Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Każde serce to wrota. Patyki i kości - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
11 października 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
40,00

Każde serce to wrota. Patyki i kości - ebook

Nagroda Hugo dla najlepszego cyklu 2022!

Pierwsze dwie książki cyklu Zbłąkane dzieci Seanan McGuire Dołączcie do uczniów Eleanor i przejdźcie przez drzwi do światów niebezpiecznych i zarazem niezwykłych. Dzieci zawsze znikają w sprzyjających okolicznościach: wślizgują się w mrok panujący pod łóżkiem albo w głębi szafy, wpadają do króliczych nor albo do starych studni i wychodzą z nich... gdzieś indziej. Ale magiczne krainy nie potrzebują nadmiaru cudownych dzieci. Poznajcie Nancy wyrzuconą z jej świata przez Pana Umarłych. Poznajcie Jack i Jill, adoptowane przez potwora z Wrzosowisk.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67793-75-9
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Była sobie dziewczynka

Była sobie dziew­czynka

Dziew­czynki ni­gdy nie uczest­ni­czyły w roz­mo­wach kwa­li­fi­ka­cyj­nych. Tylko rodzice, opie­ku­no­wie, zdez­o­rien­to­wane rodzeń­stwo, które bar­dzo chciało pomóc, ale nie wie­działo jak. Sie­dze­nie i słu­cha­nie, jak ludzie, któ­rych one kochają naj­bar­dziej na świe­cie – przy­naj­mniej na tym świe­cie – depre­cjo­nują ich wspo­mnie­nia jako ilu­zje, doświad­cze­nia jako fan­ta­zje, ich życie jako nie­wy­kry­walną cho­robę, byłoby dla przy­szłych uczen­nic zbyt trudne.

Co wię­cej, pod­ko­pa­łoby to ich zaufa­nie do szkoły, gdyby pierw­szy raz zoba­czyły Ele­anor odzianą w dostojne sza­ro­ści i fio­lety, z wło­sami grzecz­nie uło­żo­nymi jak u powścią­gli­wej star­szej ciotki, która ist­nieje tylko w dzie­cię­cych baj­kach. Praw­dziwa Ele­anor wcale taka nie była. Słu­cha­nie tego, co mówiła, tylko pogor­szy­łoby sprawę, kiedy z wielką powagą i szcze­ro­ścią zapew­niała, że jej przy­by­tek zdoła napra­wić to, co poszło źle w umy­słach małych zagu­bio­nych owie­czek. Ona mogła przy­jąć te zepsute dzieci i je ule­czyć.

Oczy­wi­ście kła­mała, ale jej poten­cjalne uczen­nice w żad­nym razie nie mogły się o tym dowie­dzieć. Dla­tego doma­gała się spo­tkań z ich praw­nymi opie­ku­nami na osob­no­ści, żeby móc wci­skać im kit ze zręcz­no­ścią uro­dzo­nego oszu­sta. Gdyby ci opie­ku­no­wie kie­dyś się spo­tkali, żeby porów­nać notatki, stwier­dzi­liby, że jej sce­na­riusz jest spraw­dzony, dopro­wa­dzony do per­fek­cji i naostrzony niczym broń, którą w rze­czy­wi­sto­ści był.

– To rzad­kie, ale wcale nie wyjąt­kowe zabu­rze­nie, które ujaw­nia się w mło­dych dziew­czę­tach prze­kra­cza­ją­cych gra­nicę kobie­co­ści – mówiła, przez cały czas utrzy­mu­jąc kon­takt wzro­kowy ze zde­spe­ro­wa­nymi, przy­tło­czo­nymi opie­ku­nami kolej­nej zagu­bio­nej dziew­czyny.

Przy rzad­kich oka­zjach, kiedy musiała roz­ma­wiać z rodzi­cami chłop­ców, zmie­niała swoją prze­mowę, ale tylko w takim stop­niu, jakiego wyma­gała sytu­acja. Opra­co­wy­wała tę metodę od dawna i wie­działa, jak grać na oba­wach i pra­gnie­niach doro­słych, któ­rzy chcieli tego, co naj­lep­sze dla swo­ich pod­opiecz­nych, podob­nie jak Ele­anor. Tylko że oni mieli zupeł­nie inne poję­cie o tym, co ozna­cza „naj­lep­sze”.

Do rodzi­ców mówiła:

– To tylko złu­dze­nia, a tro­chę czasu spę­dzo­nego poza domem może z nich wyle­czyć.

Do dziad­ków mówiła:

– To nie pań­stwa wina, a ja mogę być roz­wią­za­niem.

Nie wszyst­kie rodziny zga­dzały się, że szkoła z inter­na­tem jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Zwy­kle jeden na trzech poten­cjal­nych uczniów wymy­kał się jej z rąk, a ona im współ­czuła, że ich życie będzie o wiele trud­niej­sze, choć mogliby zostać ura­to­wani. Cie­szyła się jed­nak z tych, któ­rych powie­rzano jej opiece. Przy­naj­mniej dopóki u niej miesz­kali, znaj­do­wali się w przy­ja­znym oto­cze­niu. Nawet gdyby ni­gdy nie udało się im wró­cić do domu, mie­liby kogoś, kto ich rozu­mie, i towa­rzy­stwo rówie­śni­ków, które było nie­oce­nio­nym skar­bem.

Ele­anor West spę­dzała dni na dawa­niu im tego, czego sama ni­gdy nie miała, i żywiła nadzieję, że kie­dyś to wystar­czy, żeby zasłu­żyć na powrót do miej­sca, do któ­rego nale­żała.1. Powrót do domu, opuszczenie domu

1

Powrót do domu, opusz­cze­nie domu

Nawyk opo­wia­da­nia, two­rze­nia cze­goś cudow­nego z pospo­li­tej rze­czy trudno było prze­ła­mać. Snu­cie opo­wie­ści przy­cho­dziło natu­ral­nie po cza­sie spę­dzo­nym w towa­rzy­stwie gada­ją­cych stra­chów na wró­ble albo zni­ka­ją­cych kotów; był to w pew­nym sen­sie spo­sób, żeby zacho­wać zdrowe zmy­sły i połą­cze­nie z cienką nicią cią­gło­ści bie­gnącą przez wszyst­kie ist­nie­nia, choćby naj­dziw­niej­sze. Opo­wie­dzieć o nie­moż­li­wych rze­czach, zmie­nić je w histo­rię i wtedy można je kon­tro­lo­wać. Zatem:

Rezy­den­cja stała pośrodku cze­goś, co można by uznać za pole, gdyby nie to, że ota­czało ono pry­watny dom. Trawa była ide­al­nie zie­lona, drzewa ide­al­nie przy­strzy­żone, ogród olśnie­wał kolo­rami, które nor­mal­nie ist­niały tylko w tęczy albo w pudełku z zabaw­kami. Cienka czarna wstęga pod­jazdu wiła się od odle­głej bramy, two­rzyła pętlę przed samym budyn­kiem i koń­czyła ele­gancko u stóp ganku. Na miej­scu posto­jo­wym zatrzy­mał się jeden samo­chód, krzy­kli­wie żółty i tro­chę zde­ze­lo­wany na tle tej wymu­ska­nej sce­ne­rii. Trza­snęły tylne drzwi od strony pasa­żera i gru­chot odje­chał, zosta­wia­jąc na pod­jeź­dzie nasto­let­nią dziew­czynę.

Dziew­czyna, wysoka i smu­kła, nie mogła mieć wię­cej niż sie­dem­na­ście lat. Jej oczy i usta wyda­wały się jesz­cze nie do końca ufor­mo­wane, jakby praca nad nimi na­dal trwała. Była ubrana na czarno: czarne dżinsy, czarne botki z małymi czar­nymi guzi­kami masze­ru­ją­cymi jak żoł­nie­rze od pal­ców do łydki, i na biało: luźny pod­ko­szu­lek, bran­so­letki ze sztucz­nych pereł na nad­garst­kach. Kucyk prze­wią­zała wstążką koloru pestek gra­natu. Włosy miała koloru kości z pasmami czerni, jakby olej wylał się na mar­mu­rową posadzkę, oczy jasne jak lód. Mru­żyła je w bla­sku dnia. Naj­wy­raź­niej minęło tro­chę czasu, odkąd widziała słońce. Jej mała walizka na kół­kach była jasno­ró­żowa, ozdo­biona sto­krot­kami. Według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa nie kupiła jej sobie sama.

Dziew­czyna unio­sła rękę, żeby osło­nić oczy, i spoj­rzała na rezy­den­cję. Zatrzy­mała wzrok na szyl­dzie przy­bi­tym do okapu ganku. Dom ele­anor west dla zbłą­ka­nych dzieci, gło­siły duże litery. Niżej, mniej­szymi lite­rami, było napi­sane: „Żad­nych domo­krąż­ców, żad­nych gości, żad­nych kwest”.

Dziew­czyna zamru­gała, opu­ściła rękę i powoli ruszyła w stronę scho­dów.

Na trze­cim pię­trze rezy­den­cji Ele­anor West puściła zasłonę i odwró­ciła się do drzwi. Wła­ści­cielka szkoły wyglą­dała na dobrze się trzy­ma­jącą kobietę po sześć­dzie­siątce, choć tak naprawdę zbli­żała się do setki; podróże po kra­inach, które kie­dyś odwie­dzała, tak prze­sta­wiły wewnętrzny zegar, że czas miał trud­no­ści z wywar­ciem wła­ści­wego wpływu na jej ciało. W nie­które dni Ele­anor była wdzięczna za swoją dłu­go­wiecz­ność, bo dzięki niej mogła pomóc więk­szej licz­bie dzieci, niż zdo­ła­łaby, gdyby dawno temu nie otwo­rzyła pew­nych drzwi, gdyby nie posta­no­wiła zbo­czyć z wła­ści­wej ścieżki. Kiedy indziej zasta­na­wiała się, czy ten świat w ogóle dostrzegłby jej ist­nie­nie – małej krnąbr­nej Ely West jakimś cudem żywej po tych wszyst­kich latach – i co wtedy by się z nią stało.

Na razie jed­nak miała silne plecy, a oczy bystre, jak w dniu, kiedy jako sied­mio­let­nia dziew­czynka wypa­trzyła szcze­linę mię­dzy korze­niami drzewa rosną­cego w posia­dło­ści ojca. Gdyby jej włosy posi­wiały, a skóra zro­biła się wiotka od zmarsz­czek i wspo­mnień… cóż, to w ogóle nie miało zna­cze­nia. Jej oczy na­dal wyda­wały się nie­do­koń­czone. Ona była opo­wie­ścią, a nie epi­lo­giem. Gdyby posta­no­wiła opo­wie­dzieć swoją, idąc teraz po scho­dach na spo­tka­nie nowo przy­by­łej, nikogo by nie skrzyw­dziła. Bądź co bądź, opo­wia­da­nie to nawyk trudny do zwal­cze­nia.

Cza­sami ono jest wszyst­kim.

***

Nancy stała jak wro­śnięta pośrodku holu i roz­glą­dała się, ści­ska­jąc rączkę walizki. Pró­bo­wała roze­znać się w oto­cze­niu. Nie miała pew­no­ści, czego wła­ści­wie spo­dzie­wała się po „szkole spe­cjal­nej”, do któ­rej wysłali ją rodzice, ale z pew­no­ścią nie tego – ele­ganc­kiej wiej­skiej rezy­den­cji. Ściany wyło­żone tapetą w sta­ro­modny wzór z róż i pną­czy kle­ma­tisu, pod­łoga z wiśni, w skąpo ume­blo­wa­nym holu wej­ścio­wym same antyki z solid­nego, wypo­le­ro­wa­nego drewna z mosięż­nymi oku­ciami pasu­ją­cymi do krę­tej balu­strady scho­dów. Kiedy Nancy spoj­rzała w górę, sta­ra­jąc się poru­szać tylko oczami, bez pod­no­sze­nia brody, zoba­czyła wyszu­kany żyran­dol w kształ­cie roz­wi­nię­tego kwiatu.

– Został zro­biony przez jed­nego z naszych wycho­wan­ków.

Nancy ode­rwała wzrok od żyran­dola i skie­ro­wała go na schody.

Scho­dząca po nich kobieta była chuda jak wysu­szona sta­ruszka, ale plecy miała pro­ste, a ręka spo­czy­wa­jąca na balu­stra­dzie słu­żyła tylko do kie­ro­wa­nia, nie do pod­par­cia. Włosy białe jak u Nancy, ale bez pase­mek bun­tow­ni­czej czerni, tylko z trwałą ondu­la­cją, przy­po­mi­nały dmu­cha­wiec. Kobieta wyglą­da­łaby dostoj­nie, gdyby nie jaskra­wo­po­ma­rań­czowe spodnie zesta­wione z ręcz­nie dzier­ga­nym tęczo­wym swe­trem i naszyj­ni­kiem z pół­sz­la­chet­nych kamieni w dwu­na­stu gry­zą­cych się ze sobą kolo­rach. Nancy poczuła, że jej oczy roz­sze­rzają się mimo woli, i znie­na­wi­dziła się za tę reak­cję. Z dnia na dzień tra­ciła opa­no­wa­nie. Wkrótce będzie tak pło­chliwa i nie­sta­bilna jak inne istoty, a wtedy ni­gdy nie znaj­dzie drogi powrot­nej do domu.

– Dosłow­nie cały jest ze szkła, nie licząc tych frag­men­tów, które takie nie są – cią­gnęła kobieta, nie zwa­ża­jąc na osłu­piałe spoj­rze­nie nowej uczen­nicy. – Nie jestem pewna, jak się robi takie rze­czy. Chyba ze sto­pio­nego pia­sku. Ale mam swój wkład w te duże pry­zmaty w kształ­cie łez pośrodku. Wszyst­kie dwa­na­ście to moje dzieło. Jestem z nich dumna. – Kobieta umil­kła, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na jakąś reak­cję.

Nancy prze­łknęła ślinę. Ostat­nimi czasy gar­dło miała tak suche, że nic nie było w sta­nie usu­nąć z niego pyłu.

– Skoro pani nie wie, jak robi się szkło, to jak pani zro­biła pry­zmaty? – spy­tała.

Kobieta się uśmiech­nęła.

– Oczy­wi­ście ze swo­ich łez. Zawsze należy zakła­dać, że naj­prost­sza odpo­wiedź jest tą praw­dziwą, bo tak bywa w więk­szo­ści przy­pad­ków. Jestem Ele­anor West. Witaj w moim domu. Ty musisz być Nancy.

– Tak – odpo­wie­działa wolno dziew­czyna. – Skąd pani…?

– Cóż, jesteś jedyną uczen­nicą, któ­rej się dzi­siaj spo­dzie­wa­li­śmy. Nie jest was tyle, ile bywało kie­dyś. Albo coś się dzieje z drzwiami, albo sta­je­cie się coraz lepsi w tym, żeby tu nie wra­cać. A teraz bądź cicho przez chwilę i pozwól, że ci się przyj­rzę. – Ele­anor zeszła z ostat­nich trzech stopni i zatrzy­mała się przed Nancy. Otak­so­wała ją wzro­kiem, a potem obe­szła ją powoli. – Hmm. Wysoka, chuda i bar­dzo blada. Musisz pocho­dzić z miej­sca, gdzie nie ma słońca… ale wam­pi­rów rów­nież, sądząc po skó­rze two­jej szyi. Myślę, że Jack i Jill bar­dzo się ucie­szą, kiedy cię poznają. Mają już dość tego całego świa­tła sło­necz­nego i sło­dy­czy, którą tutaj przy­no­szą ze sobą ludzie.

– Wam­piry? – powtó­rzyła Nancy ze zdu­mie­niem. – One nie są praw­dziwe.

– Nic z tego nie jest praw­dziwe, moja droga. Ani ten dom, ani ta roz­mowa, ani buty, które masz na nogach… a przy oka­zji, one wyszły z mody przed kilku laty, jeśli pró­bu­jesz dosto­so­wać się do swo­ich rówie­śni­ków. I nie jest to obu­wie żałobne, jeśli chcesz tkwić przy swo­jej nie­daw­nej prze­szło­ści. Żadna z nas rów­nież nie jest praw­dziwa. „Praw­dziwy” to dzie­wię­cio­li­te­rowe słowo, któ­rego powin­naś uży­wać jak naj­rza­dziej, dopóki miesz­kasz pod moim dachem. Będę ci za to wdzięczna. – Ele­anor znowu sta­nęła przed Nancy. – To włosy cię zdra­dzają. Byłaś w Pod­zie­miu czy w Zaświa­tach? Nie mogłaś być w Nico­ści. Stam­tąd nikt nie wraca.

Nancy gapiła się na nią i poru­szała ustami, usi­łu­jąc wydo­być z sie­bie głos. Star­sza kobieta mówiła te rze­czy – te okrutne, nie­moż­liwe rze­czy – z taką bez­tro­ską, jakby pytała o jakiś dro­biazg, na przy­kład o jej kartę szcze­pień.

Wyraz twa­rzy Ele­anor zmie­nił się na łagodny i prze­pra­sza­jący.

– Och, widzę, że cię zde­ner­wo­wa­łam. Oba­wiam się, że mam do tego skłon­ność. Sześć razy uda­wa­łam się do świata Non­sensu, zanim skoń­czy­łam szes­na­ście lat, i choć w końcu musia­łam prze­stać, ni­gdy nie nauczy­łam się hamo­wać języka. Musisz być zmę­czona po podróży i cie­kawa, jak tutaj jest. Tak? Mogę cię zapro­wa­dzić do two­jego pokoju, kiedy tylko się dowiem, gdzie jest twoje miej­sce na kom­pa­sie. Oba­wiam się, że to naprawdę ma zna­cze­nie dla takich kwe­stii jak zakwa­te­ro­wa­nie. Nie można umie­ścić podróż­nika z Nico­ści z kimś, kto prze­by­wał w Logice, jeśli nie ma się ochoty tłu­ma­czyć z prze­mocy przed miej­scową poli­cją. Oni nas tutaj spraw­dzają, nawet jeśli zwy­kle potra­fimy spra­wić, żeby patrzyli w inną stronę. Cho­dzi o to, żeby szkoła nie stra­ciła akre­dy­ta­cji, choć według mnie jeste­śmy raczej czymś w rodzaju sana­to­rium. Podoba mi się to słowo. A tobie? Sana­to­rium. Brzmi tak ofi­cjal­nie, a jed­no­cze­śnie abso­lut­nie nic nie zna­czy.

– Nie rozu­miem nic z tego, co pani mówi – wyznała Nancy.

Poczuła wstyd, że jej głos zabrzmiał jak pisk, ale jed­no­cze­śnie była dumna, że w ogóle go odzy­skała.

Twarz Ele­anor jesz­cze bar­dziej zła­god­niała.

– Nie musisz dłu­żej uda­wać, Nancy. Wiem, przez co prze­szłaś, gdzie byłaś. Ja sama coś takiego prze­ży­łam dawno temu, kiedy wró­ci­łam ze swo­ich podróży. To nie jest miej­sce na kłam­stwa albo uda­wa­nie, że wszystko w porządku. Wiemy, że nic nie jest w porządku. Gdyby było, nie zna­la­zła­byś się tutaj. No dobrze. Gdzie tra­fi­łaś?

– Ja nie…

– Zapo­mnij o takich sło­wach jak Non­sens i Logika. Póź­niej możemy zająć się tymi szcze­gó­łami. Po pro­stu odpo­wiedz. Gdzie byłaś?

– Na Dwo­rze Umar­łych. – Wymó­wie­nie tych słów na głos spra­wiło jej nie­mal bole­sną ulgę. Nancy znie­ru­cho­miała, wpa­tru­jąc się w prze­strzeń, jakby mogła zoba­czyć swój głos wiszący w powie­trzu, ide­alny jak owoc gra­natu. Potem prze­łknęła ślinę i choć na­dal nie udało się jej usu­nąć sucho­ści z gar­dła, powie­działa: – To było… Szu­ka­łam wia­dra w piw­nicy naszego domu i natknę­łam się na drzwi, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam. Kiedy przez nie prze­szłam, zna­la­złam się w zagaj­niku gra­na­tów. Pomy­śla­łam, że upa­dłam i ude­rzy­łam się w głowę. Szłam dalej, bo… bo…

Bo powie­trze pach­niało tak słodko, niebo było czarne niczym aksa­mit, usiane punk­ci­kami dia­men­to­wego świa­tła, które w ogóle nie mru­gało, tylko jaśniało nie­ru­chomo i chłodno. Bo trawa była mokra od rosy, a drzewa cięż­kie od owo­ców. Bo chciała się dowie­dzieć, co jest na końcu dłu­giej ścieżki bie­gną­cej mię­dzy drze­wami, i nie chciała wra­cać, zanim wszyst­kiego nie zro­zu­mie. Bo po raz pierw­szy w życiu odnio­sła wra­że­nie, że zna­la­zła się w domu, i to uczu­cie wystar­czyło, by ruszyła przed sie­bie, naj­pierw wolno, potem szyb­ciej i szyb­ciej, aż w końcu bie­gła w czy­stym noc­nym powie­trzu, wszystko inne stra­ciło zna­cze­nie i już ni­gdy miało go nie odzy­skać…

– Jak długo cię nie było?

Pyta­nie nie miało sensu. Nancy pokrę­ciła głową.

– Przez wiecz­ność. Lata… Byłam tam przez lata. Nie chcia­łam wra­cać. Ni­gdy.

– Wiem, kocha­nie. – Ele­anor deli­kat­nie poło­żyła dłoń na łok­ciu Nancy i skie­ro­wała ją w stronę drzwi za scho­dami. Jej per­fumy pach­niały mnisz­kiem i pier­ni­kami, połą­cze­nie rów­nie non­sen­sowne jak wszystko inne w tej kobie­cie. – Chodź ze mną. Mam dla cie­bie ide­alny pokój.

„Ide­alny pokój” mie­ścił się na par­te­rze, w cie­niu wiel­kiego sta­rego wiązu, który odci­nał pra­wie całe świa­tło wpa­da­jące przez poje­dyn­cze okno, tak że w środku pano­wał wieczny pół­mrok. Kiedy Nancy do niego weszła i się rozej­rzała, poczuła, że z jej ramion spada cię­żar. Jedna połowa pokoju – ta z oknem – była kłę­bo­wi­skiem ubrań, ksią­żek i róż­nych dro­bia­zgów. Na łóżku leżały bez­tro­sko rzu­cone skrzypce, smy­czek balan­so­wał na brzegu półki na książki, gotowy spaść przy pierw­szej oka­zji. Powie­trze pach­niało miętą i bło­tem.

Druga połowa wyglą­dała neu­tral­nie jak w hotelu. Znaj­do­wały się tam łóżko, mała komoda, półka na książki i biurko, wszystko z jasnego, nie­la­kie­ro­wa­nego drewna. Ściany były puste. Nancy spoj­rzała na Ele­anor i zoba­czyła zachę­ca­jące ski­nie­nie głową. Wtedy weszła dalej i poło­żyła walizkę na środku łóżka, które zapewne miało nale­żeć do niej.

– Dzię­kuję – powie­działa. – Na pewno będzie mi tu dobrze.

– Przy­znam, że ja nie jestem taka pewna – stwier­dziła Ele­anor, patrząc ze zmarsz­czo­nymi brwiami na walizkę, uło­żoną aż nazbyt równo. – Każde miej­sce zwane Dwo­rem Umar­łych musi znaj­do­wać się w Pod­zie­miu, a więk­szość z nich pod­pada raczej pod kate­go­rię Non­sensu niż Logiki. Zdaje się, że w twoim pano­wała więk­sza dys­cy­plina. Cóż, mniej­sza o to. Zawsze możemy cię prze­nieść, jeśli ty i Sumi oka­że­cie się źle do sie­bie dopa­so­wane. Kto wie? Może nauczysz ją tro­chę samo­kon­troli, któ­rej obec­nie jej bra­kuje. A jeśli nie, to miejmy nadzieję, że przy­naj­mniej się nie poza­bi­ja­cie.

– Sumi?

– Twoja współ­lo­ka­torka. – Ele­anor ruszyła przez bała­gan w stronę okna. Otwo­rzyła je, wychy­liła się i przyj­rzała wią­zowi, aż wśród gałęzi zna­la­zła to, czego szu­kała. – Raz, dwa, trzy, widzę cię, Sumi. Chodź i przy­wi­taj się z nową kole­żanką.

– Kole­żanką? – Głos był młody i roz­draż­niony.

– Uprze­dza­łam cię – powie­działa Ele­anor, odsu­nęła się od okna i wró­ciła na śro­dek pokoju. Poru­szała się z godną podziwu zręcz­no­ścią, zwa­żyw­szy na to, jak wyglą­dała pod­łoga. Nancy spo­dzie­wała się, że panna West zaraz upad­nie, ale tak się nie stało. – Mówi­łam, że w tym tygo­dniu przy­jeż­dża nowa uczen­nica i że jeśli to będzie dziew­czyna z odpo­wied­nią prze­szło­ścią, zaj­mie wolne łóżko. Pamię­tasz?

– Myśla­łam, że mówiła pani po to, żeby posłu­chać swo­jego głosu. Tak pani robi. Wszy­scy tak robią. – W oknie poja­wiła się głowa, skie­ro­wana w dół; jej wła­ści­cielka naj­wy­raź­niej zwi­sała z gałęzi wiązu. Była mniej wię­cej w wieku Nancy, japoń­skiego pocho­dze­nia, z dłu­gimi czar­nymi wło­sami zwią­za­nymi nad uszami w dwa dzie­cinne kucyki. Spoj­rzała na Nancy z nie­skry­waną podejrz­li­wo­ścią i zapy­tała: – Jesteś słu­żącą Kró­lo­wej Ciast i przy­by­łaś tutaj, żeby mnie uka­rać za wykro­cze­nie prze­ciwko Hra­bi­nie Waty Cukro­wej? Bo nie mam teraz ochoty iść na wojnę.

– Nie – odpo­wie­działa zasko­czona Nancy. – Jestem Nancy.

– Nudne imię. Skąd się tu wzię­łaś z takim nud­nym imie­niem? – Sumi wyko­nała szybki obrót i zesko­czyła z drzewa. Znik­nęła na chwilę, ale zaraz poja­wiła się za oknem, oparła łok­ciami o para­pet i spy­tała: – Ele­anor-Ely, jest pani pewna? To zna­czy pewna pewna? Ona nie wygląda, jakby to było miej­sce dla niej. Może kiedy zaj­rzała pani w jej papiery, znowu pani zoba­czyła to, czego tam nie ma, a ona tak naprawdę powinna być w szkole dla mło­do­cia­nych ofiar złego far­bo­wa­nia.

– Ja nie far­buję wło­sów! – gwał­tow­nie zapro­te­sto­wała Nancy.

Sumi umil­kła i wytrzesz­czyła oczy. Ele­anor też na nią spoj­rzała. Policzki Nancy zro­biły się gorące, ale jakoś zdo­łała się powstrzy­mać przed dotknię­ciem głowy.

– Kie­dyś były całe czarne jak u mojej matki. Gdy tań­czy­łam z Panem Umar­łych po raz pierw­szy, on powie­dział, że są piękne, i prze­su­nął po nich pal­cami, a wtedy włosy wokół nich zbie­lały z zazdro­ści. To dla­tego zostały mi tylko czarne pasemka. Tam, gdzie on ich dotknął.

Przyj­rzaw­szy się jej badaw­czym wzro­kiem, Ele­anor zauwa­żyła, że te pięć pase­mek two­rzy wid­mowy zarys dłoni w miej­scu, gdzie sto­jąca przed nią młoda blada kobieta została dotknięta raz i już ni­gdy wię­cej.

– Rozu­miem – powie­działa.

– Ja ich nie far­buję – powtó­rzyła Nancy, na­dal obu­rzona. – Ni­gdy bym tego nie zro­biła. To byłby brak sza­cunku.

Sumi na­dal się na nią gapiła sze­roko otwar­tymi oczami. Potem się uśmiech­nęła.

– Och, podo­basz mi się – stwier­dziła. – Jesteś naj­bar­dziej sza­loną kartą w talii, co?

– Nie uży­wamy tutaj tego słowa – skar­ciła ją Ele­anor.

– Ale to prawda – rzu­ciła Sumi. – Ona myśli, że tam wróci. Mam rację, Nancy? Myślisz, że otwo­rzysz wła­ściwe drzwi i zoba­czysz za nimi schody do nieba, zro­bisz jeden krok, drugi, trzeci, i znowu będziesz w swo­jej histo­rii. Sza­lona dziew­czyna. Głu­pia dziew­czyna. Nie możesz wró­cić. Gdy raz cię wyrzucą, nie możesz wró­cić.

Nancy poczuła się tak, jakby jej serce pró­bo­wało wdra­pać się do gar­dła i ją udu­sić. Prze­łknęła je z powro­tem i wyszep­tała:

– Mylisz się.

Oczy Sumi się roz­ja­rzyły.

– Tak?

Ele­anor kla­snęła w dło­nie.

– Nancy, może się roz­pa­ku­jesz i roz­go­ścisz? Kola­cja jest o szó­stej trzy­dzie­ści, a tera­pia gru­powa o ósmej. Sumi, pro­szę, nie pro­wo­kuj jej do mor­der­stwa. Niech dziew­czyna spę­dzi tu przy­naj­mniej jeden cały dzień.

– Wszy­scy mamy wła­sne spo­soby na powrót do domu – odparła Sumi i znik­nęła, żeby znowu robić to, co robiła, zanim panna West Ele­anor jej prze­szko­dziła.

Ele­anor posłała nowej uczen­nicy szyb­kie, prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie i też znik­nęła. Gdy zamknęła za sobą drzwi pokoju, Nancy nagle została sama.

Stała bez ruchu przez czas potrzebny, żeby poli­czyć do dzie­się­ciu, i roz­ko­szo­wała się ciszą. Kiedy prze­by­wała na Dwo­rze Umar­łych, cza­sami musiała tkwić w jed­nym miej­scu przez wiele dni, sta­piać się z resztą żywych posą­gów. Słu­żące, które miały mniej wprawy w trwa­niu w bez­ru­chu, przy­cho­dziły z gąb­kami nasą­czo­nymi sokiem z gra­na­tów i przy­ci­skały je do ust tych, któ­rzy się nie ruszali. Nancy nie prze­ły­kała, tylko pozwa­lała, żeby sok spły­wał jej po gar­dle, przyj­mo­wała go bier­nie, tak jak kamień chwyta blask księ­życa. Nauka sta­nia cał­kiem nie­ru­chomo zajęła jej mie­siące, nawet lata, ale tego doko­nała, a Pani Cieni ogło­siła ją bar­dzo piękną, małą śmier­tel­niczką, która nie widzi potrzeby, żeby być szybką, gorącą albo nie­spo­kojną.

Ale w prze­ci­wień­stwie do cichego Dworu Umar­łych ten świat był stwo­rzony dla szyb­kich, gorą­cych i nie­spo­koj­nych istot. Nancy z wes­tchnie­niem porzu­ciła bez­ruch i otwo­rzyła walizkę. I znowu zamarła, tym razem z szoku i prze­ra­że­nia. Jej ubra­nia – prze­zro­czy­ste suk­nie i lek­kie jak mgiełka czarne koszulki, które zapa­ko­wała z taką sta­ran­no­ścią – znik­nęły, zastą­pione przez bez­ład tka­nin kolo­ro­wych jak rze­czy Sumi roz­rzu­cone po jej stro­nie pokoju. Na ster­cie leżała koperta. Nancy pod­nio­sła ją drżą­cymi rękami i wyjęła z niej list.

_Nancy,_

_przy­kro nam, że zro­bi­li­śmy Ci taki podły żart, skar­bie, ale nie zosta­wi­łaś nam dużego wyboru. Jedziesz do szkoły z inter­na­tem, żeby poczuć się lepiej, a nie żeby roz­pa­mię­ty­wać to, co zro­bili Ci pory­wa­cze. Chcemy odzy­skać naszą praw­dziwą córkę. Te ubra­nia były two­imi ulu­bio­nymi, zanim znik­nę­łaś. Kie­dyś byłaś naszą małą tęczą! Pamię­tasz?_

_Tyle zapo­mnia­łaś._

_Kochamy Cię. Twój ojciec i ja kochamy Cię naj­bar­dziej na świe­cie i wie­rzymy, że do nas wró­cisz. Pro­szę, wybacz nam, że spa­ko­wa­li­śmy Ci bar­dziej sto­sowne rze­czy, i wiedz, że zro­bi­li­śmy to tylko dla­tego, że chcemy dla Cie­bie jak naj­le­piej. Chcemy Cię odzy­skać._

_Baw się dobrze w szkole, a my będziemy na Cie­bie cze­kać, aż będziesz gotowa wró­cić do domu._

List był skre­ślony nie­pew­nym pismem matki. Nancy ledwo widziała litery, bo oczy miała prze­peł­nione gorą­cymi łzami nie­na­wi­ści. Ręce jej drżały, palce się zaci­skały, aż zgnio­tły papier w nie­czy­telny labi­rynt zagnie­ceń i fałd. Nancy osu­nęła się na pod­łogę, pod­cią­gnęła kolana do piersi i utkwiła wzrok w otwar­tej walizce. Jak mogła nosić te rze­czy? To były dzienne kolory, prze­zna­czone dla ludzi gorą­cych i szyb­kich, nie­chęt­nie widzia­nych na Dwo­rze Umar­łych.

– Co robisz? – Głos nale­żał do Sumi.

Nancy się nie odwró­ciła. Ciało już ją zdra­dzało, poru­sza­jąc się bez jej zgody. Jedyne, co mogła zro­bić, to narzu­cić mu swoją wolę i w ogóle się nie ruszać.

– Wyglą­dasz, jak­byś sie­działa na pod­ło­dze i pła­kała, co, jak wszy­scy wie­dzą, jest nie­bez­pieczne, nie­bez­pieczne, „nie-rób-tego” nie­bez­pieczne. Jak­byś nie pano­wała nad sobą i za chwilę mogła cał­kiem się roz­paść. – Sumi nachy­liła się i przy­su­nęła tak bli­sko, że jej kucyki musnęły ramię Nancy. – Dla­czego pła­czesz, dziew­czyno duchu? Ktoś prze­szedł po twoim gro­bie?

– Ja nie umar­łam, tylko przez jakiś czas słu­ży­łam Panu Umar­łych, to wszystko. Zamie­rza­łam zostać tam na zawsze, ale on powie­dział, że mam wró­cić tutaj, do czasu, aż będę cał­kiem pewna. A ja już byłam pewna, zanim ode­szłam, więc nie wiem, dla­czego nie ma tutaj moich drzwi. – Łzy spły­wa­jące jej po policz­kach były zbyt gorące. Nie­mal parzyły. Nancy pozwo­liła sobie na ruch. Unio­sła rękę i wytarła je gwał­tow­nie. – Pła­czę, bo jestem zła i smutna. I chcę do domu.

– Głu­pia dziew­czyna. – Sumi ze współ­czu­ciem poło­żyła rękę na jej gło­wie, a potem ją ude­rzyła, lekko, ale ude­rzyła. Następ­nie wsko­czyła na łóżko Nancy i ukuc­nęła obok otwar­tej walizki. – Chyba nie masz na myśli domu, w któ­rym miesz­kają twoi rodzice, co? Szkoła, klasa, chłopcy, glę­dze­nie, nie, nie, nie, to już nie dla cie­bie, wszyst­kie te rze­czy są dla innych ludzi, ludzi, któ­rzy nie są tak wyjąt­kowi jak ty. Masz na myśli dom, w któ­rym żyje męż­czy­zna od tych two­ich wło­sów. Albo nie żyje, bo jesteś dziew­czyną duchem. Głu­pią dziew­czyną duchem. Na pewno już to wiesz.

Nancy unio­sła głowę i popa­trzyła na Sumi ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

– Dla­czego? Zanim prze­szłam przez tamte drzwi, wie­dzia­łam, że nie ma takich rze­czy, jak brama do innego świata. Teraz wiem, że jeśli otwo­rzysz wła­ściwe drzwi we wła­ści­wym cza­sie, w końcu znaj­dziesz swoje miej­sce. Dla­czego nie mia­ła­bym tam wró­cić? Może po pro­stu jesz­cze nie jestem pewna.

Pan Umar­łych ni­gdy by jej nie okła­mał, nie zro­biłby tego. On ją kochał.

Tak.

– Bo nadzieja to nóż, który potrafi prze­ciąć fun­da­menty świata. – Głos Sumi nagle stał się kry­sta­liczny i czy­sty, bez śladu wcze­śniej­szego roz­ka­pry­sze­nia. Dziew­czyna spoj­rzała na Nancy spo­koj­nym, nie­ru­cho­mym wzro­kiem. – Nadzieja rani. Tego musisz się nauczyć, i to szybko, jeśli nie chcesz, żeby ten nóż cię roz­pła­tał. Nadzieja jest zła. Nadzieja ozna­cza, że trzy­masz się rze­czy, które już ni­gdy nie będą takie same, a ty wykrwa­wisz się po tro­chu, aż nic nie zosta­nie. Ely-Ele­anor zawsze mówi: „nie uży­waj tego słowa”, „nie uży­waj tam­tego słowa”, ale ni­gdy nie zaka­zuje tych, które są naprawdę złe. Ni­gdy nie zaka­zuje nadziei.

– Ja chcę jedy­nie wró­cić do domu – wyszep­tała Nancy.

– Głupi duch. My wszy­scy tylko tego chcemy. Dla­tego tutaj jeste­śmy. – Sumi odwró­ciła się do walizki i zaczęła grze­bać w rze­czach Nancy. – Ładne. Ale dla mnie za małe. Dla­czego musisz być taka chuda? Nie mogę kraść ubrań, które na mnie nie pasują. To byłoby głu­pie, bo nie stanę się mniej­sza. Nikt ni­gdy taki się nie staje w tym świe­cie. Wysoka Logika wcale nie jest zabawna.

– Nie­na­wi­dzę ich – wyrzu­ciła z sie­bie Nancy. – Weź je wszyst­kie. Potnij i zawieś jak ser­pen­tyny na swoim drze­wie. Nic mnie to nie obcho­dzi. Po pro­stu je ode mnie zabierz.

– Bo mają nie­wła­ściwe kolory, prawda? Nie twoja tęcza. – Sumi zesko­czyła z łóżka, zamknęła walizkę i ruszyła do drzwi, cią­gnąc ją za sobą. – No, dalej, wsta­waj. Idziemy z wizytą.

– Co? – Nancy popa­trzyła na Sumi oszo­ło­miona i zre­zy­gno­wana. – Przy­kro mi. Dopiero cię pozna­łam i naprawdę nie chcę ni­gdzie z tobą iść.

– W takim razie dobrze, że mi nie zależy, nie sądzisz? – Sumi uśmiech­nęła się pro­mien­nie jak znie­na­wi­dzone, znie­na­wi­dzone słońce i wyszła z pokoju z walizką pełną ubrań.

Nancy nie chciała tych rze­czy i przez jedną kuszącą chwilę roz­wa­żała, czy nie zostać tam, gdzie jest. Potem wstała z wes­tchnie­niem i poszła za Sumi. W tym świe­cie miała tak nie­wiele. Zresztą w końcu będzie potrze­bo­wać czy­stej bie­li­zny.2. Piękni chłopcy i olśniewające dziewczyny

2

Piękni chłopcy i olśnie­wa­jące dziew­czyny

Sumi była nie­spo­kojna, jak bywają żywi, ale szybka nawet jak na żywych. Zanim Nancy wyszła z pokoju, ona już znaj­do­wała się w poło­wie kory­ta­rza. Na dźwięk kro­ków obej­rzała się przez ramię i łyp­nęła na nową kole­żankę.

– Żwawo, żwawo, żwawo – pona­gliła ją. – Jeśli kola­cja nas dogoni, zanim zro­bimy to, co trzeba zro­bić, prze­padną nam roga­liki z dże­mem.

– A kola­cja cię ściga? – zdzi­wiła się Nancy. – I jeśli cię nie dogoni, dosta­niesz roga­liki z dże­mem?

– Zwy­kle nie – odpo­wie­działa Sumi. – Nie­czę­sto. No dobrze, ni­gdy. Na razie. Ale to może się zda­rzyć, jeśli pocze­kamy dosta­tecz­nie długo, a ja nie chcę tego prze­ga­pić! Kola­cje są prze­waż­nie mdłe i okropne, głów­nie mięso, ziem­niaki i rze­czy zdrowe dla ciała i umy­słu. Nudy. Założę się, że twoje kola­cje z umar­łymi były dużo zabaw­niej­sze.

– Cza­sami – przy­znała Nancy.

Zda­rzały się ban­kiety, ow­szem, uczty trwa­jące całe tygo­dnie, stoły ugi­na­jące się pod cię­ża­rem owo­ców, win i ciem­nych, boga­tych dese­rów. Kie­dyś na jed­nej z tych uczt spró­bo­wała jed­no­rożca i poszła spać z ustami swę­dzą­cymi od deli­kat­nego jadu zawar­tego w słod­kim mię­sie tego stwo­rze­nia. Ale głów­nie były srebrne pucharki z sokiem z gra­na­tów i uczu­cie pustki w żołądku, wspo­ma­ga­jące bez­ruch. W Pod­zie­miu głód ni­gdy nie doskwie­rał długo. Był nie­po­trzebny i sta­no­wił niską cenę ze spo­kój, ciszę i tańce; za wszystko, co spra­wiało jej tak wielką radość.

– Widzisz? Więc rozu­miesz zna­cze­nie dobrej kola­cji. – Sumi szła dalej, skra­ca­jąc krok, żeby dosto­so­wać się do powol­niej­szego tempa Nancy. – Kade coś dla cie­bie wymy­śli, wyszuka, wyszy­kuje, zoba­czysz. Kade wie, gdzie są naj­lep­sze rze­czy.

– Kto to jest Kade? Pro­szę, musisz zwol­nić. – Nancy czuła się tak, jakby bie­gła co sił w nogach, kiedy pró­bo­wała dotrzy­mać kroku Sumi.

Ruchy nowej kole­żanki były zbyt szyb­kie, żeby oczy Nancy, przy­zwy­cza­jone do Pod­zie­mia, mogły je śle­dzić. Zupeł­nie jakby podą­żała za dużym koli­brem zmie­rza­ją­cym ku jakie­muś nie­zna­nemu celowi i już czuła się wyczer­pana.

– Kade jest tutaj od bar­dzo dawna. Jego rodzice nie chcą go z powro­tem. – Sumi zer­k­nęła przez ramię i zami­go­tała do Nancy. Nie było innego słowa na opi­sa­nie wyrazu jej twa­rzy, dziw­nej kom­bi­na­cji zmarsz­cze­nia nosa i napię­cia się skóry wokół oczu, a wszystko to bez widocz­nego uśmie­chu. – Moi rodzice też mnie nie chcieli z powro­tem, chyba że była­bym gotowa stać się znowu ich małą córeczką i odrzu­cić te wszyst­kie non­sensy o Non­sen­sie. Wysłali mnie tutaj, a potem umarli i teraz już w ogóle nie będą mnie chcieli. Zostanę tu na zawsze, aż w końcu Ely-Ele­anor będzie musiała dać mi pod­da­sze. Będę żuć cią­gutki na kro­kwiach i zada­wać zagadki wszyst­kim nowym dziew­czy­nom.

Gdy dotarły do scho­dów, Sumi zaczęła wska­ki­wać po stop­niach. Nancy podą­żyła za nią bar­dziej sta­tecz­nie.

– Nie wpadną ci do cukier­ków pająki, pie­rze i papro­chy? – zapy­tała.

Sumi nagro­dziła ją par­sk­nię­ciem i praw­dzi­wym uśmie­chem.

– Pająki, pie­rze i papro­chy! – zapiała. – Już ali­te­ru­jesz! Och, może jed­nak zosta­niemy przy­ja­ciół­kami, dziew­czyno duchu, i może to nie będzie takie straszne. No, chodź. Mamy dużo do zro­bie­nia, a czas tutaj upiera się, żeby być line­ar­nym, bo jest okropny.

Sumi nie zatrzy­mała się na pode­ście, tylko od razu ruszyła dalej w górę, nie zosta­wia­jąc Nancy innego wyboru, jak pój­ście za nią. Wszyst­kie dni bez­ru­chu wzmoc­niły jej mię­śnie, bo musiały przez wiele godzin utrzy­my­wać jej cię­żar. Nie­któ­rzy ludzie sądzili, że tylko ruch daje siłę. Ci ludzie się mylili. Góra jest rów­nie potężna jak fala, tylko… w inny spo­sób. Nancy czuła się jak góra, kiedy goniła Sumi, aż serce łomo­tało jej w piersi, a oddech wiązł w krtani, aż zaczęła się bać, że się udusi.

Sumi zatrzy­mała się przed pro­stymi bia­łymi drzwiami ozna­czo­nymi jedy­nie małym, nie­mal uprzej­mym napi­sem: Nie wcho­dzić. Uśmie­cha­jąc się sze­roko, powie­działa:

– Gdyby tak myślał, ni­gdy by tego nie powie­dział. On wie, że dla kogoś, kto spę­dził tro­chę czasu w Non­sen­sie, to tak naprawdę jest zapro­sze­nie.

– Dla­czego ludzie tutaj wciąż uży­wają tego słowa na okre­śle­nie miej­sca? – spy­tała Nancy.

Naj­wy­raź­niej przy­dałby się jej kurs wstępny, który odpo­wie­działby na wszyst­kie pyta­nia doty­czące tej szkoły i spra­wił, że czu­łaby się mniej zagu­biona.

– Bo nim jest i nie jest, i to nie ma zna­cze­nia. – Sumi zapu­kała do drzwi i krzyk­nęła: – Wcho­dzimy!

Gdy je otwo­rzyła, Nancy zoba­czyła coś w rodzaju skrzy­żo­wa­nia księ­garni z pra­cow­nią kra­wiecką. Każdą dostępną prze­strzeń zaj­mo­wały stosy ksią­żek. Wyda­wało się, że są z nich zro­bione rów­nież meble – łóżko, biurko i stół – z wyjąt­kiem rega­łów sto­ją­cych wzdłuż ścian, bo przy­naj­mniej one były z drewna, praw­do­po­dob­nie ze względu na sta­bil­ność. Na papie­ro­wych hał­dach leżały bele tka­nin, od bawełny i muślinu po aksa­mit i naj­de­li­kat­niej­sze z cien­kich, lśnią­cych jedwabi. Pośrodku tego wszyst­kiego, na pie­de­stale z wydań w mięk­kich okład­kach sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami naj­pięk­niej­szy chło­piec, jakiego Nancy w życiu widziała.

Skórę miał opa­loną na złoto, włosy czarne, a kiedy pod­niósł wzrok – z wyraźną iry­ta­cją – znad książki, którą trzy­mał w ręce, Nancy zoba­czyła, że jego oczy są brą­zowe, a rysy ide­alne. Było w nim coś ponad­cza­so­wego, jakby wyszedł z obrazu do świata mate­rial­nego. I wtedy się ode­zwał.

– Co, kurwa, znowu tutaj robisz, Sumi? – Akcent z Okla­homy był gęsty jak masło orze­chowe. – Mówi­łem ci, że nie jesteś tu mile widziana po ostat­nim razie.

– Jesteś wście­kły tylko dla­tego, że wymy­śli­łam lep­szy sys­tem kata­lo­go­wa­nia two­ich ksią­żek niż ty – odcięła się Sumi, zupeł­nie nie­spe­szona. – Zresztą nie mówi­łeś serio. Jestem słoń­cem na twoim nie­bie i tęsk­nił­byś, gdy­bym ode­szła.

– Uło­ży­łaś je według kolo­rów, a ja potem musia­łem przez całe tygo­dnie roz­gry­zać, gdzie co jest. Pro­wa­dzę tutaj poważne bada­nia. – Kade wypro­sto­wał nogi i zsu­nął się ze stosu ksią­żek. Strą­cił przy tym jedną i zła­pał ją zręcz­nie, zanim upa­dła na pod­łogę. Potem odwró­cił się i spoj­rzał na Nancy. – Jesteś nowa. Mam nadzieję, że ona już nie zwio­dła cię na manowce.

– Na razie przy­pro­wa­dziła mnie na strych – głu­pio odpo­wie­działa Nancy i natych­miast poczer­wie­niała: – To zna­czy… nie, nie jest łatwo mną kie­ro­wać. Przez więk­szość czasu.

– Ona jest raczej z tych dziew­czyn, co „stoją cał­kiem nie­ru­chomo i mają nadzieję, że nic ich nie zje” – wtrą­ciła Sumi i pchnęła walizkę w jego stronę. – Zobacz, co zro­bili jej rodzice.

Kade uniósł brwi, widząc w środku zja­dliwy róż.

– Bar­dzo kolo­rowe – zauwa­żył po chwili. – Farba mogłaby temu zara­dzić.

– Z wierz­chu tak. Ale nie da się ufar­bo­wać maj­tek. No, może ty potra­fisz, ale wtedy zro­bią się zupeł­nie sztywne i nikt nie uwie­rzy, że ich nie znisz­czy­łeś. – Sumi spo­waż­niała na chwilę. Kiedy znowu się ode­zwała, kla­row­ność jej słów była nie­mal iry­tu­jąca. – Rodzice zamie­nili jej rze­czy, nim ode­słali ją do szkoły. Wie­dzieli, że to się jej nie spodoba, ale i tak to zro­bili. Był liścik.

– Aha – mruk­nął Kade z bły­skiem zro­zu­mie­nia w oczach. – To jedna z tych. W porządku. Więc to będzie pro­sta wymiana?

– Przy­kro mi, ale nie rozu­miem, co się dzieje – ode­zwała się Nancy. – Sumi zła­pała moją walizkę i z nią ucie­kła. Nie chcę nikomu spra­wiać kło­potu…

– Nie spra­wiasz mi kło­potu – prze­rwał jej Kade, Wziął walizkę od Sumi i odwró­cił się do Nancy. – Rodzice nie zawsze lubią przy­zna­wać, że coś się zmie­niło. Chcą, żeby świat był dokład­nie taki sam jak wcze­śniej, zanim ich dzieci wyru­szyły na przy­godę życia, a kiedy świat ich nie słu­cha, pró­bują wci­snąć go do pude­łek, które sami zbu­do­wali. Jestem Kade, tak przy oka­zji. Z Kra­iny Wró­żek.

– Jestem Nancy i przy­kro mi, ale nie rozu­miem.

– Posze­dłem do Kra­iny Wró­żek. Spę­dzi­łem tam trzy lata, ści­ga­jąc tęcze i rosnąc. Zabi­łem króla gobli­nów jego wła­snym mie­czem, a on w chwili śmierci wyzna­czył mnie na swo­jego następcę, księ­cia gobli­nów. – Kade ruszył w książ­kowy labi­rynt, nio­sąc walizkę Nancy. Tylko głos zdra­dzał jego poło­że­nie. – Król był moim wro­giem, ale i pierw­szym w życiu doro­słym, który mnie dostrzegł. Dwo­rza­nie Tęczo­wego Księ­cia byli wstrzą­śnięci. Wrzu­cili mnie do pierw­szej studni życzeń, którą mija­li­śmy. Obu­dzi­łem się na polu pośrodku Nebra­ski, z powro­tem w ciele dzie­się­cio­let­niego chłopca, w ubra­niu, które mia­łem na sobie, kiedy wpa­dłem do Pry­zmatu.

Spo­sób, w jaki powie­dział słowo „Pry­zmat”, nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, co Kade miał na myśli. Była to nazwa wła­sna jakie­goś dziw­nego przej­ścia, a te dwie sylaby spra­wiały taki ból jego gło­sowi, jak nóż ciału.

– Na­dal nie rozu­miem – stwier­dziła Nancy.

Sumi wes­tchnęła prze­sad­nie.

– On mówi, że wpadł do Kra­iny Wró­żek, czyli jakby wszedł do lustra, tylko że tak naprawdę to była wysoka Logika, która uda­wała wysoki Non­sens, co jest nie­uczciwe. Mnó­stwo zasad, a jeśli jedną zła­miesz… – Sumi prze­su­nęła dło­nią po gar­dle – …wypa­dasz jak zeszło­roczne śmieci. Oni myśleli, że porwali małą dziew­czynkę, bo wróżki uwiel­biają zabie­rać małe dziew­czynki, to dla nich jest coś w rodzaju uza­leż­nie­nia, a kiedy odkryli, że mają małego chłopca, który tylko wyglą­dał jak mała dziew­czynka, odrzu­cili go z powro­tem.

– Aha – bąk­nęła Nancy.

– Tak. – Kade wyło­nił się z labi­ryntu. Już nie niósł walizki. Zamiast niej trzy­mał w rękach wikli­nowy kosz wypeł­niony tka­ni­nami w koją­cych odcie­niach czerni, bieli i sza­ro­ści. – Mie­li­śmy tutaj kilka lat temu dziew­czynę, która spę­dziła dekadę w miej­scu jak z fil­mów Ham­mera. Wszystko czarno-białe, powiewne, koron­kowe, super­wik­to­riań­skie. Zdaje się, że to twój styl. Chyba dobrze oce­ni­łem twój roz­miar, ale jeśli nie, możesz przyjść i powie­dzieć, że potrze­bu­jesz cze­goś więk­szego albo mniej­szego. Uzna­łem, że nie prze­pa­dasz za gor­se­tami. Pomy­li­łem się?

– Co? Mm… – Nancy ode­rwała wzrok od kosza. – Nie. Nie­zu­peł­nie. Po dniu albo dwóch usztyw­nie­nie robi się nie­wy­godne. Tam, gdzie byłam, nosi­li­śmy się bar­dziej… eee, po grecku. Chyba. Albo pre­ra­fa­elicku.

Oczy­wi­ście kła­mała. Wie­działa dokład­nie, jaki styl domi­no­wał w Pod­zie­miu, w tych pięk­nych, cichych kom­na­tach. Kiedy w poszu­ki­wa­niu kogoś, kto mógłby wie­dzieć, gdzie zna­leźć drzwi, zaczęła prze­cze­sy­wać Google’a i spraw­dzać linki w Wiki­pe­dii, natra­fiła na dzieła mala­rza o nazwi­sku Water­ho­use i krzyk­nęła z czy­stej ulgi, widząc ludzi w ubra­niach, które nie raziły jej oczu.

Kade poki­wał głową.

– Nad­zo­ruję wymianę ubrań i zawar­tość szaf, ale rów­nież szyję na zamó­wie­nie. Za to musia­ła­byś zapła­cić, bo szy­cie na miarę wymaga wię­cej pracy. Przyj­muję infor­ma­cje i gotówkę. Mogła­byś opo­wie­dzieć mi o swo­ich drzwiach i o miej­scu, do któ­rego tra­fi­łaś, a ja uszył­bym ci parę rze­czy, które bar­dziej by do cie­bie paso­wały.

Nancy poczer­wie­niała.

– Chcia­ła­bym.

– Super. A teraz wyno­ście się obie. Nie­długo kola­cja, a ja chcę skoń­czyć książkę. – Kade uśmiech­nął się. – Ni­gdy nie lubi­łem nie­do­koń­czo­nych histo­rii.

***

Kiedy szły w dół po scho­dach, Sumi obser­wo­wała nową kole­żankę. Nancy przy­ci­skała do sie­bie kosz z czar­nymi i bia­łymi ubra­niami, policzki miała lekko zaró­żo­wione. Kolory wyda­wały się nie­mal obsce­niczne i nie na miej­scu na jej twa­rzy.

– Chcia­ła­byś się z nim pie­przyć?

Nancy omal nie spa­dła ze scho­dów. Chwy­ciła się balu­strady, odwró­ciła do Sumi i wykrztu­siła, czer­wona jak burak:

– Nie!

– Jesteś pewna? Bo wyglą­da­łaś, jak­byś chciała, a potem wyglą­da­łaś na tro­chę zde­ner­wo­waną, jak­byś uznała, że jed­nak nie chcesz. Jill… poznasz ją na kola­cji, chciała się z nim pie­przyć, aż odkryła, że on kie­dyś był dziew­czyną, i wtedy zaczęła mówić o nim „ona”, ale panna Ely powie­działa, że tutaj sza­nu­jemy toż­sa­mość innych, i potem wszy­scy musie­li­śmy wysłu­chać dzi­wacz­nej histo­rii o dziew­czy­nie, która kie­dyś miesz­kała na pod­da­szu, naprawdę była tęczą, udało się jej obra­zić Króla Nieba w jed­nej z Krain Wró­żek i została stam­tąd wyko­pana. – Sumi umil­kła, żeby nabrać powie­trza, i dodała: – To było dość prze­ra­ża­jące. Ni­gdy nie myśli się o tym, że ludzie stam­tąd tra­fiają tutaj, tylko że ludzie stąd lądują tam. Może ściany nie są tak nie­prze­ni­kalne, jak sądzimy.

– Tak – zgo­dziła się Nancy, odzy­sku­jąc pano­wa­nie nad sobą. Ruszyła w dół po scho­dach. – Jestem cał­kiem pewna, że nie chcę… mieć z nim sto­sun­ków sek­su­al­nych, i uwa­żam, że jego toż­sa­mość płciowa to nie moja sprawa. – Była prze­ko­nana, że wyraża się we wła­ściwy spo­sób. Znała te słowa, zanim opu­ściła ten świat i jego pro­blemy. – To sprawa mię­dzy nim a tymi, z któ­rymi on posta­nowi się zwią­zać.

– Skoro nie chcesz barasz­ko­wać z Kade’em, chyba powin­nam ci powie­dzieć, że jestem pod wra­że­niem – rzu­ciła Sumi lek­kim tonem. – On jest far­me­rem z krań­ców kró­le­stwa i moją jedyną praw­dziwą miło­ścią, i pew­nego dnia zamie­rzamy się pobrać. Albo raczej zamie­rza­li­śmy, gdyby nie to, że tra­fi­łam na wygna­nie. Teraz on będzie sam upra­wiał pola, a ja doro­snę i uznam, że on był tylko snem, i może pew­nego dnia córka mojej córki odwie­dzi jego grób z kwia­tami lukre­cji i modli­twą za zmar­łych na ustach.

Jej ton nie zmie­nił się ani na chwilę, nawet kiedy mówiła o śmierci kogoś, kogo nazwała swoją jedyną praw­dziwą miło­ścią. Nancy spoj­rzała na nią z ukosa, pró­bu­jąc oce­nić, na ile Sumi jest poważna, ale trudno to było stwier­dzić.

Gdy dotarły do wspól­nego pokoju, Nancy pod­jęła decy­zję.

– Nie ma zna­cze­nia, czy jesteś pod wra­że­niem, czy nie. – Otwo­rzyła drzwi i pode­szła do swo­jego łóżka. Poło­żyła na nim kosz z ubra­niami. Powinna je przej­rzeć dokład­niej, spraw­dzić krój i mate­riał, ale te rze­czy i tak były lep­sze od tych, które zosta­wiła u Kade’a. – Nie robię tego. Z nikim.

– Żyjesz w celi­ba­cie?

– Nie. Celi­bat to wybór. Ja jestem asek­su­alna. Nie czuję tych rze­czy.

Można by pomy­śleć, że to wła­śnie brak sek­su­al­nych pra­gnień przy­cią­gnął ją do Pod­zie­mia – tylu ludzi nazy­wało ją „zimną rybą” i mówiło, że jest mar­twa w środku, kiedy cho­dziła do zwy­czaj­nego ogól­niaka, ze zwy­kłymi nasto­lat­kami – ale żadna z osób, które spo­tkała w tam­tych cudow­nych, nawie­dzo­nych kom­na­tach, nie była taka jak ona. Wszyst­kie odczu­wały takie samo gorące pożą­da­nie jak żywi. Pan Umar­łych i Pani Cieni nie kryli się ze swoją namięt­no­ścią i cały pałac ogrze­wał się w jej bla­sku. Nancy uśmiech­nęła się lekko na to wspo­mnie­nie, aż zauwa­żyła, że Sumi ją obser­wuje. Potrzą­snęła głową.

– Ja… po pro­stu tego nie robię. Potra­fię doce­nić, że ktoś jest piękny, i inni mogą mnie pocią­gać w roman­tyczny spo­sób, ale tyle mi wystar­cza.

– Hm – mruk­nęła Sumi, kie­ru­jąc się na wła­sną połowę pokoju. – No dobrze. Będzie ci prze­szka­dzać, jeśli będę się mastur­bo­wać?

– Co, teraz? – Nancy nie potra­fiła ukryć prze­ra­że­nia. Nie na myśl o mastur­ba­cji, tylko o tym, że dziew­czyna, którą dopiero poznała, zdej­mie spodnie i przy niej zasza­leje.

– Eee… – Sumi zmarsz­czyła nos. – Nie, mia­łam na myśli, że w ogóle. Późno w nocy, kiedy świa­tła są zga­szone, a księ­ży­cowe manty roz­po­ście­rają skrzy­dła na nie­bie, dziew­czyna może nabrać ochoty, żeby pal­cami zaorać pole.

– Prze­stań, pro­szę – powie­działa Nancy sła­bym gło­sem. – Nie, nie będę zła, jeśli będziesz się mastur­bo­wać. W nocy. Po ciemku. Bez mówie­nia mi o tym. Nie mam nic prze­ciwko mastur­ba­cji. Po pro­stu nie chcę tego widzieć.

– Podob­nie jak moja ostat­nia współ­lo­ka­torka – rzu­ciła Sumi i wyda­wało się, że to koniec roz­mowy, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o nią.

Chwilę póź­niej wyszła przez okno i zosta­wiła Nancy samą z jej myślami, poko­jem i nową gar­de­robą.

Nancy przez pra­wie minutę patrzyła na puste okno, zanim opa­dła na łóżko i poło­żyła głowę na rękach. Spo­dzie­wała się, że szkoła z inter­na­tem będzie pełna ludzi takich jak ona, cichych, poważ­nych i spra­gnio­nych powrotu do domów, które opu­ścili. A nie… cze­goś takiego. Nie Sumi i ludzi rzu­ca­ją­cych nie­zro­zu­miałe tech­niczne ter­miny.

Poczuła się, jakby pró­bo­wała żeglo­wać do domu bez mapy. Ode­słano ją z powro­tem do świata naro­dzin, żeby zyskała pew­ność… a ona jesz­cze ni­gdy w życiu nie była mniej pewna.

***

Kola­cję podano w sali balo­wej na par­te­rze, roz­le­głym pomiesz­cze­niu, jesz­cze powięk­szo­nym przez mar­mu­rową posadzkę i kate­dralne skle­pie­nie. Nancy zatrzy­mała się w wej­ściu, onie­śmie­lona roz­mia­rami sali i wido­kiem szkol­nych kole­gów i kole­ża­nek sie­dzą­cych przy sto­łach. Miej­sca wystar­czy­łoby dla setki uczniów, może wię­cej, ale znaj­do­wało się ich tam jedy­nie czter­dzie­ścioro. Byli tacy mali, a prze­strzeń taka ogromna.

– Nie­grzecz­nie i wred­nie jest blo­ko­wać dostęp do jedze­nia – oświad­czyła Sumi, prze­py­cha­jąc się obok niej.

Nancy stra­ciła rów­no­wagę, potknęła się o próg i wpa­dła do sali balo­wej. Kiedy w środku wszy­scy umil­kli i odwró­cili się w jej stronę, Nancy zamarła. Był to jedy­nie mecha­nizm obronny, któ­rego nauczyła się w cza­sie pobytu wśród zmar­łych. Kiedy się nie ruszała, duchy nie mogły jej zoba­czyć i ukraść jej życia. Bez­ruch sta­no­wił naj­lep­szą ochronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: