Facebook - konwersja
Kapitańskie tango. Morskie opowieści dla dorosłych - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Kapitańskie tango. Morskie opowieści dla dorosłych - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-948321-9-3
Język:
Polski
Data wydania:
20 stycznia 2019
Rozmiar pliku:
5,1 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
34,90
Cena w punktach Virtualo:
3490 pkt.

Kapitańskie tango. Morskie opowieści dla dorosłych - opis ebooka

Niecodzienne i niepoprawne wspomnienia doświadczonego kapitana żeglugi wielkiej. 40 lat na statkach handlowych, pod polską i obcą banderą. Zmagania z urzędnikami, wyrwanie się zza żelaznej kurtyny, różnice kulturowe w kontaktach z lokalesami. W tle wielka polityka i małe ludzkie interesy. Ale też sztormy, piraci, narkotyki, wino i hiszpańskie dziewczyny. I rozważania, czym dziś jest morze dla marynarza? Czy jest miejsce na romantyzm tej profesji, czy pozostały tylko handlowe interesy wielkich spedytorów?

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pragnę podziękować gorąco wszystkim, którzy nakłonili mnie do spisania tych wspomnień. Dziękuję Julii, która wymusiła na mnie kiedyś na lotnisku w Gdańsku obietnicę, że napiszę. Mojej żonie i Kamili za to, że ustawicznie wierciły mi dziurę w brzuchu, mówiąc, że wręcz mam taki obowiązek. Naszym przyjaciołom – szczególnie Misi, Hani, Beacie z Witkiem, Ani – żonie Maćka, samemu Maćkowi, Ewie – szwagierce i wielu innym niewymienionym tutaj z imienia. To presja i zachęta z ich strony spowodowały, że zmobilizowałem się, przejrzałem stare książeczki żeglarskie i poprzez nazwy statków, na jakich żeglowałem, spróbowałem opisać tę część wydarzeń, która wydawała mi się ciekawsza od innych – standardowych, rutynowych przygód morskich opisanych wcześniej przez wielu.

Marysieńce, mojej ukochanej żonie, szczególnie gorące podziękowania za cierpliwość, wyrozumiałość, pobłażliwość i tolerancję podczas pisania.

Wszystkim kolegom, przyjaciołom i znajomym, którzy odnajdą siebie w tych wspomnieniach – wielkie dzięki za wyrozumiałość, bo pozwoliłem sobie użyć ich imion bez uprzedniej zgody. Firmom, dla których pracowałem, a których nazwy przytaczam – równie ciepłe podziękowania.

Odrębne podziękowania składam Kasi i Adamowi, bez których inicjatywy i pomocy tej książki by nie było.ZAMIAST WSTĘPU

Mówi się coraz częściej, że zawód marynarza, a szczególnie kapitana, zatracił dzisiaj cały swój urok. Gdzie się podziały dawne przygody, romantyczne klimaty towarzyszące odkrywaniu nieznanych lądów, poznawaniu ludzi różnych ras i kultur? Wszechpotężna biurokracja zawładnęła w końcu również światem ludzi morza i zrobiła z nas zwykłych urzędasów. Check-listy, raporty, rozliczenia i tony innych, bezużytecznych papierów – to coś, co stanowi przeważającą część obowiązków współczesnego kapitana. Nastąpiło, niestety, odwrócenie pojęć. Sztuka nawigacji, doświadczenie morskie, szacunek do sił natury i żywiołu, jakim jest morze, zeszły na dalszy plan. Często ważniejsze są słupki i miesięczne raporty z danymi z sufitu, byle tylko wysłane w porę, czyli na koniec miesiąca. Ludzie morza nie mają na to wpływu, muszą się dostosować do nowych przepisów, konwencji, zmian w prawie morskim. Rodzą się pytania: Jak żyć, jak dalej funkcjonować na morzu? Czy faktycznie nasza profesja zatraciła ten specyficzny klimat, jaki towarzyszył jej przez setki lat? Adventures, unknown, discoveries – wszystko to, co było związane z zawodem żeglarza w epoce Kolumba, Magellana, Cooka, Conrada – gdzie to wszystko się dzisiaj podziało?

Orałem morza i oceany przez 40 lat, w tym prawie 30 jako kapitan. Byłem świadkiem zmian, jakie zachodziły w sposobie uprawiania żeglugi i zawodzie marynarza. A były to zmiany olbrzymie, bo nowe technologie wręcz zrewolucjonizowały sztukę nawigacji, telekomunikację i całą dziedzinę morską. Plusy dodatnie – cytując klasyka – są ogromne. Plusy ujemne – też spore. Wielu bezgranicznie ufa nowoczesnej technice. Mapy elektroniczne, GPS-y, satelitarne systemy łączności oraz coraz powszechniejszy dostęp do internetu na pełnym morzu są dziś standardem na większości statków. Jednak zdarzają się sytuacje, w których elektronika przestaje działać i jedynym sposobem na określenie pozycji jest, już prawie całkiem zapomniana, astronawigacja. Przerabiałem to dwukrotnie w ciągu ostatnich 10 lat na Pacyfiku: idąc z Chile do Hongkongu i z Alaski do Chin. Anteny, kable i odbiorniki GPS, faksymili pogodowych i łączności satelitarnej uległy zniszczeniu po przejściu gwałtownego szkwału i uderzeniu pioruna, zaledwie dobę po wyjściu z portu. Prawie trzy tygodnie żeglugi odbyło się w oparciu o pozycję z gwiazd; z braku satelity do łask wróciły stara radiokataryna¹ i radioteleks. Jakby nieco bardziej romantycznie się wówczas zrobiło – młodzi filipińscy i birmańscy oficerowie uczyli się, jak trzymać sekstans, starszy oficer rżnął głupka, udając, że to potrafi, a stary sam musiał łapać gwiazdy o świcie i o zmierzchu oraz słońce w kulminacji, zanim nauczył swoich nawigatorów tej pięknej sztuki. Była przygoda i były klimaty romantyczne, dwa w jednym na środku oceanu, na statku wyposażonym w najnowocześniejszy sprzęt.

Inny przykład. Tajfun Megi, Morze Południowochińskie, październik 2010 roku. Mapki pogodowe, prognozy i ostrzeżenia ze stacji brzegowych, świetny software do analizy i prognozowania pogody z możliwością pobierania najświeższych danych ze światowych baz stacji meteo – słowem wszystko, by móc rzetelnie ocenić sytuację i bezpiecznie ominąć tajfun. Wyszliśmy z Hongkongu, wiedząc, że Megi zmierza ku wybrzeżom Wietnamu. Takie były wszystkie prognozy i ostrzeżenia przed tajfunem, to samo wynikało z analizy map pogodowych uaktualnianych co sześć godzin. Szczęśliwie dla nas następny port był w Korei, więc większego problemu nie było, tajfun szedł na zachód, my na północny-wschód, przez Cieśninę Tajwańską. A jednak prognozy, analizy, symulacje, ostrzeżenia ze stacji brzegowych Chin, Hongkongu, Tajwanu i Wietnamu miały okazać się totalnie bezużyteczne. Tajfun skręcił nagle na NNE (północno-północny wschód) i zanim satelity zorientowały się w sytuacji i przekazały nowe mapy i ostrzeżenia, minęło kilka godzin.

I tutaj ponownie wracamy do źródeł… Przygoda, coś ekstra, romantyka zawodu. Na długo przed odebraniem skorygowanych ostrzeżeń i map pogodowych, zawróciliśmy z Cieśniny, z niemałym trudem wykonując zwrot o 180 stopni, by położyć się na kurs w stronę wybrzeża Wietnamu, czyli tam, gdzie teoretycznie szła piękna Megi. Stara szkoła – co pół godziny sprawdzanie barometru, kierunku i siły wiatru itp. – czyli wiedza, jak unikać najgorszego w tajfunie, którą posiadali już żeglarze w XIX wieku, pozwoliła na wyjście z prawdziwego piekła z drobnymi tylko uszkodzeniami. Nie wiem, czy wyszlibyśmy z tego w ogóle, gdybyśmy się zdecydowali dalej wierzyć prognozom i ostrzeżeniom, zanim zostały one poprawione sześć godzin później. Z pewnością było całkiem romantycznie i przygodowo też…

Mapki zamieszczone poniżej pokazują różnice w oficjalnych prognozach, jakie pojawiły się w ciągu 12 godzin.

Trasa tajfunu Megi – prognoza podana w ramach ostrzeżeń przed tajfunem. Przy pozycjach podano datę i godzinę w czasie uniwersalnym (Greenwich Mean Time).

Drastyczna zmiana trasy tajfunu Megi w następnym ostrzeżeniu oraz prognoza trasy nowego sztormu tropikalnego nazwanego Sixteen, który wkrótce urósł do rangi tajfunu.

Supertajfun Megi (Juan)

Tajfun (skala JMA)

Kategoria 5 (skala Saffira-Simpsona)

Początek

12 października 2010

Koniec

24 października 2010

Siła wiatru

230 km/h, w porywach do 295 km/h

Najniższe ciśnienie

885 milibarów

Straty w ludziach

ofiary śmiertelne: 69

osoby uznane za zaginione: 4

Straty materialne

709 milionów dolarów

Bilans tajfunu Megi

Wszystkie wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe i miały miejsce w rzeczywistości. Ludzie i statki – również. Z oczywistych względów, z uwagi na elementarną przyzwoitość i elegancję, nie podaję nazwisk ludzi ani nazw statków i firm żeglugowych (poza nielicznymi wyjątkami). Imiona i ksywy są prawdziwe i osobom wtajemniczonym nie będzie trudno odgadnąć, kto jest kim i na jakim statku opisane zdarzenia miały miejsce. Temu nielicznemu gronu żeglarzy szczególnie serdecznie dziękuję za wyrozumiałość. W trakcie pisania tych wspomnień miałem kontakt z kilkoma kolegami, którzy uczestniczyli w przytoczonych tu historiach. W niektórych szczegółach ich pamięć różni się od mojej. To jest naturalne po upływie wielu lat. Choć nie mogłem w stu procentach zweryfikować autentyczności tego, co sam zapamiętałem, zdecydowałem się przedstawić wydarzenia w takiej wersji, w jakiej pozostały w mojej pamięci – trochę złudnej być może i nieprecyzyjnej, jeśli wziąć pod uwagę ilość grogu, rumu i whiskacza spożytą ze smakiem w czasie 40 lat orania oceanów. Niech to będzie zatem bardzo subiektywny i osobisty opis czegoś, co miało miejsce lata temu i w taki właśnie sposób zostało przeze mnie zapamiętane.

Epoka romantycznej żeglugi na kliprach herbacianych minęła dawno temu. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z morzem w 1969 roku mało kto wspominał o Conradzie i czasach, w których „siła, sprawność, piękno, prostota, umiar, elegancja” były oczywistym kanonem dla większości oficerów marynarki handlowej. Nadal jednak był mocno wyczuwalny klimat swoistej specyfiki zawodu. To się czuło bez słów. Być nawigatorem, to było coś, co w pewnym sensie mogło nawet nobilitować. To był koleś, który przemierzał oceny, walczył z żywiołem, odwiedzał egzotyczne strony świata i wracał z jakimś towarem do siermiężnej Polski, gdzie po sprzedaniu worka zielonej kawy z Papui-Nowej Gwinei lub herbaty karkade z Jemenu mógł żyć jak bardzo bogaty człowiek przez kolejny kwartał lub dłużej… Dla wielu żeglarzy były to naprawdę złote czasy. Dla innych paranoja! Bezużytecznie zajmowałem miejsce w handlowej flocie, bo nie uprawialiśmy raczej żadnego handlu. Co za wstyd i jaka szkoda, można powiedzieć, patrząc na to z obecnego punktu widzenia… Bo były całkiem realne szanse na zgarnięcie sporej kasy, włożenie jej do banku ziemnego, czyli zakopanie w ogródku w słoiku typu twist, i dokładanie dzisiaj ze słoika do niskiej emerytury! Zamiast tego piszę o morskich przygodach…POCZĄTKI – POD ŻAGLAMI

Po drugim roku studiów, który dla nas trwał znacznie krócej niż dla studentów innych uczelni, musieliśmy odbyć trzymiesięczną praktykę morską na szkolnym żaglowcu „Dar Pomorza”. Już na początku marca cały rocznik nawigatorów zaokrętował na statek w celu przygotowania go do rejsu – należało uzbroić „Dar” w liny i żagle, które złożono przed zimą w międzypokładach i w żagielkoi. Prawie 10 kilometrów lin i ponad 1900 metrów kwadratowych żagli. Większość z nas – kadetów praktykantów – pracowała z zapałem godnym lepszej sprawy, bo wspinanie się po wantach, mocowanie żagli do rej i zakładanie takielunku na prawdziwej fregacie było bez wątpienia znacznie większą atrakcją niż słuchanie wykładów na uczelni o macierzach, całkach czy reakcjach fizyczno-chemicznych. Na początku kwietnia wyszliśmy w morze, na spotkanie z przygodą, by zwiedzić kawałek świata, by doświadczyć na własnej skórze, jak to smakuje, gdy fale zalewają pokład, a my idziemy pod pełnymi żaglami ostrym bejdewindem prawego lub lewego halsu. Pamiętam do dziś tę radochę, że się właśnie spełniają młodzieńcze marzenia o przygodzie, o odkrywaniu nieznanych lądów, o tej wolności, jaką można znaleźć tylko na środku oceanu, z dala od lądu, tysiące mil od najbliższego portu. Do dzisiaj, po 40 latach spędzonych na morzu, nie potrafię się uwolnić od tego zabawnego wrażenia, że pod tym względem profesja marinero na przestrzeni stuleci nie uległa większej zmianie. W starożytności traktowano żeglarzy w swoisty sposób. Nie byli oni zaliczani w pełni do tych, którzy żyją, ani do tych, którzy odeszli na zawsze. Żeglarze byli tą kategorią rodzaju ludzkiego, która jest gdzieś pomiędzy dwoma sferami. Wyruszali w świat na długo. Kontakt z nimi był zerowy, później zaś ograniczony do listów i radiotelegramów, następnie do radiokataryny, w końcu – satelity. Nawet dziś wszelkie, choćby najnowsze środki telekomunikacji mogą się okazać zawodne, ocean wciąż jest ogromny, żywioł potężny, a najbliższy port daleko.

Wychodząc wówczas w swój pierwszy rejs, czułem, że wrócę z workiem pełnym romantycznych, żeglarskich przygód. I tak też, po części, było…

Dover – nasz pierwszy port i pierwsze zdarzenie. Przy wejściu do awanportu², tuż po minięciu falochronu, „Dar” siadł na mieliźnie. Przyszły holowniki, próbowały go ściągnąć. Niestety, bez skutku. Zabezpieczono luki i zejściówki, po czym czekano na wysoką wodę. Wreszcie – z udziałem innych holowników – udało się szczęśliwie zejść z mielizny.

Ten sam rejs, kolejny port, tym razem Kadyks w Hiszpanii. Rzekomo byliśmy pod stacją pilotową, okazało się jednak, że byliśmy kilkadziesiąt mil od wyznaczonego miejsca, w pobliżu całkiem innego portu oddalonego mile morskie od punktu destynacji. Rozpoczęło się paniczne wybieranie kotwicy i ucieczka przed zmierzającą do nas parową pilotówką, ponieważ oficerowie nawigatorzy popełnili błąd w sztuce morskiej, źle określając pozycję statku. Parę godzin później „Dar Pomorza” zacumował szczęśliwie w Kadyksie. Od hiszpańskich władz dostaliśmy przepustki na ląd i poczuliśmy się żeglarzami wolnymi jak ptaki. W końcu doczekaliśmy się czegoś więcej niż przygoda na piachu w Dover. To było pierwsze egzotyczne doświadczenie od momentu rozpoczęcia studiów.

Następnego dnia wczesnym popołudniem wyruszyliśmy we czwórkę na podbój hiszpańskiego Kadyksu. Przepustkę mieliśmy do godziny 22, ale nasze plany sięgały znacznie dalej – co najmniej do rana następnego dnia. Przygodę z Hiszpanią zaczęliśmy od degustacji najtańszego wina w klimatycznej, portowej tawernie, aby później wylądować w jeszcze bardziej urokliwej bodedze, kontynuując degustację. Niestety, wraz z końcem kasy skończyło się też wino. Gdy smyczyliśmy po wąskich uliczkach starego miasta i kombinowaliśmy, jak znęcić jakieś lokalne panienki, naszą uwagę zwróciły głośne śmiechy płynące ku nam z samych niebios.

– Chóry anielskie – orzekł Czaruś.

Ja nie miałem zdania i stałem jak wryty, nie do końca wierząc uszom. Faktem było, że każdy z nas był już wtedy z lekka wstawiony.

– Tam, znaczy na górze, są dziewczyny, które nas wołają! – przytomnie ocenił sytuację Maciej.

W rzeczy samej, kilka fajnych panien wychylonych daleko z okien kamienicy, pod którą staliśmy, krzyczało do nas głośno i zachęcało na migi, żeby do nich dołączyć! Ruszyliśmy biegiem po schodach na górę. Co za uczucie! Odziani w białe, „tropikalne” marynarskie mundurki, z głowami nakrytymi czapkami z białymi pokrowcami, w dalekim kraju, gdzie rosły palmy, biegliśmy na spotkanie z dziewczynami. O czym więcej mógł marzyć młody żeglarz pochodzący z kraju zza żelaznej kurtyny? Panienki mówiły coś do nas po hiszpańsku, my do nich po polsku, później po angielsku, ale Hiszpanki nic nie rozumiały, więc słowa akurat były bez znaczenia. Wszyscy byli szczęśliwi ze spotkania bliskiego stopnia – wiele całusów, uścisków, przytulasów i paplania we własnym narzeczu.

Już prawie wchodziliśmy na pokoje, kiedy na końcu długiego korytarza pojawiły się jakieś rozmyte, niewyraźne cienie, pędem sunące w naszym kierunku. Zakonnice! To były siostrzyczki – wiekowe, poważne, smutne, w habitach i kapturach na głowach, obute w drewniaki głośno tuptające po kamiennej posadzce korytarza. Maciuś, najbardziej od zewnętrznej, rozpoczął zagajanie po angielsku, że jesteśmy studentami z dalekiej Polski, przyżeglowaliśmy do Kadyksu z przyjacielską wizytą i jesteśmy szczęśliwi, mogąc nawiązać kontakty z… Właśnie… z kim konkretnie? To była katolicka szkoła dla panienek prowadzona przez ortodoksyjne siostry, które próbę pocałowania jednej z nich w dłoń uznały za usiłowanie gwałtu! Polska szarmancja, elegancja ucałowania kobiecej dłoni, aby okazać jej właścicielce należny szacunek, w tym układzie kulturowo-geograficznym okazała się fatalną pomyłką. Siostrzyczki zawołały policję i zanim zdążyliśmy pozbierać myśli, hiszpańscy carabineros, którzy nagle pojawili się znikąd, zaczęli nas obezwładniać. Czaruś – jedyny, który miał nasze przepustki – w wirze emocji włożył je do czapki, a tę zostawił na stoliku stojącym przy wejściu do korytarza.

Policja zgarnęła nas błyskawicznie i sprawnie wyprowadziła do czekającej na podwórku suki. Byli jednak na tyle tępi, że pakując nas do środka, żaden z nich nie siedział w samochodzie, by zablokować ewentualną drogę ucieczki z drugiej burty. Maciuś, który wsiadł pierwszy, przesunął się do drzwi z drugiej strony i widząc, że suka jest pusta, a drzwi niezabezpieczone, dał od razu w długą, a my z Czarusiem i Adamem poszliśmy za jego przykładem. Akcja była szybka, policjanci nawet nie próbowali nas gonić.

Parę minut po ucieczce spotkaliśmy się na sąsiedniej ulicy przy bodedze, w której byliśmy przed przygodą z Hiszpankami. Czuliśmy się jak zwycięzcy, wyrolowaliśmy hiszpańskich kolesi bez mydła! Co najmniej jak Nelson w bitwie pod Trafalgarem! O jednym tylko zapomnieliśmy – Czarek zostawił swoją czapkę u zakonnic, a w niej nasze imienne przepustki z nazwą statku i wszystkimi detalami. Zgłuszyło nas z lekka, gdy wchodząc na trap „Daru”, usłyszeliśmy od kolegów, że policja przywiozła czapkę Czarka z przepustkami i komisja dyscyplinarna – w składzie komendant, starszy oficer i wychowawca – już od kilku godzin oczekuje naszego przybycia. W salonie u starego staliśmy jak sieroty przed stołem komisji.

Przez długą chwilę panowało milczenie, w końcu komendant zapytał:

– Dlaczego chcieliście zgwałcić zakonnice i uczennice ze szkoły przez nie prowadzonej?

Co jak co, ale takiego pytania żaden z nas się nie spodziewał. To był autentyczny szok! Stałem jak kołek, wino szumiało mi mocno w głowie, a mimo to usiłowałem myśleć nad tym, jak odpowiedzieć na pytanie starego.

W tym momencie Maciuś zaczął się idiotycznie śmiać! Dostał, ze stresu chyba, takiej głupawki, że rżał jak koń, nie mogąc opanować śmiechu. Zwijał się przed stołem komisji i rżał coraz głośniej. Byłem przerażony, ale widząc Maćka zgiętego w pałąk, niemogącego opanować idiotycznego śmiechu, też zacząłem rżeć jak debil. Adamowi i Czarkowi głupawka udzieliła się z lekkim poślizgiem. W sumie czterech kadetów stojących przed komisją dyscyplinarną, zgiętych ze śmiechu, którego nie szło opanować, do tego oskarżenie o próbę gwałtu na zakonnicach i ich podopiecznych – wszystko było tak absurdalne, że właściwie żadna komisja nie powinna być w stanie utrzymać choćby pozorów powagi. Wyjątkiem okazała się ta na „Darze”. Dowództwo pokazało prawdziwą klasę – żaden z trzech członków komisji nawet nie próbował się uśmiechnąć. Z uroczystą powagą ukarano każdego z nas zakazem wyjścia na ląd przez cały rejs, aż do powrotu do Gdyni, poza tym dostaliśmy po 100 godzin karnych do odrobienia na statku w wolnym czasie. Werdykt nie do wyegzekwowania! W każdym kolejnym porcie uciekaliśmy po linach na ląd i po linach wracaliśmy, korzystając z pomocy kumpli. Karne godziny – w ilości ponad 300, bo kolejne dochodziły w trakcie rejsu – nigdy nie zostały odrobione, bo nie było na to fizycznych możliwości. Głupie kary, głupie prawo – nie ma sensu ich wymierzać, skoro nie można ich wyegzekwować.

W tamtym szkolnym rejsie na „Darze Pomorza” śmiesznych przygód było całkiem sporo. W Neapolu, u stóp Wezuwiusza, przestaliśmy prawie tydzień dłużej niż planowano, ku naszej – kadetów – wielkiej radości. Mogliśmy zobaczyć Pompeje i Herkulanum, popłynąć łódką na Capri, poszwendać się po Neapolu, po jego najgorszych dzielnicach i spelunkach, znęcić kilka lokalnych panienek. A to wszystko dlatego, że „Dar” aresztowano za przemyt papierosów i czegoś tam jeszcze. Areszt odwieszono po tygodniu, kiedy polska ambasada wpłaciła kaucję w wysokości 250 tysięcy dolarów. To wszystko wiedzieliśmy z lokalnej prasy, bo zdjęcia „Daru” i opis wydarzeń były przez parę dni na pierwszych stronach włoskich gazet. Dla jasności, w przemyt nie byli zamieszani studenci, cała akcja dotyczyła wyłącznie kilku stałych członków załogi – kierownika nauk, trzeciego i czwartego oficera, instruktora mojej wachty oraz paru innych. Paradoksem było to, że praktykanci czytali lokalne gazety codzienne, a załoga stała – nie! Dwa miesiące później, kiedy uroczyście witano przy skwerze Kościuszki powrót „Daru” do Gdyni, mało kto zauważył, że smutni panowie dyskretnie wyprowadzili kilku zakutych w kajdanki oficerów i odjechali z nimi w nieznane czarnymi wołgami. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, jak potoczyły się ich dalsze losy. Kierownik nauk został wydalony z PZPR i miał zakaz pływania przez dwa lata. Skończył zaocznie Wyższą Szkołę Morską i wrócił na nowy „Dar Młodzieży”, na którego pokładzie wygłaszał tyrady o tym, jak należy uczyć młodych żeglarzy kadetów przyzwoitości, uczciwości i elegancji w zawodzie marynarza… Mój instruktor i oficer wachtowy wyemigrowali – do Szwecji i Niemiec. Obu spotkałem po wielu latach gdzieś w świecie, kiedy każdy z nas był już wtedy starym kapitanem.

Piszę o tym z niesmakiem. Pewnie dlatego, że po kilku latach od tamtego zacumowania w Gdyni, trafiłem znowu na „Dar Pomorza”, ale tym razem w charakterze asystenta pokładowego, członka załogi sezonowej na czas szkolenia praktykantów. Jest to już jednak zupełnie inna morska historyjka.

Wróćmy do wątku pierwszego rejsu w przelocie przez Atlantyk. W dniu imienin miałem całkiem inny, niemiły incydent. Kiedy rano ogłoszono alarm do stawiania żagli i starszy oficer wrzeszczał przez megafon: „Uwaga! Wachtami pod swoje maszty. Do want, na wanty!”, ruszyłem z ochotą. Moje miejsce było dość wysoko – na bramrei, drugiej od góry. Wchodząc na podwantki salingu, kiedy statek przechylił się na bocznej fali, nie zdążyłem złapać sztagu podwantek i odpadłem od nich, lądując szczęśliwie na rei górnego marsla, która była akurat zbrasowana do want po tej samej burcie. To było jakieś sześć metrów wolnego lotu, ale w jednej chwili zobaczyłem w skrócie całe moje dotychczasowe życie… Odbiwszy się od rei, zdążyłem złapać padun³ i zawisnąć bezpiecznie, między ziemią i niebem, informując kolesi, których mijałem w locie, że wszystko jest OK. Szczęście wielkie, bo skończyło się na strachu i obitym, stłuczonym na kolor sinofioletowy, boku. Reakcja komendanta i starszego oficera była dla mnie zaskakująca. Gdy stanąłem przed nimi, usłyszałem pytanie:

– Dlaczego chcieliście spaść z salingu, marynarzu?

Moje argumenty, że wcale nie chciałem i że to był po prostu moment nieuwagi, nie trafiły im do przekonania. Byłem podłamany. Dostałem za karę kolejną setkę karnych godzin do odpracowania u starszego bosmana – na wysokościach. To był prawdziwie wychowawczy i przyjazny sposób kształcenia młodych morskich kadr…

Ostatnim portem przed powrotem do Gdyni był Ystad w Szwecji. Mer miasta, żonaty z Polką (sprzed II wojny), był oddanym przyjacielem wszystkich Polaków i zawsze witał „Dar” z wielką pompą. Była lokalna orkiestra dęta w mundurkach przypominających do złudzenia mundurki Armii Zbawienia oraz był tłum ludzi wyczekujących na nas na nabrzeżu, do którego miał zacumować „Dar”, a w tym tłumie setki pięknych panien! Tłum wiwatuje, orkiestra gra, kadeci stoją na rejach i machają czapkami… „Dar” mija falochron zbyt blisko i wytykiem katuje w nabrzeże. Sypią się iskry, słychać chrzęst rozrywanego metalu, burta „Daru” na wysokości wytyku zwija się w harmonijkę. Członkowie orkiestry dętej rzucają trąbki i zaczynają uciekać, witający nas ludzie przestają wiwatować i podążają za orkiestrą, piękne panny – też. Było wspaniale, szkoda, że tylko przez krótką chwilę…

Tak na „Darze”, jak i na większości polskich statków, na których żeglowałem przez kilka lat po skończeniu Szkoły Morskiej, uczyłem się zawodu na zdecydowanie negatywnych przykładach, niestety. Byłoby super, gdybym mógł powiedzieć, że pod tzw. obcą banderę trafiłem jako doświadczony i kompetentny oficer nawigator. Niestety, tak nie było. Negatywny przykład wyniesiony z polskiej floty trochę pomógł, ale nie był wystarczający. Ważne, że po kilku latach pracy pod polską banderą wiedziałem, jakim nie chciałbym być oficerem lub kapitanem. Odchodząc z polskiej floty na statki obcych bander jako drugi oficer, miałem głównie taką wiedzę, a ta nie była wcale budująca.

Odchodziłem jako drugi, zaczynałem jako starszy oficer. Szczęśliwie dla mnie w wolnym świecie spotkałem profesjonalistów, od których nauczyłem się wiele i których postawa była dla mnie często wzorem godnym naśladowania. Z 40 lat pracy na morzu ponad 30 spędziłem pod obcą banderą. Moim marzeniem było zawsze być jedynym Polakiem na statku, na którego pokład wchodziłem. Szczęśliwie w znakomitej większości to marzenie się spełniało. Rzadko pracowałem z polskimi załogami. Było mi z tym wspaniale – i tak pozostało do dziś. Trochę może szkoda… A może wcale nie…
mniej..

BESTSELLERY