-
nowość
Kanikuła - ebook
Kanikuła - ebook
Przyszłość Yurto zależy od wuja, grafa de Gra Yudherthardere. Jemu jednak zbrzydły kolejne skargi na rozwiązłość siostrzeńca i zsyła krasnoluda na koniec świata. Nie wie jeszcze, że tam rządzi magia, a chłopakowi trafi się przygoda życia. Poznaj rodzinę Yudherthardere, najbardziej wygadanych krasnoludów w Krainie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398024310 |
| Rozmiar pliku: | 660 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Cudownie miękka podusia. Oj, cudownie. Żem na takiej miękkiej jeszcze się nie budził – mamrotał rozanielony krasnolud, z czułością ocierając się kudłatym licem o pokaźny biust leżącej obok kobiety. Dziewczyna co prawda pięknem nie grzeszyła, a rozmiarem zbędnych fałd przyćmiewała każdą, z której wdzięków ówże krasnolud korzystał, jednakowoż na tę chwilę Yurtowi zdała się przecudnej urody gwiazdeczką. Najśliczniejszą nimfą. Zaprawdę, po dziesięciu dniach w siodle, na usługach Krasnoludzkiej Rady, możliwość zatonięcia… tak, to najlepsze określenie… zatem możliwość zatonięcia w objęciach Enurfi zdawała się młodzieńcowi czystą ekstazą. No, a i z ową czystością nie ma co przesadzać. Zamtuz z Szemranej Dzielnicy akurat tego nie obiecywał. Nie raz i nie dwa Yurto musiał zasięgać pomocy książęcego medyka po wizycie u tutejszych panienek. Mimo to wciąż wracał. Jak owo ciekawskie kociątko, co to je pies pokąsał, a ono i tak ku niemu się garnie, w poszukiwaniu przygód.
– Zliź – grzecznie poprosiła Enurfia, gramoląc się z łóżka. – Gospodyni idą.
Krasnolud westchnął boleściwie.
– Ech, śliczności moja – wyszeptał i wyciągnął ręce ku dziewczynie – wróć no do mnie. Nie zdążyłem się nacieszyć twoimi wdziękami.
– Jak gospodyni was tu znajdą, to się, kurwa, nacieszycie – warknęła nierządnica, rzucając mu koszulę. – Wezwie którego z drabów i znów wam skórę przetrzepią. Albo i gorzej. Jakbyście chocia raz talara rzucili, byłoby inaczej. A wy nic, ino na krzywy ryj. To i gospodyni zła.
– Enurfijko…
– Cichajta! – Spojrzenie panny zmiękło, ale głos pozostał stalowy. – Kto usłyszy i znów będę przez dwie nocki za nic dupy dawała. Och, głupia żem jest. Głupia. Ino te szczerbate zębiska wyszczerzycie, a mnie już bierze. A przecie mówiła gospodyni… No już! Wynocha!
Yurto wstał niechętnie. Zarzucił koszulę na grzbiet i powolutku zaczął wiązać troczki. Naraz jednak usłyszał ruch za drzwiami izby i gwałtownie przyspieszył. Palce mu drżały, więc zamiast skończyć z tasiemkami, złapał spodnie i buty, pchnięte uprzednio w kąt, i rzucił się ku oknu. Po drodze stanął jeszcze, by cmoknąć policzek Enurfii.
W chwili, gdy do izby wpadli zamtuzowi zbóje, Yurto właśnie skakał przez okno. A że w podobny sposób do zacnego przybytku tej nocy trafił, wiedział, że do bruku niedaleko i nic sobie takim ćwiczeniem nie uszkodzi. Chcąc zaś i w najbliższej przyszłości nieuszkodzonym pozostać, kiedy tylko dotknął kocich łbów, biegiem ruszył w ciasne uliczki, żeby zgubić ewentualny pościg. A Yurto, wbrew ogólnej opinii o krasnoludach, biegać potrafił. Przemykał więc błyskawicznie między wysokimi budynkami, aż wreszcie podążający za nim tupot ucichł zupełnie. Nawet wtedy krasnolud nie zwolnił. Ot tak, dla przyjemności, biegł jeszcze przez pół miasta, aż dojrzał biały dom, w którym rezydował namiestnik Rady. I przenajmilejszy wuj Yurto – graf de Gra Yudherthardere.
***