Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Każdy twój uśmiech - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 marca 2026
4290 pkt
punktów Virtualo

Każdy twój uśmiech - ebook

Maven Namgung nienawidzi poniedziałków. Zwłaszcza tych, które zaczynają się od jednego telefonu zdolnego uruchomić wszystkie systemy alarmowe w jego perfekcyjnie poukładanym życiu. Gdy zaniepokojony głos dziadka zmusza go do powrotu do Wineley – miasteczka, które od
lat omija szerokim łukiem – Maven rzuca miejską klinikę i świat, w którym czuje się bezpiecznie. Dla dziadków zrobiłby wszystko. Nawet wrócił tam, gdzie nigdy nie chciał
postawić stopy.

Na miejscu czeka go szok. Dziadkowie… zniknęli. Wyruszyli w podróż życia, zostawiając zamknięty gabinet weterynaryjny, wiejskie zwierzęta i wnuka postawionego pod ścianą. Maven – specjalista od domowych pupili – ma zająć się krowami, kurami i całym chaosem, którego szczerze nie znosi.
Wineley to wszystko, od czego uciekał, a każdy dzień utwierdza go w przekonaniu, że to miejsce jest pomyłką. Aż do chwili, gdy na jego drodze staje Elodie – uśmiechnięta blondynka – i jej rezolutna córeczka Lottie. Wkraczają w jego uporządkowaną rzeczywistość bez pytania, z ciepłem, którego nie planował i którego panicznie się boi.
Czy jeden uśmiech wystarczy, by skruszyć mury, które Maven budował latami?
Czy miasteczko, którego najbardziej nienawidzi… okaże się miejscem, w którym odnajdzie
to, za czym tak naprawdę tęsknił?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-56-2
Rozmiar pliku: 762 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

_…Re­ady For It? _– Tay­lor Swift

_Dress_ – Tay­lor Swift

_Mis­sing You_ – Hong Dae Kwang

_Espres­so_ – Sa­bri­na Car­pen­ter

_Lit­tle Things_ – One Di­rec­tion

_Who_ – Ji­min

_Sty­le _– Tay­lor Swift

_Day­li­ght _– Tay­lor Swift

_Yes or No_ – Jung Kook

_Call Me May­be_ – Car­ly Rae Jep­sen

_Love Me Like You Do_ – El­lie Gou­l­ding

_Baj­ki_ – Za­leś

_That’s My Girl_ – Fi­fth Har­mo­ny

_Tre­at You Bet­ter_ – Shawn Men­des

_Se­ren­di­pi­ty_ – BTS

_Tho­se Eyes_ – New West

_Uptown Girl_ – Bil­ly JoelOD AUTORKI

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Chcę Was po­in­for­mo­wać, że lo­ka­li­za­cje w tej ksi­ążce są wy­two­rem mo­jej wy­obra­źni. Wi­ne­ley oraz po­zo­sta­łe miej­sco­wo­ści, któ­re będą się po­ja­wiać w tej hi­sto­rii, tak na­praw­dę nie ist­nie­ją, nie mo­żna ich zna­le­źć na ma­pie świa­ta.

Pra­gnę rów­nież przy­po­mnieć, że _Ka­żdy Twój Uśmiech_ jest skie­ro­wa­ny do czy­tel­ni­ków, któ­rzy uko­ńczy­li szes­na­ście lat. Jest to ksi­ążka, któ­ra ma w so­bie wie­le cie­pła, słod­kich i wzru­sza­jących scen, ale nie za­brak­nie też sy­tu­acji, któ­re mogą Was za­bo­leć.

Po­ja­wią się sce­ny zwi­ąza­ne z sa­mot­nym ro­dzi­ciel­stwem oraz re­tro­spek­cje głów­ne­go bo­ha­te­ra z dzie­ci­ństwa. W tych wspo­mnie­niach będzie się kry­ła po­gar­sza­jąca się re­la­cja z ro­dzi­ca­mi, ich tok­sycz­ne ma­łże­ństwo oraz to, jak to wszyst­ko wpły­wa­ło na bo­ha­te­ra, gdy miał za­le­d­wie dzie­wi­ęć i dzie­si­ęć lat.

A te­raz za­pra­szam do za­po­zna­nia się z hi­sto­rią we­te­ry­na­rza, któ­ry przez pod­stęp dziad­ka zna­la­zł się w znie­na­wi­dzo­nym przez nie­go mia­stecz­ku. Roz­go­śćcie się!PROLOG

Maven

Nie zno­si­łem po­nie­dzia­łków. Nie­ste­ty, ale mia­łem ku temu swo­je po­wo­dy. Tego dnia za­wsze, ale to za­wsze mu­sia­ło wy­da­rzyć się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go. I za­zwy­czaj nie było to nic przy­jem­ne­go, co mó­głbym okre­ślić jako szczęśli­wy zbieg oko­licz­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Co­raz częściej za­sta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem czar­ny kot nie prze­bie­gał mi co­dzien­nie dro­gi, sko­ro spo­ty­kał mnie aż taki pech!

Naj­pierw wście­kły mały pies. Pra­wie od­gry­zł mi rękę. Po­tem kot, któ­ry miau­czał tak gło­śno, że moje uszy nie­mal krwa­wi­ły. A na do­kład­kę jesz­cze za­pła­ka­na dziew­czyn­ka z kró­licz­kiem, któ­re­mu dała do zje­dze­nia coś, cze­go jeść nie po­wi­nien. Niby nic ta­kie­go, bo prze­cież pra­co­wa­łem w szpi­ta­lu we­te­ry­na­ryj­nym. Zwie­rzęta były ró­żne, dzie­cia­ki też często wy­ka­zy­wa­ły się nie­zbyt mądry­mi po­my­sła­mi, ale moja iry­ta­cja si­ęga­ła ze­ni­tu.

Za­mknąłem oczy, a gło­wę opa­rłem o jed­ną z bia­łych sza­fek. W dło­ni trzy­ma­łem ku­bek z kawą. Od rana wy­pi­łem już trzy, ta była czwar­ta. Na szczęście mia­łem prze­rwę, więc wie­rzy­łem, że resz­ta dnia oka­że się o wie­le spo­koj­niej­sza. Nie po­trze­bo­wa­łem ko­lej­nych eks­ce­sów. Upi­łem łyk, po czym ci­cho wes­tchnąłem.

Ci­sza. Bło­ga ci­sza. Wła­śnie tego mi od kil­ku go­dzin bra­ko­wa­ło. Zo­sta­ły jesz­cze ja­kieś trzy go­dzi­ny pra­cy. Czy­li dla mnie wiecz­no­ść.

Za­ci­snąłem war­gi w cien­ką li­nię, gdy w kie­sze­ni ki­tla za­wi­bro­wał te­le­fon. Cze­ka­łem przez chwi­lę, li­cząc, że ko­muś znu­dzi się dzwo­nie­nie. I to był błąd. Ten _ktoś_ za­dzwo­nił dru­gi raz. Za trze­cim po­sta­no­wi­łem w ko­ńcu ode­brać. Do­ta­rło do mnie, że mo­gło to być coś wa­żne­go. Wy­ci­ągnąłem ko­mór­kę i szyb­ko zer­k­nąłem, kto się do­bi­ja.

_Dzia­dek._

_Cho­le­ra ja­sna._ Jak naj­szyb­ciej ode­bra­łem.

– Coś się sta­ło, dziad­ku? – za­py­ta­łem na wstępie.

– Syn­ku, jak do­brze, że ode­bra­łeś – po­wie­dział nie­co zmar­twio­nym gło­sem, co ani tro­chę mi się nie spodo­ba­ło. Wy­czu­łem, że coś się wy­da­rzy­ło. Li­czy­łem, że się do­wiem, ale dzia­dek nic wi­ęcej z sie­bie nie wy­krze­sał.

– O co cho­dzi? Coś z bab­cią?

Ostat­nio nie­naj­le­piej się czu­ła, więc to pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy. Od­sta­wi­łem ku­bek z kawą na blat.

– Tak jak­by… – Wes­tchnął ci­ężko.

– Dziad­ku, mo­żesz ja­śniej? Pro­szę cię… – Mój głos pod ko­niec lek­ko za­drżał.

– Czy mó­głbyś… Mó­głbyś po pro­stu przy­je­chać?

Nie wa­ha­łem się dłu­go nad od­po­wie­dzią. Dziad­ków sta­wia­łem za­wsze na pierw­szym miej­scu.

– Tak. Asher po­ra­dzi so­bie sam. Po­cze­kaj­cie na mnie, do­brze? Nie ru­szaj­cie się ni­g­dzie. Gdy­by coś się dzia­ło, dzwoń. Po­sta­ram się od razu ode­brać. Będę je­chał naj­szyb­ciej, jak tyl­ko się da.

– Jedź ostro­żnie – skar­cił mnie.

– Do­brze. Do pó­źniej.

Roz­łączy­łem się, wy­sze­dłem z po­ko­ju so­cjal­ne­go i szyb­ko wpa­ro­wa­łem do mo­je­go ga­bi­ne­tu. Uno­sił się w nim spe­cy­ficz­ny za­pach. Lu­dzie okre­śla­li go jako ty­po­wo szpi­tal­ny i mie­li w tym tro­chę ra­cji. Nie roz­gląda­łem się. Nie chcia­łem tra­cić cza­su. Po­zby­łem się ki­tla i po­wie­si­łem go na wie­sza­ku w rogu przy drzwiach. Si­ęgnąłem po ak­tów­kę, któ­ra oczy­wi­ście le­ża­ła na fo­te­lu, scho­wa­łem do niej te­le­fon. Wy­sze­dłem, a przy re­cep­cji na­tknąłem się na przy­ja­cie­la, z któ­rym pro­wa­dzi­łem tę kli­ni­kę.

Sta­nął mi na dro­dze i po­pa­trzył zdez­o­rien­to­wa­ny. Ja­sne ko­smy­ki opa­dły mu na skro­nie. Spoj­rze­nie szma­rag­do­wych oczu wy­pa­la­ło we mnie nie­wi­dzial­ną dziu­rę. Skó­ra mu­śni­ęta sło­ńcem ide­al­nie kon­tra­sto­wa­ła z od­cie­niem wło­sów. Asher przy­po­mi­nał tro­chę ty­po­we­go sur­fe­ra. Tym bar­dziej z tym szel­mow­skim uśmiesz­kiem. W no­sie miał kol­czyk, a do­kład­niej sep­tum.

– A ty do­kąd?

– Dzia­dek do mnie za­dzwo­nił. Mu­szę się dzi­siaj zwol­nić. Na wszel­ki wy­pa­dek bio­rę ty­dzień wol­ne­go, ale mam na­dzie­ję, że będę mógł wró­cić już ju­tro – wy­tłu­ma­czy­łem w wiel­kim skró­cie.

Wie­dzia­łem, że nie będzie miał żad­nych za­strze­żeń. Zda­wał so­bie spra­wę, że dla dziad­ków mó­głbym sko­czyć w ogień.

– Po­zdrów ich ode mnie i nie martw się na za­pas – pró­bo­wał mnie po­cie­szyć, ale nie­zbyt do­brze mu to wy­szło.

Cho­ler­nie się ba­łem, że to coś po­wa­żne­go. Dla­te­go nie mo­głem dłu­żej zwle­kać. Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu, a ten za­raz się prze­su­nął.

Pod­bie­głem do drzwi, po­pchnąłem je i zna­la­złem się na ze­wnątrz. Na nie­bie po­ja­wi­ło się pe­łno czar­nych chmur. Do­oko­ła pa­no­wał cha­os. Taki urok miesz­ka­nia w du­żym mie­ście. Mnó­stwo sa­mo­cho­dów, spie­szący-ch się lu­dzi, któ­rzy już za­po­bie­gaw­czo wy­ci­ągnęli pa­ra­sol­ki. Na­prze­ciw­ko kli­ni­ki znaj­do­wa­ła się ap­te­ka. Dwie uli­ce da­lej – szpi­tal dzie­ci­ęcy. Nie­któ­rzy miesz­ka­ńcy na­zy­wa­li to miej­sce dziel­ni­cą me­dycz­ną.

Gdzieś nie­da­le­ko za­grzmia­ło.

_Szlag._ Zbli­ża­ła się bu­rza.

Wsia­dłem do Mer­ce­de­sa, a ak­tów­kę rzu­ci­łem na sie­dze­nie pa­sa­że­ra. Pró­bo­wa­łem po­spiesz­nie za­pi­ąć pasy, co nie sko­ńczy­ło się do­brze, bo za nic w świe­cie nie po­tra­fi­łem tra­fić.

_Wdech._

_Wy­dech._

_Wdech._

_Wy­dech._

Ode­tchnąłem z ulgą, gdy się uda­ło. Od­pa­li­łem sil­nik i wy­je­cha­łem z par­kin­gu.

Cze­ka­ły mnie po­nad trzy go­dzi­ny dro­gi do mia­stecz­ka, w któ­rym od wie­lu lat za­miesz­ki­wa­li dziad­ko­wie. Wi­ne­ley mia­ło swój urok, ale ni­g­dy nie wy­obra­ża­łem so­bie, by zo­stać tam na dłu­żej. Uwa­ża­łem, że była to wieś bez żad­nych wi­ęk­szych per­spek­tyw. A moje am­bi­cje si­ęga­ły zde­cy­do­wa­nie wy­żej.

Ser­ce wa­li­ło mi tak moc­no, że w pew­nym mo­men­cie aż po­czu­łem szum w uszach. Spo­ci­ły mi się ręce. Klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się nie­rów­no­mier­nie. Za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na kie­row­ni­cy. Gdy tyl­ko mo­głem, do­da­wa­łem gazu. Je­cha­łem szyb­ciej niż za­zwy­czaj, ale na­dal nad sobą pa­no­wa­łem.

W oczach sta­nęły mi łzy, gdy wy­obra­zi­łem so­bie _ten_ je­den sce­na­riusz. Nie po­wi­nie­nem tak my­śleć, ale to dzia­ło się samo. Utra­ta bab­ci lub dziad­ka za­bi­ła­by coś we mnie. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że kie­dyś na­dej­dzie taki dzień, ale nie tak szyb­ko. Jesz­cze nie. Po pro­stu nie.

Wal­czy­łem z czar­ny­mi wi­zja­mi w za­sa­dzie przez całą pod­róż. Roz­pa­da­ło się na do­bre. Wy­cie­racz­ki pra­co­wa­ły bez prze­rwy. Naj­go­rzej za­częło pa­dać, gdy do­je­cha­łem do lasu. A ten ci­ągnął się przez dłu­ższą część tra­sy. Na dro­dze, jak na mo­je­go pe­cha przy­sta­ło, zro­bi­ło się śli­sko, więc nie mo­głem po­zwo­lić so­bie na wi­ęk­szą pręd­ko­ść. Gdzie­nie­gdzie nie­bo roz­świe­tla­ły pio­ru­ny.

Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łem tak wiel­ką ulgę, gdy do­strze­głem znak z na­pi­sem: „Wi­ta­my w Wi­ne­ley!”.

Poza la­sem nie­co się prze­ja­śni­ło, na­dal pa­da­ło, ale już nie grzmia­ło. Zo­sta­ły mi ostat­nie trzy mi­nu­ty tej cho­ler­nie stre­su­jącej dro­gi. Przez cały czas to­wa­rzy­szy­ło mi ja­kieś dziw­ne prze­czu­cie, któ­re da­wa­ło do zro­zu­mie­nia, że coś było ina­czej. Że na coś się za­no­si­ło.

Za­par­ko­wa­łem przed do­mem dziad­ków. Wy­sia­dłem z auta, nie dba­jąc o to, że naj­praw­do­po­dob­niej prze­ra­źli­wie zmok­nę. My­śla­łem, że za­raz dzia­dek mi otwo­rzy, ale nic ta­kie­go się nie sta­ło. Strach sta­wał się co­raz wi­ęk­szy. Pa­ra­li­żo­wał mnie jak ni­g­dy wcze­śniej. Za­cząłem do­bi­jać się do bra­my.

Zwle­ka­nie nie było w moim sty­lu. Mo­kra ko­szu­la przy­lgnęła do cia­ła, a ten fakt zde­cy­do­wa­nie wy­bu­dził mnie z chwi­lo­we­go transu.

Pra­wą ręką chwy­ci­łem się gór­nej części bra­my, a lewą zła­pa­łem tro­chę ni­żej. Unio­słem nogę. Tak, za­mie­rza­łem się wspi­ąć, a po­tem prze­sko­czyć. In­ne­go wy­jścia nie zna­la­złem. Dzi­wi­łem się tyl­ko, że dzia­dek na­dal nie wy­sze­dł. Poza tym, gdy­by coś się dzia­ło, cała wieś sta­ła­by pod do­mem. No chy­ba że coś się zmie­ni­ło od mo­jej ostat­niej, krót­kiej wi­zy­ty.

Gdy już mia­łem prze­sko­czyć, na­gle ktoś moc­no zła­pał mnie za ko­szu­lę. Pra­wie stra­ci­łem rów­no­wa­gę, ale uda­ło mi się nie upa­ść.

Ten ktoś ob­ró­cił mnie przo­dem do sie­bie. Na­tknąłem się na spoj­rze­nie ciem­nych oczu. Tro­chę za pó­źno, ale jed­nak zo­rien­to­wa­łem się, że zła­pał mnie cho­ler­ny po­li­cjant, któ­ry wy­glądał tak, jak­by chciał mnie co naj­mniej za­bić. Za­wie­si­łem wzrok na jego pi­sto­le­cie. _Mam na­dzie­ję, że go nie uży­je._ Był po­dob­ne­go wzro­stu co ja, ale wy­da­wał się bar­dziej przy­pa­ko­wa­ny.

– A ty skąd się tu wzi­ąłeś? – za­py­tał po­dejrz­li­wie. – No ga­daj! – do­dał po­spiesz­nie.

Prze­łk­nąłem śli­nę.

– Je­stem wnucz­kiem. To ja. Ma­ven. Na pew­no mnie pan ko­ja­rzy. Przy­je­cha­łem do dziad­ka. Dzwo­nił do mnie z trzy go­dzi­ny temu. – Uśmiech­nąłem się ner­wo­wo.

Gniew­nie zmarsz­czył brwi. Chy­ba moje tłu­ma­cze­nia za wie­le nie dały… _Świet­nie._

– Me­to­da na wnucz­ka? Ty obrzy­dli­wy gnoj­ku! – wy­sy­czał. – Co ty so­bie my­ślisz?!

Po­pa­trzy­łem na nie­go zszo­ko­wa­ny. Do cho­le­ry ja­snej, czy ja gra­łem w ja­kie­jś ukry­tej ka­me­rze? Prze­je­cha­łem tyle ki­lo­me­trów, żeby ktoś zwy­zy­wał mnie od zło­dziei uda­jących wnucz­ka? Zło­ść za­częła ze mną wy­gry­wać. Ode­pchnąłem od sie­bie funk­cjo­na­riu­sza, co oka­za­ło się błędem.

– Bez­czel­ny gów­niarz! – wark­nął.

– Mam na imię Ma­ven, ro­zu­mie pan? A tu­taj miesz­ka mój dzia­dek. Ji-Yul. Dok­tor Ji-Yul – po­wtó­rzy­łem zi­ry­to­wa­ny, przy czym spio­ru­no­wa­łem go wzro­kiem. Za­sta­na­wia­łem się, co zro­bić, żeby mnie ja­koś roz­po­znał.

– No pro­szę, na­wet wiesz, czym się zaj­mu­je. Pod­stęp­ny gnój – wy­po­wie­dział z ja­dem.

Nie uła­twi­łem so­bie. Ani tro­chę.

Od­su­nąłem się od nie­go na bez­piecz­ną od­le­gło­ść, ale spo­kój nie trwał zbyt dłu­go. In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy dał o so­bie znać, tyl­ko szko­da, że w tak kiep­skim sty­lu. Przy­spie­szy­łem kro­ku, a wte­dy mężczy­zna zła­pał mnie moc­no, ob­ró­cił w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób, przez co upa­dłem ple­ca­mi na be­ton. Zdu­szo­ny krzyk opu­ścił moje usta. Czy za­bo­la­ło? To mało po­wie­dzia­ne.

Nie mi­nęło na­wet kil­ka se­kund, a ob­raz przed ocza­mi się roz­mył. Na­sta­ła ca­łko­wi­ta ciem­no­ść.

Do mo­ich uszu jak przez gru­by mur za­częły do­cie­rać ja­kieś dziw­ne uryw­ki roz­mów, któ­re za ja­kiś czas uło­ży­ły się w ca­ło­ść.

– Idio­to, i coś ty na­ro­bił? A co, jak się już nie obu­dzi? Dok­tor Ji-Yul nas za­bi­je. Nie tak to mia­ło wy­glądać! Nie taki był plan!

Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć oczy albo cho­cia­żby się ode­zwać, ale nie mia­łem w so­bie ener­gii. Ja­kaś siła zmu­sza­ła mnie, żeby trwać w ta­kim bez­ru­chu.

– Ja go tyl­ko ogłu­szy­łem…

Skru­szo­ny głos ewi­dent­nie na­le­żał do… Do tego po­li­cjan­ta! Oni chcie­li mnie za­bić!

Wzi­ąłem się w ga­rść. Uda­ło mi się po­wo­li otwo­rzyć oczy. Skrzy­wi­łem się, gdy pierw­sze, co zo­ba­czy­łem, to ośle­pia­jące świa­tło ża­rów­ki. Jęk­nąłem bo­le­śnie. Do­oko­ła mnie coś się za­częło dziać. Dwa gło­sy za­mil­kły, a po chwi­li ktoś też chy­ba pod­sze­dł.

– Pa­nie Na­mgung, wszyst­ko w po­rząd­ku? Czy coś pana boli? Może się pan po­ru­szać?

Ko­bie­ta. Ja­kiś miły, ale nie­co wy­stra­szo­ny ton gło­su.

Wow, w ko­ńcu się do­wie­dzie­li, kim je­stem. Ob­ró­ci­łem po­wo­li gło­wę. Po­pa­trzy­łem na ko­bie­tę i ski­nąłem ostro­żnie. Ob­li­za­łem spierzch­ni­ęte war­gi. _Już mó­wi­łem, że nie­na­wi­dzę po­nie­dzia­łków?_

– Chcia­łbym… usi­ąść – oznaj­mi­łem za­chryp­ni­ętym gło­sem.

Drob­na bru­net­ka spoj­rza­ła na ko­goś gro­źnie. Mia­ła na so­bie fio­le­to­wą ko­szul­kę i spodnie w tym sa­mym od­cie­niu. Na szyi wi­siał ste­to­skop. Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że mu­sia­ła być pie­lęgniar­ką albo le­kar­ką.

Od tyłu po­de­szła do mnie ko­lej­na oso­ba. Unio­słem się lek­ko, a wte­dy obo­je wsu­nęli dło­nie pod moje ple­cy i po­wo­li po­mo­gli usi­ąść. Wszyst­ko do­oko­ła mnie przez krót­ką chwi­lę wi­ro­wa­ło, ale za­raz ustąpi­ło.

Poza tym, że czu­łem się tro­chę obo­la­ły, nie sądzi­łem, żeby coś wi­ęcej mi do­le­ga­ło. Naj­wi­docz­niej ze­tkni­ęcie z be­to­nem nie sko­ńczy­ło się aż tak źle, jak to so­bie wy­obra­ża­łem. Na­prze­ciw­ko mnie sta­nął tam­ten po­li­cjant. Po­pa­trzy­łem na nie­go z chęcią mor­du. Gdy­bym miał w so­bie wi­ęcej siły, od­wdzi­ęczy­łbym się za to, co mi zro­bił.

Zo­rien­to­wa­łem się, że po­ło­żo­no mnie na le­żan­ce w po­ko­ju za­bie­go­wym. Wszędzie biel, kil­ka sza­fek, biur­ko, a przez nie­wiel­kie okno wpa­da­ło ca­łkiem spo­ro świa­tła. Ty­po­wy ga­bi­net. Nic spe­cjal­ne­go.

– Mam ro­zu­mieć, że w tym mia­stecz­ku rzu­ca­nie się na oby­wa­te­li jest ca­łko­wi­cie nor­mal­ne? – sark­nąłem.

Po­mi­mo że ten fa­cet wy­glądał, jak­by fak­tycz­nie ża­ło­wał, nie za­mie­rza­łem tak po pro­stu mu od­pu­ścić.

– Pro­szę wy­ba­czyć. Na­praw­dę nie wie­dzia­łem, że to pan. Wy­da­wa­ło mi się, że ktoś pró­bu­je się wła­mać pod nie­obec­no­ść pań…

Uci­ął w po­ło­wie zda­nia, a ja zmarsz­czy­łem brwi. Jaka nie­obec­no­ść? Prze­cież mie­li się ni­g­dzie nie ru­szać. Pro­si­łem, żeby na mnie po­cze­ka­li.

– Pro­szę do­ko­ńczyć – na­le­ga­łem.

Ta dwój­ka spoj­rza­ła na sie­bie wy­mow­nie. Ko­bie­ta po­dra­pa­ła się po po­licz­ku, jak­by cze­goś się oba­wia­ła. Za­uwa­ży­łem, że na bluz­ce mia­ła przy­cze­pio­ną pla­kiet­kę z imie­niem i na­zwi­skiem. Char­le­ne Wal­ker. Za to po­li­cjant od­wró­cił wzrok. Chrząk­nąłem gło­śno. Da­lej cze­ka­łem. A oni na­dal mil­cze­li.

– Po­wie­cie coś czy…

Moje py­ta­nie prze­rwał dźwi­ęk te­le­fo­nu. Char­le­ne ode­bra­ła w eks­pre­so­wym tem­pie.

– Mhm. Tak. Zga­dza się. Tak. Mhm. – Ki­wa­ła gło­wą. – Ależ oczy­wi­ście. Tak, jest tu­taj z nami. Po­dać? Do­brze. – Wy­ci­ągnęła rękę w moją stro­nę, prze­ka­zu­jąc mi te­le­fon.

Za­mru­ga­łem kil­ka razy. Nic, ale to nic do mnie nie do­cho­dzi­ło. Niby uko­ńczy­łem stu­dia, pra­co­wa­łem w ca­łkiem nie­złym za­wo­dzie, a czu­łem się tak głu­pi, że to prze­cho­dzi­ło ludz­kie po­jęcie. Dzia­dek ewi­dent­nie coś uknuł i ani tro­chę mi się to nie po­do­ba­ło, choć jesz­cze nie po­zna­łem pla­nu tej ca­łej in­try­gi.

Nie­chęt­nie wzi­ąłem od niej urządze­nie i przy­ło­ży­łem do ucha.

– Tak?

– Syn­ku, wy­bacz to całe za­mie­sza­nie. Ale wiem, że w in­nym wy­pad­ku nie przy­je­cha­łbyś do na­sze­go Wi­ne­ley. Nic mi nie jest. Bab­ci zresz­tą tak samo. Jest zdro­wa i szczęśli­wa. Wy­bacz, że tak cię na­stra­szy­li­śmy.

Wes­tchnąłem ci­ężko. Dzia­dek tak po pro­stu mnie okła­mał, bo chciał, że­bym przy­je­chał na wieś? Ra­cja, nie od­wie­dza­łem ich zbyt często. Za­zwy­czaj wy­gląda­ło to tak, że przy­je­żdża­łem po nich i je­cha­li­śmy do mnie, żeby po­ka­zać im ten miej­ski zgie­łk, któ­ry na­praw­dę był god­ny uwa­gi. Obo­je z bab­cią często na­zy­wa­li mnie „syn­kiem”, po­nie­waż to oni oka­za­li mi naj­wi­ęcej mi­ło­ści. To im wszyst­ko za­wdzi­ęcza­łem.

– To po co to całe za­mie­sza­nie? – za­py­ta­łem ła­god­nie. Prędzej uci­ąłbym so­bie język, niż krzyk­nął na dziad­ka.

– Ra­zem z bab­cią zde­cy­do­wa­li­śmy się na pod­róż. Przez ostat­nie lata odło­ży­li­śmy tro­chę pie­ni­ędzy. Nie będzie nas czte­ry mie­si­ące, a to wi­ąże się z tym, że w mia­stecz­ku nie zo­sta­nie ża­den do­bry we­te­ry­narz. Nie zgo­dzi­łbyś się, gdy­bym tak po pro­stu cię za­py­tał, więc bab­cia wpa­dła na po­my­sł, że mu­si­my po­sta­wić cię przed fak­tem.

_Nie wie­rzę. Moi dziad­ko­wie to duet prze­stęp­ców. Duet, któ­re­mu da­łem się w to wci­ągnąć. Boże, dla­cze­go?_

– Ale… ale ja też mam pra­cę. Nie mogę zo­sta­wić Ashe­ra na czte­ry mie­si­ące. To jest zde­cy­do­wa­nie za dłu­go.

– Nie martw się o Ashe­ra. Już z nim po­roz­ma­wia­łem. Od­cze­ka­łem kil­ka­na­ście mi­nut po te­le­fo­nie do cie­bie, żeby po­tem za­dzwo­nić do nie­go i wszyst­ko mu wy­ja­śnić – od­po­wie­dział za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

_Asher, za­bi­ję cię._ Jak on mógł pod­jąć de­cy­zję bez skon­sul­to­wa­nia jej ze mną? I cze­mu od razu do mnie nie za­dzwo­nił?

– Nie, wy­bacz, ale nie mogę tu­taj zo­stać – po­wie­dzia­łem przez ści­śni­ęte gar­dło.

– To tyl­ko czte­ry mie­si­ące. Pro­szę, zgó­dź się. Chcia­łbym spe­łnić naj­wi­ęk­sze ma­rze­nie two­jej bab­ci.

Za­czął grać na emo­cjach. Dla dziad­ków zro­bi­łbym na­praw­dę wie­le. Wręcz wszyst­ko. Pa­mi­ęta­łem, że bab­cia w mło­do­ści ma­rzy­ła o pod­ró­żach. Po­tem po­zna­ła dziad­ka, po­ja­wi­ły się pierw­sze iskry, któ­re spo­wo­do­wa­ły, że po­słu­cha­ła gło­su ser­ca. Byli do­wo­dem na to, że dla praw­dzi­wej wiel­kiej mi­ło­ści jest się go­to­wym zre­zy­gno­wać ze swo­ich pla­nów.

Wa­ha­łem się nad od­po­wie­dzią. Nie wi­dzia­ło mi się tu­taj zo­stać na tyle mie­si­ęcy, ale nie mo­głem za­wie­ść dziad­ka. Miesz­ka­ńców tak samo. Zwie­rzęta po­trze­bo­wa­ły we­te­ry­na­rza w ka­żdej chwi­li. Poza tym nie mo­głem bu­rzyć ma­rzeń uko­cha­nej bab­ci, któ­ra wy­pru­wa­ła so­bie żyły, żeby żyło mi się jak naj­le­piej.

– Do­brze. Ale po tych czte­rech mie­si­ącach wra­cam do sie­bie – po­sta­wi­łem wa­ru­nek.

– Ji-Yul, za­bra­łeś ze sobą pasz­port, praw­da? – usły­sza­łem za­tro­ska­ny głos bab­ci.

– Tak, ko­cha­nie. Ni­czym się nie martw – uspo­ko­ił żonę, po czym kon­ty­nu­ował roz­mo­wę ze mną: – Tak, wła­śnie tak zro­bi­my. Mu­szę już ko­ńczyć, za­raz mamy lot. Char­le­ne da ci klu­cze do domu i kli­ni­ki. Ju­tro do­wiesz się resz­ty. Wszy­scy będą słu­żyć ci po­mo­cą.

Nie lu­bi­łem, gdy ktoś mi po­ma­gał. Li­czy­łem, że sam so­bie świet­nie po­ra­dzę.

– Baw­cie się do­brze. I ni­g­dy wi­ęcej nie rób­cie mi ta­kich scen. Pra­wie zsze­dłem na za­wał.

Śmiech dziad­ka roz­brzmiał w słu­chaw­ce. Gdy­bym nie był aż tak zmęczo­ny, może po­śmia­łbym się ra­zem z nim.

– Też cię ko­cha­my!

Nie zdąży­łem od­po­wie­dzieć, bo za­raz się roz­łączył. Od­su­nąłem te­le­fon i od­da­łem go Char­le­ne.

– Pro­szę się nie bać. Na pew­no się panu tu spodo­ba – po­cie­szy­ła mnie.

– Mhm, nie wąt­pię – wy­mam­ro­ta­łem z ja­kże du­żym en­tu­zja­zmem.

_To nie może się do­brze sko­ńczyć. Prze­cież ja nie zno­szę Wi­ne­ley._ROZDZIAŁ 1

Ciocie zawsze ci pomogą

Maven

Char­le­ne ra­zem z po­li­cjan­tem, któ­ry, jak się pó­źniej oka­za­ło, na­zy­wał się Au­stin Mor­gan, pod­wie­źli mnie pod mały szpi­tal we­te­ry­na­ryj­ny, któ­ry od wie­lu lat na­le­żał do dziad­ka. Dzia­dek po­cho­dził z Ko­rei Po­łu­dnio­wej, po­znał się z bab­cią pod­czas wa­ka­cji. Twier­dzi­li, że od pierw­sze­go wej­rze­nia na­ro­dzi­ła się po­mi­ędzy nimi mi­ło­ść.

Dla­cze­go za­miesz­ka­li tu­taj, a nie na przy­kład w Ko­rei, sko­ro obo­je się w niej uro­dzi­li? Po­nie­waż to tu­taj się po­zna­li. Bab­cia prze­pro­wa­dzi­ła się do Wi­ne­ley, gdy mia­ła czte­ry lata, więc nie ci­ągnęło jej do Ko­rei.

Hi­sto­ria tego, jak dzia­dek zna­la­zł się w tej wsi, za­wsze brzmia­ła dla mnie ko­micz­nie. Po pro­stu za­błądził, źle od­czy­tu­jąc in­for­ma­cje z mapy. Bab­cia była na tyle ko­cha­na, że zde­cy­do­wa­ła się go prze­no­co­wać. Moi pra­dziad­ko­wie do­strze­gli w nim do­broć, więc się na to zgo­dzi­li. Dzia­dek uwa­żał, że już wte­dy za­ko­chał się w swo­jej pi­ęk­nej żo­nie. Na co dzień nie wie­rzy­łem w ta­kie hi­sto­ryj­ki, ale oni byli wy­jąt­kiem od tej za­sa­dy. Ich uczu­cia od za­wsze udo­wad­nia­ły mi, że na tym świe­cie żyli jesz­cze lu­dzie, któ­rzy po­tra­fi­li szcze­rze ko­chać.

Los spra­wił, że za­miesz­ka­li w Wi­ne­ley i tu wła­śnie na świat przy­sze­dł mój oj­ciec. Mama była Ame­ry­kan­ką, ale zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ły u mnie ko­re­ańskie geny. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że przy­po­mi­nam dziad­ka z mło­do­ści, co wca­le mi nie prze­szka­dza­ło.

W mia­stecz­ku zdąży­ło się roz­po­go­dzić. Sta­łem przed drzwia­mi do kli­ni­ki. Ba­wi­łem się klu­cza­mi. Na­dal nie do­wie­rza­łem, że się na to zgo­dzi­łem. Czte­ry mie­si­ące w miej­scu, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem. Na samą myśl bo­la­ła mnie gło­wa. _Będę ża­ło­wał, to już pew­ne._

Unio­słem wzrok. Przyj­rza­łem się temu miej­scu z ze­wnątrz. Przy­po­mi­na­ło bar­dziej ja­kiś drew­nia­ny do­mek, choć wie­dzia­łem, że ja­kiś czas temu szpi­tal zo­stał wy­re­mon­to­wa­ny po tym, jak dzia­dek wy­słał pro­śbę o do­ta­cję. Był je­dy­nym we­te­ry­na­rzem w wio­sce, więc na­le­ża­ły mu się jak naj­lep­sze wa­run­ki.

Nad drzwia­mi wi­sia­ła ta­blicz­ka z na­pi­sem: „Szpi­tal We­te­ry­na­ryj­ny u Na­mgun­ga”. Pod­sze­dłem bli­żej, wsu­nąłem klu­cze do zam­ka, prze­kręci­łem je dwa razy, na­ci­snąłem klam­kę i wsze­dłem do środ­ka. Pierw­sze, co wy­czu­łem, to ten sam za­pach, co w mo­jej kli­ni­ce.

Przy sa­mym we­jściu, nie­da­le­ko ma­łej re­cep­cji, gdzie znaj­do­wa­ło się prze­su­wa­ne okien­ko, znaj­do­wa­ła się ław­ka. Ścia­ny były w od­cie­niu ko­ści sło­nio­wej. Pa­no­wał tu­taj ka­me­ral­ny, a może na­wet i do­mo­wy kli­mat.

Prze­sze­dłem da­lej, żeby zo­ba­czyć, w ja­kich wa­run­kach przy­szło mi pra­co­wać. Jed­no biur­ko usta­wio­ne przy ścia­nie, tak aby pro­mie­nie sło­ńca pa­da­ły pod ide­al­nym kątem. W le­wym rogu usta­wio­no spo­ro kla­tek. Ró­żnych wiel­ko­ści. Nie za­bra­kło ty­po­wych sprzętów do pra­cy ze zwie­rzęta­mi i za­pa­su ręka­wi­czek.

Spoj­rza­łem jesz­cze na sta­no­wi­sko przy re­cep­cji. Ni­czym szcze­gól­nym się nie wy­ró­żnia­ło, było po­łączo­ne z moim ga­bi­ne­tem. Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że naj­wi­ęcej pry­wat­no­ści znaj­dę w ła­zien­ce albo przy zwie­rzętach. Mia­łem na­dzie­ję, że po­ra­dzę so­bie w roli we­te­ry­na­rza na wsi. W mie­ście przyj­mo­wa­łem zwie­rzęta, któ­re mo­głem trzy­mać w rękach. Już od paru lat nie mia­łem stycz­no­ści z kro­wa­mi, ko­za­mi, ku­ra­mi, świ­nia­mi, by­ka­mi…

Zmęcze­nie da­wa­ło o so­bie znać. Po­sta­no­wi­łem, że przyj­rzę się temu miej­scu na na­stęp­ny dzień z rana. Zga­si­łem świa­tło, usta­wi­łem wszyst­ko tak, jak było przed moim przy­by­ciem. Sze­dłem do drzwi, a wte­dy pod no­ga­mi skrzyp­nęła jed­na z drew­nia­nych de­sek. _Cu­dow­nie. Chy­ba kwo­ta do­ta­cji nie wy­star­czy­ła na wszyst­ko._ Dla­cze­go dzia­dek mi o tym nie po­wie­dział? Po­mó­głbym.

Wy­sze­dłem z kli­ni­ki i ru­szy­łem w stro­nę ra­dio­wo­zu. Przed we­jściem do auta spoj­rza­łem jesz­cze raz na bu­dy­nek. Nie­da­le­ko ro­sło duże drze­wo, a pod nim sta­ła uro­cza ła­wecz­ka. Po­my­śla­łem, że w upa­ły mo­żna było cho­ciaż tro­chę się ochło­dzić.

Wsia­dłem do sa­mo­cho­du i za­pi­ąłem pasy. Nie czu­łem się bez­piecz­nie z my­ślą, że pro­wa­dzić ma ten fu­riat. Rzu­cił się na mnie bez­pod­staw­nie. Nie mo­głem tak szyb­ko mu tego wy­ba­czyć.

– I jak się panu po­do­ba? – za­ga­iła Char­le­ne.

Wes­tchnąłem ci­cho. Sku­pi­łem wzrok na szy­bie.

– Jest okej – od­po­wie­dzia­łem krót­ko.

– Wie­my, że to inne stan­dar­dy niż te, w któ­rych pan pra­cu­je na co dzień, ale wie­rzy­my, że się panu spodo­ba. Dzia­dek bar­dzo pana chwa­lił. Uwa­ża, że osi­ągnął pan na­praw­dę wie­le, a prze­cież jest pan jesz­cze bar­dzo mło­dy. Za­wsze może pan się do nas zwró­cić z ja­kąkol­wiek pro­śbą. Po­sta­ra­my się po­móc.

Ga­da­ła jak najęta. W pew­nym mo­men­cie się wy­łączy­łem. Ra­cja, nie było to zbyt ele­ganc­kie, ale ma­rzy­łem je­dy­nie o cie­płym prysz­ni­cu i pó­jściu spać. Ten dzień na­praw­dę mnie wy­męczył. Wo­la­łem, żeby do­bie­gł już ko­ńca.

– Dzi­ęku­ję – po­wie­dzia­łem, gdy na­stąpi­ła ci­sza.

_I tak nie za­mie­rzam ko­rzy­stać z wa­szych po­rad. Sam świet­nie so­bie po­ra­dzę._

– A ja chcia­łbym jesz­cze raz pana prze­pro­sić. Za­cho­wa­łem się nie­od­po­wie­dzial­nie. Mo­głem ina­czej do tego po­de­jść. Na­wet nie za­py­ta­łem o do­ku­ment to­żsa­mo­ści. Wte­dy nie do­szło­by do tej ca­łej po­my­łki. Mam na­dzie­ję, że ból ple­ców już prze­sze­dł. Zro­zu­miem, je­śli będzie chciał pan po­roz­ma­wiać z moim prze­ło­żo­nym.

Po­li­cjant zde­cy­do­wa­nie ża­ło­wał czy­nów, któ­rych się do­pu­ścił. Tro­chę śmie­szy­ło mnie to, w jaki spa­ni­ko­wa­ny spo­sób po­wie­dział o swo­im sze­fie. Bał się, że go zwol­ni?

– Ju­tro z chęcią z nim po­dy­sku­tu­ję – od­pa­rłem po­wa­żnie.

Z ni­kim nie pla­no­wa­łem roz­ma­wiać. Chcia­łem go tyl­ko tro­chę na­stra­szyć. Je­dy­na roz­ryw­ka tego dnia. Na­le­ża­ła mi się.

– Jest… Jest pan pe­wien? – za­py­tał drżącym gło­sem.

– Mhm – mruk­nąłem od nie­chce­nia.

– Pa­nie Na­mgung, ale po co? Prze­cież już prze­pro­sił, nic po­wa­żne­go na szczęście się nie sta­ło. – Char­le­ne pró­bo­wa­ła go bro­nić.

Coś ich łączy­ło, że aż tak się zmar­twi­ła?

– Na­praw­dę my­śli­cie, że chce mi się tra­cić czas na ja­kieś oska­rże­nia i roz­mo­wy? – za­py­ta­łem znu­dzo­ny. – Do ni­ko­go z tym nie pój­dę. Wkręca­łem was – wy­ja­śni­łem, gdy Char­le­ne spoj­rza­ła na mnie zdez­o­rien­to­wa­na.

Spoj­rze­li na sie­bie, po czym wy­buch­nęli śmie­chem. Skrzy­wi­łem się nie­znacz­nie. _Osza­le­ję tu­taj za­raz._ Cu­dow­nie, że mój żart tak przy­pa­dł im do gu­stu. Te śmie­chy two­rzy­ły mie­szan­kę iry­ta­cji, któ­ra spra­wia­ła, że pra­gnąłem uciec z sa­mo­cho­du, a naj­le­piej z tej wsi. Lu­dzi stąd zna­łem je­dy­nie z opo­wie­ści dziad­ków. Oni mo­gli na­wet ich ko­chać, a ja już nie­ko­niecz­nie.

Dzi­ęko­wa­łem wszech­świa­to­wi, że do ko­ńca jaz­dy ani razu już się do mnie nie ode­zwa­li.

Ci­sza ko­iła du­szę po tym prze­klętym po­nie­dzia­łku.

Prze­czu­cie mnie nie my­li­ło. Na­praw­dę to­wa­rzy­szył mi ja­kiś pech. I to chy­ba od naj­młod­szych lat, sko­ro zno­wu zna­la­złem się na dłu­żej w tym kosz­mar­nym mia­stecz­ku.

Po­li­cjant za­par­ko­wał przed bra­mą.

– Dzi­ęku­ję za pod­wóz­kę. Ży­czę mi­łe­go wie­czo­ru.

Nie umia­łem się że­gnać z lu­dźmi, więc wy­szło tra­gicz­nie. Zdąży­łem do tego przy­wyk­nąć, a oni nie­ko­niecz­nie, bo po­pa­trzy­li na mnie w taki spo­sób, jak­bym był wa­ria­tem. Po chwi­li po pro­stu się do mnie uśmiech­nęli.

Wy­sia­dłem z auta z pręd­ko­ścią świa­tła. Wsu­nąłem dłoń do kie­sze­ni spodni, aby upew­nić się, że mia­łem klu­cze, któ­re mi wręczo­no. Pod­sze­dłem jesz­cze do mo­je­go wozu, żeby za­brać z nie­go ak­tów­kę. W sa­mo­cho­dzie za­wsze mia­łem ko­szu­lę i spodnie na zmia­nę.

Pod­sze­dłem do furt­ki i otwo­rzy­łem ją. Wspi­ąłem się po schod­kach i wsze­dłem do domu. W przed­po­ko­ju pa­no­wa­ła czy­sto­ść. Bab­cia za­wsze dba­ła o ta­kie rze­czy.

Zdjąłem buty, bo za­czy­na­ły mnie bo­leć nogi. Ode­tchnąłem z ulgą. Wsze­dłem w głąb domu. Sa­lon był po­łączo­ny z kuch­nią, w któ­rej znaj­do­wał się nie­wiel­ki stół z trze­ma krze­sła­mi. Mo­żna było się tu po­czuć przy­tul­nie i kom­for­to­wo. Mi­ęk­ki, pu­cha­ty dy­wan, drew­nia­ne podło­gi, ja­sna ka­na­pa i kil­ka ko­lo­ro­wych po­du­szek. Na ścia­nach wi­sia­ły zdjęcia dziad­ków. Z lat mło­do­ści, z dnia ślu­bu oraz gdy bab­cia była w ci­ąży. Nie za­bra­kło zdjęć ze mną oraz z moim oj­cem, więc szyb­ko od­wró­ci­łem wzrok.

Na ma­łym sto­li­ku ka­wo­wym le­ża­ły krzy­żów­ki dziad­ka oraz ja­kieś su­do­ku, któ­re ko­cha­ła roz­wi­ązy­wać bab­cia. Ide­al­ny duet. Po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wa­łem się, że łączy­ły ich na­wet ta­kie bła­host­ki. Na ka­na­pie zo­sta­wi­łem ak­tów­kę oraz moje ubra­nia.

Na pa­ra­pe­tach sta­ły kwia­ty w do­nicz­kach. Oba­wia­łem się, że prze­ze mnie dłu­go nie po­ży­ją. Bab­cia uwiel­bia­ła zaj­mo­wać się ro­śli­na­mi. Ogród stał się jej ulu­bio­nym miej­scem na zie­mi, gdy za­prze­sta­ła pod­ró­żo­wać.

Po­trze­bo­wa­łem się na­pić. Bu­tel­ka sta­ła aku­rat na bla­cie. Z gór­nej szaf­ki wy­jąłem szklan­kę, a gdy już mia­łem so­bie na­lać wody, roz­brzmia­ła nie­po­ko­jąca krząta­ni­na.

– Tu­taj jest nasz wspa­nia­ły, uro­czy Ma­ven! – Słod­ki, pi­skli­wy głos spra­wił, że pra­wie pod­sko­czy­łem.

Szyb­ko za­kręci­łem bu­tel­kę i ob­ró­ci­łem się, a wte­dy zo­ba­czy­łem trzy ko­bie­ty w po­de­szłym wie­ku. Trzy­ma­ły w rękach siat­ki wy­pe­łnio­ne… Sam nie wie­dzia­łem czym, ale oba­wia­łem się, że masą je­dze­nia.

– Na Boga, jaki ty je­steś już duży ka­wa­ler! – za­chwy­ci­ła się jed­na z nich.

Po­pa­trzy­łem na nią nie­zbyt za­do­wo­lo­ny. Czar­ne wło­sy upi­ęła w ni­skie­go koka, kwia­to­wa su­kien­ka si­ęga­ła jej do ko­stek, usta po­ma­lo­wa­ła czer­wo­ną szmin­ką, a róż na po­licz­kach był na tyle krzy­kli­wy, że z tru­dem po­wstrzy­ma­łem się od skrzy­wie­nia. Na jej drob­nej twa­rzy od­zna­cza­ły się ko­ści po­licz­ko­we. Ko­ja­rzy­łem ją z opo­wie­ści bab­ci. Je­śli nie po­my­li­łem osób, to mia­ła na imię Au­re­lia.

– Po­dej­dź do mnie. Niech ja cię wy­ści­skam – rzu­ci­ła ko­lej­na ze wzru­sze­niem. – Nie wiem, czy mnie pa­mi­ętasz, ale je­stem Ma­ri­bel­le. Two­ja dal­sza ciot­ka.

_Nie, nie pa­mi­ętam. Zo­staw mnie. Idźcie so­bie, bła­gam._

Ta cała dal­sza ciot­ka wpa­try­wa­ła się we mnie brązo­wy­mi ocza­mi. Po­pra­wi­ła pal­ca­mi wło­sy ob­ci­ęte na boba. Na jej pulch­nej twa­rzy po­ja­wił się pro­mien­ny uśmiech. Była znacz­nie ni­ższa od dwóch po­zo­sta­łych ko­biet. Jej nad­garst­ki opla­ta­ły bran­so­let­ki, a szy­ję duże czer­wo­ne ko­ra­le.

Ostat­nią z nich zna­łem „naj­le­piej”, po­nie­waż fak­tycz­nie na­le­ża­ła do ja­kie­jś dal­szej ro­dzi­ny bab­ci. Zga­dy­wa­łem, że resz­ta po pro­stu ko­le­go­wa­ła się z mo­imi dziad­ka­mi.

– Ale ty zmężnia­łeś! – po­chwa­li­ła ze wzru­sze­niem.

Gra­ce Jo­hans­son i jej czu­pry­na ja­snych, buj­nych lo­ków. Naj­wy­ższa z ca­łej „świ­ętej trój­cy”. Wy­ró­żnia­ła się rów­nież sty­lem. Ciot­ka Gra­ce lu­bi­ła być na cza­sie. Po­słu­gi­wa­ła się te­le­fo­nem do­ty­ko­wym, a na­wet mia­ła wła­sne­go In­sta­gra­ma. Skąd o tym wie­dzia­łem? Zna­la­zła mnie. I za­ob­ser­wo­wa­ła. Ko­men­to­wa­ła też zdjęcia. Od tego cza­su prak­tycz­nie ni­cze­go nie wsta­wia­łem, bo za ka­żdym ra­zem to­wa­rzy­szy­ło mi jed­no wiel­kie za­że­no­wa­nie. Je­że­li już, to zmie­nia­łem pro­fi­lo­we.

Wy­cho­dzi­ło na to, że te ko­bie­ty po­zna­ły mnie już świet­nie.

_Będę miły._

_No przy­naj­mniej spró­bu­ję._

– Jak pa­nie tu­taj we­szły? – za­py­ta­łem na wstępie.

– Och, ale cze­mu „pa­nie”? Prze­cież my ciot­ki je­ste­śmy! Zwra­caj się do nas, jak tyl­ko chcesz – za­świer­go­ta­ła Gra­ce. – Ja je­stem Gra­ce, to jest Ma­ri­bel­le, ale mo­żesz mó­wić Mari, a tu­taj na­sza ko­cha­na Au­re­lia.

Bez ostrze­że­nia wpa­dły do kuch­ni. Po­sta­wi­ły siat­ki na sto­le, a mnie za­częło się ro­bić sła­bo. Oba­wia­łem się, że jed­nak nie prze­ży­ję tego dnia.

_Za­bierz­cie mnie stąd._

– Zo­bacz, tu­taj masz su­szo­ne po­mi­dor­ki. Tu­taj masz ogó­recz­ki – wy­mie­nia­ła z za­chwy­tem Ma­ri­bel­le. – Jesz­cze owoc­ków ci ze­rwa­łam z ogród­ka. Jak Erick będzie się dąsał, to go nie słu­chaj. Tro­chę ja­błek i tru­ska­wek. Przy­da ci się, bo ja­kiś taki mi­zer­ny się wy­da­jesz. – Wes­tchnęła ci­ężko.

_Kim jest, do cho­le­ry, Erick?_

Au­re­lia zna­la­zła się zde­cy­do­wa­nie za bli­sko mnie. Chwy­ci­ła moje po­licz­ki, lek­ko je ści­snęła i cmok­nęła nie­za­do­wo­lo­na.

– Ty się tyl­ko sa­ła­tą ży­wisz w tym wiel­kim mie­ście? – ob­ru­szy­ła się. – Ja­kim cu­dem masz ta­kie mi­ęśnie, a tu taki zmi­zer­nia­ły? Jesz­cze tro­chę i w kró­li­ka się prze­mie­nisz.

_Za­mie­nię się we wście­kłą be­stię_, od­po­wie­dzia­łem w my­ślach, bo na głos nie wy­pa­da­ło.

Jed­no­cze­śnie do­sta­łem kom­ple­ment i re­pry­men­dę. Fa­scy­nu­jące.

– Wol­ny strze­lec czy ja­kaś już cię usi­dli­ła? – Gra­ce pu­ści­ła oko, a mnie prze­szła fala za­że­no­wa­nia.

– Czy to ta­kie wa­żne? – W ko­ńcu coś po­wie­dzia­łem.

– Tak! – od­po­wie­dzia­ły chó­rem.

– Taki mężczy­zna jak ty już po­wi­nien po­wo­li ukła­dać so­bie ży­cie. Pra­ca to nie wszyst­ko. Dzia­dek ci tego nie wpo­ił? – Au­re­lia spoj­rza­ła na mnie po­dejrz­li­wie.

– Pro­szę wy­ba­czyć, ale to moje ży­cie i moja spra­wa. Gdy po­czu­ję się go­to­wy, to wte­dy za­cznę się z kimś uma­wiać. Moje ży­cie mi­ło­sne nie jest cie­ka­wym te­ma­tem do roz­mów – za­pew­ni­łem chłod­nym to­nem i spoj­rza­łem na nie ze zmęcze­niem.

Ma­ri­bel­le usia­dła przy sto­le, a Au­re­lia po­szła w jej śla­dy. Za to Gra­ce wy­ci­ągnęła ko­lej­ne sło­iki i jesz­cze dużą bu­tel­kę z kom­po­tem.

– Czy­li je­steś wol­ny – wy­wnio­sko­wa­ła.

_Nie, szyb­ki._ Mój po­ziom zi­ry­to­wa­nia nie­bez­piecz­nie się pod­no­sił.

Opa­rłem się po­ślad­ka­mi o blat, a ręce skrzy­żo­wa­łem na tor­sie.

– Tak – od­po­wie­dzia­łem w na­dziei, że da­dzą mi spo­kój.

_Ale ze mnie na­iw­niak…_

– Cu­dow­nie. My już ko­goś ci tu­taj znaj­dzie­my, zo­ba­czysz! – Au­re­lia po­ta­rła ręce, jak­by wpa­dła wła­śnie na ge­nial­ny po­my­sł.

– Za czte­ry mie­si­ące wy­je­żdżam. Nie po­trze­bu­ję po­mo­cy – rzu­ci­łem z po­wa­gą. – Cio­ciu – do­da­łem po chwi­li.

– Ale cio­cie za­wsze ci po­mo­gą. W ka­żdej spra­wie. – Gra­ce sta­ła twar­do przy swo­im.

– Wła­śnie. W su­mie to ta cała Bet­ty jest ca­łkiem ład­na – mruk­nęła Au­re­lia.

– Oj, nie, nie, nie. Ona chy­ba już ko­goś ma – do­da­ła od sie­bie Ma­ri­bel­le.

– Aga­tha? – za­pro­po­no­wa­ła Au­re­lia.

– Od­pa­da. Nie do­ga­da­ją się z Ma­ve­nem – stwier­dzi­ła Gra­ce. – Może Lucy?

– Źle wy­cho­wa­na. – Au­re­lia się skrzy­wi­ła.

– Mamy jesz­cze na­szą pi­ęk­ną Elo­die. To jest do­pie­ro pro­my­czek. Tak strasz­nie mi jej szko­da. – Gra­ce pod­pa­rła pod­bró­dek o pi­ęść, a ło­kieć uło­ży­ła na sto­le.

– Oj, tak, prze­pi­ęk­na dziew­czy­na – wes­tchnęła z za­chwy­tem Au­re­lia. – A do tego mądra, uprzej­ma i po­moc­na. Ko­cham ją ca­łym ser­cem!

– Całe Wi­ne­ley ją ko­cha – po­pra­wi­ła Au­re­lię Ma­ri­bel­le.

Chrząk­nąłem gło­śno. Zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzi­ły. Nie in­te­re­so­wa­ła mnie żad­na z wy­mie­nio­nych przez nie ko­biet. A w szcze­gól­no­ści ta, któ­rą tak się za­chwy­ca­ły.

– A do­wiem się w ko­ńcu, jak tu­taj we­szły­ście? – zmie­ni­łem te­mat. Nie czu­łem się kom­for­to­wo, więc wo­la­łem za­ko­ńczyć tę far­sę.

– No jak to „jak”? Furt­ka była otwar­ta, drzwi na klucz nie za­mknąłeś, więc stwier­dzi­ły­śmy, że mo­że­my jesz­cze wpa­ść w od­wie­dzi­ny. – Gra­ce wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mhm, no tak. To ca­łko­wi­cie nor­mal­ne, że wcho­dzi się do ko­goś bez pu­ka­nia. – Moja od­po­wie­dź ocie­ka­ła sar­ka­zmem, ale naj­wi­docz­niej tego nie zro­zu­mia­ły, bo żad­na z nich nie za­re­ago­wa­ła.

Szyb­ko za­pa­mi­ęta­łem, żeby za­wsze za­my­kać furt­kę oraz drzwi. Nie chcia­ło mi się przyj­mo­wać go­ści. Do­ce­nia­łem, że przy­szły z ty­lo­ma pysz­ny­mi rze­cza­mi, ale nie pro­si­łem się o to. O nic nie pro­si­łem. A już na pew­no nie o po­byt w Wi­ne­ley.

– Bar­dzo dzi­ęku­ję, że przy­szły­ście, ale nie ukry­wam, że je­stem zmęczo­ny po pod­ró­ży. Ten cały in­cy­dent z…

– Och, my wszyst­ko ro­zu­mie­my. Niech ja tyl­ko do­rwę Au­sti­na, to zo­ba­czy! Jak tak mo­żna po­trak­to­wać czło­wie­ka? Wy­tar­gam go za uszy tak moc­no, że na­ro­dzi­ny mu się przy­pom­ną. – Ma­ri­bel­le unio­sła się naj­bar­dziej z nich wszyst­kich, gro­żąc przy tym pal­cem.

Szko­da tyl­ko, że nie po­zwo­li­ła mi do­ko­ńczyć.

– Otóż to, otóż to – za­wtó­ro­wa­ła jej Gra­ce.

– Chcia­łbym od­po­cząć. Sam – po­wie­dzia­łem szyb­ko i sta­now­czo, by mnie nie prze­ści­gnęły i coś do nich do­ta­rło.

Spoj­rza­łem na nie z po­wa­żnym wy­ra­zem twa­rzy. Już na­praw­dę nie było mi do śmie­chu. Po­trze­bo­wa­łem od­po­cząć, prze­ana­li­zo­wać, co się wy­da­rzy­ło w ci­ągu ostat­nich kil­ku go­dzin, a po­tem za­snąć z na­dzie­ją, że to tyl­ko głu­pi sen.

– Och… Och… No tak. – Gra­ce spu­ści­ła wzrok. – Wy­bacz, że prze­szka­dza­my. Chcia­ły­śmy cię miło przy­wi­tać.

Cze­mu w taki spo­sób to zin­ter­pre­to­wa­ła? Prze­cież… Prze­cież nie krzyk­nąłem. Choć chcia­łem.

– Po pro­stu je­stem zmęczo­ny. Ale to nie ozna­cza, że wa­sza wi­zy­ta mi się nie spodo­ba­ła. Dzi­ęku­ję za miły gest i za to, że chcia­ły­ście mnie le­piej po­znać. – Wy­si­li­łem się na nie­mra­wy uśmiech, co pew­nie bar­dziej wy­gląda­ło tak, jak­bym się krzy­wił.

Pod­nio­sły się, po­de­szły do mnie i moc­no przy­tu­li­ły. Wstrzy­ma­łem od­dech. Nie przy­go­to­wa­łem się na to psy­chicz­nie. My­śla­łem, że się udu­szę przez in­ten­syw­ne per­fu­my. De­li­kat­nie po­kle­pa­łem je po ple­cach i do­pie­ro wte­dy od­pu­ści­ły.

Po­że­gna­ły się, za­bra­ły swo­je to­reb­ki, a ja od­pro­wa­dzi­łem je do furt­ki, żeby wszyst­ko po­za­my­kać. Kie­dy mia­łem to z gło­wy i zna­la­złem się w domu, pierw­sze, co zro­bi­łem, to wy­jąłem z ak­tów­ki te­le­fon.

Wsze­dłem na Mes­sen­ge­ra i na­pi­sa­łem krót­ką wia­do­mo­ść do przy­ja­cie­la.

JA: Sko­ro masz klu­cze do mo­je­go miesz­ka­nia, to spa­kuj rze­czy. Mu­szą wy­star­czyć mi
na czte­ry mie­si­ące. Wy­ślij je do Wi­ne­ley.

JA: Za­raz po­de­ślę ad­res.

Stwier­dzi­łem, że pó­źniej mu wy­gar­nę, że do mnie nie za­dzwo­nił po te­le­fo­nie dziad­ka.

Po­pa­trzy­łem na stół w kuch­ni. Uzna­łem, że przy­da­ło­by się to scho­wać do lo­dów­ki, a po­tem się prze­brać. Za­po­wia­dał się cu­dow­ny wie­czór.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij