Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kacerz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
2993 pkt
punktów Virtualo

Kacerz - ebook

Prawda nie wybacza. Prawda zabija.

Kacerz to szósta część cyklu o pułkowniku Radosławie Sztylcu, byłym oficerze służb specjalnych. Człowieku, który widział za dużo, by wierzyć w przypadki i polityczne bajki.

Każde z nich jest już głęboko wciągnięte w grę, z której nie ma odwrotu bez zapłacenia ceny — krwią, bólem i czymś znacznie gorszym niż śmierć. Na horyzoncie pojawia się Czarny — dawny towarzysz ze służb. Człowiek naznaczony przeszłością, pełną brudnych spraw i nierozliczonych rachunków. Nieprzewidywalny, bezwzględny, pozbawiony złudzeń. Jego ludzie nie znają litości, a jego zamiary wobec Sztylca pozostają równie mroczne, co niejasne. Czy po latach Czarny wciąż jest sojusznikiem… czy już tylko kolejnym drapieżnikiem?

Kto naprawdę pociąga za sznurki? Jak głęboko sięga układ?

Akcja, jak zawsze, wykracza daleko poza granice Polski — prowadzi przez front ukraiński, Syberię, Morze Śródziemne, Niemcy i odległą Maderę. Wojna przestaje być tłem — staje się bezpośrednim zagrożeniem. Sztylc, Anaba i Rusinek trafiają w sam środek piekła, gdzie kończą się kalkulacje, a zaczyna brutalna walka o przetrwanie. Tam nie ma miejsca na wahanie. Tam strzela się, żeby żyć — albo ginie.

Czy uda im się wrócić w jednym kawałku? To zależy tylko od nich… i od tego, ile jeszcze są gotowi poświęcić.

Nowi wrogowie. Stare demony. Świat, w którym każdy sojusz może być zdradą.

Bo w tej grze nie chodzi o przetrwanie — tylko o to, kim się staniesz, żeby przeżyć.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18954-6
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

WSTĘP

Radek Sztylc prze­krę­cił klucz w zamku i naci­snął klamkę, by po chwili zna­leźć się w swoim dwu­kon­dy­gna­cyj­nym domu zlo­ka­li­zo­wa­nym na jed­nej z cichych uli­czek Saskiej Kępy, gdzie od jakie­goś czasu miesz­kał z córką. W dziel­nicy, w któ­rej przed­wo­jenna War­szawa wciąż szep­tała o daw­nych cza­sach, a nowe budynki sta­rały się nie zakłó­cać jej deli­kat­nej ele­gan­cji. Nie­ru­cho­mość, którą kupił Radek, wznie­siono w 1938 roku, a zapro­jek­to­wał ją Mie­czy­sław Michal­ski. Z zewnątrz kamie­nica pre­zen­to­wała się skrom­nie, w środku nato­miast kryła prze­strzeń urzą­dzoną tak, by wła­ści­ciel mógł zna­leźć rów­no­wagę mię­dzy bała­ga­nem życia ope­ra­cyj­nego a potrzebą cie­pła, któ­rego tak długo mu bra­ko­wało. Po wej­ściu od razu rzu­cała się w oczy este­tyka cie­płego art déco. Drewno o bar­wie koniaku, mięk­kie świa­tło lamp z mlecz­nego szkła, mosiężne detale w sto­no­wa­nym poły­sku. Ciemny dąb uło­żony w kla­syczną jodełkę lśnił na pod­ło­dze. Na ścia­nach domi­no­wały przy­tulne beże prze­ła­mane butel­kową zie­le­nią.

Ser­cem lokalu był zaś salon, który zaj­mo­wał znaczną część par­teru. Pośrodku usta­wiono w nim dużą kanapę w kolo­rze ciem­nego kar­melu, obitą miękką, lekko posta­rzaną skórą – naprze­ciw biblio­teczki i masyw­nego, ele­ganc­kiego kominka z gra­nitu. Wła­ści­ciel nie palił w nim pra­wie ni­gdy, po pro­stu lubił na niego patrzeć. Na ścia­nach wisiały stare fran­cu­skie gra­fiki z lat trzy­dzie­stych. Sztylc dostał je w pre­zen­cie od starca, który twier­dził, że kupił je we Fran­cji, będąc tam na wycieczce z Wehr­mach­tem. Mówił to bez wstydu, nie­mal z roz­ba­wie­niem, można było odnieść wra­że­nie, że cho­dziło o zwie­dza­nie muzeów, a nie marsz przez cudze życie… Gra­fiki były bru­talne i poli­tyczne, dokład­nie tak samo nie­przy­zwo­ite jak histo­ria ich zakupu.

Przy oknie stał ciężki fotel klu­bowy, a obok niego nie­duży sto­lik z intar­sją. Było to ide­alne miej­sce, by pić nocą kawę, roz­my­ślać i patrzeć na leniwy o tej porze ruch uliczny. Radek usiadł więc w fotelu, wycią­gnął nogi i upił łyk z fili­żanki. Odwró­cił głowę w kie­runku okna i spoj­rzał na sto­lik, na któ­rym leżały teczki Jugow­skiego. Wciąż te same, po roku. Świa­tło lampy z masyw­nym aba­żu­rem sto­ją­cej obok fotela padało na pożół­kły papier, pod­kre­śla­jąc każdy szcze­gół, każde nazwi­sko, każdą tajem­nicę, którą los posta­no­wił wetknąć Sztyl­cowi w ręce. Radek sie­dział w fotelu, z papie­ro­sem w jed­nej dłoni i fili­żanką w dru­giej, a jego myśli krą­żyły ciężko jak dym.

War­szawa za oknem grzała się w świe­tle latarni, nato­miast umysł Radka wra­cał do tam­tego hotelu pod Alpami, w któ­rym pierw­szy raz przej­rzał owe doku­menty. Do Jugow­skiego, Ryszew­skiego, ludzi wciąż uwi­kła­nych mimo upływu czasu w brudną histo­rię. Czuł, że we wła­snym domu, w tej ciszy Saskiej Kępy, znów dopada go histo­ryczna zmora, przed którą pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie uciec przez ostatni rok.

Zacią­gnął się papie­ro­sem i obser­wo­wał, jak kłębki uno­szą się leni­wie w stronę sufitu. Nie powi­nien tu palić, Anaba nie zno­siła tego zapa­chu… Po raz kolejny otwo­rzył teczkę, któ­rej zawar­tość znał już na pamięć. Zdję­cia agen­tów, raporty, nazwi­ska, które zbyt dobrze wryły mu się w głowę i trwały tam niczym hie­ro­glify na obe­li­sku z Kar­naku. Opo­wieść, która nie chciała zdech­nąć, a alpej­skie powie­trze i głos Anaby ją tylko utrwa­lały.

„Tato, prze­cież ty nie zno­sisz zimy”.

Śmiech Jugow­skiego, nie ten praw­dziwy, tylko ten zbu­do­wany ze wspo­mnień i domy­słów. I gniew Sztylca, kiedy pierw­szy raz zoba­czył nazwi­sko Ryszew­skiego na rapor­tach. Rok minął, a emo­cje wciąż były żywe, jak rana, która ni­gdy nie zdą­żyła się zamknąć. Radek pamię­tał, jak w tam­tym hote­lo­wym pokoju jego myśli rwały się jak postrze­lone psy. Jak chciał wyrzu­cić papiery przez okno. Jak chciał zadzwo­nić do kogoś… kogo­kol­wiek. A potem przy­po­mniał sobie, że nie ma gdzie dzwo­nić.

Bo niby do kogo? Wszyst­kie służby trzy­mał za mordę obecny rząd, a Ryszew­ski był w nim, kurwa, mini­strem, a nie mini­stran­tem. Nawet gdyby Sztylc zadzwo­nił gdzie trzeba, po kilku godzi­nach doku­menty z jego domu wypa­ro­wa­łyby szyb­ciej niż szczyny wiel­błąda na Saha­rze w samo połu­dnie.

Dla­tego posta­no­wił, że da sobie czas. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało, że to dobre roz­wią­za­nie. Nie­stety kwity z dnia na dzień cią­żyły mu coraz moc­niej, niczym kamień u szyi toną­cego wal­czą­cego o życie w szam­bie histo­rii. Teraz, rok póź­niej, widział, jak bar­dzo się oszu­ki­wał.

Prze­su­nął pal­cem po sta­rej foto­gra­fii. Ryszew­ski spo­glą­dał z niej jak ktoś, kto dawno wygrał par­tię, któ­rej Radek nawet nie chciał roz­gry­wać. I wła­śnie wtedy, w tym war­szaw­skim domu, Sztylc zro­zu­miał coś, czego rok temu zro­zu­mieć nie chciał. Papiery tra­fiły do niego nie dla­tego, że Jugow­ski mu ufał, tylko dla­tego, że wie­dział, że Radek nie uciek­nie, nie spier­doli za kulisy jak poli­tycy po nie­uda­nej kam­pa­nii wybor­czej.

– Kurwa… Dosko­nale wie­dział, jak mnie roze­grać – mruk­nął do sie­bie Sztylc.

Wes­tchnął ciężko, zga­sił papie­rosa w fili­żance po zim­nej kawie i oparł się na krze­śle. War­szawa za oknem zdą­żyła już dawno zasnąć snem spra­wie­dli­wego, a on? On sie­dział tu, z doku­men­tami, które mogłyby wywo­łać arma­ge­don w całym kraju. Rok temu myślał, że wystar­czy je zamknąć z powro­tem w ban­ko­wej skrytce. Dziś wie­dział, że ta skrytka była niczym kata­kumby, w któ­rych on pogrze­bie ludzi żyw­cem, jeśli teraz nic nie zrobi. Spoj­rzał na opa­słe teczki raz jesz­cze. Nie jak na histo­ryczny relikt, lecz jak na deto­na­tor. I w tym momen­cie zro­zu­miał, że cicha i nie­wi­dzialna wojna służb, od któ­rej ucie­kał przez rok, wła­śnie dogo­niła go w War­sza­wie.

Z zamy­śle­nia wyrwał go szczęk zamka w drzwiach. To Anaba wró­ciła z pracy. Sztylc wstał, wziął doku­menty i prze­niósł się do kuchni. Dziew­czyna, która też wła­śnie do niej weszła, posta­no­wiła nasta­wić czaj­nik z wodą na her­batę.

Radek spoj­rzał na swoją córkę, potem na teczkę, którą poło­żył na stole. Ugrzązł w bagnie histo­rii i to po uszy. Prze­ka­za­nie tych mate­ria­łów mogło uciąć łeb przy­naj­mniej jed­nemu agen­towi… oczy­wi­ście rów­nie dobrze mogło pocią­gnąć za sobą nie­win­nych, i to tych mu naj­bliż­szych, nie za takie papiery ludzie zabi­jali dla rato­wa­nia wła­snej dupy.

– Pod­ją­łeś w końcu decy­zję? – spy­tała Anaba.

– Tak, zro­bię to, jak zapla­no­wa­łem – oświad­czył Radek.

– W końcu, tato! – Dziew­czyna uśmiech­nęła się z ulgą.

Radek z kolei uśmiech­nął się smutno, bo wie­dział, że córka chce tego ze względu na pamięć o Jugow­skim. Plan, który Sztylc obmy­ślił, był trudny, lecz wyko­nalny. Radek jed­nak nie miał złu­dzeń. Wie­dział, że sys­tem jest zbyt prze­żarty złem. Mimo to nie mógł odpu­ścić. Dla­tego jego plan skła­dał się z kilku eta­pów…

***

On sam nie mógł zanieść kwi­tów do pro­ku­ra­tury. W sekundę pod­niósłby się rwe­tes, że „były ban­dyta z WSI” pew­nie wszystko sfa­bry­ko­wał. Media roz­szar­pa­łyby Sztylca na strzępy, a Ryszew­ski, mający zna­jo­mych w każ­dej redak­cji i sądzie, śmiałby się ostatni. Pozo­sta­wało jedno wyj­ście. Tele­wi­zja, nie ta pań­stwowa, która stała się par­tyjną tubą obec­nego rządu, tylko pry­watna, głodna sen­sa­cji i gotowa wsko­czyć w ogień, byle tylko prze­bić kon­ku­ren­cję. Radek przy­go­to­wał sta­ran­nie paczkę. Teczka, kopia listy sygna­tur, lista pokwi­to­wań, kilka mel­dun­ków z pod­pi­sem Ryszew­skiego, a na górze wła­sno­ręczna dekla­ra­cja współ­pracy z GRU, ruską służbą znie­na­wi­dzoną przez Pola­ków. Potem zało­żył ręka­wiczki, wło­żył wszystko do neu­tral­nej koperty i pod­rzu­cił ją nocą zaspa­nej ochro­nie na par­te­rze redak­cji jed­nej z naj­więk­szych sta­cji infor­ma­cyj­nych. Bez pod­pisu, bez śladu.

Kolej­nego dnia na ante­nie zawrzało. Znany z kon­tro­wer­syj­nych mate­ria­łów dzien­ni­karz odpa­lił temat jak lont przy dyna­mi­cie. „Agent SB w sze­re­gach Soli­dar­no­ści?!” – gło­sił nagłó­wek na pasku. Przez godzinę poka­zy­wano skany doku­men­tów, ana­li­zo­wano pod­pisy, komen­ta­to­rzy grzali temat jak piec hut­ni­czy.

Ryszew­ski zare­ago­wał szybko. Wyszedł z cie­nia, żeby ude­rzyć. Na kon­fe­ren­cji pra­so­wej wyzwał dzien­ni­ka­rzy od pro­wo­ka­to­rów, gro­ził pozwami, powta­rzał jak man­trę, że to fał­szywki, „grze­bane przez ruso­fili i post­ko­mu­ni­styczne szczury”.

Radek Sztylc wie­dział swoje. Znał tych ludzi na wylot. Poli­ty­ków, pro­ku­ra­to­rów, eks­per­tów od „osta­tecz­nych prawd”. Znał ich twa­rze, spo­sób mówie­nia i ten moment, w któ­rym koń­czyła się u nich facho­wość, a zaczy­nał instynkt samo­za­cho­waw­czy. Sie­dząc w fotelu, ponow­nie z fili­żanką dawno wysty­głej kawy, wró­cił myślami do sprawy, która była dla niego jak instruk­cja obsługi pań­stwa w wer­sji brud­nej i szcze­rej. Pamię­tał histo­rię Lecha Wałęsy i teczek zna­le­zio­nych po śmierci Cze­sława Kisz­czaka. Doku­men­tów, które wypły­nęły nagle. Można wręcz było odnieść wra­że­nie, że ktoś celowo otwo­rzył właz w dnie szamba. Na początku wszystko wyglą­dało popraw­nie. Pro­ce­dury prawne, ścieżki służ­bowe. Akta tra­fiły do poli­cji, a gra­fo­lo­dzy na jej usłu­gach mieli zro­bić to, co do nich nale­żało. Zba­dać pod­pisy, porów­nać mate­riał, opi­sać wąt­pli­wo­ści, jeśli się poja­wią. Bez emo­cji i bez poli­tyki. Wtem ktoś naci­snął ręczny hamu­lec tak, że histo­ria w jed­nej chwili zmie­niła kie­ru­nek jazdy.

Zanim poli­cyjni bie­gli zdą­żyli wydać ofi­cjalną opi­nię, teczka została im ode­brana. Po cichu. Bez uza­sad­nie­nia. Doku­menty prze­ka­zano do Insty­tutu Eks­per­tyz Sądo­wych imie­nia pro­fe­sora Jana Sehna w Kra­ko­wie. Insty­tu­cji z histo­rią, z auto­ry­te­tem, pod­le­ga­ją­cej Mini­ster­stwu Spra­wie­dli­wo­ści i finan­so­wa­nej z budżetu pań­stwa. Radek wie­dział, że w takich miej­scach nie potrzeba spi­sku na dzie­sięć osób. Wystar­czył jeden czło­wiek, eks­pert, kie­row­nik zespołu, szef pra­cowni albo ktoś, kto aku­rat cze­kał na „zała­twie­nie swo­jej sprawy”. I nie­ważne, czy miał to być awans, prze­dłu­że­nie kon­traktu, dodat­kowe środki lub spo­kojna eme­ry­tura. Cokol­wiek, co wisiało w próżni i wyma­gało dobrej decy­zji z góry. Zależ­no­ści nie trzeba było zapi­sy­wać w mailach, one wisiały w powie­trzu.

Wła­śnie wtedy wyda­rzył się cud, który można by było porów­nać do nawró­ce­nia ate­isty na słuszną wiarę. Insty­tut nie miał wąt­pli­wo­ści. Ani jed­nej. Pod­pisy sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat, z innej epoki, z innych warun­ków, nagle oka­zały się w stu pro­cen­tach auten­tyczne. Bez mar­gi­nesu błędu i zastrze­żeń, bez kla­sycz­nego języka ostroż­no­ści, który nor­mal­nie chroni eks­per­tów przed kom­pro­mi­ta­cją. Nawet jeśli Wałęsa twier­dził, że to nie jego pod­pisy, eks­per­tyza była twarda, zamknięta i osta­teczna. Jak wyrok.

Sztylc pamię­tał, jak mówiono wtedy o nauce, o obiek­ty­wi­zmie, o nie­za­leż­nych bie­głych. Pamię­tał też głosy kry­ty­ków, któ­rzy pró­bo­wali napo­my­kać o ogra­ni­cze­niach gra­fo­lo­gii, o wpły­wie czasu na pismo, o ryzyku nad­in­ter­pre­ta­cji. Te głosy uto­nęły szybko w nar­ra­cji, która już dawno była gotowa. Pie­czątka posta­wiona, sprawa domknięta.

Teraz widział ten sam mecha­nizm odtwa­rzany nie­mal punkt po punk­cie. Eks­per­tyzy, które nagle brzmiały jak nie­pod­wa­żalne… Radek dawno zro­zu­miał, że prawda w tym ukła­dzie nie miała zna­cze­nia. Liczyła się kolej­ność zda­rzeń i to, kto trzy­mał dłu­go­pis w odpo­wied­nim momen­cie. Poj­mo­wał jesz­cze jedno. Jeśli w insty­tu­cji znaj­dzie się choć jeden czło­wiek, na któ­rego obecna wła­dza ma haki lub który ma coś do zała­twie­nia u mini­stra, eks­per­tyza zawsze będzie taka, jaka „ma być”. Nie dla­tego, że ktoś kazał. Tylko dla­tego, że sys­tem nagra­dza tych, któ­rzy rozu­mieją alu­zje. A Ryszew­ski wła­śnie stał się kolej­nym roz­dzia­łem tej samej histo­rii. Sztylc nie miał poję­cia, jak sprawa zosta­nie uwa­lona. Był nato­miast pewny, że tak się sta­nie, na sto pro­cent. Teczka Ryszew­skiego nie będzie pozo­sta­wiona sama sobie i zapewne znik­nie w ten czy inny spo­sób.

I rze­czy­wi­ście, z redak­cji szybko tra­fiła ona do pro­ku­ra­tury. Ofi­cjal­nie „celem prze­pro­wa­dze­nia eks­per­tyz gra­fo­lo­gicz­nych i wery­fi­ka­cji auten­tycz­no­ści doku­men­tów”. Radek jed­nak wie­dział swoje. W tym kraju prawda była ostat­nią rze­czą, któ­rej kto­kol­wiek szu­kał.

I tylko jedno pyta­nie wciąż wisiało w powie­trzu. Czy ten ruch był począt­kiem końca, czy począt­kiem odwetu?

Do sprawy wziął się pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa, do tej pory znany jako „łowca skór” mafii pali­wo­wej. Kom­pe­tentny, ambitny, wytre­no­wany w prze­krę­ca­niu para­gra­fów jak kara­bi­no­wego zamka. Ryszew­ski kupił go nie za gotówkę, lecz za obiet­nicę wła­dzy. Bar­bosa miał zostać nowym sze­fem Pro­ku­ra­tury Kra­jo­wej, jeśli tylko „roz­wiąże pro­blem” archi­wum z pią­tego pię­tra.

Pro­ku­ra­tor nale­żał do ludzi, któ­rych nie spo­sób było pomy­lić z kim­kol­wiek innym, choć każdy, kto miał z nim do czy­nie­nia, chęt­nie pró­bo­wałby zapo­mnieć jego syl­wetkę. Miał nieco ponad sto sześć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, a mimo to spra­wiał wra­że­nie, jakby gra­wi­ta­cja cią­gnęła go w dół bar­dziej niż innych. Był gruby, ciężki, zawsze kro­czył lekko pochy­lony, jakby dźwi­gał na ple­cach nie tylko swoją masę, ale i wszyst­kie małe, nik­czemne sekrety, które przez lata skru­pu­lat­nie zbie­rał. Był łysy, z wyjąt­kiem kilku upar­tych wło­sków nad uszami, które trzy­mały się czaszki jak resztki daw­nej god­no­ści. Jego czoło wiecz­nie świe­ciło podej­rza­nym, lep­kim potem, jak gdyby ciało nie­ustan­nie pra­co­wało nad wyrzu­ce­niem nad­miaru żółci i jadu.

Miał już pod pięć­dzie­siątkę, wyglą­dał nato­miast sta­rzej, jak czło­wiek, któ­rego cha­rak­ter zużywa szyb­ciej niż czas. Uwagę zwra­cała jego sze­roka, nalana twarz z małymi oczkami świ­dru­ją­cymi spod cięż­kich powiek. Oczkami czło­wieka pamię­ta­ją­cego czasy, w któ­rych donos był cnotą, a lojal­ność walutą. Bo Bar­bosa pocho­dził z rodziny sta­rych komu­ni­stycz­nych praw­ni­ków, tych, któ­rych od poko­leń uczono, że prawo można nagi­nać jak papie­rowy spi­nacz, byle tylko słu­żyło „słusz­nej spra­wie”. W jego domu nie mówiło się o war­to­ściach, mówiło się o ukła­dach, zależ­no­ściach i o tym, komu warto zanieść infor­ma­cje, by dostać coś w zamian. Już jako dziecko był „synem dono­si­cie­lem”, wiecz­nie sto­ją­cym bli­żej nauczy­cieli niż rówie­śni­ków. Dzie­ciaki go nie lubiły, nie tylko za to, że był cho­ro­bli­wie otyły. Bar­dziej za kablo­wa­nie, bo każdy wybryk, o któ­rym Bar­bosa usły­szał – „przez przy­pa­dek”, ni­gdy ina­czej – koń­czył się u dyrek­tora.

Obec­nie jako pro­ku­ra­tor nosił szary, przy­cia­sny gar­ni­tur, który opi­na­jąc jego masywne ciało, wyglą­dał jak worek jutowy nacią­gnięty na beczkę. Spod koł­nie­rza koszuli czę­sto wysta­wały mokre plamy, bo Bar­bosa pocił się zawsze. A to z ner­wów, a to z wysiłku, a to z nie­na­wi­ści do ludzi, któ­rzy mieli lżej­sze życie od niego. Jego ręce były krót­kie, pulchne, o pal­cach przy­po­mi­na­ją­cych parówki. Gdy coś pod­pi­sy­wał, zawsze dyszał, jakby każdy ruch był walką o prze­trwa­nie. Naj­gor­sze były jed­nak jego emo­cje. Zawiść. Cho­ro­wał na zazdrość wobec każ­dego, kto miał coś, czym on nie mógł się cie­szyć: sza­cu­nek, rodzinę, wygląd, talent, przy­ja­ciół. Dla­tego Jacek Bar­bosa uwiel­biał swoją wła­dzę. Małą, lokalną, lecz realną wła­dzę nad ludz­kimi życio­ry­sami. Wła­dzę, którą wyko­rzy­sty­wał z paskud­nym uśmiesz­kiem. Tak wyglą­dał czło­wiek, któ­rego nazwi­sko wypo­wia­dano pół­gło­sem, w oba­wie, że tłu­ste palce pro­ku­ra­tora mogą się wydo­stać zza rogu i się­gnąć po kolejną ofiarę.

Szare niebo odbi­jało się w szy­bach sze­ścio­pię­tro­wego gma­chu pro­ku­ra­tury okrę­go­wej przy ulicy Cho­cim­skiej. Od frontu budy­nek wyglą­dał jak ste­rylna for­teca, chłodna, monu­men­talna, odpy­cha­jąca. Tylko w jego pod­zie­miach pul­so­wała ner­wowa ener­gia. Ludzie pro­ku­ra­tora Jacka, przy­słani przez Ryszew­skiego, poja­wili się w nie­dzielny pora­nek o godzi­nie, w któ­rej gmach zwy­kle trwał w pół­śnie. W pół­mroku kory­ta­rzy krzą­tali się cicho, nie­mal bez­sze­lest­nie, jak cie­nie wyko­nu­jące dawno zapla­no­wany ruch. Roz­ma­wiali po pol­sku, z twar­dym, wschod­nim akcen­tem, któ­rego Bar­bosa z wyuczoną obo­jęt­no­ścią nie sły­szał i nie roz­po­zna­wał. Trak­to­wał go jak szum w prze­wo­dach, jak suchy trzask izo­la­cji pod pal­cami.

To on ich tu ścią­gnął. Wcze­śniej uprze­dził ochronę, że na pię­trze, gdzie pra­cuje, doszło do awa­rii zasi­la­nia i że musi pil­nie dokoń­czyć doku­menty mimo week­endu. Zgło­sze­nie brzmiało ruty­nowo, nie­mal nudno. Ekipa tech­niczna poja­wiła się więc bez pośpie­chu, z narzę­dziami i iden­ty­fi­ka­to­rami. Ochrona spi­sała ich dane jak nazwi­ska, numery doku­men­tów, firmę ser­wi­sową. Wszystko się zga­dzało. Przy­naj­mniej na papie­rze.

Doku­menty były fał­szywe, przy­go­to­wane sta­ran­nie i bez pośpie­chu. Wpisy w reje­strze wyglą­dały popraw­nie, pod­pisy nie drżały. W nie­dzielę nikt nie miał powodu, by przy­glą­dać się im zbyt uważ­nie. A cisza budynku sprzy­jała tym, któ­rzy wie­dzieli, co robią.

Nie­długo potem roz­pi­nano ostat­nie prze­wody, porząd­ku­jąc insta­la­cję tak, by inge­ren­cja nie rzu­cała się w oczy nawet przy pobież­nej kon­troli. W kana­łach wen­ty­la­cyj­nych osa­dzono nie­wiel­kie gene­ra­tory dymu z wkła­dami piro­tech­nicz­nymi o kon­tro­lo­wa­nej emi­sji. Nie po to, by wznie­cić ogień, lecz by wytwo­rzyć aero­zol o gęsto­ści i skła­dzie wystar­cza­ją­cych do zadzia­ła­nia optycz­nych czu­jek dymu. Ukryte w ciągu nawiew­nym, miały roz­pro­wa­dzić dym rów­no­mier­nie, bez gwał­tow­nych sko­ków tem­pe­ra­tury, które mogłyby wzbu­dzić podej­rze­nia bie­głego.

Dodat­kowo zmo­dy­fi­ko­wano grzej­nik elek­tryczny w pomiesz­cze­niu socjal­nym. Zmie­niono zabez­pie­cze­nia ter­miczne i doło­żono ele­ment opo­rowy o zwięk­szo­nej mocy, tak by w wyzna­czo­nym dniu urzą­dze­nie prze­kro­czyło dopusz­czalną tem­pe­ra­turę pracy. Nie cho­dziło o pło­mień, wystar­czył zapach prze­grza­nej izo­la­cji i pierw­sze smugi dymu uno­szące się spod obu­dowy. Tyle, by czujki tem­pe­ra­tury i sys­tem sygna­li­za­cji pożaru zare­ago­wały zgod­nie z pro­ce­durą.

Plan nie prze­wi­dy­wał real­nego roz­woju pożaru. Prze­ciw­nie, wszystko miało mie­ścić się w gra­ni­cach incy­dentu, który uru­chomi insta­la­cję try­ska­czową i kaskadę zabez­pie­czeń. Resztę miała wyko­nać woda, dzia­ła­jąca już nie w try­bie symu­la­cji, lecz z bez­względną fizyką ciśnie­nia i gra­wi­ta­cji.

Cały sys­tem prze­ciw­po­ża­rowy został pod­krę­cony z chi­rur­giczną pre­cy­zją i dzia­łać miał teraz nawet na dym z zapałki w miesz­cze­niu, a woda z niego nawet po odcię­ciu zasi­la­nia miała na­dal lać się ze spry­ski­wa­czy, bez opa­mię­ta­nia, jakby budy­nek sam posta­no­wił się uto­pić.

Dodat­ko­wym „bonu­sem” była awa­ria sta­rej rury kana­li­za­cyj­nej. Nad­miar wody, prze­cią­że­nie i lata zanie­dbań miały spra­wić, że pęk­nie w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie, roz­sz­czelni się nie­po­zor­nie, a potem gwał­tow­nie, potę­gu­jąc zala­nie dwóch pię­ter. Wszystko zostało obli­czone: gdzie woda popły­nie, gdzie się zatrzyma, gdzie nasiąk­nie doku­menty i roz­myje tusz. Czyli pię­tro niżej, do archi­wum, i jesz­cze niżej tam, gdzie mie­ściła się kan­ce­la­ria Bar­bosy. W tej ope­ra­cji nie ogień był żywio­łem. Ogień miał tylko otwo­rzyć drzwi. Praw­dziwą pracę wykona woda, cier­pliwa, ciężka i nie­ubła­gana.

Wystar­czyła wil­goć, czas i odpo­wied­nie warunki, a naj­lep­sze pano­wały o dziwo oczy­wi­ście u pro­ku­ra­tora pro­wa­dzą­cego tę sprawę, Jacka Bar­bosy. Cho­dziło o teczki, które obna­żały jed­nego z naj­bar­dziej wpły­wo­wych poli­ty­ków w kraju. Czło­wieka, o któ­rym media pisały z naboż­nym podzi­wem, o któ­rym mówiono, że był boha­te­rem stanu wojen­nego i ikoną opo­zy­cji. I na któ­rego zna­lazł się w końcu nie­pod­wa­żalny dowód zdrady, gro­żący bru­tal­nym zaprze­pasz­cze­niem legendy.

Jan Ryszew­ski był nie­gdyś mini­strem bez teki, a fak­tycz­nie szarą emi­nen­cją resortu spraw wewnętrz­nych. Jego kariera i for­tuna mogłyby w jed­nej chwili runąć, gdyby świa­tło dzienne ujrzały akta o sygna­tu­rze S-4/11 – i gdyby opi­nia publiczna uwie­rzyła w zawar­tość tych akt. Kil­ka­dzie­siąt pożół­kłych kar­tek, z pozoru nie­groź­nych, skry­wało naj­ciem­niej­szy sekret Ryszew­skiego, współ­pracę z Urzę­dem Bez­pie­czeń­stwa w cza­sach PRL oraz ści­śle tajną notkę o prze­ka­za­niu teczki GRU.

Wśród doku­men­tów znaj­do­wała się wła­sno­ręcz­nie napi­sana dekla­ra­cja lojal­no­ści, spi­sana cha­rak­te­ry­stycz­nymi, kan­cia­stymi lite­rami. Dalej dzie­siątki pokwi­to­wań, bez­dy­sku­syjne dowody na to, że Ryszew­ski nie tylko dono­sił, lecz dodat­kowo brał za to pie­nią­dze. W aktach były także szcze­gó­łowe mel­dunki agen­tu­ralne, w któ­rych dono­sił na kole­gów z „Soli­dar­no­ści”, ich dzia­ła­nia, kon­takty, pry­watne roz­mowy. Nie­które z rapor­tów suge­ro­wały, że pisał także donosy na księ­dza Popie­łuszkę, oma­wia­jąc jego kaza­nia, spo­tka­nia oraz kon­takty z zachod­nim ducho­wień­stwem.

Teczki zdrady Ryszew­skiego miały być trzy­mane w sej­fie na pią­tym pię­trze, w archi­wum pro­ku­ra­tury. Miej­scu, które zwy­kli urzęd­nicy omi­jali sze­ro­kim łukiem ze względu na zapach wil­goci, kurz i nie­koń­czące się stosy maku­la­tury. Dla pro­ku­ra­tora Bar­bosy brzmiało to, jak kiep­ski żart. Sejf, pię­tro, sys­temy zabez­pie­czeń… a on i tak miał wszystko pod kon­trolą. Ponie­waż pro­ku­ra­tor Jacek już dawno pobrał te doku­menty i teraz spo­czy­wały pię­tro niżej w jego sej­fie klasy S1 w służ­bo­wej kan­ce­la­rii. Bar­bosa wło­żył naj­waż­niej­sze akta z teczki „S-4/11” do pla­sti­ko­wego budow­la­nego wia­dra wypeł­nio­nego wodą i środ­kiem che­micz­nym, który w ciągu czter­dzie­stu ośmiu godzin zamie­niał każdy atra­ment w bez­barwną zawie­sinę. Zosta­wił je tam na dwa dni. Papier roz­cho­dził się pod pal­cami jak mokry chleb. Litery ginęły, pod­pisy zni­kały, czy­niąc z histo­rii papie­rową papkę. Bar­bosa potrze­bo­wał teraz tylko pre­tek­stu, cze­goś, co odwróci uwagę, nada pozory loso­wo­ści.

Dwa dni póź­niej, w nocy z wtorku na środę, w pomiesz­cze­niu socjal­nym tuż nad archi­wum doszło do spię­cia. Mini­ła­dunki w wen­ty­la­cji zadzia­łały bez­gło­śnie, nie­mal dys­kret­nie. Wystar­czyła chwila, by w kana­łach roz­lał się gęsty dym, nie­groźny, lecz dosta­tecz­nie prze­ko­nu­jący, by czuj­niki uznały go za zwia­stun kata­strofy. Sys­tem alar­mowy obu­dził się natych­miast, jak zwie­rzę wyrwane ze snu.

Resztę zro­bił elek­tryczny grzej­nik. Stał nie­win­nie, przy­cza­jony pod ścianą, lecz jego roz­ża­rzone spi­rale pod­nio­sły tem­pe­ra­turę dokład­nie o tyle, ile trzeba było, by symu­la­cja stała się wia­ry­godna. Ogień nie musiał wybu­chać. Wystar­czyło, by budy­nek uwie­rzył, że pło­nie. I dokład­nie na to liczył Bar­bosa. Wie­dział, że jeśli jego ludzie deli­kat­nie nad­wy­rężą zawór cza­sowy, insta­la­cja nie ode­tnie się zbyt szybko. Archi­wum na pią­tym pię­trze miało sejfy ognio­od­porne, twarde jak pan­cer­niki, pro­jek­to­wane z myślą o pło­mie­niach i wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze, nie­stety zabra­kło im wodosz­czel­no­ści.

Z sufitu lunęła woda. Stare rury wyko­nały resztę. Strugi spły­wały po sza­fach, przez zawiasy, pod uszczel­kami. W środku teczki nasią­kały, pęcz­niały. Meta­lowa kaseta z aktami S-4/11 w końcu napeł­niła się jak wanna, na dnie leżała teczka, z któ­rej naj­waż­niej­sze doku­menty Bar­bosa trzy­mał już u sie­bie. Iro­nią losu było to, że teraz ta pań­stwowa kopia, kom­plet­nie bez­u­ży­teczna i roz­ma­zana, dosłow­nie pły­wała w bru­nat­nej wodzie.

Pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa obser­wo­wał to wszystko z ciem­nego vana zapar­ko­wa­nego na rogu Mada­liń­skiego. Był spo­cony, jak zawsze. Tłu­sty kark błysz­czał mu w świe­tle ekranu poli­cyj­nego ska­nera. Oddy­chał ciężko, z zado­wo­le­niem, jego czoło lśniło jak pole­ro­wana żarówka. W słu­chawce sły­chać było syk radia PSP. Po całej akcji, kiedy straż już zwi­jała swój sprzęt, ciemny van nie­spiesz­nie odje­chał z par­kingu obok.

„To był fał­szywy alarm. Uszko­dzone czuj­niki prze­ciw­po­ża­rowe. Brak strat w archi­wum wła­ści­wym na pią­tym pię­trze, znaj­du­ją­cym się poni­żej strefy obję­tej fał­szywym alar­mem”.

Tak brzmiał ofi­cjalny komu­ni­kat pro­ku­ra­tury. Bar­bosa uśmiech­nął się krzywo. Oczy­wi­ście. Ofi­cjal­nie brak strat. W prak­tyce – kil­ka­dzie­siąt stron klu­czo­wych akt zamie­nio­nych w mokrą, bez­kształtną breję. Dokład­nie tak, jak to sobie zapla­no­wał.

Dwa tygo­dnie póź­niej w jego skrom­nym gabi­ne­cie poja­wiła się biała koperta. Bez znaczka, bez pie­czą­tek, bez śla­dów pal­ców. Ktoś po pro­stu wsu­nął ją pod drzwi. W środku był nie­wielki pen­drive. Jacek wło­żył nośnik do portu lap­topa. Po chwili na ekra­nie zaczęły poja­wiać się skany akt ozna­czo­nych sygna­turą: S-4/11.

Nie wszystko, jed­nak wystar­cza­jąco dużo, by poczuł zimny dreszcz sunący wzdłuż krę­go­słupa. Na końcu ostat­niego pliku wid­niało kilka krót­kich zdań, zapi­sa­nych pro­stą, bez­na­miętną czcionką. „Nie wszystko w ogniu pło­nie. Nie wszystko w wodzie tonie. To były tylko bar­dzo dobre kopie. Ory­gi­nały są bez­pieczne, ty już mniej. Masz czas, żeby prze­my­śleć swoje postę­po­wa­nie, Jacku. R.S.”.

Pro­ku­ra­tor Bar­bosa prze­łknął ślinę. Po raz pierw­szy od dawna… spo­cił się nie ze zło­ści, lecz ze stra­chu.

Sztylc tym­cza­sem sie­dział w kuchni od dobrego kwa­dransa, nie­ru­chomy jak czło­wiek, który już wszystko prze­czy­tał, mimo to wciąż nie potrafi zamknąć sprawy. Lap­top stał otwarty na bla­cie, ekran jarzył się chłod­nym świa­tłem poranka. Nagłó­wek krzy­czał grubą czcionką o poża­rze w budynku pro­ku­ra­tury, o zwar­ciu insta­la­cji, o „praw­do­po­dob­nym nie­szczę­śli­wym wypadku”. W tek­ście powta­rzały się te same słowa co zawsze. Brak osób poszko­do­wa­nych, trwa usta­la­nie przy­czyn, doku­menty zabez­pie­czone. Radek prych­nął cicho.

– Kurwa, zabez­pie­czone – mruk­nął do sie­bie. Wie­dział, co zna­czy „zabez­pie­czone”.

Do kuchni weszła Anaba, jesz­cze w blu­zie, z wło­sami zwią­za­nymi nie­dbale i z tym spoj­rze­niem, które mówiło, że dopiero się obu­dziła, a świat już zdą­żył ją wku­rzyć.

– Cześć, córka – przy­wi­tał się Radek, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu. Po chwili obró­cił lap­top w jej stronę i prze­su­nął go po bla­cie.

– To zamiast poran­nej kawy – dodał z nikłym uśmie­chem na twa­rzy.

Anaba usia­dła, nachy­liła się nad ekra­nem. Czy­tała szybko. Z każdą linijką jej szczęka zaci­skała się coraz moc­niej.

– A to skur­wy­syny… – wyrwało jej się, zanim zdą­żyła pomy­śleć.

Radek uniósł wzrok.

– Anaba. Bez prze­kleństw. Prze­cież mówi­łem ci, jak to się skoń­czy.

– Bez prze­kleństw? – odparła ostro, wbi­ja­jąc palec w ekran. – Spa­liła się pro­ku­ra­tura, tato. Akta, dowody na zdradę, a oni tu piszą, że wszystko jest pod kon­trolą. To nie jest bajka, to jakiś serial pod tytu­łem „Pań­stwo z dykty na ślinę kle­jone”!

– Wła­śnie dla­tego – odparł spo­koj­nie Radek. – To nie jest bajka.

Anaba oparła się o krze­sło, na chwilę zamknęła oczy, po czym z gwał­tow­nym ruchem wstała i spoj­rzała na ojca z nie­do­wie­rza­niem.

– To co teraz? – zapy­tała. – Gdzie jest spra­wie­dli­wość?

Sztylc uśmiech­nął się krzywo, bez cie­nia humoru.

– W książ­kach dla małych dzieci, skar­bie. Na tej samej półce co smoki, ryce­rze i dobry król oraz zła cza­row­nica zawsze koń­cząca na sto­sie.

Zapa­dła cisza. Taka, która boli bar­dziej niż krzyk.

– To temat zamknięty, tę sprawę w ten spo­sób już zała­twiono. – Sztylc zamilkł na chwilę. – Tutaj trzeba innych roz­wią­zań.

Anaba zmru­żyła oczy i nachy­liła się do przodu w kie­runku ojca.

– Jakich?

Radek zamknął lap­topa jed­nym, krót­kim ruchem. Spoj­rzał na córkę uważ­nie, ważąc każde słowo.

– Wiesz… spra­wie­dli­wość to jedno, zemsta to dru­gie, a ona nie potrze­buje roz­głosu medial­nego. Ponadto, Anabo, dla wino­wajcy cze­ka­nie na wyrok jest cza­sem gor­sze od samego wyroku.

– Mówisz jak ktoś, kto już pod­jął decy­zję – zauwa­żyła cicho.

Radek nie zaprze­czył, tylko się dziw­nie uśmiech­nął.

Tego samego dnia, kilka pię­ter wyżej, w ste­ryl­nym gabi­ne­cie pach­ną­cym jed­no­cze­śnie nowymi meblami i sta­rym, głę­boko skry­wa­nym stra­chem, na biurko mini­stra Ryszew­skiego tra­fiła koperta, która z pozoru nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym. Była szara, zwy­czajna, pozba­wiona pie­czą­tek, logo i adresu zwrot­nego, a jed­nak sekre­tarka poło­żyła ją z ostroż­no­ścią, jakby pod cien­kim papie­rem kryło się coś, co mogło ugryźć.

Mini­ster otwo­rzył kopertę sam i już jedno pobieżne spoj­rze­nie wystar­czyło, by twarz Ryszew­skiego zbie­lała jak czy­sta kartka.

W środku znaj­do­wała się kopia jego teczki, nie tej współ­cze­snej ani ofi­cjal­nej, lecz tej dru­giej, o któ­rej ist­nie­niu sam pró­bo­wał zapo­mnieć. Pocho­dziła z cza­sów, gdy posłu­gi­wał się nie nazwi­skiem, a pseu­do­ni­mem, mel­dunki zaś pisał nocami, z ręką drżącą bar­dziej ze stra­chu niż z zimna. Doku­menty mówiły jasno: tajny współ­pra­cow­nik, numer ewi­den­cyjny, donosy, spo­tka­nia, pokwi­to­wa­nia.

Na samym wierz­chu leżała kartka z jed­nym zda­niem, napi­sa­nym na kom­pu­te­rze, a treść była pozba­wiona jakich­kol­wiek emo­cji.

„Spo­koj­nie. Nie wszystko pło­nie. Nie wszystko tonie. Jesz­cze przyj­dzie czas, by za to wszystko zapła­cić, towa­rzy­szu Ryszew­ski. Cze­kaj­cie, nikt o was nie zapo­mniał, a rachu­nek już idzie do was”.

Ryszew­ski opadł ciężko na fotel, poczuł nie­mal fizyczny ból kogoś, kto nagle stra­cił krę­go­słup. Skóra na jego twa­rzy ścią­gnęła się, usta zro­biły się cien­kie i sine. W gabi­ne­cie pano­wała cisza, ste­rylna i mar­twa, ale w jego gło­wie dud­niło jak pod­czas alarmu prze­ciw­lot­ni­czego, jed­no­staj­nie i bez lito­ści. Serce biło za szybko, za gło­śno, pró­bo­wało wyrwać się z klatki pier­sio­wej i uciec, zanim będzie za późno. Pożar w pro­ku­ra­tu­rze niczego nie zała­twił. To nie był finał, to była tylko zasłona dymna. Bar­bosa został wyki­wany jak ama­tor, a Ryszew­ski sam wła­śnie zro­zu­miał, że nie jest widzem, tylko celem. Zaczy­nał się goto­wać od środka. Czuł, jak w brzu­chu nara­sta ciężka, lepka wście­kłość zmie­szana ze stra­chem. Ktoś chciał znisz­czyć całe jego życie. Nie tylko karierę. Chciał go odrzeć z nazwi­ska, z uzna­nia, z legendy, którą budo­wał latami, i wypa­lić na nim piętno zdrajcy.

Dla poli­tyka z takim dorob­kiem był to wyrok osta­teczny, choć nie miał w sobie nic z gwał­tow­nej egze­ku­cji czy jed­nego wido­wi­sko­wego upadku. To był koniec roz­pi­sany na etapy, roz­cią­gnięty w cza­sie, zapla­no­wany tak, by bolał dłu­żej i sku­tecz­niej. Ryszew­ski wie­dział, że takie sprawy nie eks­plo­dują od razu, one peł­zną, wże­rają się w życio­rys i mielą go powoli, aż nie zostaje nic poza nazwi­skiem obcią­żo­nym wsty­dem. Wie­dział też, że medial­nie zosta­nie ska­zany natych­miast, jesz­cze zanim kto­kol­wiek zada pierw­sze pyta­nie, wyrok zapad­nie na czo­łów­kach por­tali, w czer­wo­nych paskach sta­cji infor­ma­cyj­nych i wypo­wie­dziach eks­per­tów, któ­rzy zawsze wie­dzą wszystko pierwsi. Potem to już rów­nia pochyła, na któ­rej nie ma hamul­ców ani punk­tów zacze­pie­nia. Komi­sje śled­cze, prze­słu­cha­nia cią­gnące się godzi­nami, kon­tro­lo­wane prze­cieki i pół­słówka pod­su­wane dzien­ni­ka­rzom, suge­stie rzu­cane mimo­cho­dem, a w końcu gęsta cisza. Dawni sojusz­nicy prze­staną odbie­rać tele­fony, a ludzie, któ­rzy jesz­cze wczo­raj kle­pali go po ple­cach, nagle uznają, że ni­gdy go nie znali. To wła­śnie w tej ciszy poli­tycy naprawdę umie­rają.

Pierw­szym odru­chem Ryszew­skiego było się­gnię­cie po tele­fon i skon­tak­to­wa­nie się z Ulie­wem. Jego palce unio­sły się nad biur­kiem, zawi­sły w powie­trzu. Ręka zamarła. W tym bowiem momen­cie dotarło do niego coś jesz­cze. W tej chwili sta­wał się zagro­że­niem rów­nież dla Rosjan. Czło­wiek z teczką na wierz­chu nie jest akty­wem. Jest pro­ble­mem. Śmie­ciem, który trzeba zamieść pod dywan albo usu­nąć na zawsze. A co, jeśli Uliew po usły­sze­niu, co się dzieje, uzna, że naj­bez­piecz­niej­szym roz­wią­za­niem będzie pozby­cie się Ryszew­skiego? Mar­twi nie skła­dają zeznań. Mar­twych nie ściga pol­skie prawo. Mar­twi nie cią­gną spraw latami.

Mini­ster Teo­fil Ryszew­ski, kawa­ler Orderu Orła Bia­łego nada­wa­nego przez pre­zy­denta, były boha­ter walki z komuną, ikona walki o wol­ność, pra­wi­cowy rady­kał, poli­tyk i pol­ski patriota, który nie uzna­wał kom­pro­mi­sów i jesz­cze trzy­dzie­ści lat po upadku sys­temu walił w mło­dych lewa­ków zaku­rzo­nymi tecz­kami ich ojców i dziad­ków komu­ni­stów, poczuł praw­dziwy strach. Taki, który nie krzy­czy, tylko dusi. Zda­wał sobie sprawę, że rycerz w srebr­nej zbroi, wal­czący rze­komo w imię zasad, za sprawą tych mate­ria­łów mógł zmie­nić się w pod­łego zdrajcę na krem­low­skim żoł­dzie.

Zimny pot spły­wał mu po ple­cach, potwier­dza­jąc, że ciało zro­zu­miało szyb­ciej niż umysł, iż to nie łagodny zjazd po stoku w Zako­pa­nem, tylko szybki rajd w dół, pro­sto na dno szamba histo­rii. A z tego gówna nawet pol­skie mydło Biały Jeleń nie było w sta­nie czło­wieka wymyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij