-
nowość
-
promocja
Kacerz - ebook
Kacerz - ebook
Prawda nie wybacza. Prawda zabija.
Kacerz to szósta część cyklu o pułkowniku Radosławie Sztylcu, byłym oficerze służb specjalnych. Człowieku, który widział za dużo, by wierzyć w przypadki i polityczne bajki.
Każde z nich jest już głęboko wciągnięte w grę, z której nie ma odwrotu bez zapłacenia ceny — krwią, bólem i czymś znacznie gorszym niż śmierć. Na horyzoncie pojawia się Czarny — dawny towarzysz ze służb. Człowiek naznaczony przeszłością, pełną brudnych spraw i nierozliczonych rachunków. Nieprzewidywalny, bezwzględny, pozbawiony złudzeń. Jego ludzie nie znają litości, a jego zamiary wobec Sztylca pozostają równie mroczne, co niejasne. Czy po latach Czarny wciąż jest sojusznikiem… czy już tylko kolejnym drapieżnikiem?
Kto naprawdę pociąga za sznurki? Jak głęboko sięga układ?
Akcja, jak zawsze, wykracza daleko poza granice Polski — prowadzi przez front ukraiński, Syberię, Morze Śródziemne, Niemcy i odległą Maderę. Wojna przestaje być tłem — staje się bezpośrednim zagrożeniem. Sztylc, Anaba i Rusinek trafiają w sam środek piekła, gdzie kończą się kalkulacje, a zaczyna brutalna walka o przetrwanie. Tam nie ma miejsca na wahanie. Tam strzela się, żeby żyć — albo ginie.
Czy uda im się wrócić w jednym kawałku? To zależy tylko od nich… i od tego, ile jeszcze są gotowi poświęcić.
Nowi wrogowie. Stare demony. Świat, w którym każdy sojusz może być zdradą.
Bo w tej grze nie chodzi o przetrwanie — tylko o to, kim się staniesz, żeby przeżyć.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18954-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSTĘP
Radek Sztylc przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę, by po chwili znaleźć się w swoim dwukondygnacyjnym domu zlokalizowanym na jednej z cichych uliczek Saskiej Kępy, gdzie od jakiegoś czasu mieszkał z córką. W dzielnicy, w której przedwojenna Warszawa wciąż szeptała o dawnych czasach, a nowe budynki starały się nie zakłócać jej delikatnej elegancji. Nieruchomość, którą kupił Radek, wzniesiono w 1938 roku, a zaprojektował ją Mieczysław Michalski. Z zewnątrz kamienica prezentowała się skromnie, w środku natomiast kryła przestrzeń urządzoną tak, by właściciel mógł znaleźć równowagę między bałaganem życia operacyjnego a potrzebą ciepła, którego tak długo mu brakowało. Po wejściu od razu rzucała się w oczy estetyka ciepłego art déco. Drewno o barwie koniaku, miękkie światło lamp z mlecznego szkła, mosiężne detale w stonowanym połysku. Ciemny dąb ułożony w klasyczną jodełkę lśnił na podłodze. Na ścianach dominowały przytulne beże przełamane butelkową zielenią.
Sercem lokalu był zaś salon, który zajmował znaczną część parteru. Pośrodku ustawiono w nim dużą kanapę w kolorze ciemnego karmelu, obitą miękką, lekko postarzaną skórą – naprzeciw biblioteczki i masywnego, eleganckiego kominka z granitu. Właściciel nie palił w nim prawie nigdy, po prostu lubił na niego patrzeć. Na ścianach wisiały stare francuskie grafiki z lat trzydziestych. Sztylc dostał je w prezencie od starca, który twierdził, że kupił je we Francji, będąc tam na wycieczce z Wehrmachtem. Mówił to bez wstydu, niemal z rozbawieniem, można było odnieść wrażenie, że chodziło o zwiedzanie muzeów, a nie marsz przez cudze życie… Grafiki były brutalne i polityczne, dokładnie tak samo nieprzyzwoite jak historia ich zakupu.
Przy oknie stał ciężki fotel klubowy, a obok niego nieduży stolik z intarsją. Było to idealne miejsce, by pić nocą kawę, rozmyślać i patrzeć na leniwy o tej porze ruch uliczny. Radek usiadł więc w fotelu, wyciągnął nogi i upił łyk z filiżanki. Odwrócił głowę w kierunku okna i spojrzał na stolik, na którym leżały teczki Jugowskiego. Wciąż te same, po roku. Światło lampy z masywnym abażurem stojącej obok fotela padało na pożółkły papier, podkreślając każdy szczegół, każde nazwisko, każdą tajemnicę, którą los postanowił wetknąć Sztylcowi w ręce. Radek siedział w fotelu, z papierosem w jednej dłoni i filiżanką w drugiej, a jego myśli krążyły ciężko jak dym.
Warszawa za oknem grzała się w świetle latarni, natomiast umysł Radka wracał do tamtego hotelu pod Alpami, w którym pierwszy raz przejrzał owe dokumenty. Do Jugowskiego, Ryszewskiego, ludzi wciąż uwikłanych mimo upływu czasu w brudną historię. Czuł, że we własnym domu, w tej ciszy Saskiej Kępy, znów dopada go historyczna zmora, przed którą próbował bezskutecznie uciec przez ostatni rok.
Zaciągnął się papierosem i obserwował, jak kłębki unoszą się leniwie w stronę sufitu. Nie powinien tu palić, Anaba nie znosiła tego zapachu… Po raz kolejny otworzył teczkę, której zawartość znał już na pamięć. Zdjęcia agentów, raporty, nazwiska, które zbyt dobrze wryły mu się w głowę i trwały tam niczym hieroglify na obelisku z Karnaku. Opowieść, która nie chciała zdechnąć, a alpejskie powietrze i głos Anaby ją tylko utrwalały.
„Tato, przecież ty nie znosisz zimy”.
Śmiech Jugowskiego, nie ten prawdziwy, tylko ten zbudowany ze wspomnień i domysłów. I gniew Sztylca, kiedy pierwszy raz zobaczył nazwisko Ryszewskiego na raportach. Rok minął, a emocje wciąż były żywe, jak rana, która nigdy nie zdążyła się zamknąć. Radek pamiętał, jak w tamtym hotelowym pokoju jego myśli rwały się jak postrzelone psy. Jak chciał wyrzucić papiery przez okno. Jak chciał zadzwonić do kogoś… kogokolwiek. A potem przypomniał sobie, że nie ma gdzie dzwonić.
Bo niby do kogo? Wszystkie służby trzymał za mordę obecny rząd, a Ryszewski był w nim, kurwa, ministrem, a nie ministrantem. Nawet gdyby Sztylc zadzwonił gdzie trzeba, po kilku godzinach dokumenty z jego domu wyparowałyby szybciej niż szczyny wielbłąda na Saharze w samo południe.
Dlatego postanowił, że da sobie czas. Tak mu się przynajmniej wydawało, że to dobre rozwiązanie. Niestety kwity z dnia na dzień ciążyły mu coraz mocniej, niczym kamień u szyi tonącego walczącego o życie w szambie historii. Teraz, rok później, widział, jak bardzo się oszukiwał.
Przesunął palcem po starej fotografii. Ryszewski spoglądał z niej jak ktoś, kto dawno wygrał partię, której Radek nawet nie chciał rozgrywać. I właśnie wtedy, w tym warszawskim domu, Sztylc zrozumiał coś, czego rok temu zrozumieć nie chciał. Papiery trafiły do niego nie dlatego, że Jugowski mu ufał, tylko dlatego, że wiedział, że Radek nie ucieknie, nie spierdoli za kulisy jak politycy po nieudanej kampanii wyborczej.
– Kurwa… Doskonale wiedział, jak mnie rozegrać – mruknął do siebie Sztylc.
Westchnął ciężko, zgasił papierosa w filiżance po zimnej kawie i oparł się na krześle. Warszawa za oknem zdążyła już dawno zasnąć snem sprawiedliwego, a on? On siedział tu, z dokumentami, które mogłyby wywołać armagedon w całym kraju. Rok temu myślał, że wystarczy je zamknąć z powrotem w bankowej skrytce. Dziś wiedział, że ta skrytka była niczym katakumby, w których on pogrzebie ludzi żywcem, jeśli teraz nic nie zrobi. Spojrzał na opasłe teczki raz jeszcze. Nie jak na historyczny relikt, lecz jak na detonator. I w tym momencie zrozumiał, że cicha i niewidzialna wojna służb, od której uciekał przez rok, właśnie dogoniła go w Warszawie.
Z zamyślenia wyrwał go szczęk zamka w drzwiach. To Anaba wróciła z pracy. Sztylc wstał, wziął dokumenty i przeniósł się do kuchni. Dziewczyna, która też właśnie do niej weszła, postanowiła nastawić czajnik z wodą na herbatę.
Radek spojrzał na swoją córkę, potem na teczkę, którą położył na stole. Ugrzązł w bagnie historii i to po uszy. Przekazanie tych materiałów mogło uciąć łeb przynajmniej jednemu agentowi… oczywiście równie dobrze mogło pociągnąć za sobą niewinnych, i to tych mu najbliższych, nie za takie papiery ludzie zabijali dla ratowania własnej dupy.
– Podjąłeś w końcu decyzję? – spytała Anaba.
– Tak, zrobię to, jak zaplanowałem – oświadczył Radek.
– W końcu, tato! – Dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą.
Radek z kolei uśmiechnął się smutno, bo wiedział, że córka chce tego ze względu na pamięć o Jugowskim. Plan, który Sztylc obmyślił, był trudny, lecz wykonalny. Radek jednak nie miał złudzeń. Wiedział, że system jest zbyt przeżarty złem. Mimo to nie mógł odpuścić. Dlatego jego plan składał się z kilku etapów…
***
On sam nie mógł zanieść kwitów do prokuratury. W sekundę podniósłby się rwetes, że „były bandyta z WSI” pewnie wszystko sfabrykował. Media rozszarpałyby Sztylca na strzępy, a Ryszewski, mający znajomych w każdej redakcji i sądzie, śmiałby się ostatni. Pozostawało jedno wyjście. Telewizja, nie ta państwowa, która stała się partyjną tubą obecnego rządu, tylko prywatna, głodna sensacji i gotowa wskoczyć w ogień, byle tylko przebić konkurencję. Radek przygotował starannie paczkę. Teczka, kopia listy sygnatur, lista pokwitowań, kilka meldunków z podpisem Ryszewskiego, a na górze własnoręczna deklaracja współpracy z GRU, ruską służbą znienawidzoną przez Polaków. Potem założył rękawiczki, włożył wszystko do neutralnej koperty i podrzucił ją nocą zaspanej ochronie na parterze redakcji jednej z największych stacji informacyjnych. Bez podpisu, bez śladu.
Kolejnego dnia na antenie zawrzało. Znany z kontrowersyjnych materiałów dziennikarz odpalił temat jak lont przy dynamicie. „Agent SB w szeregach Solidarności?!” – głosił nagłówek na pasku. Przez godzinę pokazywano skany dokumentów, analizowano podpisy, komentatorzy grzali temat jak piec hutniczy.
Ryszewski zareagował szybko. Wyszedł z cienia, żeby uderzyć. Na konferencji prasowej wyzwał dziennikarzy od prowokatorów, groził pozwami, powtarzał jak mantrę, że to fałszywki, „grzebane przez rusofili i postkomunistyczne szczury”.
Radek Sztylc wiedział swoje. Znał tych ludzi na wylot. Polityków, prokuratorów, ekspertów od „ostatecznych prawd”. Znał ich twarze, sposób mówienia i ten moment, w którym kończyła się u nich fachowość, a zaczynał instynkt samozachowawczy. Siedząc w fotelu, ponownie z filiżanką dawno wystygłej kawy, wrócił myślami do sprawy, która była dla niego jak instrukcja obsługi państwa w wersji brudnej i szczerej. Pamiętał historię Lecha Wałęsy i teczek znalezionych po śmierci Czesława Kiszczaka. Dokumentów, które wypłynęły nagle. Można wręcz było odnieść wrażenie, że ktoś celowo otworzył właz w dnie szamba. Na początku wszystko wyglądało poprawnie. Procedury prawne, ścieżki służbowe. Akta trafiły do policji, a grafolodzy na jej usługach mieli zrobić to, co do nich należało. Zbadać podpisy, porównać materiał, opisać wątpliwości, jeśli się pojawią. Bez emocji i bez polityki. Wtem ktoś nacisnął ręczny hamulec tak, że historia w jednej chwili zmieniła kierunek jazdy.
Zanim policyjni biegli zdążyli wydać oficjalną opinię, teczka została im odebrana. Po cichu. Bez uzasadnienia. Dokumenty przekazano do Instytutu Ekspertyz Sądowych imienia profesora Jana Sehna w Krakowie. Instytucji z historią, z autorytetem, podlegającej Ministerstwu Sprawiedliwości i finansowanej z budżetu państwa. Radek wiedział, że w takich miejscach nie potrzeba spisku na dziesięć osób. Wystarczył jeden człowiek, ekspert, kierownik zespołu, szef pracowni albo ktoś, kto akurat czekał na „załatwienie swojej sprawy”. I nieważne, czy miał to być awans, przedłużenie kontraktu, dodatkowe środki lub spokojna emerytura. Cokolwiek, co wisiało w próżni i wymagało dobrej decyzji z góry. Zależności nie trzeba było zapisywać w mailach, one wisiały w powietrzu.
Właśnie wtedy wydarzył się cud, który można by było porównać do nawrócenia ateisty na słuszną wiarę. Instytut nie miał wątpliwości. Ani jednej. Podpisy sprzed kilkudziesięciu lat, z innej epoki, z innych warunków, nagle okazały się w stu procentach autentyczne. Bez marginesu błędu i zastrzeżeń, bez klasycznego języka ostrożności, który normalnie chroni ekspertów przed kompromitacją. Nawet jeśli Wałęsa twierdził, że to nie jego podpisy, ekspertyza była twarda, zamknięta i ostateczna. Jak wyrok.
Sztylc pamiętał, jak mówiono wtedy o nauce, o obiektywizmie, o niezależnych biegłych. Pamiętał też głosy krytyków, którzy próbowali napomykać o ograniczeniach grafologii, o wpływie czasu na pismo, o ryzyku nadinterpretacji. Te głosy utonęły szybko w narracji, która już dawno była gotowa. Pieczątka postawiona, sprawa domknięta.
Teraz widział ten sam mechanizm odtwarzany niemal punkt po punkcie. Ekspertyzy, które nagle brzmiały jak niepodważalne… Radek dawno zrozumiał, że prawda w tym układzie nie miała znaczenia. Liczyła się kolejność zdarzeń i to, kto trzymał długopis w odpowiednim momencie. Pojmował jeszcze jedno. Jeśli w instytucji znajdzie się choć jeden człowiek, na którego obecna władza ma haki lub który ma coś do załatwienia u ministra, ekspertyza zawsze będzie taka, jaka „ma być”. Nie dlatego, że ktoś kazał. Tylko dlatego, że system nagradza tych, którzy rozumieją aluzje. A Ryszewski właśnie stał się kolejnym rozdziałem tej samej historii. Sztylc nie miał pojęcia, jak sprawa zostanie uwalona. Był natomiast pewny, że tak się stanie, na sto procent. Teczka Ryszewskiego nie będzie pozostawiona sama sobie i zapewne zniknie w ten czy inny sposób.
I rzeczywiście, z redakcji szybko trafiła ona do prokuratury. Oficjalnie „celem przeprowadzenia ekspertyz grafologicznych i weryfikacji autentyczności dokumentów”. Radek jednak wiedział swoje. W tym kraju prawda była ostatnią rzeczą, której ktokolwiek szukał.
I tylko jedno pytanie wciąż wisiało w powietrzu. Czy ten ruch był początkiem końca, czy początkiem odwetu?
Do sprawy wziął się prokurator Jacek Barbosa, do tej pory znany jako „łowca skór” mafii paliwowej. Kompetentny, ambitny, wytrenowany w przekręcaniu paragrafów jak karabinowego zamka. Ryszewski kupił go nie za gotówkę, lecz za obietnicę władzy. Barbosa miał zostać nowym szefem Prokuratury Krajowej, jeśli tylko „rozwiąże problem” archiwum z piątego piętra.
Prokurator należał do ludzi, których nie sposób było pomylić z kimkolwiek innym, choć każdy, kto miał z nim do czynienia, chętnie próbowałby zapomnieć jego sylwetkę. Miał nieco ponad sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, a mimo to sprawiał wrażenie, jakby grawitacja ciągnęła go w dół bardziej niż innych. Był gruby, ciężki, zawsze kroczył lekko pochylony, jakby dźwigał na plecach nie tylko swoją masę, ale i wszystkie małe, nikczemne sekrety, które przez lata skrupulatnie zbierał. Był łysy, z wyjątkiem kilku upartych włosków nad uszami, które trzymały się czaszki jak resztki dawnej godności. Jego czoło wiecznie świeciło podejrzanym, lepkim potem, jak gdyby ciało nieustannie pracowało nad wyrzuceniem nadmiaru żółci i jadu.
Miał już pod pięćdziesiątkę, wyglądał natomiast starzej, jak człowiek, którego charakter zużywa szybciej niż czas. Uwagę zwracała jego szeroka, nalana twarz z małymi oczkami świdrującymi spod ciężkich powiek. Oczkami człowieka pamiętającego czasy, w których donos był cnotą, a lojalność walutą. Bo Barbosa pochodził z rodziny starych komunistycznych prawników, tych, których od pokoleń uczono, że prawo można naginać jak papierowy spinacz, byle tylko służyło „słusznej sprawie”. W jego domu nie mówiło się o wartościach, mówiło się o układach, zależnościach i o tym, komu warto zanieść informacje, by dostać coś w zamian. Już jako dziecko był „synem donosicielem”, wiecznie stojącym bliżej nauczycieli niż rówieśników. Dzieciaki go nie lubiły, nie tylko za to, że był chorobliwie otyły. Bardziej za kablowanie, bo każdy wybryk, o którym Barbosa usłyszał – „przez przypadek”, nigdy inaczej – kończył się u dyrektora.
Obecnie jako prokurator nosił szary, przyciasny garnitur, który opinając jego masywne ciało, wyglądał jak worek jutowy naciągnięty na beczkę. Spod kołnierza koszuli często wystawały mokre plamy, bo Barbosa pocił się zawsze. A to z nerwów, a to z wysiłku, a to z nienawiści do ludzi, którzy mieli lżejsze życie od niego. Jego ręce były krótkie, pulchne, o palcach przypominających parówki. Gdy coś podpisywał, zawsze dyszał, jakby każdy ruch był walką o przetrwanie. Najgorsze były jednak jego emocje. Zawiść. Chorował na zazdrość wobec każdego, kto miał coś, czym on nie mógł się cieszyć: szacunek, rodzinę, wygląd, talent, przyjaciół. Dlatego Jacek Barbosa uwielbiał swoją władzę. Małą, lokalną, lecz realną władzę nad ludzkimi życiorysami. Władzę, którą wykorzystywał z paskudnym uśmieszkiem. Tak wyglądał człowiek, którego nazwisko wypowiadano półgłosem, w obawie, że tłuste palce prokuratora mogą się wydostać zza rogu i sięgnąć po kolejną ofiarę.
Szare niebo odbijało się w szybach sześciopiętrowego gmachu prokuratury okręgowej przy ulicy Chocimskiej. Od frontu budynek wyglądał jak sterylna forteca, chłodna, monumentalna, odpychająca. Tylko w jego podziemiach pulsowała nerwowa energia. Ludzie prokuratora Jacka, przysłani przez Ryszewskiego, pojawili się w niedzielny poranek o godzinie, w której gmach zwykle trwał w półśnie. W półmroku korytarzy krzątali się cicho, niemal bezszelestnie, jak cienie wykonujące dawno zaplanowany ruch. Rozmawiali po polsku, z twardym, wschodnim akcentem, którego Barbosa z wyuczoną obojętnością nie słyszał i nie rozpoznawał. Traktował go jak szum w przewodach, jak suchy trzask izolacji pod palcami.
To on ich tu ściągnął. Wcześniej uprzedził ochronę, że na piętrze, gdzie pracuje, doszło do awarii zasilania i że musi pilnie dokończyć dokumenty mimo weekendu. Zgłoszenie brzmiało rutynowo, niemal nudno. Ekipa techniczna pojawiła się więc bez pośpiechu, z narzędziami i identyfikatorami. Ochrona spisała ich dane jak nazwiska, numery dokumentów, firmę serwisową. Wszystko się zgadzało. Przynajmniej na papierze.
Dokumenty były fałszywe, przygotowane starannie i bez pośpiechu. Wpisy w rejestrze wyglądały poprawnie, podpisy nie drżały. W niedzielę nikt nie miał powodu, by przyglądać się im zbyt uważnie. A cisza budynku sprzyjała tym, którzy wiedzieli, co robią.
Niedługo potem rozpinano ostatnie przewody, porządkując instalację tak, by ingerencja nie rzucała się w oczy nawet przy pobieżnej kontroli. W kanałach wentylacyjnych osadzono niewielkie generatory dymu z wkładami pirotechnicznymi o kontrolowanej emisji. Nie po to, by wzniecić ogień, lecz by wytworzyć aerozol o gęstości i składzie wystarczających do zadziałania optycznych czujek dymu. Ukryte w ciągu nawiewnym, miały rozprowadzić dym równomiernie, bez gwałtownych skoków temperatury, które mogłyby wzbudzić podejrzenia biegłego.
Dodatkowo zmodyfikowano grzejnik elektryczny w pomieszczeniu socjalnym. Zmieniono zabezpieczenia termiczne i dołożono element oporowy o zwiększonej mocy, tak by w wyznaczonym dniu urządzenie przekroczyło dopuszczalną temperaturę pracy. Nie chodziło o płomień, wystarczył zapach przegrzanej izolacji i pierwsze smugi dymu unoszące się spod obudowy. Tyle, by czujki temperatury i system sygnalizacji pożaru zareagowały zgodnie z procedurą.
Plan nie przewidywał realnego rozwoju pożaru. Przeciwnie, wszystko miało mieścić się w granicach incydentu, który uruchomi instalację tryskaczową i kaskadę zabezpieczeń. Resztę miała wykonać woda, działająca już nie w trybie symulacji, lecz z bezwzględną fizyką ciśnienia i grawitacji.
Cały system przeciwpożarowy został podkręcony z chirurgiczną precyzją i działać miał teraz nawet na dym z zapałki w mieszczeniu, a woda z niego nawet po odcięciu zasilania miała nadal lać się ze spryskiwaczy, bez opamiętania, jakby budynek sam postanowił się utopić.
Dodatkowym „bonusem” była awaria starej rury kanalizacyjnej. Nadmiar wody, przeciążenie i lata zaniedbań miały sprawić, że pęknie w najgorszym możliwym momencie, rozszczelni się niepozornie, a potem gwałtownie, potęgując zalanie dwóch pięter. Wszystko zostało obliczone: gdzie woda popłynie, gdzie się zatrzyma, gdzie nasiąknie dokumenty i rozmyje tusz. Czyli piętro niżej, do archiwum, i jeszcze niżej tam, gdzie mieściła się kancelaria Barbosy. W tej operacji nie ogień był żywiołem. Ogień miał tylko otworzyć drzwi. Prawdziwą pracę wykona woda, cierpliwa, ciężka i nieubłagana.
Wystarczyła wilgoć, czas i odpowiednie warunki, a najlepsze panowały o dziwo oczywiście u prokuratora prowadzącego tę sprawę, Jacka Barbosy. Chodziło o teczki, które obnażały jednego z najbardziej wpływowych polityków w kraju. Człowieka, o którym media pisały z nabożnym podziwem, o którym mówiono, że był bohaterem stanu wojennego i ikoną opozycji. I na którego znalazł się w końcu niepodważalny dowód zdrady, grożący brutalnym zaprzepaszczeniem legendy.
Jan Ryszewski był niegdyś ministrem bez teki, a faktycznie szarą eminencją resortu spraw wewnętrznych. Jego kariera i fortuna mogłyby w jednej chwili runąć, gdyby światło dzienne ujrzały akta o sygnaturze S-4/11 – i gdyby opinia publiczna uwierzyła w zawartość tych akt. Kilkadziesiąt pożółkłych kartek, z pozoru niegroźnych, skrywało najciemniejszy sekret Ryszewskiego, współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa w czasach PRL oraz ściśle tajną notkę o przekazaniu teczki GRU.
Wśród dokumentów znajdowała się własnoręcznie napisana deklaracja lojalności, spisana charakterystycznymi, kanciastymi literami. Dalej dziesiątki pokwitowań, bezdyskusyjne dowody na to, że Ryszewski nie tylko donosił, lecz dodatkowo brał za to pieniądze. W aktach były także szczegółowe meldunki agenturalne, w których donosił na kolegów z „Solidarności”, ich działania, kontakty, prywatne rozmowy. Niektóre z raportów sugerowały, że pisał także donosy na księdza Popiełuszkę, omawiając jego kazania, spotkania oraz kontakty z zachodnim duchowieństwem.
Teczki zdrady Ryszewskiego miały być trzymane w sejfie na piątym piętrze, w archiwum prokuratury. Miejscu, które zwykli urzędnicy omijali szerokim łukiem ze względu na zapach wilgoci, kurz i niekończące się stosy makulatury. Dla prokuratora Barbosy brzmiało to, jak kiepski żart. Sejf, piętro, systemy zabezpieczeń… a on i tak miał wszystko pod kontrolą. Ponieważ prokurator Jacek już dawno pobrał te dokumenty i teraz spoczywały piętro niżej w jego sejfie klasy S1 w służbowej kancelarii. Barbosa włożył najważniejsze akta z teczki „S-4/11” do plastikowego budowlanego wiadra wypełnionego wodą i środkiem chemicznym, który w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zamieniał każdy atrament w bezbarwną zawiesinę. Zostawił je tam na dwa dni. Papier rozchodził się pod palcami jak mokry chleb. Litery ginęły, podpisy znikały, czyniąc z historii papierową papkę. Barbosa potrzebował teraz tylko pretekstu, czegoś, co odwróci uwagę, nada pozory losowości.
Dwa dni później, w nocy z wtorku na środę, w pomieszczeniu socjalnym tuż nad archiwum doszło do spięcia. Miniładunki w wentylacji zadziałały bezgłośnie, niemal dyskretnie. Wystarczyła chwila, by w kanałach rozlał się gęsty dym, niegroźny, lecz dostatecznie przekonujący, by czujniki uznały go za zwiastun katastrofy. System alarmowy obudził się natychmiast, jak zwierzę wyrwane ze snu.
Resztę zrobił elektryczny grzejnik. Stał niewinnie, przyczajony pod ścianą, lecz jego rozżarzone spirale podniosły temperaturę dokładnie o tyle, ile trzeba było, by symulacja stała się wiarygodna. Ogień nie musiał wybuchać. Wystarczyło, by budynek uwierzył, że płonie. I dokładnie na to liczył Barbosa. Wiedział, że jeśli jego ludzie delikatnie nadwyrężą zawór czasowy, instalacja nie odetnie się zbyt szybko. Archiwum na piątym piętrze miało sejfy ognioodporne, twarde jak pancerniki, projektowane z myślą o płomieniach i wysokiej temperaturze, niestety zabrakło im wodoszczelności.
Z sufitu lunęła woda. Stare rury wykonały resztę. Strugi spływały po szafach, przez zawiasy, pod uszczelkami. W środku teczki nasiąkały, pęczniały. Metalowa kaseta z aktami S-4/11 w końcu napełniła się jak wanna, na dnie leżała teczka, z której najważniejsze dokumenty Barbosa trzymał już u siebie. Ironią losu było to, że teraz ta państwowa kopia, kompletnie bezużyteczna i rozmazana, dosłownie pływała w brunatnej wodzie.
Prokurator Jacek Barbosa obserwował to wszystko z ciemnego vana zaparkowanego na rogu Madalińskiego. Był spocony, jak zawsze. Tłusty kark błyszczał mu w świetle ekranu policyjnego skanera. Oddychał ciężko, z zadowoleniem, jego czoło lśniło jak polerowana żarówka. W słuchawce słychać było syk radia PSP. Po całej akcji, kiedy straż już zwijała swój sprzęt, ciemny van niespiesznie odjechał z parkingu obok.
„To był fałszywy alarm. Uszkodzone czujniki przeciwpożarowe. Brak strat w archiwum właściwym na piątym piętrze, znajdującym się poniżej strefy objętej fałszywym alarmem”.
Tak brzmiał oficjalny komunikat prokuratury. Barbosa uśmiechnął się krzywo. Oczywiście. Oficjalnie brak strat. W praktyce – kilkadziesiąt stron kluczowych akt zamienionych w mokrą, bezkształtną breję. Dokładnie tak, jak to sobie zaplanował.
Dwa tygodnie później w jego skromnym gabinecie pojawiła się biała koperta. Bez znaczka, bez pieczątek, bez śladów palców. Ktoś po prostu wsunął ją pod drzwi. W środku był niewielki pendrive. Jacek włożył nośnik do portu laptopa. Po chwili na ekranie zaczęły pojawiać się skany akt oznaczonych sygnaturą: S-4/11.
Nie wszystko, jednak wystarczająco dużo, by poczuł zimny dreszcz sunący wzdłuż kręgosłupa. Na końcu ostatniego pliku widniało kilka krótkich zdań, zapisanych prostą, beznamiętną czcionką. „Nie wszystko w ogniu płonie. Nie wszystko w wodzie tonie. To były tylko bardzo dobre kopie. Oryginały są bezpieczne, ty już mniej. Masz czas, żeby przemyśleć swoje postępowanie, Jacku. R.S.”.
Prokurator Barbosa przełknął ślinę. Po raz pierwszy od dawna… spocił się nie ze złości, lecz ze strachu.
Sztylc tymczasem siedział w kuchni od dobrego kwadransa, nieruchomy jak człowiek, który już wszystko przeczytał, mimo to wciąż nie potrafi zamknąć sprawy. Laptop stał otwarty na blacie, ekran jarzył się chłodnym światłem poranka. Nagłówek krzyczał grubą czcionką o pożarze w budynku prokuratury, o zwarciu instalacji, o „prawdopodobnym nieszczęśliwym wypadku”. W tekście powtarzały się te same słowa co zawsze. Brak osób poszkodowanych, trwa ustalanie przyczyn, dokumenty zabezpieczone. Radek prychnął cicho.
– Kurwa, zabezpieczone – mruknął do siebie. Wiedział, co znaczy „zabezpieczone”.
Do kuchni weszła Anaba, jeszcze w bluzie, z włosami związanymi niedbale i z tym spojrzeniem, które mówiło, że dopiero się obudziła, a świat już zdążył ją wkurzyć.
– Cześć, córka – przywitał się Radek, nie odrywając wzroku od ekranu. Po chwili obrócił laptop w jej stronę i przesunął go po blacie.
– To zamiast porannej kawy – dodał z nikłym uśmiechem na twarzy.
Anaba usiadła, nachyliła się nad ekranem. Czytała szybko. Z każdą linijką jej szczęka zaciskała się coraz mocniej.
– A to skurwysyny… – wyrwało jej się, zanim zdążyła pomyśleć.
Radek uniósł wzrok.
– Anaba. Bez przekleństw. Przecież mówiłem ci, jak to się skończy.
– Bez przekleństw? – odparła ostro, wbijając palec w ekran. – Spaliła się prokuratura, tato. Akta, dowody na zdradę, a oni tu piszą, że wszystko jest pod kontrolą. To nie jest bajka, to jakiś serial pod tytułem „Państwo z dykty na ślinę klejone”!
– Właśnie dlatego – odparł spokojnie Radek. – To nie jest bajka.
Anaba oparła się o krzesło, na chwilę zamknęła oczy, po czym z gwałtownym ruchem wstała i spojrzała na ojca z niedowierzaniem.
– To co teraz? – zapytała. – Gdzie jest sprawiedliwość?
Sztylc uśmiechnął się krzywo, bez cienia humoru.
– W książkach dla małych dzieci, skarbie. Na tej samej półce co smoki, rycerze i dobry król oraz zła czarownica zawsze kończąca na stosie.
Zapadła cisza. Taka, która boli bardziej niż krzyk.
– To temat zamknięty, tę sprawę w ten sposób już załatwiono. – Sztylc zamilkł na chwilę. – Tutaj trzeba innych rozwiązań.
Anaba zmrużyła oczy i nachyliła się do przodu w kierunku ojca.
– Jakich?
Radek zamknął laptopa jednym, krótkim ruchem. Spojrzał na córkę uważnie, ważąc każde słowo.
– Wiesz… sprawiedliwość to jedno, zemsta to drugie, a ona nie potrzebuje rozgłosu medialnego. Ponadto, Anabo, dla winowajcy czekanie na wyrok jest czasem gorsze od samego wyroku.
– Mówisz jak ktoś, kto już podjął decyzję – zauważyła cicho.
Radek nie zaprzeczył, tylko się dziwnie uśmiechnął.
Tego samego dnia, kilka pięter wyżej, w sterylnym gabinecie pachnącym jednocześnie nowymi meblami i starym, głęboko skrywanym strachem, na biurko ministra Ryszewskiego trafiła koperta, która z pozoru nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była szara, zwyczajna, pozbawiona pieczątek, logo i adresu zwrotnego, a jednak sekretarka położyła ją z ostrożnością, jakby pod cienkim papierem kryło się coś, co mogło ugryźć.
Minister otworzył kopertę sam i już jedno pobieżne spojrzenie wystarczyło, by twarz Ryszewskiego zbielała jak czysta kartka.
W środku znajdowała się kopia jego teczki, nie tej współczesnej ani oficjalnej, lecz tej drugiej, o której istnieniu sam próbował zapomnieć. Pochodziła z czasów, gdy posługiwał się nie nazwiskiem, a pseudonimem, meldunki zaś pisał nocami, z ręką drżącą bardziej ze strachu niż z zimna. Dokumenty mówiły jasno: tajny współpracownik, numer ewidencyjny, donosy, spotkania, pokwitowania.
Na samym wierzchu leżała kartka z jednym zdaniem, napisanym na komputerze, a treść była pozbawiona jakichkolwiek emocji.
„Spokojnie. Nie wszystko płonie. Nie wszystko tonie. Jeszcze przyjdzie czas, by za to wszystko zapłacić, towarzyszu Ryszewski. Czekajcie, nikt o was nie zapomniał, a rachunek już idzie do was”.
Ryszewski opadł ciężko na fotel, poczuł niemal fizyczny ból kogoś, kto nagle stracił kręgosłup. Skóra na jego twarzy ściągnęła się, usta zrobiły się cienkie i sine. W gabinecie panowała cisza, sterylna i martwa, ale w jego głowie dudniło jak podczas alarmu przeciwlotniczego, jednostajnie i bez litości. Serce biło za szybko, za głośno, próbowało wyrwać się z klatki piersiowej i uciec, zanim będzie za późno. Pożar w prokuraturze niczego nie załatwił. To nie był finał, to była tylko zasłona dymna. Barbosa został wykiwany jak amator, a Ryszewski sam właśnie zrozumiał, że nie jest widzem, tylko celem. Zaczynał się gotować od środka. Czuł, jak w brzuchu narasta ciężka, lepka wściekłość zmieszana ze strachem. Ktoś chciał zniszczyć całe jego życie. Nie tylko karierę. Chciał go odrzeć z nazwiska, z uznania, z legendy, którą budował latami, i wypalić na nim piętno zdrajcy.
Dla polityka z takim dorobkiem był to wyrok ostateczny, choć nie miał w sobie nic z gwałtownej egzekucji czy jednego widowiskowego upadku. To był koniec rozpisany na etapy, rozciągnięty w czasie, zaplanowany tak, by bolał dłużej i skuteczniej. Ryszewski wiedział, że takie sprawy nie eksplodują od razu, one pełzną, wżerają się w życiorys i mielą go powoli, aż nie zostaje nic poza nazwiskiem obciążonym wstydem. Wiedział też, że medialnie zostanie skazany natychmiast, jeszcze zanim ktokolwiek zada pierwsze pytanie, wyrok zapadnie na czołówkach portali, w czerwonych paskach stacji informacyjnych i wypowiedziach ekspertów, którzy zawsze wiedzą wszystko pierwsi. Potem to już równia pochyła, na której nie ma hamulców ani punktów zaczepienia. Komisje śledcze, przesłuchania ciągnące się godzinami, kontrolowane przecieki i półsłówka podsuwane dziennikarzom, sugestie rzucane mimochodem, a w końcu gęsta cisza. Dawni sojusznicy przestaną odbierać telefony, a ludzie, którzy jeszcze wczoraj klepali go po plecach, nagle uznają, że nigdy go nie znali. To właśnie w tej ciszy politycy naprawdę umierają.
Pierwszym odruchem Ryszewskiego było sięgnięcie po telefon i skontaktowanie się z Uliewem. Jego palce uniosły się nad biurkiem, zawisły w powietrzu. Ręka zamarła. W tym bowiem momencie dotarło do niego coś jeszcze. W tej chwili stawał się zagrożeniem również dla Rosjan. Człowiek z teczką na wierzchu nie jest aktywem. Jest problemem. Śmieciem, który trzeba zamieść pod dywan albo usunąć na zawsze. A co, jeśli Uliew po usłyszeniu, co się dzieje, uzna, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie pozbycie się Ryszewskiego? Martwi nie składają zeznań. Martwych nie ściga polskie prawo. Martwi nie ciągną spraw latami.
Minister Teofil Ryszewski, kawaler Orderu Orła Białego nadawanego przez prezydenta, były bohater walki z komuną, ikona walki o wolność, prawicowy radykał, polityk i polski patriota, który nie uznawał kompromisów i jeszcze trzydzieści lat po upadku systemu walił w młodych lewaków zakurzonymi teczkami ich ojców i dziadków komunistów, poczuł prawdziwy strach. Taki, który nie krzyczy, tylko dusi. Zdawał sobie sprawę, że rycerz w srebrnej zbroi, walczący rzekomo w imię zasad, za sprawą tych materiałów mógł zmienić się w podłego zdrajcę na kremlowskim żołdzie.
Zimny pot spływał mu po plecach, potwierdzając, że ciało zrozumiało szybciej niż umysł, iż to nie łagodny zjazd po stoku w Zakopanem, tylko szybki rajd w dół, prosto na dno szamba historii. A z tego gówna nawet polskie mydło Biały Jeleń nie było w stanie człowieka wymyć.