Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kapitan Moooszna i tajemnice Czarnej Dziury - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
25,62 zł
2562 pkt
punktów Virtualo

Kapitan Moooszna i tajemnice Czarnej Dziury - ebook

Kapitan Moooszna miał tylko uratować Wszech. Niestety po drodze trafiają się włochate Jaja, Czarna Dziura, Szatan Diabeł, rodzinna tajemnica, Kłaczek zdolny pożreć osobliwość i ojciec, którego zdecydowanie lepiej było nie odnajdywać. To bezwstydna, wulgarna i absurdalna komedia science fiction o końcu świata, rodzinie i problemach większych niż dwa obwisłe podbródki. Wybitny klasyk literatury najniższych lotów — wyłącznie dla czytelników pełnoletnich (18+).

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-230-3
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Synu, uważaj na Jaja

— Synu, uważaj na Jaja. Synu, uważaj na Jaja.

Bełkoczę to przez sen, choć moja matka nie żyje od sześciuset trzydziestu faz, a może żyje, tylko się do mnie nie odzywa, co w naszej rodzinie oznacza mniej więcej to samo. Jej głos wraca zawsze wtedy, kiedy jestem zmęczony, pijany albo znajduję się w odległości mniejszej niż trzy parseki od czegoś, co może mnie zabić. Tym razem spełniam dwa z trzech warunków, a jeśli urządzenia nawigacyjne nie kłamią, za kilka godzin spełnię wszystkie.

— Synu, uważaj na Jaja.

— Mamo, wiem.

Otwieram jedno oko.

Drugiego nie otwieram, ponieważ Kapitan Moooszna nigdy nie podejmuje pochopnych decyzji.

Po chwili otwieram drugie.

Przede mną ciągnie się Wszech.

Czarny, ogromny, pełen migoczących punktów i zdecydowanie zbyt pewny siebie. Zawsze mnie wkurwiała ta jego maniera. Leży sobie dookoła, nieskończony, tajemniczy, majestatyczny, jakby oczekiwał oklasków. Gwiazdy świecą. Mgławice się wiją. Galaktyki obracają dupami. Czarne Dziury połykają wszystko, co podleci za blisko, i jeszcze fizycy nazywają to „fascynującym zjawiskiem”, zamiast powiedzieć po ludzku: wielka kosmiczna menda żre, co popadnie.

Wracam z Galaktyki Analnej. Tak, Analnej. Nie wiem, dlaczego chichoczesz. Wy, Ziemianie, mieliście Drogę Mleczną i jakoś nikt nie pytał, kto kogo wydoił. Galaktyka Analna jest moim domem. Miejscem pięknym, starym i pełnym tradycji, z których większość została zakazana przez Unię Międzygalaktyczną po incydencie z delegacją z Andromedy. W jej centrum znajduje się Dupsko, najjaśniejsza gwiazda naszego układu, której nazwa pochodzi ze starożytnego dialektu analnego i oznacza mniej więcej „to, na co przyjemnie patrzeć z bezpiecznej odległości”.

W Galaktyce Analnej się urodziłem. Tam dorastałem. Tam pierwszy raz prowadziłem statek. Tam pierwszy raz dostałem mandat. Tam pierwszy raz zobaczyłem Jajo. I właśnie dlatego moja matka powtarzała:

— Synu, możesz ufać kurwie, możesz ufać politykowi, możesz nawet ufać mechanikowi, który mówi, że wymienił filtr, ale nigdy, przenigdy nie ufaj Jajom.

Mądra kobieta. Trochę rasistka, ale mądra.

Przeciągam się w fotelu dowódcy Pierdziawiska i patrzę na panel nawigacyjny. Migają na nim trzy czerwone kontrolki. Pierwsza oznacza niedobór paliwa. Druga oznacza przegrzanie reaktora. Trzecia miga od czterystu faz i Peniliozzza twierdzi, że nie wie dlaczego. Dlatego przykleiłem na niej naklejkę z napisem „CHUJ WIE” i problem został administracyjnie rozwiązany. Pierdziawisko sunie w stronę Drogi Mlecznej. Dawniej był to jeden z najbardziej interesujących układów w tej części Wszecha. Dzisiaj jest trochę jak opuszczona toaleta na dworcu: niby nie ma po co tam zaglądać, ale człowiek i tak zerknie, bo może ktoś zostawił coś ciekawego.

Przed katastrofą znajdowało się tu kilka znanych planet. X. Neptun. Uryna. Saturn. Kurwisz, dawniej Jowisz, gazowy śmierdziel. Mars. Ziemia. Wenus. Merkury. Ziemia interesuje mnie najbardziej. Nie dlatego, że była szczególnie ważna. Ziemianie sami uważali, że była ważna, ale to dość częsta choroba młodych cywilizacji. Odkrywają ogień, koło i kredyt hipoteczny, po czym natychmiast dochodzą do wniosku, że Wszech powstał specjalnie dla nich.

Ziemia była natomiast fascynująca z innego powodu. Była jednym z najwspanialszych przykładów zbiorowego spierdolenia sprawy. Miliony lat zajęło życiu, żeby się tam rozwinąć. Najpierw jakieś glutowate drobnoustroje. Potem ryby. Potem stwory, które wyszły z wody i najwyraźniej natychmiast tego pożałowały. Następnie dinozaury, ssaki, małpy, ludzie, influencerzy i koniec.

Ewolucja naprawdę potrafi skręcić w dziwną uliczkę. Osiemdziesiąt faz temu Ziemia była jeszcze zamieszkana. Dziś przypomina kotlet pozostawiony przez pijanego kucharza na patelni. Sucha. Czarna. Spękana. Miejscami zeszklona. Nie ma mórz, lasów, miast ani tych małych sklepów, które według archiwów były otwarte w niedzielę, ale tylko w określone niedziele, czego nawet nasze komputery kwantowe nie potrafiły logicznie wyjaśnić.

Przez długi czas próbowaliśmy ustalić, dlaczego Ziemianie nie uciekli. Mieli przecież technologię. Wiedzieli, że planeta się nagrzewa. Obserwowali zmiany klimatu. Przeprowadzali badania, konferencje, szczyty i debaty. Produkowali raporty, które następnie drukowali na papierze pozyskiwanym z drzew, których brak był jednym z problemów opisanych w tych raportach.

Muszę przyznać: imponująca konsekwencja. Według jednej z teorii w ostatnich stuleciach istnienia Ziemi największą przeszkodą w ewakuacji były kulty. Religie. Polityka. Pieniądze. I coś, co nazywano „komentarzami w internecie”. Tego ostatniego do dziś się boimy. Zachowaliśmy fragmenty. Nie polecam.

W ruinach znaleziono również ślady ziemskich bóstw. Najpotężniejsze z nich występowały na ruchomych obrazach przechowywanych w prymitywnych systemach pamięci. Jedną z takich bogiń była Nicki Minaj. Patronka Anakondy. Anakonda, jak ustalili nasi archeolodzy, była ogromnym ceremonialnym stworzeniem, którego kult wymagał potrząsania pośladkami w rytm muzyki. Nie śmiej się. Wasza cywilizacja nie zostawiła instrukcji obsługi. Mamy tylko dowody.

Na jednym z zachowanych nagrań bogini Nicki występuje w otoczeniu kobiet o pośladkach osiągających parametry niespotykane w żadnej znanej nam populacji humanoidalnej. Początkowo sądziliśmy, że były to królowe. Później profesor Bum wysunęła hipotezę, że chodziło o wojowniczki.

Peniliozzza twierdził, że to „teledysk”. Peniliozzza zawsze wszystko psuje. Ludzie byli zresztą gatunkiem fascynującym. Pochodzili od małp, ale obrażali się, kiedy im o tym przypominano. Dzielili się na narody, rasy, klasy, religie, orientacje, partie, kluby piłkarskie oraz ludzi wkładających ananasa na pizzę i tych, którzy chcieli ich za to zamordować. Potrafili polecieć w kosmos, ale nie potrafili ustalić, w którą stronę powinien wisieć papier toaletowy. Budowali bomby zdolne unicestwić miasta, a potem tworzyli instrukcje na szamponach, żeby przypadkiem nie wypić zawartości.

Przez tysiące lat wybijali inne gatunki. Jedne zjadali. Drugie przerabiali na futra. Trzecie na buty. Czwarte zamykali w klatkach i chodzili oglądać z dziećmi. Później odkryli, że zwierzęta cierpią. Następnie część ludzi przestała jeść mięso. Następnie pozostali ludzie zaczęli się z nimi kłócić. Potem wszyscy wymarli. Wszech nie lubi marnować czasu na puenty.

Najbardziej jednak fascynuje mnie ziemskie pismo. Wyobraź sobie cywilizację, która przez kilka tysięcy lat nie potrafi rozwinąć pamięci biologicznej, więc zapisuje najważniejsze informacje na martwych drzewach. Genialne w chuj. Masz wiedzę całego gatunku. Historię. Filozofię. Medycynę. Poezję. Instrukcję budowy reaktora. Przepis babci na sernik. I wszystko to może wpierdolić jeden pożar. Później wynaleźli tablety. Nazwa przez wiele faz sprawiała nam problemy. Profesorowie z Instytutu Archeologii Ziemskiej podejrzewali, że „tablet” pochodzi od pradawnego określenia niewielkiej tabliczki wykonywanej z napletków pozyskiwanych podczas obrzezania. Peniliozzza twierdzi, że to bzdura. Ja twierdzę, że brzmi przekonująco. Poza tym słowo „tablet” wywołuje u mnie dziwne mrowienie w odbycie.

Milczę. Patrzę na Wszech. Pierdziawisko leci dalej. Dupsko zostało daleko za mną, a przed statkiem rozciąga się martwa Droga Mleczna. Przez chwilę ogarnia mnie smutek. Ziemia była głupia. Ludzie byli głupi. Ale mieli wódkę. I muzykę. I frytki. I potrafili wymyślić słowo „kurwa”, które pasowało praktycznie do każdej sytuacji: bólu, zachwytu, strachu, miłości, gniewu, zdziwienia oraz momentu, w którym człowiek zobaczył rachunek za prąd. Nie była to całkiem zmarnowana cywilizacja.

— Kurwa — mówię więc ceremonialnie.

Pierdziawisko odpowiada piknięciem. Dobrze. Jeszcze pamięta ziemski. Przede mną pojawia się niebieskawy obłok pozostałości Układu Słonecznego. Za nim przestrzeń staje się coraz ciemniejsza. I wtedy przypominam sobie, po co właściwie tu przyleciałem. Nie dla Ziemi. Nie dla Nicki Minaj. Nie dla historii tabletów-napletów. Nie nawet dla wódki, choć z szacunku dla zmarłych mam na pokładzie dwieście czterdzieści siedem butelek. Mój cel znajduje się znacznie dalej. Za Drogą Mleczną. Za Terytorium Jaj. W miejscu, do którego rozsądna istota nie poleciałaby nawet za darmowy parking.

Galaktyka Odbytu. A w samym jej centrum znajduje się ona. Czarna Dziura.

Od kilku faz zachowuje się w sposób, który eksperci określili jako „wysoce nietypowy”, wojskowi jako „potencjalnie katastrofalny”, profesor Bum jako „interesujący”, a Peniliozzza jako „o ja pierdolę”. Kręci się nie tak, jak powinna. Rośnie. Pulsuje.

I regularnie wyrzuca z siebie potężne porcje energii, którym towarzyszą grzmoty słyszalne z odległości kilku galaktyk oraz smród tak intensywny, że dwa bezzałogowe statki badawcze same dokonały autodestrukcji. Świetlik Galaktyki Analnej wezwał więc najlepszego człowieka do tej roboty. No dobrze. Nie człowieka. Człowiek wymarł. Najlepszego kapitana. No dobrze. Pierwszych siedmiu odmówiło. Ósmy miał sraczkę. Dziewiąty nie odebrał. Więc wysłali mnie.

Kapitan Moooszna.

Syn Galaktyki Analnej. Postrach Jaj. Dowódca Pierdziawiska. Odkrywca trzech planet, z których dwie już nie istnieją z powodów, o których nie będziemy teraz rozmawiać.

Patrzę na czarną przestrzeń przede mną i czuję, jak po moich dwóch podbródkach przechodzi lekki dreszcz. Za Drogą Mleczną zaczyna się Terytorium Jaj. A potem już tylko Galaktyka Odbytu. Czarna Dziura. I prawdopodobnie śmierć.

Uśmiecham się.

— No to chuj — mówię.

Włączam napęd. Pierdziawisko ryczy. Gwiazdy rozmazują się przed szybą. I dokładnie wtedy komputer pokładowy oznajmia:

— KAPITANIE MOOOSZNO. WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA.

Zamieram.

— Gdzie?

Cisza.

— Komputerze, gdzie?!

— NA POKŁADZIE.

Patrzę przed siebie. Potem na drzwi. Potem znowu przed siebie. W mojej głowie odzywa się głos Matki.

_Synu, uważaj na Jaja._

— O kurwa.

Pierdziawisko wchodzi na Terytorium Jaj.Jaja na pokładzie

— KAPITANIE MOOOSZNO. WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA NA POKŁADZIE.

Nie ruszam się.

Czasem największą oznaką odwagi jest bezruch. Czasem jest nią rozwaga. Czasem człowiek — albo przedstawiciel wyższej, piękniejszej i posiadającej dwa podbródki rasy — musi po prostu usiąść, pomyśleć i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów.

A czasem jest zwyczajnie zesrany ze strachu.

— Powtórz.

— WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA NA POKŁADZIE.

— Tę część zrozumiałem. Pytam, gdzie.

— NA POKŁADZIE.

Zamykam oczy. Peniliozzza. Oczywiście.

System sterowania głosowego mojego Pierdziawiska zaprojektował inżynier Peniliozzza, najwybitniejszy specjalista od napędów międzygalaktycznych, mechaniki kwantowej, elektroniki analnej oraz doprowadzania mnie do kurwicy. Człowiek — używam tego określenia umownie, bo Peniliozzza człowiekiem nie jest, a gdyby był, ludzkość prawdopodobnie wymarłaby kilka faz wcześniej — potrafił skonstruować silnik zdolny zagiąć przestrzeń, ale nie potrafił zaprogramować odpowiedzi na pytanie „gdzie?”.

— W której części statku znajduje się obca forma życia?

— ANALIZUJĘ.

— Świetnie.

— ANALIZUJĘ.

— Wiem.

— ANALIZUJĘ.

— Zamknij pizdę i analizuj po cichu.

— POLECENIE „ZAMKNIJ PIZDĘ” NIE ZOSTAŁO ROZPOZNANE.

— To się, kurwa, naucz.

Komputer milknie. Kapitan Moooszna zwycięża technologię. Pierwszy sukces tej fazy.

Wstaję z fotela i patrzę na schemat Pierdziawiska. Statek jest moją dumą, domem, środkiem transportu i jedyną nieruchomością, której nie zajął mi Urząd Podatków Międzygalaktycznych po nieporozumieniu dotyczącym importu czterech ton narkotycznego pyłku z Panny.

To naprawdę było nieporozumienie. Zamawiałem pięć.

Pierdziawisko powstało krótko po moich narodzinach. Wtedy wyglądało jeszcze przyzwoicie: kadłub błyszczał, siedzenia pachniały nowością, toaleta nie bulgotała podczas przyspieszania, a w sali bilardowej nie było tej dziwnej plamy, której nikt nie potrafi zidentyfikować.

Dzisiaj Pierdziawisko jest trochę jak ja. Nadal imponujące z daleka. Z bliska lepiej nie świecić ultrafioletem.

Statek ma sześć kondygnacji, siedem, jeśli liczyć magazyn nielegalnie dobudowany przez Peniliozzzę, i osiem, jeśli liczyć przestrzeń między ścianami, w której kiedyś przez trzy fazy mieszkała rodzina pasożytów z Wagi. Najniżej znajduje się śluza wejściowa. Nad nią magazyny. Wyżej maszynownia, laboratorium, kuchnia, sala bilardowa, bar, Gabinet Kapitana, kokpit i pomieszczenie oznaczone na planach jako „X”.

Nie wiem, co znajduje się w X. Peniliozzza twierdzi, że też nie wie. Raz próbowałem wejść. Drzwi powiedziały:

— NIE.

Uszanowałem. Każdy ma prawo do prywatności. Na schemacie pojawia się zielony punkt. Dolny pokład. Śluza. Oczywiście.

— Czy to Jajo?

— ANALIZUJĘ.

— Czy istnieje prawdopodobieństwo, że to Jajo?

— TAK.

— Jakie?

— SZEŚĆDZIESIĄT OSIEM PROCENT.

Nie jest źle.

— PO KOREKCIE: DZIEWIĘĆDZIESIĄT SIEDEM PROCENT.

Jest źle.

— Dlaczego korekta?

— CZUJNIK ZAPACHU WŁAŚNIE SIĘ ROZPUŚCIŁ.

Siadam. To zmienia postać rzeczy. Jaja śmierdzą. Nie w znaczeniu metaforycznym. Nie chodzi o to, że nie używają dezodorantu, jedzą dużo cebuli albo mają problemy z higieną osobistą. Jaja biologicznie śmierdzą. Ich organizmy produkują ponad dwieście substancji lotnych, z których trzydzieści siedem uznano w Galaktyce Analnej za broń chemiczną, jedenaście za broń biologiczną, a jedna jest stosowana w perfumach na planecie Łoju, ale mieszkańcy Łoju są pojebani i do nich jeszcze wrócimy.

Jajo można wyczuć z odległości kilometra. Stado Jaj z dziesięciu. Jajo po wysiłku fizycznym z czterdziestu. Martwe Jajo najlepiej wyczuwa się z innej galaktyki. Nikt nie wie, dlaczego ewolucja stworzyła coś takiego. Najpopularniejsza teoria mówi, że Wszech miał wtedy zły dzień. Wracam myślami do Matki. Kiedy byłem mały, siadała przy moim łóżku i opowiadała mi bajki. Nie o księżniczkach. Nie o bohaterach. Nie o miłości. O Jajach.

— Jaja przyjdą, kiedy będziesz spał — mówiła łagodnie, poprawiając mi kołdrę. — Najpierw poczujesz smród. Potem usłyszysz szuranie. A potem będzie za późno.

— Mamo, boję się.

— I bardzo dobrze. Strach przedłuża życie.

— Mogę spać z tobą?

— Nie.

Piękne dzieciństwo. Rodzinne. Pełne wartości.

Po śmierci Matki znalazłem w jej rzeczach siedemnaście poradników wychowawczych. Żadnego nie przeczytała. Szanuję konsekwencję.

Zielony punkt na ekranie przesuwa się.

— Kurwa.

— POTWIERDZAM.

— Nie ciebie pytałem.

Punkt sunie ze śluzy w stronę korytarza transportowego.

— Uruchom zabezpieczenia antyjajeczne.

— KTÓRY POZIOM?

— Wszystkie.

— TO MOŻE SPOWODOWAĆ USZKODZENIE STATKU.

— Pierdziawisko przeżyło orgię dyplomatyczną z delegacją z Panny. Przeżyje Jajo.

— NIE POSIADAM DANYCH DOTYCZĄCYCH ORGII DYPLOMATYCZNEJ.

— I niech tak zostanie.

Światła przygasają. Gdzieś pode mną otwierają się metalowe grodzie. Uruchamia się Kombajn do Zbioru i Młócenia Jaj. Nazwa jest trochę myląca. Nic nie zbiera. Nic nie młóci. Peniliozzza uważał po prostu, że „Automatyczny System Neutralizacji Organizmów Wrogich Typu J” brzmi zbyt urzędowo. Kombajn działa bardzo prosto. Kiedy wykrywa Jajo, zamyka wszystkie przejścia, wypuszcza gaz usypiający, następnie zasysa intruza do komory i wyrzuca go w przestrzeń kosmiczną. Humanitarne. A właściwie jajitarne. Nie jestem potworem.

— URUCHOMIONO KOMBAJN.

— Pięknie.

— WYKRYTO CEL.

— Pięknie.

— GAZ UWOLNIONY.

— Pięknie.

— CEL ZNEUTRALIZOWANY.

— Kapitan Moooszna!

Podnoszę ręce.

— Kapitan jebany Moooszna!

Cisza. Lubię takie chwile.

Człowiek powinien celebrować swoje sukcesy. Wy, Ziemianie, mieliście z tym problem. Osiągaliście coś, po czym natychmiast patrzyliście, czy sąsiad nie osiągnął więcej. Kupowaliście samochód i martwiliście się, że ktoś ma większy. Kupowaliście dom i martwiliście się, że ktoś ma basen. Robiliście sobie usta, cycki, dupy, włosy, zęby, paznokcie i nosy, aż w końcu wszyscy wyglądaliście jak wariacje tej samej osoby, a potem wymarliście.

Kapitan Moooszna zna wartość samoakceptacji. Dlatego codziennie rano staję przed lustrem, patrzę na swoje dwa majestatyczne podbródki przypominające mosznę i mówię:

— Przystojny skurwysyn.

To działa. Siadam ponownie w fotelu. Terytorium Jaj rozciąga się przede mną. Jeszcze półtorej fazy i będę po drugiej stronie. Potem turbulencje. Potem Galaktyka Odbytu. Potem Czarna Dziura. Potem chwała albo śmierć. A jeśli chwała, to mam nadzieję, że bez przemówień. Ostatnim razem, kiedy dostałem medal, ceremonia trwała sześć godzin, ponieważ przedstawiciel Unii Międzygalaktycznej miał dziewięć ust i każde chciało coś powiedzieć.

Próbuję zasnąć. Nie mogę. Myślę o Kłaczku. Zostawiłem go w domu. I dobrze. Kłak jest moim pupilkiem, choć słowo „pupil” nie oddaje jego natury. Został wyhodowany z włosów z nosa pieszczocha, stworzenia wymarłego po epidemii depilacji totalnej. Ma wielkość ziemskiego kota, konsystencję mokrego swetra i inteligencję przeciętnego ministra kultury.

Nie mówi. Podskakuje. Kiedy jest szczęśliwy, podskakuje szybko. Kiedy jest smutny, wolno. Kiedy jest głodny, wpierdala meble. Kiedyś zjadł mi fotel. Peniliozzza pytał, po co mi coś takiego.

— To takie ludzkie, Moooszna — powiedział.

— Fascynuje mnie Ziemia.

— Ziemianie trzymali zwierzęta, które srały im w domach.

— Koty.

— I kochali je za to.

— Koty.

— A inne zwierzęta jadły własne wymiociny.

— Psy.

— I też je kochali.

— Psy.

Peniliozzza patrzył wtedy na mnie długo.

— Ziemianie byli popierdoleni.

— Byli samotni.

To go zamknęło. Czasem mówię coś mądrego. Nie lubię tego. Psuje wizerunek. Kłaczek przynajmniej nie sra. Nie posiada odbytu. Nie posiada też genitaliów, układu pokarmowego ani większości organów, które zwykle uważa się za przydatne do życia. Funkcjonuje dzięki fotosynoksie, procesowi, którego nie będę wyjaśniał, ponieważ sam go nie rozumiem.

Peniliozzza rozumie. Ale Peniliozzza rozumie wszystko. To bardzo irytująca cecha u atrakcyjnych mężczyzn. Inżynier Peniliozzza jest bowiem, muszę przyznać, kawałem ciacha. Wkurwia mnie to. Ma ciało smukłe, skórę błyszczącą jak polerowany metal i trzy sutki rozmieszczone z matematyczną precyzją. Nosi włosy zaczesane do tyłu, choć w próżni nie ma wiatru, więc jest to czysta próżność. Jego rasa posiada zdolność zmiany koloru oczu zależnie od emocji.

Niebieskie — spokój. Zielone — zainteresowanie. Czerwone — podniecenie. Fioletowe — kłamstwo. Przy mnie najczęściej ma fioletowe.

— Mówiłeś, że jestem przystojny.

Fiolet.

— Mówiłeś, że świetnie prowadzę.

Fiolet.

— Mówiłeś, że mój podbródek wygląda majestatycznie.

Fiolet.

Skurwysyn. Ale Pierdziawisko zbudował znakomicie.

Przesuwam palcem po ekranie i uruchamiam archiwum ziemskie. To moja słabość. Ziemia. Martwa planeta, która pozostawiła po sobie więcej śmieci niż wiedzy i więcej pornografii niż filozofii.

Kilka faz temu znalazłem niewielki dysk. Pięć gigabajtów. Śmieszna pojemność. Mój ekspres do kawy przechowuje więcej danych o temperaturze mleka. A jednak na tym dysku znajdował się fragment świata. Muzyka. Filmy. Książki. Zdjęcia. Dokumenty. Przepisy. Pornografia. Bardzo dużo pornografii. Nieproporcjonalnie dużo.

Przez pewien czas nasi naukowcy sądzili nawet, że Internet był ziemskim systemem reprodukcyjnym. Trudno ich winić. Na dysku znalazłem Lady Gagę, Rihannę, Nicki Minaj, przepisy na karkówkę, instrukcję rozliczenia podatku dochodowego, trzydzieści osiem zdjęć kota, kurs rosyjskiego i film zatytułowany „HOT STEPMOM NEEDS HELP WITH PLUMBING”. Obejrzałem. Hydrauliki tam niewiele. Peniliozzza odtworzył dane. Siedzieliśmy przez pół fazy przed ekranem, oglądając wymarły gatunek.

— Patrz — powiedziałem. — Tańczą.

— Dlaczego?

— Nie wiem.

— Czy to rytuał godowy?

— Możliwe.

— Dlaczego ten mężczyzna trzyma rękę na kroczu?

— Być może sprawdza, czy nadal ma Jaja.

Peniliozzza pobladł. Nie lubi tego słowa. Nikt nie lubi. Ziemianie natomiast używali go swobodnie.

„Ale jaja”.

„Robić sobie jaja”.

„Jaja jak berety”.

„Mieć jaja”.

Nie wiedzieli, z czym igrają. I być może właśnie dlatego wyginęli…

Wtedy rozlega się sygnał. Krótki. Cichy. Inny niż poprzednio.

Spoglądam na ekran. Zielony punkt. Jeden.

— Komputerze?

Cisza.

— Co to jest?

— NIE WIEM.

— Przecież Kombajn zneutralizował intruza.

— POTWIERDZAM.

— Więc dlaczego nadal widzę zielony punkt?

— NIE WIEM.

— Czy to awaria czujnika?

— PRAWDOPODOBIEŃSTWO: CZTERY PROCENT.

— Czy na pokładzie znajduje się druga forma życia?

Długa cisza. Nie lubię długich cisz. Długie cisze są jak wiadomości zaczynające się od „musimy porozmawiać”.

— ODPOWIEDŹ NIEJEDNOZNACZNA.

— Co to, kurwa, znaczy?

— CZUJNIKI WYKRYWAJĄ OBECNOŚĆ.

— Jaką obecność?

— NIEZNANĄ.

Punkt przesuwa się. Powoli. Dolny pokład. Korytarz. Winda. Patrzę, jak zbliża się do mojego poziomu.

— Zamknij windę.

— NIE MOGĘ.

— Zablokuj drzwi.

— NIE MOGĘ.

— Wyłącz zasilanie.

— NIE MOGĘ.

— Co ty w ogóle możesz?!

— MOGĘ ODTWORZYĆ MUZYKĘ.

Patrzę w sufit.

— Jaką?

— OSTATNIO ODTWARZANY UTWÓR: „BAD ROMANCE”.

— Nie.

Pierwsze dźwięki rozchodzą się po Pierdziawisku.

— WYŁĄCZ!

Muzyka cichnie. Winda jedzie w górę. Poziom drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Mój. Drzwi kokpitu znajdują się siedem metrów ode mnie. Nie mam broni. To znaczy mam, ale znajduje się w szafce trzy metry od drzwi, ponieważ profesor Bum uznała, że trzymanie miotacza plazmy przy fotelu pilota jest „nieodpowiedzialne”.

Dziękuję, profesor Bum. Jeżeli przeżyję, wyślę jej własne zwłoki pocztą. Rozlega się dźwięk windy. DING. Nienawidzę tego dźwięku. Drzwi windy otwierają się gdzieś na korytarzu.

Cisza.

Potem: szur. Przerwa. Szur. Przerwa. Szur.

— Mamo — szepczę.

_Synu, uważaj na Jaja._

— Wiem, kurwa.

Szur. Coś zbliża się do kokpitu. Podchodzę do szafki. Powoli. Jeszcze dwa kroki. Jeden. Otwieram. Miotacz plazmy. Biorę go do ręki. Ciężki. Piękny. Ziemianie mieli broń palną. Prymitywne urządzenia wyrzucające kawałki metalu z ogromną prędkością. My uznaliśmy, że skoro już trzeba kogoś zabić, dobrze byłoby przy okazji zrobić ładny efekt świetlny.

Miotacz zaczyna buczeć. Szur. Szur. Szur. Coś stoi za drzwiami. Czuję zapach. O Jezu Chryste. To również ziemskie wyrażenie. Nie wiemy dokładnie, kim był Jezus Chrystus. Z zachowanych materiałów wynika, że był synem Boga, cieślą, Żydem, królem, rewolucjonistą, blondynem, brunetem, białym, śniadym, przeciwnikiem bogactwa i jednocześnie patronem wielu niezwykle bogatych organizacji. Ziemia. Nie próbuj zrozumieć. Smród staje się mocniejszy. To Jajo. Na pewno. Palec kładę na spuście.

— Komputerze. Otwórz drzwi.

— CZY KAPITAN JEST PEWIEN?

— Nie.

— CZY MAM OTWORZYĆ?

— Tak.

— POTWIERDŹ.

— Otwieraj, pizdo!

— POLECENIE PRZYJĘTE.

Drzwi rozsuwają się. Strzelam. BŁYSK. Huk. Smród. Coś wrzeszczy.

— AAAAAAAAA!

— AAAAAAAAA! — wrzeszczę również, bo sytuacja tego wymaga.

Strzelam drugi raz.

— PRZESTAŃ, TY PIERDOLNIĘTY DEBILU!

Zamieram. Jaja nie mówią. To podstawowa wiedza. Jaja wyją. Charczą. Bulgotają. Czasem wydają dźwięk podobny do mokrego klapka odklejanego od podłogi basenu. Ale nie mówią. Przede mną stoi istota. Wysoka. Obślizgła. Włochata. Zielonkawa. Kształtem przypomina Jajo, gdyby Jajo poszło na siłownię, zrobiło doktorat i zaczęło gardzić resztą Jaj. Dymi jej lewe ramię. Patrzy na mnie. Ja patrzę na nią. Ona na miotacz. Ja na jej włosy. Ona na moje podbródki.

— Nie jestem Jajem — mówi.

Robię krok do tyłu.

— Jajo mówi.

— Powiedziałem, że nie jestem Jajem.

— Jajo twierdzi, że nie jest Jajem.

— Bo nie jestem.

— Typowe dla Jaja.

Istota przewraca oczami. Jajo przewraca oczami. Pierwszy raz widzę coś takiego.

— Posłuchaj mnie, Moooszno.

Zimno przechodzi mi po plecach.

— Skąd znasz moje imię?

— Wszyscy znają Kapitana Mooosznę.

Od razu czuję się lepiej.

— No.

— Jesteś idiotą.

Gorzej.

— Terrorystą.

Jeszcze gorzej.

— Alkoholikiem.

Bez przesady.

— I podobno przeleciałeś ambasadora z Wagi podczas szczytu pokojowego.

— To była dyplomacja.

— Ambasador miał dziewięćdziesiąt faz.

— Miłość nie zna wieku.

— Był w śpiączce.

— Obudził się.

Istota milknie. Nie ma argumentu. Kapitan Moooszna jeden. Jajo zero.

— Po co tu jesteś? — pytam.

— Ostrzec cię chcę.

— Przed Jajami?

— Przed Dziurą.

Uśmiech znika mi z twarzy.

— Co wiesz o Czarnej Dziurze?

Istota patrzy w stronę przedniej szyby. W oddali, za Terytorium Jaj, przestrzeń rzeczywiście wydaje się ciemniejsza.

— To nie jest zwykła Czarna Dziura.

— Wiem.

— Nie wiesz.

— Wiem, że nie wiem.

— To akurat pierwszy inteligentny komentarz, jaki od ciebie usłyszałem.

Podnoszę miotacz.

— Uważaj.

— Bo co? Zastrzelisz mnie trzeci raz?

— Jeżeli będzie trzeba.

— Nie będzie.

— Skąd wiesz?

Istota uśmiecha się. Nie podoba mi się ten uśmiech. Ma za dużo zębów.

— Bo potrzebujesz mnie żywego.

— Do czego?

Podchodzi bliżej. Cofam się.

— Stój.

Nie staje.

— Powiedziałem: stój.

Jeszcze krok.

— Jajo, kurwa!

Istota zatrzymuje się. Jej twarz drga.

— Ostatni raz, Moooszno. Nie jestem Jajem.

— To czym jesteś?

Cisza. Statek leci. Gwiazdy przesuwają się za szybą. Gdzieś daleko Dupsko świeci jak mały, złoty pryszcz na czerni Wszecha. Istota pochyla się ku mnie.

— Jestem Jądrem.

Patrzę. Mrugam.

— Czym?

— Jądrem.

— O rzesz w Dupsko.

Miotacz wypada mi z ręki. W całym Wszechu istnieje kilka rzeczy, których Kapitan Moooszna naprawdę się boi.

Jaj. Kontroli skarbowej. Trzeźwości. I Jąder. Ponieważ Jaja są głupie. Jądra nie. Jądra dowodzą Jajami. Jądra myślą. Jądra planują. Jądra potrafią wejść do organizmu żywiciela i przejąć kontrolę nad jego układem nerwowym. Jądra są powodem, dla którego połowa Terytorium Jaj została objęta kwarantanną. A jedno z nich właśnie stoi na moim statku.

— Jak dostałeś się na Pierdziawisko?

— Sam mnie wpuściłeś.

— Kłamiesz.

— Przeleciałem przez śluzę razem z Jajami.

— Kombajn.

— Zabrał Jajo.

— A ciebie?

Uśmiecha się.

— Nie wykrył.

Patrzę na zielony punkt na ekranie. Rozumiem. Pierwszy alarm. Jajo. Drugi sygnał. Jądro.

— Czego chcesz?

— Ciebie.

— Oczywiście.

Poprawiam włosy.

— Nie w tym sensie.

— A.

Trochę szkoda. Jądro robi jeszcze jeden krok.

— Moooszno, zawróć statek.

— Nie.

— Nie leć do Galaktyki Odbytu.

— Muszę.

— Nie.

— Mam misję.

— Zginiesz.

— Wiele razy ginąłem.

— Nie.

Patrzy mi prosto w oczy.

— Tym razem nie będzie czego wskrzesić.

Przez chwilę robi się naprawdę poważnie. Nie lubię, kiedy moja historia robi się poważna. Poważność jest pierwszym objawem literatury wysokiej, a stamtąd już tylko krok do nagrody, wywiadów i odpowiadania na pytanie, co autor miał na myśli. Ja wiem, co mam na myśli. Zwykle dupę.

— Co znajduje się w Dziurze? — pytam.

Jądro milczy.

— Co tam jest?

— Nie „co”.

— Więc kto?

Jego źrenice rozszerzają się.

— Jeszcze nie wiem.

— To po chuj mnie straszysz?

— Bo Dziura się otwiera.

— Czarne Dziury się nie otwierają.

— Ta się otwiera.

— Na co?

— Nie wiem.

— Znowu.

— Ale wiem jedno.

Jądro podchodzi tak blisko, że czuję jego oddech. Pachnie miętą. Dziwne. Spodziewałem się gówna.

— Kiedy się otworzy — mówi — cały znany Wszech może zostać wciągnięty do środka.

Milczę.

— Galaktyka Analna?

— Tak.

— Panna?

— Tak.

— Byk?

— Tak.

— Pizza Cztery Sery?

— Tak.

— Bliźniaki?

— Tak.

— Magazyny wódki na Alfie?

Jądro wzdycha.

— Tak, Moooszno. Również wódka.

Patrzę mu prosto w oczy. Teraz sprawa jest osobista.

— To skurwysyństwo.

— Dlatego musisz zawrócić.

— Właśnie dlatego nie zawrócę.

Jądro marszczy czoło.

— Nie rozumiesz.

— To ty nie rozumiesz.

Podnoszę miotacz. Nie celuję w niego. Opieram go o ramię. Kapitan Moooszna odzyskuje majestat.

— Jeśli coś chce zniszczyć Wszech, ma prawo próbować. Jeśli chce pożreć Galaktykę Analną, może spróbować. Jeśli chce zabić mnie, niech stanie w kolejce.

Podchodzę do fotela dowódcy.

— Ale jeśli chce zniszczyć dwieście czterdzieści siedem ostatnich butelek ziemskiej wódki…

Włączam napęd maksymalny. Pierdziawisko drży. Silniki ryczą. Alarmy wyją. Jądro chwyta się ściany.

— ...to właśnie popełniło największy błąd swojego jebanej egzystencji.

— Moooszno!

— Kierunek: Galaktyka Odbytu!

— MOOOSZNO, NIE!

— Pełna moc!

Pierdziawisko wystrzeliwuje naprzód. Terytorium Jaj eksploduje przede mną tysiącem świateł. Jądro przeklina. Komputer informuje, że przeciążenie silnika wynosi sto trzydzieści procent. A ja się uśmiecham. Bo Kapitan Moooszna może być idiotą. Może być narcyzem. Może mieć problemy z alkoholem, autorytetami, podatkami, monogamią i rozumieniem podstawowych zasad bezpieczeństwa. Ale jednej rzeczy nie można mu zarzucić. Kapitan Moooszna nigdy nie zostawia roboty niedokończonej. No, chyba że chodzi o seks oralny. Wtedy różnie bywa.

Jądro patrzy na mnie z przerażeniem.

— Ty naprawdę jesteś pojebany.

— Dziękuję.

— To nie był komplement.

— Za późno.

I wtedy światła gasną. Całe Pierdziawisko pogrąża się w ciemności. Silniki milkną. Komputer milknie. Nawet alarmy milkną. Po raz pierwszy od wielu faz statek jest całkowicie cichy.

— Co zrobiłeś? — szepcze Jądro.

— Nic.

— Moooszno…

— Tym razem naprawdę nic.

Za przednią szybą pojawia się światło. Nie gwiazda. Nie planeta. Nie statek. Coś ogromnego przesuwa się przez przestrzeń przed nami. Najpierw widzę tylko kontur. Potem włosy. Potem następny. I następny. Setki. Tysiące. Jądro cofa się od szyby.

— O nie.

— Co?

Nie odpowiada.

— Co to jest?

Pierwsze stworzenie obraca się w naszą stronę. Ogromne. Włochate. Obślizgłe. Jajo. Za nim drugie. Trzecie. Setne. Całe Terytorium przed nami zaczyna się poruszać. To nie asteroidy. To nie planety. To Jaja. Miliony Jaj. A wszystkie patrzą na Pierdziawisko.

— Moooszno — mówi Jądro. — Chyba właśnie obudziłeś Gniazdo.

Przełykam ślinę. Głos Matki wraca po raz ostatni.

_Synu, uważaj na Jaja._

— Mamo — szepczę — trzeba było, kurwa, powiedzieć, że jest ich aż tyle.Gniazdo

Miliony Jaj. Nie przesadzam. Miliony.

Jeśli ktoś kiedykolwiek powiedział ci, że „strach ma wielkie oczy”, to znaczy, że nigdy nie widział miliona Jaj lecących jednocześnie w jego stronę. Ja widzę. I muszę przyznać, że wyglądają gorzej, niż sobie wyobrażałem.

Pierwsze suną przez przestrzeń jak wielkie, włochate meteoryty. Drugie obracają się wokół własnej osi. Trzecie skaczą między nimi, jakby prawa fizyki były jedynie luźną sugestią. Niektóre są zielone. Inne brunatne. Kilka ma kolor, którego nie potrafię nazwać bez obrażenia czyjejś matki.

Wszystkie śmierdzą. Próżnia nie przenosi zapachu. Wiem. One też powinny to wiedzieć. Nie wiedzą. Smród wdziera się przez filtry statku, wentylację, ekrany, przewody, zamknięte grodzie i prawdopodobnie pamięć genetyczną.

— O kurwa — mówię.

Jądro patrzy na mnie.

— Teraz rozumiesz?

— Nie.

— Nie?

— Nadal nie wiem, dlaczego jest ich tyle.

— Bo to Gniazdo.

— To już mówiłeś.

— Nie. Powiedziałem, że je obudziłeś.

— A czym dokładnie jest Gniazdo?

Jądro długo milczy. To zaczyna mnie denerwować. Każda istota, która wie coś ważnego, zawsze milczy przed odpowiedzią. Profesorowie tak robią. Lekarze tak robią. Urzędnicy tak robią. Nawet Peniliozzza tak robi, kiedy pytam, ile będzie kosztować naprawa. To chwyt teatralny. Nie znoszę go.

— No? — ponaglam.

— Gniazdo to nie miejsce.

— Świetnie.

— To organizm.

— Jeszcze lepiej.

— Całe Terytorium Jaj jest jednym organizmem.

Patrzę na niego.

— Nie.

— Tak.

— Nie.

— Moooszno.

— Nie.

— To fakt.

— To głupi fakt.

Jądro wzdycha.

— Jaja nie są osobnymi istotami w takim sensie, jak myślisz. To części większej struktury. Każde Jajo jest czymś w rodzaju komórki.

— Czyli całe Terytorium…

— Jest ciałem.

— A Jaja?

— Tkanką.

— A ty?

Jądro robi minę człowieka, który właśnie żałuje, że rozpoczął rozmowę.

— Mózgiem.

Milczę.

Po chwili wybucham śmiechem.

— Ty?

— Tak.

— Mózgiem?

— Tak.

— Tego?

Wskazuję szybę. Za nią kilka milionów Jaj właśnie wpada na siebie i odbija się jak pijani goście weselni podczas oczepin.

— Tak.

Śmieję się jeszcze głośniej.

— Wszech ma poczucie humoru.

— Zamknij się.

— Przepraszam. Naprawdę. To bardzo poważne.

Próbuję się uspokoić. Nie potrafię.

— Mózg Jaj.

— Moooszno.

— Jądro-Mózg.

— Zamknij mordę.

— Dobrze.

Milczę przez siedem sekund. To dużo.

— Czyli jak jesteś mózgiem, to czemuś taki głupi?

Jądro rzuca się na mnie. Odsuwam się. Niepotrzebnie. Nie atakuje. Łapie za panel sterowania.

— Musimy odzyskać zasilanie!

— Kapitan wydaje rozkazy na Pierdziawisku.

— Więc wydaj jakiś użyteczny.

— Komputerze, odzyskaj zasilanie.

Cisza.

— Widzisz?

— Widzę, że jesteś idiotą.

— To nie jest użyteczne.

Pierwsze Jajo uderza w kadłub. BUM. Pierdziawisko drży. Drugie. BUM. Trzecie. BUM.

— Kurwa.

— To dopiero zwiad.

— Zwiad?!

— Najmniejsze osobniki.

Patrzę za szybę. Jedno z „najmniejszych” Jaj ma rozmiar niewielkiego księżyca.

— Wasza skala jest trochę pojebana.

— Nasza?

— Twoja rasa.

— Nie nazywaj ich moją rasą.

— Przed chwilą powiedziałeś, że jesteś ich mózgiem.

— To skomplikowane.

— Nie lubię skomplikowanych rzeczy.

— Wiem.

— Lubię proste.

— Wódkę?

— Właśnie.

Znów uderzenie. Tym razem mocniejsze. Pierdziawisko przechyla się. Lecę na ścianę. Jądro wpada na mnie. Przez chwilę leżymy razem na podłodze. Jego twarz znajduje się kilka centymetrów od mojej. Patrzymy na siebie.

— Zła chwila? — pytam.

— Bardzo.

— Pytam dla pewności.

— Moooszno…

— Dobrze.

Odsuwam go. Wstaję. Kolejne uderzenie. Alarmy nagle wracają. Wszystkie naraz. Światła zapalają się na czerwono. Komputer budzi się jak urzędnik pięć minut przed końcem pracy.

— ALARM, PIZDO, ALARM!

— Peniliozzza.

— ALARM, PIZDO, ALARM!

— Wyłącz ten komunikat!

— JESTEŚ ATAKOWANY PRZEZ JAJA.

— ZAUWAŻYŁEM!

— PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRZEŻYCIA: SIEDEM PROCENT.

— Ile?!

— PO KOREKCIE: CZTERY.

— Przestań korygować!

Jądro odpycha mnie od panelu.

— Daj mi sterowanie.

— Nie.

— Moooszno, jeśli nie zrobisz tego teraz, zginiemy.

— Pierdziawisko słucha tylko mnie.

— To zmień autoryzację.

— Nie wiem jak.

— Oczywiście.

— Peniliozzza wie.

— Gdzie on jest?

— W Galaktyce Analnej.

— To go wezwij!

Patrzę na ekran. Łączność działa. Trochę. Pojawia się obraz. Najpierw szumy. Potem plamy. Potem czyjś tyłek.

— Peniliozzza?

Obraz przesuwa się. To rzeczywiście on. Leży na czymś przypominającym leżak. Obok niego stoją dwa drinki i trzy istoty z Panny.

— Moooszno? — mówi z irytacją. — Wiesz, która faza?

— Gówno mnie obchodzi, która faza!

— Mnie obchodzi.

— Mam Jaja!

Peniliozzza mruży oczy.

— Gratuluję.

— Na statku!

Siada.

— Co?

— Jaja atakują Pierdziawisko!

— Ile?

Patrzę na szybę.

— Dużo.

— „Dużo” to jednostka?

— Miliony!

Peniliozzza zrywa się. Jedna z istot z Panny spada z leżaka.

— Gdzie jesteś?

— Na Terytorium Jaj.

— Po chuj?!

— Bo tędy szybciej.

Peniliozzza patrzy w kamerę. Nie mówi nic. Nie musi. Jego twarz wyraża wszystko.Rozczarowanie. Ból. Pogardę. I coś jeszcze. Może głód.

— Ostrzegałem cię — mówi.

— Nie pamiętam.

— Bo byłeś pijany.

— To nie jest argument. Wtedy najwięcej pamiętam.

Jądro wchodzi w kadr. Peniliozzza zamiera.

— Co to jest?

— Jądro.

— Widzę.

— Mówi, że jest mózgiem Jaj.

Peniliozzza blednie. Potem robi rzecz, której nigdy wcześniej u niego nie widziałem. Krzyżuje palce. Ziemski gest.

— Moooszno, słuchaj mnie bardzo uważnie.

— Słucham.

— Nie dotykaj go.

Patrzę na Jądro.

— Trochę za późno.

Peniliozzza zamyka oczy.

— Dotknąłeś?

— Wpadł na mnie.

— Gdzie?

— Co gdzie?

— Gdzie cię dotknął?!

— Wszędzie.

— MOOOSZNO!

— No co?!

— Jądra przenoszą zarodniki.

Patrzę na Jądro. Jądro patrzy na mnie.

— Nie powiedziałeś.

— Nie pytałeś.

— O takich rzeczach się mówi!

— To niegroźne.

Peniliozzza zaczyna krzyczeć.

— NIEGROŹNE?! Jądro może stworzyć Gniazdo w ORGANIZMIE!

Milczę. To jedno z tych zdań, po których człowiek żałuje, że posiada wyobraźnię.

— Gdzie? — pytam.

Peniliozzza milczy.

— Peniliozzza.

— Zależy od drogi zakażenia.

— Jakiej drogi?

— Skóra, śluzówki, układ pokarmowy…

— A tyłek?

Peniliozzza patrzy na mnie z rezygnacją.

— Zwłaszcza tyłek.

Chwytam się za pośladki.

— O nie.

Jądro przewraca oczami.

— Nic ci nie jest.

— Skąd wiesz?

— Bo nie chciałem cię zarazić.

— A jakbyś chciał?

— Już byś wiedział.

— Po czym?

— Nie pytaj.

— Pytam.

— Moooszno.

— Pytam!

Jądro podchodzi i szepcze mi coś do ucha. Moja twarz tężeje.

— O.

Peniliozzza patrzy z ekranu.

— Powiedział?

— Tak.

— Rozumiesz?

— Tak.

— Dobrze.

— Wolałem nie rozumieć.

Kolejne uderzenie. Panel eksploduje iskrami. Łączność zanika. Peniliozzza znika.

— Świetnie — mówię.

— Musimy zejść niżej.

— Po co?

— Ręczne sterowanie napędem.

— Nie.

— Dlaczego?

— Maszynownia.

— I?

— Jest daleko.

Jądro patrzy na mnie.

— Statek jest atakowany przez miliony Jaj.

— Wiem.

— Zaraz nas rozszarpią.

— Wiem.

— A ty nie chcesz zejść dwie kondygnacje, bo jest daleko?

— Schody.

— Jest winda.

— Nie ufam windom podczas ataku.

— Możemy zginąć.

— Możemy też się zmęczyć.

Jądro bierze mnie za kołnierz.

— Rusz dupę.

Patrzę mu w oczy.

— Tak się nie mówi do Kapitana.

— Rusz swoją majestatyczną, historyczną, międzygalaktyczną dupę.

— Lepiej.

Biegniemy. Korytarz Pierdziawiska trzęsie się jak tania pralka na wirowaniu. Światła migają. Z sufitu sypią się kawałki izolacji. Na ścianach wiszą stare plakaty. Jeden przedstawia Galaktykę Analną z hasłem: NIE ŚMIEĆ. WSZECH TO NIE ZIEMIA. Drugi: JEDNO JAJO TO O JEDNO ZA DUŻO. Przy trzecim zatrzymuję się.

— Moooszno!

— Chwila.

To reklama starej kampanii zdrowotnej. BADAJ JĄDRA. NIE KAŻDE JEST TWOJE. Patrzę na Jądro.

— Przypadek.

— Ruszaj!

Biegniemy dalej. Winda nie działa. Oczywiście. Schody. Nienawidzę schodów. Na trzecim stopniu łapię zadyszkę.

— Ile masz lat? — pyta Jądro.

— Osiemset faz.

— To dużo?

— Dla mnie nie.

— Dla twoich płuc chyba tak.

— Kapitan Moooszna nie ma słabych płuc.

— Sapiesz.

— To bojowe oddychanie.

Docieramy do pokładu technicznego. Tam smród staje się mocniejszy. Zatrzymuję się.

— Czujesz?

Jądro także staje.

— Tak.

— To wy.

— Nie.

— Jak nie?

— To nie Jaja.

— Pachnie jak Jaja.

— Gorzej.

— Co jest gorsze od Jaj?

Jądro odwraca głowę. Na końcu korytarza coś się porusza. Małe. Obślizgłe. Włochate. Przypomina Jajo wielkości arbuza. Potem drugie. Trzecie. Dziesiąte. Wychodzą z wentylacji.

— O ja pierdolę.

— Larwy.

— Jakie larwy?!

— Gniazdo próbuje wejść do statku.

— One się rozmnażają?!

— Wszystko się rozmnaża.

— Nie wszystko powinno.

Pierwsza larwa skacze. Jądro robi unik. Larwa trafia mnie w pierś.

— AAAAAAAAA!

Zrzucam ją. Kopie. Ślizga się po podłodze. Wstaje. Patrzy na mnie. Ma jedno oko.

— Obrzydliwe.

Larwa piszczy.

— Nie obrażaj jej.

— Przed chwilą chciała mnie zjeść!

— Jest młoda.

— Młodość nie usprawiedliwia wszystkiego.

Druga skacze. Kopię ją. Odlatuje. Trzecia. Czwarta. Nagle mamy ich dziesiątki.

— Do maszynowni! — krzyczy Jądro.

Biegniemy. Larwy za nami. Jedna przyczepia mi się do nogawki.

— ZDEJMIJ TO!

Jądro odrywa ją.

— Trzymaj.

— Co?

Wciska mi larwę w ręce. Piszczy. Patrzę na nią. Ona na mnie.

— Co mam z tym zrobić?

— Wyrzuć.

— Gdzie?

— Nie wiem!

— To po co mi ją dałeś?!

Larwa gryzie mnie w rękę.

— AAAAAAAAA!

Rzucam nią o ścianę.

— Pojebane dziecko!

— Nie dramatyzuj.

— Ugryzło Kapitana Mooosznę!

— Przeżyjesz.

— Zostanie blizna!

— Masz ich trzydzieści.

— Każda ma historię!

— Ta też będzie miała!

Wpadamy do maszynowni. Zamykam drzwi. Larwy uderzają z drugiej strony. Pyk. Pyk. Pyk. Nie brzmi groźnie. To najgorsze. W maszynowni ciemno. Tylko reaktor pulsuje niebieskim światłem. Podchodzę do konsoli.

— Ręczny zapłon.

— Znasz procedurę? — pyta Jądro.

— Oczywiście.

Nie znam. Ale nie może wiedzieć. Otwieram panel. W środku znajduje się dwadzieścia przycisków. Każdy czerwony. Peniliozzza. Skurwysyn.

— Który?

Jądro patrzy.

— Mnie pytasz?

— Jesteś mózgiem.

— Jaj.

— To teraz bądź mózgiem przycisków.

Uderzenie. Cały statek drży. Reaktor gaśnie na sekundę.

— Moooszno, szybko!

Przypominam sobie coś. Peniliozzza kiedyś mówił: „Jeśli wszystko padnie, wciskasz ten największy.”

Patrzę. Wszystkie są takie same.

— Peniliozzza, ty chuju.

— Wybierz.

— Intuicja.

— To mnie właśnie przeraża.

Zamykam oczy. Wciskam przycisk. Nic. Drugi. Nic. Trzeci. Rozlega się syrena.

— AUTODESTRUKCJA AKTYWOWANA.

Otwieram oczy.

— Nie ten.

Jądro patrzy na mnie.

— Wyłącz.

— Próbuję.

— ILE CZASU?!

Komputer odpowiada:

— DZIESIĘĆ.

— Dziesięć czego?!

— DZIEWIĘĆ.

— MOOOSZNO!

— OSIEM.

Wciskam wszystko.

— SIEDEM.

— Kurwa!

— SZEŚĆ.

Jądro też zaczyna wciskać.

— PIĘĆ.

— Nie dotykaj!

— CZTERY.

— Właśnie dotykaj!

— TRZY.

Nagle gasną czerwone światła. Cisza. Potem komputer mówi:

— AUTODESTRUKCJA ANULOWANA.

Oboje stoimy bez ruchu.

— Wiedziałem — mówię.

Jądro uderza mnie w twarz.

— Za co?!

— Profilaktycznie.

Reaktor nagle ryczy. Silniki wracają. Pierdziawisko rusza. Tak gwałtownie, że obaj lądujemy na podłodze. Larwy za drzwiami piszczą. Potem wszystkie lecą w stronę rufy. Statek przyspiesza. Jedno Jajo. Drugie. Setki. Zostają za nami. Uśmiecham się.

— Kapitan Moooszna.

— Nie zaczynaj.

— Kapitan Moooszna!

— Moooszno.

— Kapitan Moooszna uratował…

Wtedy przed nami otwiera się coś ogromnego. Nie Czarna Dziura. Jeszcze nie. Przestrzeń. Jakby pękła. Z ciemności wyłania się olbrzymia, czarna ściana. Nie ma końca. Nie ma początku. Zasłania gwiazdy. Jądro przestaje oddychać.

— Co to jest?

Nie odpowiada.

— Jądro.

Milczy.

— Co. To. Jest.

Patrzy przed siebie. Po raz pierwszy naprawdę się boi.

— Granica Gniazda.

— Czyli jesteśmy bezpieczni?

— Nie.

— Jak to nie?

— Bo za nią zaczyna się Galaktyka Odbytu.

Uśmiecham się.

— Czyli prawie na miejscu.

Jądro odwraca się do mnie.

— Moooszno, jest jeszcze coś.

— Oczywiście.

— Czego ci nie powiedziałem.

— Oczywiście.

— Czarna Dziura nie tylko rośnie.

— Oczywiście.

— Ona coś wyrzuca.

— Energię.

— Nie.

— To co?

Jądro patrzy na mnie długo.

— Planety.

Milczę.

— Jakie planety?

— Nowe.

— Niemożliwe.

— Jedna pojawiła się sto jedenaście faz temu.

Przypominam sobie archiwa. Planeta X.

— X.

— Tak.

— To ona wyszła z Dziury?

— Tak.

— A teraz?

Jądro zaciska szczękę.

— Teraz wychodzi coś większego.

— Planeta?

— Nie wiem.

— Gwiazda?

— Nie wiem.

— Coś żywego?

Milczy. To wystarcza. Patrzę na czarną ścianę. Pierdziawisko mknie prosto ku niej. Za plecami mamy miliony Jaj. Przed sobą Galaktykę Odbytu. A gdzieś w jej centrum Czarną Dziurę, która zaczęła rodzić.

— No dobrze — mówię.

Jądro patrzy na mnie.

— Co?

— Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego nikt inny nie chciał tej misji.

I wtedy przebijamy się przez Czarną Ścianę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij