Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kampinoskie szepty - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4239 pkt
punktów Virtualo

Kampinoskie szepty - ebook

Trzy kobiety. Dwie tragedie. Stara willa, która skrywa pewną tajemnicę.
Alicja ma tylko jedno marzenie: odzyskać spokój. Samotne macierzyństwo i praca jako instruktorka jogi zaczynają ją przerastać. Po burzliwym rozstaniu i latach życia w napięciu ucieka do starej willi w sercu Puszczy Kampinoskiej. Wierzy, że wśród drzew odnajdzie bezpieczną przystań.
Jednak cisza tego miejsca okazuje się złudna. W murach opuszczonego domu Alicja odkrywa ślady poprzednich lokatorek. One również szukały tu ratunku przed przeszłością. Szybko staje się jasne, że losy tych kobiet nierozerwalnie splatają się z jej własnym, a echo dawnych tragedii wciąż wybrzmiewa w korytarzach.
Niekiedy, aby ruszyć naprzód, trzeba najpierw wysłuchać szeptów przeszłości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-587-0

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

ALICJA

Bali, rok wcześniej

Lipiec 2023

– Oddawaj to, złodzieju!!! – wrzasnęłam na całe gardło z zadartą głową.

W odpowiedzi usłyszałam tylko szyderczy śmiech.

Spacerujący tędy turyści obejrzeli się przez ramię i popatrzyli na mnie z ciekawością.

– Co się stało? – zapytała Jacqueline.

Mówiła z silnym francuskim akcentem i strasznie kaleczyła angielską wymowę, ale przeważnie nie przeszkadzało nam to w komunikacji. Pochodziła z Marsylii i podobnie jak ja przyleciała na Bali, aby odbyć kurs na instruktorkę jogi. Obie zatrzymałyśmy się w Ubud, małym miasteczku, które stanowiło mekkę joginów z całego świata, i uczęszczałyśmy do tej samej grupy. Polubiłam ją za to, że była wyluzowana i bezpośrednia.

– Ta wstrętna małpa ukradła mi naszyjnik! Zerwała mi go z szyi, a potem uciekła! – wyjaśniłam oburzona i wskazałam palcem makaka, który siedział teraz na dachu niewielkiej świątyni, obracając w palcach moją właśność. Mogłabym przysiąc, że na jego twarzy malował się złośliwy uśmieszek!

– Małpy potrafią być naprawdę irytujące – odparła beznamiętnym tonem, po czym chwyciła wargami słomkę i głośno siorbnęła, dopijając resztki wody kokosowej. – Lepiej chodźmy, bo spóźnimy się na wykład o anatomii.

Właśnie zmierzałyśmy w stronę szkoły po ponad dwugodzinnej przerwie na lunch, kiedy padłam ofiarą kradzieży z rąk tej przebrzydłej istoty.

Tego dnia nie czułam się najlepiej. Trzydziestopięciostopniowy upał i zmęczenie po trzech godzinach porannej _ashtangi_¹ mocno dawały mi się we znaki, zwłaszcza że w sali, w której odbywały się nasze zajęcia, nie było klimatyzacji ani żadnych wiatraków – wyjaśniono nam, że utrzymanie wysokiej temperatury ciała w trakcie ćwiczeń zapobiega kontuzjom. Przyjeżdżając tu, nie byłam przygotowana na tak duży wysiłek fizyczny, ale nie mogłam się wycofać po tym, jak wydałam na ten kurs wszystkie oszczędności życia. Poza tym nadal dokuczał mi jet lag, mimo że minęły już cztery dni, odkąd wylądowałam na wyspie. Całodobowa podróż i nagła zmiana klimatu okazały się dla mojego organizmu zabójcze.

Czas spędzony w lokalnej tawernie pozwolił odpocząć i nabrać energii, ale nieoczekiwany wybryk małpy ponownie zepsuł mi nastrój.

– Najpierw muszę odzyskać mój łańcuszek. Jest dla mnie bardzo cenny.

– Czytałam kiedyś, że makaki kradną turystom różne fanty na handel – przypomniała sobie Jacqueline.

– Na handel? – zdziwiłam się, nie odrywając oczu od złodziejaszka.

– Wymieniają je na pożywienie.

– No jasne! Pożywienie! – Zdjęłam plecak i wyciągnęłam z niego banana, żeby dokonać transakcji wymiennej. – Zobacz, co ja tutaj mam, ty wstrętna bestio! – zawołałam, wymachując w powietrzu owocem.

Jacqueline szturchnęła mnie łokciem w bok.

– Mogłabyś być trochę bardziej uprzejma, Alice.

– Przecież i tak mnie nie rozumie.

– Ale wyczuwa twoją złą energię.

– No dobra. – Skapitulowałam. – Chodź tutaj, uroczy małpiszonku. Dam ci banana w zamian za naszyjnik, co ty na to?

Makak zaskrzeczał przeraźliwie i wepchnął sobie mój łańcuszek do pyska.

– To chyba znaczy „nie” – zauważyła błyskotliwie Jacqueline.

– Dość! Trzymaj mi to. – Bez namysłu wcisnęłam jej mój plecak do rąk i ruszyłam w stronę świątyni, gotowa wymierzyć zwierzęciu stosowną karę.

– Zaczekaj! Co robisz?!

– Idę odzyskać swoją własność.

Wielokondygnacyjny budynek przypominał wieżę składającą się z licznych daszków pokrytych trzciną. Makak usadowił się na pierwszym z nich, więc znajdował się niemalże na wyciągnięcie mojej dłoni. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie znalazłam się pod pagodą i uniosłam głowę.

– Cholera, jest wyżej, niż myślałam – mruknęłam do siebie.

– Alice, jesteśmy spóźnione! Musimy już iść! – upomniała mnie Jacqueline.

Zdesperowana schyliłam się i podniosłam z ziemi kamyk, po czym wycelowałam nim prosto w małpę. Nie zamierzałam zrobić jej krzywdy, ale swoim zachowaniem nie pozostawiała mi innego wyboru. Nie mogłam dłużej stać bezczynnie i przyglądać się, jak ten nikczemnik pożera mój naszyjnik. Musiałam zacząć działać!

Moje wysiłki przyniosły pożądany skutek. Makak ponownie zaskrzeczał, po czym wypuścił swój drogocenny skarb. Łańcuszek spadł na ziemię i zaplątał się między źdźbła trawy. Natychmiast pobiegłam w jego kierunku. Zanim schowałam go w bezpieczne miejsce, po raz ostatni rzuciłam okiem na złotą zawieszkę w kształcie mandali. Był to zbiór figur geometrycznych wpisanych w okrąg, który przywodził na myśl kosmos. Symbolizował harmonię pomiędzy światem metafizycznym a ziemskim oraz wewnętrzny spokój. Mój talizman, który nieustannie przypominał mi, jak wiele przeszłam, aby znaleźć się w tym miejscu. Zacisnęłam na nim palce i usłyszałam głośne kliknięcie.

– Rób, co chcesz. Ja idę na zajęcia – oznajmiła Jacqueline zrezygnowanym tonem, ale ja nie umiałam ruszyć się z miejsca.

Odniosłam wrażenie, że zawieszka połamała się pod wpływem upadku i rozpadła na dwie równe części. Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że mój wisiorek z mandalą był otwierany! Klapka uchyliła się, odsłaniając przede mną swoje wnętrze, a to, co ujrzałam w środku, sprawiło, że oniemiałam.

1 _ashtanga_ – dynamiczny rodzaj jogi polegający na płynnym wykonywaniu pozycji (asan) w połączeniu z rytmicznym oddechem1.

ALICJA

Warszawa, obecnie

Kwiecień 2024

Nacisnęłam mocniej pedał gazu, nie odrywając wzroku od asfaltu. Droga ciągnęła się pomiędzy łąkami i polami rzepaku, które zlewały się w jednolitą żółtą plamę. Nisko zawieszone nad horyzontem słońce barwiło niebo na pomarańczowo.

– Mamo…? – usłyszałam cichutki głosik mojego syna dobiegający z tyłu. – Nie jedziemy zbyt szybko?

Zerknęłam na prędkościomierz. Misiek miał rację. Jeśli nie chciałam zarobić mandatu i kilku punktów karnych, powinnam trochę zwolnić, ale obawiałam się, że Eryk wpadnie w szał, jeśli znowu się spóźnię. Nie chciał mnie słuchać, kiedy tłumaczyłam, że o tej godzinie centrum miasta bywa nieprzejezdne z powodu korków. Przewracał tylko oczami i mówił, że to nie jego problem. Nigdy go nie obchodziło, jak sobie radzę, łącząc pracę z samotnym macierzyństwem. Widział jedynie czubek własnego nosa. Z uporem maniaka powtarzał, że on także ma absorbującą pracę – obejmował stanowisko kierownika firmy transportowej. Różnica między nami polegała na tym, że on mógł liczyć na pomoc swoich emerytowanych rodziców, z którymi mieszkał i którzy traktowali Miśka jak oczko w głowie, a ja… odkąd opuściłam dom dziecka, byłam zdana wyłącznie na siebie.

Mimo upomnień syna nie zdjęłam nogi z gazu. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej zostawić go pod opieką byłego męża i wyruszyć w drogę powrotną, ponieważ za niecałą godzinę miałam poprowadzić zajęcia jogi dla początkujących.

W oddali dostrzegłam rząd drzew i drewnianą altanę stojącą na skraju wielkiego parku – miejsce, do którego zmierzałam. Liczyłam, że wszystko pójdzie gładko. Kłótnia była ostatnią rzeczą, której potrzebowałam po długim i wykańczającym tygodniu.

Niestety już z daleka dostrzegłam niezadowolenie wypisane na jego twarzy. To mogło oznaczać tylko jedno: kłopoty.

– Wiesz, która jest godzina? – zapytał zniecierpliwiony, stukając palcem w przegub ręki, kiedy wysiadłam z samochodu. – Czekam na ciebie od trzydziestu minut. Gdybyś zjawiła się na czas, właśnie jedlibyśmy z Miśkiem kolację.

Zanim odpowiedziałam, upewniłam się, że Misiek zajął miejsce na tylnym siedzeniu jego siedmioosobowego SUV-a i zamknął drzwi. Nie chciałam, żeby słyszał, jak obrzucamy się obelgami.

– Uważasz, że robię to umyślnie? – Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Ty to powiedziałaś, a nie ja.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

Niczym nie wyróżnialiśmy się na tle innych rozwiedzionych małżeństw: ja miałam ochotę zamordować jego, a on mnie.

Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem się w nim zakochałam. Owszem, był przystojny, a do tego inteligentny i czarujący, ale małżeństwo z nim okazało się fatalną w skutkach pomyłką. Dziś zrzucałam ją na karb młodzieńczego zauroczenia. Miałam niespełna dwadzieścia lat, kiedy zaszłam w nieplanowaną ciążę i w przypływie szaleństwa zgodziłam się zostać jego żoną. Po roku znajomości wzięliśmy szybki ślub w towarzystwie samych świadków i najbliższej rodziny Eryka, po czym zamieszkaliśmy razem w wynajmowanej kawalerce. Nasze szczęście nie trwało jednak długo…

Byliśmy jak ogień i woda. On porywczy, władczy i bezkompromisowy, a ja wrażliwa i niepewna siebie. Nasz związek od początku był skazany na niepowodzenie.

Szkoda, że tak późno to sobie uświadomiłam.

Odkąd się rozwiedliśmy, nie umiałam patrzeć na Eryka tak samo jak kiedyś. Wysportowana sylwetka, piękny uśmiech i powłóczyste spojrzenie piwnych oczu przestały robić na mnie wrażenie. Uwolniłam się spod jego uroku.

– Nie jesteś pępkiem świata, Eryk. Mam wystarczająco dużo zmartwień na głowie, żeby jeszcze użerać się z tobą.

– Nie musiałabyś, gdybyś przyjechała na czas.

– Był korek! Miałam nad nim przefrunąć?

– To nie jest jednorazowa sytuacja! Spóźniasz się praktycznie co tydzień!

– Jesteś niesprawiedliwy – wycedziłam przez zęby, celując w niego palcem. – Dobrze wiesz, że mam dużo na głowie.

– No właśnie, w tym rzecz. Obojgu byłoby nam łatwiej, gdybyś poszła do normalnej roboty.

Westchnęłam. Dotarło do mnie, że problemem nie było moje spóźnienie, lecz praca, którą wykonywałam. Mój były mąż nigdy nie umiał zaakceptować ścieżki zawodowej, którą obrałam.

Moja miłość do jogi rozkwitła, kiedy Misiek skończył dwa latka i dostał się do żłobka. Częste kłótnie i nieporozumienia z Erykiem sprawiły, że zaczęłam szukać sobie odskoczni. Zapisałam się na fitness, ale szybko z niego zrezygnowałam, bo okazał się dla mnie zbyt dynamiczny. Niedługo później trafiłam na zajęcia jogi i od razu połknęłam bakcyla. Potem doszedł do tego pilates i aerial stretching², zwany inaczej jogą w powietrzu. Treningi pozwalały mi nie tylko rozluźnić napięte mięśnie oraz wzmocnić ciało, ale także nabrać większej pewności siebie i odnaleźć wewnętrzny spokój, którego tak bardzo mi wtedy brakowało.

Gdy oznajmiłam Erykowi, że zaczęłam praktykować jogę, myślał, że wstąpiłam do jakiejś sekty. Kilka dni zajęło mi przekonanie go, że ta aktywność fizyczna nie ma związku z wierzeniami religijnymi. Zawsze był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Nie wierzył w takie rzeczy jak czakry, karma czy energia duchowa. Kiedy opowiadałam mu o korzyściach praktykowania jogi, krzyżował ręce na piersiach i mówił, że wydziwiam.

Jego cierpliwość wyczerpała się, gdy oznajmiłam, że zamierzam przejść kurs instruktorski. Długo próbował odwieść mnie od tego pomysłu, przez co nasze awantury przybrały na sile. Marzył o żonie, która będzie czekała na niego z obiadem, zamiast rozwijała swoje pasje. Widział mnie w kuchni, nie na macie do jogi. Nie mieściło mu się w głowie, że zapragnęłam od życia czegoś więcej niż roli gospodyni.

Na szczęście na mojej drodze stanęła osoba, która pomogła mi podjąć decyzję dotyczącą rozwodu. Dzięki niej zrozumiałam, że nie chcę dłużej tkwić w związku, który mnie unieszczęśliwia. Po czterech latach małżeństwa znalazłam w sobie odwagę, by wnieść pozew do sądu i uwolnić się od tego człowieka raz na zawsze.

No prawie…

W rzeczywistości byłam na niego skazana, dopóki nasz pięcioletni syn, Michał, nie osiągnie pełnoletniości.

– Dłużej tak nie może być. – Eryk skrzyżował ręce na torsie i wbił we mnie wzrok. – Musisz coś zmienić.

– Dobrze wiesz, że to moje jedyne okienko między zajęciami w piątki. Jeśli ci to nie odpowiada, możesz sam odebrać Miśka z Warszawy.

– Spotykamy się w połowie drogi. To uczciwy układ.

Jasne, uczciwy. Tyle że ja musiałam przedrzeć się przez zatłoczone miasto, a on jeździł drogą szybkiego ruchu między polami i lasami. Podczas gdy Eryk pokonywał swoją „połowę” w dwadzieścia minut, mnie trasa zabierała około czterdziestu minut lub więcej. Czasem nachodziły mnie wątpliwości, czy to na pewno sprawiedliwe rozwiązanie. Nie odzywałam się jednak, bo dobrze wiedziałam, co powie: że przeprowadzka była moim osobistym wyborem.

– Nie moja wina, że po rozwodzie wyprowadziłaś się do stolicy – dodał, jakby czytał w moich myślach.

– Tam mam większe możliwości – próbowałam się bronić. Nie mogłam pojąć, czemu po raz dziesiąty wałkujemy ten sam temat.

– Rób, co chcesz. Szkoda tylko, że wciągasz w to naszego syna. Ze mną mieszkałoby mu się lepiej.

Przewróciłam oczami.

Cholerny weekendowy tatuś. Wydawało mu się, że wychowywanie dziecka to bułka z masłem – wystarczyło zabrać syna na lody albo nauczyć go jazdy na rowerze. Reszta, cała ta nudna, niewidzialna otoczka, spoczywała na moich barkach: to ja każdego dnia zawoziłam go i odbierałam z przedszkola, chodziłam z nim do dentysty, podawałam mu syropy w nocy, kiedy chorował, i kleiłam kostiumy na przedstawienia. Eryk nie miał bladego pojęcia, czym jest prawdziwe rodzicielstwo.

Najbardziej jednak bolało mnie to, że w oczach mojego syna to on był tym „fajniejszym” rodzicem – tym, który go rozpieszcza i nie wymaga od niego zbyt wiele.

Otworzyłam drzwi swojej Skody, żeby dać mu do zrozumienia, że nasza rozmowa dobiegła końca.

– Skończyłeś? Muszę wracać do pracy.

– Co za idiotyzm, że pracujesz nawet w piątki wieczorem.

– Nie przypominam sobie, żebym pytała cię o zdanie. Do zobaczenia w niedzielę.

Usiadłam za kierownicą i zatrzasnęłam za sobą drzwi, ale Eryk poprosił gestem, żebym uchyliła szybę. Zrobiłam to niechętnie.

– Zaczekaj. Chciałem z tobą o czymś porozmawiać.

– Teraz? – jęknęłam, zerkając nerwowo na zegarek. – Spieszę się.

– To ważne – upierał się. – I dotyczy Miśka.

Ciekawiło mnie, co to za sprawa niecierpiąca zwłoki, ale nie mogłam sobie pozwolić na jeszcze większe spóźnienie.

– Możemy porozmawiać o tym w niedzielę? Moje kursantki czekają.

Pomachałam synkowi na pożegnanie, po czym odpaliłam silnik i skierowałam się z powrotem na południe.

* * *

Dzięki temu, że w zeszłym roku przeszłam czterotygodniowy kurs na instruktorkę jogi na Bali, nie mogłam narzekać na brak zleceń. Byłam zatrudniona w kilku miejscach, dlatego stale krążyłam po Warszawie, lawirując między jednym studiem jogi a drugim. Zarabiałam wystarczająco, aby pozwolić sobie na wynajem dwupokojowego mieszkania na obrzeżach Warszawy i utrzymać siebie oraz syna, jednak coraz częściej przyłapywałam się na myśli, że nie tak wyobrażałam sobie swoje życie. Zamiast czerpać radość z tego, że wykonuję pracę marzeń, brałam udział w niekończącym się maratonie obowiązków. Potrzebowałam złapać oddech.

Kolejne spóźnienie tylko umocniło mnie w tym przekonaniu. Mimo że na miejscu zjawiłam się jedynie pięć minut po czasie, pod drzwiami prowadzącymi na salę nie było żywej duszy.

– Jezu, wybacz – usłyszałam skruszony głos mojej koleżanki, instruktorki fitness. – Byłam pewna, że nie dotrzesz na czas i odwołałam zajęcia. Nie chciałam, żeby dziewczyny czekały na ciebie tak jak w zeszłym tygodniu…

Na wspomnienie tamtej sytuacji zalała mnie fala wstydu. Te przeklęte korki były nie tylko powodem moich kłótni z eksmężem, ale także źródłem problemów w pracy. Nie lubiłam sprawiać zawodu moim klientkom, ale ostatnio wszystko wymykało mi się spod kontroli.

– Dzwoniłam, ale nie odbierałaś – dodała Dorota na swoje usprawiedliwienie.

– Zapomniałam włączyć dźwięk w telefonie po poprzednich zajęciach…

– Nie sądzisz, że przydałby ci się odpoczynek? Ostatnio jesteś rozkojarzona i często przytrafiają ci się wpadki. To do ciebie niepodobne.

Udałyśmy się w stronę nowoczesnej recepcji. Dorota weszła za ladę, a ja oparłam się łokciami o blat.

– Chyba za dużo na siebie wzięłam… – przyznałam. – Myślałam, że uda mi się to ze sobą pogodzić…

– Na twoim miejscu pomyślałabym o jakimś samotnym wyjeździe. Zbliżają się wakacje. To dobry moment, żeby coś zaplanować.

– Chciałam zabrać Miśka na początku lipca w góry.

– SAMOTNY – powtórzyła Dorota z naciskiem. – To znaczy taki bez dziecka. – Gdy zobaczyła moją zaskoczoną minę, wzruszyła ramionami. – No co? Każda matka zasługuje na chwilę wytchnienia.

– Zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe – skwitowałam ze śmiechem.

Nigdy nie byłam na samotnym urlopie: po opuszczeniu ośrodka wychowawczego nie miałam pieniędzy na podróże, a odkąd na świecie pojawił się Michał, wszędzie zabierałam go ze sobą. Nawet na Bali poleciał ze mną, gdzie podczas moich zajęć zostawał pod opieką niani. Eryk proponował, że na ten czas weźmie go do siebie, ale ja nie chciałam rozstawać się z czteroletnim synem na miesiąc.

– Był tu dzisiaj chłopak od ulotek i zostawił to! – Dorota pomachała mi przed oczami kolorową broszurką. – Od razu pomyślałam o tobie. Mogłabyś tam zrealizować swoje plany. – Puściła do mnie oczko.

Zerknęłam na zdjęcie starej, drewnianej willi otoczonej gęstym lasem. Na górze widniał napis: „Klimatyczny nocleg w Puszczy Kampinoskiej”, a pod spodem znajdował się adres strony internetowej. Nic więcej. Żadnych dodatkowych informacji, chwytliwych haseł ani dokładnego adresu. Tylko fotografia niszczejącego budynku, który ani trochę nie zachęcał do przyjazdu. Willa bez wątpienia wymagała gruntownego remontu oraz renowacji zapuszczonego ogrodu. Spowita mroczną aurą sprawiała wrażenie, jakby za swoimi murami kryła liczne tajemnice. Mimo to musiałam przyznać, że miała w sobie pewien magnetyczny urok. Coś w tym budynku kojarzyło mi się z rodzinnym domem, w którym spędziłam pierwsze cztery lata życia.

Willa rzeczywiście idealnie pasowała do wizji, którą snułam od kilku dobrych miesięcy, ale w tym momencie miałam inne rzeczy na głowie. Zmięłam ulotkę w dłoni i wcisnęłam ją do kieszeni dżinsów.

– Pobyt w dziczy nie rozwiąże moich problemów. Najpierw muszę się jakoś dogadać z byłym mężem i poukładać sprawy związane z pracą.

– Obiecaj mi jedno.

– Tak?

– Skoro przepadły ci dzisiejsze zajęcia, to odpuść na dziś. Odpocznij. Napij się wina, obejrzyj jakiś film na Netflixie czy coś.

– To wcale nie jest taki głupi pomysł. – Uśmiechnęłam się szeroko, bo w mojej głowie raptownie zakiełkowała pewna myśl. – Już nawet wiem, co będę dziś robić.

2 aerial stretching – forma aktywności fizycznej uprawiana na chustach zawieszonych pod sufitem2.

ALICJA

Obecnie

Kwiecień 2024

Wjechałam przez otwarte skrzydło wysokiej na dwa metry żeliwnej bramy i pokonałam długi podjazd wiodący między równo przystrzyżonymi drzewkami. Drogę do rezydencji oświetlały mi lampki słupkowe. Zaparkowałam na rondzie, w centrum którego znajdowała się piętrowa fontanna w kształcie kwiatu lotosu. Zza zasłony wodnej wyłonił się majestatyczny budynek wsparty na czterech betonowych filarach.

Zanim zdążyłam dotrzeć do półokrągłych schodków, drzwi otworzyły się, a w przejściu stanęła elegancka kobieta w długiej, zwiewnej sukni w stylu boho, na którą narzuciła wzorzyste kimono. Mimo późnej pory jej brązowe włosy były ułożone w perfekcyjne fale, a makijaż pozostawał w nienaruszonym stanie. Każdy jej gest wydawał się wyreżyserowany z niewiarygodną precyzją.

Zofia Morenti. To ona wzięła mnie pod swoje skrzydła i otoczyła troską, kiedy nie potrafiłam ujarzmić chaosu panującego w mojej głowie.

Poznałam ją, kiedy przeżywałam kryzys w małżeństwie i stałam na rozstaju życiowych dróg. Balansowałam na cienkiej linii między tym, co powinnam, a czego pragnęłam. Nie byłam szczęśliwa z Erykiem, a jednocześnie nie chciałam odbierać mojemu synkowi możliwości dorastania w pełnej rodzinie. Zastanawiałam się, jak uchronić go przed tym, czego sama doświadczyłam w dzieciństwie.

Zofia nakłoniła mnie do wzięcia udziału w jej zajęciach, obiecując, że to pozwoli mi na moment uwolnić się od trosk. Była właścicielką sieci studiów jogi, na której dorobiła się ogromnej fortuny. Na fundamentach pasji i wiedzy zbudowała prawdziwe imperium, obecnie sprawowała pieczę nad warszawską filią i prowadziła oblegane kursy.

Szybko narodziła się między nami wyjątkowa więź. Więź, którą Zofia określała jako „metafizyczne połączenie dusz”. Choć sporo nas dzieliło – status materialny, pochodzenie oraz różnica wieku – jeszcze więcej nas łączyło. Kobieta w naturalny sposób stała się moją mentorką, której bezgranicznie zaufałam. Pomogła mi odnaleźć równowagę w wirze własnych emocji, a wraz z biegiem czasu zaczęła mnie traktować jak własną córkę.

Zofia wydobyła ze mnie to, co najlepsze. Za jej radą zainteresowałam się rozwojem duchowym. Medytacja pozwoliła mi usłyszeć własne myśli, znaleźć odpowiedzi na wiele pytań i odważnie pokierować swoim losem.

Moja mentorka często powtarzała, że rola kobiety nie kończy się na byciu matką i żoną. Zachęcała mnie, żebym nieustannie pielęgnowała swoje pasje i nie odkładała marzeń na później, bo mój syn odfrunie kiedyś z gniazda, a mnie zostanie tylko to, co sobie wypracowałam. Podejrzewałam, że to był główny powód, dla którego sama nigdy nie zdecydowała się na potomstwo: całą swoją energię włożyła w budowanie kariery. Nie w każdej kwestii się z nią zgadzałam, ale w jednym miała rację: nie powinnam poświęcać osobistego szczęścia dla pozornego spokoju rodziny. Właśnie dlatego odeszłam od Eryka.

Na mój widok jej naznaczona zmarszczkami twarz pojaśniała. Nie mogłam wyjść z podziwu, że zawsze prezentowała się tak elegancko. Była już po sześćdziesiątce, a mimo to przywiązywała dużą wagę do swojego wyglądu. Zazdrościłam jej tego wrodzonego wdzięku i klasy.

Rozłożyła ramiona w geście powitania i zbliżyła się do mnie, aby ucałować powietrze nad moimi ramionami. Roztaczała wokół siebie światło – biła od niej złota aura, pełna spokoju i nabytej wraz z wiekiem mądrości.

– Cóż za miła niespodzianka! Akurat medytowałam w moim azylu, kiedy zauważyłam błysk reflektorów w oknie. Wejdź, proszę!

– Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam ci w osiągnięciu _samadhi_³ – odezwałam się kurtuazyjnie.

– Ależ nie przejmuj się tym, moja droga. Cieszę się, że cię widzę.

Odprawiła dłonią osiłka, który stał w przejściu i czujnie mi się przyglądał. Dwa lata temu wynajęła prywatną ochronę, zapewne po to, aby zapobiec ewentualnym włamaniom. Miała obsesję na punkcie złodziei.

Podążyłam za nią do przestronnego holu. Ominęłyśmy drzwi prowadzące do pomieszczenia, które nazywała swoim azylem – był to minimalistyczny pokój urządzony w barwach ziemi, w którym ćwiczyła i medytowała. Jedna ze ścian, całkowicie przeszklona, ukazywała widok na fontannę oraz zieloną część ogrodu.

Zofia zaprowadziła mnie do salonu, w którym zwykle przyjmowała gości. Na ścianie wisiała fotografia przedstawiająca przystojnego mężczyznę koło czterdziestki. Miał na sobie drogi, idealnie skrojony garnitur. Delikatny zarost podkreślał jego masywną żuchwę, a czarne włosy gładko zaczesane do tyłu dodawały mu powagi i elegancji. Był to jej mąż, Robert Morenti – człowiek o włoskich korzeniach, lecz spokojnym usposobieniu. Najbardziej ceniony i wpływowy prawnik w kraju w latach dziewięćdziesiątych. To on w dużej mierze przyczynił się do sukcesu żony, ponieważ zainwestował zarobione pieniądze w otwarcie jej pierwszego studia jogi.

Mężczyzna odebrał sobie życie po tym, jak przegrał głośny proces, który prowadził przez ponad rok. Zofia wspominała, że nie potrafił pogodzić się z utratą reputacji. Uznał to za swoją osobistą porażkę, która godziła w jego wieloletnią karierę prawniczą.

Gdy patrzyłam na jego zdjęcie, przeszło mi przez myśl, że musieli tworzyć piękną parę: dwoje zamożnych, przedsiębiorczych i atrakcyjnych ludzi połączonych wielką miłością. Po jego śmierci Zofia nie związała się już nigdy z żadnym mężczyzną, jakby jej serce nadal było zajęte.

Usiadłam na welurowej sofie i zawiesiłam wzrok na makatce z motywem mandali zdobiącej przeciwległą ścianę. Moja dłoń bezwiednie powędrowała w stronę medalionu, który otrzymałam kiedyś w prezencie od mojej mentorki i którego omal nie straciłam podczas zeszłorocznej podróży na Bali.

– Powiedz, co cię do mnie sprowadza, kochana? – zapytała, nalewając aromatyczny napar z ziół do dwóch filiżanek. – Wybacz, że nie poczęstuję cię matchą, ale kofeina o tej godzinie to nienajlepszy pomysł.

Pokiwałam głową. Nie przepadałam za tym dziwnym, trawiastym napojem, ale nie protestowałam, kiedy mi go proponowała. Wiedziałam, że jest miłośniczką japońskiej zielonej herbaty, więc chcąc sprawić jej przyjemność, udawałam, że mi smakuje.

– Przepadły mi wieczorne zajęcia, więc pomyślałam, że wpadnę z wizytą – wyjaśniłam.

– Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, kiedy mnie odwiedzisz. Wydaje mi się, że nie widziałyśmy się od wieków.

– Tak. Jestem ostatnio dość zapracowana. Z trudem znajduję czas na odpoczynek…

– Czy zajmujesz się teraz czymś kreatywnym? – Postawiła na ławie filiżanki, po czym rozparła się wygodnie w fotelu naprzeciwko mnie.

Na jej kolanach umościła się śnieżnobiała kotka o oryginalnym imieniu Asteja⁴ i miauknęła przeciągle, domagając się pieszczot. Miała długą, jedwabistą sierść, która nadawała jej szlachetny, arystokratyczny wygląd. Gdy właścicielka pogłaskała ją po grzbiecie, ta zmrużyła oczy i zaczęła głośno mruczeć.

Kiedyś zapytałam Zofię, dlaczego dała kotu tak nietypowe imię. Odpowiedziała wówczas: „Wiele rzeczy jestem w stanie wybaczyć, ale nie kradzież. Nie znoszę, kiedy ktoś próbuje sobie przywłaszczyć coś, co do niego nie należy”. Kobieta wiodła wystawne życie, więc rzeczywiście stanowiła łakomy kąsek dla złodziei.

– Chciałabym – odparłam. – Zamiast tego bez przerwy krążę między kilkoma studiami jogi. Trudno o pracę instruktorki na cały etat, więc chwytam się każdego zlecenia.

Moje wyobrażenia na temat pracy nauczycielki jogi brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Chyba podświadomie szukałam u Zofii rady oraz pocieszenia. Nikt nie mógł mnie zrozumieć lepiej niż ona.

– Kochana, odnoszę wrażenie, że marnotrawisz swój potencjał.

Poczułam, jak moje policzki oblewają się gorącem.

– Dlaczego tak uważasz? Rok temu odbyłam kurs na Bali. Nie pamiętasz, jak ciężko pracowałam, żeby odłożyć na niego pieniądze?

– Właśnie o tym mówię. – Zrobiła pauzę, abym sama wyciągnęła wnioski. – Tak wiele osiągnęłaś, a teraz pozwalasz, by wiedza i umiejętności, które tam nabyłaś, poszły na marne… Dobrze wiesz, że mogłabym na pstryknięcie palcem uczynić cię kierowniczką jednego z moich studiów, ale chcę, żebyś sama zapracowała na swój sukces i osiągnęła pełną satysfakcję. Nic tak nie uczy pokory jak ciężka praca.

Spuściłam głowę i zacisnęłam mocno powieki.

Jak mogła mi zarzucać, że za mało się starałam? Mimo trudnego startu w dorosłość, wczesnego macierzyństwa oraz nieudanego małżeństwa wciąż parłam naprzód. Robiłam to dla mojego syna. Chciałam mu pokazać, że dzięki własnej determinacji może osiągnąć, co zechce.

– Jak długo zamierzasz tak żyć? Dałaś się wplątać w ten cały wyścig szczurów. Nie tego cię uczyłam.

Choć jej surowa ocena mnie zabolała, w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Sama również odczuwałam rozczarowanie swoim obecnym stylem życia.

– Rozumiem, ale musisz pamiętać, że poza instruktorką jogi jestem przede wszystkim matką. Nie mogę ryzykować, że ja i Misiek zostaniemy bez pieniędzy.

– Wydawało mi się, że przez kilka ostatnich lat praktykowania jogi osiągnęłaś pewien rodzaj samozadowolenia. Myślałam, że jesteś bardziej świadoma swoich atutów i nauczyłaś się z nich korzystać. Medytacja urzeczywistniła w tobie to, co najlepsze, a ty próbujesz to zaprzepaścić.

Łzy napłynęły mi do oczu. Dotarło do mnie, że musiałam ją naprawdę rozczarować, skoro nie szczędziła mi ostrych słów krytyki. Zazwyczaj wykazywała się większą wyrozumiałością i chwaliła mój upór w dążeniu do celów.

Zofia, najwyraźniej dręczona wyrzutami sumienia, zdjęła Asteję z kolan, podniosła się z fotela i usiadła obok mnie.

– Przepraszam, jeśli byłam dla ciebie zbyt surowa – odezwała się znacznie łagodniejszym tonem, nakrywając moją dłoń smukłymi palcami, na których błyszczały pierścionki. – Czasem zapominam, ile wrażliwości w sobie nosisz… Powiedziałam tak, bo jesteś moją najzdolniejszą i najbardziej ambitną uczennicą. Uważam, że stać cię na więcej. Nadal pamiętam, z jakim zapałem opowiadałaś mi o swoich planach na przyszłość. Mówiłaś, że jak tylko zrobisz kurs na Bali, to je zrealizujesz. Gdzie się podziały tamte marzenia…?

– Nie wiem… – mruknęłam. – Chyba zderzyłam się z rzeczywistością.

– Odpowiedz mi, proszę, na jedno pytanie. Jesteś szczęśliwa?

Zamilkłam, próbując zdobyć się na szczerość wobec samej siebie. Do tej pory sądziłam, że odpowiedź na to pytanie jest oczywista… W końcu po wielu perturbacjach stanęłam na nogi: robiłam to, co kochałam, i wychowywałam cudownego syna, który nauczył mnie, czym jest prawdziwa miłość. Jednak nie wszystko układało się tak idealnie, jak wyglądało z zewnątrz… Przez ostatni rok byłam tak zapracowana, że zgubiłam sens tego, co robię.

– Nie – odparłam zgodnie z prawdą, zaskakując tym samą siebie.

– To widać, Alicjo… Pamiętaj, że jesteś stworzona do wielkich rzeczy. Nie wolno ci utonąć w tłumie przeciętności.

Asteja fuknęła na mnie z przyganą.

Wyszłam w noc, a cisza wokół rezydencji wydawała się gęstsza niż zwykle. Rozmowa z Zofią otworzyła mi oczy. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię, ale jedno było pewne: czekały mnie zmiany.

3 _samadhi_ – stan całkowitego zjednoczenia z wszechświatem, podczas którego medytujący doświadcza spokoju oraz radości

4 Asteya – jedna z pięciu zasad moralnych joginów. W szerokim pojęciu oznacza: „nie kradnij”. Zasada ta wzywa do poszanowania cudzych własności, przestrzeni, czasu czy emocji, lecz także własnych zasobów.3.

ALICJA

Obecnie

Kwiecień 2024

W niedzielę po południu otrzymałam od Eryka lakonicznego esemesa z informacją, że nie da rady spotkać się ze mną w połowie drogi, dlatego mam sama przyjechać po Miśka. Wściekłam się, że nie uprzedził mnie o tym, ale kiedy próbowałam się do niego dodzwonić, ignorował moje połączenia. Nie miałam innego wyboru jak pojechać po syna.

Po ponadgodzinnej podróży w końcu zaparkowałam pod domem byłych teściów. Drzwi otworzyła mi matka Eryka, Renata. Niska kobieta o średniej budowie ciała oraz krótkich blond włosach ułożonych na okrągłej szczotce. Mimo że nasze rozstanie przebiegło dość burzliwie, z jego rodzicami łączyły mnie dobre stosunki. Zarówno Renata, jak i jej mąż, Jerzy, bardzo mnie lubili, a ja doceniałam ich obecność w życiu Miśka.

– Eryk wspominał mi, że niedługo przyjedziesz – odezwała się do mnie, otwierając drzwi szerzej. – Wejdź. Misiek właśnie kończy jeść tosty.

– Mama! – usłyszałam cieniutki głosik mojego syna, który zostawił talerz z niedojedzonymi grzankami i rzucił mi się na powitanie. Objął mnie lepkimi rączkami w pasie, wtulając umazaną od keczupu buzię w moją bluzkę.

– Cześć, synku. Zjedz do końca i leć się umyć, bo musimy wracać do domu. – Odprowadziłam go wzrokiem, po czym zwróciłam się do Renaty: – Eryk dosłownie w ostatniej chwili powiedział mi o zmianie planów. Co się stało?

– Dostał nagłe wezwanie z pracy – wyjaśniła skruszona. – Mówił, że jedzie ugasić pożar w firmie.

Co za hipokryta, pomyślałam. Zarzucał mi, że spędzam popołudnia w pracy, a sam robił dokładnie to samo. Ledwo powstrzymałam się, żeby nie skomentować tego na głos. Wolałam nie mieszać Renaty w nasze konflikty.

– Obiecał, że zadzwoni do ciebie, jak tylko znajdzie czas – dodała.

– Tak, mówił, że chce ze mną pogadać. Wiesz może o czym?

To pytanie wprawiło Renatę w zakłopotanie. Spuściła głowę, unikając mojego spojrzenia.

– Chyba lepiej będzie, jeśli sam ci o tym powie…

– Masz rację – natychmiast się zreflektowałam.

Zaczynałam się niepokoić, o czym chciał mi powiedzieć Eryk, zwłaszcza że ta sprawa miała dotyczyć naszego syna. Obawiałam się, że będzie próbował wynegocjować obniżenie alimentów. Nie mogłabym się na to zgodzić, bo i tak ledwo dawałam sobie radę finansowo.

Misiek wybiegł z łazienki i oznajmił, że jest gotowy do wyjścia. Zanim przekroczyłam próg, Renata chwyciła mnie za łokieć i zatrzymała w pół kroku.

– Nie złość się na Eryka – poprosiła miękko. – Naprawdę starał się jakoś to wszystko poukładać… Szkoda, że wam nie wyszło, ale może czas już odpuścić i zostawić przeszłość za sobą.

Skrzywiłam się. Nie spodobało mi się, że Renata próbowała udzielać mi porad, znając sytuację wyłącznie z punktu widzenia swojego syna. Wbrew temu, co twierdziła, nigdy nie zauważyłam, żeby Eryk usiłował cokolwiek „poukładać”. Wręcz przeciwnie: to on był prowodyrem każdej naszej kłótni.

– Nie muszę się z nim przyjaźnić. Zależy mi tylko na tym, żeby był dobrym ojcem – ucięłam.

Gdy wyjechałam na główną drogę, postanowiłam wypytać Miśka, jak spędził weekend u taty.

– Było czadersko! – wykrzyknął, czym mnie rozbawił. Coraz częściej podłapywał różne powiedzonka od innych dzieci w przedszkolu i z uwielbieniem powtarzał je przy każdej okazji.

– Czadersko, mówisz. A co robiliście?

– Byliśmy w zoo! Widziałem białe tygrysy i goryle, a tata kupił mi gofra z bitą śmietaną i breloczek z dinozaurem!

Uśmiechnęłam się, widząc jego szczerą, niczym niezmąconą radość. Przynajmniej on miło spędził weekend. Ja tymczasem nie mogłam przestać myśleć o mojej rozmowie z Zofią.

– Widzisz? O, taki! – zawołał Misiek, wymachując brelokiem, który wydobył z kieszeni.

Popatrzyłam na niego przelotnie we wstecznym lusterku.

– Śliczny, kochanie.

– A potem tata zrobił nam noc filmową i… – urwał, usłyszawszy dźwięk mojego telefonu.

Rzuciłam okiem na wyświetlacz, a gdy zorientowałam się, że dzwoni Eryk, odebrałam przy pomocy zestawu głośnomówiącego.

– Cześć – rzuciłam oschle na powitanie.

– Cześć. Mama mi napisała, że odebrałaś Miśka.

– No popatrz, czyli jednak docierają do ciebie wiadomości ze świata zewnętrznego! A już myślałam, że straciłeś łączność z cywilizacją – zakpiłam z niego. – Szkoda, że nie raczyłeś odebrać, kiedy wydzwaniałam do ciebie jak szalona.

– Nagły wypadek w firmie.

– Co za idiotyzm, że pracujesz nawet w niedzielę wieczorem – z nieskrywaną satysfakcją zacytowałam jego własne słowa sprzed dwóch dni.

– Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że nie możesz być bardziej irytująca, udowadniasz, że się myliłem.

– Do usług – zaśmiałam się gorzko.

– Żałuję, że nie mogłem wyjechać ci naprzeciw, bo mamy do pogadania. Masz czas jutro? Przyjechałbym do Warszawy.

– Cóż za wspaniałomyślność z twojej strony – prychnęłam.

– Daruj sobie. To poważna sprawa.

Jego oziębły ton sprawił, że poczułam nagły ucisk w dołku.

– O jedenastej mam przerwę. Zwykle chodzę wtedy do restauracji wege obok studia, w którym prowadzę zajęcia. Wyślę ci pinezkę.

Gdy się rozłączyliśmy, postanowiłam, że nie będę sobie dłużej zaprzątać głowy nadchodzącym spotkaniem z Erykiem. Chciałam poświęcić całą uwagę synkowi. Niedzielne wieczory były zarezerwowane wyłącznie dla nas, bo od poniedziałku znów czekał mnie szaleńczy maraton po studiach jogi.

Zgarnęłam stos ulotek znaleziony w skrzynce pocztowej i ruszyliśmy po schodach na górę. W domu zjedliśmy podwieczorek, a potem graliśmy w planszówki, dopóki nie wybiła godzina, o której Misiek zazwyczaj szykował się do snu. Zagoniłam go do kąpieli, a w międzyczasie przygotowałam mu kolację. Wieczorem, gdy czysty i najedzony wślizgnął się pod kołdrę w statki kosmiczne, przysiadłam na brzegu łóżka, aby skraść mu buziaka i życzyć dobrych snów.

– Mamo? – zapytał cichutko, wpatrując się we mnie swoimi wielkimi, piwnymi oczami odziedziczonymi po ojcu.

– Tak? – Odgarnęłam dłonią brązowe sprężynki opadające mu na czoło.

– Fajnie było u tatusia, wiesz?

– Cieszę się.

– Mam nadzieję, że za tydzień też przyjedzie ciocia Weronika.

Serce zatrzepotało mi w piersi.

– Ciocia Weronika? – wydukałam zaskoczona.

– No, koleżanka taty. Przyszła do nas wczoraj. Jest bardzo ładna i ma tutaj takie serduszko. – Pacnął się paluszkiem w nos.

Zamarłam. Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałam o tej kobiecie?

– A co z nią robiliście?

– Ciocia przyniosła popcorn i oglądaliśmy razem _Minionki_. Tata pozwolił mi pójść spać, jak już było ciemno za oknem! Ale nie w sypialni, tylko w salonie. Położyliśmy na podłodze materac z poduszkami, potem zgasiliśmy światło i mieliśmy prawdziwą noc filmową!

– Ciocia spała razem z wami?! – nieświadomie podniosłam głos.

– Tak, było super! Biłem się z nią na poduszki i wygrałem! A rano usmażyła mi niebieskie placuszki i polała je białym sosem czekoladowym. I powiedziała, że to smerfowe naleśniki!

– A co na to babcia z dziadkiem? – dopytywałam coraz bardziej poirytowana.

Misiek wzruszył ramionami, po czym odparł z całkowitą powagą:

– Nic. Oni też lubią smerfowe naleśniki.

Zemdliło mnie od nadmiaru informacji. Ucałowałam Miśka na dobranoc, po czym wyszłam z jego pokoju i udałam się na balkon. Musiałam ochłonąć. Trudno było mi zaakceptować fakt, że w życiu mojego syna pojawiła się jakaś inna kobieta. Od jak dawna trwała ich znajomość…?

Powoli zaczynałam się domyślać, czego miała dotyczyć moja rozmowa z Erykiem.4.

ALICJA

Obecnie

Kwiecień 2024

Wkroczyłam pewnym krokiem do restauracji, w której byłam umówiona z eksmężem, i omiotłam wzrokiem klimatyczne pomieszczenie. Eryk przeglądał od niechcenia kartę dań, pijąc wodę ze szklanki. Nawet nie odnotował mojej obecności, gdyż w lokalu panował ogromny gwar.

Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do niego. Gdy odsunęłam krzesło stojące naprzeciwko, podniósł głowę i zmierzył mnie czujnym spojrzeniem. Minę miał poważną, a brwi ściągnięte, dlatego ciężko było odgadnąć, o czym myślał.

Przywitałam się z nim, po czym zajrzałam do menu. Decyzja, co zamówię, przyszła szybko. Chciałam mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą. Eryk poprzestał na szklance wody, dając mi jasny sygnał, że on również nie zamierzał tu długo zabawić.

Zapanowała krępująca cisza. Próbowałam złapać z nim kontakt wzrokowy, żeby wymusić jakąś reakcję, lecz on uparcie unikał mojego spojrzenia. Chyba nie wiedział, jak zacząć naszą rozmowę, a ja nie miałam zamiaru ułatwiać mu sprawy.

– Chciałem ci coś powiedzieć… – Odchrząknął. – Od pewnego czasu spotykam się z kimś.

Atmosfera między nami momentalnie zgęstniała. Mimo że byłam przygotowana na to, co chce mi powiedzieć, nie spodziewałam się, że jego słowa uderzą we mnie z taką mocą.

– Z Weroniką – dopowiedziałam za niego, unosząc sugestywnie jedną brew.

– Skąd wiesz? – Jego źrenice się rozszerzyły.

– A jak myślisz, Eryk? – zawiesiłam głos. – Nasz syn mi powiedział.

– No tak, mogłem się domyślić…

– Nie sądzisz, że powinieneś ze mną porozmawiać, zanim przedstawisz Miśkowi swoją nową kobietę? – Choć starałam się zadać to pytanie opanowanym tonem, w moim głosie wybrzmiała gorycz.

– Próbowałem, ale byłaś wiecznie zajęta.

– No jasne, czyli to moja wina.

Eryk zacisnął szczękę, jakby próbował powstrzymać się przed rzuceniem jakiejś ciętej riposty. Umilkł na kilka sekund, po czym powoli wypuścił powietrze z płuc.

– Nie kłóćmy się. – Jego ton złagodniał. – Wiem, że powinienem to najpierw z tobą przegadać, ale spotykam się z Werką już od października i coraz trudniej było nam to ukrywać przed Miśkiem. Samo wyszło…

Moja frustracja sięgnęła zenitu. Czułam się kompletnie bezradna wobec decyzji, które Eryk podejmował za moimi plecami.

Kelnerka postawiła przede mną szklankę wypełnioną koktajlem owocowym, ale stres odebrał mi cały apetyt.

– Samo wyszło? Eryk, czy ty słyszysz siebie? Powinieneś takie rzeczy konsultować ze mną. On ma tylko pięć lat! Namieszasz mu w głowie, jeśli będziesz bez przerwy przyprowadzać do domu nowe panienki. – Miałam świadomość, że wyolbrzymiam problem, ale mgła rozgoryczenia i wściekłości przysłoniła mi zdolność trzeźwego osądu.

– Hej, nie przesadzasz trochę? – Eryk próbował sprowadzić mnie na ziemię. – Werka jest pierwszą kobietą, którą przedstawiłem Miśkowi, odkąd się rozwiedliśmy. I mogę cię zapewnić, że od razu znaleźli wspólny język.

Cieniutka niteczka zazdrości oplotła moje serce i zawiązała na nim ciasny supeł. Na samą myśl, że jakaś inna kobieta pod moją nieobecność zastępowała Miśkowi matkę, chciało mi się płakać. Nie miałam ochoty dzielić się z nią miłością mojego syna.

Dotarło do mnie, że Eryk i Weronika zaczęli tworzyć rodzinę. Prawdziwą, kompletną – taką, o jakiej marzył każdy dzieciak. A ja…? Co mogłam zaoferować mojemu synowi…? Tylko połowiczne szczęście, nudną codzienność i zasady, których Eryk nie pilnował, kiedy brał Miśka na weekend.

Już zawsze w oczach mojego dziecka pozostanę tym gorszym rodzicem. Złym policjantem, który psuje dobrą zabawę.

– Werka jest z wykształcenia pedagogiem. Na co dzień pracuje jako przedszkolanka i ma świetne podejście do dzieci – ciągnął. – Nigdy nie ukrywałem przed nią, że mam syna, więc od początku wiedziała, na co się pisze.

Zauważyłam, że starał się mówić opanowanym głosem. Zaskoczył mnie tym. Zazwyczaj to on pierwszy wpadał w złość. Tym razem role się odwróciły: to ja byłam chodzącym kłębkiem nerwów, a on próbował załagodzić mój gniew. Chyba uzmysłowił sobie, że jeśli nie zaakceptuję jego związku, nasz konflikt rozgorzeje jeszcze bardziej.

– Mogłeś mi powiedzieć, że się z kimś widujesz – wydusiłam.

– Nie chciałem tego robić, dopóki nie upewnię się, że łączy nas coś poważnego.

– Czyli to nie jest przelotna znajomość…?

– Oczywiście, że nie – zapewnił mnie żarliwie. – Kocham ją i chciałbym jej się oświadczyć w niedalekiej przyszłości.

– Oświadczyć? – To słowo ledwo przeszło mi przez gardło. – Nie uważasz, że to trochę za wcześnie?

Eryk popatrzył na mnie znacząco.

– Tobie też się oświadczyłam po kilku miesiącach znajomości.

Wróciłam pamięcią do wspomnień, które teraz wydawały mi się zamierzchłą przeszłością. Poznaliśmy się siedem lat temu. On był wówczas kierowcą w tej samej firmie dostawczej, w której obecnie obejmuje stanowisko kierownika. Przywoził towar do sklepu spożywczego. Ja tymczasem pracowałam w magazynie. Pomógł mi przenieść towar na zaplecze supermarketu, mimo że go o to nie prosiłam. Jak przyznał później – moje długie, bursztynowe włosy zadziałały na niego niczym wabik.

Choć ja i Eryk byliśmy zupełnie różni, przyciąganie między nami okazało się tak silne, że wbrew zdrowemu rozsądkowi zatraciliśmy się w tym uczuciu. Ominęliśmy etap randek, wspólnego jedzenia spaghetti oraz długich spacerów nad brzegiem Wisły. Zamiast tego ogarnął nas istny szał namiętności. Na ziemię sprowadziły nas dopiero dwie kreski na teście ciążowym. Zaledwie parę miesięcy po tym, jak zaczęliśmy się umawiać.

Rodzice Eryka przekonali go, że najlepszym rozwiązaniem będzie szybki ślub. Wtedy jeszcze łudziłam się, że uda nam się stworzyć kochającą rodzinę dla naszego dziecka. Pięć miesięcy później się pobraliśmy. Bez hucznego wesela, bez pompy.

Niestety po narodzinach syna nasze życie zamieniło się w równię pochyłą.

– Owszem, i zobacz, dokąd nas to zaprowadziło. – Zatoczyłam ręką koło.

– Jestem pewien swoich uczuć do Weroniki – odparł Eryk z naciskiem. – I myślę, że Misiek świetnie odnajdzie się w nowej sytuacji.

Gdy do naszego stolika ponownie podeszła kelnerka, poprosiłam ją o rachunek. Przytłoczona natłokiem własnych myśli, zapragnęłam jak najszybciej stamtąd wyjść. Wiadomość o nowym związku Eryka spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba, a emocje, które we mnie wezbrały, potrzebowały znaleźć ujście. Wiedziałam, że tama niewypowiedzianych pretensji i żalu w końcu pęknie, dlatego wolałam znaleźć się jak najdalej od niego, żeby nie eskalować naszego konfliktu.

– Pójdę już – oznajmiłam, podnosząc się z miejsca.

– Poczekaj. To nie wszystko.

Znieruchomiałam, a moje brwi powędrowały do góry. Usiadłam z powrotem na krześle i wbiłam w niego ponaglające spojrzenie.

– Nie wiem, od czego zacząć… – mruknął Eryk.

– Mów, o co chodzi.

– Bo pojawił się taki pomysł… Ja i Werka chcielibyśmy zabrać Miśka na wakacje. Zamierzamy pojechać w pierwszych dniach lipca na Mazury. Razem z moimi rodzicami.

Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Ja też chciałam go zabrać w tym terminie na wakacje, nie pamiętasz? – przypomniałam mu.

– Na początku lipca?

– Przecież mówiłam ci o tym. Zaplanowałam już grafik na kilka najbliższych miesięcy…

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij