Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kamienica - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 stycznia 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Kamienica - ebook

Notariusz Dawid Markiewicz znajduje w mieszkaniu zmarłej ciotki teczkę ukrytą za boazerią: akt sprzedaży, który nie powinien istnieć, i list zaadresowany do prezesa sądu. Trop prowadzi do kamienicy przy Słowackiego i brudnych lat dziewięćdziesiątych, gdy w chaosie reprywatyzacji zaginęło małżeństwo Wojnickich. Przeciwnik nie nosi kominiarki—Ludwik Andrzejewski jest szanowanym prezesem Sądu Okręgowego. Kiedy zaczynają ginąć świadkowie, Dawid musi wyjść poza granice, których dotąd pilnował jak paragrafów. Gęsty thriller o korupcji w togach i cenie prawdy, gdy prawo stoi po stronie winnych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330333
Rozmiar pliku: 802 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SKRYTKA ZA BOAZERIĄ

Dawid Markiewicz stał w drzwiach mieszkania ciotki Heleny. Powinien był przyjechać wcześniej.

Przez ostatnie osiem miesięcy skutecznie odpychał tę myśl. Stosami dokumentów, spotkaniami z klientami, wieczorami przy biurku zamiast w samochodzie jadącym przez Poznań na Garbary. Teraz stał na progu i zapach stęchlizny z naftaliną wdzierał się do płuc.

Mieszkanie na poddaszu kamienicy wyglądało jak miejsce, które czas zostawił w tyle. Skośne ściany mansardy tworzyły klaustrofobiczną przestrzeń — przy drzwiach musiał pochylić głowę, żeby nie uderzyć o belkę stropową. Światło popołudnia sączyło się przez brudne okna, rzucając blade prostokąty na zakurzoną podłogę.

Poprawił okulary. Deski podłogi uginały się pod jego ciężarem z przeciągłym jękiem.

Helena Markiewicz zmarła tydzień temu w szpitalu przy Lutyckiej. Zapalenie płuc, posocznica. Lekarze mówili przez telefon, że organizm był zbyt osłabiony latami choroby. Dawid siedział wtedy w swoim gabinecie przy ulicy Świętego Marcina i kiwał głową, choć nikt nie mógł go widzieć. Procedura spadkowa — to rozumiał. Dokumenty do podpisania — w tym był dobry.

Ale stanie w tym mieszkaniu? Oddychanie powietrzem przesiąkniętym samotnością kobiety, której nie odwiedził ani razu przez ostatnie miesiące jej życia?

Na to nie miał paragrafów ani formularzy.

Sterty gazet sięgały parapetów, przewiązane sznurkiem lub złożone w wieże. Na stoliku przy oknie stały trzy filiżanki z zasychającą herbatą — w jednej unosiła się warstwa pleśni w kolorze brudnej zieleni. Zasłony, grube i brązowe w paisley, były zaciągnięte tak szczelnie, że pomieszczenie tonęło w półmroku nawet teraz, w środku popołudnia.

Podszedł do okna i odchylił jedną z zasłon. Kurz uniósł się w nagłym snopie szarego światła.

Za szybą widział dachy poznańskich kamienic, anteny i kominy na tle nieba, które miało ten specyficzny kolor późnojesiennego zmierzchu — nie całkiem szary, nie całkiem błękitny. Z dołu dochodził stłumiony szum ulicy, tramwaje przedzierające się przez popołudniowy korek, trąbienia kierowców.

Normalny świat. Poznań w listopadzie.

Wrócił do środka pokoju. Szafa z drewna dębowego, pamiętająca pewnie lata siedemdziesiąte. Regał z romansami w tanich papierowych okładkach. Biurko przy ścianie pod skośnym sufitem, zasłane papierami. Wersalka z poduszką, która miała wgłębienie tam, gdzie ciotka kładła głowę.

Zdjął płaszcz.

------------------------------------------------------------------------

Przez następną godzinę pracował z precyzją wyniesioną z lat praktyki notarialnej.

Ubrania do worków na śmieci — nie było sensu oddawać ich do organizacji charytatywnych, były zbyt zniszczone, przesiąknięte zapachem choroby. Dokumenty na kupki do przejrzenia — rachunki za prąd, gaz, czynsz, większość nieopłacona od miesięcy. Śmieci do kontenerów — puste butelki po lekach, stare gazety z krzyżówkami wypełnionymi drżącą ręką.

Próbował zaprowadzić swój notarialny porządek i przez chwilę udawało mu się nie myśleć o niczym poza następnym zadaniem.

Przedpokój był ciasny, z wieszakiem uginającym się pod ciężarem kurtek, których ciotka nie nosiła od lat. Łazienka — pleśń na fugach, zaschnięte ślady na lustrze, rdzawy osad wokół odpływu wanny. Kuchnia niewiele lepsza, ze zlewem pełnym brudnych naczyń. Zawartość lodówki wyrzucił bez otwierania poszczególnych pojemników.

Ale to główny pokój wymagał najwięcej pracy. Tutaj ciotka spędzała większość czasu w ostatnich latach — jadła, spała, oglądała telewizor, który stał na komodzie w rogu i dawno przestał działać. Dawid sortował kolejne stosy, odkładając na bok rzeczy, które mogły mieć wartość sentymentalną. Albumy ze zdjęciami. Listy od matki ciotki pisane jeszcze w latach sześćdziesiątych. Stary zegarek kieszonkowy z wygrawerowanymi inicjałami, których nie rozpoznawał.

Przy biurku pod oknem zatrzymał się na dłużej. Więcej papierów niż gdziekolwiek indziej — stosy kopert, formularzy, wycinków z gazet. Przeglądał je jeden po drugim, szukając testamentu, aktu własności, umów do rozwiązania. Znajdował głównie rachunki i pocztówki od ludzi, których imion nie znał.

Listwa boazerii przy ścianie tuż obok biurka odstała pod dziwnym kątem. Początkowo pomyślał, że to kolejny objaw zaniedbania — stara kamienica, wilgoć, wykrzywione drewno. Ale listwa była zbyt równa, zbyt precyzyjnie odchylona. Na podłodze pod nią widać było drobne rysy na drewnie, miejsca gdzie lakier został starty przez przesuwanie.

Uklęknął, nie zważając na kurz osiadający na kolanach spodni. Palce znalazły krawędź i pociągnęły.

Drewno ustąpiło z cichym trzaskiem, odsłaniając pustkę za ścianą.

Wsunął rękę w szczelinę. Palce wyczuły coś twardego, prostokątnego. Zacisnął dłoń i wyciągnął to na światło.

Teczka. Stara, ze szarej skóry, pokryta warstwą kurzu tak grubą, że musiał ją otrzepać. Skóra popękana ze starości, w kilku miejscach łuszcząca się. Metalowy zamek zardzewiały, ale nie zablokowany.

Teczka nie pasowała do niczego w tym mieszkaniu. Zbyt elegancka. Zbyt celowo ukryta.

Usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Położył teczkę na kolanach.

Cokolwiek było w środku, ciotka uznała za wystarczająco ważne, żeby to ukryć.

Otworzył zamek z cichym zgrzytem metalu i rozchylił połówki teczki.

W środku znajdowały się trzy dokumenty.

------------------------------------------------------------------------

Pierwszy rozpoznał natychmiast. Profesjonalnym okiem notariusza, który widział tysiące podobnych. Akt notarialny sprzedaży nieruchomości. Żółtawy papier, maszynowy druk charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych, pieczątki i podpisy na dole.

"Umowa sprzedaży nieruchomości przy ul. Słowackiego 15 w Poznaniu."

Przesunął palcem po dacie. Grudzień 1993. Ponad trzydzieści lat temu.

Helena Markiewicz nabyła kamienicę od Ireny i Tadeusza Wojnickich.

Zmarszczył brwi, czytając cenę transakcji. Nawet w 1993 roku, nawet w postkomunistycznej Polsce z chaotycznym rynkiem nieruchomości, ta kwota była absurdalnie niska. Kamienica w centrum Poznania, przy tak prestiżowej ulicy, powinna być warta wielokrotnie więcej.

Przewrócił kartę i przyjrzał się pieczęciom. Notariusz Krzysztof Walczak, kancelaria przy ulicy... nie mógł odczytać adresu, pieczątka zbyt wyblakła. Ale coś nie pasowało. Format dokumentu, rozmieszczenie podpisów, sformułowania prawne.

Drugi dokument był wycinkiem z gazety. Musiał przybliżyć go do oczu, żeby odczytać drobny druk.

"Gazeta Wielkopolska", luty 1994. Krótka notka w dziale kroniki kryminalnej.

"Zaginięcie małżeństwa z Poznania. Policja poszukuje Ireny (lat 52) i Tadeusza (lat 56) Wojnickich, ostatnio widzianych 23 stycznia 1994 roku w ich mieszkaniu przy ul. Słowackiego 15. Rodzina zawiadomiła organy ścigania po tym, jak para nie stawiła się na zaplanowanym spotkaniu rodzinnym."

Te same słowa. Te same daty.

Sprzedaż kamienicy — grudzień 1993.

Zaginięcie Wojnickich — styczeń 1994.

Jak mogli sprzedać nieruchomość w grudniu i zniknąć miesiąc później? Sprzedali, wzięli pieniądze, wyjechali, coś im się przydarzyło.

Ale ta kwota. Ta absurdalnie niska kwota.

Trzeci dokument był listem.

Odręczne pismo, które rozpoznał — tak pisała ciotka Helena, tymi samymi drżącymi literami, które widział w krzyżówkach rozrzuconych po mieszkaniu. Ale ten list był starszy. Litery pewniejsze, mniej roztrzęsione. Napisany przez kobietę, która jeszcze nie zaczęła tracić władzy nad własnym umysłem.

"Ludwiku,

Jeśli to czytasz, znaczy że umarłam. Może naturalnie, może nie — oboje wiemy, że są ludzie, którym nasza wiedza niewygodna. Te dokumenty są moją polisą. Trzymałam je przez te wszystkie lata nie dlatego, że chciałam komuś zaszkodzić, ale dlatego, że wiedziałam, że mogą mi się przydać.

Wiesz co zrobiliśmy. Wiesz, dlaczego to zrobiliśmy. Nie mam zamiaru przepraszać — tamten czas był inny, ludzie byli inni, a my robiliśmy to, co nam się wydawało konieczne. Ale jeśli coś mi się stanie — jeśli kiedykolwiek poczuję, że nadchodzą po mnie — wszystko wyjdzie na jaw.

Nie próbuj mnie odwiedzać. Nie próbuj mnie przekonywać. Te dokumenty zostają gdzie są, dopóki żyję. A potem... potem zobaczysz, co z nimi zrobisz.

Pamiętaj oczy w oknie.

Helena"

List adresowany do kogoś o inicjałach L.A. — w nagłówku, tuż nad "Ludwiku", widniały te dwie litery.

L.A. Ludwik A. Ludwik... kto?

Opuścił rękę z listem na kolana. Siedział nieruchomo.

Jego własny oddech. Tykanie jakiegoś zegara — skąd, nie wiedział, myślał że wszystkie tu dawno stanęły.

Ciotka Helena. Jego ciotka. Którą odwiedzał z obowiązku raz, dwa razy do roku. Przynosił kwiaty i słuchał chaotycznych opowieści o sąsiadach, którzy jej nie lubią. O listonoszu, który kradnie jej emerytury.

O oczach w oknie.

"Pamiętaj oczy w oknie."

Ostatnia wizyta. Osiem miesięcy temu. Siedział tu, na tej samej wersalce, pijąc herbatę z filiżanki z wyszczerbionym brzegiem. Ciotka mamrotała coś o oczach.

"One patrzą, Dawidku. W nocy, kiedy gasnę światło, widzę je w oknie. Patrzą i czekają."

Poklepał ją po ręce. Obiecał przyjechać częściej.

Nie dotrzymał słowa.

A jeśli ciotka naprawdę czegoś się bała? Jeśli przez wszystkie lata żyła w cieniu czegoś, co zrobiła?

Podniósł się z podłogi, czując jak kolana protestują po długim siedzeniu na twardym drewnie. Przeszedł do wersalki i usiadł. Sprężyny jęknęły.

Dokumenty rozłożył przed sobą na kolanach, jeden obok drugiego.

Akt sprzedaży. Notka o zaginięciu. List.

Grudzień 1993. Styczeń 1994. Nieznana data.

Spojrzał jeszcze raz na akt notarialny, szukając konkretnych nieprawidłowości. Były. Na stronie drugiej brakowało pieczęci sądowej, która powinna tam być przy tego typu transakcji. Sformułowania w paragrafie trzecim brzmiały dziwnie — "przeniesienie własności bez obciążeń hipotecznych" powinno być sformułowane inaczej, standardowy język prawniczy tamtych czasów wyglądał inaczej. Data w nagłówku nie zgadzała się z datą przy podpisach — różnica jednego dnia, ale w dokumencie notarialnym to niemożliwe.

Fałszerstwo?

Nie do końca. Dokument wyglądał na autentyczny pod większością względów — papier właściwy, pieczęcie prawdziwe, podpisy bez śladów kopiowania. Raczej pośpiech. Błędy. Dokument sporządzony w warunkach, które nie sprzyjały dokładności.

A może ktoś, kto go sporządzał, wiedział, że nigdy nie będzie sprawdzany.

Odłożył dokumenty na wersalkę i wstał, podchodząc do okna. Odsunął zasłonę.

Szary poznański zmierzch przeszedł w wczesny wieczór. Latarnie uliczne zapalały się jedna po drugiej. Na przystanku czekali ludzie na tramwaj — mężczyzna w kurtce, kobieta z dzieckiem, nastolatek ze słuchawkami.

Oparł czoło o zimną szybę.

Co teraz?

Był notariuszem. Jego praca polegała na porządkowaniu rzeczywistości, na nadawaniu jej formy prawnej. Całe życie zbudowane na przekonaniu, że świat da się uporządkować. Że każda transakcja ma ślady. Że każdy akt ma podstawę prawną.

A teraz trzymał dowód, że jego własna ciotka — kobieta, która nosiła go na kolanach, częstowała ciastkami, opowiadała bajki o smokach — ukrywała coś przez trzydzieści lat. Coś wystarczająco poważnego, żeby nazwać to "polisą".

"Wiesz co zrobiliśmy."

Co zrobili?

Wyjął telefon z kieszeni. Kasia. Powinien do niej zadzwonić. Powiedział jej, że jedzie do mieszkania ciotki na kilka godzin. Że będzie na kolację. Zosia miała dziś lekcję pływania.

Kciuk zawisł nad ikoną połączenia.

Co jej powie?

Opuścił rękę.

Nie teraz. Nie przez telefon. Musiał najpierw sam to przemyśleć. Uporządkować fakty — to potrafił. Potem, kiedy będzie miał jasny obraz sytuacji, powie Kasi.

Albo nie powie.

Wrócił do wersalki i zebrał dokumenty. Wsunął je z powrotem do szarej teczki. Zamknął metalowy zamek.

Rozejrzał się po mieszkaniu. Worki z ubraniami stały przy drzwiach. Dokumenty do przejrzenia leżały na biurku. Bałagan wciąż był bałaganem. Ale nie mógł tu dłużej zostać.

Wziął płaszcz. Założył go powoli, zapinając każdy guzik z tą samą precyzją, z jaką podpisywał dokumenty w kancelarii. Wsunął teczkę pod płaszcz, między marynarkę a koszulę.

------------------------------------------------------------------------

Schody kamienicy skrzypiały pod każdym krokiem. Trzymał się poręczy — starej, drewnianej, wygładzonej przez dekady dotyku mieszkańców.

Kamienica przy Garbary była typowym przykładem poznańskiej architektury z przełomu wieków. Wąska, wysoka, z klatką schodową, która kiedyś musiała być elegancka. Teraz farba łuszczyła się, odsłaniając poprzednie warstwy zgaszonej zieleni i brudnego różu. Okna na półpiętrach pokryte pajęczynami. Żarówki migotały nieregularnie.

Na drugim piętrze minął drzwi z mosiężną tabliczką "Kowalski". Za nimi telewizor — spiker mówił o inflacji i cenach energii. Na pierwszym piętrze drzwi były otwarte na oścież i starsza kobieta w szlafroku stała w progu.

— Dzień dobry — powiedział automatycznie.

— Pan do Helenki?

— Tak. To znaczy... jestem jej siostrzeńcem. Dawid Markiewicz.

— A, siostrzeńcem. — Skinęła głową. — Przykro mi z powodu Helenki. Dobra z niej była kobieta. Dziwna, ale dobra.

— Dziękuję.

— Mówią, że sprzeda pan mieszkanie?

— Jeszcze nie wiem. Dopiero zaczynam sprawy spadkowe.

— Jak pan będzie sprzedawał, niech pan pamięta że ja mam pierwszeństwo. Mieszkam tu czterdzieści lat.

— Będę pamiętał. Do widzenia.

— I niech pan uważa na te schody. Trzeci od dołu obluzowany.

Trzeci schód rzeczywiście zachwiał się pod jego stopą. Musiał złapać się poręczy.

Na zewnątrz powietrze było zimne i wilgotne, typowe dla poznańskiego listopada. Zatrzymał się na chodniku i wziął głęboki oddech. Ulica Garbary była ruchliwa — samochody, tramwaje, piesi z torbami spieszący do domów.

Jego samochód stał zaparkowany kawałek dalej, pod rozłożystym kasztanem z nagimi już gałęziami. Podszedł i odblokował drzwi pilotem. Wsiadł za kierownicę.

Nie uruchomił silnika.

Siedział w ciemności, słuchając jak samochody przejeżdżają obok, jak krople deszczu — kiedy zaczął padać deszcz? — uderzają o dach. Wyjął teczkę spod płaszcza i położył na siedzeniu pasażera.

Oparł głowę o zagłówek. Zamknął oczy.

Ciotka Helena. Wojniccy. Grudzień 1993. Styczeń 1994. L.A. Ludwik.

Co zrobili?

Odpowiedź była oczywista.

Dwie osoby znikają miesiąc po tym, jak sprzedają nieruchomość za ułamek wartości. Nieruchomość trafia do kogoś, kto przez trzydzieści lat ukrywa dokumenty za boazerią. Ta osoba pisze listy do wspólnika, mówiąc "wiesz co zrobiliśmy" i nazywając dokumenty "polisą".

Ale był notariuszem. Jego praca polegała na patrzeniu prawdzie w oczy.

Otworzył oczy i spojrzał na teczkę.

— Fakt pierwszy — powiedział do siebie, używając tonu, którym mówił do klientów. — Ciotka Helena nabyła nieruchomość od Wojnickich w grudniu 1993. Fakt drugi: cena transakcji znacząco poniżej wartości rynkowej. Fakt trzeci: Wojniccy zaginęli w styczniu 1994, miesiąc po transakcji. Fakt czwarty: ciotka ukrywała dokumenty przez trzydzieści lat. Fakt piąty: w liście do wspólnika przyznaje się do udziału w czymś, używając dokumentów jako zabezpieczenia.

Kiedy wymówił to na głos, brzmiało jeszcze gorzej niż w myślach.

Ale były też pytania.

Kim był Ludwik A.? Jaka była jego rola? Czy wciąż żył? Czy wiedział o teczce za boazerią?

Dlaczego Wojniccy sprzedali nieruchomość tak tanio? Czy byli szantażowani? Czy transakcja w ogóle była dobrowolna?

Co stało się z Wojnickimi? Czy kiedykolwiek ich znaleziono? Czy sprawa została zamknięta?

I najważniejsze — co Dawid powinien teraz zrobić?

Jako notariusz miał obowiązki prawne. Jeśli posiadał wiedzę o możliwym przestępstwie, powinien poinformować organy. Ale jakie? Policję? Prokuraturę?

I co im powie — "Przepraszam, moja martwa ciotka ukrywała dokumenty sugerujące że trzydzieści lat temu mogło dojść do przestępstwa, a ja znalazłem je za boazerią"?

Brzmiało absurdalnie.

Ale teczka była prawdziwa. Dokumenty były prawdziwe. List ciotki Heleny, z jej drżącym pismem i groźbami między wierszami, był aż nadto prawdziwy.

Jedna rzecz była jasna — nie mógł tego zignorować. Nie mógł wsunąć teczki z powrotem za boazerię, sprzedać mieszkania i udawać że nic się nie stało. Był notariuszem. Prawda miała znaczenie.

Ale był też mężem i ojcem. Człowiekiem, który budował przez lata uporządkowane życie. Życie bez niespodzianek. Bez dramatów.

Spojrzał na zegar na desce rozdzielczej. Osiemnasta czterdzieści dwa.

Wyciągnął telefon i wystukał krótką wiadomość: "Trochę się przedłużyło. Będę za godzinę. Kupić coś po drodze?"

Odpowiedź przyszła po minucie: "Nie trzeba. Zrobiłam zapiekankę. Zosia pyta czy możesz jej poczytać przed snem."

Uśmiechnął się mimo woli. Zosia. Osiem lat, kucyki i szczerbaty uśmiech. Pytania o wszystko i nic. Prośby o jeszcze jedną bajkę przed snem.

— Będę — odpisał.

Odłożył telefon i uruchomił silnik. Samochód zadrżał z cichym pomrukiem. Wycieraczki zaczęły pracować, zgarniając krople z szyby.

Ale nie ruszył.

Myślał o ciotce Helenie, leżącej w szpitalnej sali z rurkami w nosie. O jej ostatnich słowach, których nie słyszał, bo nie przyszedł. O oczach w oknie, które prześladowały ją przez trzydzieści lat.

Myślał o Wojnickich — Irenie i Tadeuszu — których twarzy nigdy nie widział, ale których los teraz dziwnie go obchodził. Dwoje ludzi, którzy zniknęli w zimowy dzień 1994 roku. Czy ktoś ich szukał? Czy mieli dzieci, które przez trzydzieści lat zastanawiały się, co stało się z rodzicami?

Myślał o Ludwiku A., tajemniczym wspólniku, który gdzieś żył — lub nie żył — i który może wiedział wszystko to, czego Dawid nie wiedział.

I myślał o sobie. O Dawidzie Markiewiczu, notariuszu z Poznania, mężu i ojcu. Człowieku, który lubił porządek i procedury. Który właśnie odkrył, że jego rodzina ma sekrety, o których wolałby nie wiedzieć.

Deszcz bębnił o dach samochodu. Wycieraczki pracowały. Silnik mruczał.

Wziął głęboki oddech i włączył bieg.

Jutro — pomyślał — jutro zacznę szukać odpowiedzi. Zadzwonię do archiwum sądowego. Sprawdzę akta sprawy zaginięcia Wojnickich. Przejrzę stare księgi wieczyste, znajdę historię kamienicy przy Słowackiego 15.

Jutro.

Ale dziś wróci do domu. Do Kasi i zapiekanki. Do Zosi i bajki na dobranoc.

Ruszył powoli, wyjeżdżając z miejsca parkingowego na mokrą ulicę. W lusterku wstecznym widział kamienicę przy Garbary, z ciemnymi oknami i łuszczącą się fasadą. Gdzieś tam, na poddaszu, czekało mieszkanie ciotki Heleny — z bałaganem, kurzem i pustą przestrzenią za boazerią.

Odwrócił wzrok i skupił się na drodze.

Na siedzeniu pasażera leżała szara teczka.SFAŁSZOWANA PIECZĘĆ

Teczka czekała na niego jak wyrzut sumienia.

Dawid stanął w progu gabinetu, aktówka zwisała u boku, i przez dłuższą chwilę nie mógł się zmusić, żeby przekroczyć próg. Trzy godziny snu. Może cztery, jeśli liczyć te krótkie urywki między koszmarami o ciotce — jej zapadniętych policzkach, żółtych dłoniach szarpiących szpitalną pościel, ustach otwierających się i zamykających bez słowa.

Oczy w oknie.

Ostatnie słowa, które od niej usłyszał. Ostatnie słowa, które w ogóle powiedziała.

Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami, zmuszając płuca do spokojnego oddechu. Gabinet pachniał tak jak zawsze — tonerem z drukarki, kurzem osiadłym na segregatorach, starym drewnem biurka. Za oknem Święty Marcin budził się do życia: tramwaj numer pięć przejechał z metalicznym szczękiem, grupa studentów z plecakami przecinała jezdnię w ostatniej chwili przed zmianą świateł, kobieta w czerwonym płaszczu prowadziła opornego jamnika na smyczy.

Zwykły poranek. Zwykły dzień.

Tylko że w jego aktówce leżały dokumenty, które mogły oznaczać, że ciotka Helena — ta sama ciotka, która uczyła go jeździć na rowerze, która przynosiła sernik na każde urodziny, która przez ostatnie miesiące życia rozpoznawała go tylko w jasne dni — była zamieszana w zniknięcie dwojga ludzi.

Odstawił aktówkę na podłogę i podszedł do okna. Poprawił okulary — stary nawyk, jeszcze ze studiów, którego nigdy się nie pozbył. Palce automatycznie przesunęły oprawki wyżej na nosie, choć wcale tego nie potrzebowały.

Jego wzrok przeskoczył po gabinecie: ciemny orzech biurek i regałów, dyplomy w pozłacanych ramkach, mosiężna lampa bankierska z zielonym kloszem — prezent od Kasi na dziesiątą rocznicę założenia kancelarii. Wszystko na swoim miejscu, wszystko uporządkowane.

Tak wyglądało jego życie od dwudziestu lat. Porządek. Procedury. Dokumentacja. Każdy paragraf w swoim miejscu, każdy podpis o właściwej wadze, każda pieczęć potwierdzająca coś, co jest prawdą. W świecie prawa cywilnego nie ma miejsca na niedomówienia.

Nie powinno być miejsca na tajemnice schowane za boazerią.

Pukanie wyrwało go z zamyślenia.

— Panie mecenasie? — Marta, jego asystentka, zawsze brzmiała tak, jakby właśnie wygrała na loterii. Siedem lat współpracy i Dawid wciąż nie rozumiał, skąd ta kobieta czerpie energię o ósmej rano. — Kawa i lista na dziś.

Otworzył drzwi i przyjął od niej kubek oraz kartkę z harmonogramem. Marta stała w progu w kremowej bluzce i granatowej spódnicy, włosy upięte w schludny kok, uśmiech szeroki i szczery. Pachniała tymi samymi perfumami co od lat — lekkie, kwiatowe, neutralne. Kolejny element świata, który do tej pory wydawał się niezmienny.

— Co mamy? — zapytał, przeglądając listę.

— Trzy akty. — Marta weszła do gabinetu i ułożyła segregator na półce przy drzwiach. — Kowalczykowscy o dziewiątej, sprzedaż mieszkania przy Głogowskiej. O jedenastej pan Wróblewski, testament. Po południu pełnomocnictwo dla Nowaków, chcą upoważnić córkę do zarządzania nieruchomością na czas pobytu w sanatorium. I o szesnastej porada prawna, jakaś pani dzwoniła wczoraj w sprawie dziedziczenia.

— Rutynowy dzień.

— Jak każdy. — Marta zmierzyła go wzrokiem. — Może kanapkę? Wygląda pan na zmęczonego, jeśli mogę zauważyć.

Pokręcił głową i odprawił ją gestem dłoni. Kiedy drzwi się zamknęły, przez chwilę patrzył na dyplom notarialny w złoconej ramce.

Rutynowy dzień.

Podniósł aktówkę i położył ją na biurku obok szarej teczki. Przez moment patrzył na obie — aktówka z dokumentami klientów, teczka z dokumentami ciotki. Dwa światy, które nie powinny się stykać.

Otworzył teczkę.

Sucha skóra chłodziła opuszki palców, gdy rozkładał zawartość na blacie. Robił to powoli, z precyzją chirurga — akt notarialny sprzedaży kamienicy przy Słowackiego 15, list ciotki do tajemniczego L.A., kopie ksiąg wieczystych, pożółkłe wycinki prasowe.

Z szuflady wyjął lupę. Lampa bankierska rozlała po biurku ciepłe, zielonkawe światło.

Miał godzinę do przyjścia pierwszego klienta. Godzinę, żeby zbadać to wszystko profesjonalnym okiem. Okiem notariusza, nie siostrzeńca.

Zaczął od aktu sprzedaży.

Przez dwadzieścia lat widział setki podobnych dokumentów. Może tysiące. Sprzedaże mieszkań, domów, działek, kamienic — każda transakcja zostawiała ślad na papierze, a Dawid nauczył się czytać te ślady jak tropiciel. Wiedział, jak powinny wyglądać, gdzie powinny być podpisy, jakie pieczęcie powinny je uwierzytelniać.

Ten akt wyglądał prawie dobrze.

Prawie.

Papier był właściwy — ten charakterystyczny, lekko żółtawy odcień dokumentów z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy kancelarie notarialne dopiero przechodziły na nowe standardy. Czcionka maszynowa, nierówne litery świadczące o elektrycznej maszynie do pisania. Marginesy zachowane, paragrafy numerowane zgodnie z ówczesną praktyką.

Ale pieczęć.

Dawid pochylił się niżej, przysuwając lupę do czerwonej plamy w prawym dolnym rogu. Pieczęć notarialna — okrągła, z godłem państwowym pośrodku i tekstem biegnącym wokół krawędzi. Na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie.

Na drugi — nie.

Krawędź pieczęci była nierówna. Ale nie tak, jak powinna być nierówna stara pieczęć, zetrzeć się od wielokrotnego użycia. Ta nierówność była inna. Subtelne podwójne obwódki w niektórych miejscach, jakby ktoś najpierw przyłożył pieczęć lekko, a potem docisnął mocniej.

Jakby została skopiowana z innego dokumentu i przeniesiona tutaj.

Odłożył lupę i odsunął się od biurka, pocierając oczy pod oprawkami okularów. Może się mylił. Może to efekt wieku dokumentu, reakcja atramentu z papierem przez trzydzieści lat przechowywania w wilgotnym poddaszu. Może widział to, co chciał zobaczyć — dowód, że ciotka Helena nie była przestępczynią.

Ale notariusz w nim wiedział lepiej.

Wstał i podszedł do komputera na bocznym stoliku. System kancelarii był podłączony do centralnej bazy aktów notarialnych — nie wszystkich, digitalizacja starszych dokumentów wciąż trwała, ale te z lat dziewięćdziesiątych powinny już być zarchiwizowane.

Palce zatrzymały się nad klawiaturą.

Drżały.

Wpisał: Słowackiego 15. Poznań. Transakcja sprzedaży. Grudzień 1993.

Komputer mruczał, przetwarzając zapytanie. Logo systemu, pasek postępu, wreszcie — wyniki.

Jeden rekord.

Dawid kliknął i zaczął czytać.

Transakcja sprzedaży nieruchomości przy ul. Słowackiego 15 w Poznaniu. Data sporządzenia aktu: 15 listopada 1993. Kwota transakcji: 89.000.000 starych złotych. Sprzedający: Irena i Tadeusz Wojniccy. Kupujący: Helena Markiewicz.

Spojrzał na dokument leżący na biurku.

Data sporządzenia: 8 grudnia 1993. Kwota: 67.500.000 starych złotych.

Inna data. Inna kwota.

Jakby istniały dwie wersje tego samego aktu.

Wydrukował stronę z bazy i położył ją obok oryginalnego dokumentu. Adresy się zgadzały. Strony transakcji się zgadzały. Numer działki ewidencyjnej się zgadzał.

Data i kwota — nie.

Różnica wynosiła ponad dwadzieścia milionów starych złotych. Nawet biorąc pod uwagę inflację początku lat dziewięćdziesiątych, to była znacząca suma. A różnica w dacie — prawie trzy tygodnie — mogła oznaczać wszystko. Że prawdziwa transakcja odbyła się przed zaginięciem Wojnickich, zgodnie z logiką. Albo że dokument w teczce ciotki był antydatowany. Sporządzony po fakcie. Żeby stworzyć wrażenie legalności czegoś, co legalne nie było.

Telefon zadzwonił.

— Panie mecenasie, państwo Kowalczykowscy czekają w recepcji.

Dawid zamknął oczy. Otworzył.

— Już idę.

Schował dokumenty do sejfu wbudowanego w ścianę za regałem. Zamknął go na kod — urodziny Zosi, bo był sentymentalny w głupi sposób — i poprawił okulary.

Przez następne trzy godziny był notariuszem. Odczytywał akty, zbierał podpisy, przykładał pieczęcie. Wyjaśniał państwu Kowalczykowskim prawne konsekwencje kupna mieszkania. Słuchał pana Wróblewskiego opowiadającego o wnukach, którym chciał zostawić działkę nad jeziorem. Pił kawę. Uśmiechał się. Odpowiadał na pytania.

Ale część jego umysłu była gdzie indziej.

Wracała do teczki w sejfie.

Do sfałszowanej pieczęci.

Do dwóch wersji tego samego aktu.

------------------------------------------------------------------------

Przerwa między klientem o jedenastej a tym o czternastej. Półtorej godziny.

Marta wyszła na lunch, gabinet był pusty. Dawid siedział przed komputerem z kanapką na talerzyku — nie tknął jej ani razu — i wpatrywał się w okno przeglądarki.

Wpisał: "Irena Tadeusz Wojniccy zaginięcie Poznań".

Google przez chwilę się zastanawiał, a potem wyświetlił wyniki. Kilkanaście linków, większość nieistotna. Ale jeden zwrócił jego uwagę — zeskanowane archiwum Głosu Wielkopolskiego z lutego 1994 roku.

Kliknął.

Strona ładowała się wolno. Skan był ziarnisty, tekst ledwo czytelny, ale Dawid znalazł to, czego szukał. Krótka notka w dziale lokalnym, kilka linijek między ogłoszeniem o otwarciu sklepu a relacją z meczu Lecha.

POLICJA POSZUKUJE ZAGINIONYCH. Irena (58 l.) i Tadeusz (62 l.) Wojniccy z Poznania nie wrócili z wizyty u rodziny w okolicach Gniezna. Małżeństwo opuściło dom przy ul. Słowackiego 15 w Poznaniu w dniu 23 stycznia br.

Dawid czytał tę notkę raz, drugi, trzeci.

Dwudziesty trzeci stycznia 1994 roku. Wojniccy opuścili dom.

W grudniu 1993 — według sfałszowanego dokumentu — lub w listopadzie — według bazy danych — sprzedali kamienicę ciotce Helenie.

W lutym 1994 ktoś zgłosił ich zaginięcie.

Dlaczego notka podawała Słowackiego 15 jako miejsce zamieszkania, skoro kamienica należała już do kogoś innego?

Przeszukał dalej i znalazł kolejny link. Notatka z kwietnia 1994.

SPRAWA ZAGINIONYCH WOJNICKICH UMORZONA. Poznańska prokuratura umorzyła dochodzenie z powodu braku dowodów przestępstwa. Według ustaleń śledczych małżeństwo prawdopodobnie dobrowolnie opuściło Polskę w poszukiwaniu krewnych za granicą.

Dobrowolnie opuściło Polskę.

W 1994 roku, gdy ludzie masowo wyjeżdżali na Zachód, takie wyjaśnienie musiało brzmieć wiarygodnie. Dwoje starszych ludzi sprzedaje dom, pakuje dobytek, rusza za granicę. Do Niemiec, może do Austrii. Nic nadzwyczajnego.

Tylko że transakcja sprzedaży była sfałszowana.

Tylko że ciotka ukrywała dokumenty przez trzydzieści lat.

Tylko że w liście do L.A. pisała: "Wiesz, co zrobiliśmy."

Telefon zawibrował w kieszeni. Wiadomość od Kasi: "Wszystko ok? Zosia pyta, czy wrócisz na kolację."

Dawid patrzył na ekran przez dłuższą chwilę. Palec zawisł nad klawiaturą.

"Wrócę późno" — napisał. — "Muszę dokończyć papiery."

Wysłał i zamknął oczy.

Pierwsze kłamstwo. Nie licząc tych drobnych — "świetnie wyglądasz", "nie, ta sukienka cię nie pogrubia" — to było pierwsze prawdziwe kłamstwo w ich małżeństwie. Kłamstwo w sprawie, która miała znaczenie.

Poczuł, jak coś w nim się zmienia.

Porada prawna o szesnastej trwała dłużej niż planowano. Emerytka z Łazarza miała skomplikowaną sytuację spadkową — zmarły brat, niejasne zapisy w testamencie, córka kwestionująca ważność dokumentu. Dawid słuchał, notował, wyjaśniał.

Część jego umysłu planowała.

O wpół do szóstej Marta pożegnała się i wyszła. Dawid zamknął drzwi na klucz, zgasił światła w recepcji i wrócił do gabinetu. Przez chwilę stał przy oknie, patrząc na Święty Marcin pogrążający się w wieczornym mroku. Latarnie zapalały się jedna po drugiej. Tramwaje przejeżdżały z hukiem. Ludzie śpieszyli do domów.

Wziął kluczyki i wyszedł.

------------------------------------------------------------------------

Biblioteka Raczyńskich przy placu Wolności była otwarta do ósmej. Dawid wszedł przez główne drzwi i skierował się do działu zbiorów specjalnych, gdzie — pamiętał to jeszcze z czasów studiów — przechowywano mikrofilmy starych gazet.

Bibliotekarka dyżurna była młoda, zmęczona, włosy spięte w niechlujny kucyk. Spojrzała na niego znad monitora z wyraźnym niezadowoleniem.

— Chciałbym przejrzeć archiwalne numery Głosu Wielkopolskiego — powiedział. — Z lat dziewięćdziesiątych trzeciego i czwartego.

Westchnęła, ale bez protestu poprowadziła go do sali z czytnikami mikrofilmów. Ciemna, duszna przestrzeń, rzędy szarych maszyn, metalowe szafki z rolkami filmu. Zapach kurzu i starych gazet wisiał w powietrzu jak mgła.

— Rok i miesiąc?

— Wrzesień, październik, listopad, grudzień dziewięćdziesiąty trzeci. Styczeń, luty dziewięćdziesiąty czwarty.

Bibliotekarka wyciągnęła pięć rolek i pokazała mu obsługę czytnika. Potem wróciła na stanowisko, zostawiając go samego.

Przez następne dwie godziny Dawid przeglądał ziarniste skany, szukając jakiejkolwiek wzmianki o Wojnickich. Oczy piekły go od jasnego ekranu, kark zesztywniał od pochylania się nad maszyną.

Pierwsza wzmianka — wrzesień 1993, ogłoszenia drobne.

SPRZEDAM antyczne meble: komoda mahoń XIX w., kredens dębowy, zegar stojący. Stan idealny. Tel. 61-XXX-XXXX, p. Wojniccy.

Zapisał treść w notatniku. Wojniccy sprzedawali meble we wrześniu — cztery miesiące przed zaginięciem. Dlaczego? Potrzebowali pieniędzy? Przygotowywali się do wyjazdu?

Przygotowywali się do czegoś innego?

Druga wzmianka — październik 1993, nekrologi.

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 12 października 1993 roku zmarła śp. Wanda Kowalska z domu Sobczak, matka Ireny Wojnickiej.

Matka Ireny zmarła w październiku. Miesiąc po wystawieniu mebli na sprzedaż. Dwa miesiące przed oficjalną sprzedażą kamienicy.

Trzecia wzmianka — ta, którą już znał — notka o zaginięciu z lutego.

Zrobił kopie wszystkich trzech. Stare ksero warczało głośno, wypluwając wyblakłe odbitki.

Wyszedł z biblioteki tuż przed zamknięciem. Zimne powietrze uderzyło go w twarz. Stał przez chwilę na schodach, oddychając głęboko, próbując poskładać puzzle, które wyłaniały się z mroku przeszłości.

Wrzesień 1993: Wojniccy sprzedają meble.

Październik: Umiera matka Ireny.

Listopad: Według bazy danych, Wojniccy sprzedają kamienicę ciotce za osiemdziesiąt dziewięć milionów starych złotych.

Grudzień: Według sfałszowanego dokumentu, ta sama transakcja — ale inna data i niższa kwota.

Styczeń 1994: Wojniccy opuszczają dom, który już do nich nie należy.

Luty: Zgłoszenie zaginięcia. Sprawa umorzona kilka miesięcy później.

I przez następne trzydzieści lat — cisza. Dokumenty ukryte za boazerią. Ciotka mamrocząca o oczach w oknie. List do L.A.: "Wiesz, co zrobiliśmy."

Co zrobili?

Wrócił do samochodu zaparkowanego za biblioteką. Usiadł za kierownicą, ale nie uruchomił silnika. Siedział w ciemności, wpatrując się w kserokopie rozłożone na siedzeniu pasażera.

Wojniccy przygotowywali się do czegoś. Sprzedawali meble, pozbywali się majątku. Może po śmierci matki Ireny nie mieli powodu, żeby zostać?

Ale dlaczego dwie wersje aktu sprzedaży? Dlaczego ciotka ukrywała dokumenty przez trzy dekady?

I kim był L.A.?

Wziął do ręki kopię listu ciotki. Słowa były wyblakłe, pismo drżące.

"Drogi L., jeśli to czytasz, znaczy że mnie już nie ma. Wiesz, co zrobiliśmy. Wiesz, dlaczego musiało tak być. Dokumenty są moją polisą na wypadek, gdybyś kiedykolwiek zdecydował się zdradzić naszą tajemnicę. Jeśli ja odejdę, one trafią w ręce mojego siostrzeńca. On jest notariuszem, będzie wiedział, co oznaczają. Nie zmuszaj mnie do tego z tamtej strony. Zostaw wszystko w spokoju, a nasze grzechy uschną razem z nami. Twoja H."

Twoja H.

Helena.

Ciotka groziła komuś ujawnieniem prawdy — nawet po śmierci. Używała dokumentów jako broni. Ale przeciwko komu?

Wpisał w nawigację: Słowackiego 15, Poznań.

Silnik zawarczał. Światła deski rozdzielczej rozświetliły wnętrze zielonkawą poświatą. Głos nawigacji — spokojny, kobiecy, pozbawiony emocji — podał kierunek jazdy.

Ruszył powoli. Było ciemno, latarnie sodowe rzucały pomarańczowe światło na mokry asfalt, rzadcy przechodnie śpieszyli z pochylonymi głowami.

Jazda trwała piętnaście minut. Przez centrum, obok Starego Rynku z iluminowanymi kamienicami, przez Jeżyce z ich secesyjnymi fasadami, aż na Słowackiego.

Zaparkował naprzeciwko numeru 15 i zgasił silnik.

Kamienica stała przed nim jak świadek z innej epoki. Przedwojenna budowla z odnowioną fasadą w kolorze ciepłej ochry, nowe okna, świeżo pomalowana brama. Nic nie wskazywało na burzliwą historię.

Patrzył na okna — pierwsze piętro, drugie, trzecie. Za niektórymi paliło się światło, za innymi ciemność. Ludzie żyli tu swoim życiem. Jedli kolację, oglądali telewizję, kładli dzieci spać.

Nie wiedzieli — albo wiedzieli i zapomnieli — że trzydzieści lat temu w tej kamienicy wydarzyło się coś, co jego ciotka ukrywała do śmierci.

"Co zrobiliśmy."

Słowa wisiały w powietrzu jak przekleństwo.

Dawid siedział w ciemności samochodu i czuł, jak ciekawość notariusza zmienia się w coś głębszego. Coś, co nie pozwoli mu spać tej nocy. Coś, co prowadzi w miejsca, z których nie ma powrotu.

Sprawdził telefon. Wiadomość od Kasi: "Zosia zasnęła. Czekam. Kocham."

Patrzył na te słowa przez dłuższą chwilę.

Uruchomił silnik.

Jutro — pomyślał, wyjeżdżając z miejsca parkingowego — jutro wejdę do tej kamienicy i zacznę zadawać pytania.

Ale nie przejechał nawet dziesięciu metrów.

Zgasił silnik i wysiadł.

Zimne powietrze uderzyło go w twarz. Zignorował to ostrzeżenie.

I ruszył w stronę bramy kamienicy przy Słowackiego 15.

------------------------------------------------------------------------

Brama była zamknięta, stary domofon błyszczał w świetle latarni. Dawid zauważył, że jedno z okien na parterze jest uchylone, za nim pali się światło.

Nacisnął przycisk domofonu.

Cisza.

Nacisnął drugi.

— Kto tam? — Głos zachrypnięty, zirytowany. Kobieta w podeszłym wieku.

— Dobry wieczór. Przepraszam za późną porę. Nazywam się Dawid Markiewicz, jestem notariuszem. Chciałbym porozmawiać o historii tej kamienicy.

— O czym?

— O poprzednich właścicielach. O rodzinie Wojnickich.

Cisza.

— Nie znam żadnych Wojnickich.

Połączenie przerwane.

Dawid stał przed bramą. Serce biło szybciej niż powinno. Ta kobieta wiedziała. Ten sposób, w jaki powiedziała "nie znam" — zbyt szybko, zbyt ostro.

Nacisnął kolejny przycisk. Nikt nie odpowiedział. Następny. To samo. Trzeci, czwarty.

W końcu brama otworzyła się z cichym brzęczeniem. Stanął w niej młody mężczyzna w dresie, torba śmieci w ręce.

— Przepraszam — powiedział Dawid szybko. — Szukam informacji o dawnych lokatorach.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Mieszkam tu rok. Nic nie wiem.

Wyminął go i ruszył w stronę śmietnika.

Brama jeszcze się nie zamknęła.

Dawid wślizgnął się do środka. Podwórko-studnia — ciemna, wilgotna przestrzeń otoczona ścianami kamienicy. Powietrze pachniało pleśnią i gotowaną kapustą.

Klatka schodowa po prawej. Wysoka, wąska, wyświechtane mozaiki na podestach, żeliwna balustrada w secesyjnym stylu. Dawid wszedł po schodach na pierwsze piętro. Drugie. Trzecie.

Zatrzymał się przed drzwiami z numerem 9. Za nimi światło i ciche mamrotanie telewizora.

Zapukał.

Cisza.

Zapukał mocniej.

Drzwi uchyliły się o kilka centymetrów, zatrzymane łańcuchem bezpieczeństwa. W szparze twarz starej kobiety — pomarszczona, oczy małe i czujne, siwe włosy w niechlujnym koku.

— Kim pan jest?

— Dawid Markiewicz. Rozmawialiśmy przez domofon.

— Powiedziałam, że nikogo nie znam.

— Wiem, że pani kłamie.

Słowa wypadły z niego, zanim zdążył je powstrzymać. Kobieta wpatrywała się w niego przez długą chwilę. Gniew na jej twarzy ustąpił miejsca strachowi.

— Niech pan stąd idzie — wyszeptała. — Niech pan odejdzie i więcej tu nie wraca. Są sprawy, które powinny pozostać pogrzebane.

— Wojniccy. Irena i Tadeusz. Co się z nimi stało?

Kobieta zamknęła oczy.

— Proszę.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Dawid stał przed zamkniętymi drzwiami. Serce waliło mu jak młot, ręce drżały. Nie wiedział, czy ze strachu, czy z podniecenia.

Kobieta wiedziała. Wiedziała coś o tym, co wydarzyło się tutaj trzydzieści lat temu.

I bała się.

"Są sprawy, które powinny pozostać pogrzebane."

Zaczął schodzić po schodach. Każdy krok odbijał się echem na kamiennych stopniach. Czuł na plecach czyjeś spojrzenie — może wyobraźnia, może nie.

Wyszedł na podwórko, potem przez bramę na ulicę. Samochód stał tam, gdzie go zostawił — szary sedan pod latarnią, niepozorny.

Wsiadł i zamknął drzwi.

W oknie na trzecim piętrze — tym samym oknie, za którym przed chwilą stała przerażona stara kobieta — zasłona poruszyła się lekko. Jakby ktoś odsunął ją, żeby sprawdzić, czy intruz sobie poszedł.

Oczy w oknie.

Dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie.

Ciotka Helena przez trzydzieści lat mamrotała o oczach w oknie. Wszyscy myśleli, że to demencja. Majaki umierającego umysłu.

A może nie.

Może widziała coś, czego nie powinna była widzieć. Coś, co prześladowało ją do końca życia.

Coś, co teraz zaczynał widzieć również Dawid.

Uruchomił silnik i odjechał. W lusterku wstecznym kamienica stawała się coraz mniejsza, coraz bardziej odległa.

Wiedział, że wróci.

Telefon zawibrował. Wiadomość od Kasi: "Wszystko ok? Już późno."

"Jadę do domu" — odpisał. — "Przepraszam. Kocham."

I tym razem nie kłamał.

Jechał do domu. Do Kasi i Zosi. Do normalności, która wciąż czekała za progiem.

Ale wiedział już, że ta normalność jest iluzją. Że świat, który budował przez dwadzieścia lat — porządny, przewidywalny, bezpieczny — właśnie zaczął się walić. Że dokumenty w sejfie zawierają tajemnicę, której rozplątanie może zniszczyć wszystko, co kocha.

A mimo to nie potrafił przestać.

Był notariuszem. Jego życiem były dokumenty, paragrafy, pieczęcie. Prawda zapisana czarno na białym.

Zamierzał ją znaleźć.

Nawet jeśli okaże się czymś, czego wolałby nigdy nie poznać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij