Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Jutro będziesz mój - ebook

Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 lutego 2022
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Jutro będziesz mój - ebook

Posiadłość Ardnoch jest bezpieczną przystanią sławnych i bogatych. Dla ludzi spoza wyższych sfer jest niedostępna i równie tajemnicza, co jej właściciel, były gwiazdor Hollywood Lachlan Adair. Teraz spokojnej rezydencji grozi wielki skandal.

Policjantka Robyn Penhaligon przyjeżdża do Szkocji, chcąc odnowić kontakt z ojcem, który wiele lat temu odszedł, aby w pełni poświęcić się pracy prywatnego ochroniarza. Odnalezienie go okazuje się jednak dużo trudniejsze, niż myślała. Przy okazji poszukiwań Robyn poznaje celebrytę, Lachlana Adaira. To właśnie on zatrudnił jej ojca i odebrał jej go na dobre. Każde kolejne spotkanie tylko potwierdza jej dotychczasową opinię na temat mężczyzny – Lachlan jest despotyczny i zarozumiały. Jego pewność siebie jest jednak jednocześnie irytująca i pociągająca, a Robyn coraz trudniej oprzeć się pokusie. Kobieta chętnie wyjechałaby z Ardnoch, zanim ulegnie urokowi swojego wroga. Jednak gdy jej ojciec staje się celem osoby zagrażającej mieszkańcom prestiżowej rezydencji, policjantka postanawia zrobić wszystko, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Rozpoczynając prywatne śledztwo, w sprawie niepokojących wydarzeń, musi jednak liczyć się z tym, że od teraz Lachlan będzie jej towarzyszył niemal na każdym kroku, a ogień, który się między nimi tli, może zapłonąć na dobre.

Czy Lachlanowi uda się uciec przed przeszłością, która może zniszczyć mu życie? A może bardziej powinien się obawiać wroga ukrywającego się tuż obok niego?

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8251-112-3
Rozmiar pliku: 1 009 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Robyn

Rok wcześniej

Boston, Massachusetts

Deszcz bębnił w dach naszego wozu patrolowego. Piliśmy kawę, czekając na sygnał z radia.

Odgłos kropli deszczu uderzających o metal wprawiał mnie w przyjemne odrętwienie. Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś kolorowy kształt za oknem, który wyłonił się z wszechogarniającej szarości.

Chodnikiem szła kobieta w granatowym płaszczu. W jednej ręce trzymała czarny parasol, a w drugiej – smycz. Pies, który stąd wyglądał na labradora, miał na sobie jaskrawoczerwony kubraczek. Zatrzymał się gwałtownie i usiadł na chodniku, jakby chciał powiedzieć: „Mam już tego dosyć. Powiedz deszczowi, żeby przestał padać”.

Zaśmiałam się cicho, kiedy kobieta w niemej odpowiedzi z desperacją uniosła ręce: „Do jasnej cholery, niby jak mam to zrobić?!”.

Ten widok – kobieta z rozłożonymi rękoma pochylona nad patrzącym na nią psem – aż prosił się o to, żeby go sfotografować. Żałowałam, że nie mam przy sobie aparatu. Użyłabym szerokiej przesłony i obiektywu o ogniskowej sto pięćdziesiąt milimetrów, żeby rozmyć ruch na szarym tle, i nastawiłabym ostrość na kobietę i jej upartego psa.

– Jaz uważa, że powinnaś zerwać z Markiem. – Ze świata fotografii wyrwał mnie głos Autry’ego Davisa, mojego partnera.

Uśmiechnęłam się z ironią, próbując zignorować lekki niepokój, który wywołała we mnie ta uwaga.

– Co ty powiesz? Jaz tak uważa?

Jasmine „Jaz” Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym początku jasno dał mi do zrozumienia, że nie lubi mojego chłopaka Marka.

– Tak jest. – Autry spojrzał przez okno na mijające nas samochody. Zatrzymaliśmy się we wschodnim Bostonie, na Maverick Square, nieopodal naszej ulubionej piekarni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kremem. Staraliśmy się nie potwierdzać stereotypów dotyczących policjantów, więc na pączki pozwalaliśmy sobie tylko raz w tygodniu. To była nasza uczta. – Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest ważniejsza od twojej i że on nigdy nie stawia cię na pierwszym miejscu.

Jaz rzeczywiście mogła się tak wyrazić.

Mark był wziętym prokuratorem. Jego sukcesy mnie podniecały, bo zawsze kręcili mnie pracowici mężczyźni. Ostatnio zaczął mnie namawiać, żebym coś zmieniła w swoim życiu. Uważał, że powinnam piąć się w górę, postarać się o awans na sierżanta, a potem na porucznika.

Nie rozumiał, że mnie na tym nie zależy. Był najbardziej ambitnym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałam. Tak jak powiedziałam, wydawało mi się to seksowne, dopóki nie spróbował zmieniać mnie w kogoś, kim nie byłam.

– No to przekaż Jaz, że z nim zrywam.

Autry nieudolnie próbował ukryć zadowolenie.

– Tak?

– Tak. Przy nim za bardzo muszę się starać.

– Nie próbuję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy związek wymaga pracy?

– Łatwo ci powiedzieć. Uwielbiasz swoją żonę i dzieci.

– Ale to nie znaczy, że nie włożyłem w nasz związek żadnego wysiłku.

– Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pracować nad związkiem z Markiem. W zeszły weekend zrobił mi awanturę, bo kupiłam obiektyw krótkoogniskowy. Powiedział, że z moimi marnymi dochodami nie stać mnie na tak drogie „hobby” i że zamierza mnie rozpieszczać. – Na samą myśl o tamtej rozmowie aż zrobiło mi się gorąco ze złości.

Od tamtej pory przestałam się do niego odzywać i odcięłam się od niego emocjonalnie.

– Poważnie? – Autry zmarszczył brwi. – Powinnaś kopnąć go w dupę, i to szybko. Cholera, wyobrażasz sobie, co Jaz by zrobiła, gdybym potraktował ją tak protekcjonalnie? Facet ma szczęście, że to nie ona jest jego dziewczyną. Nie uszedłby z życiem. I dlatego nie powtórzę jej tego, co mi teraz powiedziałaś. Penhaligon, do jasnej cholery. Życie jest za krótkie na takie idiotyczne związki.

– Ale za to Mark jest dobry w łóżku – powiedziałam, głównie dla żartu.

Nawet dla najwspanialszego seksu nie warto tkwić przy facecie, przez którego czujesz, jakbyś nic nie znaczyła.

Autry rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.

– Ani słowa więcej.

Zaśmiałam się cicho i upiłam łyk kawy.

Kiedy jako dwudziestojednolatka skończyłam szkołę policyjną, poznałam Autry’ego Davisa, który został moim partnerem. Był wysoki, przystojny, dowcipny, siedem lat starszy ode mnie i miał w sobie ciepło, które potrafiło ogrzać nawet najzimniejsze serce. Szybko się w nim zadurzyłam, co jednak wkrótce przemieniło się w przyjaźń i zaufanie. Tym bardziej że poznałam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sześciu lat właściwie należałam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak starszy brat. I, jak na brata przystało, nie chciał słuchać o życiu seksualnym siostry.

A ja, jak każda młodsza siostra, ignorowałam błagania, żebym przestała go torturować tymi szczegółami.

– Na pewno mógłby się postarać jeszcze bardziej, ale jest zdecydowanie lepszy od Axela. – Axel, mój poprzedni chłopak, był narcystycznym muzykiem, egoistą i w łóżku, i poza nim.

Kiedyś, gdy byłam mocno przeziębiona, nie zaproponował, że do mnie zajrzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie. Powiedział, że odezwie się, kiedy już wyzdrowieję, i po prostu się ulotnił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdrowiałam, Axel już nie wrócił, bo tego nie chciałam. Szczerze mówiąc, Mark w łóżku też nie dbał zbytnio o moje potrzeby, ale potrafił chociaż doprowadzić mnie do orgazmu.

– Nie słyszę cię. – Autry ze zmarszczonymi brwiami wyglądał przez okno. – Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miejscu, w którym panują dobro i sprawiedliwość, a Celtics zdobywają puchar.

– Czyli w bajce?

– Proszę mi tu nie obrażać Celtics.

Zachichotałam i już otwierałam usta, żeby znowu zażartować, kiedy nasze radio zatrzeszczało.

– Awantura domowa. Lexington Street, mieszkanie 302B. Zadzwoniła sąsiadka.

Axel wyciągnął rękę do radia.

– Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.

– Przyjąłem.

Uruchomiłam silnik i włączyłam się do ruchu drogowego.

– Jak myślisz, co będzie tym razem?

– Zdrada.

– Zawsze mówisz to samo.

– I prawie zawsze mam rację.

– Ostatnio się myliłeś.

– A co było ostatnio?

– Oj, Davis, starzejesz się – zażartowałam. – Dziewczyna odkryła, że chłopak przegrał wszystkie jej oszczędności. Spuściła mu niezły łomot.

– A rzeczywiście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zrobiła, ten gość już nigdy nie będzie mógł mieć dzieci.

Niestety była to prawda. Skrzywiłam się na myśl o tamtym wezwaniu.

Kilka minut później zaparkowaliśmy pod domem na rogu Lexington. Wyglądał tak samo jak wszystkie budynki w tej części Bostonu – wąski i pokryty sidingiem z drewnianych gontów. Dawno temu pomalowano go na biało i teraz potrzebował pilnego remontu. Miał dwa wejścia: jedno prowadziło do mieszkania na dole, a drugie – na piętro. Przed wejściem do lokalu na piętrze stała kobieta w jaskrawożółtej piżamie i dopasowanej kolorystycznie bandanie na włosach. Podeszła do nas, kiedy wysiedliśmy z wozu.

– Od pół godziny tamci na górze się wydzierają. Był też taki huk, jakby ktoś przewracał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzyczeć i płakać. – Sąsiadka wyglądała na poruszoną. – Ten gość jest nieźle porąbany. Chyba bierze prochy. Pomyślałam, że lepiej wezwać policję.

Uśmiechnęłam się do niej uspokajająco i już miałam się odezwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen strachu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwróciłam się do sąsiadki i powiedziałam:

– Proszę wrócić do swojego mieszkania.

Zrobiła, co kazałam. Autry zaczął walić w drzwi.

– Policja, proszę otworzyć!

Mężczyzna zaczął głośno przeklinać. Ryknął: „Pieprzona suka!”, po czym rozległ się głośny płacz zagłuszany niezrozumiałymi wrzaskami.

Autry spojrzał na mnie z poważną miną. Położyłam dłoń na kaburze pistoletu.

Kiwnęłam głową.

Nacisnął klamkę i otworzył drzwi.

Poszliśmy ciasnym korytarzem do stromych schodów prowadzących na górę. Trzymałam się z tyłu. Wyjęłam broń. Przez te krzyki lokatorzy na pewno nas nie słyszeli. Po chwili zorientowałam się, że w tej awanturze chodzi o narkotyki. Wyglądało na to, że mężczyzna podejrzewał, że kobieta oddaje mu za mało pieniędzy za sprzedawane działki. Jednak nie była to zwykła awantura domowa.

Przygotowałam się na ostrą akcję.

Schody prowadziły do przedpokoju z dwojgiem drzwi naprzeciwko siebie. Ostrożnie zajrzeliśmy do jednego pokoju. Była to sypialnia, pusta. Przeszliśmy do drugiego pomieszczenia, w którym znajdował się salon połączony z małą kuchnią. To było istne pobojowisko. Stół leżał na boku, telewizor był roztrzaskany, zdjęcia powypadały z połamanych ramek, a podłogę zapełniało szkło. Stołek przy barku śniadaniowym był przewrócony.

Na podłodze siedziała skulona młoda kobieta z twarzą umazaną tuszem do rzęs. Ze strachem w zapłakanych oczach patrzyła na wysokiego, chudego mężczyznę, który mierzył z pistoletu w jej głowę.

Unieśliśmy broń.

– Policja. Proszę odłożyć broń – powiedział Autry.

Mężczyzna spojrzał na nas, ale nie wykonał żadnego ruchu, tylko warknął:

– Kurwa, co wy tu robicie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścibska suka z dołu?

Miał rozszerzone źrenice, mówił bełkotliwie.

Był naćpany.

Robiło się coraz ciekawiej.

Powtórzyłam:

– Proszę odłożyć broń.

– Bo co?

– Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana – ostrzegł go Autry.

– Co ty pieprzysz? – Pistolet niebezpiecznie zakołysał się w dłoni mężczyzny.

– Davis – mruknęłam i lekko odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na partnera.

Kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Poczułam przypływ adrenaliny, kiedy do pokoju wpadł drugi mężczyzna, wycelował pistolet w plecy Autry’ego i położył palec na spuście.

Nie miałam ani chwili do stracenia. Musiałam stanąć przed partnerem.

Osłonić go.

Obaj mężczyźni grozili nam bronią. Nie miałam wyboru. Strzeliłam do tego drugiego. Rozległy się dwa wystrzały, głośniejsze od uderzenia pioruna. Huk odbił się echem w mojej głowie i niemal w tej samej chwili poczułam ostry, palący ból w klatce piersiowej.

Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jeszcze raz.

Przewróciłam się do tyłu, prosto na Autry’ego. Nad moją głową rozległy się kolejne wystrzały.

Słyszałam hałas. Jęki. Krzyki.

Spokojny głos Autry’ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.

– Trzy osoby z ranami postrzałowymi, w tym jedna policjantka, wielokrotnie postrzelona. Przyślijcie ambulans na 320B Lexington Street.

Miałam wrażenie, że ból promieniuje z ran na całe moje ciało.

– O cholera, Robyn, o cholera – szeptał mi do ucha Autry. – Dlaczego? Dlaczego?

Wiedziałam, o co pytał.

Chciałam odpowiedzieć, ale nie mogłam poruszać ustami. Coś złego działo się też z moim wzrokiem. Jakieś czarne cienie zmniejszały pole widzenia, coraz szybsze i coraz bardziej gęste.

– Robbie, zostań ze mną. Zostań.

Chciałam.

Bardzo.

Chciałam wyciągnąć rękę, mocno go złapać i nie puścić.

Ale mój umysł odłączył się od ciała i odpływał coraz dalej i dalej…ROZDZIAŁ PIERWSZY

Robyn

Teraz

Ardnoch, Sutherland
Szkocja

Jak nigdy nawet nie pomyślałam o swoim aparacie fotograficznym, scenerii czy idealnym ujęciu. To naprawdę zdumiewające, bo znajdowałam się w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam.

Trudno mi było jednak skupić się na podziwianiu krajobrazu, kiedy dosłownie minuty dzieliły mnie od spotkania z ojcem.

Którego nie widziałam od czternastego roku życia.

Niektórzy, kiedy są czymś podekscytowani, mówią, że mają motylki w brzuchu. W tej chwili na pewno się tak nie czułam. Motylki w brzuchu to podenerwowanie połączone z przyjemnym oczekiwaniem, natomiast ja czułam się wręcz chora. Kolana dosłownie uginały się pode mną.

I wkurzało mnie, że mój ojciec, Mac Galbraith, ma nade mną taką władzę.

Wysiadłam z wypożyczonego samochodu, wyprostowałam się, głęboko zaczerpnęłam powietrza i ruszyłam przez wysypany żwirem podjazd ku ogromnej bramie między dwiema ceglanymi kolumnami, które płynnie przechodziły w wysoki mur. Po drugiej stronie bramy podjazd ciągnął się dalej i znikał w mroku lasu na obrzeżach posiadłości.

Stanęłam pod bramą i zaczęłam szukać dzwonka albo kamery. Bez skutku. Próbowałam potrząsnąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła. Zmrużyłam oczy, usiłując sięgnąć wzrokiem poza drzewa. Nasłuchiwałam ćwierkania ptaków i wiatru szeleszczącego w liściach.

Kątem oka zauważyłam jakiś ruch po lewej stronie i dostrzegłam światło odbijające się od przesuwającego się obiektywu kamery. Wyciągnęłam głowę, żeby lepiej mu się przyjrzeć, i zobaczyłam kamerę ukrytą na drzewie.

Zasalutowałam, przykładając dwa palce do głowy, żeby dać znać obserwującej mnie osobie, że widzę kamerę.

Teraz pozostawało mi tylko czekać.

Jakbym nie była wystarczająco zdenerwowana.

Odwróciłam się, oparłam o bramę, skrzyżowałam ręce na piersi i nogi w kostkach, przyjmując pozę, która mówiła: „Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś nie przyjdzie”.

Nie minęło nawet parę minut, kiedy usłyszałam dźwięk silnika i chrzęst kół na żwirze. Odwróciłam się i zobaczyłam, że z drugiej strony pod bramę podjeżdża czarny range rover z przyciemnionymi szybami.

Nerwy miałam napięte jak postronki.

Dlaczego akurat mój ojciec musiał być szefem ochrony w jednym z najbardziej prestiżowych zamkniętych klubów na świecie?

Aha, no tak.

Z powodu Lachlana Adaira.

Poczułam zazdrość i urazę, za które wstydziłam się przed samą sobą. Próbując je zignorować, znowu splotłam ręce na piersi, aby wyglądać nonszalancko. Samochód stanął, drzwi od strony kierowcy się otworzyły i do bramy podszedł mężczyzna w czarnych spodniach, czarnej koszuli i skórzanej kurtce.

Zauważyłam maleńką słuchawkę w jego uchu.

Pracował w ochronie.

Ale to nie był mój ojciec.

– To teren prywatny – powiedział ze szkockim akcentem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.

– Wiem. – Popatrzyłam ponad jego ramieniem. – Przyjechałam, żeby spotkać się z ojcem.

– Niestety, na teren posiadłości mają wstęp tylko członkowie i pracownicy klubu. Muszę panią poprosić o odjechanie.

Miałam gdzieś to, że zamek Ardnoch gościł aktorów oraz potentatów telewizyjnych i kinowych, którzy co rok płacili fortunę tylko po to, żeby móc się pochwalić, że należą do klubu.

– Nazywam się Robyn Penhaligon. Moim ojcem jest Mac Galbright. Może mu pan przekazać, że przyjechałam?

Ochroniarz był bardzo profesjonalny – na jego twarzy nie pojawił się choćby cień zaskoczenia.

– Czy ma pani jakiś dowód tożsamości?

Wiedząc, że tego zażądają, wcześniej włożyłam prawo jazdy do tylnej kieszeni dżinsów. Wyjęłam je i podałam ochroniarzowi.

– Proszę chwilę poczekać. – Wrócił do samochodu i otworzył drzwi od strony kierowcy.

Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc słyszałam jego głos.

Podczas tej rozmowy poszłam do swojego auta po sweter, który zostawiłam na tylnym siedzeniu. Kiedy wychodziłam z hotelu, ze zdenerwowania było mi gorąco, ale teraz zaczęłam marznąć na chłodnym wiosennym powietrzu.

Parę minut później ochroniarz wrócił pod bramę.

– Poproszę o przekazanie mi wszelkich urządzeń do nagrywania, w tym smartfonów.

– Słucham?

– Osobom, które nie są członkami klubu, nie wolno wchodzić na teren posiadłości z jakimkolwiek sprzętem do nagrywania. Chronimy prywatność naszych gości.

– Jasne. – Oznaczało to, że mój kochany tatuś nie zamierza odprawić mnie z kwitkiem.

Cholera.

W głębi serca tego żałowałam.

Wyjęłam telefon z samochodu. Dobrze, że aparat fotograficzny zostawiłam w hotelu. Nikomu bym nie powierzyła swojego skarbu.

– To wszystko?

– Tak.

– Proszę wrócić do samochodu. Brama za chwilę się otworzy. Proszę jechać za mną.

Kiwnęłam głową i wsiadłam do wypożyczonego SUV-a. Ten wóz z napędem na cztery koła wydawał mi się najbardziej odpowiednim środkiem transportu po Pogórzu Szkockim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decyzja o tym, żeby przylecieć do Szkocji bez rezerwowania biletu powrotnego, narażała moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecznie powinnam ograniczać wydatki.

Ochroniarz już mnie nie widział, więc odetchnęłam głęboko w oczekiwaniu, aż zostanę wpuszczona. On w tym czasie zawrócił swojego range rovera i odjechał kawałek od bramy, która otworzyła się parę chwil później. Wjechałam na teren posiadłości.

Podjazd prowadził przez zalesiony obszar, który zdawał się nie mieć końca, ale nareszcie ustąpił miejsca rozległym trawnikom, za którymi widniało ogromne zamczysko. Na wielkim terenie widziałam porozstawiane chorągiewki – było to pole golfowe. W oddali majaczyły malutkie figurki graczy.

Przeniosłam wzrok z powrotem na zamek Ardnoch i znowu głęboko odetchnęłam.

Jeszcze nigdy nie czułam się aż tak bardzo nie na miejscu.

Podobne wrażenie miałam w obecności Maca.

Nigdy nie należałam do jego świata.

Bo nigdy mnie do niego nie wpuścił.

Przed sobą miałam dwustuletni, sześciopiętrowy, rozległy dwór w stylu zamkowym. Z mojego researchu wynikało, że mieści się w nim główna siedziba klubu, ale na terenie tej pięciohektarowej posiadłości znajdowały się także inne budynki, w tym stałe rezydencje, które członkowie klubu kupili za bajońskie sumy. W internecie wyczytałam, że posiadłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już mogłam potwierdzić), rozległe równiny (je też już widziałam), wrzosowiska (bardzo chciałam je zobaczyć) i złote plaże (bardzo, ale to bardzo chciałam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się uda, ale miałam nadzieję, że pójdzie na tyle dobrze, żebym mogła przynajmniej zwiedzić ten teren.

Chociaż czułam się tu jak ryba wyrzucona na brzeg.

Jadąc za range roverem, rozmyślałam o tutejszej ochronie. Co prawda posiadłość była otoczona wysokim murem, w którym znajdowała się solidna brama, ale jak na pięciu hektarach udawało się zapewnić członkom klubu prywatność?

Muszę o to spytać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną rozmawiać po tym, jak zadam mu pytanie: „Dlaczego nie kochałeś mnie na tyle, żeby pozostać w moim życiu? Dlaczego mnie zostawiłeś? Przez ciebie mam potężny lęk przed odrzuceniem, który w dramatyczny sposób wpłynął na moje życie”.

Mój żołądek znowu się odezwał, poczułam mdłości jak na statku podczas sztormu.

– Jezus Maria – szepnęłam, otwierając drzwi samochodu.

Zamek wyglądał jak Downton Abbey na sterydach. Nad nim górowały wieżyczki, a na jednym z gzymsów wisiała flaga Szkocji z krzyżem Świętego Andrzeja. Na kolumnach wspierał się dach zwieńczony małymi blankami, a w kunsztownie skonstruowanym portyku znajdowały się dwuskrzydłowe żelazne drzwi.

Kiedy wysiadłam, wiatr smagnął mnie w twarz włosami, które spięłam w kucyk, i przeniknął przez sweter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele zimniej. Jak na końcówkę marca powietrze okazało się zaskakująco ostre. Unosił się w nim zapach słonej wody, chociaż zamek dzieliły od morza prawie cztery kilometry.

Uwielbiałam tutejsze powietrze. Takie rześkie i świeże. Dodawało mi energii.

Kiedy zadarłam głowę, żeby przyjrzeć się fladze, usłyszałam szczęk otwieranych drzwi. Wyłonił się zza nich mężczyzna w tradycyjnym stroju kamerdynera, włącznie z białymi rękawiczkami.

Zamierzał podejść, żeby mnie przywitać, ale znieruchomiał, kiedy pojawił się inny mężczyzna.

Głęboko zaczerpnęłam powietrza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknęłam. Zmusiłam się do tego, żeby podnieść wzrok i spojrzeć na bardzo wysokiego, barczystego mężczyznę, który szedł w moją stronę.

Kiedy go rozpoznałam, zalała mnie fala mieszanych emocji. Miał na sobie uszyty na miarę szary garnitur, w którym jednak nie wyglądał jak elegancik. Gęste, szpakowate włosy wywijały mu się na karku i wymagały przystrzyżenia. Był nieogolony.

Wyglądał na trzydzieści parę lat, ale ja wiedziałam, że ma czterdzieści cztery.

Z neutralnym wyrazem twarzy szedł do mnie zdecydowanym krokiem. Kiedy się zbliżył, przekonałam się, jak bardzo jestem podobna do ojca. Jego włosy były ciemniejsze, ale odziedziczyłam po nim oczy i kształt twarzy.

Tak, oczy mieliśmy identyczne. Taka sama jasnobrązowa obwódka wokół źrenicy i takie same szaro-zielone promyczki, które odchodziły od brzegów tęczówki i wtapiały się w jej brąz.

Mama często powtarzała, że chociaż tyle dobrego od niego dostałam.

Mac Galbraight patrzył na mnie kamiennym wzrokiem, ale po chwili jego obojętność zniknęła. Z trudem przełknął ślinę.

– Robyn?

– Mac. – Podałam mu rękę.

Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wiedział, co powinien zrobić.

W końcu dobre wychowanie wzięło górę i uścisnął mi dłoń. A kiedy już to zrobił, puścił ją niechętnie. To powitanie wywołało we mnie złożoną reakcję, której się nie spodziewałam. Łzy stanęły mi w oczach, więc odwróciłam wzrok, niby od niechcenia. Popatrzyłam na zamek i powiedziałam z udawaną obojętnością:

– Fajny masz domek.

– Nie mój – odparł. – Należy do Lachlana. Do rodziny Adairów.

Jakbym nie wiedziała. Wrócił palący żal. Zmusiłam się, żeby znowu spojrzeć na ojca.

– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego przyjechałam.

– Zgadza się. Chociaż oczywiście to miła niespodzianka.

Czyżby?

Popatrzyłam na niego zmrużonymi oczami, próbując oszacować, ile prawdy było w tych słowach.

– Przyjechałam w sprawie, o której wolałabym nie rozmawiać na podjeździe, z obcym facetem za plecami. – Miałam na myśli ochroniarza, który nadal stał za mną.

– Przykro mi. Takie mamy procedury.

Pokiwałam głową. Dobrze to znałam.

– Na pewno dobrze to znasz – powiedział, jakby czytał mi w myślach. – Słyszałem, że pracujesz w policji.

Wyglądał na zadowolonego. Jakby to tworzyło między nami pewną więź. Wcale mi się to nie podobało. Mac kiedyś był policjantem, zresztą tak samo jak mój ojczym, Seth Penhaligon.

– Rodzinna tradycja – powiedziałam. – Zawsze chciałam być taka jak mój ojciec, Seth.

Kiedy miałam szesnaście lat, postanowiłam oficjalnie zmienić nazwisko z Galbright na Penhaligon. Biologiczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze mną nie kontaktował, więc zamierzałam na dobre zerwać z nim wszelkie więzi i zacząć nosić nazwisko rodziców.

Mac doskonale potrafił ukrywać emocje, jednak zauważyłam w jego oczach mignięcie czegoś, co kazało mi się domyślać, że trafiłam w czuły punkt.

Hmm.

– Już nie pracuję w policji.

– Nie?

– Tak jak mówiłam, wolałabym nie ucinać sobie pogawędki tutaj. Wiem, że do tego zamku nie wpuszcza się byle kogo, więc może się przejdziemy?

Mac zmarszczył brwi.

– Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Porozmawiamy, a potem cię oprowadzę.

Wskazałam kciukiem przez ramię.

– A ten gość będzie nas cały czas niańczył?

Mac zerknął na współpracownika.

– Jock, odstaw samochód do garażu i wróć do swoich obowiązków, okej?

– Tak jest.

– Zapraszam. – Mac zwrócił się do mnie, wskazując na wejście do zamku.

– Może dla mnie bardziej stosowne byłoby wejście dla służby?

– Jest osobne wejście dla dostawców, ale oni zawsze zapowiadają swój przyjazd. – Rzucił mi ironiczne spojrzenie i ruszył do drzwi.

– A co z moim samochodem?

– Niech tu zostanie. W razie potrzeby możemy go potem przestawić.

Idąc za biologicznym ojcem, wpatrywałam się w tył jego głowy. Musiał mieć nieco ponad metr dziewięćdziesiąt i był w świetnej kondycji fizycznej. Wyglądał wręcz onieśmielająco. Miał czterdzieści cztery lata i formę mężczyzny młodszego o połowę. Świetnie się trzymał. Był przystojny, ale nie wymuskany. Dobrze mu się powodziło. Nie wyglądał na tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zaledwie piętnaście lat, zrobił dziecko swojej starszej dziewczynie, ale potem udało mu się ułożyć sobie życie.

No, ale tak to pewnie bywa, kiedy ktoś dla sukcesu jest gotów poświęcić związek i dziecko.

Tak się pogrążyłam w rozmyślaniach, że dopiero po dłuższej chwili zwróciłam uwagę na wnętrze.

O rany.

Kiedy stanęłam za progiem i zaczęłam się rozglądać, szczęka mi opadła.

Tak, zdecydowanie czułam się tutaj nie na miejscu.

– Wakefield, to moja córka Robyn. – Mac podszedł do faceta w uniformie. – Robyn, to jest Wakefield, kamerdyner.

Kamerdyner. Ależ oczywiście.

– Bardzo mi miło. – Mężczyzna ukłonił mi się ze stoickim wyrazem twarzy. – Witam na zamku Ardnoch.

Z roztargnieniem skinęłam głową i znowu zaczęłam się rozglądać.

– Robi wrażenie, co? – Na widok mojej miny Mac szeroko się uśmiechnął.

Hol był przeogromny.

Lakierowany drewniany parkiet jeszcze bardziej potęgował to wrażenie. Wystrój wnętrza utrzymano w szkockim stylu, bogactwo aż z niego biło. Przede mną znajdowały się najwspanialsze schody, jakie kiedykolwiek widziałam. Były wyłożone wełnianym chodnikiem w czerwono-szarą kratkę i prowadziły na półpiętro zalane światłem wpadającym przez trzy witrażowe okna od podłogi do sufitu. Tam rozchodziły się na obie strony na pierwsze piętro, częściowo widoczne z krużganków po obu stronach holu. Na ogromnym kominku pod ścianą przy wejściu, naprzeciwko schodów, palił się ogień. Zapach drewna jeszcze bardziej podkreślał wrażenie przytulności, jakie udało się stworzyć projektantowi pomimo ciemnej boazerii na ścianach i suficie. Lampy od Tiffany’ego na niskich stolikach zalewały wnętrze ciepłym światłem.

Przed kominkiem stały dwie identyczne kanapy z zamszu i materiału, ozdobione guzikami i rozdzielone niską ławą. Więcej światła wlewało się do holu przez ogromne przejścia wiodące do innych pomieszczeń na parterze. Słyszałam dobiegające z oddali odgłosy rozmów.

W jednym z przejść stanął mężczyzna tak samo wysoki jak mój ojciec. Zatrzymał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą stronę.

Kiedy się zbliżył, rozpoznałam go.

Jego twarz znały miliony ludzi na całym świecie.

Miał na sobie dopasowany, czarny, kaszmirowy sweter, który podkreślał jego muskulaturę, i czarne spodnie od garnituru. Jego styl był elegancki, ale jednocześnie nonszalancki. Miał dokładnie takie ciało i taki sposób chodzenia, jakie magazyny modowe uwielbiały w hollywoodzkich aktorach.

Kiedyś był jednym z nich.

Należał do ścisłej czołówki.

Lachlan Adair.

Każda inna kobieta oniemiałaby z zachwytu na widok jego włosów o odcieniu ciemnego blondu, pięknych niebieskich oczu, seksownych ust i krótkiej ciemnobrązowej brody. Ewidentnie był przystojny, ale jego uroda nie była nieskazitelna, przez co stawał się jeszcze bardziej pociągający. W oczach miał charakterystyczny dla siebie złośliwy błysk. Z tego, co wiedziałam, był też całkiem niezłym aktorem, chociaż obsadzano go głównie w filmach akcji.

W każdym razie ja nie oniemiałam.

Byłam zestresowana, ale nie z powodu jego charyzmy czy sławy.

Pod pozorami obojętności kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była to jego wina. Absolutnie. Ale był to mężczyzna, dla którego porzucił mnie ojciec.

Kiedy dwudziestojednoletni Lachlan Adair został gwiazdą Hollywood po tym, jak wystąpił w filmie akcji, który stał się wielkim hitem, zatrudnił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dlatego, że obaj byli Szkotami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bliscy. Tak bliscy, że Mac wszędzie towarzyszył Lachlanowi, przez co zniknął na cały ten okres, kiedy byłam nastolatką. Nie przyjeżdżał na moje urodziny. Nie pojawił się na uroczystości ukończenia liceum. A potem, gdy Lachlan zrezygnował z kariery, obaj pojechali do Szkocji, gdzie były aktor stworzył w swojej rodzinnej posiadłości ten ekskluzywny zamknięty klub.

Mac był szefem ochrony i mieszkał poza terenem posiadłości.

– Słyszałem, że masz gościa – powiedział Lachlan. Spojrzał ponad moją głową i zwrócił się do kamerdynera: – Wakefield, w Apartamencie Księżnej jest problem z jednym z gości. Mógłbyś się tym zająć?

Kamerdyner nas wyminął.

– Oczywiście, proszę pana. – Ruszył po ogromnych schodach.

Szedł szybko, ale jednocześnie nie wyglądał tak, jakby się spieszył.

Adair spojrzał na mnie kamiennym wzrokiem, ale powiedział do mojego ojca:

– Mac, chyba powinieneś nas sobie przedstawić.

– Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.

Żadne z nas nie wyciągnęło ręki na powitanie. Między nami pojawiło się niezręczne napięcie.

Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić.

Przecież to nie ja ukradłam mu ojca.

– Wiem, kto to jest – powiedziałam obojętnym tonem.

Lachlan lekko zmrużył oczy.

– Dużo o tobie słyszałem. To dziwne, że przez prawie dwadzieścia lat istniałaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.

– Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włóczyć się po świecie z aktorem. – Nie odważyłam się spojrzeć na Maca.

Pomimo naszej trudnej relacji nie przyjechałam tu po to, żeby go atakować. W głębi serca rozumiałam, dlaczego ojciec zniknął z mojego życia.

– Słucham? – W cichym głosie Adaira zabrzmiała niebezpieczna nuta.

Zignorowałam go i zwróciłam się do ojca:

– Możemy porozmawiać na osobności?

– Oczywiście – odparł Adair. – Przepraszam, że przeszkodziłem. – Rzucił Macowi zaniepokojone spojrzenie. – Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Mac kiwnął głową. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.

– Jeśli wolisz, możemy porozmawiać poza posiadłością.

– Nie wygłupiaj się. – Adair zrobił krok do tyłu. – Oprowadź pannę Penhaligon.

Czy mi się wydawało, czy rzeczywiście wypowiedział moje nazwisko z naciskiem?

Mac mocno zacisnął wargi i rzucił Adairowi ostrzegawcze spojrzenie. Właściciel zamku podniósł ręce w geście kapitulacji, po czym, już nawet na mnie nie spoglądając, odwrócił się i odszedł.

Ogólnie rzecz biorąc, zachował się wobec mnie równie arogancko jak ja wobec niego.

Moja arogancja miała podstawy, chociaż nie powinnam go winić za postępowanie ojca.

Ale czym ja się naraziłam Lachlanowi Adairowi?ROZDZIAŁ DRUGI

Robyn

Kilka minut później znalazłam się w pokoju w głębi korytarza na pierwszym piętrze – w gabinecie Maca, urządzonym o wiele prościej niż ta część zamku, którą do tej pory zobaczyłam.

Przez płytko osadzone okno za biurkiem było widać zaledwie niewielki fragment posiadłości. Pokój okazał się ciemny i szary, a przed wrażeniem posępności chroniły go liczne lampy, wygodne zabytkowe meble i zaskakująco duży księgozbiór.

Przed biurkiem stały dwa fotele. Mac poprosił, żebym usiadła.

– Napijesz się kawy albo herbaty?

Nagle poczułam o wiele większe zdenerwowanie niż wtedy, gdy podszedł do mnie na samym początku. Kiwnęłam głową i wymamrotałam:

– Tak, dziękuję, poproszę kawę.

Usiadłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.

Mac podniósł słuchawkę telefonu i wcisnął guzik. Po paru chwilach powiedział:

– Stephen, czy mógłbyś przysłać do mojego gabinetu kawę i jakieś przekąski? Dla dwóch osób.

Ze słuchawki popłynął cichy głos.

– Dziękuję. – Mac rozłączył się i usiadł na brzegu biurka.

W końcu zostałam z nim sama, ale kiedy spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, poczułam obezwładniający ból w piersi. Zapadło milczenie. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność.

Przynajmniej ja miałam takie wrażenie.

– Czyli… – Mac w końcu przerwał tę męczącą ciszę. – Rozumiem, że przyjechałaś do mnie z jakiegoś konkretnego powodu?

Wszystko, co chodziło mi po głowie od paru miesięcy, czyli odkąd moja psychoterapeutka zasugerowała, że powinnam spotkać się z Makiem, teraz zupełnie mnie przytłoczyło. Gdybym powiedziała temu mężczyźnie, temu prawie obcemu człowiekowi, o wszystkim, co czułam, otworzyłabym się przed kimś, kto już wcześniej wyrządził mi niewypowiedzianie wielką krzywdę. Uświadomiłam to sobie dopiero, kiedy spojrzałam mu prosto w oczy i poczułam bolesną tęsknotę za ojcem, którego ledwie znałam.

Mac czekał cierpliwie, aż się odezwę, mnie jednak słowa uwięzły w gardle.

Z niepokojem zmarszczył brwi.

– Robyn, czy coś się stało?

– Ja… yyy… odeszłam z pracy.

– Już o tym mówiłaś. Miałaś jakiś konkretny powód?

Z trudem odwróciłam głowę i niewidzącym wzrokiem zaczęłam wpatrywać się w regał z książkami.

– Po prostu stwierdziłam, że to nie dla mnie. – Zacisnęłam zęby, wkurzona na siebie za to, że nie zdobyłam się na szczerość.

– To jedyny powód? – spytał.

– Tak – skłamałam i przeniosłam wzrok z powrotem na niego. – Założyłam firmę fotograficzną. Przeważnie pracuję w atelier, ale zaczęłam też sprzedawać przez internet zdjęcia Bostonu i nieźle mi to idzie. Zawsze chciałam odwiedzić Szkocję, w końcu w połowie jestem Szkotką. Zdjęcia stąd mogłyby zrobić furorę… No i pomyślałam, że przy okazji powinnam się z tobą spotkać, skoro to z twojego powodu płynie we mnie szkocka krew.

Kąciki jego ust lekko drgnęły.

– Cieszę się, że przyjechałaś. I gratuluję firmy. – Jego oczy pojaśniały. – Pierwszy aparat fotograficzny dostałaś ode mnie. Pamiętasz?

Oczy zapiekły mnie od głupich łez. Gwałtownie podniosłam się z fotela.

– Wiesz, chyba jednak nie jestem na to gotowa…

– Robyn… – Mac też wstał.

– Pójdę już.

Mina mu zrzedła.

– Proszę, zostań. Chociaż wypij ze mną kawę.

Nie mogłam. Czułam, że lada chwila wybuchnę płaczem. Było to zatrważające i pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie.

– Później. Teraz muszę już iść.

Szybko podeszłam do drzwi, otworzyłam je szarpnięciem i wymaszerowałam na korytarz. Mało brakowało, a zderzyłabym się z młodym mężczyzną w stroju podobnym do tego, który nosił Wakefield. Niósł tacę z naszą kawą.

– Przepraszam. – Wyminęłam go.

Chciałam czym prędzej uciec od Maca.

– Chryste! – Mac wyrzucił z siebie. – Stephen, przepraszam. Postaw, proszę, tacę na biurku. – Wyszedł za mną na wąski korytarz prowadzący do holu.

– Proszę, zostań. Porozmawiajmy.

– Nie teraz, okej?

– Ale zostaniesz? Zobaczymy się jeszcze, tak?

Kiwnęłam głową. Nie byłam gotowa rzucić tego wszystkiego. Musiałam tylko się pozbierać. Najwyraźniej nasze spotkanie po tak długiej przerwie wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałam.

– Zostanę w Ardnoch. Wynajęłam pokój w pensjonacie Gloaming.

– To dobrze.

Znowu zapadło między nami milczenie.

– Wiesz, co to znaczy „_gloaming_”? – spytał w końcu.

– Tak, Gordon, właściciel, wyjaśnił mi, że to „zmierzch”.

– No oczywiście. – Mac uśmiechnął się szeroko. – Gordon pewnie wszystkim to mówi.

– Znasz go?

– To mała miejscowość. Wszyscy się tu znają.

– Jasne. – Zastanawiałam się nad tym przez chwilę, kiedy otworzył i przytrzymał mi drzwi wyjściowe. – Czy z tego powodu łatwiej czy trudniej zapewnić prywatność członkom klubu?

– Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obchodzi, co robią bogate gwiazdy. Członkowie klubu mogą poruszać się po okolicy i nie martwić się, czy później znajdą swoje zdjęcia w internecie. No, chyba że latem zjadą się paparazzi. Tutejsi ludzie rozumieją, że nasi goście chętnie wracają do miejsca, w którym mają zapewnione prywatność i normalne życie. Ludzie w miasteczku o wiele chętniej plotkują o sąsiadach niż o członkach klubu.

– Całkiem logiczne. – Mój wypożyczony samochód stał na podjeździe w miejscu, w którym go zostawiłam. Było mi okropnie wstyd z powodu tej nagłej ucieczki, nie miałam śmiałości spojrzeć Macowi prosto w oczy. – Przepraszam za tę scenę. Po prostu… – Wzruszyłam ramionami.

Nie dałam rady dokończyć zdania.

– Proszę pana!

Mac odwrócił się, a ja spojrzałam ponad jego ramieniem i zobaczyłam, że w naszą stronę pospiesznym krokiem idzie jakiś mężczyzna ubrany mniej więcej tak samo jak Jock.

– O co chodzi?

– Jest pan pilnie potrzebny przy wejściu dla dostawców. – Mężczyzna patrzył na Maca lekko rozszerzonymi oczami, jakby próbował mu coś w ten sposób przekazać.

Ojciec najwyraźniej to zrozumiał. Zaklął pod nosem i zwrócił się do mnie:

– Muszę iść. Ale może spotkamy się dziś na kolacji w Gloaming?

Tak szybko?

– Może lepiej jutro wieczorem?

Kiwnął głową i podniósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją opuścił.

– Przyjdę około siódmej.

Kiedy tylko się umówiliśmy, szybkim krokiem podszedł przez żwirowany pojazd do swojego pracownika.

Gdy zniknął w zamku, spojrzałam na dach z blankami i westchnęłam. Przepełniało mnie rozczarowanie. Czego właściwie się spodziewałam, gdy tu przyjechałam? Że w jakiś cudowny sposób znowu powstanie więź między nami? Że będę potrafiła wylać z siebie wszystkie żale – w nadziei na co? Na to, że wtedy uda mi się wypełnić pustkę w moim wnętrzu?

Prychając z niezadowoleniem, zaczęłam otwierać drzwi samochodu.

– Zaczekaj!

Znieruchomiałam. Znałam ten głos.

Słysząc chrzęst żwiru za sobą, wzięłam głęboki wdech. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Lachlanem Adairem.

W jasnym, naturalnym świetle wydawał mi się większy, bardziej onieśmielający. Jego nieprawdopodobnie lazurowe oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo. Nie znalazłam w nich ani śladu tych słynnych złośliwych iskierek.

– W czym mogę pomóc? – spytałam chłodno.

– Właściwie co ty tu robisz?

Gorąca fala gniewu wybuchła we mnie tak szybko jak płomień na zapałce.

– Chyba jeszcze do ciebie nie dotarło, że jestem córką Maca – odparłam ze złością.

Wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem.

– Jeżeli przyjechałaś po to, żeby narobić mu kłopotów, to zdecydowanie odradzam. I tak ma wystarczająco dużo spraw na głowie. Nie potrzebuje, żebyś mu próbowała spieprzyć życie.

Co za dupek! Miał nieprawdopodobny tupet.

– Ja mu próbuję spieprzyć życie? To on porzucił mnie, a nie na odwrót.

– O tak, wiem, że twoja matka lubi powtarzać tę historyjkę.

Wściekła, trzasnęłam drzwiami auta i stanęłam twarzą do niego. Poczułam nietypową chęć, żeby na niego nawrzeszczeć, ale jakoś udało mi się odzyskać samokontrolę i odpowiedzieć w miarę spokojnie:

– Jak śmiesz? Nie waż się w ten sposób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.

Adair popatrzył na mnie z takim politowaniem, że aż prosił się o to, żeby go walnąć.

– Śmiem twierdzić, że wiem na ten temat więcej niż ty. – Zrobił krok w moją stronę, przypierając mnie w ten sposób do samochodu. W jego oczach pojawił się chłód. – Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek, nawet ty, próbował zawracać mu głowę, więc grzecznie proponuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsiadła do samolotu i stąd spadała.

– Myślisz, że się ciebie przestraszę? – Odsunęłam się od samochodu i teraz to ja zbliżyłam się do Adaira, zmuszając go do zrobienia kroku w tył. – Dawałam sobie radę z większymi i gorszymi problemami niż były aktor, więc niezbyt grzecznie proponuję, żebyś nie wtrącał się do spraw moich i mojego ojca. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że nie byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, że próbujesz stawać między nami.

Mięsień w jego szczęce drgnął. Adair cofnął się jeszcze o krok. Chyba się spodziewał, że dam się zastraszyć.

– Mam nadzieję, że się rozumiemy. – Uśmiechnęłam się z ironią i gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi samochodu.

Kiedy jednak wsiadałam do auta, Adair powiedział cichym, złowieszczym głosem:

– Panno Penhaligon, skrzywdziła pani moją rodzinę, a ja dopilnuję, żeby pani za to zapłaciła.

Wciąż słysząc jego poważny głos, przez chwilę patrzyłam za tym draniem, który wielkimi krokami wracał do zamku. Zaklęłam pod nosem, wściekła, że miał w tej rozmowie ostatnie słowo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij