Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kalendarium zdrajcy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 lutego 2026
2634 pkt
punktów Virtualo

Kalendarium zdrajcy - ebook

Niektórych win nie da się odkupić.

Czasem jedna nieprzemyślana decyzja potrafi zaważyć na całym życiu. Boleśnie przekonuje się o tym Zbigniew Ligota, dziennikarz i zasłużony działacz opozycji.

Gdy wychodzi na jaw, że w latach 70. wydał kolegę z podziemia, co doprowadziło do jego aresztowania i rozbicia siatki konspiracyjnej, Ligota mierzy się z ostracyzmem społecznym i odrzuceniem ze strony dawnych przyjaciół. Zmuszony do konfrontacji z konsekwencjami i własnym poczuciem winy, próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, jak żyć dalej.

„Kalendarium zdrajcy” to poruszająca opowieść o winie, która nie przedawnia się nigdy, o życiu naznaczonym jednym błędem i o trudnej walce z przeszłością, której cień potrafi przyćmić nawet najbardziej godne uczynki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-391-7
Rozmiar pliku: 776 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WRZE­SIEŃ 2000

Zbi­gniew Li­go­ta sie­dział w swo­im ulu­bio­nym fo­te­lu, wpa­trzo­ny w ugi­na­ją­ce się pod po­wie­wem sil­ne­go wia­tru ga­łę­zie sta­re­go dę­bu za oknem. Miał już za so­bą wszyst­kie ne­ga­tyw­ne emo­cje: wstyd za to, co kie­dyś uczy­nił, a co mia­ło – a przy­naj­mniej tak my­ślał – ni­g­dy się nie wy­dać; gniew na nie­spra­wie­dli­wą oce­nę je­go ży­cio­wej dro­gi; żal, że już nie osią­gnie ni­cze­go god­ne­go uwa­gi, że bę­dzie pa­ria­sem. Je­go obec­ny stan był bli­ski me­lan­cho­lij­nej obo­jęt­no­ści. Je­go mózg prze­stał re­ago­wać na ozna­ki po­gar­dy i nie­na­wi­ści wi­docz­ne w za­cho­wa­niu zna­jo­mych i nie­daw­nych przy­ja­ciół. Prze­stał za­glą­dać do por­ta­li in­ter­ne­to­wych, hejt pod swo­im ad­re­sem znał na pa­mięć. Ra­no, gdy wy­szedł do skle­pu, zo­ba­czył na ścia­nie swo­je­go blo­ku na­pis: „Li­go­ta – ko­much”. Kie­dy wra­cał, oka­za­ło się, że ktoś już zdą­żył na­pi­sać na drzwiach je­go miesz­ka­nia: „Zdraj­ca”. Po­cząt­ko­wo chciał ze­trzeć ten na­pis, ale po­tem mach­nął na nie­go rę­ką. Ni­g­dy nie był ko­mu­chem, lecz to, na co się zde­cy­do­wał wcze­sną wio­sną 1977 ro­ku, wie­dzio­ny po­trze­bą zro­bie­nia ka­rie­ry, by­ło nie­wy­ba­czal­ne. Na nic zda­ła się je­go póź­niej­sza dzia­łal­ność w „So­li­dar­no­ści”, naj­pierw jaw­na, a po­tem w pod­zie­miu. Nic nie mo­gło unie­waż­nić tam­te­go świń­stwa wo­bec ko­le­gi. Nic się już nie li­czy­ło – na­wet to, że był współ­za­ło­ży­cie­lem ty­go­dni­ka opi­nii „Re­du­ta”, tłu­ma­czą­ce­go za­wi­ło­ści pro­ce­su trans­for­ma­cji ustro­jo­wej po 1989 ro­ku. Peł­nił funk­cję za­stęp­cy re­dak­to­ra na­czel­ne­go – do­pó­ki nie zo­stał wy­rzu­co­ny z pra­cy.

Prze­szedł do kuch­ni. Włą­czył czaj­nik, aby zro­bić so­bie ka­wę, i za­sta­no­wił się, co zjeść. Do cza­su wy­kry­cia je­go pod­ło­ści rzad­ko ja­dał obia­dy w do­mu – ko­rzy­stał z re­stau­ra­cji w Klu­bie Dzien­ni­ka­rza al­bo z oko­licz­nych ba­rów w po­bli­żu sie­dzi­by re­dak­cji „Re­du­ty”. Miał fla­ki w sło­iku i ku­pio­ne ra­no buł­ki. Uznał, że to mu wy­star­czy, cho­ciaż wczo­raj jadł to sa­mo. By­ło mu wszyst­ko jed­no, bo nie miał ape­ty­tu. Po­my­ślał, czy nie ku­pić ju­tro ga­zet. Nie ro­bił te­go od cza­su, gdy na jaw wy­szła je­go zdra­da i w pra­sie – głów­nie pra­wi­co­wej – po­ja­wi­ły się wzmian­ki na ten te­mat, a na­wet dłuż­sze zja­dli­we ar­ty­ku­ły. Upły­nę­ło już tro­chę cza­su, więc mo­że dzien­ni­kar­skie sę­py zna­la­zły so­bie no­wą pa­dli­nę. Był cie­kaw, co je­go nie­daw­ni ko­le­dzy pi­szą o sy­tu­acji w kra­ju i na świe­cie. Ra­dia nie słu­chał, w te­le­wi­zji sta­rał się oglą­dać tyl­ko fil­my, ale one nie­zmien­nie go nu­dzi­ły, więc szyb­ko wy­łą­czał od­bior­nik. Ci­sza pa­nu­ją­ca w miesz­ka­niu bar­dzo go jed­nak mę­czy­ła. By­ła po­nu­ra w swo­jej jed­no­staj­no­ści i nie po­zwa­la­ła mu ode­rwać się od przy­krych my­śli – ale nie by­ła zu­peł­na. Za­kłó­ca­ły ją szum rur wo­do­cią­go­wych, do­cho­dzą­ce zza ścian od­gło­sy ży­cia są­sia­dów czy stłu­mio­ny gwar uli­cy. Te dźwię­ki spra­wia­ły, że ci­sza sta­wa­ła się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­ją­ca.

Pod­szedł do okna i oparł rę­ce o drew­nia­ny pa­ra­pet. Kie­dy je pod­niósł, zo­ba­czył na nim wy­raź­ny od­cisk. Kurz za­le­gał gę­sto, bo od cza­su zde­ma­sko­wa­nia je­go zdra­dy Li­go­ta prze­stał in­te­re­so­wać się sta­nem miesz­ka­nia. Strzep­nął brud z rąk i wlał fla­ki do garn­ka, któ­ry usta­wił na ku­chen­ce. Ci­szę prze­rwał gwizd czaj­ni­ka. Zbi­gniew wsy­pał do fi­li­żan­ki dwie ły­żecz­ki ka­wy i za­lał je wrząt­kiem.

Znów wró­ci­ło py­ta­nie, co da­lej ro­bić. Był prze­cież ab­so­lut­nie spa­lo­ny. Ja­ko dzien­ni­ka­rza nikt go już nie za­trud­ni. W śro­do­wi­sku zna­jo­mych, daw­nych to­wa­rzy­szy z pod­ziem­nej „So­li­dar­no­ści”, stał się per­so­na non gra­ta. Naj­gor­sze by­ło to, że żad­ne je­go za­słu­gi w wal­ce z ko­mu­ną nie mo­gły za­trzeć te­go, co zro­bił. Gdy­by jesz­cze zdra­dził z oba­wy o wła­sną skó­rę al­bo o ko­goś mu bli­skie­go. Nie­ste­ty, za od­mo­wę po­da­nia ad­re­su kry­jów­ki Ku­dły nic mu nie gro­zi­ło. Zro­bił to wy­łącz­nie dla­te­go, że spo­dzie­wał się na­gro­dy. Wie­dział, że w kon­spi­ra­cji ta­kie za­cho­wa­nie jest nie­wy­ba­czal­ne.

A jed­nak ła­two się roz­grze­szył. Przez te wszyst­kie la­ta nie­spe­cjal­nie do­ku­cza­ło mu po­czu­cie wi­ny. Do­pie­ro gdy spra­wa – już pra­wie przez nie­go za­po­mnia­na – wy­szła na jaw, prze­ra­ził się kon­se­kwen­cji swo­je­go daw­ne­go czy­nu. Kon­se­kwen­cji jak naj­bar­dziej za­słu­żo­nych, co sam mu­siał przy­znać. Więc jak miał żyć da­lej?

Nie za­sta­na­wiał się jesz­cze, co bę­dzie da­lej ro­bił. Miał pięć­dzie­siąt lat, jesz­cze nie czas na eme­ry­tu­rę. Chy­ba trze­ba bę­dzie wy­je­chać z War­sza­wy, za­szyć się gdzieś na pro­win­cji. Do­brze, że był sam, nie miał ro­dzi­ny – to wie­le uła­twia­ło. Żo­na ode­szła od nie­go już daw­no, jesz­cze w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Mia­ła dość je­go pra­cy w pod­zie­miu, cią­głej nie­obec­no­ści, ukry­wa­nia w miesz­ka­niu lu­dzi po­szu­ki­wa­nych przez mi­li­cję, pię­trzą­cych się w do­mu ulo­tek i wy­daw­nictw, za któ­rych po­sia­da­nie szło się do wię­zie­nia. Tak, Bar­ba­rze to się nie po­do­ba­ło, ale dla Zbi­gnie­wa to był świe­tli­sty czas. Wy­da­wa­ło mu się, że zmy­wa z sie­bie ca­łą hań­bę. Jak­że się my­lił!

Pierw­szym sy­gna­łem, że je­go czyn z lat sie­dem­dzie­sią­tych się wy­da, by­ło uzy­ska­nie przez dzien­ni­ka­rzy do­stę­pu do ar­chi­wów Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Już wte­dy za­czę­to pa­trzeć na Zbi­gnie­wa z uko­sa, cho­ciaż wszy­scy wie­dzie­li, że na tej li­ście znaj­du­ją się na­zwi­ska wszyst­kich, któ­ry­mi SB się in­te­re­so­wa­ła, a nie tyl­ko jej agen­ci i do­no­si­cie. Praw­da wy­szła na jaw do­pie­ro póź­niej, gdy w IPN do­ko­pa­no się do je­go tecz­ki i wy­ja­śnio­no po­wo­dy wpad­ki zna­ne­go opo­zy­cjo­ni­sty Ada­ma Ku­dły. Ku­dła te­go nie do­cze­kał, zmarł w 1991 ro­ku, nie­dłu­go po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści. Li­go­ta ze wsty­dem przy­zna­wał, że po­czuł wte­dy ulgę. Przy­naj­mniej Adam już się nie do­wie, że przy­ja­ciel go wte­dy zdra­dził, choć po­tem bli­sko ze so­bą współ­pra­co­wa­li.

Zbi­gniew nie przy­pusz­czał, że przez wy­da­nie Ada­ma znisz­czy ca­łą siat­kę wal­czą­cych prze­ciw­ni­ków ko­mu­ny. Wy­da­wa­ło mu się, że na­ra­zi ko­le­gę na krót­ką utra­tę wol­no­ści z po­wo­du pu­bli­ka­cji ma­te­ria­łów szko­dzą­cych pro­pa­gan­do­wym ce­lom wła­dzy. Uznał, że to nie­wie­le w po­rów­na­niu z moż­li­wo­ścią ob­ję­cia waż­nej funk­cji w Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej (PAP) – ta­ką przy­nę­tę za­sto­so­wa­ła wo­bec nie­go bez­pie­ka. Swo­ją dro­gą, kto by przy­pusz­czał, że pod ad­re­sem wska­za­nym przez Li­go­tę funk­cjo­na­riu­sze Służ­by Bez­pie­czeń­stwa (SB) znaj­dą ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we, za­pal­ni­ki i in­ne urzą­dze­nia słu­żą­ce do pro­duk­cji bomb do­mo­wym spo­so­bem. Adam po­tem za­pew­niał, że mia­ły zo­stać uży­te wy­łącz­nie do nisz­cze­nia pa­mią­tek i sym­bo­li wła­dzy ko­mu­ni­stycz­nej, a nie do za­bi­ja­nia lu­dzi. Ale kto wie, jak by to by­ło.

Jak cia­sno by­ło w tym miesz­ka­niu, cał­kiem du­żym prze­cież – po­nad osiem­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych, czte­ry po­ko­je, kuch­nia i ła­zien­ka. A jed­nak miał wra­że­nie klau­stro­fo­bii, za­mknię­cia, ob­lę­że­nia. Świat za oknem był wro­gi i ob­cy. Zbi­gniew sku­lił się w so­bie. Jak tu, kur­wa, żyć? – po­my­ślał.

– Jak żyć! – wrza­snął.

Prze­ra­ził się po tym okrzy­ku. Prze­cież w blo­ku ścia­ny są cien­kie, są­sie­dzi go sły­szą i pew­nie za­cie­ra­ją rę­ce z ra­do­ści, że zdraj­ca za­słu­że­nie cier­pi. Mi­mo to znów krzyk­nął:

– No i chuj! Ciesz­cie się, ciesz­cie!

A po­tem padł na ka­na­pę i za­pła­kał. U wu­ja Edwar­da i cio­ci Ja­ni­ny by­ło mu do­brze, a jed­nak ni­g­dy nie za­po­mniał, że jest sie­ro­tą. W trud­nych chwi­lach, ta­kich jak ta, z je­go pa­mię­ci wy­ła­niał się za­mglo­ny ob­raz ro­dzi­ców – a wła­ści­wie tyl­ko wspo­mnie­nie cie­pła mat­ki przy­tu­la­ją­cej go do pier­si i sil­nych rąk oj­ca sa­dza­ją­ce­go go na huś­taw­ce. Ich twa­rzy nie pa­mię­tał, choć znał je z fo­to­gra­fii.LI­PIEC 1954

Zby­szek, któ­ry miał wów­czas czte­ry la­ta, nie­wie­le za­pa­mię­tał z te­go strasz­ne­go dnia. Po­zo­sta­ła mu w pa­mię­ci je­dy­nie at­mos­fe­ra gro­zy, któ­rą po­wo­do­wa­ły nie­ty­po­we za­cho­wa­nia wu­ja Edwar­da, ciot­ki Ja­ni­ny i ich sied­mio­let­niej cór­ki Elż­bie­ty. Wuj z twa­rzą ścią­gnię­tą prze­ra­że­niem bie­gał po miesz­ka­niu, by wresz­cie wy­paść na ze­wnątrz, wsiąść do sa­mo­cho­du i do­kądś po­je­chać. Ciot­ka z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła płacz, a El­ka, zwy­kle gło­śna i ru­chli­wa, przy­tu­la­ła się do mat­ki i tak dziw­nie pa­trzy­ła na ku­zy­na.

Zby­szek, któ­ry lu­bił prze­by­wać u wu­jo­stwa, po­czuł się wte­dy źle i za­tę­sk­nił za ro­dzi­ca­mi, któ­rzy do­kądś się wy­bra­li i zo­sta­wi­li go tu­taj. Pod­szedł do cio­ci Ja­ni­ny i płacz­li­wym gło­sem po­wie­dział:

– Ja chcę do ma­my i ta­ty.

Ciot­ka wte­dy wy­bu­chła pła­czem, ale za­raz się opa­no­wa­ła i moc­no go przy­tu­li­ła.

– Na ra­zie nie mo­żesz, ko­cha­nie.

El­ka chcia­ła coś po­wie­dzieć, lecz mat­ka za­tka­ła jej usta.

Zby­szek, zdzi­wio­ny, że nikt się nim nie in­te­re­su­je, cho­ciaż za­wsze ktoś się z nim tu ba­wił, włó­czył się bez ce­lu po miesz­ka­niu, aż cio­cia Ja­ni­na da­ła mu jeść i po­ło­ży­ła go spać. Za­nim usnął, dość dłu­go drę­czył go ja­kiś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny nie­po­kój.

Obu­dził się w po­ko­ju ską­pa­nym słoń­cem i po­cząt­ko­wo zdzi­wił się, że za­miast zna­jo­mej sza­fy zo­ba­czył ki­lim ze zdję­cia­mi. Za­raz jed­nak uświa­do­mił so­bie, że to do­brze mu zna­ny ele­ment sy­pial­ni wu­jo­stwa, u któ­re­go lu­bił by­wać. Przy­po­mniał so­bie wczo­raj­sze dziw­ne i smut­ne chwi­le – ale prze­cież nad­szedł już no­wy dzień, nie by­ło po­wo­du, że­by się smu­cić.

Do po­ko­ju we­szła cio­cia, lecz za­miast zwy­kłe­go uśmie­chu i ni­by-su­ro­we­go po­wi­ta­nia: „Wsta­waj, śpio­chu” mia­ła dla nie­go smut­ną mi­nę i sło­wa:

– Trze­ba już wstać, ko­cha­nie.

Nie spodo­ba­ło mu się to, bo na­wią­zy­wa­ło do smut­nej at­mos­fe­ry po­przed­nie­go dnia, któ­rej nie ro­zu­miał i któ­ra go prze­ra­ża­ła.

Póź­niej by­ło jed­nak po­dob­nie. Wuj Edward wró­cił do do­mu, ale był smut­ny i za­my­ślo­ny. Nie zwra­cał uwa­gi na Zbysz­ka, a prze­cież za­wsze sta­rał się go roz­śmie­szyć i lu­bił się z nim ba­wić, co czę­sto by­ło przy­czy­ną za­zdro­ści El­ki. Ko­ło po­łu­dnia przy­je­cha­li bab­cia i dzia­dek. Bab­cia pła­ka­ła, dzia­dek sie­dział po­nu­ry. Oni też nie zwra­ca­li uwa­gi na Zbysz­ka. Chło­piec, po­zo­sta­wio­ny sam so­bie, nu­dził się. Bra­ko­wa­ło mu za­ba­wek, któ­re zo­sta­wił w do­mu, ale przede wszyst­kim ro­dzi­ców, za któ­ry­mi co­raz bar­dziej tę­sk­nił w tym smut­nym do­mu. A mo­że po­ba­wić się z El­ką, za­grać z nią w ja­kąś grę? Jed­nak ona też go omi­ja­ła. Mi­mo to pod­szedł do niej i po­sta­no­wił się naj­pierw po­skar­żyć.

– Nu­dzi mi się tu, chciał­bym już wró­cić do ro­dzi­ców – po­wie­dział z na­dzie­ją, że ku­zyn­ka za­pro­po­nu­je mu ja­kąś za­ba­wę.

El­ka spoj­rza­ła na nie­go spło­szo­na, pod­nio­sła w gó­rę pa­lec i po­wie­dzia­ła szep­tem:

– Twoi ro­dzi­ce są tam.

A po­tem od­wró­ci­ła się i ucie­kła.

Zby­szek po­pa­trzył za nią ze zdzi­wie­niem. Nic z te­go nie ro­zu­miał. Po­pa­trzył na bia­ły su­fit, któ­ry wska­za­ła El­ka, ale ni­cze­go tam nie zo­ba­czył.

Obiad prze­bie­gał zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle. Nikt się nie śmiał, nie żar­to­wał, w ogó­le nikt nic nie mó­wił. Cio­ci trzę­sły się rę­ce, gdy sta­wia­ła na­czy­nia z po­tra­wa­mi na sto­le. Wu­jek i dzia­dek je­dli w mil­cze­niu, a bab­cia pra­wie nie ja­dła i co chwi­lę przy­ci­ska­ła chu­s­tecz­kę do oczu. Zbysz­ko­wi naj­bar­dziej się nie po­do­ba­ło to, że wszy­scy spo­glą­da­li na nie­go ze smut­ny­mi mi­na­mi, przez któ­re za­chcia­ło mu się pła­kać. Skub­nął nie­wie­le, ale tym ra­zem nikt go nie na­ma­wiał, że­by zjadł wię­cej.

Pod wie­czór do­ro­śli za­mknę­li się w sa­lo­nie, El­ka po­szła do swo­je­go po­ko­ju, a Zby­szek sie­dział sa­mot­nie i od cza­su do cza­su usi­ło­wał tra­fić pi­łecz­ką w krze­sło na dru­gim koń­cu po­ko­ju.

Wtem drzwi sa­lo­nu się otwar­ły i wy­szedł stam­tąd wuj Edward. Z po­waż­ną mi­ną pod­szedł do Zbysz­ka i usiadł na krze­śle na­prze­ciw­ko nie­go. Po­ło­żył mu rę­kę na ra­mie­niu i po­wie­dział:

– Twoi ro­dzi­ce zgi­nę­li wczo­raj w wy­pad­ku dro­go­wym. Nie ma ich już wśród nas. Ale je­ste­śmy my: ja, cio­cia i twoi dziad­ko­wie. Po­sta­ra­my się ich za­stą­pić.

Zby­szek zro­zu­miał z te­go tyl­ko ty­le, że je­go ro­dzi­ce gdzieś znik­nę­li. Za­czął pła­kać.

– Ja chcę do do­mu! – łkał roz­pacz­li­wie.

– Od dzi­siaj tu­taj jest twój dom. Z tam­te­go do­mu prze­nie­sie­my tu­taj wszyst­kie two­je ksią­żecz­ki i za­baw­ki, i co tyl­ko bę­dziesz chciał. – Wuj Edward przy­tu­lił go moc­no do sie­bie. – Zo­sta­niesz na­szym syn­kiem, zo­ba­czysz, że bę­dzie do­brze.

Po­grze­bu swo­ich ro­dzi­ców Zbi­gniew też nie pa­mię­tał. Wi­dok czte­ro­lat­ka w sza­rym swe­ter­ku z czar­ną opa­ską ża­łob­ną na rę­ka­wie, idą­ce­go za ka­ra­wa­nem z dwie­ma trum­na­mi, był wzru­sza­ją­cy. Lu­dzie pła­ka­li. Do­pie­ro za nim po­dą­ża­li po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny. Tak po­sta­no­wił wuj Edward. Dzień był po­chmur­ny, je­sien­ny wiatr zry­wał z drzew li­ście i rzu­cał je pod no­gi uczest­ni­kom kon­duk­tu. Kie­dy do­szli do gro­bu, Zby­szek po­skar­żył się, że bo­lą go no­gi. Wu­jek wziął go na rę­ce i ma­lec z tej wy­so­ko­ści oglą­dał uro­czy­stość po­chów­ku. Nie wie­rzył, że w trum­nach spusz­cza­nych do gro­bu znaj­du­ją się je­go ro­dzi­ce. Nie ro­zu­miał ich bra­ku i wciąż miał na­dzie­ję, że nie­dłu­go skoń­czy się ten dziw­ny, po­nu­ry czas i oni wresz­cie się po­ja­wią. Wte­dy ma­ma go przy­tu­li, a ta­ta weź­mie go na cie­ka­wą wy­ciecz­kę.WRZE­SIEŃ 2000

Zbi­gniew Li­go­ta wstał z fo­te­la i pod­szedł do okna. Po­wo­li za­pa­dał zmrok, lu­dzie na osie­dlo­wej uli­cy spie­szy­li się do swo­ich do­mów. Po­ry­wi­sty wiatr szar­pał ich ubra­nia. Ilu z nich by­ło­by go­to­wych po­dać mu rę­kę, gdy­by wie­dzia­ło, że czło­wiek za­słu­żo­ny w wal­ce z ko­mu­ną zo­stał przez Zbi­gnie­wa ska­za­ny na pięć lat wię­zie­nia? I co z te­go miał Li­go­ta? Ow­szem, bez­pie­ka do­trzy­ma­ła sło­wa – zo­stał dzien­ni­ka­rzem PAP i miał moż­li­wość czę­stych wy­jaz­dów za gra­ni­cę. Nie­wie­le z te­go sko­rzy­stał, bo w sta­nie wo­jen­nym zo­stał stam­tąd wy­rzu­co­ny za dzia­łal­ność w „So­li­dar­no­ści”. Źró­dłem je­go za­rob­ków by­ły wów­czas ho­no­ra­ria za ar­ty­ku­ły, któ­re pu­bli­ko­wał pod pseu­do­ni­mem w cza­so­pi­smach sprzy­ja­ją­cych opo­zy­cji. W rze­czy­wi­sto­ści ro­dzi­nę utrzy­my­wa­ła Bar­ba­ra, któ­ra pra­co­wa­ła ja­ko księ­go­wa w du­żym przed­się­bior­stwie.

– Tak, trze­ba czym prę­dzej ucie­kać z War­sza­wy – po­wie­dział sam do sie­bie.

Tyl­ko do­kąd? – po­my­ślał i na­gle zro­bi­ło mu się dusz­no. Prze­cież nie miał się do ko­go zwró­cić z proś­bą o po­moc. U daw­nych ko­le­gów z opo­zy­cji był te­raz spa­lo­ny. Po­czuł się jak wię­zień w swo­im miesz­ka­niu, w któ­rym od lat miesz­kał sam – a prze­cież pa­mię­tał we­so­ły gwar dzie­ci, gdy jesz­cze by­ła z nim Bar­ba­ra. Otwo­rzył okno, przez któ­re do środ­ka na­tych­miast wdarł się chłod­ny po­dmuch wia­tru, któ­ry za­sze­le­ścił pa­pie­ra­mi na biur­ku. Te kart­ki za­wie­ra­ły ar­ty­kuł, któ­ry miał się uka­zać w „Re­du­cie”. Te­raz mógł je wy­rzu­cić do śmie­ci. Na­praw­dę wo­lał­by już pójść do wię­zie­nia, aby od­po­ku­to­wać za swój czyn, niż być na wol­no­ści i na każ­dym kro­ku od­czu­wać po­gar­dę i nie­na­wiść.

Znów siadł w fo­te­lu, za­sko­czo­ny my­ślą, któ­ra mu przy­szła do gło­wy. On, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ko­le­gów z opo­zy­cji, nie czuł do ko­mu­ni­stów nie­na­wi­ści. Ow­szem, uwa­żał ich rzą­dy za na­ro­do­wą tra­ge­dię, ale w żad­nym wy­pad­ku nie chciał­by po­wro­tu do tych przed­wo­jen­nych, o któ­rych ty­le złe­go sły­szał od wu­ja. Był prze­ciw­ni­kiem kla­so­wych nie­rów­no­ści, na­cjo­na­li­zmu, an­ty­se­mi­ty­zmu i wszech­wła­dzy Ko­ścio­ła. Uwa­żał się za so­cjal­de­mo­kra­tę, a te­raz po­my­ślał, że po­peł­nił błąd, że ni­g­dy nie przy­znał się do te­go w swo­im opo­zy­cyj­nym śro­do­wi­sku, w któ­rym wszyst­ko, co le­wi­co­we, z po­gar­dą od­rzu­ca­no. Wte­dy nie przy­wią­zy­wał do te­go więk­szej wa­gi, cho­ciaż mu się to nie po­do­ba­ło, ale nie re­ago­wał, bo po co kłó­cić się mię­dzy so­bą, sko­ro wspól­nym wro­giem by­ła ko­mu­na?

Przy­po­mniał so­bie ko­le­gów z kon­spi­ra­cji: Sław­ka, An­drze­ja, Krzyś­ka, Ję­drze­ja… no i Ada­ma, któ­re­go wcze­śniej zdra­dził, ale z któ­rym póź­niej bli­sko współ­pra­co­wał. To by­li faj­ni lu­dzie, na któ­rych mógł po­le­gać. Wszy­scy na­wza­jem się wspie­ra­li i za­wsze mie­li cie­ka­we po­my­sły, jak do­ku­czyć ko­mu­nie. Trak­to­wał ich jak przy­ja­ciół i tę­sk­nił za ich to­wa­rzy­stwem, gdy nie miał ich ko­ło sie­bie. Czy by­ło­by tak sa­mo, gdy­by wie­dzie­li o je­go zdra­dzie? Oczy­wi­ście, że nie. Ten pięk­ny i dłu­gi okres przy­jaź­ni nie miał­by miej­sca. Wła­śnie te­raz się o tym prze­ko­nał – gdy wszy­scy się od nie­go od­wró­ci­li. Do­brze, że cho­ciaż Adam ni­g­dy się o tym nie do­wie­dział.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij