-
nowość
Kantyczka dla Leibowitza - ebook
Kantyczka dla Leibowitza - ebook
Nagroda HUGO dla najlepszej powieści.
Po wojnie jądrowej pozostali przy życiu ludzie atakują tych, których uznali za winnych katastrofy – naukowców i techników. Znękany świat pogrąża się w jeszcze większym szaleństwie i chaosie, a ludzkość cofa się do poziomu barbarzyństwa. W tych nowych wiekach ciemnych mnisi z Albertyńskiego Zakonu Leibowitza, żyjący w klasztorze na pustyni w stanie Utah, starają się ocalić wiedzę poprzednich pokoleń – pieczołowicie gromadzą i kopiują fragmenty starych tekstów, nawet jeśli ich już nie rozumieją. Jednakże prędzej czy później także oni będą musieli stawić czoło nowej brutalnej rzeczywistości…
Przemyślana polemika, wciąż aktualna […]. Podobnie jak „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”, „Kantyczka dla Leibowitza” należy do klasyki literatury angielskojęzycznej i fantastycznonaukowej. - „The Internet Writing Journal”
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-673-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Brat Franciszek Gerard z Utah nigdy by pewnie nie odkrył owych świętych pism, gdyby nie pielgrzym z przepasanymi biodrami, który pojawił się na pustyni w okresie nakazanego nowicjuszom czterdziestodniowego postu.
Brat Franciszek nigdy dotąd nie widział pielgrzyma z przepasanymi biodrami, ale o tym, że ten właśnie jest wiarygodnym osobnikiem, przekonał się, gdy tylko opanował dreszcz przerażenia wywołany pojawieniem się na horyzoncie czarnej joty chyboczącej się w rozedrganej mgiełce rozgrzanego powietrza. Beznoga, ale wyposażona w małą głowę jota wyłoniła się z lustrzanego szkliwa, idąc potrzaskaną szosą, aczkolwiek miało się wrażenie, że nie kroczy, lecz wkręca się nibyśruba w pole widzenia. Brat Franciszek zacisnął kurczowo w dłoniach krucyfiks przy różańcu i bezgłośnie poruszając ustami, odmówił jedną i drugą zdrowaśkę. Owa jota nasuwała myśl, że chodzi o jakąś drobną zjawę spłodzoną przez demony upału, które nękają całą tę krainę w samo południe, kiedy każde stworzenie, które mogło się poruszać po pustyni (poza sępami i paroma pustelnikami w rodzaju Franciszka), leżało bez ruchu w swojej jamie albo kryło się w cieniu skały przed wściekłością promieni słonecznych. Tylko jakaś istota potworna, nadprzyrodzona czy niespełna rozumu mogła kroczyć w samo południe szlakiem przez pustkowie.
Brat Franciszek dorzucił czym prędzej modlitwę do Świętego Raula Cyklopa, patrona wybryków natury, o ochronę przed nieszczęściami, nad którymi ten roztaczał swoją opiekę. (A któż nie wiedział w owych dniach, że na ziemi żyją potwory? Każdy bowiem, kto urodził się żywy, musiał, na mocy nakazu Kościoła i prawa naturalnego, znosić w miarę możliwości swoje pełne cierpienia życie i korzystać jako dziecko z pomocy tych, którzy go spłodzili. Nie zawsze przestrzegano tego prawa, ale wystarczająco często, by podtrzymywać rozproszone grono dorosłych potworów, które wybierały sobie często najbardziej zapadłe zakątki pustynnych krain i nocą podpełzały do ognisk osób podróżujących przez prerię). W końcu jednak jota wykręciła się całkowicie z rozedrganej warstwy na przezroczyste powietrze i wtedy stało się zupełnie oczywiste, że jest nią odległy nadal pielgrzym. Brat Franciszek puścił krucyfiks i powiedział cichutko: „Amen”.
Pielgrzymem okazał się chudy starzec wspierający się na lasce, w plecionym kapeluszu, z potarganą brodą i bukłakiem na wodę przerzuconym przez ramię. Żuł i spluwał ze zbyt wielkim zacięciem jak na zjawę, a jednocześnie wydawał się zbyt wątły i ułomny, żeby z powodzeniem uprawiać fach ludożercy albo rozbójnika. Jednak Franciszek cichaczem usunął się z pola widzenia pielgrzyma i przycupnął za stertą gruzu, skąd mógł widzieć, sam nie będąc widziany. Spotkania z obcymi na pustyni zdarzały się nieczęsto, ale kiedy już do nich dochodziło, nie obywało się bez podejrzliwości i wstępnych przygotowań obu stron, ponieważ powitanie mogło się okazać równie dobrze serdeczne, jak wrogie.
Zwykle nie częściej niż trzy razy do roku jakiś człowiek świecki lub w ogóle ktoś obcy przemierzał stary szlak przechodzący przez teren opactwa, chociaż była tam oaza, która umożliwiała jego istnienie i która uczyniłaby z klasztoru naturalny zajazd dla wędrowców, gdyby nie to, że szlak prowadził donikąd, oczywiście jak na ówczesne sposoby podróżowania. Być może w minionych wiekach szosa stanowiła fragment najkrótszej drogi z Great Salt Lake do Old El Paso; na południe od opactwa przecinała się z innym pasmem gruzu, rozciągającym się na wschód i zachód. Spustoszenia były dziełem czasu, nie zaś człowieka.
Pielgrzym zbliżył się na odległość głosu, ale nowicjusz nie wyszedł spoza sterty gruzu. Biodra pielgrzyma były naprawdę przepasane strzępem brudnego worka, który stanowił jego jedyne odzienie, jeśli nie liczyć kapelusza i sandałów. Wytrwale podążał przed siebie, stawiając mechanicznie kroki i wspomagając chromą nogę ciężką laską. Rytmiczny marsz świadczył o tym, że wędrowiec ma długą drogę za sobą i równie długą przed sobą. Kiedy jednak wszedł na teren starożytnych ruin, przystanął, żeby się rozejrzeć.
Franciszek schował głowę.
Wśród stert gruzu, w miejscu, gdzie niegdyś wznosiło się skupisko wiekowych budowli, nie było cienia, ale niektóre większe głazy mogły jednak dać trochę ochłody wybranym fragmentom ciała podróżników, równie mądrych w drodze przez pustynię jak, co już wkrótce się okazało, pielgrzym. Sięgnął bez wahania po odpowiedniej wielkości odłam skalny. Brat Franciszek zauważył z uznaniem, że tamten nie szarpał się z kamieniem, lecz stanął przed nim w bezpiecznej odległości i wykorzystując laskę jako dźwignię, a mniejszy odłamek jako punkt podparcia, przesunął ciężar, spod którego wypełzło z sykiem zagniewane stworzenie. Podróżnik obojętnym ciosem laski zabił węża i odrzucił na bok wijący się jeszcze zewłok. Po usunięciu mieszkańca szczeliny pod kamieniem, pielgrzym wykorzystał owo sklepienie chłodnej szczeliny, stosując zwykłą metodę, to znaczy odwracając kamień na drugą stronę. Następnie obciągnął z tyłu przepaskę, usadowił zwiędłe pośladki na względnie chłodnej powierzchni kamienia, ruchem nóg zrzucił sandały i postawił stopy na tym, co było przedtem piaskowym podłożem zimnej jamy. Ochłodziwszy się w ten sposób, poruszył palcami stóp, uśmiechnął się bezzębnymi ustami i zaczął nucić jakąś melodię. Wkrótce rozległ się zawodzący śpiew w nieznanym nowicjuszowi dialekcie. Zmęczony i skulony brat Franciszek ciągle zmieniał pozycję.
Nie przestając śpiewać, pielgrzym wydobył suchar i kawałek sera. Potem umilkł i wstał na chwilę, żeby nosowym głosem zabuczeć w miejscowym narzeczu:
— Błogosławiony bądź, _Adonai Elohim_, królu wszystkich rzeczy, który sprawiłeś, że ziemia rodzi chleb.
Potem znowu usiadł i począł jeść.
Ten wędrowiec musiał naprawdę przebyć szmat drogi — pomyślał brat Franciszek, bo nie znał żadnego pobliskiego królestwa, które byłoby rządzone przez monarchę o tak niezwykłym imieniu i takich dziwacznych roszczeniach. Starzec odbywa pielgrzymkę pokutną — próbował odgadnąć brat Franciszek — być może do „sanktuarium” w opactwie, aczkolwiek nie było tam oficjalnie żadnego sanktuarium, a „święty” nie został jeszcze uznany za świętego. Brat Franciszek nie potrafił znaleźć żadnego innego wytłumaczenia dla obecności starego wędrowca na drodze prowadzącej donikąd.
Pielgrzym spożywał chleb i ser bez pośpiechu, a nowicjusz wiercił się coraz bardziej, w miarę jak niknął strach. Reguła milczenia podczas dni postnych nie pozwalała wszczynać dobrowolnie rozmowy ze starcem, ale nie ulegało wątpliwości, że gdyby opuścił swoją kryjówkę za stertą gruzu, zanim tamten odejdzie, zostałby przez niego rychło dostrzeżony albo usłyszany, ponieważ nie wolno mu przecież było opuszczać sąsiedztwa pustelni przed końcem Wielkiego Postu.
Ciągle jeszcze niezbyt pewny swego brat Franciszek odchrząknął głośno, a następnie wyprostował się tak, że można go było zobaczyć.
— Ojej!
Pielgrzym rzucił natychmiast chleb i ser. Chwycił za laskę i zerwał się na równe nogi.
— Tylko spróbuj się zbliżyć!
Potrząsnął groźnie laską w stronę zakapturzonej postaci, która wyłoniła się spoza stosu kamieni. Brat Franciszek zauważył, że grubszy koniec laski jest uzbrojony w kolec. Trzykrotnie skłonił się uprzejmie, ale pielgrzym nie zwrócił uwagi na te grzeczności.
— Cofnij się! — wychrypiał. — Trzymaj się z daleka, poczwaro. Nie masz tu czego szukać, chyba że chodzi ci o ser. Możesz go sobie wziąć. Jeśli pragniesz mięsa, tylko spójrz na mnie: skóra i kości, ale będę walczył, żeby to zachować. Cofnij się! Do tyłu!
— Posłuchaj… — Nowicjusz urwał. Miłosierdzie, a nawet zwykła grzeczność mogły mieć pierwszeństwo przed wielkopostną regułą milczenia, ale perspektywa przerwania milczenia z własnej woli zbijała go nieco z tropu. — Nie jestem żadną poczwarą, dobry prostaku — ciągnął, używając grzecznościowego zwrotu. Odrzucił do tyłu kaptur, żeby pokazać mnisią fryzurę, i uniósł różaniec. — Czy pojmujesz, co to jest?
Przez kilka sekund pielgrzym trwał w postawie kota gotowego do walki, przyglądając się spękanej od słońca chłopięcej twarzy nowicjusza. W tym, że błędnie go ocenił, nie było nic dziwnego. Groteskowe stworzenia, które pełzały na obrzeżach pustyni, często nosiły kaptury, maski albo obszerne suknie, by ukryć zniekształcenia ciała. Byli wśród nich i tacy, którzy nie tylko ciało mieli zdeformowane, lecz uważali podróżnych za zupełnie właściwe źródło dziczyzny.
Po krótkich oględzinach pielgrzym się wyprostował.
— Och… więc jesteś jednym z nich. — Oparł się na kiju i jego twarz się zachmurzyła. — Czy to Opactwo Leibowitza? — spytał, wskazując odległe skupisko budynków dalej na południe.
Brat Franciszek skłonił się uprzejmie do samej ziemi.
— Co robisz tu wśród ruin?
Nowicjusz wziął do ręki kawałek kamienia przypominający kredę. Było mało prawdopodobne, by podróżnik umiał czytać, ale brat Franciszek postanowił podjąć próbę. Ponieważ pospolity dialekt ludowy nie miał ani swojego alfabetu, ani ortografii, napisał kredą na wielkim płaskim kamieniu łacińskie słowa oznaczające pokutę, samotność i milczenie, a następnie powtórzył je poniżej w starożytnym angielskim, mając — wbrew swemu nieuświadomionemu pragnieniu, żeby z kimś porozmawiać — nadzieję, że starzec zrozumie i odejdzie, umożliwiając mu dalsze samotne wielkopostne czuwanie.
Na widok napisu pielgrzym zaśmiał się z ironią. Bardziej przypominało to pełne rezygnacji beczenie owcy niż śmiech człowieka.
— Hmmm-hnnn! — Nadal więc piszecie w niewłaściwą stronę — stwierdził.
Jeśli jednak nawet zrozumiał to, co Franciszek napisał, nie chciał się przyznać. Odłożył kij, usiadł z powrotem na kamieniu, podniósł chleb i ser z piasku, po czym zaczął ocierać z nich pył. Franciszek oblizał łakomie wargi, ale odwrócił głowę. Od Środy Popielcowej nie jadł nic poza owocami kaktusa i garścią palonej kukurydzy; reguły postu i wstrzemięźliwości były bardzo ostre w okresie czuwania przed złożeniem ślubów zakonnych.
Zauważywszy minę brata Franciszka, pielgrzym przełamał chleb i ser i mu podał.
Pomimo odwodnienia spowodowanego skąpym zapasem wody usta nowicjusza wypełniły się śliną. Nieposłuszne oczy nie mogły oderwać się od ręki podającej jedzenie. Świat się skurczył; w samym jego środku znalazł się zapiaszczony smakołyk w postaci ciemnego chleba i bladego sera. Demon nakazał mięśniom lewej nogi przesunąć stopę o pół metra do przodu. Następnie zawładnął jego prawą nogą i oto prawa stopa stanęła przed lewą, a potem w jakiś sobie tylko znany sposób zmusił mięsień piersiowy i biceps do wyciągnięcia prawej ręki, aż dłoń nowicjusza dotknęła dłoni pielgrzyma. Palce wymacały jadło. Wydawało się nawet, że czują jego smak. Bezwiedny dreszcz przebiegł przez wygłodzone ciało. Brat Franciszek przymknął oczy i ujrzał opata, który przyglądał mu się i potrząsał bykowcem. Kiedy tylko spróbował wyobrazić sobie Trójcę Świętą, Bóg Ojciec zawsze przybierał rysy opata, które zazwyczaj, tak się przynajmniej wydawało Franciszkowi, wyrażały wielkie zagniewanie. Za plecami opata szalał ogień, a z płomieni wyzierały oczy błogosławionego męczennika Leibowitza patrzącego w udręce umierania na tego, który pościł w jego imię, ale został przyłapany na sięganiu po ser.
Nowicjusz raz jeszcze zadrżał.
— _Apage Satanas!_¹ — syknął, odskakując do tyłu i rzucając jedzenie.
Bez żadnego ostrzeżenia pokropił starca święconą wodą z małej fiolki, którą wydobył z rękawa. W oszołomionym nieco wskutek słońca umyśle nowicjusza pielgrzym zlał się na chwilę w jedno z arcywrogiem.
Ten atak z zaskoczenia na siły ciemności i pokusy nie wywołał natychmiastowych nadprzyrodzonych skutków, ale przyrodzone skutki ujawniły się _ex opere operato_². Wprawdzie pielgrzym-Belzebub nie przemienił się w siarczany dym, ale wydał z siebie gardłowe dźwięki, lekko się zarumienił i sięgnął w stronę Franciszka z rykiem mrożącym krew w żyłach. Nowicjusz przydeptywał sobie habit, kiedy umykał przed zamaszystymi ciosami zaostrzonego kija, i tylko dlatego wykaraskał się z opresji bez podziurawionego ciała, że pielgrzym zapomniał o swoich sandałach. Nagle uświadomił sobie, że stawia bose stopy na rozpalonych kamykach. Zatrzymał się, żeby to przemyśleć. Kiedy brat Franciszek zerknął przez ramię, odniósł wrażenie, że pielgrzym musiał zdobyć się na nie lada bohaterstwo, żeby skacząc na palcach, wycofać się w chłodne miejsce.
Zawstydzony zapachem sera na palcach, powtarzając raz po raz swój bezsensowny egzorcyzm, nowicjusz zabrał się chyłkiem do prac, które sam sobie wyznaczył wśród starych ruin. Pielgrzym chłodził stopy i rozładowywał gniew, ciskając co jakiś czas kamieniem w stronę Franciszka, kiedy tylko ten znalazł się w zasięgu wzroku pośród stert gruzu. W końcu ręka mu się zmęczyła i udawał, że rzuca kamienie. Mruczał coś pochylony nad chlebem i serem, więc Franciszek przestał nawet robić uniki.
Chodził to tu, to tam wśród ruin i co jakiś czas wędrował w stronę jakiegoś ogniskowego punktu swojej pracy, obejmując w bolesnym uścisku głaz wielkości tułowia. Pielgrzym przyglądał się, jak nowicjusz wybiera kamień, ocenia jego wielkość, rozciągając ramiona, odrzuca, a następnie wybiera starannie inny, wydobywa go ze zwaliska, dźwiga i niesie, potykając się pod brzemieniem. Jeden z głazów rzucił po zrobieniu kilku kroków i nagle usiadł, opuszczając głowę nisko między kolana, najwidoczniej starając się uniknąć omdlenia. Przez chwilę ciężko dyszał, ale potem znowu wstał i dotoczył głaz do celu. Kontynuował dzieło, a pielgrzym przestał rzucać wścibskie spojrzenia i zaczął ziewać.
Słońce rzucało swoje południowe przekleństwo na spaloną ziemię, obkładając anatemą wszystko, co zachowało choćby odrobinę wilgoci. Franciszek nie ustawał w pracy pomimo skwaru.
Kiedy podróżny zmiótł co do ostatniej okruszyny zapiaszczony chleb i ser, a także wypił parę łyków z bukłaka, wsunął stopy w sandały, wstał z chrząknięciem i pokuśtykał przez ruiny do miejsca, gdzie trudził się nowicjusz. Widząc, że starzec się zbliża, brat Franciszek usunął się na bezpieczną odległość. Pielgrzym drwiąco pogroził mu zaostrzoną laską, ale wydawało się, że bardziej interesuje go murarskie przedsięwzięcie młodzieńca niż zemsta. Przystanął, żeby obejrzeć zbudowaną kryjówkę.
W tym miejscu, w pobliżu wschodniego krańca ruin, brat Franciszek wygrzebał płytki dół, używając kija jako motyki i rąk zamiast szufli. Pierwszego dnia Wielkiego Postu zrobił dach, wykorzystując do tego celu wiązki chrustu, i nocą chronił się pod nim przed pustynnymi wilkami. Ale w miarę jak przybywało dni postu, wzrastała w okolicy liczba jego śladów i nocne drapieżniki poczuły nieprzeparty pociąg do terenu ruin, a kiedy wygasło ognisko, jęły drapać wokół wiązki chrustu.
Franciszek najpierw próbował zniechęcić je do nocnych podkopów, narzucając więcej chrustu na swój dół i odgradzając go kręgiem głazów ułożonych ciasno w bruździe. Ale poprzedniej nocy coś wskoczyło na stos chrustu i zaczęło wyć, podczas gdy Franciszek leżał pod spodem i drżał ze strachu, tak więc postanowił umocnić jamę i wykorzystując pierwszy krąg kamieni jako fundament, zaczął budować ścianę. Mur pochylał się do środka, ale ponieważ ogrodzenie miało kształt prawie owalny, kamienie z każdej kolejnej warstwy napierały na dolne, uniemożliwiając zawalenie się całej budowli. Brat Franciszek miał nadzieję, że dobierając starannie skalne odłamy, dbając o utrzymanie równowagi, utykając szczeliny ziemią i podpierając małymi kamykami, zdoła dokończyć budowę kopuły. I nawet jedno przęsło niewspartego na niczym łuku rzucało w jakiś niewyjaśniony sposób wyzwanie sile ciążenia, wznosząc się nad jamą jako świadectwo tych planów. Brat Franciszek zaskowyczał jak szczenię, kiedy pielgrzym zaczął z zaciekawieniem szturchać ten łuk swoją laską.
Zatrwożony o swoje mieszkanie nowicjusz przysunął się bliżej i patrzył, jak pielgrzym dokonuje inspekcji. Ten zaś odpowiedział na jego skowyt pokazaniem laski i krwiożerczym rykiem. Brat Franciszek, umykając, nastąpił na skraj habitu i klapnął na ziemię. Starzec zachichotał.
— Hmmm-hnnn! Potrzebny ci będzie głaz niezwykłego kształtu, żeby pasował do tego otworu — oznajmił i zaczął obstukiwać kijem na wszystkie strony pustą przestrzeń w najwyższym rzędzie kamieni.
Młodzieniec skinął głową i spojrzał w drugą stronę. Nadal siedział na piasku i miał nadzieję, że milczenie i spuszczony wzrok wyjaśnią starcowi, że nie wolno mu ani rozmawiać, ani zgodzić się dobrowolnie na czyjąś obecność w wielkopostnej samotni. Zaczął pisać patykiem na piasku: _Et ne nos inducas in…_³
— Jak na razie nie zaproponowałem ci, że zmienię te kamienie w chleb, prawda? — spytał ze złością wędrowiec.
Brat Franciszek podniósł szybko wzrok. Więc starzec umie czytać, a co więcej zna Pismo. Ponadto jego uwaga wskazywała, że zrozumiał, dlaczego nowicjusz tak impulsywnie użył święconej wody, a również dlaczego tu przebywa. Brat Franciszek, zdając sobie teraz sprawę z tego, że pielgrzym podkpiwa sobie z niego, znowu spuścił oczy i czekał.
— Hmmm-hnnn! Tak więc należy zostawić cię samego? No cóż, ruszam w takim razie swoją drogą. Powiedz mi jednak, czy twoi bracia z opactwa użyczą staremu człowiekowi dachu nad głową.
Brat Franciszek skinął głową.
— Dadzą ci także jeść i pić — dodał cicho, korzystając z prawa miłosierdzia.
Pielgrzym zachichotał.
— W zamian za to, zanim odejdę, znajdę ci głaz, który będzie pasował do otworu. Bóg z tobą.
„Ależ wcale nie musisz…” Niewypowiedziany protest zamarł bratu Franciszkowi na wargach. Patrzył, jak tamten odchodzi, kuśtykając. Pielgrzym zaczął chodzić wśród stert gruzu. Przystawał co jakiś czas, by obejrzeć jakiś kamień albo podważyć go laską. Jego starania z całą pewnością okażą się bezowocne — pomyślał nowicjusz, gdyż sam już prowadził podobne poszukiwania od przedpołudnia. Doszedł w końcu do wniosku, że łatwiej będzie usunąć i zbudować na nowo odcinek ostatniego rzędu, niż znaleźć zwornik, który pasowałby do przypominającego klepsydrę otworu. Ale z pewnością pielgrzym straci rychło cierpliwość i pójdzie swoją drogą.
Przez ten czas brat Franciszek odpoczywał. Modlił się o odzyskanie tego duchowego oderwania od świata, którego miał szukać zgodnie z założeniami czuwania; chodziło o to, żeby umysł stał się czystym pergaminem, na którym w tej samotności mogłyby zostać zapisane słowa wezwania — jeśli tylko ta inna Niezmierzona Samotność, Bóg, zechce wyciągnąć dłoń, by dotknąć jego ludzkiej samotności i naznaczyć jego powołanie. _Mała Księga_, którą przeor Cheroki wręczył mu w poprzednią niedzielę, służyła za przewodnik w medytacji. Liczyła sobie wiele wieków i nazywano ją _Libellus Leibowitz_, aczkolwiek tylko niepewna tradycja przypisywała jej autorstwo samemu błogosławionemu.
_Parvum equidem te diligebam, Domine, iuventute mea; quare doleo nimis…_ Zbyt mało, Panie, miłowałem Cię w latach mej młodości; dlatego tak bardzo smucę się w mych latach dojrzałych. Próżno w dniach owych uciekałem do Ciebie…
— Hej! Tutaj! — dobiegł okrzyk zza stosów gruzu.
Brat Franciszek rzucił krótkie spojrzenie w stronę, skąd dochodził głos, ale nie dostrzegł pielgrzyma. Znowu przeniósł wzrok na stronicę.
_Repugnans tibi, ausus sum quaerere quidquid doctius mihi fide, certius spe, aut dulcius caritate visum esset. Quis itaque stultior me…_⁴
— Hej, chłopcze! — rozległ się znowu okrzyk. — Znalazłem ci kamień, który zapewne będzie pasował.
Tym razem, kiedy brat Franciszek uniósł głowę, zobaczył laskę dającą mu sygnały zza góry kamieni. Westchnął i wrócił do lektury.
_O inscrutabilis Scrutator animarum, cui patet omne cor, si me vocaveras, olim a te fugeram. Si autem nunc velis vocare me indignum…_⁵
Spoza gruzów dobiegł poirytowany głos:
— Dobrze, jak sobie życzysz. Oznaczę głaz i wetknę przy nim kij. Rób, co ci się podoba.
— Dziękuję ci — rzekł z westchnieniem nowicjusz, ale wątpił, by starzec go usłyszał.
Dalej mozolił się nad tekstem.
_Libera me, Domine, ab vitiis meis, ut solius tuae voluntatis mihi cupidus sim, et vocationis…_⁶
— Tutaj! — wrzasnął pielgrzym. — Wetknąłem kij i zaznaczyłem głaz. I obyś szybko odnalazł swój głos, chłopcze. _Olla allaj!_
Okrzyk osłabł i ucichł, a brat Franciszek dostrzegł kątem oka pielgrzyma z trudem podążającego szlakiem, który prowadził do opactwa. Czym prędzej wyszeptał słowa błogosławieństwa i modlitwę o szczęśliwą drogę.
Skoro odzyskał samotność, odłożył książkę do jamy i wrócił do wznoszenia na chybił trafił swojego muru, nie zawracając sobie na razie głowy głazem znalezionym przez pielgrzyma. Kiedy jego wygłodniałe ciało dźwigało się, napinało i potykało pod ciężarem głazów, jego umysł automatycznie powtarzał modlitwę o utwierdzenie w powołaniu:
_Libere me, Domine, ab vitiis meis_… Uwolnij mnie, Panie, od występków moich, abym w mym sercu pragnął tylko spełnienia Twojej woli i abym usłyszał Twoje wezwanie, gdy nadejdzie… _ut solius tuae voluntatis mihi cupidus sim, et vocationis tuae conscius si digneris me vocare. Amen._
Uwolnij mnie, Panie, od występków moich, abym w mym sercu…
Grupka cumulusów, które zdążały w stronę gór, by obdarzyć je mokrym błogosławieństwem, przedtem odmówionym suchej pustyni, zaczęła zasłaniać słońce i przesuwać mroczne plamy cienia poprzez spaloną ziemię, dając chwilową, ale upragnioną ulgę od żaru promieni słonecznych. Kiedy cień chmury przemieszczał się przez ruiny, nowicjusz pracował gorączkowo, a potem odpoczywał, dopóki postrzępiony kłąb nie przesłonił słońca.
Głaz znaleziony przez pielgrzyma odkrył zupełnie przypadkowo. Podczas swojej krzątaniny potknął się o patyk, który starzec wetknął w ziemię jako drogowskaz. Padł na czworaki i wpatrywał się w dwa znaki napisane przed chwilą kredą na starym kamieniu: .
Znaki zostały tak starannie nakreślone, że brat Franciszek uznał je bez wahania za symbole, ale chociaż przez parę minut dumał nad nimi, ciągle był jak zamroczony. Może tymi znakami? Ależ nie, starzec zawołał przecież: „Bóg z tobą”, czego czarownik by nie uczynił. Nowicjusz wyłuskał głaz i przewrócił go na drugą stronę. Kiedy to robił, sterta gruzu osunęła się nieco; mały kamyczek potoczył się po jej zboczu. Franciszek odskoczył, obawiając się lawiny, ale kamienie zamarły już w bezruchu. W miejscu, gdzie zaklinowany był głaz znaleziony przez pielgrzyma, ukazał się mały czarny otwór.
Takie jamy często miały lokatorów.
Ale ten otwór był tak szczelnie zatkany przez głaz pielgrzyma, że dopóki Franciszek go nie usunął, mogła się tam wcisnąć ledwie pchła. Poszukał jednak kija i ostrożnie wsunął go w pustkę. Nie napotkał żadnego oporu. Kiedy zaś wypuścił go z ręki, kij zsunął się i znikł w jakiejś większej podziemnej jamie. Franciszek czekał zdenerwowany. Z dziury nic nie wypełzło.
Padł znowu na kolana i ostrożnie wciągnął do nosa powietrze z pieczary. Ponieważ nie poczuł zapachu ani zwierzęcia, ani siarki, wrzucił do środka mały kamyk i nachylił się jeszcze bardziej, nasłuchując. Kamyk odbił się trochę poniżej, a następnie stoczył się, potrącił po drodze coś metalowego i wreszcie zatrzymał się gdzieś głęboko w dole. Pogłos świadczył o tym, że podziemna pieczara jest zapewne wielkości izby.
Brat Franciszek niepewnie dźwignął się na nogi i rozejrzał. Był chyba sam, jeśli nie liczyć sępa, towarzysza jego samotności, który wzbił się wysoko i przyglądał mu się ostatnio z takim zainteresowaniem, że inne sępy co jakiś czas opuszczały swoje terytoria gdzieś na horyzoncie i przylatywały, żeby zbadać sprawę.
Nowicjusz obszedł dokoła stertę gruzu, ale nie odkrył drugiej dziury. Wspiął się na przyległe wzniesienie i mrużąc oczy, wpatrywał się w szlak. Pielgrzym już dawno znalazł się poza zasięgiem wzroku. Na starej szosie nic się nie ruszało, ale przelotnie dostrzegł brata Alfreda pokonującego niskie wzniesienie, jakąś milę na wschód, w poszukiwaniu wokół swojej wielkopostnej pustelni patyków na opał. Brat Alfred był głuchy jak pień. Poza nim nie było nikogo widać. Franciszek nie widział żadnego powodu, żeby wołać o pomoc, ale jeśli by wyłoniła się taka potrzeba, to tylko niepotrzebnie zdzierałby sobie gardło. Po dokonaniu uważnych oględzin terenu zlazł ze sterty. Oddech potrzebny do krzyku lepiej byłoby zachować na wypadek ewentualnego biegu.
Zdecydował się położyć głaz na miejsce, żeby zatkać otwór jak poprzednio, ale sąsiednie kamienie przesunęły się nieco, więc głaz nie pasował już do swojego miejsca w układance. Poza tym otwór w najwyższym rzędzie muru pozostał niezatkany, a pielgrzym miał rację: wyglądało na to, że głaz pasuje doń rozmiarami i kształtem. Po krótkim wahaniu dźwignął głaz i potykając się, ruszył do swojej nory.
Kamień wsunął się dokładnie w puste miejsce. Brat Franciszek sprawdził kopnięciem, czy został dobrze osadzony; zwornik trzymał się pewnie, chociaż wskutek wstrząsu mur trochę osiadł tu i ówdzie. Znaki narysowane przez pielgrzyma zamazały się przy przenoszeniu kamienia, ale nadal były wystarczająco wyraźne, by dało się je skopiować. Brat Franciszek starannie przepisał je na innym kamieniu, używając jako rylca zwęglonego końca kija. Kiedy w sobotę przeor Cheroki będzie dokonywał obchodu pustelni, może zdoła orzec, czy mają one jakieś znaczenie jako urok albo przekleństwo. Wprawdzie nie wolno bać się kabały pogan, ale nowicjusz chętnie dowiedziałby się przynajmniej, co za znak znalazł się nad jego legowiskiem, zważywszy na ciężar materiału, na którym został napisany.
Nie przerwał pracy przez całe upalne popołudnie. Gdzieś w zakątku mózgu pamiętał o interesującym, ale i przerażającym otworze i o tym, jak to osuwanie się kamyka wywołało gdzieś w głębi słabe echo. Wiedział, że wszystkie ruiny rozciągające się wokół niego są bardzo stare. Wiedział też z tradycji, że tymi dziwacznymi kupami gruzu stały się wskutek działalności całych pokoleń mnichów, wspieranych czasem w tym dziele przez obcych ludzi szukających ładunku kamieni albo kawałków zardzewiałego żelaza, które można było wydobyć, rozbijając większe fragmenty kolumn i płyt, jako że starożytne pręty tego metalu zostały w jakiś tajemniczy sposób wbite w skały przez ludzi żyjących w wiekach prawie już zapomnianych przez świat. Ta dokonana ludzkimi rękami erozja zniweczyła wszelkie podobieństwo do budowli, które tradycja wiązała z ruinami we wcześniejszym okresie, aczkolwiek obecny mistrz mularski opactwa nadal szczycił się tym, że potrafił wyczuć i wskazać tu i ówdzie pozostałości dawnego planu poziomego. I nadal można było znaleźć tu metal, jeśli tylko ktoś zadał sobie trud rozłupania wystarczającej ilości skał.
Samo opactwo wybudowane zostało z tego właśnie kamienia. Przypuszczenia, że pokolenia mularzy buszujących tu przez tyle wieków mogły pozostawić jeszcze coś interesującego, Franciszek uważał za czyste mrzonki. A ponadto nie słyszał nigdy, by ktoś wspominał o budowlach z pomieszczeniami na poziomie gruntu albo pod ziemią. Przypomniał sobie teraz nawet, że mularze stanowczo twierdzili, iż budowle na tym terenie wydawały się wzniesione pospiesznie, nie miały głębokich fundamentów i w większości przypadków stały na płytach ułożonych na powierzchni.
Kiedy budowa schronienia dobiegała prawie końca, brat Franciszek ośmielił się znowu zbliżyć do otworu i stał nad nim, wpatrując się w dół. Nie mógł wyzbyć się właściwego mieszkańcom pustyni przekonania, że jeśli tylko gdzieś jest jakieś miejsce, w którym można skryć się przed słońcem, z pewnością zostało już zajęte. Nawet jeśli w tej chwili nie mieszka w niej żadne stworzenie, z całą pewnością wślizgnie się tam, zanim wstanie jutrzejszy świt. Z drugiej strony, jeśli coś już w środku żyje, bezpieczniej będzie zawrzeć znajomość w ciągu dnia niż w nocnych ciemnościach. Wyglądało na to, że w sąsiedztwie nie ma żadnych śladów poza jego własnymi, tymi pozostawionymi przez stopy pielgrzyma oraz tropami wilków.
Podjąwszy szybko decyzję, począł oczyszczać dziurę z kamieni i piasku. Po półgodzinnej pracy wprawdzie nie stała się większa, ale jego przekonanie, że prowadzi do podziemnej sztolni, zmieniło się w pewność. Dwa małe, na wpół zagrzebane głazy tuż obok otworu najwidoczniej zaklinowały się wskutek nacisku wielkiej masy napierającej na wylot szybu; zupełnie jakby uwięzły w szyjce butelki. Kiedy podważył jeden z kamieni w stronę prawą, jego sąsiad przesunął się w lewo tak, że wszelkie dalsze przemieszczanie stało się niemożliwe. Przeciwny skutek nastąpił, kiedy zaczął napierać w drugą stronę, ale nie rezygnował.
Dźwignia sama wysunęła mu się z rąk, odskoczyła, uderzyła go w bok głowy i zniknęła w jamie, która nagle się otworzyła. Gwałtowny cios sprawił, że zatoczył się na nogach. Kamień, który wystrzelił z osuwiska, uderzył go w plecy, więc upadł, łapczywie chwytając powietrze, niepewny, czy wpadł do szybu, czy też nie, aż do chwili, kiedy walnął brzuchem o podłoże i przywarł do niego ramionami. Łoskot spadających skał trwał krótko, ale był ogłuszający.
Oślepiony pyłem Franciszek leżał, chwytając łapczywie powietrze i zastanawiając się, czy zdobędzie się na odwagę, żeby wykonać jakiś ruch, tak ostry był ból w plecach. Kiedy odzyskał nieco dech, wsunął rękę pod habit i sięgnął do miejsca między łopatkami, gdzie jakieś kości mogły ulec złamaniu. Palce natrafiły na zgrubienie i poczuł ukłucie. Cofnął rękę i zobaczył, że palce ma mokre i czerwone. Poruszył się, ale jęknął i padł z powrotem.
Jego uszu dobiegł łagodny trzepot skrzydeł. Brat Franciszek uniósł głowę i zobaczył sępa, który opadł na stertę gruzu w odległości kilku jardów. Zaraz wzbił się znowu w powietrze, ale Franciszek odniósł wrażenie, że spojrzał na niego z jakimś matczynym zafrasowaniem, tak jak patrzy zmartwiona kwoka. Czym prędzej przekręcił się na plecy. Ptaki zbiły się na niebie w wielką czarną hordę i zataczały kręgi na małej wysokości. Kiedy się poruszył, wzleciały wyżej. Nagle, nie zważając na to, że być może ma złamany kręgosłup albo złamane żebro, chwiejnie podniósł się na nogi. Rozczarowana czereda wzbiła się znowu wysoko na niewidocznych słupach rozgrzanego powietrza, a następnie się rozproszyła, odlatując w stronę swoich oddalonych powietrznych posterunków. Wydawało się, że ptaki, mroczne alternatywy Parakleta, na którego nadejście czekał, pragną czasem zstąpić zamiast Gołębia; ich nagłe zainteresowanie jego osobą denerwowało go i poruszywszy parę razy na próbę ramionami, rychło doszedł do wniosku, że ostry odłam skalny zrobił mu tylko siniaka i lekko go skaleczył.
Powiew wiatru rozpraszał słup pyłu, który wzbił się znad szybu. Franciszek miał nadzieję, że z wież strażniczych opactwa dojrzą ten pył i ktoś przybędzie, żeby sprawdzić, co się stało. U jego stóp, w miejscu, gdzie zbocze się zapadło, zionął kwadratowy otwór. Zobaczył wiodące w dół schody, ale tylko ich górny fragment nie był zasypany. Niżej pokrywał je gruz, który przez sześć wieków wisiał na włosku, czekając na pomoc brata Franciszka, zanim zwalił się z łoskotem.
Na ścianie szybu przetrwał czytelny, chociaż na wpół zasypany znak. Mobilizując cały skromny zasób swojego angielskiego sprzed Potopu, wyszeptał niepewnie słowa:
SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU
Maksymalna pojemność: 15
Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu, upewnij się: czy Pierwszy Właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone…
Reszta była zasypana, ale Franciszkowi wystarczyło jedno słowo. Nigdy nie widział „Opadu” i miał nadzieję, że nigdy go nie zobaczy. Nie przetrwał żaden wiarygodny opis tego potwora, ale Franciszek znał legendy. Przeżegnał się i cofnął znad otworu. Tradycja mówiła, że błogosławiony Leibowitz spotkał Opad i był w jego władaniu przez wiele miesięcy, zanim egzorcyzmy odpędziły diabła.
Brat Franciszek wyobrażał sobie Opad jako pół-salamandrę, ponieważ, według tradycji, zrodził się z Potopu Ognia, i pół-inkuba, który psuł dziewice podczas snu; czyż bowiem potworów tego świata nie nazywano nadal „dziećmi Opadu”? To, że diabeł jest zdolny zadać wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Hioba, nie tylko zostało zapisane, ale być może stanowiło artykuł wiary.
Nowicjusz z przerażeniem patrzył na znak. Jego znaczenie było wystarczająco wyraźne. Niechcący wtargnął do siedziby (modlił się, by okazała się pusta) nie jednej, ale piętnastu straszliwych istot! Sięgnął po fiolkę ze święconą wodą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Idź precz, Szatanie! (Zgodnie z intencjami autora zamieszczone w książce teksty w języku łacińskim często zawierają błędy. Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).
2.
Same z siebie.
3.
I nie wódź nas na…
4.
Sprzeciwiając się Tobie, ośmieliłem się rozprawiać o tym, co wydało mi się mądrzejsze od wiary, pewniejsze od nadziei lub słodsze od miłości chrześcijańskiej. Któż więc głupszy ode mnie…
5.
O niezbadany Egzaminatorze dusz, dla którego każde serce stoi otworem, jeśli kiedyś wołałeś mnie, uciekałem od Ciebie. Jeśli jednak teraz chcesz mnie wezwać niegodnego…
6.
Uwolnij mnie, Panie, od występków moich, abym w sercu pragnął tylko spełnienia Twojej woli i abym był świadom Twojego wezwania…