Kardamon i cisza - ebook
Sześć lat w Londynie miało wymazać wspomnienie tragedii, której dwunastoletnia Nabi nie powinna zobaczyć. Jednak Seul nie zapomina, a powrót do domu to nie tylko spotkanie z przyjacielem, ale konfrontacja z ciszą, która zapadła tamtego dnia na skarpie. Jiyong jednak nie zamierza stać z boku. Wprowadza w jej sterylny, wyciszony świat zapach kardamonu, który powoli przenika wszystko, czym dziewczyna próbowała się odgrodzić. Dramat psychologiczny z nurtu New Adult Książka przeznaczona dla osób 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-834-6 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rola życia
Mała, szklana buteleczka o prostym, hipnotyzującym kształcie przyciągała wzrok. W końcu uległam. Cierpki smak rozlał się po języku, a ciepło błyskawicznie opanowało ciało. Napięcie w mięśniach na chwilę ustąpiło. Ten jeden łyk zmył całą presję dzisiejszego dnia. Coś w tym trunku sprawiało, że sięgałam po niego częściej, niż powinnam. To było złudne, ale wciąż ulegałam tej przyjemności.
Stłumiony głos z dołu mieszkania przestraszył mnie i o mało nie upuściłam butelki. Serce podskoczyło do gardła, a palce mocniej zacisnęły na gładkim szkle. Na sekundę wszystko zamarło. Później przypomniałam sobie o ruchu.
Szybko opróżniłam buteleczkę, wsunęłam do tylnej kieszeni i zerknęłam w lustro. Odbicie było nieruchome, wyciszone, niemające pojęcia, co panuje w moich kościach. _Czyżby to kwestia przyzwyczajenia? A może po tylu latach walki, zrozumiałam, jak maskować emocje, do tego stopnia, że nie widziałam już różnicy między czuję a udaję?_ Niczym tuszowanie ich zanim wypuściłam na powierzchnię coś wartego uwagi.
Przygryzłam lekko wargę i poprawiłam jej kontur. Bez żadnych zmian. _Czas wrócić do roli, którą grałam najlepiej._
Telefon na półce zadrżał. Podnosząc go, dostrzegłam nowe powiadomienie. Ekran rozbłysł zimnym światłem, rzucając blady refleks na twarz. Przez chwilę walczyłam z odczytaniem wiadomości. Czy to będzie coś błahego? A może kolejne zdanie, które wywoła znajomy ucisk w żołądku?
Wzięłam głęboki oddech i kciukiem przesunęłam po wyświetlaczu.
_HANNA: SCHODŹ!_
Znajoma zwykle pisała krótko, ale tym razem jej wiadomość zabrzmiała jak rozkaz. _Najwyższa pora_, mruknęłam i szybko odpisałam. Chwyciłam ciemny płaszcz oraz mały plecak leżący obok łóżka, po czym ruszyłam w stronę okna.
Zejście po starej, porośniętej niegdyś winoroślą konstrukcji nie było przyjemne, ale do wyćwiczenia. Z czasem zaczęłam to robić bez strachu o upadek. Nie był to typowy sposób na opuszczenie domu, ale dzięki niemu pozostawałam niewidoczna dla niechcianych świadków.
Wyszłam na dach altany i postawiłam pewny krok. Drewniane elementy wymagały szczególnej ostrożności. Winorośl od dawna była martwa, a zabudowa trzymała się bardziej z przyzwyczajenia niż siły.
— Szybciej! — dobiegł mnie przytłumiony głos Hanny, pełen zniecierpliwienia.
— Spokojnie, już schodzę — westchnęłam, pokonując ostatni szczebel.
Gdy tylko stanęłyśmy naprzeciw siebie, parsknęłyśmy stłumionym śmiechem.
— Nie tak łatwo tędy zejść, szczególnie w tych butach — wskazałam na obuwie, które Hanna obdarzyła wzrokiem godnym pogardy.
— To tylko trampki, a nie obcasy! — sapnęła, wyraźnie zawiedziona.
— Ale za to jakie! — uniosłam jedną ze stóp, by zobaczyła ręcznie wyszywane kwiaty na białym materiale. — To nie są tanie rzeczy.
W szpilkach byłoby gorzej, ale trampki miały śliskie wstążki, więc nie należały do bezpiecznych. Mimo to Hanna olała te argumenty mocno ujmując mnie za dłoń.
— Ciszej. — Pociągnęła nas w dół, omal nie wywracając.
— Oszalałaś? — warknęłam z zaciśniętymi zębami. Altana służyła do wychodzenia z pokoju, a nie wracania z powodu brudnych ubrań.
— Twoi rodzice — dodała spokojniej, rozglądając wokół. _Szlag! Zapomniałam o nich. _— Dawaj, czekają już! — Odzyskałam płaszcz i pognałyśmy do wyjścia z posesji.
Gdy wparowałyśmy na tył zaparkowanego auta, usłyszałam znajomy głos. Trochę zbyt radosny jak na tę porę dnia.
— Co tak długo? — David, zerknął przez ramię.
— Jej rodzice nagle wrócili — Hanna wyglądała na zaskoczoną.
— Co się dygasz, przecież cię znają — zareagowałam uśmiechem, choć w środku czułam napięcie.
Wyciągnęłam z plecaka paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym odpaliłam jednego, zaciągając się mocno.
— W przeciwieństwie do niego — dodałam, wskazując papierosem bruneta siedzącego z przodu. — Na widok Davida mogliby… doznać małego szoku.
Podałam mu fajkę, a on przyjął ją bez słowa. Kątem oka zauważyłam, jak Hanna próbowała rozdmuchać dym, który właśnie wypuściłam. Nie paliła, ale jej reakcja to przesada. Byłam ciekawa czy to tylko poza.
— To co na dziś wykombinowaliście? — zaczęłam szukać po kieszeniach telefonu, przy okazji omijając temat moich rodziców.
— Poznajcie Elle. — Ton Davida zabrzmiał neutralnie. Mimo to, czułam w nim sztywność. Zamarłam w bezruchu, a Hanna spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.
— David? — zapytała, o ton za wysoko.
Podniosłam wzrok. Na przednim siedzeniu była dziewczyna, której wcześniej nie zauważyłam. Wyglądała na niepewną, ale nie przestraszoną. Raczej… czujną.
— Nowa! — rzuciłam, radośnie. W przeciwieństwie do znajomej, nie planowałam protestować widząc czyjś plan na dzisiejszy wieczór. — Nie przesadzaj, będzie fajnie — spróbowałam udobruchać Hannę, która wyraźnie nie była w humorze. — A Derek? — dopytałam bez większego zainteresowania. Ale chociaż odzyskałam fajkę i znów mogłam zasmakować przyjemnego, cierpkiego dymu w ustach.
Zauważyłam przy tym, jak wzrok nowej uważnie mnie obserwuje. Chcąc ją poczęstować, wysunęłam w jej stronę dłoń z papierosem. Momentalnie, zmieszana spuściła głowę.
— Przed nami. Z Sarą… — David wskazał dłonią na drugi samochód stojący kawałek dalej. — Mateo i Dennis też są.
Na dźwięk imienia przyjaciółki poczułam ucisk w żołądku. Kumpel na chwilę spojrzał w moją stronę z niepewnością.
— Jedźmy już. — Ton Hanny nie pozostawiał wątpliwości. Nie zamierzała dyskutować. Chłopak jednak nie odpuszczał zbyt łatwo.
— Będziesz taka sztywna cały wieczór?
— David… — zaczęłam stanowczo, chcąc, żeby dał jej spokój. Ta nagła zmiana nastroju u dziewczyny też działała mi na nerwy, ale on ewidentnie szukał zaczepki. W dodatku zabrał mi fajkę.
Zamiast odpowiedzi, otrzymałam wymowne spojrzenie, które w ułamku sekundy padło na Elle. Znów wodziła po mnie wzrokiem. Odebrałam od Davida papierosa i ucieszona, pochyliłam w stronę dziewczyny.
— Postaw Hannie kolejkę i szybko przestanie marudzić — mówiąc, nie odrywałam wzroku od nowej. — Powiedz mi, Elle — przysunęłam ciało jeszcze bliżej niej. — Spodobałam ci się, czy chcesz tylko…
— Nabi! — Hanna wrzasnęła, skupiając na mnie całą uwagę. — My też tu jesteśmy!
Bez patrzenia na nią wiedziałam, jak wygląda: oburzona, wiercąca na fotelu pasażera.
— To jak będzie? — kontynuowałam, widząc dyskomfort nowej. Ale co mogłam poradzić? To dzięki Sarze zdobyłam śmiałość do kobiet, więc z pretensjami należało iść do niej.
— Po prostu go weź — rzucił David, a silnik przyjemnie zamruczał.
Elle niepewnie wysunęła dłoń. Podałam jej papierosa, obserwując, jak bierze pierwszy wdech. _Brak krztuszenia?_ To mogło oznaczać tylko jedno.
— Wiedziałam, że to nie jest twój pierwszy raz. — Wróciłam na miejsce. — Drugą kwestię możemy załatwić później. — Puściłam jej oczko.
— Kiedyś przez ciebie zwariuję. — Hanna ponownie mruknęła pod nosem, brzmiąc na zmęczoną. _Ciekawe, czy miałaby ten sam problem, gdybym zaczepiała faceta?_
— Oj, daj jej spokój. — David zerknął krótko we wsteczne lusterko i ruszył z miejsca.
— Też moglibyście się w końcu zabawić — wskazałam dłonią między tą dwójką. Ich natychmiastowy bulwers dał mi pewną satysfakcję.
— Co?!
— Albo wciąż udawać, że nie chcecie — śmiech sam znalazł ujście. Doskonale widziałam jak ich do siebie ciągnie.
Po chwili poczułam wibrację telefonu.
_NIEZNANY: JAK SIĘ MIEWA MÓJ MOTYLEK?_
Zamarłam. _Co to ma być?_ Dostrzegając wysuniętą w moją stronę dłoń nowej z papierosem, mruknęłam, żeby go skończyła, co wyjątkowo rozbawiło Davida.
— No i straciłaś swoją szansę, Elle.
— Spokojnie, wrócimy do tej rozmowy — stwierdziłam, próbując zrozumieć, kto pisał do mnie po koreańsku.Rozdział 2
Zakłócenia na linii
_JA: MOTYLEK?_
Napisałam szybko. _Kto to jest?_ Na odpowiedź nie czekałam zbyt długo.
_NIEZNANY: BRACISZEK CI SIĘ TROCHĘ UPIŁ_.
Do wiadomości dołączono zdjęcie Sama leżącego na kanapie. _Czy to był nasz mebel z Korei?_ Pewności nie miałam. Tak samo jak względem nadawcy. Niemniej, te dwa elementy do siebie pasowały. Nie uzyskując odpowiedzi na poprzednie pytanie, wystukałam nowe. Ktoś najwyraźniej wykorzystał stan mojego brata i jego odblokowany telefon, żeby zdobyć mój numer.
_JA: I CO MAM NIBY Z TYM ZROBIĆ?_
W zamian otrzymałam kolejne powiadomienie. Tę osobę jednak znałam.
_DEREK: UDAŁO SIĘ?_
_JA: NIE._
Odpisałam na odczepnego, czując narastające wkurzenie. Przed chwilą nie istniałam, a teraz co… dostał olśnienia? _Hrabia z koziej dupy przypomniał sobie, po kogo przyjechał._ W dodatku przebywał w drugim aucie.
Nie zdążyłam zamknąć okienka, gdy nowe słowa zawitały na ekranie.
_DEREK: PRZECIEŻ CIĘ WIDZIAŁEM!_
_JA: TO CO SIĘ GŁUPIO PYTASZ?_
Ostatnio coraz częściej mnie irytował. Jego idiotyczne zachowanie działało mi na nerwy. Miałam ochotę odpisać coś ostrzejszego, ale wiedziałam jedno: to rozpędzi kolejną bezsensowną dyskusję. Westchnęłam ciężko. Ta wymiana zdań mogła trwać w nieskończoność. Dokładnie tak samo jak ten związek, którego szczerze żałowałam.
_DEREK: PRZYŁAPALI CIĘ?_
Kciuk zawisł nad ekranem, a przez głowę przemknęła mi absurdalna myśl. _Ile jeszcze razy będę prowadzić te same rozmowy?_ Przewróciłam oczami i zmusiłam do odpowiedzi. Wiedziałam, o co pytał. Nie pierwszy raz wymknęłam się z domu, unikając rodziców.
_JA: NIE, CZEMU?_
To nie miało żadnego znaczenia, ale Derek zawsze pytał o oczywiste rzeczy, byle podtrzymać rozmowę. Nie wiedziałam, co gorsze. Jego brak wyczucia czy moja naiwność, że kiedyś się zmieni.
_DEREK: TO DOBRZE! JEDZIEMY NA POMOST._
_JA: SUPER!_
Jedna z nielicznych wiadomości, która faktycznie sprawiała radość. Pomost był najlepszą miejscówką na wieczór z _nową_ osobą. Wystarczająco odosobniony i znany, aby nie czuć nudy czy krępacji.
_NIEZNAJOMY: RODZICE SIĘ DO NIEGO DOBIJAJĄ_
Kolejne powiadomienie przyćmiło słowa Dereka. _Kim była ta osoba i dlaczego to pisała?_ Z drugiej strony, czułam w tym coś znajomego.
Rodzice zawsze wydzwaniali do Sama, gdy uciekałam. Był na drugim końcu świata, a i tak liczyli, że wie, gdzie jestem. Gdyby tylko wiedzieli… Odkąd wyjechał, rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Zostawił mnie w Londynie, zdradził. A ja tak bardzo chciałam wrócić z nim do _domu._
_NIEZNAJOMY: JESZCZE NIE WIESZ?_
Zmarszczyłam brwi, ale myślami byłam we wcześniejszej konwersacji.
_DEREK: PO DRODZE ZROBIMY MAŁY PRZYSTANEK._
_JA: LEPIEJ, ŻEBY TO NIE BYŁO MIEJSCE, O KTÓRYM MYŚLĘ._
Chłopak miał irytujący zwyczaj. W drodze na polanę był mały sklepik, w którym spodobałam się kasjerowi. Na cały Londyn… _Mogłam uznać to za pech? Tak! Czy było gorzej? Owszem._ Ander po złości zaczął tam jeździć po alkohol, rzucając komentarzami w stylu: „ona jest moja”.
_DEREK: POZWÓL CHŁOPAKOWI NACIESZYĆ OCZY, TWOIM WIDOKIEM._
_JA: SZKODA TYLKO, ŻE JA NIC NA TYM NIE ZYSKUJĘ._
Odnalazłam numer Mateo. Liczyłam, że kumpel z drugiego auta choć raz pokaże Derekowi, jak bardzo wkurzała mnie jego głupota.
_JA: WALNIJ GO ZA MNIE, PROSZĘ._
_MATEO: NIE MUSISZ NAWET PROSIĆ!_
Odpisał natychmiast. _Od kiedy był taki odważny?_
_DEREK: NIE WYSŁUGUJ SIĘ MATEO!_
_JA: NIESTETY JESTEŚ ZBYT DALEKO, BYM MOGŁA TO ZROBIĆ OSOBIŚCIE. A PÓŹNIEJ MOŻE MI SIĘ JUŻ NIE CHCIEĆ._
_MATEO: ALE I TAK MUSIMY ZAHACZYĆ O SKLEP, A TEN JEST PO DRODZE._
_Super!_ Jeszcze kilka takich niespodzianek i wizja dzisiejszej imprezy mi zbrzydnie.
_JA: W TAKIM RAZIE SAM TAM WEJDZIESZ._
Odpisałam, próbując zgadnąć, kto pisał w sprawie Sama. W Anglii mało kto wiedział o moim bracie, a ci, co go znali… szybko zapominali. Szczególnie odkąd tu nie mieszkał. Pozostawała Korea.
_DEREK: TO ZNAK, ŻE TAK NAPRAWDĘ TEGO NIE CHCIAŁAŚ._
Za dużo osób pisało do mnie jednocześnie. Jeszcze trochę i zwariuję.
_JA: WRĘCZ PRZECIWNIE, DEREK. DOKŁADNIE TEGO CHCIAŁAM._
Zaczęłam mieć cichą nadzieję. _Niech te słowa sprawią, że zamilknie!_ O dziwo… modły zadziałały. Ucieszyłam się. Nie było to miłe, ale aktualnie najbardziej mi przeszkadzał.
_MATEO: MOŻE BYĆ Z TYM MAŁY PROBLEM._
Nie rozumiałam. Natłok wiadomości wyprał mi na chwilę mózg.
_JA: A TO NIBY CZEMU?_
_NIEZNANY: MAM MU W TYM STANIE ODDAĆ TELEFON?_
Znajomy brata szybciej odzyskał moją uwagę. _Niecierpliwy jakiś._
_MATEO: DENNIS MNIE ZABIJE, JEŚLI ZNÓW ZBIJĘ JAKĄŚ BUTELKĘ._
Zajebiście! Mateo tłukł alkohol, a jego kuzynek… _Zresztą, od kiedy odpowiadałam za jego wpadki?_
_JA: JA CIĘ ZABIJE ZANIM ON ZDĄŻY!_
Przedrzeźniałam go, zaraz odpisując nieznajomemu, póki pamiętałam, co napisał.
_JA: OBLEJ GO LODOWATĄ WODĄ, TO SZYBKO WYTRZEŹWIEJE!_
_MATEO: WIESZ, ŻE JESTEŚ PIĘKNA, KIEDY SIĘ ZŁOŚCISZ?_
_JA: A TY I BEZ JAJ BĘDZIESZ WYGLĄDAĆ TAK SAMO! PRZYNAJMNIEJ DOPÓKI JESTEŚ UBRANY._
Słodzenie Mateo nigdy nie działało. Przeciwnie. Gdy coś spieprzył, grał na zwłokę i przypodchlebiał się. Odrobinę za miękko jak dla mnie.
_NIEZNANY: NIE POZNAJĘ CIĘ, MOTYLKU._
_MATEO: TERAZ TO JUŻ NA PEWNO NIGDY ICH NIE ZOBACZYSZ._
_JA: PISZESZ, JAKBYM KIEDYKOLWIEK TEGO CHCIAŁA._
_Pił już coś dzisiaj?_
Nie narzekałam na wiadomości od znajomych, ale wolałam, gdy każdy z nich pisał w osobnym momencie. Ci dwaj najwyraźniej mieli to w dupie. Przynajmniej miałam pewność, że nie siedzą w jednym aucie.
_NIEZNANY: TO JAK BĘDZIE?_
_JA: PO PROSTU NAPISZ IM, ŻE NIE MOŻE TERAZ ROZMAWIAĆ. ODPUSZCZĄ! JAK CIĘ ZNAJĄ, MOŻE NAWET UWIERZĄ._
Obstawiałam faceta. Styl pisania był zbyt pewny siebie i dziwnie znajomy.
_NIEZNANY: RACJA, NAWET MNIE LUBIĄ._
_JA: LUBIĄ?_
Zaskoczył mnie. Znajomi moi i Sama raczej nie mieli kontaktu z naszymi rodzicami, a co dopiero, żeby któregoś lubili. _Podejrzane…_
_NIEZNANY: A CO, MOŻE NIE?_
_JA: NIE WIEM, CZEGO CHCESZ, ALE WĄTPIĘ, ŻE CHODZI TYLKO O PICIE SAMUELA._
Czułam niecodzienny dyskomfort. Pisał zbyt lekko jak na nieznajomego. _Znał mnie? Skąd?_ To nie mógł być zwykły kumpel brata. Ale zanim zdążyłam zapytać, auto stanęło.
— Nabi? — usłyszałam niepewny głos Davida. _Jakim cudem wiedział, że to pierwszy przystanek?_
— Tak, wiem, czego chcą — rzuciłam, wysiadając. Chciałam mieć to z głowy, zanim kogoś zatłukę.
— Czekaj! Elle też musi iść. — Chłopak zawołał z wyczuwalnym entuzjazmem. Przystanęłam zaskoczona. _Co ona miała wspólnego z tym miejscem?_ Elle podeszła nieśmiało..
— Pokażesz mi, gdzie jest łazienka? — Spojrzałam przez ramię na Davida, który właśnie awansował na trzecią osobę, którą czymś rzucę. — Mówił, że wiesz, gdzie jest — dodała cicho. Każde jej słowo brzmiało jak pytanie.
— Jasne. — Rzuciłam Davidowi ostrzegawcze spojrzenie. Jego uśmiech był próbą załagodzenia sytuacji, ale nie działał. — Tylko wezmę jeszcze kogoś z nami. — Spuszczając wzrok, ruszyłam w stronę drugiego auta.
Dennis siedział z przodu, oparty łokciem o szybę, nie do końca obecny. Otworzyłam drzwi bez słowa i niemal go z nich wyrwałam. Zaskoczony, podniósł wzrok, ale nie zdążył nic powiedzieć. Dlaczego akurat jego wybrałam? Podświadomie wiedziałam, że dzięki niemu zobaczę Sarę.
— Idziesz ze mną — oznajmiłam, nie zostawiając miejsca na dyskusję.
— Cześć, Nabi. — Derek próbował zagadać, ale nawet na niego nie spojrzałam. I bez tego będzie miał później pretensje.
— Jazda, Dennis! Sama nie będę tego taszczyć, a ktoś musi za to zapłacić — uniosłam głos. Jego kuzyn stłukł alkohol, on odkupuje. Ja mogę mu towarzyszyć. I tak zawsze kupowałam jakąś przekąskę.
Wysiadł. Jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało do Sary. Udawała, że przegląda telefon, ale widziałam, jak jej palce mocno ściskały obudowę. Dennis dopiero w drodze do sklepu otworzył usta.
— Co cię dziś ugryzło?
— Nic. Wybraliście najgorszy możliwy sklep. Lepiej, żeby John dziś nie pracował, choć wtedy Elle się zleje. Ale przynajmniej nie będę oglądać jego maślanych oczu — mruknęłam, nie zwalniając kroku.
Dennis uniósł brwi, zerkając na dziewczynę. Szła kawałek za nami.
— Elle? — powtórzył.
— Czyli nie ty ją zbajerowałeś — szepnęłam pod nosem. — Chodź! — zawołałam, aby przyspieszyła.
Zapadła cisza, którą Dennis przerwał cicho i dosadnie.
— Wciąż unikasz Sary? — Stanęłam.
— Wciąż ją zapraszasz? — odparłam, spokojnie, choć w środku mnie mdliło.
Nie miałam mu tego za złe. To była też jego przyjaciółka. Nasza. Kiedyś…
Drzwi sklepu otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem. Powitał nas znudzony głos kasjera, wpatrzonego w coś pod ladą.
— Witamy w metrze — rzucił beznamiętnie, recytując formułkę z pamięci. Zawsze ta sama intonacja. Ani grama zainteresowania.
— Siema, John! — powiedział Dennis i zniknął w alejce z alkoholami. Był swobodny, jakby znał tu każdy regał na pamięć.
Chłopak zza lady podniósł wzrok.
— Siema. — Zaskoczony spojrzał na oddalającą się sylwetkę, aż dostrzegł mnie. — Nabi! — zawołał. Choć wyglądał na zmęczonego, uśmiech przemknął mu przez twarz.
— Cześć. — Mój grymas był bardziej z uprzejmości niż czułości. — Mogłybyśmy skorzystać z łazienki? — przeszłam do sedna.
_Rozważał odmowę?_
— Wiesz, że nie powinienem — zaczął, opierając się o ladę. Nie był niechętny, po prostu wyczerpany. Znał zasady, ale jeszcze lepiej wyjątki.
— Szef zmienił godziny pracy? — Oboje znaliśmy odpowiedź. To był bardziej rytuał niż negocjacja.
— Pozwól im, bo nie przestaną ględzić w aucie — Dennis pojawił się niespodziewanie z butelką w ręce. Chociaż w tej kwestii był po mojej stronie, nawet jeśli nie musiał, bo jechał drugim autem.
Po jego minie wnioskowałam, że znudziły go żarty z Johna. Inaczej niż Dereka. Ander nie umiał znaleźć sobie lepszego zajęcia niż wytykanie cudzych potknięć. Tym razem przynajmniej został za drzwiami.
— Niech będzie — skapitulował.
Dostałam klucz i ruszyłam z Elle na zaplecze. Dziewczyna szła w milczeniu aż do drzwi.
— Znacie się?
Była… zainteresowana? Pytanie tylko kim: mną czy kasjerem?
— Można tak powiedzieć. — Poczułam, że liczyła na coś więcej. — Przypadkowo całowaliśmy się po imprezie. Tam. — Wskazałam kanapę stojącą w rogu. — A potem wszedł jego szef.
Elle uniosła brwi. Jej twarz zdradzała o wiele za dużo. Zdziwienie, niedowierzanie, lekkie rozbawienie.
To nie tak, że obściskiwałam się z każdą nowo poznaną osobą. Po prostu tamtego dnia… byłam trochę przybita.
— Inni mieli podobną minę, gdy nas zobaczyli — dodałam z ironią. To był jeden z tych momentów, który zostawił we mnie ślad. Nie dramatyczny, ale wystarczająco wyraźny, by powracał w rozmowach, spojrzeniach i żartach.
— Szef pewnie nie był zadowolony? — dopytała. _Może po prostu chciała nawiązać ze mną jakiś kontakt?_
— Cóż jest nim jego ojciec — wyjaśniłam rozbawiona. — Chłopak musiał wysłuchać kazania o tym, co wypada, a czego nie w godzinach pracy.
— Trochę przypał. Ale chociaż go nie zwolnił.
— Niby tak — wymamrotałam. — Tam masz łazienkę. — Wskazałam jej drogę. — Tylko nie ruszaj zamka. Jest zepsuty.
Zostałam sama. Przez chwilę mogłam spokojnie odetchnąć. Wokół panowała cisza, chłód i zapach detergentów. Omiotłam pomieszczenie wzrokiem, szukając czegoś, czego nie umiałam nazwać.
— I po tej małej wpadce wciąż pozwala ci tu wchodzić? — spojrzałam za siebie lekko przestraszona.
— Szybka jesteś!
_Nawet nie zdążyłam nic zrobić._
— Starałam się. — Jej nieśmiały uśmiech był zaskakująco uroczy.
Zdecydowanie miałam w sobie za dużo autodestrukcji.
— Nie trzeba było. — Ruszyłam do stolika, gdzie leżały miętowe cukierki. — A wpadka w sumie nie była taka mała. Nakrycie przez jego ojca to jedno. Kilkoro z nas widziało nieco więcej. Skończyliśmy wykładem o zabezpieczeniach — powiedziałam i poczęstowałam jednym z miętusów. — I urządziliśmy tu imprezę, zamykając sklep.
Przybrałam zadowoloną minę, spoglądając na Elle. Wspomnienie było całkiem przyjemne. Nie licząc problemów i późniejszego zażenowania.
— Łał…
— Ta. Przy okazji John nagadał się, że jestem ładna i reszta grupy to podchwyciła. Kupują tu tylko po to, żeby go drażnić.
_I przy okazji mnie._
— Chociaż nie macie zakazu przychodzenia tu — zauważyła Elle.
— Mielibyśmy, ale przeprosiłam jego ojca za sytuację, w jakiej nas zastał. Z jakiegoś powodu mnie lubi. Zna moich rodziców, więc wciąż pozwala mi tu wchodzić. — Wzięłam kolejnego cukierka do ust. — Dobra, starczy tego.
Wyrzuciłam papierki do śmietnika obok stolika. Nie miałam powodu, aby opowiadać jej historię życia.
— Gotowa?
— Jasne.
— To w drogę. — Nakierowałam Elle na drzwi. — Chyba wezmę jeszcze kilka — mruknęłam, spoglądając na miskę i chwyciłam kolejną garść słodyczy.
— Niewiele osób je lubi — spostrzegła, skinąwszy na moją dłoń.
— Jestem wyjątkiem. — Z uśmiechem nadgryzłam landrynkę. — A moja propozycja jest wciąż aktualna — wyszeptałam, czując lekkie podniecenie.
_I tak wiedziałam, że do niczego między nami nie dojdzie._
Elle zareagowała natychmiast. Speszyła się i nerwowo przygryzła wargę, nie wiedząc, co zrobić. Wzrokiem uciekła w bok, szybko wracając do mnie. Ciekawość mieszała się u niej z zawahaniem.
— W końcu! Ile można siedzieć w łazience? — gdy Dennis nas zobaczył, natychmiast zaczął marudzić.
Typowy facet. Nie rozumiał, że ubikacja to nie tylko załatwianie potrzeb.
— Piękno wymaga czasu! — Skierowałam się do lady. — Dolicz mu, proszę, opakowanie — rzuciłam Johnowi, wskazując cukierki wyjedzone z kanciapy.
— Znowu te drażetki.
— To nie drażetki — oburzyłam się. Mógł ich nie lubić, ale nie musiał obrażać.
— Już za nie zapłacił.
_John… gdybyś był mniej sympatyczny._ Czasem zastanawiałam się, czy miał świadomość, że nie ma co liczyć na powtórkę z rozrywki.
— Musiałbym być głupi, nie wiedząc, że mu je wyjesz, gdy tam będziesz — stwierdził Dennis, łapiąc za butelki z whisky.
Nigdy nie rozumiałam, jak chłopaki mogą pić to świństwo. Choć z drugiej strony, nie każdy lubił mój gin. — Serio, stary, zacznij je przed nią chować — dodał do Johna, co nawet mnie ucieszyło.
W przeciwieństwie do reszty znajomych, Dennis nie śmiał się z tego, co mu się przytrafiło. To była naturalna reakcja. A chłopak miał po prostu pecha, że nakrył go ojciec, wkurzony o zamknięcie sklepu.
— Trzymaj. — Przyjaciel podał mi piwo i ruszył do wyjścia. — Nara!
Elle nad wyraz potulnie podreptała za nim. Otworzyła mu drzwi, choć nie prosił.
Patrząc na nich, poczułam wibrację telefonu. Odłożyłam butelkę na ladę. Schowałam cukierki i wymieniłam je na komórkę.
Znów ten nieznajomy. Kompletnie o nim zapomniałam, a ciekawiło mnie, co tym razem odpisze.
_NIEZNANY: GŁÓWNYM POWODEM MOŻE I NIE, ALE POWRÓT SAMA DO MIASTA PRZYPOMNIAŁ MI, ŻE DAWNO NIE PISAŁEM._
Czytając wiadomość, usłyszałam dźwięk klaksonu. Krótki, nerwowy. Jakby ktoś wymuszał uwagę.
— Chyba im śpieszno — bąknął John, gdy nie odrywałam wzroku od telefonu.
— Poczekają — rzuciłam niezainteresowana.
Nie miałam pojęcia, co powinnam czuć. Spojrzałam na kasjera, szukając ratunku w uporządkowaniu myśli. Nie pomógł, ale też niczego nie pogorszył.
— Coś się stało? — Przez moment wyglądał na zatroskanego. Było w tym coś miłego, nienachalnego. Zupełnie inaczej niż u Dereka, który nawet troskę potrafił zamienić w teatr.
— Nie, nie. Nic… — wyjąkałam z pustką w głowie.
Próbowałam dopasować jakieś imię, które pasowałoby do tej nieznanej osoby, ale żadne nie brzmiało właściwie.
— Swoją drogą, na pewno zapłacił za te cukierki? — dopytałam ni stąd, ni zowąd, wskazując na słodycze, które wcześniej zabrałam.
— Tak, zapłacił.
— To dobrze. — Wolno chwyciłam butelkę.
Zdecydowanie byłam zbyt kiepska w wymuszonych rozmowach. Klakson znów rozdarł ciszę.
— Oszaleć z nimi można — westchnęłam. — Dobra, idę, bo nie przestaną. Pozdrów tatę — palnęłam mimochodem, przypominając sobie rozmowę z Elle. — Może jednak lepiej nie.
Słowa wyszły ze mnie za szybko. Efekt dobrego wychowania, który chyba nigdy nie opuszcza człowieka. Nawet wtedy, gdy powinien.
— Myślę, że to nie najlepszy pomysł — John zaśmiał się cicho. Klakson ponownie zaszczycił nas dźwiękiem. Tym razem dłużej. Bardziej natarczywie.
— No cóż, nie rób imprez i… spokojnej nocy. — Obdarzyłam go uśmiechem na pożegnanie i opuściłam sklep.
Gdy tylko wyszłam, uderzył mnie świeży powiew wiatru. Chłodny, ale oczyszczający. Wtedy wszystko zaczęło mieć sens. Korea. Znajomy mój i brata. Rodzice go lubili. Ten styl pisania, wyczucie… Wszystko pasowało do jednej osoby.
Czując w dłoni nowe powiadomienie, od razu spojrzałam na ekran.
_NIEZNANY: CZYŻBYŚ ZACZYNAŁA COŚ KOJARZYĆ?_
_JA: JI!_
Odpisałam czym prędzej, przekonana, że to on.
_NIEZNANY: BINGO, MOTYLKU!_Rozdział 3
Blady świt
Nim zdążyłam odpowiedzieć, poczułam lekkie uderzenie drzwiami, przy których stałam.
— Wchodzisz w końcu? — W samochodzie dostrzegłam zirytowany wzrok Hanny. _Serio, o co jej dzisiaj chodziło?_
— Tak, tak. — Wsiadłam i kontynuowałam pisanie, ignorując jej dąsy.
_JA: W KOŃCU JAŚNIE PAN SIĘ ODEZWAŁ! I O CO CHODZI Z TYM MOTYLKIEM?_
— A jej co się stało? — głos Davida rozbrzmiał gdzieś w tle. Odpowiedzi nie usłyszałam, ale nie interesowała mnie jakoś szczególnie. W aucie zapadła cisza. Zajęłam wygodniejszą pozycję i myślami wróciłam do ekranu.
_JIYONG: UTOPIŁEM TELEFON I DOPIERO ODZYSKAŁEM TWÓJ NUMER. A RACZEJ SAM GO SOBIE WZIĄŁEM, BO NIE MOGŁEM SIĘ DOPROSIĆ TWOJEGO BRATA._
_JA: SERIO? TO JEST TWOJA WYMÓWKA NA MILCZENIE PRZEZ PONAD MIESIĄC?_
_JIYONG: W SUMIE TO NIE MAM LEPSZEJ._
Nie wiedziałam, czy powinnam być wściekła, czy cieszyć się, że w końcu napisał. Z drugiej strony, nie widziałam go, odkąd wyjechałam z Korei. Minęło sześć lat, więc nagły brak kontaktu nie był niczym niezwykłym. A mimo to… utrzymywaliśmy go regularnie.
_JIYONG: NIE ZŁOŚĆ SIĘ. MIAŁAŚ CHOCIAŻ OKAZJĘ ODPOCZĄĆ OD MOICH WIADOMOŚCI._
Sęk w tym, że nigdy mi nie przeszkadzało, gdy Ji pisał. Wręcz przeciwnie. Jego smsy były ciekawsze niż pogaduszki z moimi angielskimi znajomymi.
_JA: O CO CHODZI Z TYM MOTYLKIEM?_
Dopytałam, wciąż nie widząc odpowiedzi na to pytanie.
_JIYONG: NIE MÓW, ŻE ZAPOMNIAŁAŚ?_
Podniosłam wzrok znad telefonu, jakby miało mi to w czymś pomóc. Nic z tego. Zamiast wyjaśnienia, zobaczyłam cel podróży, który nie napawał mnie radością.
— Wszystko okej? — niespodziewanie usłyszałam Hannę.
— Tak — burknęłam, zerkając na nowe powiadomienie.
_JIYONG: TWOJE IMIĘ. NABI._
_JA: ALE ŻE JAK?_
_JA: DOBRA, WIEM! PRZYPOMNIAŁO MI SIĘ!_
Moje imię po koreańsku znaczyło „motyl”. Ji nazywał mnie tak w dzieciństwie, odkąd poznał angielskie tłumaczenie. Teraz „Butterfly” było jedynym słowem w tym języku.
_JA: DAWNO MNIE TAK NIE NAZWAŁEŚ._
_JIYONG: RACJA. CZAS TO ZMIENIĆ!_
_JA: JESZCZE CZEGO! MÓWIĄC MI PO IMIENIU, TEŻ BĘDĘ WIEDZIEĆ, CO MASZ NA MYŚLI._
_JIYONG: NIE PRZESZKADZAM?_
To pytanie brutalnie przypomniało mi o miejscu, w którym się znajdowałam. Zerknęłam na parkującego Davida, a potem naburmuszoną Hannę.
_JA: JESTEM ZE ZNAJOMYMI_.
Wybrał kiepski moment, ale nie chciałam przerywać rozmowy. Bo nawet jeśli czasem pisał dość sztywno, co kompletnie do niego nie pasowało, to właśnie on trzymał mnie teraz przy życiu. Bardziej, niż przypuszczał.
_JIYONG: CZYLI TAK._
Spoglądałam na odpowiedź, to na wysiadających znajomych. Te dwie rzeczywistości kompletnie do siebie nie pasowały, ale nie miałam już wyboru.
_JA: CZYLI NIE. ALE MOGĘ ODPISYWAĆ Z OPÓŹNIENIEM._
Zgarnęłam rzeczy i wysiadłam. Chłodne, wieczorne powietrze w sekundę rozwiało mi włosy.
_JIYONG: W SUMIE TEŻ JESTEM NA IMPREZIE._
_JA: NIE GADAJ BZDUR, TYLKO PISZ! NAJWYŻEJ UZNAM, ŻE WYPIŁEŚ ZA DUŻO I PADŁEŚ GDZIEŚ OBOK SAMA._
Wiedziałam, że zaraz nie będę w stanie odpisywać na bieżąco, jednak nie chciałam, by znów zamilkł. Ta jego wymówka z utopionym telefonem… Średnio mi pasowała, ale nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Cieszyłam się, że w końcu napisał. Szczególnie że z każdym zbyciem Sama, gdy pytałam o Ji, powoli traciłam nadzieję.
_JIYONG: AŻ TAK SŁABEJ GŁOWY JAK ON NIE MAM._
_JA: CIĘŻKO MI OCENIĆ. GDY CIĘ OSTATNIO WIDZIAŁAM, PIŁEŚ CO NAJWYŻEJ MLEKO._
_JIYONG: TO JUŻ DAWNO ZA MNĄ._
_Gdyby tylko wiedział, jak bardzo tęskniłam za tak luźną rozmową z nim._ Widok kolejnej wiadomości przywołał na moją twarz uśmiech, którego nie potrafiłam ukryć.
_JIYONG: ODWIEDZIŁABYŚ W KOŃCU BRATA!_
_JA: MASZ NA MYŚLI CIEBIE?_
Sammy jeszcze kilka dni temu był w Anglii, więc pytanie Ji jasno wskazywało, o kogo naprawdę mu chodziło. Miałam szczerą ochotę go teraz zobaczyć i usłyszeć.
_JIYONG: MNIE MOŻESZ PRZY OKAZJI._
_JA: POCZEKAJ, BO JESZCZE SPEŁNIĘ TWOJE MARZENIE._
_JIYONG: TO NIC ZŁEGO._
— Co tak stoisz, zamiast iść z nami?
— Hy? — Spojrzałam przed siebie, próbując zlokalizować rozmówcę. Derek. Wparował mi w rozmowę z Ji, jak zwykle bez krzty wyczucia.
— Jakaś nieobecna jesteś.
— Zdaje ci się — rzuciłam, mijając go szybkim krokiem.
— Wynagrodzę ci ten sklep!
_Uważaj, bo uwierzę._ Znałam ten ton aż za dobrze. Chuja, nie wynagrodzi. Powtarzał to jak mantrę. _Ile razy można wałkować jeden i ten sam temat?_
— Wiesz co, dałbyś już spokój z Johnem! — Przystanęłam, chcąc mu wbić do głowy każde słowo.
— Daj spokój, to było zabawne. — _Czy on właśnie odtwarzał tamten moment w głowie?_
— Jemu nie było do śmiechu — rzuciłam, ruszając za znajomymi. Chcąc nie chcąc, tamtej nocy naprawdę żałowałam Johna.
— Nab… — mruknął, ale nie zwolniłam kroku. — Hej, czekaj! — Szarpnął mnie mocno za rękę i przyciągnął do siebie.
— Swoją drogą, całuje całkiem nieźle — palnęłam, prowokując go z premedytacją.
Wiedziałam, że to go zaboli. Chciałam, żeby się wściekł. Skrzywdził tak, żebym wreszcie zrozumiała, że to nie facet dla mnie.
— Próbujesz mnie wkurwić?
Jego mina mówiła wszystko. Był wyraźnie rozzłoszczony tym, jak go ignoruję. Ale od dłuższego czasu… nie umiałam go znieść.
— Niby po co? — odpowiedziałam chłodno, z drwiącym uśmiechem. — Ale zapytaj go, może udzieli ci jakichś lekcji. Choć szczerze wątpię, żeby chciał iść z tobą na zaplecze.
— Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz? — warknął.
Ucieszyła mnie ta reakcja. Jiyong nigdy nie był tak nachalny, za to Derek… on zdawał się uważać, że agresywny upór to jego największy atut.
Okazywał uczucia tylko wtedy, gdy coś spieprzył i potrzebował przebaczenia. Ji natomiast, mimo że nie widzieliśmy się od lat, częściej pytał o moje samopoczucie. W przeciwieństwie do Andera, on szczerze się martwił.
Z czasem zrozumiałam, jak rozmawiać z Derekiem. Prowadzić go i rozgrywać. On zawsze wracał na kolanach. I choć wiedziałam, że nie ma w tym nic zdrowego, dawało mi to pewnego rodzaju przewagę. Albo przynajmniej złudzenie, że mam kontrolę nad czymś, co dawno temu wymknęło mi się z rąk.
— A co, boisz się, że i ty mu wpadniesz w oko? — Ta myśl znów wywołała u mnie cień satysfakcji.
Derek puścił moją rękę, ale tylko po to, by zacisnąć palce na moim podbródku i zmusić do spojrzenia mu w oczy. Zazdrość działała na niego jak zapalnik. Wściekłość z domieszką podniecenia. Zawsze ten sam schemat.
I choć to głupie, działało też na mnie. Jednak z jakiegoś powodu wciąż nie poszłam z nim do łóżka. Może dlatego, że pożądanie to nie wszystko? Albo wciąż czekałam na coś więcej?
— Wkurwiasz mnie, wiesz?
— Wiem. — Patrzyłam mu prosto w oczy, czekając na nieme wyzwanie i kolejny ruch.
— Czekamy na was.
Wzrok Dereka powędrował w lewo, a uścisk na mojej twarzy zaczął stopniowo słabnąć. Spuściłam głowę i zerknęłam na osobę, która nam przerwała. Oczywiście… Sara. Jak zwykle w samą porę.
— Jednak nie tylko John ma z tym problem — rzuciłam na odczepnego, odsuwając od niego.
Zrobiłam krok w tył, powoli się wycofując. Widziałam, jak poprawia spodnie w kroczu i z wyraźnym niezadowoleniem odpowiada Sarze. Moja przyjaciółka nigdy za nim nie przepadała. W końcu Derek zajął jej miejsce, ale na to sama zapracowała, zostawiając mnie.
— Musiałaś akurat teraz nam przeszkodzić? — warknął do niej, nie kryjąc irytacji.
Nie miałam ochoty ich słuchać. Dołączyłam do reszty. Impreza odbywała się niedaleko, a dźwięki muzyki słychać było już w połowie drogi. I choć od dłuższego czasu cieszyłam się na tę noc, wiadomość od Jiyonga kompletnie zmieniła moje nastawienie. Sama zabawa nie była problemem. Niejednokrotnie świetnie się tu bawiłam. Ale tym razem coś było inaczej.
Nagle, jakby na komendę, uderzyła we mnie tęsknota za Koreą. Za drugim domem, którego nie widziałam od lat. Za miejscem, gdzie wszystko było inne. Nawet ja.
Snułam się za balującymi znajomymi, próbując do nich dopasować. Bez energii, bez chęci. Byłam jak cień, który nie pasuje do światła. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam w tym tłumie. Po dwóch godzinach udawania uciekłam w bardziej odosobnione miejsce. Musiałam pobyć chwilę sama. Odetchnąć.
Po kilkudziesięciu minutach poczułam wibrację telefonu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nic nie odpisałam Jiyongowi. Zamiast tego czekałam, aż sam się ponownie odezwie. _Idiotka._
_JIYONG: NIE PIJ ZA DUŻO._
_JA: CZYŻBYŚ SIĘ O MNIE MARTWIŁ?_
Tym razem nie zwlekałam ani chwili.
_JIYONG: A NAWET JEŚLI?_
Poczułam jak przez moje ciało przeszedł dreszcz. Tylko po to, by chwilę później Mateo brutalnie go przegonił.
— Dennis chce rozruszać nową — powiedział, odnajdując mnie w kryjówce. W dłoni trzymał mój płaszcz, a mina mówiła wszystko.
Nie miałam wyjścia. Musiałam odpisać Ji i podnieść się z ziemi.
Emotka buźki przesyłającej całusa. To było jedyne, co wpadło mi do głowy. Wysłałam ją bez namysłu, czując, jak serce bije mi mocniej.
— Gdzie tym razem? — zapytałam.
Zablokowałam ekran i wstałam z miejsca, w które zaczęłam już wrastać. Liczyłam na cieplejszy zakątek niż ten, który wcześniej wskazał Derek, ale znając Dennisa, i tak skończymy na otwartym terenie. Normalnie bym nie narzekała. Ale w nocy było tam dość chłodno.
— Polana.
— Serio? — westchnęłam, zakładając płaszcz. — Nie mógł wymyślić czegoś cieplejszego? Przecież mnie tam przewieje!
— Poruszasz się trochę, to od razu będzie ci cieplej.
_Mateo i jego nieudolne zachęty._ Nie byłam w humorze na takie rzeczy.
— Swoją drogą, nikt nie może cię dziś znaleźć — dodał, rzucając mi krótkie spojrzenie.
— Przecież jestem ciągle na widoku. — Rozłożyłam ręce.
Nie do końca była to prawda, ale on jakoś potrafił mnie odnaleźć. Wystarczyła odrobina chęci.
— Zresztą dobrze mi tu. Mam święty spokój i ładne widoki.
_Środek nocy i widoki, dobre sobie._
— Nie wątpię. Sam ci pokazałem to miejsce — uśmiechnął się, podając mi butelkę z piwem. — Nawet nie tknęłaś.
— A myślisz, że jak tu weszłam? — prychnęłam, biorąc od niego trunek.
— To jak tym razem chcesz to zrobić? — Spojrzał w dół, gdzie impreza trwała w najlepsze.
— Klasycznie? — podeszłam bliżej, by zerknąć na skałki pod nami.
— Yhm. Nie jestem do tego przekonany. — Skrzywił się i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Nie mów, że tak tu weszłaś?
— W sumie to… — zrobiłam krok, a kilka kamieni osunęło się ze zbocza. Mateo zareagował błyskawicznie. Wyciągnął rękę, chwycił mnie mocno i odciągnął od krawędzi.
Jak zawsze zbyt ostrożny. Właśnie dlatego nigdy nic głębszego mnie do niego nie ciągnęło. Był jak bezpieczna przystań, a ja… ja potrzebowałam zniszczenia. Najlepiej siebie.
— Idziemy na około — sapnął, ruszając w przeciwną stronę, ciągnąc mnie za sobą.
Rozumiałam jego potrzebę zapewnienia mi bezpieczeństwa, ale nie kosztem mojej ręki. Na szczęście zdążył zrobić tylko kilka kroków, nim z lasu dobiegło nas stłumione piszczenie. Chłopak natychmiast stanął mocniej ściskając moją dłoń.
— Czyżbyś się wystraszył wiewiórki? — Zaśmiałam się, ale jego twarz zesztywniała. Wyglądał, jakby wytrzeźwiał w ułamku sekundy.
— Wiewiórki tak nie robią — odparł cicho.
— Zawsze możemy zawrócić — zaproponowałam.
— Jasne, żebym sobie kark skręcił — warknął, ale nie ruszył ani o krok. Kiedyś nie przeszkadzała mu myśl, by skoczyć w przepaść.
— To co proponujesz? — syknęłam stanowczo.
Nie miałam ochoty iść tam i upijać Elle, a później patrzeć, czy wykona coś, co ją przeraża. Ale jakoś musieliśmy zejść z tej góry. Reszta zapewne już na nas czekała, a Mateo stał w totalnej ciszy, nasłuchując odgłosów lasu.
— Ja biegnę, a ty za mną, co? — zerknęłam na niego. Nie odpowiedział, więc ruszyłam przed siebie.
— Nabi! Do cholery, dziewczyno! — wrzasnął wkurzony, ale słyszałam za sobą ciężar jego butów.
— Szybciej! — odkrzyknęłam w eter, pędząc ile sił w nogach. Nie minęło kilka minut, a byliśmy na dole.
— Oszalałaś! — Mateo wpadł we mnie, chwytając w pasie, nie zauważając, że zdążyłam się zatrzymać.
— Daj spokój, nie było tak źle — uśmiech nie schodził mi z twarzy, podczas gdy on wciąż wyglądał na lekko przestraszonego.
Swoim zachowaniem przypominał mi Jiyonga. Kiedy jeszcze mieszkałam w Korei, Ji i ja często się wygłupialiśmy i ładowaliśmy w kłopoty. Nic nas nie zatrzymywało. Mateo różniło od niego to, że wyjątkowo nie przepadał za dzikimi zwierzętami, co w niektórych sytuacjach bywało dość zabawne.
Tak jak teraz. Pewnie wciąż analizował, czy słyszał wiewiórkę, czy coś, co mogło go pożreć.
— Mogło nas tam coś zaatakować! — krzyknął, stopniowo odsuwając się ode mnie.
— Następnym razem cię zepchnę — rzuciłam niedbale. — Może niczego nie połamiesz przy lądowaniu. Zobaczymy, co wtedy będziesz mówić.
Patrzyłam, jak próbuje wymyślić ripostę, ale nic nie wskazywało na to, że mu się uda.
— To ustalone!
— Gdybym mógł, to bym cię pociągnął ze mną na dno — rzucił ni stąd, ni zowąd.
— Łał, to żeś wymyślił — prychnęłam. — A można wiedzieć, co cię przed tym powstrzymuje?
— Wizja, jak twój brat mnie tłucze — odparł z miną, która sugerowała, że właśnie miał daną scenę przed oczami.
— Czasem zapominam, że się znacie — szepnęłam, spuszczając wzrok.
Mateo właśnie przypomniał mi moment, gdy Sam, przyjeżdżając do nas na święta, o mało co nie potrącił chłopaka. Sammy niby był tym mądrym w rodzinie, a nie pamiętał, jak się w Anglii jeździ.
Od tamtej pory ta dwójka spędzała ze sobą czas. Było to trochę podejrzane, ale dzięki temu mogłam podsuwać Mateo różne myśli, licząc, że powtórzy je mojemu bratu. W ten sposób miałam od Sama względny spokój.
— Lecz wciąż nie widzę powodu, byś miał się go bać.
— Jest dość opiekuńczy względem ciebie — stwierdził krótko. — I nie boję się go! — podniósł głos, gdy tylko dotarło do niego, co właśnie powiedziałam.
Musiałam przyznać mu rację. Sam nie miał hamulców, gdy ktoś próbował mi zaszkodzić. Bycie jego młodszą siostrą to jednocześnie przywilej i przekleństwo.
— Chyba że na drodze — zagaiłam, licząc, że podchwyci moje wspomnienie.
— Tak, pod koła lepiej mu nie wchodzić — roześmialiśmy się głośniej niż zazwyczaj. — Zresztą Sam też dziś robi jakąś imprezę. A może to było wczoraj? — Mateo zamyślił się na moment. — Nigdy nie ogarniam, która u niego godzina.
Spojrzałam na zegarek w telefonie, machając mu nim przed twarzą.
— Aktualnie nieco po piątej.
— A skąd to wiesz?
— Bo mam ustawione dwa zegarki w komórce? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. — Czego nie zrozumiałeś z machnięcia ci przed nosem telefonem, kiedy mówiłam, która godzina u Sama?
— W sumie to wszystkiego. Trochę już wypiłem — podrapał się po głowie i zerknął za mnie.
Sekundę później poczułam w dłoni wibrację.
_JIYONG: CHWILĘ NIE PATRZYŁEM NA TELEFON, A TY JUŻ PRZENOSISZ NASZĄ ZNAJOMOŚĆ NA WYŻSZY POZIOM._
_JA: ALEŻ NIC Z TYCH RZECZY!_
— Z kim ty tak ciągle dziś piszesz? — Mateo nagle chrząknął. — My próbujemy upić nową, a ty cały wieczór ukrywasz się z komórką.
— Nie znasz — ucięłam i kontynuowałam pisanie, uświadamiając sobie, o czym rozmawiałam z Mateo. Ji wypisywał do mnie, gdy u niego był blady świt.
_JA: SWOJĄ DROGĄ NIE POWINIENEŚ PRZYPADKIEM SPAĆ?_
— Od kiedy jesteś taka tajemnicza? — nachylił się nade mną. — Jiyong? Hm, brzmi znajomo — stwierdził, zerkając mi w ekran. Od razu go zablokowałam.
Nie ukrywałam znajomości z Ji, ale nie lubiłam, gdy ktoś wpychał nos w nie swoje sprawy. Szczególnie kiedy robił to bez pytania, uznając, że ma do tego prawo.
— Szybka reakcja — puścił mi oczko i wyprostował się. — Oj.
— Co tym razem? — spojrzałam na niego, po czym odwróciłam się w stronę, którą patrzył. Moje szczęście momentalnie wyparowało. — O…