Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kantyczka dla Leibowitza - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,99 zł
Audiobook
49,99 zł
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Kantyczka dla Leibowitza - ebook

Nagroda HUGO dla najlepszej powieści.

Po wojnie jądrowej pozostali przy życiu ludzie atakują tych, których uznali za winnych katastrofy – naukowców i techników. Znękany świat pogrąża się w jeszcze większym szaleństwie i chaosie, a ludzkość cofa się do poziomu barbarzyństwa. W tych nowych wiekach ciemnych mnisi z Albertyńskiego Zakonu Leibowitza, żyjący w klasztorze na pustyni w stanie Utah, starają się ocalić wiedzę poprzednich pokoleń – pieczołowicie gromadzą i kopiują fragmenty starych tekstów, nawet jeśli ich już nie rozumieją. Jednakże prędzej czy później także oni będą musieli stawić czoło nowej brutalnej rzeczywistości…

Przemyślana polemika, wciąż aktualna […]. Podobnie jak „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”, „Kantyczka dla Leibowitza” należy do klasyki literatury angielskojęzycznej i fantastycznonaukowej. - „The Internet Writing Journal”

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-673-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Brat Fran­ci­szek Gerard z Utah ni­gdy by pew­nie nie odkrył owych świę­tych pism, gdyby nie piel­grzym z prze­pa­sa­nymi bio­drami, który poja­wił się na pustyni w okre­sie naka­za­nego nowi­cju­szom czter­dzie­sto­dnio­wego postu.

Brat Fran­ci­szek ni­gdy dotąd nie widział piel­grzyma z prze­pa­sa­nymi bio­drami, ale o tym, że ten wła­śnie jest wia­ry­god­nym osob­ni­kiem, prze­ko­nał się, gdy tylko opa­no­wał dreszcz prze­ra­że­nia wywo­łany poja­wie­niem się na hory­zon­cie czar­nej joty chy­bo­czą­cej się w roze­dr­ga­nej mgiełce roz­grza­nego powie­trza. Bez­noga, ale wypo­sa­żona w małą głowę jota wyło­niła się z lustrza­nego szkliwa, idąc potrza­skaną szosą, acz­kol­wiek miało się wra­że­nie, że nie kro­czy, lecz wkręca się niby­śruba w pole widze­nia. Brat Fran­ci­szek zaci­snął kur­czowo w dło­niach kru­cy­fiks przy różańcu i bez­gło­śnie poru­sza­jąc ustami, odmó­wił jedną i drugą zdro­waśkę. Owa jota nasu­wała myśl, że cho­dzi o jakąś drobną zjawę spło­dzoną przez demony upału, które nękają całą tę kra­inę w samo połu­dnie, kiedy każde stwo­rze­nie, które mogło się poru­szać po pustyni (poza sępami i paroma pustel­ni­kami w rodzaju Fran­ciszka), leżało bez ruchu w swo­jej jamie albo kryło się w cie­niu skały przed wście­kło­ścią pro­mieni sło­necz­nych. Tylko jakaś istota potworna, nad­przy­ro­dzona czy nie­spełna rozumu mogła kro­czyć w samo połu­dnie szla­kiem przez pust­ko­wie.

Brat Fran­ci­szek dorzu­cił czym prę­dzej modli­twę do Świę­tego Raula Cyklopa, patrona wybry­ków natury, o ochronę przed nie­szczę­ściami, nad któ­rymi ten roz­ta­czał swoją opiekę. (A któż nie wie­dział w owych dniach, że na ziemi żyją potwory? Każdy bowiem, kto uro­dził się żywy, musiał, na mocy nakazu Kościoła i prawa natu­ral­nego, zno­sić w miarę moż­li­wo­ści swoje pełne cier­pie­nia życie i korzy­stać jako dziecko z pomocy tych, któ­rzy go spło­dzili. Nie zawsze prze­strze­gano tego prawa, ale wystar­cza­jąco czę­sto, by pod­trzy­my­wać roz­pro­szone grono doro­słych potwo­rów, które wybie­rały sobie czę­sto naj­bar­dziej zapa­dłe zakątki pustyn­nych krain i nocą pod­peł­zały do ognisk osób podró­żu­ją­cych przez pre­rię). W końcu jed­nak jota wykrę­ciła się cał­ko­wi­cie z roze­dr­ga­nej war­stwy na prze­zro­czy­ste powie­trze i wtedy stało się zupeł­nie oczy­wi­ste, że jest nią odle­gły na­dal piel­grzym. Brat Fran­ci­szek puścił kru­cy­fiks i powie­dział cichutko: „Amen”.

Piel­grzy­mem oka­zał się chudy sta­rzec wspie­ra­jący się na lasce, w ple­cio­nym kape­lu­szu, z potar­ganą brodą i bukła­kiem na wodę prze­rzu­co­nym przez ramię. Żuł i splu­wał ze zbyt wiel­kim zacię­ciem jak na zjawę, a jed­no­cze­śnie wyda­wał się zbyt wątły i ułomny, żeby z powo­dze­niem upra­wiać fach ludo­żercy albo roz­bój­nika. Jed­nak Fran­ci­szek cicha­czem usu­nął się z pola widze­nia piel­grzyma i przy­cup­nął za stertą gruzu, skąd mógł widzieć, sam nie będąc widziany. Spo­tka­nia z obcymi na pustyni zda­rzały się nie­czę­sto, ale kiedy już do nich docho­dziło, nie oby­wało się bez podejrz­li­wo­ści i wstęp­nych przy­go­to­wań obu stron, ponie­waż powi­ta­nie mogło się oka­zać rów­nie dobrze ser­deczne, jak wro­gie.

Zwy­kle nie czę­ściej niż trzy razy do roku jakiś czło­wiek świecki lub w ogóle ktoś obcy prze­mie­rzał stary szlak prze­cho­dzący przez teren opac­twa, cho­ciaż była tam oaza, która umoż­li­wiała jego ist­nie­nie i która uczy­ni­łaby z klasz­toru natu­ralny zajazd dla wędrow­ców, gdyby nie to, że szlak pro­wa­dził doni­kąd, oczy­wi­ście jak na ówcze­sne spo­soby podró­żo­wa­nia. Być może w minio­nych wie­kach szosa sta­no­wiła frag­ment naj­krót­szej drogi z Great Salt Lake do Old El Paso; na połu­dnie od opac­twa prze­ci­nała się z innym pasmem gruzu, roz­cią­ga­ją­cym się na wschód i zachód. Spu­sto­sze­nia były dzie­łem czasu, nie zaś czło­wieka.

Piel­grzym zbli­żył się na odle­głość głosu, ale nowi­cjusz nie wyszedł spoza sterty gruzu. Bio­dra piel­grzyma były naprawdę prze­pa­sane strzę­pem brud­nego worka, który sta­no­wił jego jedyne odzie­nie, jeśli nie liczyć kape­lu­sza i san­da­łów. Wytrwale podą­żał przed sie­bie, sta­wia­jąc mecha­nicz­nie kroki i wspo­ma­ga­jąc chromą nogę ciężką laską. Ryt­miczny marsz świad­czył o tym, że wędro­wiec ma długą drogę za sobą i rów­nie długą przed sobą. Kiedy jed­nak wszedł na teren sta­ro­żyt­nych ruin, przy­sta­nął, żeby się rozej­rzeć.

Fran­ci­szek scho­wał głowę.

Wśród stert gruzu, w miej­scu, gdzie nie­gdyś wzno­siło się sku­pi­sko wie­ko­wych budowli, nie było cie­nia, ale nie­które więk­sze głazy mogły jed­nak dać tro­chę ochłody wybra­nym frag­men­tom ciała podróż­ni­ków, rów­nie mądrych w dro­dze przez pusty­nię jak, co już wkrótce się oka­zało, piel­grzym. Się­gnął bez waha­nia po odpo­wied­niej wiel­ko­ści odłam skalny. Brat Fran­ci­szek zauwa­żył z uzna­niem, że tam­ten nie szar­pał się z kamie­niem, lecz sta­nął przed nim w bez­piecz­nej odle­gło­ści i wyko­rzy­stu­jąc laskę jako dźwi­gnię, a mniej­szy odła­mek jako punkt pod­par­cia, prze­su­nął cię­żar, spod któ­rego wypeł­zło z sykiem zagnie­wane stwo­rze­nie. Podróż­nik obo­jęt­nym cio­sem laski zabił węża i odrzu­cił na bok wijący się jesz­cze zewłok. Po usu­nię­ciu miesz­kańca szcze­liny pod kamie­niem, piel­grzym wyko­rzy­stał owo skle­pie­nie chłod­nej szcze­liny, sto­su­jąc zwy­kłą metodę, to zna­czy odwra­ca­jąc kamień na drugą stronę. Następ­nie obcią­gnął z tyłu prze­pa­skę, usa­do­wił zwię­dłe pośladki na względ­nie chłod­nej powierzchni kamie­nia, ruchem nóg zrzu­cił san­dały i posta­wił stopy na tym, co było przed­tem pia­sko­wym pod­ło­żem zim­nej jamy. Ochło­dziw­szy się w ten spo­sób, poru­szył pal­cami stóp, uśmiech­nął się bez­zęb­nymi ustami i zaczął nucić jakąś melo­dię. Wkrótce roz­legł się zawo­dzący śpiew w nie­zna­nym nowi­cju­szowi dia­lek­cie. Zmę­czony i sku­lony brat Fran­ci­szek cią­gle zmie­niał pozy­cję.

Nie prze­sta­jąc śpie­wać, piel­grzym wydo­był suchar i kawa­łek sera. Potem umilkł i wstał na chwilę, żeby noso­wym gło­sem zabu­czeć w miej­sco­wym narze­czu:

— Bło­go­sła­wiony bądź, _Ado­nai Elo­him_, królu wszyst­kich rze­czy, który spra­wi­łeś, że zie­mia rodzi chleb.

Potem znowu usiadł i począł jeść.

Ten wędro­wiec musiał naprawdę prze­być szmat drogi — pomy­ślał brat Fran­ci­szek, bo nie znał żad­nego pobli­skiego kró­le­stwa, które byłoby rzą­dzone przez monar­chę o tak nie­zwy­kłym imie­niu i takich dzi­wacz­nych rosz­cze­niach. Sta­rzec odbywa piel­grzymkę pokutną — pró­bo­wał odgad­nąć brat Fran­ci­szek — być może do „sank­tu­arium” w opac­twie, acz­kol­wiek nie było tam ofi­cjal­nie żad­nego sank­tu­arium, a „święty” nie został jesz­cze uznany za świę­tego. Brat Fran­ci­szek nie potra­fił zna­leźć żad­nego innego wytłu­ma­cze­nia dla obec­no­ści sta­rego wędrowca na dro­dze pro­wa­dzą­cej doni­kąd.

Piel­grzym spo­ży­wał chleb i ser bez pośpie­chu, a nowi­cjusz wier­cił się coraz bar­dziej, w miarę jak nik­nął strach. Reguła mil­cze­nia pod­czas dni post­nych nie pozwa­lała wsz­czy­nać dobro­wol­nie roz­mowy ze star­cem, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że gdyby opu­ścił swoją kry­jówkę za stertą gruzu, zanim tam­ten odej­dzie, zostałby przez niego rychło dostrze­żony albo usły­szany, ponie­waż nie wolno mu prze­cież było opusz­czać sąsiedz­twa pustelni przed koń­cem Wiel­kiego Postu.

Cią­gle jesz­cze nie­zbyt pewny swego brat Fran­ci­szek odchrząk­nął gło­śno, a następ­nie wypro­sto­wał się tak, że można go było zoba­czyć.

— Ojej!

Piel­grzym rzu­cił natych­miast chleb i ser. Chwy­cił za laskę i zerwał się na równe nogi.

— Tylko spró­buj się zbli­żyć!

Potrzą­snął groź­nie laską w stronę zakap­tu­rzo­nej postaci, która wyło­niła się spoza stosu kamieni. Brat Fran­ci­szek zauwa­żył, że grub­szy koniec laski jest uzbro­jony w kolec. Trzy­krot­nie skło­nił się uprzej­mie, ale piel­grzym nie zwró­cił uwagi na te grzecz­no­ści.

— Cof­nij się! — wychry­piał. — Trzy­maj się z daleka, poczwaro. Nie masz tu czego szu­kać, chyba że cho­dzi ci o ser. Możesz go sobie wziąć. Jeśli pra­gniesz mięsa, tylko spójrz na mnie: skóra i kości, ale będę wal­czył, żeby to zacho­wać. Cof­nij się! Do tyłu!

— Posłu­chaj… — Nowi­cjusz urwał. Miło­sier­dzie, a nawet zwy­kła grzecz­ność mogły mieć pierw­szeń­stwo przed wiel­ko­postną regułą mil­cze­nia, ale per­spek­tywa prze­rwa­nia mil­cze­nia z wła­snej woli zbi­jała go nieco z tropu. — Nie jestem żadną poczwarą, dobry pro­staku — cią­gnął, uży­wa­jąc grzecz­no­ścio­wego zwrotu. Odrzu­cił do tyłu kap­tur, żeby poka­zać mni­sią fry­zurę, i uniósł róża­niec. — Czy poj­mu­jesz, co to jest?

Przez kilka sekund piel­grzym trwał w posta­wie kota goto­wego do walki, przy­glą­da­jąc się spę­ka­nej od słońca chło­pię­cej twa­rzy nowi­cju­sza. W tym, że błęd­nie go oce­nił, nie było nic dziw­nego. Gro­te­skowe stwo­rze­nia, które peł­zały na obrze­żach pustyni, czę­sto nosiły kap­tury, maski albo obszerne suk­nie, by ukryć znie­kształ­ce­nia ciała. Byli wśród nich i tacy, któ­rzy nie tylko ciało mieli zde­for­mo­wane, lecz uwa­żali podróż­nych za zupeł­nie wła­ściwe źró­dło dzi­czy­zny.

Po krót­kich oglę­dzi­nach piel­grzym się wypro­sto­wał.

— Och… więc jesteś jed­nym z nich. — Oparł się na kiju i jego twarz się zachmu­rzyła. — Czy to Opac­two Leibo­witza? — spy­tał, wska­zu­jąc odle­głe sku­pi­sko budyn­ków dalej na połu­dnie.

Brat Fran­ci­szek skło­nił się uprzej­mie do samej ziemi.

— Co robisz tu wśród ruin?

Nowi­cjusz wziął do ręki kawa­łek kamie­nia przy­po­mi­na­jący kredę. Było mało praw­do­po­dobne, by podróż­nik umiał czy­tać, ale brat Fran­ci­szek posta­no­wił pod­jąć próbę. Ponie­waż pospo­lity dia­lekt ludowy nie miał ani swo­jego alfa­betu, ani orto­gra­fii, napi­sał kredą na wiel­kim pła­skim kamie­niu łaciń­skie słowa ozna­cza­jące pokutę, samot­ność i mil­cze­nie, a następ­nie powtó­rzył je poni­żej w sta­ro­żyt­nym angiel­skim, mając — wbrew swemu nie­uświa­do­mio­nemu pra­gnie­niu, żeby z kimś poroz­ma­wiać — nadzieję, że sta­rzec zro­zu­mie i odej­dzie, umoż­li­wia­jąc mu dal­sze samotne wiel­ko­postne czu­wa­nie.

Na widok napisu piel­grzym zaśmiał się z iro­nią. Bar­dziej przy­po­mi­nało to pełne rezy­gna­cji becze­nie owcy niż śmiech czło­wieka.

— Hmmm-hnnn! — Na­dal więc pisze­cie w nie­wła­ściwą stronę — stwier­dził.

Jeśli jed­nak nawet zro­zu­miał to, co Fran­ci­szek napi­sał, nie chciał się przy­znać. Odło­żył kij, usiadł z powro­tem na kamie­niu, pod­niósł chleb i ser z pia­sku, po czym zaczął ocie­rać z nich pył. Fran­ci­szek obli­zał łako­mie wargi, ale odwró­cił głowę. Od Środy Popiel­co­wej nie jadł nic poza owo­cami kak­tusa i gar­ścią palo­nej kuku­ry­dzy; reguły postu i wstrze­mięź­li­wo­ści były bar­dzo ostre w okre­sie czu­wa­nia przed zło­że­niem ślu­bów zakon­nych.

Zauwa­żyw­szy minę brata Fran­ciszka, piel­grzym prze­ła­mał chleb i ser i mu podał.

Pomimo odwod­nie­nia spo­wo­do­wa­nego ską­pym zapa­sem wody usta nowi­cju­sza wypeł­niły się śliną. Nie­po­słuszne oczy nie mogły ode­rwać się od ręki poda­ją­cej jedze­nie. Świat się skur­czył; w samym jego środku zna­lazł się zapiasz­czony sma­ko­łyk w postaci ciem­nego chleba i bla­dego sera. Demon naka­zał mię­śniom lewej nogi prze­su­nąć stopę o pół metra do przodu. Następ­nie zawład­nął jego prawą nogą i oto prawa stopa sta­nęła przed lewą, a potem w jakiś sobie tylko znany spo­sób zmu­sił mię­sień pier­siowy i biceps do wycią­gnię­cia pra­wej ręki, aż dłoń nowi­cju­sza dotknęła dłoni piel­grzyma. Palce wyma­cały jadło. Wyda­wało się nawet, że czują jego smak. Bez­wiedny dreszcz prze­biegł przez wygło­dzone ciało. Brat Fran­ci­szek przy­mknął oczy i ujrzał opata, który przy­glą­dał mu się i potrzą­sał bykow­cem. Kiedy tylko spró­bo­wał wyobra­zić sobie Trójcę Świętą, Bóg Ojciec zawsze przy­bie­rał rysy opata, które zazwy­czaj, tak się przy­naj­mniej wyda­wało Fran­cisz­kowi, wyra­żały wiel­kie zagnie­wa­nie. Za ple­cami opata sza­lał ogień, a z pło­mieni wyzie­rały oczy bło­go­sła­wio­nego męczen­nika Leibo­witza patrzą­cego w udręce umie­ra­nia na tego, który pościł w jego imię, ale został przy­ła­pany na się­ga­niu po ser.

Nowi­cjusz raz jesz­cze zadrżał.

— _Apage Sata­nas!_¹ — syk­nął, odska­ku­jąc do tyłu i rzu­ca­jąc jedze­nie.

Bez żad­nego ostrze­że­nia pokro­pił starca świę­coną wodą z małej fiolki, którą wydo­był z rękawa. W oszo­ło­mio­nym nieco wsku­tek słońca umy­śle nowi­cju­sza piel­grzym zlał się na chwilę w jedno z arcyw­ro­giem.

Ten atak z zasko­cze­nia na siły ciem­no­ści i pokusy nie wywo­łał natych­mia­sto­wych nad­przy­ro­dzo­nych skut­ków, ale przy­ro­dzone skutki ujaw­niły się _ex opere ope­rato_². Wpraw­dzie piel­grzym-Bel­ze­bub nie prze­mie­nił się w siar­czany dym, ale wydał z sie­bie gar­dłowe dźwięki, lekko się zaru­mie­nił i się­gnął w stronę Fran­ciszka z rykiem mro­żą­cym krew w żyłach. Nowi­cjusz przy­dep­ty­wał sobie habit, kiedy umy­kał przed zama­szy­stymi cio­sami zaostrzo­nego kija, i tylko dla­tego wyka­ra­skał się z opre­sji bez podziu­ra­wio­nego ciała, że piel­grzym zapo­mniał o swo­ich san­da­łach. Nagle uświa­do­mił sobie, że sta­wia bose stopy na roz­pa­lo­nych kamy­kach. Zatrzy­mał się, żeby to prze­my­śleć. Kiedy brat Fran­ci­szek zer­k­nął przez ramię, odniósł wra­że­nie, że piel­grzym musiał zdo­być się na nie lada boha­ter­stwo, żeby ska­cząc na pal­cach, wyco­fać się w chłodne miej­sce.

Zawsty­dzony zapa­chem sera na pal­cach, powta­rza­jąc raz po raz swój bez­sen­sowny egzor­cyzm, nowi­cjusz zabrał się chył­kiem do prac, które sam sobie wyzna­czył wśród sta­rych ruin. Piel­grzym chło­dził stopy i roz­ła­do­wy­wał gniew, ciska­jąc co jakiś czas kamie­niem w stronę Fran­ciszka, kiedy tylko ten zna­lazł się w zasięgu wzroku pośród stert gruzu. W końcu ręka mu się zmę­czyła i uda­wał, że rzuca kamie­nie. Mru­czał coś pochy­lony nad chle­bem i serem, więc Fran­ci­szek prze­stał nawet robić uniki.

Cho­dził to tu, to tam wśród ruin i co jakiś czas wędro­wał w stronę jakie­goś ogni­sko­wego punktu swo­jej pracy, obej­mu­jąc w bole­snym uści­sku głaz wiel­ko­ści tuło­wia. Piel­grzym przy­glą­dał się, jak nowi­cjusz wybiera kamień, oce­nia jego wiel­kość, roz­cią­ga­jąc ramiona, odrzuca, a następ­nie wybiera sta­ran­nie inny, wydo­bywa go ze zwa­li­ska, dźwiga i nie­sie, poty­ka­jąc się pod brze­mie­niem. Jeden z gła­zów rzu­cił po zro­bie­niu kilku kro­ków i nagle usiadł, opusz­cza­jąc głowę nisko mię­dzy kolana, naj­wi­docz­niej sta­ra­jąc się unik­nąć omdle­nia. Przez chwilę ciężko dyszał, ale potem znowu wstał i doto­czył głaz do celu. Kon­ty­nu­ował dzieło, a piel­grzym prze­stał rzu­cać wścib­skie spoj­rze­nia i zaczął zie­wać.

Słońce rzu­cało swoje połu­dniowe prze­kleń­stwo na spa­loną zie­mię, obkła­da­jąc ana­temą wszystko, co zacho­wało choćby odro­binę wil­goci. Fran­ci­szek nie usta­wał w pracy pomimo skwaru.

Kiedy podróżny zmiótł co do ostat­niej okru­szyny zapiasz­czony chleb i ser, a także wypił parę łyków z bukłaka, wsu­nął stopy w san­dały, wstał z chrząk­nię­ciem i pokuś­ty­kał przez ruiny do miej­sca, gdzie tru­dził się nowi­cjusz. Widząc, że sta­rzec się zbliża, brat Fran­ci­szek usu­nął się na bez­pieczną odle­głość. Piel­grzym drwiąco pogro­ził mu zaostrzoną laską, ale wyda­wało się, że bar­dziej inte­re­suje go murar­skie przed­się­wzię­cie mło­dzieńca niż zemsta. Przy­sta­nął, żeby obej­rzeć zbu­do­waną kry­jówkę.

W tym miej­scu, w pobliżu wschod­niego krańca ruin, brat Fran­ci­szek wygrze­bał płytki dół, uży­wa­jąc kija jako motyki i rąk zamiast szu­fli. Pierw­szego dnia Wiel­kiego Postu zro­bił dach, wyko­rzy­stu­jąc do tego celu wiązki chru­stu, i nocą chro­nił się pod nim przed pustyn­nymi wil­kami. Ale w miarę jak przy­by­wało dni postu, wzra­stała w oko­licy liczba jego śla­dów i nocne dra­pież­niki poczuły nie­prze­party pociąg do terenu ruin, a kiedy wyga­sło ogni­sko, jęły dra­pać wokół wiązki chru­stu.

Fran­ci­szek naj­pierw pró­bo­wał znie­chę­cić je do noc­nych pod­ko­pów, narzu­ca­jąc wię­cej chru­stu na swój dół i odgra­dza­jąc go krę­giem gła­zów uło­żo­nych cia­sno w bruź­dzie. Ale poprzed­niej nocy coś wsko­czyło na stos chru­stu i zaczęło wyć, pod­czas gdy Fran­ci­szek leżał pod spodem i drżał ze stra­chu, tak więc posta­no­wił umoc­nić jamę i wyko­rzy­stu­jąc pierw­szy krąg kamieni jako fun­da­ment, zaczął budo­wać ścianę. Mur pochy­lał się do środka, ale ponie­waż ogro­dze­nie miało kształt pra­wie owalny, kamie­nie z każ­dej kolej­nej war­stwy napie­rały na dolne, unie­moż­li­wia­jąc zawa­le­nie się całej budowli. Brat Fran­ci­szek miał nadzieję, że dobie­ra­jąc sta­ran­nie skalne odłamy, dba­jąc o utrzy­ma­nie rów­no­wagi, uty­ka­jąc szcze­liny zie­mią i pod­pie­ra­jąc małymi kamy­kami, zdoła dokoń­czyć budowę kopuły. I nawet jedno przę­sło nie­wspar­tego na niczym łuku rzu­cało w jakiś nie­wy­ja­śniony spo­sób wyzwa­nie sile cią­że­nia, wzno­sząc się nad jamą jako świa­dec­two tych pla­nów. Brat Fran­ci­szek zasko­wy­czał jak szcze­nię, kiedy piel­grzym zaczął z zacie­ka­wie­niem sztur­chać ten łuk swoją laską.

Zatrwo­żony o swoje miesz­ka­nie nowi­cjusz przy­su­nął się bli­żej i patrzył, jak piel­grzym doko­nuje inspek­cji. Ten zaś odpo­wie­dział na jego sko­wyt poka­za­niem laski i krwio­żer­czym rykiem. Brat Fran­ci­szek, umy­ka­jąc, nastą­pił na skraj habitu i klap­nął na zie­mię. Sta­rzec zachi­cho­tał.

— Hmmm-hnnn! Potrzebny ci będzie głaz nie­zwy­kłego kształtu, żeby paso­wał do tego otworu — oznaj­mił i zaczął obstu­ki­wać kijem na wszyst­kie strony pustą prze­strzeń w naj­wyż­szym rzę­dzie kamieni.

Mło­dzie­niec ski­nął głową i spoj­rzał w drugą stronę. Na­dal sie­dział na pia­sku i miał nadzieję, że mil­cze­nie i spusz­czony wzrok wyja­śnią star­cowi, że nie wolno mu ani roz­ma­wiać, ani zgo­dzić się dobro­wol­nie na czy­jąś obec­ność w wiel­ko­post­nej samotni. Zaczął pisać paty­kiem na pia­sku: _Et ne nos indu­cas in…_³

— Jak na razie nie zapro­po­no­wa­łem ci, że zmie­nię te kamie­nie w chleb, prawda? — spy­tał ze zło­ścią wędro­wiec.

Brat Fran­ci­szek pod­niósł szybko wzrok. Więc sta­rzec umie czy­tać, a co wię­cej zna Pismo. Ponadto jego uwaga wska­zy­wała, że zro­zu­miał, dla­czego nowi­cjusz tak impul­syw­nie użył świę­co­nej wody, a rów­nież dla­czego tu prze­bywa. Brat Fran­ci­szek, zda­jąc sobie teraz sprawę z tego, że piel­grzym pod­kpiwa sobie z niego, znowu spu­ścił oczy i cze­kał.

— Hmmm-hnnn! Tak więc należy zosta­wić cię samego? No cóż, ruszam w takim razie swoją drogą. Powiedz mi jed­nak, czy twoi bra­cia z opac­twa uży­czą sta­remu czło­wie­kowi dachu nad głową.

Brat Fran­ci­szek ski­nął głową.

— Dadzą ci także jeść i pić — dodał cicho, korzy­sta­jąc z prawa miło­sier­dzia.

Piel­grzym zachi­cho­tał.

— W zamian za to, zanim odejdę, znajdę ci głaz, który będzie paso­wał do otworu. Bóg z tobą.

„Ależ wcale nie musisz…” Nie­wy­po­wie­dziany pro­test zamarł bratu Fran­cisz­kowi na war­gach. Patrzył, jak tam­ten odcho­dzi, kuś­ty­ka­jąc. Piel­grzym zaczął cho­dzić wśród stert gruzu. Przy­sta­wał co jakiś czas, by obej­rzeć jakiś kamień albo pod­wa­żyć go laską. Jego sta­ra­nia z całą pew­no­ścią okażą się bez­owocne — pomy­ślał nowi­cjusz, gdyż sam już pro­wa­dził podobne poszu­ki­wa­nia od przed­po­łu­dnia. Doszedł w końcu do wnio­sku, że łatwiej będzie usu­nąć i zbu­do­wać na nowo odci­nek ostat­niego rzędu, niż zna­leźć zwor­nik, który paso­wałby do przy­po­mi­na­ją­cego klep­sy­drę otworu. Ale z pew­no­ścią piel­grzym straci rychło cier­pli­wość i pój­dzie swoją drogą.

Przez ten czas brat Fran­ci­szek odpo­czy­wał. Modlił się o odzy­ska­nie tego ducho­wego ode­rwa­nia od świata, któ­rego miał szu­kać zgod­nie z zało­że­niami czu­wa­nia; cho­dziło o to, żeby umysł stał się czy­stym per­ga­mi­nem, na któ­rym w tej samot­no­ści mogłyby zostać zapi­sane słowa wezwa­nia — jeśli tylko ta inna Nie­zmie­rzona Samot­ność, Bóg, zechce wycią­gnąć dłoń, by dotknąć jego ludz­kiej samot­no­ści i nazna­czyć jego powo­ła­nie. _Mała Księga_, którą przeor Che­roki wrę­czył mu w poprzed­nią nie­dzielę, słu­żyła za prze­wod­nik w medy­ta­cji. Liczyła sobie wiele wie­ków i nazy­wano ją _Libel­lus Leibo­witz_, acz­kol­wiek tylko nie­pewna tra­dy­cja przy­pi­sy­wała jej autor­stwo samemu bło­go­sła­wio­nemu.

_Parvum equ­idem te dili­ge­bam, Domine, iuven­tute mea; quare doleo nimis…_ Zbyt mało, Panie, miło­wa­łem Cię w latach mej mło­do­ści; dla­tego tak bar­dzo smucę się w mych latach doj­rza­łych. Próżno w dniach owych ucie­ka­łem do Cie­bie…

— Hej! Tutaj! — dobiegł okrzyk zza sto­sów gruzu.

Brat Fran­ci­szek rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie w stronę, skąd docho­dził głos, ale nie dostrzegł piel­grzyma. Znowu prze­niósł wzrok na stro­nicę.

_Repu­gnans tibi, ausus sum quaerere quidquid doctius mihi fide, cer­tius spe, aut dul­cius cari­tate visum esset. Quis ita­que stul­tior me…_⁴

— Hej, chłop­cze! — roz­legł się znowu okrzyk. — Zna­la­złem ci kamień, który zapewne będzie paso­wał.

Tym razem, kiedy brat Fran­ci­szek uniósł głowę, zoba­czył laskę dającą mu sygnały zza góry kamieni. Wes­tchnął i wró­cił do lek­tury.

_O inscru­ta­bi­lis Scru­ta­tor ani­ma­rum, cui patet omne cor, si me voca­ve­ras, olim a te fuge­ram. Si autem nunc velis vocare me indi­gnum…_⁵

Spoza gru­zów dobiegł poiry­to­wany głos:

— Dobrze, jak sobie życzysz. Ozna­czę głaz i wetknę przy nim kij. Rób, co ci się podoba.

— Dzię­kuję ci — rzekł z wes­tchnie­niem nowi­cjusz, ale wąt­pił, by sta­rzec go usły­szał.

Dalej mozo­lił się nad tek­stem.

_Libera me, Domine, ab vitiis meis, ut solius tuae volun­ta­tis mihi cupi­dus sim, et voca­tio­nis…_⁶

— Tutaj! — wrza­snął piel­grzym. — Wetkną­łem kij i zazna­czy­łem głaz. I obyś szybko odna­lazł swój głos, chłop­cze. _Olla allaj!_

Okrzyk osłabł i ucichł, a brat Fran­ci­szek dostrzegł kątem oka piel­grzyma z tru­dem podą­ża­ją­cego szla­kiem, który pro­wa­dził do opac­twa. Czym prę­dzej wyszep­tał słowa bło­go­sła­wień­stwa i modli­twę o szczę­śliwą drogę.

Skoro odzy­skał samot­ność, odło­żył książkę do jamy i wró­cił do wzno­sze­nia na chy­bił tra­fił swo­jego muru, nie zawra­ca­jąc sobie na razie głowy gła­zem zna­le­zio­nym przez piel­grzyma. Kiedy jego wygłod­niałe ciało dźwi­gało się, napi­nało i poty­kało pod cię­ża­rem gła­zów, jego umysł auto­ma­tycz­nie powta­rzał modli­twę o utwier­dze­nie w powo­ła­niu:

_Libere me, Domine, ab vitiis meis_… Uwol­nij mnie, Panie, od występ­ków moich, abym w mym sercu pra­gnął tylko speł­nie­nia Two­jej woli i abym usły­szał Twoje wezwa­nie, gdy nadej­dzie… _ut solius tuae volun­ta­tis mihi cupi­dus sim, et voca­tio­nis tuae con­scius si digne­ris me vocare. Amen._

Uwol­nij mnie, Panie, od występ­ków moich, abym w mym sercu…

Grupka cumu­lu­sów, które zdą­żały w stronę gór, by obda­rzyć je mokrym bło­go­sła­wień­stwem, przed­tem odmó­wio­nym suchej pustyni, zaczęła zasła­niać słońce i prze­su­wać mroczne plamy cie­nia poprzez spa­loną zie­mię, dając chwi­lową, ale upra­gnioną ulgę od żaru pro­mieni sło­necz­nych. Kiedy cień chmury prze­miesz­czał się przez ruiny, nowi­cjusz pra­co­wał gorącz­kowo, a potem odpo­czy­wał, dopóki postrzę­piony kłąb nie prze­sło­nił słońca.

Głaz zna­le­ziony przez piel­grzyma odkrył zupeł­nie przy­pad­kowo. Pod­czas swo­jej krzą­ta­niny potknął się o patyk, który sta­rzec wetknął w zie­mię jako dro­go­wskaz. Padł na czwo­raki i wpa­try­wał się w dwa znaki napi­sane przed chwilą kredą na sta­rym kamie­niu: .

Znaki zostały tak sta­ran­nie nakre­ślone, że brat Fran­ci­szek uznał je bez waha­nia za sym­bole, ale cho­ciaż przez parę minut dumał nad nimi, cią­gle był jak zamro­czony. Może tymi zna­kami? Ależ nie, sta­rzec zawo­łał prze­cież: „Bóg z tobą”, czego cza­row­nik by nie uczy­nił. Nowi­cjusz wyłu­skał głaz i prze­wró­cił go na drugą stronę. Kiedy to robił, sterta gruzu osu­nęła się nieco; mały kamy­czek poto­czył się po jej zbo­czu. Fran­ci­szek odsko­czył, oba­wia­jąc się lawiny, ale kamie­nie zamarły już w bez­ru­chu. W miej­scu, gdzie zakli­no­wany był głaz zna­le­ziony przez piel­grzyma, uka­zał się mały czarny otwór.

Takie jamy czę­sto miały loka­to­rów.

Ale ten otwór był tak szczel­nie zatkany przez głaz piel­grzyma, że dopóki Fran­ci­szek go nie usu­nął, mogła się tam wci­snąć led­wie pchła. Poszu­kał jed­nak kija i ostroż­nie wsu­nął go w pustkę. Nie napo­tkał żad­nego oporu. Kiedy zaś wypu­ścił go z ręki, kij zsu­nął się i znikł w jakiejś więk­szej pod­ziem­nej jamie. Fran­ci­szek cze­kał zde­ner­wo­wany. Z dziury nic nie wypeł­zło.

Padł znowu na kolana i ostroż­nie wcią­gnął do nosa powie­trze z pie­czary. Ponie­waż nie poczuł zapa­chu ani zwie­rzę­cia, ani siarki, wrzu­cił do środka mały kamyk i nachy­lił się jesz­cze bar­dziej, nasłu­chu­jąc. Kamyk odbił się tro­chę poni­żej, a następ­nie sto­czył się, potrą­cił po dro­dze coś meta­lo­wego i wresz­cie zatrzy­mał się gdzieś głę­boko w dole. Pogłos świad­czył o tym, że pod­ziemna pie­czara jest zapewne wiel­ko­ści izby.

Brat Fran­ci­szek nie­pew­nie dźwi­gnął się na nogi i rozej­rzał. Był chyba sam, jeśli nie liczyć sępa, towa­rzy­sza jego samot­no­ści, który wzbił się wysoko i przy­glą­dał mu się ostat­nio z takim zain­te­re­so­wa­niem, że inne sępy co jakiś czas opusz­czały swoje tery­to­ria gdzieś na hory­zon­cie i przy­la­ty­wały, żeby zba­dać sprawę.

Nowi­cjusz obszedł dokoła stertę gruzu, ale nie odkrył dru­giej dziury. Wspiął się na przy­le­głe wznie­sie­nie i mru­żąc oczy, wpa­try­wał się w szlak. Piel­grzym już dawno zna­lazł się poza zasię­giem wzroku. Na sta­rej szo­sie nic się nie ruszało, ale prze­lot­nie dostrzegł brata Alfreda poko­nu­ją­cego niskie wznie­sie­nie, jakąś milę na wschód, w poszu­ki­wa­niu wokół swo­jej wiel­ko­post­nej pustelni paty­ków na opał. Brat Alfred był głu­chy jak pień. Poza nim nie było nikogo widać. Fran­ci­szek nie widział żad­nego powodu, żeby wołać o pomoc, ale jeśli by wyło­niła się taka potrzeba, to tylko nie­po­trzeb­nie zdzie­rałby sobie gar­dło. Po doko­na­niu uważ­nych oglę­dzin terenu zlazł ze sterty. Oddech potrzebny do krzyku lepiej byłoby zacho­wać na wypa­dek ewen­tu­al­nego biegu.

Zde­cy­do­wał się poło­żyć głaz na miej­sce, żeby zatkać otwór jak poprzed­nio, ale sąsied­nie kamie­nie prze­su­nęły się nieco, więc głaz nie paso­wał już do swo­jego miej­sca w ukła­dance. Poza tym otwór w naj­wyż­szym rzę­dzie muru pozo­stał nie­zat­kany, a piel­grzym miał rację: wyglą­dało na to, że głaz pasuje doń roz­mia­rami i kształ­tem. Po krót­kim waha­niu dźwi­gnął głaz i poty­ka­jąc się, ruszył do swo­jej nory.

Kamień wsu­nął się dokład­nie w puste miej­sce. Brat Fran­ci­szek spraw­dził kop­nię­ciem, czy został dobrze osa­dzony; zwor­nik trzy­mał się pew­nie, cho­ciaż wsku­tek wstrząsu mur tro­chę osiadł tu i ówdzie. Znaki nary­so­wane przez piel­grzyma zama­zały się przy prze­no­sze­niu kamie­nia, ale na­dal były wystar­cza­jąco wyraźne, by dało się je sko­pio­wać. Brat Fran­ci­szek sta­ran­nie prze­pi­sał je na innym kamie­niu, uży­wa­jąc jako rylca zwę­glo­nego końca kija. Kiedy w sobotę przeor Che­roki będzie doko­ny­wał obchodu pustelni, może zdoła orzec, czy mają one jakieś zna­cze­nie jako urok albo prze­kleń­stwo. Wpraw­dzie nie wolno bać się kabały pogan, ale nowi­cjusz chęt­nie dowie­działby się przy­naj­mniej, co za znak zna­lazł się nad jego lego­wi­skiem, zwa­żyw­szy na cię­żar mate­riału, na któ­rym został napi­sany.

Nie prze­rwał pracy przez całe upalne popo­łu­dnie. Gdzieś w zakątku mózgu pamię­tał o inte­re­su­ją­cym, ale i prze­ra­ża­ją­cym otwo­rze i o tym, jak to osu­wa­nie się kamyka wywo­łało gdzieś w głębi słabe echo. Wie­dział, że wszyst­kie ruiny roz­cią­ga­jące się wokół niego są bar­dzo stare. Wie­dział też z tra­dy­cji, że tymi dzi­wacz­nymi kupami gruzu stały się wsku­tek dzia­łal­no­ści całych poko­leń mni­chów, wspie­ra­nych cza­sem w tym dziele przez obcych ludzi szu­ka­ją­cych ładunku kamieni albo kawał­ków zardze­wia­łego żelaza, które można było wydo­być, roz­bi­ja­jąc więk­sze frag­menty kolumn i płyt, jako że sta­ro­żytne pręty tego metalu zostały w jakiś tajem­ni­czy spo­sób wbite w skały przez ludzi żyją­cych w wie­kach pra­wie już zapo­mnia­nych przez świat. Ta doko­nana ludz­kimi rękami ero­zja zni­we­czyła wszel­kie podo­bień­stwo do budowli, które tra­dy­cja wią­zała z ruinami we wcze­śniej­szym okre­sie, acz­kol­wiek obecny mistrz mular­ski opac­twa na­dal szczy­cił się tym, że potra­fił wyczuć i wska­zać tu i ówdzie pozo­sta­ło­ści daw­nego planu pozio­mego. I na­dal można było zna­leźć tu metal, jeśli tylko ktoś zadał sobie trud roz­łu­pa­nia wystar­cza­ją­cej ilo­ści skał.

Samo opac­two wybu­do­wane zostało z tego wła­śnie kamie­nia. Przy­pusz­cze­nia, że poko­le­nia mula­rzy buszu­ją­cych tu przez tyle wie­ków mogły pozo­sta­wić jesz­cze coś inte­re­su­ją­cego, Fran­ci­szek uwa­żał za czy­ste mrzonki. A ponadto nie sły­szał ni­gdy, by ktoś wspo­mi­nał o budow­lach z pomiesz­cze­niami na pozio­mie gruntu albo pod zie­mią. Przy­po­mniał sobie teraz nawet, że mula­rze sta­now­czo twier­dzili, iż budowle na tym tere­nie wyda­wały się wznie­sione pospiesz­nie, nie miały głę­bo­kich fun­da­men­tów i w więk­szo­ści przy­pad­ków stały na pły­tach uło­żo­nych na powierzchni.

Kiedy budowa schro­nie­nia dobie­gała pra­wie końca, brat Fran­ci­szek ośmie­lił się znowu zbli­żyć do otworu i stał nad nim, wpa­tru­jąc się w dół. Nie mógł wyzbyć się wła­ści­wego miesz­kań­com pustyni prze­ko­na­nia, że jeśli tylko gdzieś jest jakieś miej­sce, w któ­rym można skryć się przed słoń­cem, z pew­no­ścią zostało już zajęte. Nawet jeśli w tej chwili nie mieszka w niej żadne stwo­rze­nie, z całą pew­no­ścią wśli­zgnie się tam, zanim wsta­nie jutrzej­szy świt. Z dru­giej strony, jeśli coś już w środku żyje, bez­piecz­niej będzie zawrzeć zna­jo­mość w ciągu dnia niż w noc­nych ciem­no­ściach. Wyglą­dało na to, że w sąsiedz­twie nie ma żad­nych śla­dów poza jego wła­snymi, tymi pozo­sta­wio­nymi przez stopy piel­grzyma oraz tro­pami wil­ków.

Pod­jąw­szy szybko decy­zję, począł oczysz­czać dziurę z kamieni i pia­sku. Po pół­go­dzin­nej pracy wpraw­dzie nie stała się więk­sza, ale jego prze­ko­na­nie, że pro­wa­dzi do pod­ziem­nej sztolni, zmie­niło się w pew­ność. Dwa małe, na wpół zagrze­bane głazy tuż obok otworu naj­wi­docz­niej zakli­no­wały się wsku­tek naci­sku wiel­kiej masy napie­ra­ją­cej na wylot szybu; zupeł­nie jakby uwię­zły w szyjce butelki. Kiedy pod­wa­żył jeden z kamieni w stronę prawą, jego sąsiad prze­su­nął się w lewo tak, że wszel­kie dal­sze prze­miesz­cza­nie stało się nie­moż­liwe. Prze­ciwny sku­tek nastą­pił, kiedy zaczął napie­rać w drugą stronę, ale nie rezy­gno­wał.

Dźwi­gnia sama wysu­nęła mu się z rąk, odsko­czyła, ude­rzyła go w bok głowy i znik­nęła w jamie, która nagle się otwo­rzyła. Gwał­towny cios spra­wił, że zato­czył się na nogach. Kamień, który wystrze­lił z osu­wi­ska, ude­rzył go w plecy, więc upadł, łap­czy­wie chwy­ta­jąc powie­trze, nie­pewny, czy wpadł do szybu, czy też nie, aż do chwili, kiedy wal­nął brzu­chem o pod­łoże i przy­warł do niego ramio­nami. Łoskot spa­da­ją­cych skał trwał krótko, ale był ogłu­sza­jący.

Ośle­piony pyłem Fran­ci­szek leżał, chwy­ta­jąc łap­czy­wie powie­trze i zasta­na­wia­jąc się, czy zdo­bę­dzie się na odwagę, żeby wyko­nać jakiś ruch, tak ostry był ból w ple­cach. Kiedy odzy­skał nieco dech, wsu­nął rękę pod habit i się­gnął do miej­sca mię­dzy łopat­kami, gdzie jakieś kości mogły ulec zła­ma­niu. Palce natra­fiły na zgru­bie­nie i poczuł ukłu­cie. Cof­nął rękę i zoba­czył, że palce ma mokre i czer­wone. Poru­szył się, ale jęk­nął i padł z powro­tem.

Jego uszu dobiegł łagodny trze­pot skrzy­deł. Brat Fran­ci­szek uniósł głowę i zoba­czył sępa, który opadł na stertę gruzu w odle­gło­ści kilku jar­dów. Zaraz wzbił się znowu w powie­trze, ale Fran­ci­szek odniósł wra­że­nie, że spoj­rzał na niego z jakimś mat­czy­nym zafra­so­wa­niem, tak jak patrzy zmar­twiona kwoka. Czym prę­dzej prze­krę­cił się na plecy. Ptaki zbiły się na nie­bie w wielką czarną hordę i zata­czały kręgi na małej wyso­ko­ści. Kiedy się poru­szył, wzle­ciały wyżej. Nagle, nie zwa­ża­jąc na to, że być może ma zła­many krę­go­słup albo zła­mane żebro, chwiej­nie pod­niósł się na nogi. Roz­cza­ro­wana cze­reda wzbiła się znowu wysoko na nie­wi­docz­nych słu­pach roz­grza­nego powie­trza, a następ­nie się roz­pro­szyła, odla­tu­jąc w stronę swo­ich odda­lo­nych powietrz­nych poste­run­ków. Wyda­wało się, że ptaki, mroczne alter­na­tywy Para­kleta, na któ­rego nadej­ście cze­kał, pra­gną cza­sem zstą­pić zamiast Gołę­bia; ich nagłe zain­te­re­so­wa­nie jego osobą dener­wo­wało go i poru­szyw­szy parę razy na próbę ramio­nami, rychło doszedł do wnio­sku, że ostry odłam skalny zro­bił mu tylko siniaka i lekko go ska­le­czył.

Powiew wia­tru roz­pra­szał słup pyłu, który wzbił się znad szybu. Fran­ci­szek miał nadzieję, że z wież straż­ni­czych opac­twa doj­rzą ten pył i ktoś przy­bę­dzie, żeby spraw­dzić, co się stało. U jego stóp, w miej­scu, gdzie zbo­cze się zapa­dło, zio­nął kwa­dra­towy otwór. Zoba­czył wio­dące w dół schody, ale tylko ich górny frag­ment nie był zasy­pany. Niżej pokry­wał je gruz, który przez sześć wie­ków wisiał na wło­sku, cze­ka­jąc na pomoc brata Fran­ciszka, zanim zwa­lił się z łosko­tem.

Na ścia­nie szybu prze­trwał czy­telny, cho­ciaż na wpół zasy­pany znak. Mobi­li­zu­jąc cały skromny zasób swo­jego angiel­skiego sprzed Potopu, wyszep­tał nie­pew­nie słowa:

SCHRON DLA PRZE­TRWA­NIA OPADU

Mak­sy­malna pojem­ność: 15

Zaopa­trze­nie w prze­li­cze­niu na jed­nego użyt­kow­nika: 180 dni. Podzie­lić przez liczbę użyt­kow­ni­ków. Wcho­dząc do schronu, upew­nij się: czy Pierw­szy Właz jest szczel­nie zary­glo­wany, czy osłona zabez­pie­cza­jąca przed wtar­gnię­ciem osób napro­mie­nio­wa­nych jest pod napię­ciem, czy świa­tła ostrze­gaw­cze na zewnątrz zostały włą­czone…

Reszta była zasy­pana, ale Fran­cisz­kowi wystar­czyło jedno słowo. Ni­gdy nie widział „Opadu” i miał nadzieję, że ni­gdy go nie zoba­czy. Nie prze­trwał żaden wia­ry­godny opis tego potwora, ale Fran­ci­szek znał legendy. Prze­że­gnał się i cof­nął znad otworu. Tra­dy­cja mówiła, że bło­go­sła­wiony Leibo­witz spo­tkał Opad i był w jego wła­da­niu przez wiele mie­sięcy, zanim egzor­cy­zmy odpę­dziły dia­bła.

Brat Fran­ci­szek wyobra­żał sobie Opad jako pół-sala­man­drę, ponie­waż, według tra­dy­cji, zro­dził się z Potopu Ognia, i pół-inkuba, który psuł dzie­wice pod­czas snu; czyż bowiem potwo­rów tego świata nie nazy­wano na­dal „dziećmi Opadu”? To, że dia­beł jest zdolny zadać wszyst­kie nie­szczę­ścia, jakie spa­dły na Hioba, nie tylko zostało zapi­sane, ale być może sta­no­wiło arty­kuł wiary.

Nowi­cjusz z prze­ra­że­niem patrzył na znak. Jego zna­cze­nie było wystar­cza­jąco wyraźne. Nie­chcący wtar­gnął do sie­dziby (modlił się, by oka­zała się pusta) nie jed­nej, ale pięt­na­stu strasz­li­wych istot! Się­gnął po fiolkę ze świę­coną wodą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Idź precz, Sza­ta­nie! (Zgod­nie z inten­cjami autora zamiesz­czone w książce tek­sty w języku łaciń­skim czę­sto zawie­rają błędy. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od redak­cji).

2.

Same z sie­bie.

3.

I nie wódź nas na…

4.

Sprze­ci­wia­jąc się Tobie, ośmie­li­łem się roz­pra­wiać o tym, co wydało mi się mądrzej­sze od wiary, pew­niej­sze od nadziei lub słod­sze od miło­ści chrze­ści­jań­skiej. Któż więc głup­szy ode mnie…

5.

O nie­zba­dany Egza­mi­na­to­rze dusz, dla któ­rego każde serce stoi otwo­rem, jeśli kie­dyś woła­łeś mnie, ucie­ka­łem od Cie­bie. Jeśli jed­nak teraz chcesz mnie wezwać nie­god­nego…

6.

Uwol­nij mnie, Panie, od występ­ków moich, abym w sercu pra­gnął tylko speł­nie­nia Two­jej woli i abym był świa­dom Two­jego wezwa­nia…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij