-
nowość
Jutro może być za późno - ebook
Jutro może być za późno - ebook
Wzruszająca opowieść o miłości, która przekracza czas
Strzyżów, lato 1939 roku. Jedenastoletni Ignacy poznaje Sarę, córkę miejscowego fotografa. Dziecięce zauroczenie szybko przeradza się w pierwszą miłość – delikatną i czystą. Tuż przed wybuchem wojny Sara znika bez pożegnania. W pamięci Ignacego pozostaje jedynie wspomnienie pocałunku i motyla tańczącego nad ich głowami.
Gdańsk, 2022 rok. Malwina cudem unika śmierci w wypadku samochodowym. Postanawia opuścić rodzinne miasto, by zacząć od nowa. W niewielkiej miejscowości otwiera kwiaciarnię, a do każdego bukietu dołącza dobrą wróżbę. Pewnego dnia w progu jej sklepu staje ktoś, kto sprawi, że dawno zapomniana historia zacznie budzić się do życia…
Los splata ze sobą przeszłość i teraźniejszość, pokazując, że uczucia – choć uśpione – nigdy naprawdę nie umierają.
Jutro może być za późno to nowa powieść Katarzyny Grzebyk, autorki ciepło przyjętej przez czytelników książki Pomiędzy nami tajemnice.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8335-835-2 |
| Rozmiar pliku: | 726 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mężczyzna z rosnącym niepokojem obserwował to, co działo się na ulicy. Akurat pakował do kartonów drewniane ramy i zwoje papieru, którego nie zdążył zużyć w ostatnich miesiącach, gdy usłyszał dobiegające z ulicy okrzyki. Ostro brzmiące, nieznoszące sprzeciwu głosy męskie w języku niemieckim i cienki, płaczliwy głos kobiecy. Mówiła po polsku.
Naraz upuścił zwój papieru, który tak pieczołowicie przed chwilą zwijał. Ból ścisnął mu serce. Wyprostował się i ostrożnie podszedł do okna. Stanął dyskretnie z boku, by nie zostać zauważonym, i w milczeniu przypatrywał się okrutnej scenie. Choć serce podpowiadało, by wybiec z impetem na ulicę z nożem lub innym śmiercionośnym narzędziem w ręku i stanąć w obronie Bogu ducha winnej kobiety, to rozum zalecał, by nie ryzykować. Zbyt wiele miał do stracenia, a i pewności żadnej, że zdołałby ją ocalić. Doskonale wiedział, że stał na straconej pozycji, i to było dla niego najbardziej bolesne. Świadomość, że nie może nic zrobić.
— Halt! Stój — krzyknął żandarm do przechodzącej drugą stroną ulicy młodej kobiety. — Jude, halt! Zatrzymać się!
Kobieta przystanęła. W ręku ściskała siatkę z zakupami. Powoli się odwróciła. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Mężczyźni równym krokiem ruszyli w jej kierunku.
— Ukłoń się! — rozkazał jeden z nich.
— Auf deinen Knien! — ryknął drugi, wyjmując pistolet.
Kobieta upuściła siatkę i upadła na kolana. Była blada jak śnieg. Najpierw głośno, a potem coraz ciszej prosiła o łaskę.
— Nie okazałaś należytego szacunku niemieckiemu oficerowi! — krzyknął ten, który trzymał w ręku pistolet.
Wymierzył broń prosto w jej czoło.
— Wiktor, daj spokój — mitygował ściszonym głosem drugi, nachylając się w stronę kompana. — Spóźnimy się. Hauptmann Köller wypatruje nas na posterunku od co najmniej kwadransa, a wiesz, że on nie lubi czekać.
Wiktor zmierzył współtowarzysza nieprzyjaznym spojrzeniem. Wiedział, że Köller, urzędujący na piętrze, może akurat siedzieć przy biurku tuż obok okna i ich obserwować. Przyglądał się z pogardą drżącej ze strachu kobiecie.
— Gdybyś nie była brudną Żydówką — wciąż celując w jej czoło, wycedził po niemiecku — inaczej bym się z tobą zabawił. Przydałabyś mi się dziś wieczorem po służbie… — patrzył coraz bardziej lubieżnie — ale jesteś tylko brudną Żydówką… nie masz prawa żyć!
Splunął obok niej. Kobieta dygotała.
— Wiktor, zostaw ją. Już jesteśmy spóźnieni. Puść ją…
— Thomas, a może tobie wpadła w oko ta Żydóweczka, co? — Wiktor roześmiał się, odsunął pistolet, ale go nie schował. — Podziękuj panu za łaskę — rozkazał kobiecie. — Całuj te buty!
Klęcząca kobieta pochyliła się, by pocałować wypastowane oficerki, a Niemiec rozbawiony pokazywał nieprzyzwoite gesty, doprowadzając kolegę do śmiechu. Kiedy kobieta się odsunęła, oficer zauważył, że buty są mokre od łez i zanieczyszczone katarem. Wpadł we wściekłość. Kopnął swą ofiarę z całej siły w brzuch, aż skuliła się w sobie. Thomas się odwrócił. Nie chciał patrzeć na jej cierpienie.
— Wstawaj i wynoś się! Schnell! Schneller! — ryknął Wiktor.
Młoda kobieta podniosła się z trudem i wzięła siatkę. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, ale zrobiła pierwszy, a potem drugi krok w stronę, w którą wcześniej zmierzała.
— Schneller! — ponaglił żandarm.
— Wiktor, popatrz tu! — Thomas za wszelką cenę próbował odwrócić uwagę kolegi od nieszczęsnej kobiety. Wyjął z kieszeni ulotkę przedstawiającą karykatury Żydów, do których były dołączone wulgarne podpisy. — Patrz! Tu lepsza zabawa. — Pociągnął go za rękę w swoją stronę.
Wiktor rzucił okiem na papier, roześmiał się, jednak odchodząca kobieta nie dawała mu spokoju. Odwrócił się.
Ledwie szła na dygoczących nogach. Kruczoczarne, upięte z obu stron włosy lekko opadały jej na szyję. Sylwetkę miała szczupłą, wąską talię, pełne biodra i pośladki. Wiktor potrafił ocenić walory kobiecej figury i docenić wszelkie krągłości. Monika, jego żona, wyschła na wiór po urodzeniu trójki dzieci, co mu bardzo nie odpowiadało, więc uciechę znajdował w ramionach innych, przypadkowo napotkanych kobiet. Ta odchodząca w przeciwną stronę dziewczyna była całkiem w jego guście. Zrobiło mu się ciemno przed oczami na widok ściśniętej paskiem talii, którą mógłby objąć dłońmi, i kształtnie zarysowanych pod sukienką pośladków. Dobrze wiedział, co by mógł z nią zrobić… Gdyby tylko nie była tą przeklętą Żydówką.
Poluzował kołnierzyk, splunął na ziemię i wycelował pistolet w plecy kobiety. Pociągnął za spust. Thomas nawet nie zdążył go powstrzymać. Z niedowierzaniem patrzył to na kolegę, który miał szaleństwo w oczach, to na kobietę. Leżała bezwładnie na ziemi, pomiędzy pieczywem, które przy upadku wysypało się z siatki, i strużką krwi, która zaczynała barwić jedną z bułek na czerwono.
— Wiktor, do cholery! — krzyknął.
— Tak należy postępować z tymi, którzy nie okazują szacunku żołnierzowi niemieckiemu. — Wiktor podkreślał każde słowo. — Lepiej to zapamiętaj! Hauptmann Köller będzie zadowolony, gdy się dowie, że dziś znowu zrobiłem porządek w tym zapchlonym mieście. Żałuję tylko, że nie wziąłem pejcza, bo dłużej bym się z nią pobawił.
Thomas milczał. Kilkakrotnie widział, jak Wiktor używa swojej ulubionej broni, która wprawdzie nie powodowała
śmierci tak nieuchronnej jak pistolet, za to gwarantowała straszne cierpienie. Nie raz, nie dwa oberwało się tutejszym mieszkańcom, gdy zebrali się pod sklepem albo szli ulicą. Czy to był Polak, czy Żyd, Wiktor walił pejczem na oślep, czerpiąc z tego dziką przyjemność.
Mężczyzna obserwujący całe zajście zza okna poczuł się słabo i chciał złapać za półkę witryny, lecz runął wraz z nią na podłogę, robiąc przy tym sporo hałasu. Odgłos tłuczonego szkła zwrócił uwagę Niemców. Odwrócili się i ujrzeli cień w sklepie naprzeciwko. Wiktor przeczytał napis na szyldzie, trącił kolegę łokciem i z pistoletem ruszył w stronę sklepu. Thomas niechętnie poszedł za nim.
Mężczyzna podniósł się, otrzepał ze szkła, wytarł w spodnie poranione dłonie. Niemcy byli już blisko. Doskonale wiedział, że nie idą do niego na pogawędkę ani w interesach. W tym, który kroczył pierwszy, od razu rozpoznał Wiktora Waszka, niemieckiego żandarma, który słynął w mieście ze szczególnego okrucieństwa. Nikt nie znał dnia ani godziny, kiedy mógłby stać się jego ofiarą. Gdy miał dobry dzień, potrafił być uprzejmy, ale przeważały u niego dni gorsze, gdy zamieniał się w sadystę. Śmierć z jego rąk poniosło już kilka osób, a kilkanaście zostało pobitych. Dziś miał ewidentnie gorszy dzień. Gdy wraz z kolegą mijał witrynę, mężczyzna dostrzegł w jego oczach wściekłość.
Podszedł do szuflady i wyjął z etui na okulary trzy szklane fiolki z proszkiem w środku. Ze smutkiem pomyślał, że ta chwila nadeszła zbyt szybko. Oczywiście wiedział, że wcześ-
niej czy później nastąpi, i przygotowywał się na nią, ale teraz, gdy wyjmował fiolki, dłonie mu drżały. Zostało przecież jeszcze tyle niezałatwionych spraw… Tyle niewypowiedzianych słów… Zaczął w myślach wyliczać, czego nie zdążył zrobić czy przekazać innym, i gorzko stwierdził, że z pewnymi rzeczami za długo zwlekał. Innych po prostu nie mógł załatwić tak, jak chciał, bo rzeczywistość wojenna na to nie pozwalała.
— Nie można odkładać niczego na później — powiedział do siebie półgłosem. — Dzieci, chodźcie! — zawołał w stronę zaplecza. Niemal w tym samym momencie wyszło stamtąd dwóch nastolatków. — Już czas.
Wręczył każdemu po ampułce. Chłopcy porozumiewawczo kiwnęli głowami i posłusznie otworzyli fiolki. On również.
Usłyszeli zgrzyt solidnej klamki. Mężczyzna przełknął ślinę.
— Thomas, teraz twoja kolej. — Zanim weszli, Wiktor wcisnął koledze pistolet, który ten przyjął niechętnie. — Pokaż, że masz jaja.
Na znak dany przez ojca wszyscy wsypali zawartość fiolek do ust.
„Będziesz się czuł, jakbyś jadł gorzkie migdały. Potem stracisz przytomność, a twoim ciałem zaczną wstrząsać drgawki. Nawet nie będziesz wiedział, kiedy umrzesz, ale nie potrwa to dłużej niż kilka chwil”. Mężczyzna słyszał w głowie głos kuzyna, który na początku wojny zaopatrzył go w ampułki. „Każdy chciałby mieć taką szybką, bezbolesną śmierć, ale nie każdego na nią stać. Nie każdy ma do niej dostęp. Masz szczęście, że możesz ją sobie kupić”.
W pierwszej chwili nie poczuł nic. Spokojnie czekał, co nastąpi dalej. Jego synowie również, choć w ich oczach dostrzegł niepewność. Pomyślał jednak, że ta okrutna scena, którą widział na ulicy, nie licząc tych, których był świadkiem przez ostatnie miesiące, oraz brutalne wtargnięcie niemieckich żandarmów w wiadomym celu muszą zostać pomszczone. Nie może, ot tak, zostawić tego wszystkiego, czego się dorobił.
Zamknął oczy i wtedy wróciły do niego obrazy z niedalekiej przeszłości. Przypomniał sobie dzień piętnastego wrześ-
nia tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiętego i krwawą scenę, którą podobnie jak dziś obserwował przez okno i mógł zrobić wszystko, a jednocześnie nic, żeby przeciwstawić się złu. Był szabas. Józek, Berisz, Mates i Chune Wolf zostali zmuszeni przez niemieckich oficerów do sprzątania ulic. Żaden nie odważył się tego zrobić, więc stanowczo sprzeciwili się rozkazom. Rozległy się cztery strzały. Zginęli jeden po drugim. Padali jakby porażeni piorunem, ze zdziwieniem na twarzy, że rzeczywiście czeka ich śmierć tylko za to, iż nie chcieli zrobić czegoś wbrew swojej wierze. Ich ciała kilka godzin leżały w centrum miasta, dopiero potem mieszkańcy złożyli je na Żarnowskiej Górze. W pierwszych tygodniach wojny Niemcy zabronili zmieniać miejsce zamieszkania, słuchać radia. Odebrali radioodbiorniki, a także narty i buty narciarskie. Zajęli mieszkania majętniejszych Żydów, by utworzyć z nich lokum dla nowych władz niemieckich. Zakazali prowadzenia handlu i otrzymywania jedzenia od rolników.
Mężczyzna gorzko wspominał łaskę, jakiej doświadczył ze strony okupanta. Kiedy w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego roku zamknięto blisko siedemdziesiąt procent sklepów żydowskich, jemu pozwolili trwać, bo dobry fotograf był im potrzebny. Wchodzili do jego zakładu jak do pierwszej lepszej karczmy, trzaskali drzwiami, przewracali witryny, niszczyli pamiątkowe zdjęcia. Przychodzili fotografować się z żonami, kochankami, prostytutkami, nie płacąc złamanego grosza, tylko wyrządzając szkody. Raz któryś z nich rzucił tlącego się papierosa i gdyby nie szybki refleks właściciela zakładu, spłonąłby cały jego dorobek. Gasił ogień własnym płaszczem, wzbudzając salwy śmiechu. Niby okazali mu łaskę, ale robili wszystko, by miał dość życia w narzuconych przez nich warunkach. Nie chciał im się narażać, chciał jeszcze żyć, bo gdzieś, wiele kilometrów dalej czekała na niego reszta rodziny, do której pragnął wraz z synami dołączyć.
Teraz pogodził się z myślą, że takiego spotkania nie będzie. Nie na tym świecie.
Usłyszał jeszcze szurnięcie oficerek i głos Waszka.
— Bądźcie przeklęci, którzy przekraczacie ten próg w złych zamiarach i nie macie litości dla daru życia — szeptał półgłosem. — Bodajby los zemścił się na was okrutnie za to, że czynicie się panami życia i śmierci. Nie dostaniecie mnie, moich dzieci ani tej kamienicy! Nigdy… Niech to miejsce stanie się przeklęte! Nikt tu nie będzie czuł się bezpiecznie, dopóki nasze dusze nie zaznają spokoju…
Młodszy żołnierz z przestrachem patrzył mu w oczy, celując z pistoletu.
Rozległ się strzał.
Potem zapadła ciemność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiI. MALWINA
— Naprawdę nie wiem, jak ty sobie poradzisz…
Justyna zaczęła swoją tyradę od początku. Obserwowała przyjaciółkę, która z listą w ręku nerwowo pakowała walizkę i sprawdzała, czy o czymś nie zapomniała. Była w tym chaotyczna i nerwowa.
— Powtarzasz się — zauważyła, skubiąc skórkę wokół kciuka.
— Bo szczerze się martwię. — Justyna bezradnie rozłożyła ręce. — Uważam, że działasz zbyt pochopnie i nie przemyślałaś konsekwencji swoich decyzji.
Malwina popatrzyła na nią lekceważąco. Wzięła głębszy wdech, żeby po raz kolejny przedstawić przyjaciółce swój punkt widzenia.
— Całe życie byłam rozważna, dokładna i skrupulatna. Analizowałam i dzieliłam włos na czworo. I w pracy, i tu. — Wskazała na serce. — Do czego mnie to doprowadziło? — Pytanie, które zadała, było retoryczne.
— Okej, załóżmy, że może masz trochę racji, ale to wszystko dzieje się za szybko i jest do ciebie niepodobne. Nigdy się tak nie zachowywałaś. Nie poznaję cię.
Malwina wzruszyła ramionami i kolejny raz sprawdziła wszystkie przegródki w walizce, ignorując przyjaciółkę.
— Dziwię się, że rodzina ci na to pozwoliła — ciągnęła Justyna.
— Powinnam była się ich spytać? — zirytowała się Malwina. — Już dawno nie jestem małą dziewczynką i sama podejmuję decyzje. Wydaje mi się, że pogodzili się z tym, co postanowiłam.
— Ode mnie tego nie żądaj — zaznaczyła Justyna.
— Ani myślę. Po prostu liczę na to, że i ty się z tym oswoisz. A może mnie nawet zrozumiesz? — Ostatnie zdanie wypowiedziała z wyraźną ironią.
— Gdybyś zdecydowała się na taki krok w normalnej sytua-
cji, uznałabym, że wywracasz swoje życie do góry nogami. Teraz twierdzę, że oszalałaś. I mówię ci to prosto w twarz.
Justyna była bezpośrednia. Miała też nadzieję, że jej dosadne słowa wywrą na Malwinę jakikolwiek wpływ.
— Może nie pamiętasz, ale moje życie wywróciło się do góry nogami kilkanaście miesięcy temu. Jeśli wywróci się jeszcze raz, to będzie tak, jakby wróciło na swoje miejsce. Logiczne, prawda? Aj… — syknęła Malwina.
Oderwała wreszcie skórkę przy palcu, ale sprawiła sobie większy ból. Z kciuka sączyła się strużka krwi. Malwina sięgnęła po chusteczkę i zawinęła palec.
— Nie, to nie jest logiczne. — W głosie Justyny było słychać żal. — Serio wierzysz w to, że wyjazd ci pomoże?
— Nie pozostaje mi nic innego.
— Malwina, posłuchaj… Masz tu rodzinę, przyjaciół, znajomych. Masz do kogo wyciągnąć rękę i poprosić o pomoc, gdybyś czegoś potrzebowała. A tam, dokądkolwiek jedziesz, kto ci pomoże? Będziesz sama. Bez żadnego wsparcia.
Malwina usiadła na sofie. Dyskusja z przyjaciółką wyczerpywała ją i nie miała ochoty silić się na kolejne argumenty, zwłaszcza że w ostatnich dniach wiele razy sprzeczały się na ten temat. Żadna z nich nie chciała odpuścić i przyznać drugiej odrobiny racji.
— Owszem, mam tu was wszystkich, ale nie byliście w stanie mi pomóc, gdy tego najbardziej potrzebowałam, więc ten argument wcale mnie nie przekonuje — zauważyła cierpko.
— Ale wtedy ani ja, ani nikt inny nie mogliśmy ci pomóc — odparowała Justyna. — Mam ogromne wyrzuty sumienia, że tamtego wieczoru nie zostałam z tobą…
— To nie była twoja wina. Daj spokój. — Malwina machnęła ręką.
— Po trosze była… Gdybym wtedy była bardziej stanowcza, to dziś nie byłoby tej rozmowy. Wtedy dałam plamę, ale teraz możesz na mnie liczyć. Nie tylko na mnie.
— Może gdybyś wcześniej mnie ostrzegła i otworzyła oczy, to nie doszłoby do tego wszystkiego… Szkoda, że poniewczasie dowiedziałam się, że wy widzieliście te wszystkie niebezpieczne sygnały wcześniej. A zresztą, nie ma co gdybać i oglądać się za siebie. Czasu nie cofniemy.
— Nie miałam odwagi wtrącać się w twoje osobiste sprawy — odparła Justyna. — Sądzę, że ty postąpiłabyś tak samo, gdyby chodziło o mnie.
— Pewnie tak — przyznała Malwina. — Nie mam do ciebie żalu — zaznaczyła. — Jednak to, co mówisz, zupełnie nie przekonuje mnie do pozostania tutaj. Poza tym nie czuję się tu bezpiecznie. A tam…? Może nikt nie będzie mnie tam szukał? Nie będzie zadawał pytań.
— Przez najbliższe kilka lat nie masz co się bać tego idioty — zauważyła przyjaciółka.
— A potem? Mam zacząć się bać? Ładne mi pocieszenie — zirytowała się Malwina.
— Dostanie zakaz zbliżania się do ciebie, jak wyjdzie na wolność. Masz za sobą świetnych prawników, to wszystko jest do zrobienia.
— Ciebie by to uspokoiło?
Justyna miała już dość ciągłego odbijania przez przyjaciółkę piłeczki w dyskusji. Obie wiedziały, że rozmowa prowadzi donikąd, bo żadna nie chciała ustąpić.
— Naprawdę nie chcę tu dłużej mieszkać. Nawet nie mogę spokojnie wyjść na ulicę, bo ciągle spotykam kogoś znajomego. Wszyscy zadają te same pytania, a ja nie chcę patrzeć wstecz. Na rogu każdej ulicy czyha na mnie przeszłość. Nie chcę zamykać się w mieszkaniu i udawać, że żyję — rozgadała się. — Chciałabym w końcu zacząć żyć choć trochę normalnie. Poza tym… przestało mi się tu podobać.
— A to dobre! — Justyna klasnęła w dłonie. — Tego już mi nie wmówisz.
— Czego? — Malwina liczyła zawartość portfela.
— Tego, że Gdańsk ci się nie podoba.
— Przestał — odparła krótko, nie przestając liczyć banknotów i monet.
— Nie obraź się, ale wydaje mi się, że w tym całym nieszczęściu najbardziej ucierpiała twoja głowa, o tu! — Justyna popukała się w czoło.
— Może nie tu dokładnie, ale bardzo blisko.
Justynie zrobiło się głupio. Wiedziała, że przesadziła. Nie powinna była tak mówić.
— Nie przepraszaj — uprzedziła ją Malwina. — Wybaczam. I dziękuję, że zgodziłaś się mnie odwieźć. Gotowa? — Upewniła się jeszcze raz, że wszystko spakowała, omiotła spojrzeniem wysprzątane mieszkanie i bez żalu zamknęła za sobą drzwi. Justyna wlokła za sobą jej walizkę. Malwina, z dużym plecakiem na jednym ramieniu i torbą z laptopem na drugim, przekręciła klucz w zamku. Schowała go do kieszeni. Justyna spojrzała na nią wymownie. — Uparli się, żebym wzięła ze sobą klucze, gdybym jednak zapragnęła tu wrócić. — Przewróciła oczami.
— Dobrze zrobili, a jeszcze lepiej, że nie pozwolili ci sprzedać tego mieszkania — stwierdziła Justyna. — Ktoś będzie tu teraz mieszkał?
— Rodzice wynajmą je studentom. Podobno już są chętni.
— Nie dziwię się, trudno o lepszą lokalizację. Na pewno wszystko wzięłaś? — zatroszczyła się, gdy zbliżały się do samochodu.
Malwina pomacała kieszenie.
— Telefon! Chyba został w kuchni. Ładowałam go. Trzymaj to! — Wcisnęła Justynie plecak i torbę z laptopem i pobieg-
ła do mieszkania.
Telefon leżał na blacie kuchennym. Szybko włożyła go do kieszeni i już miała wychodzić, gdy poczuła, że miękną jej nogi. Usiadła przy stole. Na blacie stała mała butelka wody mineralnej. Sięgnęła po nią i wypiła duszkiem. Jeszcze chwilę siedziała w bezruchu, trzymając twarz w dłoniach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki