Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

KAFES - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

KAFES - ebook

Sułtan, który nie powinien był przeżyć. Stambuł, rok 1640. W Topkapı Pałacu od dwudziestu pięciu lat żyje człowiek, którego brat-sułtan kazał zostawić przy życiu wbrew tradycji. Ibrahim — zamknięty w Kafes, „Złotej Klatce” pałacowego skrzydła — wychowywał się w lęku przed jedwabnym sznurem, który czekał za każdymi drzwiami. Aż pewnej nocy bracia umierają jeden po drugim, i nagle on, drżący, bezbronny, niewyszkolony — zostaje wezwany na tron największego imperium świata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-759-4
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ TRZECI — Ogrody Matki

Powietrze było ciężkie od zapachu jaśminu i palącego się na marmurowych cokołach kadzidła. Strumień wody w fontannie przed pałacem pryskał cicho, rytmicznie, szczelinami ciepłego dachu padały miękkie plamy światła, które igrały na jedwabnych fałdach sukni Turhan. Jej stopy, delikatne, ledwo muskające chłodne kafle, tonęły we fragmencie porannej mgły unoszącej się nad ogrodem Matki — tym malutkim zielonym kawałku wolności pomiędzy tajemnicą zamkniętych drzwi a światem pełnym zawiści i szeptów.

Turhan przesunęła palcami po jedwabiu, którego zapach nigdy nie był tak intensywny jak tu, w dachowej sierści, gdzie nic nie musiało się spieszyć, gdzie nie było sędziów ani wyroków. Drzewa lawendy ocierały się tłusto o kamienne pnie, lśnienie liści było jak mikstura światła i cienia, złotem przybranej klatki.

Ogród był jej azylem i pułapką — każdy liść, każdy źdźbło trawy jakby mówiły, że jest obserwowana, a jednak to miejsce pozwalało na krótkie zapomnienie o ciemnych falach Topkapı.

„Matko, nie możesz zapominać, że jesteś tylko cieniem na tle historii, którą piszą mężczyźni,” usłyszała zza siebie sucho, jakby z kamienia, głos służebnej, która wyłoniła się z mgły ogrodu bezszelestnie.

Turhan obróciła się powoli, odsłaniając kark, gdzie perełki potu rozbłysły w chłodzie poranka. „Nie jestem cieniem, Münevver. Jestem liściem, który przetrwa burzę, nawet jeśli złamia gałąź.” Jej głos wibrował spokojem, lecz pod spodem krył się żar, który nie pozwalał na słowo „pokora”.

Służebna skinęła, ale w oczach błysnęła niepewność.

Turhan podeszła do granitowego stołu, gdzie leżały misternie haftowane płótna, zanim wpadnie na szafę z kadzidłami. Wdychała zapachy rozbite na atomy — sandałowiec, mirra, rozmaryn — i dotykała tkanin tak, jakby miała przez nie wyczuć kształt własnego losu, ułożonego z surowców dalekich krain.

Szum fontanny przepływał obok, zdawał się mówić: „Czas”. A czas nie był teraz jej sprzymierzeńcem.

„Jak długo jeszcze Matka zamierza karmić głód tego miejsca z kawałków pokornej wiary? Z strachu?” zapytała stojąca w cieniu cicha urzędniczka dyspozycji haremu, kobieta o twarzy zamkniętej jak zwój pergaminu.

Turhan spojrzała na nią z chłodem — żadne słowa nie miały być odpowiedzią na zaklęcia cienia. Cisza napełniła przestrzeń między nimi, przytłumiając świat za jej plecami.

„Nie ma królestwa bez więzienia,” powiedziała w końcu, a jej spojrzenie przesunęło się po piasku i kamieniach, po intensywności słońca. „Nauczę się używać tej klatki inaczej. Nie wiem jeszcze, jak, ale nie jestem jedną z tych, które pozwalają się zamknąć bez walki.”

Münevver skinęła głową i oddaliła się — jak cień, który rozpuszcza się przy blasku słońca, zostawiając Turhan samą z ciężarem miękkich płaszczyzn i mocnym, niewypowiedzianym dźwiękiem wody.

Turhan usiadła na marmurowym brzegu fontanny, zanurzając dłonie w chłodnej wodzie, ledwie muskała powierzchnię. Młoda kobieta nad nią, pospieszna w gestach i z niepokojem w głosie, doniosła niedawno, że chłopcy odsuwa ją od syna sułtana — małego Mehmeda — jakby on sam potrzebował ochrony przed nią, a nie odwrotnie.

To była ironia, którą Topkapı zastawiało jak krawaty na szyi.

Wciągnęła w nozdrza wilgoć i zmieszany aromat kwiatów — róża, tuberoza, gorzkawy i słodki jednocześnie. Zdawało się, że sama roślina kwitnąc na śmierć widzi cezurę między życiem na wolności a życiem w cieniu.

Jeśli jest matką, musi nauczyć się nie tylko kochać, ale i kontrolować drżenia klatki. Musi zyskać taką siłę, która zważy się nie na złocie koron, lecz na ciężarze trofeów, które inni mają odebrać.

Dźwięk kroków wyrwał ją ze skupienia. Przestrzeń zdawała się znowu oblepiać szeptem intryg, który nigdy nie milczy wśród tych ścian.

Zmrużyła oczy, słysząc coraz wyraźniejsze: „Turhan… Turhan… dwór już nie jest tym, czym był przed kilkoma laty.”

Nie była gotowa na odwrotu ani na milczenie. Miała zostać.

I już teraz czuła, jak powoli zaczyna szyć z jednej nici kolejny wzór na tkaninie, którą jest życie uwięzione w złotej klatce Topkapı.

Kroki były lekkie, ale Turhan nauczyła się już rozróżniać ciężar każdego człowieka po tym, jak stąpa po kamieniu. Ten należał do Hadice — starszej kadyny, kobiety, która przeżyła trzech sułtanów i nosiła tę wiedzę jak bliznę na twarzy, niewidoczną, ale wyczuwalną w każdym geście.

Hadice zbliżyła się bez pośpiechu, jakby czas był jej własnością, a nie czymś, co się traci. Miała na sobie kaftan w kolorze głębokiej śliwki, obszyty złotą nicią tak drobną, że w porannym świetle wyglądała jak kobieta opleciona pajęczyną. Turhan wstała, zanim tamta zdążyła przemówić — nie z szacunku, lecz z instynktu. Przy Hadice zawsze lepiej było stać.

„Siedzisz przy wodzie jak dziecko,” powiedziała Hadice, nie jako zarzut, lecz jako obserwację. Jej głos miał tę szczególną teksturę, którą zyskuje się po latach mówienia rzeczy, które nie mogą być powiedziane wprost. „Woda nie daje odpowiedzi. Tylko powtarza pytania.”

„Wiem.” Turhan otarła dłonie o jedwab sukni. Woda zostawiła na tkaninie ciemniejszy ślad, który zaraz zniknie. „Ale jest jedyną rzeczą w tym miejscu, która nie kłamie.”

Hadice spojrzała na nią z czymś, co mogło być uznaniem, albo jego doskonałą imitacją. Usiadła na kamiennej ławce pod różanym krzewem, który kwitł z uporem godnym lepszej sprawy — w tym miejscu, gdzie nikt nie przychodził dla kwiatów.

„Słyszałam, że Kösem Sultan wezwała cię wczoraj wieczorem.”

Nie było w tym pytania. Hadice nigdy nie pytała — stwierdzała, a potem czekała, aż rozmówca sam zdecyduje, ile chce oddać.

Turhan usiadła naprzeciwko, zachowując między nimi przestrzeń wystarczającą na jedno zdanie, które można by cofnąć. „Wezwała. Rozmawiałyśmy o Mehmedzie.”

„O Mehmedzie.” Hadice powtórzyła imię syna Turhan tak, jakby ważyła je na niewidzialnej wadze. „Albo o tym, kto będzie decydował o Mehmedzie.”

Turhan nie odpowiedziała. Fontanna szumiała między nimi, wypełniając ciszę, która w innym miejscu byłaby niebezpieczna. Tu, w ogrodzie, cisza miała inną gęstość — była bardziej jak tkanina niż jak próżnia.

Mehmed miał rok i kilka miesięcy. Był małym, poważnym dzieckiem, które patrzyło na świat z uwagą, jakiej Turhan nie spodziewała się po kimś tak małym. Kiedy go karmiła, czuła ciężar jego główki na swoim ramieniu jak ciężar czegoś, co jest jednocześnie jej i nie jej — bo w Topkapı nic nie należało do nikogo w sposób, który by się liczył.

Kösem Sultan powiedziała jej wczoraj wieczorem, spokojnie, przy świetle jednej lampy, że Mehmed będzie wychowywany przez kobiety haremu, nie przez matkę. Że tak jest zawsze. Że tak jest lepiej. Że Turhan jest młoda i nie rozumie jeszcze, jak działa miłość w tym miejscu — że miłość matki do syna sułtana musi być miłością z dystansu, bo bliskość jest niebezpieczna dla obojga.

Turhan słuchała. Nie protestowała. Kiwnęła głową we właściwym momencie i wyszła, kiedy Kösem dała znak, że rozmowa dobiegła końca.

A potem stała w korytarzu przez chwilę, która trwała może pół minuty, może wieczność, i czuła, jak coś w niej — coś miękkiego, co jeszcze nie miało nazwy — zaczyna twardnieć.

„Kösem Sultan ma rację w wielu sprawach,” powiedziała teraz do Hadice, ostrożnie, jak ktoś, kto stawia stopę na lodzie i sprawdza, czy wytrzyma. „Jest tu od dawna. Zna to miejsce.”

„Zna.” Hadice przechyliła głowę. „I właśnie dlatego warto wiedzieć, czego ona nie wie.”

Turhan poczuła, jak powietrze między nimi zmienia gęstość. To był moment, w którym rozmowa przestawała być rozmową, a stawała się czymś innym — wymianą, w której każde słowo ma cenę.

„Czego nie wie?” zapytała, choć wiedziała, że pytanie jest pułapką. Albo drzwiami. Trudno było odróżnić jedno od drugiego w Topkapı.

Hadice milczała przez chwilę. Patrzyła na różany krzew, jakby liczyła płatki. „Nie wie, że jesteś cierpliwa. Myśli, że jesteś tylko młoda. To różnica, której nie docenia.”

Turhan nie wiedziała, czy to komplement, czy ostrzeżenie. Może jedno i drugie — w tym miejscu rzadko kiedy były to różne rzeczy.

Słońce przesunęło się o kilka stopni i cień różanego krzewu przesunął się razem z nim, kładąc się na kamieniu między nimi jak granica, której żadna nie przekroczyła. Turhan patrzyła na ten cień i myślała o Mehmedzie — o tym, jak śpi, z pięściami zaciśniętymi przy twarzy, jakby nawet we śnie był gotowy do walki. Skąd dziecko w tym wieku uczy się takiego gestu? Może z powietrza. Może z kamienia. Może z jedwabiu, który jest miękki, ale nie ustępuje.

„Powiedz mi o Kösem,” powiedziała Turhan, a jej głos był spokojniejszy, niż się spodziewała. „Nie o tym, co wszyscy wiedzą. O tym, czego nie mówią głośno.”

Hadice spojrzała na nią z uwagą, która trwała dłużej niż zwykłe spojrzenie. Turhan wytrzymała je bez mrugnięcia.

„Kösem Sultan straciła syna,” powiedziała w końcu Hadice. „Nie Ibrahima — on żyje, choć to życie jest osobną kwestią. Straciła Murada. Nie przez śmierć — przez to, czym się stał. Murad był jej dzieckiem, a potem stał się czymś, czego nie mogła już rozpoznać. I ona to wie. I to jest jedyna rzecz, której się boi — że miłość nie wystarczy, żeby zachować człowieka.”

Turhan słuchała. Fontanna szumiała. Gdzieś za murem ogrodu słychać było odległy głos muezzina, który wzywał do modlitwy — cichy, jakby dobiegał z innego świata.

„A Ibrahim?” zapytała.

Hadice wzruszyła ramionami — gestem tak małym, że można go było przeoczyć. „Ibrahim jest w kafes od trzech lat. Nikt nie wie, co z niego zostanie, kiedy wyjdzie. Jeśli wyjdzie.”

Jeśli. To słowo zawisło w powietrzu jak dym kadzidła — widoczne przez chwilę, potem rozpraszające się w nic.

Turhan wiedziała o kafes tyle, ile wiedziały wszystkie kobiety haremu — że istnieje, że jest za zamkniętymi drzwiami, że bracia sułtana żyją tam w luksusie, który jest formą śmierci. Wiedziała, że Ibrahim ma teraz jedenaście lat i że Murad IV, który siedzi na tronie, jest jego bratem i jego strażnikiem jednocześnie. Wiedziała, że Kösem Sultan chodzi do kafes — że jest jedyną osobą, która może wejść i wyjść — i że za każdym razem wraca z twarzą, na której nie ma nic do odczytania.

Ale nie wiedziała, co Ibrahim robi z dniami, które są wszystkie takie same. Nie wiedziała, czy płacze, czy milczy, czy śpiewa, czy bije głową w ścianę. Nie wiedziała, czy jest jeszcze chłopcem, czy już czymś innym — czymś, co kafes robi z ludźmi, kiedy mają dość czasu.

„Widziałaś go kiedyś?” zapytała Turhan.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij