Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Każda kolejna gwiazdka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 października 2026
E-book: EPUB, MOBI
52,99 zł
Audiobook
52,99 zł
52,99 zł
5299 pkt
punktów Virtualo

Każda kolejna gwiazdka - ebook

W te święta los napisze własny scenariusz.
Julia miała precyzyjny plan na życie, a macierzyństwo nigdy nie było jego częścią. Tymczasem przed świętami została sama z dwutygodniowym noworodkiem. Nieprzespane noce, zimowy chłód za oknem i paraliżujący strach przed nową rolą sprawiają, że codzienność staje się dla niej walką o przetrwanie. Niespodziewanie, zaledwie kilka dni przed Wigilią, na jej drodze pojawił się Wojtek – nieznajomy o ciepłym uśmiechu i wielkim sercu. W szarym świecie Julii po raz pierwszy zapaliło się świąteczne światło. Mężczyzna również znalazł się na życiowym zakręcie, ale los właśnie podarował mu szansę, o której dawniej bał się nawet marzyć. Od tamtej pory w ciągu kolejnych kilku lat ich drogi przecinały się jedynie raz w roku, właśnie w okolicach Gwiazdki. Im mocniej jednak dawali się ponieść magii świąt, tym trudniej było im się rozstawać i wracać do swoich spraw.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-817-8
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JULIA

– Gratulacje, to dziewczynka. – Głos doktora rozniósł się echem po sali operacyjnej, a mnie przeszył nagły strach.

Właśnie zostałam matką. Nie miałam tego w swoich planach na ten rok.

Mężczyzna uniósł moją nowo narodzoną córkę tak, abym mogła ją zobaczyć. Wyglądała… inaczej, niż się spodziewałam. Nie przypominała tych uroczych, różowych niemowląt z reklam olejków do kąpieli. Jej skóra miała szarawy odcień i była pokryta białą mazią płodową z domieszką krwi. Na jej opuchniętej buzi malował się grymas niezadowolenia, jakby próbowała zaprotestować przeciwko temu, co się właśnie wydarzyło. Wierz mi, mała – pomyślałam – doskonale wiem, co czujesz.

Nie płakała, choć najwyraźniej miała na to ochotę. Przyszło mi do głowy, że pewnie była równie oszołomiona jak ja. Jeszcze chwilę temu tkwiła w ciepłej, cichej i ciemnej przestrzeni mojego brzucha, a teraz znalazła się w gwarze, chaosie i rażącym świetle lamp. Zdążyłam zauważyć meszek ciemnych włosków pokrywających jej główkę, a potem gdzieś ją zabrano. Nie pozwolono mi jej nawet dotknąć.

Zbliżyłam podbródek do klatki piersiowej, żeby sprawdzić, co się dzieje przede mną. Za zasłonką umieszczoną na wysokości mojej klatki piersiowej poruszały się sylwetki trzech lekarzy w kitlach. Ich kolorowe czepki odcinały się na tle wszechobecnej, sterylnej bieli. Słyszałam brzdęk narzędzi chirurgicznych podnoszonych z tacy, krótkie komendy oraz dźwięk aparatury monitorującej moje tętno. Pani anestezjolog śledziła ekran z kamienną twarzą, a po bloku operacyjnym krzątało się kilka pielęgniarek oraz położnych.

– Proszę nie podnosić głowy – upomniała mnie surowo jedna z nich.

Z głębi sali dobiegł mnie płacz mojej córki. Ku własnemu rozczarowaniu nie poczułam absolutnie nic. Nie zalała mnie fala obezwładniającej miłości, nie było przypływu nagłej czułości… Słuchałam jej rozdzierającego głosiku, a w środku miałam kompletną pustkę. Jakby płakało obce dziecko.

Inaczej wyobrażałam sobie ten moment…

Przez trzydzieści osiem tygodni nosiłam ją pod sercem, a teraz, kiedy wreszcie tu była, nie wiedziałam, czy w ogóle zdołam ją pokochać… Ta myśl napełniała mnie potwornym przerażeniem.

– Dwa tysiące dziewięćset osiemdziesiąt gramów, pięćdziesiąt dwa centymetry i dziesięć punktów w skali Apgar – odezwała się pielęgniarka. Starałam się zapamiętać te informacje, ale cyferki rozmywały mi się w pamięci. – Przewieziemy panią teraz na oddział położniczy.

Gdy znalazłam się na sali pooperacyjnej, moim ciałem zaczęły wstrząsać zimne dreszcze, a powieki stały się ciężkie jak z ołowiu. Ogarnęło mnie tak silne zmęczenie, że miałam ochotę zasnąć i zapomnieć o całym świecie.

Kątem oka dostrzegłam, jak położna wyciąga moją córkę z łóżeczka noworodkowego na kółkach. Mimo że nie mogłam jeszcze siadać ani podnosić głowy, a moje nogi nadal nie odzyskały czucia po znieczuleniu, kobieta pomogła mi przystawić dziecko do piersi.

Dziewczynka chyba potrzebowała bliskości mamy, bo momentalnie przestała kwilić, chwyciła moją pierś wargami i łapczywie zaczęła ssać. Poczułam ostry ból przypominający strumień prądu przepływający przez moją klatkę piersiową. Zacisnęłam szczękę, próbując powstrzymać łzy napływające do oczu. Nie miałam pojęcia, że karmienie może być aż tak bolesne… Wcześniej, gdy patrzyłam na te wszystkie urocze zdjęcia mam w internecie, wydawało mi się, że to czysta przyjemność. Nic bardziej mylnego.

Przechyliłam głowę, by móc jej się lepiej przyjrzeć, i niechcący musnęłam nosem meszek na jej głowie. Jej skóra była aksamitna w dotyku i wydzielała specyficzny, słodkawy zapach. Na nadgarstku dziewczynki widniała różowa opaska identyfikacyjna z moim imieniem i nazwiskiem oraz dzisiejszą datą. Maleńkie paluszki z paznokietkami wielkości główki szpilki na przemian zginała i prostowała, jakby uczyła się, do czego służą. Kiedy piła mleko, zabawnie marszczyła nosek, a w kącikach jej ust zbierały się białe kropelki. Ten widok mnie rozczulił.

Była taka krucha… Delikatna i bezbronna. Jej drobne ciałko zmieściłoby się w dłoni rosłego mężczyzny. Dopadły mnie obawy, że przez nieuwagę lub brak doświadczenia mogłabym jej zrobić krzywdę. Nie miałam pojęcia, jak się opiekować niemowlęciem.

Nigdy nie odczuwałam instynktu macierzyńskiego, dlatego długo nie umiałam pogodzić się z myślą, że w moim ciele rozwijało się nowe życie. Miałam dwadzieścia osiem lat, a czułam się tak, jakbym zaszła w nastoletnią ciążę. Wydawało mi się, że jestem za młoda na to, aby zostać matką. Ucinałam wszelkie rozmowy na ten temat, odwlekałam kompletowanie wyprawki w nieskończoność i unikałam patrzenia w lustro. Zamiast radości narastał we mnie lęk. Lęk przed przyszłością, przed tym, że sobie nie poradzę i że unieszczęśliwię tego małego człowieczka.

Ciąża nie była dla mnie łaskawa ani pod względem psychicznym, ani fizycznym. Pierwszy trymestr wiązał się z nieustannymi wizytami w toalecie. Przekonałam się, że poranne mdłości mogą trwać cały dzień. Wystarczył zapach świeżo zaparzonej kawy czy smażonego mięsa, aby wywołać u mnie odruch wymiotny. Nic dziwnego, że w pierwszych tygodniach ciąży, zamiast przybrać na wadze, zgubiłam aż pięć kilogramów.

Ruchy dziecka, które z początku kojarzyły mi się z przyjemnym łaskotaniem, z tygodnia na tydzień przybierały na sile, a pod koniec ciąży stały się wręcz nie do zniesienia. Maluszek kopał mnie w żebra i napierał na pęcherz. Wieczorami miałam problemy z zaśnięciem, ponieważ nie potrafiłam znaleźć sobie wygodnej pozycji, w nocy budziła mnie częsta potrzeba oddawania moczu, z kolei rano nie umiałam zwlec się z łóżka. Bez przerwy towarzyszyło mi zmęczenie, dlatego ucinałam sobie drzemki za dnia, a zadyszka łapała mnie nawet wtedy, gdy z kimś rozmawiałam.

Choć często spotykałam się ze stwierdzeniem, że ciąża to nie choroba, wcale nie czułam się jak okaz zdrowia.

– Podaliśmy pani dożylnie Ketonal – oznajmiła położna, wskazując dłonią kroplówkę stojącą w nogach łóżka. – Jeśli znieczulenie przestanie działać i zacznie pani odczuwać ból, to proszę mnie zawołać. Zwiększymy dawkę.

Podała mi do ręki pilota z guziczkiem, który służył do wzywania personelu medycznego. Przed wyjściem upewniła się, że lek spływa w odpowiednim tempie, po czym zostawiła nas same. Na sali znajdowały się jeszcze dwa łóżka szpitalne, ale obydwa były puste.

– Cześć, Lena – zwróciłam się do córeczki ochrypłym głosem. – Mam nadzieję, że będzie ci ze mną dobrze. Jestem trochę zakręcona, często gubię różne rzeczy i jestem straszną bałaganiarą. Ale podobno mam też kilka zalet… Być może kiedyś uda ci się je odkryć. W końcu mamy na to całe życie…

Dziewczynka zasnęła, ukojona melodią mojego głosu. Spojrzałam na nią i choć wciąż tliły się we mnie niepewność i strach, powolutku zaczęłam oswajać się z myślą, że odtąd będziemy już zawsze razem.WOJTEK

Odgłosy ulicznego zgiełku zagłuszyły brzdęk szkła oraz klakson samochodu. Chwilę później do moich uszu dotarł głośny płacz niemowlęcia. Właśnie zmierzałem w stronę samochodu, dźwigając siatkę wypełnioną produktami spożywczymi. Zatrzymałem się w pół kroku, próbując ustalić, skąd dochodził ten hałas.

Obejrzałem się przez ramię i zauważyłem młodą kobietę z wózkiem dziecięcym, która kucała na przejściu dla pieszych i drżącymi rękami zbierała produkty rozrzucone na asfalcie. Wokół niej turlało się kilka jabłek i pomarańczy, a na środku jezdni błyszczały odłamki rozbitego słoika, z którego wypłynęła gęsta, pomarańczowa ciecz. Kobieta próbowała w pośpiechu włożyć owoce do kosza pod gondolą, ale nawet z daleka widziałem, że był tak wypchany, że więcej nie pomieści.

Wystarczyło kilka sekund zamieszania, aby utworzył się korek, a zniecierpliwieni kierowcy zaczęli zawzięcie trąbić. Warszawska Wola tętniła o tej porze życiem: część mieszkańców niedawno skończyła pracę i spieszyła się, by odebrać dzieci z placówek, inni jechali do pracy na drugą zmianę, a ci, którzy mieli wolne, wybrali się na przedświąteczne zakupy. Do świąt Bożego Narodzenia zostały zaledwie cztery dni, dlatego ruch na ulicach i w sklepach ciągle rósł.

Chłodny podmuch grudniowego wiatru wślizgnął mi się za kołnierz płaszcza i momentalnie mnie otrzeźwił. Zamiast stać jak słup soli, ruszyłem nieznajomej z pomocą. Gdy kucnąłem obok niej, podniosła na mnie oczy, a na jej twarzy wymalowała się mieszanka zaskoczenia i wdzięczności.

W niemym porozumieniu zebraliśmy pozostałe produkty oraz odłamki rozbitego słoika. Potem zeszliśmy na chodnik, ustępując miejsca samochodom. Gdy tylko znaleźliśmy się na uboczu, wyciągnęła niemowlę z wózka i przytuliła je do piersi, jedną ręką przytrzymując jego główkę. Ja tymczasem sięgnąłem do kieszeni kurtki w poszukiwaniu czegoś, czym będę mógł wytrzeć brudne dłonie. Nieznajoma bezbłędnie odczytała moje intencje.

– Zaczekaj, mam chusteczki nawilżane. Trzymaj. – Wygrzebała paczkę z torby zawieszonej na rączce wózka i podała mi ją.

– Dzięki.

– To raczej ja powinnam ci podziękować…

Nasze spojrzenia się skrzyżowały.

Była zaskakująco wysoka – prawie dorównywała mi wzrostem, mimo że mierzyłem trochę ponad metr osiemdziesiąt. Miała na sobie długi siwy płaszcz sięgający do kolan, dżinsy oraz czarne martensy. Gęste, ciemnobrązowe włosy opadały na ramiona w drobnych, sprężystych lokach. Oliwkowa cera i ciemna oprawa oczu sprawiały, że wyglądała pięknie, nawet bez grama makijażu.

– Strasznie mi głupio. Reklamówka rozerwała się na samym środku ulicy i kompletnie spanikowałam.

– To się mogło przytrafić każdemu. – Posłałem jej pokrzepiający uśmiech. – Wstyd powinno być tym kierowcom, którzy zaczęli na ciebie trąbić. Przeraża mnie ta ludzka znieczulica.

– Mnie też… – westchnęła, a z jej ust wydobył się obłok pary. – Chociaż pewnie powinnam już do niej przywyknąć. Gdy byłam w ciąży, ludzie w kolejkach i autobusach często odwracali ode mnie wzrok i udawali, że mnie nie widzą.

Obrzuciłem ją zaskoczonym spojrzeniem.

– Nie żartuj…

Pierwszeństwo kobiet w ciąży wydawało mi się czymś tak naturalnym i oczywistym, że nie należało z nim dyskutować.

– Chciałabym, żeby to był żart…

Pochyliła się nad wózkiem, by włożyć niemowlę do środka, ale gdy tylko jego główka zetknęła się z materacem, dziecko jak na komendę znów zaniosło się płaczem.

– Nie wiem, po co mi wózek, skoro mała i tak go nie toleruje – mruknęła z ironią, bardziej do siebie niż do mnie.

– To może pomogę ci zanieść zakupy do domu?

– Serio? Mógłbyś? – ożywiła się. – Bo jeśli nie masz czasu…

– Żaden problem. Daleko mieszkasz?

– Tuż za rogiem. – Kiwnęła głową w bliżej nieokreślonym kierunku.

– W takim razie prowadź.

Odsunąłem śpiworek niemowlęcy na bok i włożyłem swoją torbę do gondoli, po czym ruszyliśmy przed siebie. Kobieta trzymała dziecko w ramionach, a ja pchałem wózek obładowany zakupami.

– Córeczka? – odgadłem, zobaczywszy różową zawieszkę przymocowaną do budy.

– Tak, ma na imię Lenka. A ja jestem Julia.

– Wojtek.

Dotarliśmy pod jeden z wielu identycznych bloków przy głównej ulicy. Schowałem wózek do piwnicy, a ponieważ w budynku nie było windy, pomogłem Julii wnieść zakupy na samą górę. Gdy wsunęła klucz do zamka, udałem, że ocieram pot z czoła.

– Jak radzisz sobie z tym wszystkim sama? Wózek, niemowlę, zakupy, a do tego mieszkanie na czwartym piętrze bez windy…

– Szaleństwo, prawda? – zaśmiała się, lecz przez jej głos przebijała gorycz. – Nie będę kłamać: spadłeś mi dzisiaj z nieba. To zdecydowanie nie jest mój dzień. Może wejdziesz na herbatę?

Otworzyła szeroko drzwi i zaprosiła mnie gestem do środka. Zdjąłem kurtkę i odłożyłem skórzane rękawiczki na komodę.

W mieszkaniu Julii panował potworny harmider. Salon połączony z kuchnią wyglądał tak, jakby przeszło przez niego tornado. Drzwi balkonowe były zastawione suszarką pełną maleńkich ubranek: skarpetek, czapeczek i body w pastelowych kolorach. Na desce do prasowania piętrzyła się sterta prania, stolik kawowy oraz komoda uginały się pod ciężarem najróżniejszych drobiazgów: pieluch, butelek, zasypek i smoczków. Na kanapie leżały kokon oraz zabawki, a na podłodze mata edukacyjna z kolorowymi pałąkami.

Zatrzymałem się w progu, próbując ogarnąć ten chaos wzrokiem. Patrzyłem na niego z lekkim niedowierzaniem i cichym podziwem. Widok tych wszystkich rzeczy rozrzuconych po pokoju uświadomił mi, ile trudu wymaga opieka nad niemowlęciem.

Julia włożyła córkę do kokonu i zaczęła zbierać grzechotki z kanapy, abym mógł usiąść.

– Wybacz, nie spodziewałam się dziś gości… – wyjaśniła zawstydzona.

– Domyślam się, że przy tak małym dziecku ciężko utrzymać porządek.

– No cóż, Lenka ma dopiero dwa tygodnie… Nadal próbuję odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, ale jak widać, z dość mizernym skutkiem. – Powiodła ręką po otoczeniu.

– Dwa tygodnie…? – Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.

– Dokładnie dziś kończy czternaście dni. Przyszła na świat w mikołajki.

Nie mogłem uwierzyć, że Julia niedawno urodziła. Na jej barkach spoczywała masa obowiązków, a organizm bez wątpienia domagał się regeneracji po tak dużym wysiłku, jakim były ciąża i poród. Zmęczenie odcisnęło widoczny ślad na jej twarzy – podkrążone oczy i smutek w jej spojrzeniu zdradzały, że przechodziła ciężki okres.

– Popilnujesz Leny? – poprosiła. – Skoczę tylko do toalety. Zaraz wrócę.

Włączyła czajnik i nie czekając na odpowiedź, zniknęła za drzwiami łazienki.

Zerknąłem na dziewczynkę. Leżała na plecach z główką obróconą w bok i przyglądała się rzeczom porzuconym w nieładzie. Miała na sobie za duże o rozmiar lub dwa śpioszki z napisem „Born in 2020”. Jej klatka piersiowa podskakiwała co kilka sekund w rytm czkawki, ale ona zdawała się tym w ogóle nie przejmować.

Gdy szum czajnika ustał, wargi Lenki wykrzywiły się w grymasie. Modliłem się, żeby się nie rozpłakała, bo nie wiedziałbym, jak ją uspokoić. Co prawda miałem dwóch bratanków, ale mój kontakt z nimi ograniczał się do krótkich, sporadycznych wizyt. To zdecydowanie za mało, by mówić o jakimkolwiek doświadczeniu w obcowaniu z dziećmi. Opieka nad noworodkiem wydawała mi się czarną magią.

Dziewczynka zaczęła kwilić, ale niemal w tym samym momencie do pokoju weszła Julia. Zalała herbatę wrzątkiem, po czym postawiła kubek na stoliku przede mną. Gdy podniosła Lenkę, mała instynktownie obróciła główkę w stronę jej biustu i zaczęła się niespokojnie wiercić, układając usta w literę „o”.

– Chyba zgłodniała – zauważyła.

Nie miałem pojęcia, jak zareagować na to stwierdzenie, więc zapytałem:

– A ty?

– Ja? – zdziwiła się.

Najwyraźniej nikt nie troszczył się o jej potrzeby, skoro moje pytanie wprawiło ją w takie zaskoczenie.

– Pytam, czy zgłodniałaś.

– Och, tak… Tyle że mój dzisiejszy obiad zaliczył bliskie spotkanie z asfaltem…

– Mówisz o tym potłuczonym słoiku?

– Przy Lence nie mam za bardzo czasu stać przy garach, więc często kupuję gotowe posiłki – wytłumaczyła szybko, a jej policzki spłonęły rumieńcem.

Zrobiło mi się jej żal. Choć Julia starała się, jak mogła, liczba obowiązków, które na nią spadły, wyraźnie ją przytłaczała. Wystarczył jeden rzut oka na tę dziewczynę – wyglądała, jakby zaraz miała się rozpaść na kawałeczki.

– Na pewno z czasem wszystko sobie poukładasz… – powiedziałem, żeby podnieść ją na duchu. – Ale i tak myślę, że świetnie sobie radzisz.

Julia przycupnęła na skraju stolika, spuściła głowę, a po jej policzkach nieoczekiwanie potoczyły się łzy. Słone krople kapały na brzuszek Lenki i wsiąkały w jej ubranko. Dziewczynka umilkła, zaskoczona wybuchem matki.

– W ogóle sobie nie radzę – wyznała Julia łamiącym się głosem. – Moje życie jest pasmem niekończących się porażek. Boję się, że unieszczęśliwię Lenkę.

Jej płacz wprawił mnie w zakłopotanie. Nie wiedziałem, jak powinienem się zachować, żeby nie pogarszać sytuacji. Julia przypominała porcelanę: piękną, lecz kruchą i podatną na pęknięcia.

– Nie bądź dla siebie taka krytyczna – powiedziałem ostrożnie.

– Nie nadaję się na rodzica. Nie mam instynktu macierzyńskiego i nie potrafię rozpoznać, dlaczego moje dziecko płacze…

– O ile mi wiadomo, chyba jeszcze nie wymyślono instrukcji obsługi dziecka… – wysiliłem się na dowcip, który wbrew moim oczekiwaniom wcale nie rozbawił Julii. Postanowiłem więc improwizować: – Chcę przez to powiedzieć, że każde dziecko jest inne. W końcu to mały człowieczek, który ma własne potrzeby i upodobania. Musisz spędzić z nią więcej czasu, żeby ją lepiej poznać.

Julia podniosła na mnie opuchnięte od płaczu oczy.

– Tak uważasz? – zapytała. – Nie myślałam o tym w ten sposób…

– Daj sobie czas. Dwa tygodnie to bardzo mało.

– Jestem kompletnie zagubiona. Staram się być dobrą matką, ale czuję, że to wszystko mnie przerasta.

– Nie chcę być wścibski, ale… nie masz nikogo do pomocy?

– Jeśli pytasz o to, czy mam partnera, odpowiedź brzmi: nie. Ojciec Lenki zmył się, gdy tylko dowiedział się o ciąży…

Uniosłem wysoko brwi. Na usta cisnęło mi się mnóstwo niecenzuralnych słów, ale postanowiłem tego nie komentować. Podałem jej chusteczki, rozmyślając nad tym, jak mogę poprawić jej nastrój.

– Przepraszam… – odezwała się, gdy ochłonęła. – To z nerwów… Wolałabym, żebyś nie widział, jak się rozklejam.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Zdążyłem już o tym zapomnieć.

Zapadła krótka cisza. Patrzyłem, jak Julia tuli córkę, choć sama nadal była roztrzęsiona. Ponownie omiotłem spojrzeniem chaos panujący wokół nas: suszarkę z praniem, porozrzucane rzeczy, kubek z niedopitą herbatą. Potem przypomniałem sobie roztrzaskany słoik na środku drogi.

Podniosłem się i ruszyłem w stronę drzwi frontowych. Julia odprowadziła mnie wzrokiem, bezwiednie mnąc chusteczkę w wolnej dłoni.

Chwyciłem moją torbę z zakupami i przyniosłem ją do salonu. Zacząłem wyciągać na blat kuchenny produkty, które kupiłem tego popołudnia, zanim natknąłem się na Julię: paczkę makaronu, pancettę, passatę pomidorową i mieloną wołowinę.

– Umieram z głodu – powiedziałem. – Miałem zamiar po powrocie z zakupów ugotować obiad, ale szczerze mówiąc, nie lubię jeść w samotności. Może pozwolisz mi skorzystać ze swojej kuchni? Zjedlibyśmy razem. Co ty na to?

Popatrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem, ale nieśmiały uśmiech, który wypłynął na jej twarz, przekonał mnie, że to był dobry pomysł. Nie czekając na pozwolenie, rozgościłem się w jej kuchni.JULIA

Kiedy Wojtek ruszył w stronę drzwi, byłam pewna, że wystraszyłam go swoim emocjonalnym wybuchem i postanowił wyjść. Nie miałabym do niego żalu, gdyby wziął nogi za pas – sama na jego miejscu zapewne postąpiłabym tak samo. Tym większym zaskoczeniem okazał się dla mnie fakt, że został. Bez zbędnych pytań podał mi chusteczki i zachowywał się, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło. Nie próbował mnie uciszyć, wyśmiać czy skrytykować. Po prostu był obok i cierpliwie słuchał. Jego spokój przywrócił mi wiarę w ludzką dobroć.

Gdy wreszcie przestałam płakać, ogarnęło mnie zażenowanie. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Znałam tego mężczyznę od jakichś trzydziestu minut, a już zdążyłam wypłakać mu się w ramię. Piękny początek znajomości, nie ma co! Hormony, niewyspanie i dolegliwości związane z połogiem fundowały mi niezłą huśtawkę nastrojów. Tylko ktoś o mocnych nerwach byłby w stanie to udźwignąć.

Co się ze mną stało? Gdzie się podziała ta zuchwała dziewczyna o nieposkromionym temperamencie i ogromnym apetycie na życie? Ta wesoła Julka, której wszędzie było pełno i która zawsze tryskała pozytywną energią? Nie rozpoznawałam siebie w lustrze.

Gasłam w oczach. Niknęłam niczym płatek śniegu, który opadł na rozgrzane podłoże. Marzyłam o tym, żeby cofnąć czas i wrócić do tamtej wersji siebie – tej, która śmiała się do łez, piła wino z przyjaciółmi, tańczyła w blasku kolorowych reflektorów i nie myślała o tym, co będzie jutro. Chciałam znów poczuć się lekka, wolna od obowiązków, strachu i odpowiedzialności za drugiego człowieka. A tymczasem tkwiłam po pas zakopana w pieluchach.

Podczas gdy Wojtek krzątał się po kuchni, ja usiadłam z Lenką na kanapie i przystawiłam ją do piersi. Ból podczas karmień zelżał, jedynie skurcze macicy dawały mi się we znaki. Laktacja, wbrew moim obawom, rozkręciła się na dobre. Czasem nawet odciągałam nadmiar pokarmu laktatorem, żeby przynieść sobie chwilową ulgę, mimo że położna, która mnie odwiedzała po porodzie, radziła, abym tego nie robiła.

Zakryłam biust tetrową pieluchą, żeby zachować odrobinę intymności. Czułam się nieswojo, kiedy musiałam karmić w towarzystwie innych ludzi. Na szczęście Wojtek, pochłonięty gotowaniem, w ogóle nie zwracał na nas uwagi.

Przez dłuższy czas dało się słyszeć tylko bulgotanie w garnku i skwierczenie tłuszczu. Zapach smażonego boczku rozszedł się po całym mieszkaniu.

Przełożyłam śpiącą Lenkę do kosza Mojżesza i zawiesiłam wzrok na Wojtku. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że poruszał się po mojej kuchni z większą swobodą niż ja. Obserwowałam, jak pochyla się nad patelnią, próbuje sosu, potem doprawia i miesza, a w międzyczasie dogląda makaronu. Od razu było widać, że nie robił tego po raz pierwszy.

– Często gotujesz? – zapytałam.

Obejrzał się przez ramię zdziwiony. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że od dłuższego czasu stałam za jego plecami i przyglądałam się jego wprawnym ruchom.

– Tak często, jak mój żołądek się o to upomina, a ponieważ jestem strasznym łasuchem, można powiedzieć, że całe moje życie kręci się wokół jedzenia.

Roześmiałam się.

– To zupełnie tak samo jak mojej córki – rzuciłam półżartem, półserio.

– No proszę, taka mała, a już wie, co dobre. – Wyłowił widelcem nitkę makaronu i włożył ją do ust. – Nakładam.

Odebrałam od niego talerz ze spaghetti i usiadłam przy stole. Wojtek zajął miejsce naprzeciwko mnie.

Pierwszy kęs wywołał prawdziwą eksplozję smaków w moich ustach. Sos pomidorowy był idealny: gęsty, aromatyczny, lekko pikantny, z wyczuwalną nutą ziół.

– Mmm… – mruknęłam z rozkoszy, przymykając powieki. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam coś tak smacznego. Naprawdę masz do tego dryg.

– Nie wiem, czy powinienem uznać to za komplement. Chyba nie jesteś zbyt wymagająca, skoro do tej pory żywiłaś się wyłącznie gotowcami ze słoika – przekomarzał się.

– To fakt – parsknęłam. – Odkąd urodziłam, nie przywiązuję zbyt dużej wagi do tego, co jem.

– No tak, priorytety się pozmieniały – rzucił ze śmiechem.

Zamyśliłam się nad jego słowami.

Odkąd sięgałam pamięcią, wszystko traktowałam lekko: obowiązki, naukę, relacje z mężczyznami, a nawet własne zdrowie. Żyłam z dnia na dzień, nie myśląc o przyszłości ani o ewentualnych konsekwencjach. Wychodziłam z założenia, że młodość rządzi się własnymi prawami. Wierzyłam, że bez względu na okoliczności zawsze wyjdę z opresji cało.

Wiadomość o ciąży spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie planowałam zakładać rodziny. Los zadecydował za mnie – a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, bo trudno było mi przyznać przed sobą, że zachowałam się nieodpowiedzialnie, zapominając o tabletce antykoncepcyjnej…

Mimo że poczucie porażki wypalało mi trzewia, starałam się stanąć na wysokości zadania i zatroszczyć się o córkę najlepiej, jak umiałam. Zostawiłam imprezowy tryb życia daleko za sobą, a wszystkie moje znajomości rozmyły się w ferworze codziennych obowiązków. Przestałam stawiać własną wygodę na pierwszym miejscu i skoncentrowałam się na Lence.

Przychodziły jednak momenty, w których tęskniłam za tym, co utraciłam: beztroską, spontanicznością i przyjaźniami, które kiedyś wydawały się wieczne… W dniu, w którym zostałam matką, narodziłam się na nowo i musiałam przejść żałobę po tym, co bezpowrotnie minęło.

– I to jeszcze jak… – westchnęłam. – Cały mój świat przewrócił się do góry nogami. Marzenia legły w gruzach…

– To nie brzmi optymistycznie…

– Bo nie planowałam tego. To się po prostu stało. – Wzruszyłam ramionami, usiłując zachować lekki ton. – A teraz muszę pogodzić się z myślą, że nigdy nie odzyskam dawnego życia. Tamtej Julki już nie ma.

– A jaka była „tamta Julka”? – Wojtek popatrzył mi w oczy. – I czym się różni od tej, która siedzi teraz przede mną?

Umilkłam, szukając właściwych słów.

– Byłam duszą towarzystwa – wyznałam w końcu. – Z tysiącem pomysłów na minutę. Nie umiałam usiedzieć w miejscu i zawsze łapałam kilka srok za ogon. Wydawało mi się, że mogę osiągnąć wszystko, co zechcę. A dziś… – zawahałam się. – Sam widzisz, zostałam mamą na pełen etat.

– Bycie mamą nie jest cechą charakteru – zauważył.

Zmarszczyłam brwi.

– Co masz na myśli?

– Że to cię nie definiuje jako człowieka. To tylko jedna z wielu twoich ról. Mimo że masz dziecko, nadal możesz być sobą: towarzyską Julią.

– Łatwo mówić… Teraz każda minuta mojego dnia kręci się wokół Lenki, a wszystkie moje znajomości rozpadły się, kiedy zaszłam w ciążę. Zawsze lubiłam otaczać się ludźmi, zarówno w pracy, jak i w wolnym czasie, a teraz…

– Czujesz się samotna – dokończył za mnie.

Przytaknęłam, zaskoczona tym, jak dobrze mnie rozumiał.

– I uwięziona w czterech ścianach – dodałam. – Z niemowlęciem nawet zwykłe wyjście do sklepu przypomina wyprawę na Mount Everest.

Pokiwał głową.

– Czym się zajmowałaś, zanim urodziłaś?

– Niedługo po studiach zatrudniłam się w butiku z ekskluzywną odzieżą męską. To miała być praca na przeczekanie… Nawet nie wiem, kiedy zleciały cztery lata.

– Zamierzasz tam wrócić po urlopie macierzyńskim?

– Chyba tak – odparłam. – Uwielbiam doradzać mężczyznom, świetnie dogadywałam się z szefową, no i zarobki były nienajgorsze. Może nie jest to praca moich marzeń, ale nie wiem, co innego mogłabym robić.

– To może kiedyś skorzystam z twoich usług.

– Zapraszam!

Wsunęłam do ust ostatni kęs spaghetti akurat w momencie, kiedy Lenka się przebudziła i zaczęła płakać. Kucnęłam obok kanapy, na której leżała zawinięta w kokon, i próbowałam podać jej smoczek, ale uparcie go wypluwała.

– Właśnie o tym mówiłam – odezwałam się. – Spała raptem piętnaście minut. Cud, że w ogóle udało mi się zjeść w spokoju.

Wzięłam ją w objęcia i zaczęłam delikatnie bujać, ale i to nic nie dało. Ewidentnie domagała się piersi, choć karmiłam ją raptem kwadrans temu. Nie chciało mi się wierzyć, że zdążyła zgłodnieć w tak krótkim czasie.

– Nie rozumiem, dlaczego tak często płacze. Nie mam na nic czasu, bo przez większość dnia noszę ją na rękach. Święta za pasem, a ja jeszcze nawet nie ubrałam choinki. – Wskazałam dłonią karton stojący pod deską do prasowania.

– Pomogę ci – zaoferował Wojtek, wkładając brudne talerze do zmywarki.

– Daj spokój. Nadal mam wyrzuty sumienia, że gotowałeś dla mnie obiad.

– Niepotrzebnie. Przecież już ci mówiłem, że nie lubię jeść w samotności.

Bez wahania zaczął rozpakowywać zawartość kartonu. Wyciągnął sztuczną choinkę mierzącą metr wysokości i ustawił ją na komodzie.

– Tutaj może być?

– Idealnie – odparłam.

Jego chłopięca ekscytacja zaczynała mi się udzielać, przez co nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Podłączył splątane lampki do kontaktu. Przez kilka sekund migały, aż w końcu rozbłysły pełnym blaskiem. Lenka natychmiast ucichła, odwracając główkę w stronę światełek. Podeszłam z nią bliżej, aby mogła im się lepiej przyjrzeć.

– Podobają ci się? Pan Wojtek pomoże nam ubrać choinkę.

– Zaraz, jaki: pan? – obruszył się. Skrzyżował ręce na torsie i przybrał posępną minę. – Myślałem, że awansowałem już na wujka.

– Jak myślisz? – zwróciłam się do córki. – Pozwolimy mu zostać wujkiem? Może jednak powinien bardziej się postarać, żeby zasłużyć na to miano?

Wojtek nachylił się do Lenki i z udawaną powagą szepnął:

– Lenko, mrugnij, jeśli jesteś zakładniczką mamy.

Roześmiałam się.

– No dobrze, niech mu będzie. W ostateczności gdyby nie wujek, nie mielibyśmy choinki na święta.

Wojtek uśmiechnął się szeroko.

– Bez choinki nie ma świąt!

Lenka śledziła każdy ruch Wojtka z ogromną uwagą. Patrzyła, jak owija choinkę łańcuchem z perłowych koralików, po czym wiesza na niej ozdoby: drewniane zabawki, gwiazdki z papieru, ususzone plasterki pomarańczy, laski cynamonu oraz lukrowane pierniczki. Gdy skończył, wyciągnął z kartonu ostatnią ozdobę: filcowego aniołka w długiej, białej szacie.

– Czyń honory.

– Ja? – zdziwiłam się.

– To twój dom. Ty powinnaś to zrobić.

Uniosłam aniołka wysoko i umieściłam go na czubku choinki. Ciepłe światło lampek igrało na jego tiulowych skrzydełkach i jasnych warkoczach, sprawiając, że wyglądał niemal jak żywy. Przez kilka minut stałam wpatrzona w drzewko. Nie spodziewałam się, że wizyta obcego mężczyzny oraz wspólne dekorowanie choinki tak bardzo poprawią mi nastrój.

Usłyszałam pstryknięcie i górne światło zgasło. Za oknem zapadł już zmierzch, ale choinka upstrzona jaskrawymi punkcikami rozpraszała panujący wewnątrz mrok.

– Piękna, prawda? – zapytał cicho Wojtek.

– Magiczna. Dziękuję. Sprawiłeś, że ten dzień stał się lepszy.

Spuściłam wzrok na Lenkę. Zasnęła w moich ramionach z piąstką przytuloną do twarzy. Przypominała aniołka, który zdobił naszą choinkę. Drobne usteczka układały się w kształt serca, a długie rzęsy rzucały cień na zaróżowione policzki. Jej buzia emanowała niewinnością i spokojem, przez co obudziły się we mnie nieznane mi dotąd uczucia. Chciałam stworzyć dla niej dom pełen ciepła i miłości, podarować jej cudowne dzieciństwo i wlać w jej maleńkie serduszko całą tę miłość, która mnie przepełniała. Nie wiedziałam, kiedy tak pokochałam tę kruszynkę.

W pokoju zrobiło się cicho, a ja miałam wrażenie, że czas zwolnił. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczułam, że moje życie znów nabrało sensu, a wizja przyszłości przestała jawić mi się w ciemnych barwach. Tak niewiele trzeba było, żeby wnieść w tę szarą rzeczywistość odrobinę koloru i radości: lampki, kilka starych ozdóbek i filcowy aniołek.JULIA

Śnieg przykrył okolicę cienką kołderką i przylgnął do szyby, mieniąc się w porannych promieniach słońca. Wreszcie zrobiło się biało. Co prawda nie na tyle, aby mówić o prawdziwej zimie, ale wystarczająco, by poczuć, że zbliżały się święta. Stałam przy oknie z kubkiem zimnej kawy, wsłuchując się w równomierny oddech Lenki, która właśnie ucinała sobie pierwszą tego dnia drzemkę.

Po tym, jak Wojtek poprzedniego wieczoru zgasił światło, staliśmy jeszcze przez kilka minut wpatrzeni w choinkę. W milczeniu podziwialiśmy migoczące lampki i aniołka, który przycupnął na czubku niczym strażnik bożonarodzeniowej atmosfery. Oboje czuliśmy się tak swobodnie w swoim towarzystwie, że nie mieliśmy potrzeby wypełniać ciszy pustymi słowami.

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Drgnęłam przestraszona. Nie spodziewałam się gości.

Drzwi otworzyły się, a w progu stanęła moja mama, obwieszona torbami, w których zmieściłaby połowę sklepu spożywczego.

Jej widok mnie zaskoczył. Mieszkałyśmy godzinę drogi od siebie, a ostatni raz widziałyśmy się, gdy byłam w dziewiątym miesiącu ciąży. Poprosiłam ją, żeby nie odwiedzała mnie w pierwszych tygodniach po porodzie, ponieważ bałam się o zdrowie Lenki, a poza tym potrzebowałam czasu, żeby dojść do siebie. Miałyśmy się zobaczyć dopiero w święta.

– No witaj, córeczko! – zawołała. – A ty ciągle w piżamie? No kto to widział!

– Mamo… – mruknęłam, czując, jak narasta we mnie fala irytacji. – Prosiłam cię, żebyś do mnie nie przyjeżdżała.

Zdjęła buty i odwiesiła płaszcz na wieszak.

– Nie mogłam już wytrzymać! Chciałam zobaczyć moją wnusię, a przy okazji stwierdziłam, że przywiozę ci trochę wałówki. Na pewno nie masz czasu nic sobie ugotować.

– Mogłaś przynajmniej zadzwonić…

– Niby po co, skoro mam klucz?

– Dałam ci go na wypadek, gdyby coś się stało, a nie po to, żebyś tu przychodziła, kiedy ci się podoba.

– No wiesz? Żeby do matki tak się odzywać? – obruszyła się. – Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak się od nas izolujesz.

– Nie izoluję się. Po prostu boję się o zdrowie Lenki… Wiesz, zarazki…

Postanowiłam przemilczeć fakt, że potrzebowałam teraz ciszy i spokoju. Nie zrozumiałaby tego.

Odstawiła torby na blat kuchenny, umyła ręce w zlewie, po czym rozejrzała się po mieszkaniu z miną inspektora sanitarnego.

– Mogłabyś tu trochę posprzątać. Nie wypada tak gości przyjmować. Fiu, fiu, ale choinka ładna! – Pokiwała głową z aprobatą. – No dobra, ale ty mi lepiej powiedz, gdzie moja kochana wnusia!

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę kosza Mojżesza i pochyliła się nad Lenką.

– No, dzień dobry, królewno! – zaszczebiotała. – A kto to taki piękny jak laleczka?!

Lenka poruszyła się niespokojnie.

– Mamo, obudzisz ją – powiedziałam półgłosem.

– Nie przesadzaj, córuś. Trochę hałasu jej nie zaszkodzi! Ty i Krzyś spaliście nawet przy odkurzaczu. Trzeba przyzwyczajać dziecko od małego – odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Poza tym widzę, że kocyk za cienki. Zimno jej będzie.

Zanim zdążyłam zaprotestować, już przykrywała Lenkę grubym pledem z kanapy.

– Mamo! – wyrwało mi się ostrzej, niż chciałam. – Przegrzejesz ją!

– Ty mnie nie pouczaj! Nie zapominaj, że wychowałam już dwoje dzieci i oboje mają się świetnie. – Zatrzymała na mnie spojrzenie, po czym zlustrowała mnie od stóp do głów. – Chociaż, jak na ciebie patrzę, to nie jestem tego taka pewna… Jadłaś coś dzisiaj?

– Jeszcze nie…

– No pewnie, ale kawy na pusty żołądek to sobie nie żałowałaś! – Skierowała się z powrotem do aneksu kuchennego i wyciągnęła z torby słoik z jedzeniem. – Przywiozłam ci zupkę. Lekkostrawną, bez cebuli, czosnku i przypraw. Powinnaś teraz uważać na to, co jesz.

– Położna mi powiedziała, że nie ma diety matki karmiącej i mogę jeść, co chcę…

– Tak, tak, położna… – Machnęła lekceważąco ręką. – A potem dziecko płacze, bo ma kolkę. Ty nie słuchaj tych głupot!

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij