-
nowość
-
promocja
Kalendarium zdrajcy - ebook
Kalendarium zdrajcy - ebook
Niektórych win nie da się odkupić.
Czasem jedna nieprzemyślana decyzja potrafi zaważyć na całym życiu. Boleśnie przekonuje się o tym Zbigniew Ligota, dziennikarz i zasłużony działacz opozycji.
Gdy wychodzi na jaw, że w latach 70. wydał kolegę z podziemia, co doprowadziło do jego aresztowania i rozbicia siatki konspiracyjnej, Ligota mierzy się z ostracyzmem społecznym i odrzuceniem ze strony dawnych przyjaciół. Zmuszony do konfrontacji z konsekwencjami i własnym poczuciem winy, próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, jak żyć dalej.
„Kalendarium zdrajcy” to poruszająca opowieść o winie, która nie przedawnia się nigdy, o życiu naznaczonym jednym błędem i o trudnej walce z przeszłością, której cień potrafi przyćmić nawet najbardziej godne uczynki.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-391-7 |
| Rozmiar pliku: | 776 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zbigniew Ligota siedział w swoim ulubionym fotelu, wpatrzony w uginające się pod powiewem silnego wiatru gałęzie starego dębu za oknem. Miał już za sobą wszystkie negatywne emocje: wstyd za to, co kiedyś uczynił, a co miało – a przynajmniej tak myślał – nigdy się nie wydać; gniew na niesprawiedliwą ocenę jego życiowej drogi; żal, że już nie osiągnie niczego godnego uwagi, że będzie pariasem. Jego obecny stan był bliski melancholijnej obojętności. Jego mózg przestał reagować na oznaki pogardy i nienawiści widoczne w zachowaniu znajomych i niedawnych przyjaciół. Przestał zaglądać do portali internetowych, hejt pod swoim adresem znał na pamięć. Rano, gdy wyszedł do sklepu, zobaczył na ścianie swojego bloku napis: „Ligota – komuch”. Kiedy wracał, okazało się, że ktoś już zdążył napisać na drzwiach jego mieszkania: „Zdrajca”. Początkowo chciał zetrzeć ten napis, ale potem machnął na niego ręką. Nigdy nie był komuchem, lecz to, na co się zdecydował wczesną wiosną 1977 roku, wiedziony potrzebą zrobienia kariery, było niewybaczalne. Na nic zdała się jego późniejsza działalność w „Solidarności”, najpierw jawna, a potem w podziemiu. Nic nie mogło unieważnić tamtego świństwa wobec kolegi. Nic się już nie liczyło – nawet to, że był współzałożycielem tygodnika opinii „Reduta”, tłumaczącego zawiłości procesu transformacji ustrojowej po 1989 roku. Pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego – dopóki nie został wyrzucony z pracy.
Przeszedł do kuchni. Włączył czajnik, aby zrobić sobie kawę, i zastanowił się, co zjeść. Do czasu wykrycia jego podłości rzadko jadał obiady w domu – korzystał z restauracji w Klubie Dziennikarza albo z okolicznych barów w pobliżu siedziby redakcji „Reduty”. Miał flaki w słoiku i kupione rano bułki. Uznał, że to mu wystarczy, chociaż wczoraj jadł to samo. Było mu wszystko jedno, bo nie miał apetytu. Pomyślał, czy nie kupić jutro gazet. Nie robił tego od czasu, gdy na jaw wyszła jego zdrada i w prasie – głównie prawicowej – pojawiły się wzmianki na ten temat, a nawet dłuższe zjadliwe artykuły. Upłynęło już trochę czasu, więc może dziennikarskie sępy znalazły sobie nową padlinę. Był ciekaw, co jego niedawni koledzy piszą o sytuacji w kraju i na świecie. Radia nie słuchał, w telewizji starał się oglądać tylko filmy, ale one niezmiennie go nudziły, więc szybko wyłączał odbiornik. Cisza panująca w mieszkaniu bardzo go jednak męczyła. Była ponura w swojej jednostajności i nie pozwalała mu oderwać się od przykrych myśli – ale nie była zupełna. Zakłócały ją szum rur wodociągowych, dochodzące zza ścian odgłosy życia sąsiadów czy stłumiony gwar ulicy. Te dźwięki sprawiały, że cisza stawała się jeszcze bardziej niepokojąca.
Podszedł do okna i oparł ręce o drewniany parapet. Kiedy je podniósł, zobaczył na nim wyraźny odcisk. Kurz zalegał gęsto, bo od czasu zdemaskowania jego zdrady Ligota przestał interesować się stanem mieszkania. Strzepnął brud z rąk i wlał flaki do garnka, który ustawił na kuchence. Ciszę przerwał gwizd czajnika. Zbigniew wsypał do filiżanki dwie łyżeczki kawy i zalał je wrzątkiem.
Znów wróciło pytanie, co dalej robić. Był przecież absolutnie spalony. Jako dziennikarza nikt go już nie zatrudni. W środowisku znajomych, dawnych towarzyszy z podziemnej „Solidarności”, stał się persona non grata. Najgorsze było to, że żadne jego zasługi w walce z komuną nie mogły zatrzeć tego, co zrobił. Gdyby jeszcze zdradził z obawy o własną skórę albo o kogoś mu bliskiego. Niestety, za odmowę podania adresu kryjówki Kudły nic mu nie groziło. Zrobił to wyłącznie dlatego, że spodziewał się nagrody. Wiedział, że w konspiracji takie zachowanie jest niewybaczalne.
A jednak łatwo się rozgrzeszył. Przez te wszystkie lata niespecjalnie dokuczało mu poczucie winy. Dopiero gdy sprawa – już prawie przez niego zapomniana – wyszła na jaw, przeraził się konsekwencji swojego dawnego czynu. Konsekwencji jak najbardziej zasłużonych, co sam musiał przyznać. Więc jak miał żyć dalej?
Nie zastanawiał się jeszcze, co będzie dalej robił. Miał pięćdziesiąt lat, jeszcze nie czas na emeryturę. Chyba trzeba będzie wyjechać z Warszawy, zaszyć się gdzieś na prowincji. Dobrze, że był sam, nie miał rodziny – to wiele ułatwiało. Żona odeszła od niego już dawno, jeszcze w latach osiemdziesiątych. Miała dość jego pracy w podziemiu, ciągłej nieobecności, ukrywania w mieszkaniu ludzi poszukiwanych przez milicję, piętrzących się w domu ulotek i wydawnictw, za których posiadanie szło się do więzienia. Tak, Barbarze to się nie podobało, ale dla Zbigniewa to był świetlisty czas. Wydawało mu się, że zmywa z siebie całą hańbę. Jakże się mylił!
Pierwszym sygnałem, że jego czyn z lat siedemdziesiątych się wyda, było uzyskanie przez dziennikarzy dostępu do archiwów Służby Bezpieczeństwa. Już wtedy zaczęto patrzeć na Zbigniewa z ukosa, chociaż wszyscy wiedzieli, że na tej liście znajdują się nazwiska wszystkich, którymi SB się interesowała, a nie tylko jej agenci i donosicie. Prawda wyszła na jaw dopiero później, gdy w IPN dokopano się do jego teczki i wyjaśniono powody wpadki znanego opozycjonisty Adama Kudły. Kudła tego nie doczekał, zmarł w 1991 roku, niedługo po odzyskaniu niepodległości. Ligota ze wstydem przyznawał, że poczuł wtedy ulgę. Przynajmniej Adam już się nie dowie, że przyjaciel go wtedy zdradził, choć potem blisko ze sobą współpracowali.
Zbigniew nie przypuszczał, że przez wydanie Adama zniszczy całą siatkę walczących przeciwników komuny. Wydawało mu się, że narazi kolegę na krótką utratę wolności z powodu publikacji materiałów szkodzących propagandowym celom władzy. Uznał, że to niewiele w porównaniu z możliwością objęcia ważnej funkcji w Polskiej Agencji Prasowej (PAP) – taką przynętę zastosowała wobec niego bezpieka. Swoją drogą, kto by przypuszczał, że pod adresem wskazanym przez Ligotę funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa (SB) znajdą materiały wybuchowe, zapalniki i inne urządzenia służące do produkcji bomb domowym sposobem. Adam potem zapewniał, że miały zostać użyte wyłącznie do niszczenia pamiątek i symboli władzy komunistycznej, a nie do zabijania ludzi. Ale kto wie, jak by to było.
Jak ciasno było w tym mieszkaniu, całkiem dużym przecież – ponad osiemdziesiąt metrów kwadratowych, cztery pokoje, kuchnia i łazienka. A jednak miał wrażenie klaustrofobii, zamknięcia, oblężenia. Świat za oknem był wrogi i obcy. Zbigniew skulił się w sobie. Jak tu, kurwa, żyć? – pomyślał.
– Jak żyć! – wrzasnął.
Przeraził się po tym okrzyku. Przecież w bloku ściany są cienkie, sąsiedzi go słyszą i pewnie zacierają ręce z radości, że zdrajca zasłużenie cierpi. Mimo to znów krzyknął:
– No i chuj! Cieszcie się, cieszcie!
A potem padł na kanapę i zapłakał. U wuja Edwarda i cioci Janiny było mu dobrze, a jednak nigdy nie zapomniał, że jest sierotą. W trudnych chwilach, takich jak ta, z jego pamięci wyłaniał się zamglony obraz rodziców – a właściwie tylko wspomnienie ciepła matki przytulającej go do piersi i silnych rąk ojca sadzającego go na huśtawce. Ich twarzy nie pamiętał, choć znał je z fotografii.LIPIEC 1954
Zbyszek, który miał wówczas cztery lata, niewiele zapamiętał z tego strasznego dnia. Pozostała mu w pamięci jedynie atmosfera grozy, którą powodowały nietypowe zachowania wuja Edwarda, ciotki Janiny i ich siedmioletniej córki Elżbiety. Wuj z twarzą ściągniętą przerażeniem biegał po mieszkaniu, by wreszcie wypaść na zewnątrz, wsiąść do samochodu i dokądś pojechać. Ciotka z trudem powstrzymywała płacz, a Elka, zwykle głośna i ruchliwa, przytulała się do matki i tak dziwnie patrzyła na kuzyna.
Zbyszek, który lubił przebywać u wujostwa, poczuł się wtedy źle i zatęsknił za rodzicami, którzy dokądś się wybrali i zostawili go tutaj. Podszedł do cioci Janiny i płaczliwym głosem powiedział:
– Ja chcę do mamy i taty.
Ciotka wtedy wybuchła płaczem, ale zaraz się opanowała i mocno go przytuliła.
– Na razie nie możesz, kochanie.
Elka chciała coś powiedzieć, lecz matka zatkała jej usta.
Zbyszek, zdziwiony, że nikt się nim nie interesuje, chociaż zawsze ktoś się z nim tu bawił, włóczył się bez celu po mieszkaniu, aż ciocia Janina dała mu jeść i położyła go spać. Zanim usnął, dość długo dręczył go jakiś niezidentyfikowany niepokój.
Obudził się w pokoju skąpanym słońcem i początkowo zdziwił się, że zamiast znajomej szafy zobaczył kilim ze zdjęciami. Zaraz jednak uświadomił sobie, że to dobrze mu znany element sypialni wujostwa, u którego lubił bywać. Przypomniał sobie wczorajsze dziwne i smutne chwile – ale przecież nadszedł już nowy dzień, nie było powodu, żeby się smucić.
Do pokoju weszła ciocia, lecz zamiast zwykłego uśmiechu i niby-surowego powitania: „Wstawaj, śpiochu” miała dla niego smutną minę i słowa:
– Trzeba już wstać, kochanie.
Nie spodobało mu się to, bo nawiązywało do smutnej atmosfery poprzedniego dnia, której nie rozumiał i która go przerażała.
Później było jednak podobnie. Wuj Edward wrócił do domu, ale był smutny i zamyślony. Nie zwracał uwagi na Zbyszka, a przecież zawsze starał się go rozśmieszyć i lubił się z nim bawić, co często było przyczyną zazdrości Elki. Koło południa przyjechali babcia i dziadek. Babcia płakała, dziadek siedział ponury. Oni też nie zwracali uwagi na Zbyszka. Chłopiec, pozostawiony sam sobie, nudził się. Brakowało mu zabawek, które zostawił w domu, ale przede wszystkim rodziców, za którymi coraz bardziej tęsknił w tym smutnym domu. A może pobawić się z Elką, zagrać z nią w jakąś grę? Jednak ona też go omijała. Mimo to podszedł do niej i postanowił się najpierw poskarżyć.
– Nudzi mi się tu, chciałbym już wrócić do rodziców – powiedział z nadzieją, że kuzynka zaproponuje mu jakąś zabawę.
Elka spojrzała na niego spłoszona, podniosła w górę palec i powiedziała szeptem:
– Twoi rodzice są tam.
A potem odwróciła się i uciekła.
Zbyszek popatrzył za nią ze zdziwieniem. Nic z tego nie rozumiał. Popatrzył na biały sufit, który wskazała Elka, ale niczego tam nie zobaczył.
Obiad przebiegał zupełnie inaczej niż zwykle. Nikt się nie śmiał, nie żartował, w ogóle nikt nic nie mówił. Cioci trzęsły się ręce, gdy stawiała naczynia z potrawami na stole. Wujek i dziadek jedli w milczeniu, a babcia prawie nie jadła i co chwilę przyciskała chusteczkę do oczu. Zbyszkowi najbardziej się nie podobało to, że wszyscy spoglądali na niego ze smutnymi minami, przez które zachciało mu się płakać. Skubnął niewiele, ale tym razem nikt go nie namawiał, żeby zjadł więcej.
Pod wieczór dorośli zamknęli się w salonie, Elka poszła do swojego pokoju, a Zbyszek siedział samotnie i od czasu do czasu usiłował trafić piłeczką w krzesło na drugim końcu pokoju.
Wtem drzwi salonu się otwarły i wyszedł stamtąd wuj Edward. Z poważną miną podszedł do Zbyszka i usiadł na krześle naprzeciwko niego. Położył mu rękę na ramieniu i powiedział:
– Twoi rodzice zginęli wczoraj w wypadku drogowym. Nie ma ich już wśród nas. Ale jesteśmy my: ja, ciocia i twoi dziadkowie. Postaramy się ich zastąpić.
Zbyszek zrozumiał z tego tylko tyle, że jego rodzice gdzieś zniknęli. Zaczął płakać.
– Ja chcę do domu! – łkał rozpaczliwie.
– Od dzisiaj tutaj jest twój dom. Z tamtego domu przeniesiemy tutaj wszystkie twoje książeczki i zabawki, i co tylko będziesz chciał. – Wuj Edward przytulił go mocno do siebie. – Zostaniesz naszym synkiem, zobaczysz, że będzie dobrze.
Pogrzebu swoich rodziców Zbigniew też nie pamiętał. Widok czterolatka w szarym sweterku z czarną opaską żałobną na rękawie, idącego za karawanem z dwiema trumnami, był wzruszający. Ludzie płakali. Dopiero za nim podążali pozostali członkowie rodziny. Tak postanowił wuj Edward. Dzień był pochmurny, jesienny wiatr zrywał z drzew liście i rzucał je pod nogi uczestnikom konduktu. Kiedy doszli do grobu, Zbyszek poskarżył się, że bolą go nogi. Wujek wziął go na ręce i malec z tej wysokości oglądał uroczystość pochówku. Nie wierzył, że w trumnach spuszczanych do grobu znajdują się jego rodzice. Nie rozumiał ich braku i wciąż miał nadzieję, że niedługo skończy się ten dziwny, ponury czas i oni wreszcie się pojawią. Wtedy mama go przytuli, a tata weźmie go na ciekawą wycieczkę.WRZESIEŃ 2000
Zbigniew Ligota wstał z fotela i podszedł do okna. Powoli zapadał zmrok, ludzie na osiedlowej ulicy spieszyli się do swoich domów. Porywisty wiatr szarpał ich ubrania. Ilu z nich byłoby gotowych podać mu rękę, gdyby wiedziało, że człowiek zasłużony w walce z komuną został przez Zbigniewa skazany na pięć lat więzienia? I co z tego miał Ligota? Owszem, bezpieka dotrzymała słowa – został dziennikarzem PAP i miał możliwość częstych wyjazdów za granicę. Niewiele z tego skorzystał, bo w stanie wojennym został stamtąd wyrzucony za działalność w „Solidarności”. Źródłem jego zarobków były wówczas honoraria za artykuły, które publikował pod pseudonimem w czasopismach sprzyjających opozycji. W rzeczywistości rodzinę utrzymywała Barbara, która pracowała jako księgowa w dużym przedsiębiorstwie.
– Tak, trzeba czym prędzej uciekać z Warszawy – powiedział sam do siebie.
Tylko dokąd? – pomyślał i nagle zrobiło mu się duszno. Przecież nie miał się do kogo zwrócić z prośbą o pomoc. U dawnych kolegów z opozycji był teraz spalony. Poczuł się jak więzień w swoim mieszkaniu, w którym od lat mieszkał sam – a przecież pamiętał wesoły gwar dzieci, gdy jeszcze była z nim Barbara. Otworzył okno, przez które do środka natychmiast wdarł się chłodny podmuch wiatru, który zaszeleścił papierami na biurku. Te kartki zawierały artykuł, który miał się ukazać w „Reducie”. Teraz mógł je wyrzucić do śmieci. Naprawdę wolałby już pójść do więzienia, aby odpokutować za swój czyn, niż być na wolności i na każdym kroku odczuwać pogardę i nienawiść.
Znów siadł w fotelu, zaskoczony myślą, która mu przyszła do głowy. On, w przeciwieństwie do większości kolegów z opozycji, nie czuł do komunistów nienawiści. Owszem, uważał ich rządy za narodową tragedię, ale w żadnym wypadku nie chciałby powrotu do tych przedwojennych, o których tyle złego słyszał od wuja. Był przeciwnikiem klasowych nierówności, nacjonalizmu, antysemityzmu i wszechwładzy Kościoła. Uważał się za socjaldemokratę, a teraz pomyślał, że popełnił błąd, że nigdy nie przyznał się do tego w swoim opozycyjnym środowisku, w którym wszystko, co lewicowe, z pogardą odrzucano. Wtedy nie przywiązywał do tego większej wagi, chociaż mu się to nie podobało, ale nie reagował, bo po co kłócić się między sobą, skoro wspólnym wrogiem była komuna?
Przypomniał sobie kolegów z konspiracji: Sławka, Andrzeja, Krzyśka, Jędrzeja… no i Adama, którego wcześniej zdradził, ale z którym później blisko współpracował. To byli fajni ludzie, na których mógł polegać. Wszyscy nawzajem się wspierali i zawsze mieli ciekawe pomysły, jak dokuczyć komunie. Traktował ich jak przyjaciół i tęsknił za ich towarzystwem, gdy nie miał ich koło siebie. Czy byłoby tak samo, gdyby wiedzieli o jego zdradzie? Oczywiście, że nie. Ten piękny i długi okres przyjaźni nie miałby miejsca. Właśnie teraz się o tym przekonał – gdy wszyscy się od niego odwrócili. Dobrze, że chociaż Adam nigdy się o tym nie dowiedział.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.