa­dały z poła­ma­nych ramek, a pod­łogę zapeł­niało szkło. Sto­łek przy barku śnia­da­nio­wym był prze­wró­cony.

Na pod­ło­dze sie­działa sku­lona młoda kobieta z twa­rzą uma­zaną tuszem do rzęs. Ze stra­chem w zapła­ka­nych oczach patrzyła na wyso­kiego, chu­dego męż­czy­znę, który mie­rzył z pisto­letu w jej głowę.

Unie­śli­śmy broń.

– Poli­cja. Pro­szę to odło­żyć – powie­dział Autry.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nas, ale nie wyko­nał żad­nego ruchu, tylko wark­nął:

– Kurwa, co wy tu robi­cie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścib­ska suka z dołu?

Miał roz­sze­rzone źre­nice, mówił beł­ko­tli­wie.

Był naćpany.

Robiło się coraz cie­ka­wiej.

Powtó­rzy­łam:

– Pro­szę to odło­żyć.

– Bo co?

– Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana – ostrzegł go Autry.

– Co ty pie­przysz? – Pisto­let nie­bez­piecz­nie zako­ły­sał się w dłoni męż­czy­zny.

– Davis – mruk­nę­łam i lekko odwró­ci­łam głowę, żeby spoj­rzeć na part­nera.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch. Poczu­łam przy­pływ adre­na­liny, kiedy do pokoju wpadł drugi męż­czy­zna, wyce­lo­wał pisto­let w plecy Autry’ego i poło­żył palec na spu­ście.

Nie mia­łam ani chwili do stra­ce­nia. Musia­łam sta­nąć przed part­ne­rem.

Osło­nić go.

Obaj męż­czyźni gro­zili nam bro­nią. Nie mia­łam wyboru. Strze­li­łam do tego dru­giego. Roz­le­gły się dwa wystrzały, gło­śniej­sze od ude­rze­nia pio­runa. Huk odbił się echem w mojej gło­wie i nie­mal w tej samej chwili poczu­łam ostry, palący ból w klatce pier­sio­wej.

Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jesz­cze raz.

Prze­wró­ci­łam się do tyłu, pro­sto na Autry’ego. Nad moją głową roz­le­gły się kolejne wystrzały.

Sły­sza­łam hałas. Jęki. Krzyki.

Spo­kojny głos Autry’ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.

– Trzy osoby z ranami postrza­ło­wymi, w tym jedna poli­cjantka, wie­lo­krot­nie postrze­lona. Przy­ślij­cie ambu­lans na 302B Lexing­ton Street.

Mia­łam wra­że­nie, że ból pro­mie­niuje z ran na całe moje ciało.

– O cho­lera, Robyn, o cho­lera – szep­tał mi do ucha Autry. – Dla­czego? Dla­czego?

Wie­dzia­łam, o co pytał.

Chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale nie mogłam poru­szać ustami. Coś złego działo się też z moim wzro­kiem. Jakieś czarne cie­nie zmniej­szały pole widze­nia, coraz szyb­sze i coraz bar­dziej gęste.

– Rob­bie, zostań ze mną. Zostań.

Chcia­łam.

Bar­dzo.

Chcia­łam wycią­gnąć rękę, mocno go zła­pać i nie puścić.

Ale mój umysł odłą­czył się od ciała i odpły­wał coraz dalej i dalej.1

Robyn

Teraz

Ard­noch, Suther­land

Szko­cja

Jak ni­gdy nawet nie pomy­śla­łam o swoim apa­ra­cie foto­gra­ficz­nym, sce­ne­rii czy ide­al­nym uję­ciu. To naprawdę zdu­mie­wa­jące, bo znaj­do­wa­łam się w jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Trudno mi było jed­nak sku­pić się na podzi­wia­niu kra­jo­brazu, kiedy dosłow­nie minuty dzie­liły mnie od spo­tka­nia z ojcem.

Któ­rego nie widzia­łam od czter­na­stego roku życia.

Nie­któ­rzy, kiedy są czymś pod­eks­cy­to­wani, mówią, że mają motylki w brzu­chu. W tej chwili na pewno się tak nie czu­łam. Motylki w brzu­chu to pode­ner­wo­wa­nie połą­czone z przy­jem­nym ocze­ki­wa­niem, nato­miast ja czu­łam się wręcz chora. Kolana dosłow­nie ugi­nały się pode mną.

I wku­rzało mnie, że mój ojciec, Mac Gal­bra­ith, ma nade mną taką wła­dzę.

Wysia­dłam z wypo­ży­czo­nego samo­chodu, wypro­sto­wa­łam się, głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza i ruszy­łam przez wysy­pany żwi­rem pod­jazd ku ogrom­nej bra­mie mię­dzy dwiema cegla­nymi kolum­nami, które płyn­nie prze­cho­dziły w wysoki mur. Po dru­giej stro­nie bramy pod­jazd cią­gnął się dalej i zni­kał w mroku lasu na obrze­żach posia­dło­ści.

Sta­nę­łam pod bramą i zaczę­łam szu­kać dzwonka albo kamery. Bez skutku. Pró­bo­wa­łam potrzą­snąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła. Zmru­ży­łam oczy, usi­łu­jąc się­gnąć wzro­kiem poza drzewa. Nasłu­chi­wa­łam ćwier­ka­nia pta­ków i wia­tru sze­lesz­czą­cego w liściach.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch po lewej stro­nie i dostrze­głam świa­tło odbi­ja­jące się od prze­su­wa­ją­cego się obiek­tywu kamery. Wycią­gnę­łam głowę, żeby lepiej mu się przyj­rzeć, i zoba­czy­łam kamerę ukrytą na drze­wie.

Zasa­lu­to­wa­łam, przy­kła­da­jąc dwa palce do głowy, żeby dać znać obser­wu­ją­cej mnie oso­bie, że widzę kamerę.

Teraz pozo­sta­wało mi tylko cze­kać.

Jak­bym nie była wystar­cza­jąco zde­ner­wo­wana.

Odwró­ci­łam się, opar­łam o bramę, skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi i nogi w kost­kach, przyj­mu­jąc pozę, która mówiła: „Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś nie przyj­dzie”.

Nie minęło nawet parę minut, kiedy usły­sza­łam dźwięk sil­nika i chrzęst kół na żwi­rze. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, że z dru­giej strony pod bramę pod­jeż­dża czarny Range Rover z przy­ciem­nio­nymi szy­bami.

Nerwy mia­łam napięte jak postronki.

Dla­czego aku­rat mój ojciec musiał być sze­fem ochrony w jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych zamknię­tych klu­bów na świe­cie?

Aha, no tak.

Z powodu Lachlana Ada­ira.

Poczu­łam zazdrość i urazę, za które wsty­dzi­łam się przed samą sobą. Pró­bu­jąc je zigno­ro­wać, znowu splo­tłam ręce na piersi, aby wyglą­dać non­sza­lancko. Samo­chód sta­nął, drzwi od strony kie­rowcy się otwo­rzyły i do bramy pod­szedł męż­czy­zna w czar­nych spodniach, czar­nej koszuli i skó­rza­nej kurtce.

Zauwa­ży­łam maleńką słu­chawkę w jego uchu.

Pra­co­wał w ochro­nie.

Ale to nie był mój ojciec.

– To teren pry­watny – powie­dział ze szkoc­kim akcen­tem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.

– Wiem. – Popa­trzy­łam ponad jego ramie­niem. – Przy­je­cha­łam, żeby spo­tkać się z ojcem.

– Nie­stety, na teren posia­dło­ści mają wstęp tylko człon­ko­wie i pra­cow­nicy klubu. Muszę panią popro­sić o odje­cha­nie.

Mia­łam gdzieś to, że zamek Ard­noch gościł akto­rów oraz poten­ta­tów tele­wi­zyj­nych i kino­wych, któ­rzy co rok pła­cili for­tunę tylko po to, by móc się pochwa­lić, że należą do klubu.

– Nazy­wam się Robyn Pen­ha­li­gon. Moim ojcem jest Mac Gal­bra­ith. Może mu pan prze­ka­zać, że przy­je­cha­łam?

Ochro­niarz był bar­dzo pro­fe­sjo­nalny – na jego twa­rzy nie poja­wił się nawet cień zasko­cze­nia.

– Czy ma pani jakiś dowód toż­sa­mo­ści?

Wie­dząc, że tego zażą­dają, wcze­śniej wło­ży­łam prawo jazdy do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Wyję­łam je i poda­łam ochro­nia­rzowi.

– Pro­szę chwilę pocze­kać. – Wró­cił do samo­chodu i otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy.

Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc sły­sza­łam jego głos.

Pod­czas tej roz­mowy poszłam do swo­jego auta po swe­ter, który zosta­wi­łam na tyl­nym sie­dze­niu. Kiedy wycho­dzi­łam z hotelu, ze zde­ner­wo­wa­nia było mi gorąco, ale teraz zaczę­łam mar­z­nąć na chłod­nym wio­sen­nym powie­trzu.

Parę minut póź­niej ochro­niarz wró­cił pod bramę.

– Popro­szę o prze­ka­za­nie mi wszel­kich urzą­dzeń do nagry­wa­nia, w tym smart­fo­nów.

– Słu­cham?

– Oso­bom, które nie są człon­kami klubu, nie wolno wcho­dzić na teren posia­dło­ści z jakim­kol­wiek sprzę­tem do nagry­wa­nia. Chro­nimy pry­wat­ność naszych gości.

– Jasne. – Ozna­czało to, że mój kochany tatuś nie zamie­rza odpra­wić mnie z kwit­kiem.

Cho­lera.

W głębi serca tego żało­wa­łam.

Wyję­łam tele­fon z samo­chodu. Dobrze, że apa­rat foto­gra­ficzny zosta­wi­łam w hotelu. Nikomu bym nie powie­rzyła swo­jego skarbu.

– To wszystko?

– Tak.

– Pro­szę wró­cić do samo­chodu. Brama za chwilę się otwo­rzy. Pro­szę jechać za mną.

Kiw­nę­łam głową i wsia­dłam do wypo­ży­czo­nego SUV-a. Ten wóz z napę­dem na cztery koła wyda­wał mi się naj­bar­dziej odpo­wied­nim środ­kiem trans­portu po Pogó­rzu Szkoc­kim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decy­zja o tym, żeby przy­le­cieć do Szko­cji bez rezer­wo­wa­nia biletu powrot­nego, nara­żała moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecz­nie powin­nam ogra­ni­czać wydatki.

Ochro­niarz już mnie nie widział, więc ode­tchnę­łam głę­boko w ocze­ki­wa­niu, aż zostanę wpusz­czona. On w tym cza­sie zawró­cił swo­jego Range Rovera i odje­chał kawa­łek od bramy, która otwo­rzyła się parę chwil póź­niej. Wje­cha­łam na teren posia­dło­ści.

Pod­jazd pro­wa­dził przez zale­siony obszar, który zda­wał się nie mieć końca, ale naresz­cie ustą­pił miej­sca roz­le­głym traw­ni­kom, za któ­rymi wid­niało ogromne zamczy­sko. Na wiel­kim tere­nie widzia­łam poroz­sta­wiane cho­rą­giewki – było to pole gol­fowe. W oddali maja­czyły malut­kie figurki gra­czy.

Prze­nio­słam wzrok z powro­tem na zamek Ard­noch i znowu głę­boko ode­tchnę­łam.

Jesz­cze ni­gdy nie czu­łam się aż tak bar­dzo nie na miej­scu.

Podobne wra­że­nie mia­łam w obec­no­ści Maca.

Ni­gdy nie nale­ża­łam do jego świata.

Bo ni­gdy mnie do niego nie wpu­ścił.

Przed sobą mia­łam dwu­stu­letni, sze­ścio­pię­trowy, roz­le­gły dwór w stylu zam­ko­wym. Z mojego rese­ar­chu wyni­kało, że mie­ści się w nim główna sie­dziba klubu, ale na tere­nie tej pię­cio­hek­ta­ro­wej posia­dło­ści znaj­do­wały się także inne budynki, w tym stałe rezy­den­cje, które człon­ko­wie klubu kupili za bajoń­skie sumy. W inter­ne­cie wyczy­ta­łam, że posia­dłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już mogłam potwier­dzić), roz­le­głe rów­niny (je też już widzia­łam), wrzo­so­wi­ska (bar­dzo chcia­łam je zoba­czyć) i złote plaże (bar­dzo, ale to bar­dzo chcia­łam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się uda, ale mia­łam nadzieję, że pój­dzie na tyle dobrze, żebym mogła przy­naj­mniej zwie­dzić ten teren.

Cho­ciaż czu­łam się tu jak ryba wyrzu­cona na brzeg.

Jadąc za Range Rove­rem, roz­my­śla­łam o tutej­szej ochro­nie. Co prawda posia­dłość była oto­czona wyso­kim murem, w któ­rym znaj­do­wała się solidna brama, ale jak na pię­ciu hek­ta­rach uda­wało się zapew­nić człon­kom klubu pry­wat­ność?

Muszę o to spy­tać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną roz­ma­wiać po tym, jak zadam mu pyta­nie: „Dla­czego nie kocha­łeś mnie na tyle, żeby pozo­stać w moim życiu? Dla­czego mnie zosta­wi­łeś? Przez cie­bie mam potężny lęk przed odrzu­ce­niem, który w dra­ma­tyczny spo­sób wpły­nął na moje życie”.

Mój żołą­dek znowu się ode­zwał, poczu­łam mdło­ści jak na statku pod­czas sztormu.

– Jezus Maria… – szep­nę­łam, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu.

Zamek wyglą­dał jak Down­ton Abbey na ste­ry­dach. Nad nim góro­wały wie­życzki, a na jed­nym z gzym­sów wisiała flaga Szko­cji z krzy­żem Świę­tego Andrzeja. Na kolum­nach wspie­rał się dach zwień­czony małymi blan­kami, a w kunsz­tow­nie skon­stru­owa­nym por­tyku znaj­do­wały się dwu­skrzy­dłowe żela­zne drzwi.

Kiedy wysia­dłam, wiatr sma­gnął mnie w twarz wło­sami, które spię­łam w kucyk, i prze­nik­nął przez swe­ter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele zim­niej. Jak na koń­cówkę marca powie­trze oka­zało się zaska­ku­jąco ostre. Uno­sił się w nim zapach sło­nej wody, cho­ciaż zamek dzie­liły od morza pra­wie cztery kilo­me­try.

Uwiel­bia­łam tutej­sze powie­trze. Takie rześ­kie i świeże. Doda­wało mi ener­gii.

Kiedy zadar­łam głowę, żeby przyj­rzeć się fla­dze, usły­sza­łam szczęk otwie­ra­nych drzwi. Wyło­nił się zza nich męż­czy­zna w tra­dy­cyj­nym stroju kamer­dy­nera, włącz­nie z bia­łymi ręka­wicz­kami.

Zamie­rzał podejść, żeby mnie przy­wi­tać, ale znie­ru­cho­miał, kiedy poja­wił się inny męż­czy­zna.

Głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknę­łam. Zmu­si­łam się do tego, żeby pod­nieść wzrok i spoj­rzeć na bar­dzo wyso­kiego, bar­czy­stego męż­czy­znę, który szedł w moją stronę.

Kiedy go roz­po­zna­łam, zalała mnie fala mie­sza­nych emo­cji. Miał na sobie uszyty na miarę szary gar­ni­tur, w któ­rym jed­nak nie wyglą­dał jak ele­gan­cik. Gęste, szpa­ko­wate włosy wywi­jały mu się na karku i wyma­gały przy­strzy­że­nia. Był nie­ogo­lony.

Wyglą­dał na trzy­dzie­ści parę lat, ale ja wie­dzia­łam, że ma czter­dzie­ści cztery.

Z neu­tral­nym wyra­zem twa­rzy szedł do mnie zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Kiedy się zbli­żył, prze­ko­na­łam się, jak bar­dzo jestem podobna do ojca. Jego włosy były ciem­niej­sze, ale odzie­dzi­czy­łam po nim oczy i kształt twa­rzy.

Tak, oczy mie­li­śmy iden­tyczne. Taka sama jasno­brą­zowa obwódka wokół źre­nicy i takie same szaro-zie­lone pro­myczki, które odcho­dziły od brze­gów tęczówki i wta­piały się w jej brąz.

Mama czę­sto powta­rzała, że cho­ciaż tyle dobrego od niego dosta­łam.

Mac Gal­bra­ith patrzył na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale po chwili jego obo­jęt­ność znik­nęła. Z tru­dem prze­łknął ślinę.

– Robyn?

– Mac. – Poda­łam mu rękę.

Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wie­dział, co powi­nien zro­bić.

W końcu dobre wycho­wa­nie wzięło górę i uści­snął mi dłoń. A kiedy już to zro­bił, puścił ją nie­chęt­nie. To powi­ta­nie wywo­łało we mnie zło­żoną reak­cję, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam. Łzy sta­nęły mi w oczach, więc odwró­ci­łam wzrok, niby od nie­chce­nia. Popa­trzy­łam na zamek i powie­dzia­łam z uda­waną obo­jęt­no­ścią:

– Fajny masz domek.

– Nie mój – odparł. – Należy do Lachlana. Do rodziny Ada­irów.

Jak­bym nie wie­działa. Wró­cił palący żal. Zmu­si­łam się, żeby znowu spoj­rzeć na ojca.

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, dla­czego przy­je­cha­łam.

– Zga­dza się. Cho­ciaż oczy­wi­ście to miła nie­spo­dzianka.

Czyżby?

Popa­trzy­łam na niego zmru­żo­nymi oczami, pró­bu­jąc osza­co­wać, ile prawdy było w tych sło­wach.

– Przy­je­cha­łam w spra­wie, o któ­rej wola­ła­bym nie roz­ma­wiać na pod­jeź­dzie, z obcym face­tem za ple­cami. – Mia­łam na myśli ochro­nia­rza, który na­dal stał za mną.

– Przy­kro mi. Takie mamy pro­ce­dury.

Poki­wa­łam głową. Dobrze to zna­łam.

– Na pewno dobrze to znasz – powie­dział, jakby czy­tał mi w myślach. – Sły­sza­łem, że pra­cu­jesz w poli­cji.

Wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Jakby to two­rzyło mię­dzy nami pewną więź. Wcale mi się to nie podo­bało. Mac kie­dyś był poli­cjan­tem, zresztą tak samo jak mój ojczym, Seth Pen­ha­li­gon.

– Rodzinna tra­dy­cja – powie­dzia­łam. – Zawsze chcia­łam być taka jak mój ojciec, Seth.

Kiedy mia­łam szes­na­ście lat, posta­no­wi­łam ofi­cjal­nie zmie­nić nazwi­sko z Gal­bra­ith na Pen­ha­li­gon. Bio­lo­giczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze mną nie kon­tak­to­wał, więc zamie­rza­łam na dobre zerwać z nim wszel­kie więzi i zacząć nosić nazwi­sko rodzi­ców.

Mac dosko­nale potra­fił ukry­wać emo­cje, jed­nak zauwa­ży­łam w jego oczach mignię­cie cze­goś, co kazało mi się domy­ślać, że tra­fi­łam w czuły punkt.

Hmm.

– Już nie pra­cuję w poli­cji.

– Nie?

– Tak jak mówi­łam, wola­ła­bym nie uci­nać sobie poga­wędki tutaj. Wiem, że do tego zamku nie wpusz­cza się byle kogo, więc może się przej­dziemy?

Mac zmarsz­czył brwi.

– Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Poroz­ma­wiamy, a potem cię opro­wa­dzę.

Wska­za­łam kciu­kiem przez ramię.

– A ten gość będzie nas cały czas niań­czył?

Mac zer­k­nął na współ­pra­cow­nika.

– Jock, odstaw samo­chód do garażu i wróć do swo­ich obo­wiąz­ków, okej?

– Tak jest.

– Zapra­szam. – Mac zwró­cił się do mnie, wska­zu­jąc na wej­ście do zamku.

– Może dla mnie bar­dziej sto­sowne byłoby wej­ście dla służby?

– Jest osobne wej­ście dla dostaw­ców, ale oni zawsze zapo­wia­dają swój przy­jazd. – Rzu­cił mi iro­niczne spoj­rze­nie i ruszył do drzwi.

– A co z moim samo­cho­dem?

– Niech tu zosta­nie. W razie potrzeby możemy go potem prze­sta­wić.

Idąc za bio­lo­gicz­nym ojcem, wpa­try­wa­łam się w tył jego głowy. Musiał mieć nieco ponad metr dzie­więć­dzie­siąt i był w świet­nej kon­dy­cji fizycz­nej. Wyglą­dał wręcz onie­śmie­la­jąco. Miał czter­dzie­ści cztery lata i formę męż­czy­zny młod­szego o połowę. Świet­nie się trzy­mał. Był przy­stojny, ale nie wymu­skany. Dobrze mu się powo­dziło. Nie wyglą­dał na tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zale­d­wie szes­na­ście lat, zro­bił dziecko swo­jej star­szej dziew­czy­nie, ale potem udało mu się uło­żyć sobie życie.

No, ale tak to pew­nie bywa, kiedy ktoś dla suk­cesu jest gotów poświę­cić zwią­zek i dziecko.

Tak się pogrą­ży­łam w roz­my­śla­niach, że dopiero po dłuż­szej chwili zwró­ci­łam uwagę na wnę­trze.

O rany.

Kiedy sta­nę­łam za pro­giem i zaczę­łam się roz­glą­dać, szczęka mi opa­dła.

Tak, zde­cy­do­wa­nie czu­łam się tutaj nie na miej­scu.

– Wake­field, to moja córka Robyn. – Mac pod­szedł do faceta w uni­for­mie. – Robyn, to jest Wake­field, kamer­dy­ner.

Kamer­dy­ner. Ależ oczy­wi­ście.

– Bar­dzo mi miło. – Męż­czy­zna ukło­nił mi się ze sto­ic­kim wyra­zem twa­rzy. – Witam na zamku Ard­noch.

Z roz­tar­gnie­niem ski­nę­łam głową i znowu zaczę­łam się roz­glą­dać.

– Robi wra­że­nie, co? – Na widok mojej miny Mac sze­roko się uśmiech­nął.

Hol był prze­ogromny.

Lakie­ro­wany drew­niany par­kiet jesz­cze bar­dziej potę­go­wał to wra­że­nie. Wystrój wnę­trza utrzy­mano w szkoc­kim stylu, bogac­two aż z niego biło. Przede mną znaj­do­wały się naj­wspa­nial­sze schody, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Były wyło­żone weł­nia­nym chod­ni­kiem w czer­wono-szarą kratkę i pro­wa­dziły na pół­pię­tro zalane świa­tłem wpa­da­ją­cym przez trzy witra­żowe okna od pod­łogi do sufitu. Tam roz­cho­dziły się na obie strony na pierw­sze pię­tro, czę­ściowo widoczne z kruż­gan­ków po obu stro­nach holu. Na ogrom­nym kominku pod ścianą przy wej­ściu, naprze­ciwko scho­dów, palił się ogień. Zapach drewna jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślał wra­że­nie przy­tul­no­ści, jakie udało się stwo­rzyć pro­jek­tan­towi pomimo ciem­nej boaze­rii na ścia­nach i sufi­cie. Lampy od Tif­fany’ego na niskich sto­li­kach zale­wały wnę­trze cie­płym świa­tłem.

Przed komin­kiem stały dwie iden­tyczne kanapy z zamszu i mate­riału, ozdo­bione guzi­kami i roz­dzie­lone niską ławą. Wię­cej świa­tła wle­wało się do holu przez ogromne przej­ścia wio­dące do innych pomiesz­czeń na par­te­rze. Sły­sza­łam dobie­ga­jące z oddali odgłosy roz­mów.

W jed­nym z przejść sta­nął męż­czy­zna tak samo wysoki jak mój ojciec. Zatrzy­mał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą stronę.

Kiedy się zbli­żył, roz­po­zna­łam go.

Jego twarz znały miliony ludzi na całym świe­cie.

Miał na sobie dopa­so­wany, czarny, kasz­mi­rowy swe­ter, który pod­kre­ślał jego musku­la­turę, i czarne spodnie od gar­ni­turu. Jego styl był ele­gancki, ale jed­no­cze­śnie non­sza­lancki. Miał dokład­nie takie ciało i taki spo­sób cho­dze­nia, jakie maga­zyny modowe uwiel­biały w hol­ly­wo­odz­kich akto­rach.

Kie­dyś był jed­nym z nich.

Nale­żał do ści­słej czo­łówki.

Lachlan Adair.

Każda inna kobieta onie­mia­łaby z zachwytu na widok jego wło­sów o odcie­niu ciem­nego blondu, pięk­nych nie­bie­skich oczu, sek­sow­nych ust i krót­kiej ciem­no­brą­zo­wej brody. Ewi­dent­nie był przy­stojny, ale jego uroda nie była nie­ska­zi­telna, przez co sta­wał się jesz­cze bar­dziej pocią­ga­jący. W oczach miał cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie zło­śliwy błysk. Z tego, co wie­dzia­łam, był też cał­kiem nie­złym akto­rem, cho­ciaż obsa­dzano go głów­nie w fil­mach akcji.

W każ­dym razie ja nie onie­mia­łam.

Byłam zestre­so­wana, ale nie z powodu jego cha­ry­zmy czy sławy.

Pod pozo­rami obo­jęt­no­ści kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była to jego wina. Abso­lut­nie. Ale był to męż­czy­zna, dla któ­rego porzu­cił mnie ojciec.

Kiedy dwu­dzie­sto­jed­no­letni Lachlan Adair został gwiazdą Hol­ly­wood po tym, jak wystą­pił w fil­mie akcji, który stał się wiel­kim hitem, zatrud­nił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dla­tego, że obaj byli Szko­tami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bli­scy. Tak bli­scy, że Mac wszę­dzie towa­rzy­szył Lachla­nowi, przez co znik­nął na cały ten okres, kiedy byłam nasto­latką. Nie przy­jeż­dżał na moje uro­dziny. Nie poja­wił się na uro­czy­sto­ści ukoń­cze­nia liceum. A potem, gdy Lachlan zre­zy­gno­wał z kariery, obaj poje­chali do Szko­cji, gdzie były aktor stwo­rzył w swo­jej rodzin­nej posia­dło­ści ten eks­klu­zywny zamknięty klub.

Mac był sze­fem ochrony i miesz­kał poza tere­nem posia­dło­ści.

– Sły­sza­łem, że masz gościa – powie­dział Lachlan. Spoj­rzał ponad moją głową i zwró­cił się do kamer­dy­nera: – Wake­field, w Apar­ta­men­cie Księż­nej jest pro­blem z jed­nym z gości. Mógł­byś się tym zająć?

Kamer­dy­ner nas wymi­nął.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana. – Ruszył po ogrom­nych scho­dach.

Szedł szybko, ale jed­no­cze­śnie nie wyglą­dał tak, jakby się spie­szył.

Adair spoj­rzał na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale powie­dział do mojego ojca:

– Mac, chyba powi­nie­neś nas sobie przed­sta­wić.

– Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.

Żadne z nas nie wycią­gnęło ręki na powi­ta­nie. Mię­dzy nami poja­wiło się nie­zręczne napię­cie.

Nie wie­dzia­łam, o co mogło mu cho­dzić.

Prze­cież to nie ja ukra­dłam mu ojca.

– Wiem, kto to jest – powie­dzia­łam obo­jęt­nym tonem.

Lachlan lekko zmru­żył oczy.

– Dużo o tobie sły­sza­łem. To dziwne, że przez pra­wie dwa­dzie­ścia lat ist­nia­łaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.

– Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włó­czyć się po świe­cie z akto­rem. – Nie odwa­ży­łam się spoj­rzeć na Maca.

Pomimo naszej trud­nej rela­cji nie przy­je­cha­łam tu po to, żeby go ata­ko­wać. W głębi serca rozu­mia­łam, dla­czego ojciec znik­nął z mojego życia.

– Słu­cham? – W cichym gło­sie Ada­ira zabrzmiała nie­bez­pieczna nuta.

Zigno­ro­wa­łam go i zwró­ci­łam się do ojca:

– Możemy poroz­ma­wiać na osob­no­ści?

– Oczy­wi­ście – odparł Adair. – Prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łem. – Rzu­cił Macowi zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie. – Chcia­łem tylko spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

Mac kiw­nął głową. Na jego twa­rzy nie drgnął ani jeden mię­sień.

– Jeśli wolisz, możemy poroz­ma­wiać poza posia­dło­ścią.

– Nie wygłu­piaj się. – Adair zro­bił krok do tyłu. – Opro­wadź pannę Pen­ha­li­gon.

Czy mi się wyda­wało, czy rze­czy­wi­ście wypo­wie­dział moje nazwi­sko z naci­skiem?

Mac mocno zaci­snął wargi i rzu­cił Ada­irowi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Wła­ści­ciel zamku pod­niósł ręce w geście kapi­tu­la­cji, po czym, już nawet na mnie nie spo­glą­da­jąc, odwró­cił się i odszedł.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, zacho­wał się wobec mnie rów­nie aro­gancko jak ja wobec niego.

Moja aro­gan­cja miała pod­stawy, cho­ciaż nie powin­nam go winić za postę­po­wa­nie ojca.

Ale czym ja się nara­zi­łam Lachla­nowi Ada­irowi?2

Robyn

Kilka minut póź­niej zna­la­złam się w pokoju w głębi kory­ta­rza na pierw­szym pię­trze – w gabi­ne­cie Maca, urzą­dzo­nym o wiele pro­ściej niż ta część zamku, którą do tej pory zoba­czy­łam.

Przez płytko osa­dzone okno za biur­kiem było widać zale­d­wie nie­wielki frag­ment posia­dło­ści. Pokój oka­zał się ciemny i szary, a przed wra­że­niem posęp­no­ści chro­niły go liczne lampy, wygodne zabyt­kowe meble i zaska­ku­jąco duży księ­go­zbiór.

Przed biur­kiem stały dwa fotele. Mac popro­sił, żebym usia­dła.

– Napi­jesz się kawy albo her­baty?

Nagle poczu­łam o wiele więk­sze zde­ner­wo­wa­nie niż wtedy, gdy pod­szedł do mnie na samym początku. Kiw­nę­łam głową i wymam­ro­ta­łam:

– Tak, dzię­kuję, popro­szę kawę.

Usia­dłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.

Mac pod­niósł słu­chawkę tele­fonu i wci­snął guzik. Po paru chwi­lach powie­dział:

– Ste­phen, czy mógł­byś przy­słać do mojego gabi­netu kawę i jakieś prze­ką­ski? Dla dwóch osób.

Ze słu­chawki popły­nął cichy głos.

– Dzię­kuję. – Mac roz­łą­czył się i usiadł na brzegu biurka.

W końcu zosta­łam z nim sama, ale kiedy spoj­rze­li­śmy sobie pro­sto w oczy, poczu­łam obez­wład­nia­jący ból w piersi. Zapa­dło mil­cze­nie. Każda sekunda cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność.

Przy­naj­mniej ja mia­łam takie wra­że­nie.

– Czyli… – Mac w końcu prze­rwał tę męczącą ciszę. – Rozu­miem, że przy­je­cha­łaś do mnie z jakie­goś kon­kret­nego powodu?

Wszystko, co cho­dziło mi po gło­wie od paru mie­sięcy, czyli odkąd moja psy­cho­te­ra­peutka zasu­ge­ro­wała, że powin­nam spo­tkać się z Makiem, teraz zupeł­nie mnie przy­tło­czyło. Gdy­bym powie­działa temu męż­czyź­nie, temu pra­wie obcemu czło­wie­kowi, o wszyst­kim, co czu­łam, otwo­rzy­ła­bym się przed kimś, kto już wcze­śniej wyrzą­dził mi nie­wy­po­wie­dzia­nie wielką krzywdę. Uświa­do­mi­łam to sobie dopiero, kiedy spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy i poczu­łam bole­sną tęsk­notę za ojcem, któ­rego led­wie zna­łam.

Mac cze­kał cier­pli­wie, aż się ode­zwę, mnie jed­nak słowa uwię­zły w gar­dle.

Z nie­po­ko­jem zmarsz­czył brwi.

– Robyn, czy coś się stało?

– Ja… yyy… ode­szłam z pracy.

– Już o tym mówi­łaś. Mia­łaś jakiś kon­kretny powód?

Z tru­dem odwró­ci­łam głowę i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem zaczę­łam wpa­try­wać się w regał z książ­kami.

– Po pro­stu stwier­dzi­łam, że to nie dla mnie. – Zaci­snę­łam zęby, wku­rzona na sie­bie za to, że nie zdo­by­łam się na szcze­rość.

– To jedyny powód? – spy­tał.

– Tak – skła­ma­łam i prze­nio­słam wzrok z powro­tem na niego. – Zało­ży­łam firmę foto­gra­ficzną. Prze­waż­nie pra­cuję w ate­lier, ale zaczę­łam też sprze­da­wać przez inter­net zdję­cia Bostonu i nie­źle mi to idzie. Zawsze chcia­łam odwie­dzić Szko­cję, w końcu w poło­wie jestem Szkotką. Zdję­cia stąd mogłyby zro­bić furorę… No i pomy­śla­łam, że przy oka­zji powin­nam się z tobą spo­tkać, skoro to z two­jego powodu pły­nie we mnie szkocka krew.

Kąciki jego ust lekko drgnęły.

– Cie­szę się, że przy­je­cha­łaś. I gra­tu­luję firmy. – Jego oczy poja­śniały. – Pierw­szy apa­rat foto­gra­ficzny dosta­łaś ode mnie. Pamię­tasz?

Oczy zapie­kły mnie od głu­pich łez. Gwał­tow­nie pod­nio­słam się z fotela.

– Wiesz, chyba jed­nak nie jestem na to gotowa…

– Robyn… – Mac też wstał.

– Pójdę już.

Mina mu zrze­dła.

– Pro­szę, zostań. Cho­ciaż wypij ze mną kawę.

Nie mogłam. Czu­łam, że lada chwila wybuchnę pła­czem. Było to zatrwa­ża­jące i poja­wiło się zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie.

– Póź­niej. Teraz muszę już iść.

Szybko pode­szłam do drzwi, otwo­rzy­łam je szarp­nię­ciem i wyma­sze­ro­wa­łam na kory­tarz. Mało bra­ko­wało, a zde­rzy­ła­bym się z mło­dym męż­czy­zną w stroju podob­nym do tego, który nosił Wake­field. Niósł tacę z naszą kawą.

– Prze­pra­szam. – Wymi­nę­łam go.

Chcia­łam czym prę­dzej uciec od Maca.

– Chry­ste! – Mac wyrzu­cił z sie­bie. – Ste­phen, prze­pra­szam. Postaw, pro­szę, tacę na biurku. – Wyszedł za mną na wąski kory­tarz pro­wa­dzący do holu.

– Pro­szę, zostań. Poroz­ma­wiajmy.

– Nie teraz, okej?

– Ale zosta­niesz? Zoba­czymy się jesz­cze, tak?

Kiw­nę­łam głową. Nie byłam gotowa rzu­cić tego wszyst­kiego. Musia­łam tylko się pozbie­rać. Naj­wy­raź­niej nasze spo­tka­nie po tak dłu­giej prze­rwie wstrzą­snęło mną bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wa­łam.

– Zostanę w Ard­noch. Wyna­ję­łam pokój w pen­sjo­na­cie Glo­aming.

– To dobrze.

Znowu zapa­dło mię­dzy nami mil­cze­nie.

– Wiesz, co to zna­czy „glo­aming”? – spy­tał w końcu.

– Tak, Gor­don, wła­ści­ciel, wyja­śnił mi, że to „zmierzch”.

– No oczy­wi­ście. – Mac uśmiech­nął się sze­roko. – Gor­don pew­nie wszyst­kim to mówi.

– Znasz go?

– To mała miej­sco­wość. Wszy­scy się tu znają.

– Jasne. – Zasta­na­wia­łam się nad tym przez chwilę, kiedy otwo­rzył i przy­trzy­mał mi drzwi wyj­ściowe. – Czy z tego powodu łatwiej czy trud­niej zapew­nić pry­wat­ność człon­kom klubu?

– Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obcho­dzi, co robią bogate gwiazdy. Człon­ko­wie klubu mogą poru­szać się po oko­licy i nie mar­twić, czy póź­niej znajdą swoje zdję­cia w inter­ne­cie. No, chyba że latem zjadą się papa­razzi. Tutejsi ludzie rozu­mieją, że nasi goście chęt­nie wra­cają do miej­sca, w któ­rym mają zapew­nione pry­wat­ność i nor­malne życie. Miesz­kańcy mia­steczka o wiele chęt­niej plot­kują o sąsia­dach niż o człon­kach klubu.

– Cał­kiem logiczne. – Mój wypo­ży­czony samo­chód stał na pod­jeź­dzie w miej­scu, w któ­rym go zosta­wi­łam. Było mi okrop­nie wstyd z powodu tej nagłej ucieczki, nie mia­łam śmia­ło­ści spoj­rzeć Macowi pro­sto w oczy. – Prze­pra­szam za tę scenę. Po pro­stu… – Wzru­szy­łam ramio­nami.

Nie dałam rady dokoń­czyć zda­nia.

– Pro­szę pana!

Mac odwró­cił się, a ja spoj­rza­łam ponad jego ramie­niem i zoba­czy­łam, że w naszą stronę spiesz­nym kro­kiem idzie jakiś męż­czy­zna ubrany mniej wię­cej tak samo jak Jock.

– O co cho­dzi?

– Jest pan pil­nie potrzebny przy wej­ściu dla dostaw­ców. – Męż­czy­zna patrzył na Maca lekko roz­sze­rzo­nymi oczami, jakby pró­bo­wał mu coś w ten spo­sób prze­ka­zać.

Ojciec naj­wy­raź­niej to zro­zu­miał. Zaklął pod nosem i zwró­cił się do mnie:

– Muszę iść. Ale może spo­tkamy się dziś na kola­cji w Glo­aming?

Tak szybko?

– Może lepiej jutro wie­czo­rem?

Kiw­nął głową i pod­niósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją opu­ścił.

– Przyjdę około siód­mej.

Kiedy tylko się umó­wi­li­śmy, szyb­kim kro­kiem pod­szedł przez żwi­ro­wany pojazd do swo­jego pra­cow­nika.

Gdy znik­nął w zamku, spoj­rza­łam na dach z blan­kami i wes­tchnę­łam. Prze­peł­niało mnie roz­cza­ro­wa­nie. Czego wła­ści­wie się spo­dzie­wa­łam, gdy tu przy­je­cha­łam? Że w jakiś cudowny spo­sób znowu powsta­nie więź mię­dzy nami? Że będę umiała wylać z sie­bie wszyst­kie żale – w nadziei na co? Na to, że uda mi się wypeł­nić pustkę w moim wnę­trzu?

Pry­cha­jąc z nie­za­do­wo­le­niem, zaczę­łam otwie­rać drzwi samo­chodu.

– Zacze­kaj!

Znie­ru­cho­mia­łam. Zna­łam ten głos.

Sły­sząc chrzęst żwiru za sobą, wzię­łam głę­boki wdech. Odwró­ci­łam się i sta­nę­łam twa­rzą w twarz z Lachla­nem Ada­irem.

W jasnym, natu­ral­nym świe­tle wydał mi się więk­szy, bar­dziej onie­śmie­la­jący. Jego nie­praw­do­po­dob­nie lazu­rowe oczy wpa­try­wały się we mnie nie­ru­chomo. Nie zna­la­złam w nich ani śladu tych słyn­nych zło­śli­wych iskie­rek.

– W czym mogę pomóc? – spy­ta­łam chłodno.

– Wła­ści­wie co ty tu robisz?

Zapa­lił się we mnie gniew niby pło­mień na zapałce.

– Chyba jesz­cze do cie­bie nie dotarło, że jestem córką Maca – odpar­łam ze zło­ścią.

Wpa­try­wał się we mnie nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

– Jeżeli przy­je­cha­łaś po to, żeby naro­bić mu kło­po­tów, to zde­cy­do­wa­nie odra­dzam. I tak ma wystar­cza­jąco dużo spraw na gło­wie. Nie potrze­buje, żebyś mu pró­bo­wała spie­przyć życie.

Co za dupek! Miał nie­praw­do­po­dobny tupet.

– Ja mu pró­buję spie­przyć życie? To on porzu­cił mnie, a nie na odwrót.

– O tak, wiem, że twoja matka lubi powta­rzać tę histo­ryjkę.

Wście­kła, trza­snę­łam drzwiami auta i sta­nę­łam twa­rzą do niego. Poczu­łam nie­ty­pową chęć, żeby na niego nawrzesz­czeć, ale jakoś udało mi się odzy­skać samo­kon­trolę i odpo­wie­dzieć w miarę spo­koj­nie:

– Jak śmiesz? Nie waż się w ten spo­sób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.

Adair popa­trzył na mnie z takim poli­to­wa­niem, że aż pro­sił się o to, żeby go wal­nąć.

– Śmiem twier­dzić, że wiem na ten temat wię­cej niż ty. – Zro­bił krok w moją stronę, przy­pie­ra­jąc mnie do samo­chodu. W jego oczach poja­wił się chłód. – Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek, nawet ty, pró­bo­wał zawra­cać mu głowę, więc grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsia­dła do samo­lotu i stąd spa­dała.

– Myślisz, że się cie­bie prze­stra­szę? – Odsu­nę­łam się od samo­chodu i teraz to ja zbli­ży­łam się do Ada­ira, zmu­sza­jąc go do zro­bie­nia kroku w tył. – Dawa­łam sobie radę z więk­szymi i gor­szymi pro­ble­mami niż były aktor, więc nie­zbyt grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś się nie wtrą­cał do spraw moich i mojego ojca. Myślę, że można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że nie byłby zachwy­cony, gdyby się dowie­dział, że pró­bu­jesz sta­wać mię­dzy nami.

Mię­sień w jego szczęce drgnął. Adair cof­nął się jesz­cze o krok. Chyba się spo­dzie­wał, że dam się zastra­szyć.

– Mam nadzieję, że się rozu­miemy. – Uśmiech­nę­łam się z iro­nią i gwał­tow­nym ruchem otwo­rzy­łam drzwi samo­chodu.

Kiedy jed­nak wsia­da­łam do auta, Adair powie­dział cichym, zło­wiesz­czym gło­sem:

– Panno Pen­ha­li­gon, skrzyw­dziła pani moją rodzinę, a ja dopil­nuję, żeby pani za to zapła­ciła.

Wciąż sły­sząc jego poważny głos, przez chwilę patrzy­łam za tym dra­niem, który wiel­kimi kro­kami wra­cał do zamku. Zaklę­łam pod nosem, wście­kła, że miał w tej roz­mo­wie ostat­nie słowo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij