-
nowość
-
promocja
Każdy twój uśmiech - ebook
Każdy twój uśmiech - ebook
Maven Namgung nienawidzi poniedziałków. Zwłaszcza tych, które zaczynają się od jednego telefonu zdolnego uruchomić wszystkie systemy alarmowe w jego perfekcyjnie poukładanym życiu. Gdy zaniepokojony głos dziadka zmusza go do powrotu do Wineley – miasteczka, które od
lat omija szerokim łukiem – Maven rzuca miejską klinikę i świat, w którym czuje się bezpiecznie. Dla dziadków zrobiłby wszystko. Nawet wrócił tam, gdzie nigdy nie chciał
postawić stopy.
Na miejscu czeka go szok. Dziadkowie… zniknęli. Wyruszyli w podróż życia, zostawiając zamknięty gabinet weterynaryjny, wiejskie zwierzęta i wnuka postawionego pod ścianą. Maven – specjalista od domowych pupili – ma zająć się krowami, kurami i całym chaosem, którego szczerze nie znosi.
Wineley to wszystko, od czego uciekał, a każdy dzień utwierdza go w przekonaniu, że to miejsce jest pomyłką. Aż do chwili, gdy na jego drodze staje Elodie – uśmiechnięta blondynka – i jej rezolutna córeczka Lottie. Wkraczają w jego uporządkowaną rzeczywistość bez pytania, z ciepłem, którego nie planował i którego panicznie się boi.
Czy jeden uśmiech wystarczy, by skruszyć mury, które Maven budował latami?
Czy miasteczko, którego najbardziej nienawidzi… okaże się miejscem, w którym odnajdzie
to, za czym tak naprawdę tęsknił?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68587-56-2 |
| Rozmiar pliku: | 762 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_…Ready For It? _– Taylor Swift
_Dress_ – Taylor Swift
_Missing You_ – Hong Dae Kwang
_Espresso_ – Sabrina Carpenter
_Little Things_ – One Direction
_Who_ – Jimin
_Style _– Taylor Swift
_Daylight _– Taylor Swift
_Yes or No_ – Jung Kook
_Call Me Maybe_ – Carly Rae Jepsen
_Love Me Like You Do_ – Ellie Goulding
_Bajki_ – Zaleś
_That’s My Girl_ – Fifth Harmony
_Treat You Better_ – Shawn Mendes
_Serendipity_ – BTS
_Those Eyes_ – New West
_Uptown Girl_ – Billy JoelOD AUTORKI
Drodzy Czytelnicy!
Chcę Was poinformować, że lokalizacje w tej książce są wytworem mojej wyobraźni. Wineley oraz pozostałe miejscowości, które będą się pojawiać w tej historii, tak naprawdę nie istnieją, nie można ich znaleźć na mapie świata.
Pragnę również przypomnieć, że _Każdy Twój Uśmiech_ jest skierowany do czytelników, którzy ukończyli szesnaście lat. Jest to książka, która ma w sobie wiele ciepła, słodkich i wzruszających scen, ale nie zabraknie też sytuacji, które mogą Was zaboleć.
Pojawią się sceny związane z samotnym rodzicielstwem oraz retrospekcje głównego bohatera z dzieciństwa. W tych wspomnieniach będzie się kryła pogarszająca się relacja z rodzicami, ich toksyczne małżeństwo oraz to, jak to wszystko wpływało na bohatera, gdy miał zaledwie dziewięć i dziesięć lat.
A teraz zapraszam do zapoznania się z historią weterynarza, który przez podstęp dziadka znalazł się w znienawidzonym przez niego miasteczku. Rozgośćcie się!PROLOG
Maven
Nie znosiłem poniedziałków. Niestety, ale miałem ku temu swoje powody. Tego dnia zawsze, ale to zawsze musiało wydarzyć się coś niespodziewanego. I zazwyczaj nie było to nic przyjemnego, co mógłbym określić jako szczęśliwy zbieg okoliczności. Wręcz przeciwnie. Coraz częściej zastanawiałem się, czy przypadkiem czarny kot nie przebiegał mi codziennie drogi, skoro spotykał mnie aż taki pech!
Najpierw wściekły mały pies. Prawie odgryzł mi rękę. Potem kot, który miauczał tak głośno, że moje uszy niemal krwawiły. A na dokładkę jeszcze zapłakana dziewczynka z króliczkiem, któremu dała do zjedzenia coś, czego jeść nie powinien. Niby nic takiego, bo przecież pracowałem w szpitalu weterynaryjnym. Zwierzęta były różne, dzieciaki też często wykazywały się niezbyt mądrymi pomysłami, ale moja irytacja sięgała zenitu.
Zamknąłem oczy, a głowę oparłem o jedną z białych szafek. W dłoni trzymałem kubek z kawą. Od rana wypiłem już trzy, ta była czwarta. Na szczęście miałem przerwę, więc wierzyłem, że reszta dnia okaże się o wiele spokojniejsza. Nie potrzebowałem kolejnych ekscesów. Upiłem łyk, po czym cicho westchnąłem.
Cisza. Błoga cisza. Właśnie tego mi od kilku godzin brakowało. Zostały jeszcze jakieś trzy godziny pracy. Czyli dla mnie wieczność.
Zacisnąłem wargi w cienką linię, gdy w kieszeni kitla zawibrował telefon. Czekałem przez chwilę, licząc, że komuś znudzi się dzwonienie. I to był błąd. Ten _ktoś_ zadzwonił drugi raz. Za trzecim postanowiłem w końcu odebrać. Dotarło do mnie, że mogło to być coś ważnego. Wyciągnąłem komórkę i szybko zerknąłem, kto się dobija.
_Dziadek._
_Cholera jasna._ Jak najszybciej odebrałem.
– Coś się stało, dziadku? – zapytałem na wstępie.
– Synku, jak dobrze, że odebrałeś – powiedział nieco zmartwionym głosem, co ani trochę mi się nie spodobało. Wyczułem, że coś się wydarzyło. Liczyłem, że się dowiem, ale dziadek nic więcej z siebie nie wykrzesał.
– O co chodzi? Coś z babcią?
Ostatnio nienajlepiej się czuła, więc to pierwsze, co przyszło mi do głowy. Odstawiłem kubek z kawą na blat.
– Tak jakby… – Westchnął ciężko.
– Dziadku, możesz jaśniej? Proszę cię… – Mój głos pod koniec lekko zadrżał.
– Czy mógłbyś… Mógłbyś po prostu przyjechać?
Nie wahałem się długo nad odpowiedzią. Dziadków stawiałem zawsze na pierwszym miejscu.
– Tak. Asher poradzi sobie sam. Poczekajcie na mnie, dobrze? Nie ruszajcie się nigdzie. Gdyby coś się działo, dzwoń. Postaram się od razu odebrać. Będę jechał najszybciej, jak tylko się da.
– Jedź ostrożnie – skarcił mnie.
– Dobrze. Do później.
Rozłączyłem się, wyszedłem z pokoju socjalnego i szybko wparowałem do mojego gabinetu. Unosił się w nim specyficzny zapach. Ludzie określali go jako typowo szpitalny i mieli w tym trochę racji. Nie rozglądałem się. Nie chciałem tracić czasu. Pozbyłem się kitla i powiesiłem go na wieszaku w rogu przy drzwiach. Sięgnąłem po aktówkę, która oczywiście leżała na fotelu, schowałem do niej telefon. Wyszedłem, a przy recepcji natknąłem się na przyjaciela, z którym prowadziłem tę klinikę.
Stanął mi na drodze i popatrzył zdezorientowany. Jasne kosmyki opadły mu na skronie. Spojrzenie szmaragdowych oczu wypalało we mnie niewidzialną dziurę. Skóra muśnięta słońcem idealnie kontrastowała z odcieniem włosów. Asher przypominał trochę typowego surfera. Tym bardziej z tym szelmowskim uśmieszkiem. W nosie miał kolczyk, a dokładniej septum.
– A ty dokąd?
– Dziadek do mnie zadzwonił. Muszę się dzisiaj zwolnić. Na wszelki wypadek biorę tydzień wolnego, ale mam nadzieję, że będę mógł wrócić już jutro – wytłumaczyłem w wielkim skrócie.
Wiedziałem, że nie będzie miał żadnych zastrzeżeń. Zdawał sobie sprawę, że dla dziadków mógłbym skoczyć w ogień.
– Pozdrów ich ode mnie i nie martw się na zapas – próbował mnie pocieszyć, ale niezbyt dobrze mu to wyszło.
Cholernie się bałem, że to coś poważnego. Dlatego nie mogłem dłużej zwlekać. Poklepałem go po ramieniu, a ten zaraz się przesunął.
Podbiegłem do drzwi, popchnąłem je i znalazłem się na zewnątrz. Na niebie pojawiło się pełno czarnych chmur. Dookoła panował chaos. Taki urok mieszkania w dużym mieście. Mnóstwo samochodów, spieszący-ch się ludzi, którzy już zapobiegawczo wyciągnęli parasolki. Naprzeciwko kliniki znajdowała się apteka. Dwie ulice dalej – szpital dziecięcy. Niektórzy mieszkańcy nazywali to miejsce dzielnicą medyczną.
Gdzieś niedaleko zagrzmiało.
_Szlag._ Zbliżała się burza.
Wsiadłem do Mercedesa, a aktówkę rzuciłem na siedzenie pasażera. Próbowałem pospiesznie zapiąć pasy, co nie skończyło się dobrze, bo za nic w świecie nie potrafiłem trafić.
_Wdech._
_Wydech._
_Wdech._
_Wydech._
Odetchnąłem z ulgą, gdy się udało. Odpaliłem silnik i wyjechałem z parkingu.
Czekały mnie ponad trzy godziny drogi do miasteczka, w którym od wielu lat zamieszkiwali dziadkowie. Wineley miało swój urok, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, by zostać tam na dłużej. Uważałem, że była to wieś bez żadnych większych perspektyw. A moje ambicje sięgały zdecydowanie wyżej.
Serce waliło mi tak mocno, że w pewnym momencie aż poczułem szum w uszach. Spociły mi się ręce. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie. Zacisnąłem mocniej palce na kierownicy. Gdy tylko mogłem, dodawałem gazu. Jechałem szybciej niż zazwyczaj, ale nadal nad sobą panowałem.
W oczach stanęły mi łzy, gdy wyobraziłem sobie _ten_ jeden scenariusz. Nie powinienem tak myśleć, ale to działo się samo. Utrata babci lub dziadka zabiłaby coś we mnie. Zdawałem sobie sprawę, że kiedyś nadejdzie taki dzień, ale nie tak szybko. Jeszcze nie. Po prostu nie.
Walczyłem z czarnymi wizjami w zasadzie przez całą podróż. Rozpadało się na dobre. Wycieraczki pracowały bez przerwy. Najgorzej zaczęło padać, gdy dojechałem do lasu. A ten ciągnął się przez dłuższą część trasy. Na drodze, jak na mojego pecha przystało, zrobiło się ślisko, więc nie mogłem pozwolić sobie na większą prędkość. Gdzieniegdzie niebo rozświetlały pioruny.
Chyba po raz pierwszy w życiu poczułem tak wielką ulgę, gdy dostrzegłem znak z napisem: „Witamy w Wineley!”.
Poza lasem nieco się przejaśniło, nadal padało, ale już nie grzmiało. Zostały mi ostatnie trzy minuty tej cholernie stresującej drogi. Przez cały czas towarzyszyło mi jakieś dziwne przeczucie, które dawało do zrozumienia, że coś było inaczej. Że na coś się zanosiło.
Zaparkowałem przed domem dziadków. Wysiadłem z auta, nie dbając o to, że najprawdopodobniej przeraźliwie zmoknę. Myślałem, że zaraz dziadek mi otworzy, ale nic takiego się nie stało. Strach stawał się coraz większy. Paraliżował mnie jak nigdy wcześniej. Zacząłem dobijać się do bramy.
Zwlekanie nie było w moim stylu. Mokra koszula przylgnęła do ciała, a ten fakt zdecydowanie wybudził mnie z chwilowego transu.
Prawą ręką chwyciłem się górnej części bramy, a lewą złapałem trochę niżej. Uniosłem nogę. Tak, zamierzałem się wspiąć, a potem przeskoczyć. Innego wyjścia nie znalazłem. Dziwiłem się tylko, że dziadek nadal nie wyszedł. Poza tym, gdyby coś się działo, cała wieś stałaby pod domem. No chyba że coś się zmieniło od mojej ostatniej, krótkiej wizyty.
Gdy już miałem przeskoczyć, nagle ktoś mocno złapał mnie za koszulę. Prawie straciłem równowagę, ale udało mi się nie upaść.
Ten ktoś obrócił mnie przodem do siebie. Natknąłem się na spojrzenie ciemnych oczu. Trochę za późno, ale jednak zorientowałem się, że złapał mnie cholerny policjant, który wyglądał tak, jakby chciał mnie co najmniej zabić. Zawiesiłem wzrok na jego pistolecie. _Mam nadzieję, że go nie użyje._ Był podobnego wzrostu co ja, ale wydawał się bardziej przypakowany.
– A ty skąd się tu wziąłeś? – zapytał podejrzliwie. – No gadaj! – dodał pospiesznie.
Przełknąłem ślinę.
– Jestem wnuczkiem. To ja. Maven. Na pewno mnie pan kojarzy. Przyjechałem do dziadka. Dzwonił do mnie z trzy godziny temu. – Uśmiechnąłem się nerwowo.
Gniewnie zmarszczył brwi. Chyba moje tłumaczenia za wiele nie dały… _Świetnie._
– Metoda na wnuczka? Ty obrzydliwy gnojku! – wysyczał. – Co ty sobie myślisz?!
Popatrzyłem na niego zszokowany. Do cholery jasnej, czy ja grałem w jakiejś ukrytej kamerze? Przejechałem tyle kilometrów, żeby ktoś zwyzywał mnie od złodziei udających wnuczka? Złość zaczęła ze mną wygrywać. Odepchnąłem od siebie funkcjonariusza, co okazało się błędem.
– Bezczelny gówniarz! – warknął.
– Mam na imię Maven, rozumie pan? A tutaj mieszka mój dziadek. Ji-Yul. Doktor Ji-Yul – powtórzyłem zirytowany, przy czym spiorunowałem go wzrokiem. Zastanawiałem się, co zrobić, żeby mnie jakoś rozpoznał.
– No proszę, nawet wiesz, czym się zajmuje. Podstępny gnój – wypowiedział z jadem.
Nie ułatwiłem sobie. Ani trochę.
Odsunąłem się od niego na bezpieczną odległość, ale spokój nie trwał zbyt długo. Instynkt samozachowawczy dał o sobie znać, tylko szkoda, że w tak kiepskim stylu. Przyspieszyłem kroku, a wtedy mężczyzna złapał mnie mocno, obrócił w jakiś przedziwny sposób, przez co upadłem plecami na beton. Zduszony krzyk opuścił moje usta. Czy zabolało? To mało powiedziane.
Nie minęło nawet kilka sekund, a obraz przed oczami się rozmył. Nastała całkowita ciemność.
Do moich uszu jak przez gruby mur zaczęły docierać jakieś dziwne urywki rozmów, które za jakiś czas ułożyły się w całość.
– Idioto, i coś ty narobił? A co, jak się już nie obudzi? Doktor Ji-Yul nas zabije. Nie tak to miało wyglądać! Nie taki był plan!
Próbowałem otworzyć oczy albo chociażby się odezwać, ale nie miałem w sobie energii. Jakaś siła zmuszała mnie, żeby trwać w takim bezruchu.
– Ja go tylko ogłuszyłem…
Skruszony głos ewidentnie należał do… Do tego policjanta! Oni chcieli mnie zabić!
Wziąłem się w garść. Udało mi się powoli otworzyć oczy. Skrzywiłem się, gdy pierwsze, co zobaczyłem, to oślepiające światło żarówki. Jęknąłem boleśnie. Dookoła mnie coś się zaczęło dziać. Dwa głosy zamilkły, a po chwili ktoś też chyba podszedł.
– Panie Namgung, wszystko w porządku? Czy coś pana boli? Może się pan poruszać?
Kobieta. Jakiś miły, ale nieco wystraszony ton głosu.
Wow, w końcu się dowiedzieli, kim jestem. Obróciłem powoli głowę. Popatrzyłem na kobietę i skinąłem ostrożnie. Oblizałem spierzchnięte wargi. _Już mówiłem, że nienawidzę poniedziałków?_
– Chciałbym… usiąść – oznajmiłem zachrypniętym głosem.
Drobna brunetka spojrzała na kogoś groźnie. Miała na sobie fioletową koszulkę i spodnie w tym samym odcieniu. Na szyi wisiał stetoskop. Szybko doszedłem do wniosku, że musiała być pielęgniarką albo lekarką.
Od tyłu podeszła do mnie kolejna osoba. Uniosłem się lekko, a wtedy oboje wsunęli dłonie pod moje plecy i powoli pomogli usiąść. Wszystko dookoła mnie przez krótką chwilę wirowało, ale zaraz ustąpiło.
Poza tym, że czułem się trochę obolały, nie sądziłem, żeby coś więcej mi dolegało. Najwidoczniej zetknięcie z betonem nie skończyło się aż tak źle, jak to sobie wyobrażałem. Naprzeciwko mnie stanął tamten policjant. Popatrzyłem na niego z chęcią mordu. Gdybym miał w sobie więcej siły, odwdzięczyłbym się za to, co mi zrobił.
Zorientowałem się, że położono mnie na leżance w pokoju zabiegowym. Wszędzie biel, kilka szafek, biurko, a przez niewielkie okno wpadało całkiem sporo światła. Typowy gabinet. Nic specjalnego.
– Mam rozumieć, że w tym miasteczku rzucanie się na obywateli jest całkowicie normalne? – sarknąłem.
Pomimo że ten facet wyglądał, jakby faktycznie żałował, nie zamierzałem tak po prostu mu odpuścić.
– Proszę wybaczyć. Naprawdę nie wiedziałem, że to pan. Wydawało mi się, że ktoś próbuje się włamać pod nieobecność pań…
Uciął w połowie zdania, a ja zmarszczyłem brwi. Jaka nieobecność? Przecież mieli się nigdzie nie ruszać. Prosiłem, żeby na mnie poczekali.
– Proszę dokończyć – nalegałem.
Ta dwójka spojrzała na siebie wymownie. Kobieta podrapała się po policzku, jakby czegoś się obawiała. Zauważyłem, że na bluzce miała przyczepioną plakietkę z imieniem i nazwiskiem. Charlene Walker. Za to policjant odwrócił wzrok. Chrząknąłem głośno. Dalej czekałem. A oni nadal milczeli.
– Powiecie coś czy…
Moje pytanie przerwał dźwięk telefonu. Charlene odebrała w ekspresowym tempie.
– Mhm. Tak. Zgadza się. Tak. Mhm. – Kiwała głową. – Ależ oczywiście. Tak, jest tutaj z nami. Podać? Dobrze. – Wyciągnęła rękę w moją stronę, przekazując mi telefon.
Zamrugałem kilka razy. Nic, ale to nic do mnie nie dochodziło. Niby ukończyłem studia, pracowałem w całkiem niezłym zawodzie, a czułem się tak głupi, że to przechodziło ludzkie pojęcie. Dziadek ewidentnie coś uknuł i ani trochę mi się to nie podobało, choć jeszcze nie poznałem planu tej całej intrygi.
Niechętnie wziąłem od niej urządzenie i przyłożyłem do ucha.
– Tak?
– Synku, wybacz to całe zamieszanie. Ale wiem, że w innym wypadku nie przyjechałbyś do naszego Wineley. Nic mi nie jest. Babci zresztą tak samo. Jest zdrowa i szczęśliwa. Wybacz, że tak cię nastraszyliśmy.
Westchnąłem ciężko. Dziadek tak po prostu mnie okłamał, bo chciał, żebym przyjechał na wieś? Racja, nie odwiedzałem ich zbyt często. Zazwyczaj wyglądało to tak, że przyjeżdżałem po nich i jechaliśmy do mnie, żeby pokazać im ten miejski zgiełk, który naprawdę był godny uwagi. Oboje z babcią często nazywali mnie „synkiem”, ponieważ to oni okazali mi najwięcej miłości. To im wszystko zawdzięczałem.
– To po co to całe zamieszanie? – zapytałem łagodnie. Prędzej uciąłbym sobie język, niż krzyknął na dziadka.
– Razem z babcią zdecydowaliśmy się na podróż. Przez ostatnie lata odłożyliśmy trochę pieniędzy. Nie będzie nas cztery miesiące, a to wiąże się z tym, że w miasteczku nie zostanie żaden dobry weterynarz. Nie zgodziłbyś się, gdybym tak po prostu cię zapytał, więc babcia wpadła na pomysł, że musimy postawić cię przed faktem.
_Nie wierzę. Moi dziadkowie to duet przestępców. Duet, któremu dałem się w to wciągnąć. Boże, dlaczego?_
– Ale… ale ja też mam pracę. Nie mogę zostawić Ashera na cztery miesiące. To jest zdecydowanie za długo.
– Nie martw się o Ashera. Już z nim porozmawiałem. Odczekałem kilkanaście minut po telefonie do ciebie, żeby potem zadzwonić do niego i wszystko mu wyjaśnić – odpowiedział zadowolony z siebie.
_Asher, zabiję cię._ Jak on mógł podjąć decyzję bez skonsultowania jej ze mną? I czemu od razu do mnie nie zadzwonił?
– Nie, wybacz, ale nie mogę tutaj zostać – powiedziałem przez ściśnięte gardło.
– To tylko cztery miesiące. Proszę, zgódź się. Chciałbym spełnić największe marzenie twojej babci.
Zaczął grać na emocjach. Dla dziadków zrobiłbym naprawdę wiele. Wręcz wszystko. Pamiętałem, że babcia w młodości marzyła o podróżach. Potem poznała dziadka, pojawiły się pierwsze iskry, które spowodowały, że posłuchała głosu serca. Byli dowodem na to, że dla prawdziwej wielkiej miłości jest się gotowym zrezygnować ze swoich planów.
Wahałem się nad odpowiedzią. Nie widziało mi się tutaj zostać na tyle miesięcy, ale nie mogłem zawieść dziadka. Mieszkańców tak samo. Zwierzęta potrzebowały weterynarza w każdej chwili. Poza tym nie mogłem burzyć marzeń ukochanej babci, która wypruwała sobie żyły, żeby żyło mi się jak najlepiej.
– Dobrze. Ale po tych czterech miesiącach wracam do siebie – postawiłem warunek.
– Ji-Yul, zabrałeś ze sobą paszport, prawda? – usłyszałem zatroskany głos babci.
– Tak, kochanie. Niczym się nie martw – uspokoił żonę, po czym kontynuował rozmowę ze mną: – Tak, właśnie tak zrobimy. Muszę już kończyć, zaraz mamy lot. Charlene da ci klucze do domu i kliniki. Jutro dowiesz się reszty. Wszyscy będą służyć ci pomocą.
Nie lubiłem, gdy ktoś mi pomagał. Liczyłem, że sam sobie świetnie poradzę.
– Bawcie się dobrze. I nigdy więcej nie róbcie mi takich scen. Prawie zszedłem na zawał.
Śmiech dziadka rozbrzmiał w słuchawce. Gdybym nie był aż tak zmęczony, może pośmiałbym się razem z nim.
– Też cię kochamy!
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo zaraz się rozłączył. Odsunąłem telefon i oddałem go Charlene.
– Proszę się nie bać. Na pewno się panu tu spodoba – pocieszyła mnie.
– Mhm, nie wątpię – wymamrotałem z jakże dużym entuzjazmem.
_To nie może się dobrze skończyć. Przecież ja nie znoszę Wineley._ROZDZIAŁ 1
Ciocie zawsze ci pomogą
Maven
Charlene razem z policjantem, który, jak się później okazało, nazywał się Austin Morgan, podwieźli mnie pod mały szpital weterynaryjny, który od wielu lat należał do dziadka. Dziadek pochodził z Korei Południowej, poznał się z babcią podczas wakacji. Twierdzili, że od pierwszego wejrzenia narodziła się pomiędzy nimi miłość.
Dlaczego zamieszkali tutaj, a nie na przykład w Korei, skoro oboje się w niej urodzili? Ponieważ to tutaj się poznali. Babcia przeprowadziła się do Wineley, gdy miała cztery lata, więc nie ciągnęło jej do Korei.
Historia tego, jak dziadek znalazł się w tej wsi, zawsze brzmiała dla mnie komicznie. Po prostu zabłądził, źle odczytując informacje z mapy. Babcia była na tyle kochana, że zdecydowała się go przenocować. Moi pradziadkowie dostrzegli w nim dobroć, więc się na to zgodzili. Dziadek uważał, że już wtedy zakochał się w swojej pięknej żonie. Na co dzień nie wierzyłem w takie historyjki, ale oni byli wyjątkiem od tej zasady. Ich uczucia od zawsze udowadniały mi, że na tym świecie żyli jeszcze ludzie, którzy potrafili szczerze kochać.
Los sprawił, że zamieszkali w Wineley i tu właśnie na świat przyszedł mój ojciec. Mama była Amerykanką, ale zdecydowanie przeważały u mnie koreańskie geny. Niektórzy twierdzili, że przypominam dziadka z młodości, co wcale mi nie przeszkadzało.
W miasteczku zdążyło się rozpogodzić. Stałem przed drzwiami do kliniki. Bawiłem się kluczami. Nadal nie dowierzałem, że się na to zgodziłem. Cztery miesiące w miejscu, którego szczerze nienawidziłem. Na samą myśl bolała mnie głowa. _Będę żałował, to już pewne._
Uniosłem wzrok. Przyjrzałem się temu miejscu z zewnątrz. Przypominało bardziej jakiś drewniany domek, choć wiedziałem, że jakiś czas temu szpital został wyremontowany po tym, jak dziadek wysłał prośbę o dotację. Był jedynym weterynarzem w wiosce, więc należały mu się jak najlepsze warunki.
Nad drzwiami wisiała tabliczka z napisem: „Szpital Weterynaryjny u Namgunga”. Podszedłem bliżej, wsunąłem klucze do zamka, przekręciłem je dwa razy, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Pierwsze, co wyczułem, to ten sam zapach, co w mojej klinice.
Przy samym wejściu, niedaleko małej recepcji, gdzie znajdowało się przesuwane okienko, znajdowała się ławka. Ściany były w odcieniu kości słoniowej. Panował tutaj kameralny, a może nawet i domowy klimat.
Przeszedłem dalej, żeby zobaczyć, w jakich warunkach przyszło mi pracować. Jedno biurko ustawione przy ścianie, tak aby promienie słońca padały pod idealnym kątem. W lewym rogu ustawiono sporo klatek. Różnych wielkości. Nie zabrakło typowych sprzętów do pracy ze zwierzętami i zapasu rękawiczek.
Spojrzałem jeszcze na stanowisko przy recepcji. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, było połączone z moim gabinetem. Szybko doszedłem do wniosku, że najwięcej prywatności znajdę w łazience albo przy zwierzętach. Miałem nadzieję, że poradzę sobie w roli weterynarza na wsi. W mieście przyjmowałem zwierzęta, które mogłem trzymać w rękach. Już od paru lat nie miałem styczności z krowami, kozami, kurami, świniami, bykami…
Zmęczenie dawało o sobie znać. Postanowiłem, że przyjrzę się temu miejscu na następny dzień z rana. Zgasiłem światło, ustawiłem wszystko tak, jak było przed moim przybyciem. Szedłem do drzwi, a wtedy pod nogami skrzypnęła jedna z drewnianych desek. _Cudownie. Chyba kwota dotacji nie wystarczyła na wszystko._ Dlaczego dziadek mi o tym nie powiedział? Pomógłbym.
Wyszedłem z kliniki i ruszyłem w stronę radiowozu. Przed wejściem do auta spojrzałem jeszcze raz na budynek. Niedaleko rosło duże drzewo, a pod nim stała urocza ławeczka. Pomyślałem, że w upały można było chociaż trochę się ochłodzić.
Wsiadłem do samochodu i zapiąłem pasy. Nie czułem się bezpiecznie z myślą, że prowadzić ma ten furiat. Rzucił się na mnie bezpodstawnie. Nie mogłem tak szybko mu tego wybaczyć.
– I jak się panu podoba? – zagaiła Charlene.
Westchnąłem cicho. Skupiłem wzrok na szybie.
– Jest okej – odpowiedziałem krótko.
– Wiemy, że to inne standardy niż te, w których pan pracuje na co dzień, ale wierzymy, że się panu spodoba. Dziadek bardzo pana chwalił. Uważa, że osiągnął pan naprawdę wiele, a przecież jest pan jeszcze bardzo młody. Zawsze może pan się do nas zwrócić z jakąkolwiek prośbą. Postaramy się pomóc.
Gadała jak najęta. W pewnym momencie się wyłączyłem. Racja, nie było to zbyt eleganckie, ale marzyłem jedynie o ciepłym prysznicu i pójściu spać. Ten dzień naprawdę mnie wymęczył. Wolałem, żeby dobiegł już końca.
– Dziękuję – powiedziałem, gdy nastąpiła cisza.
_I tak nie zamierzam korzystać z waszych porad. Sam świetnie sobie poradzę._
– A ja chciałbym jeszcze raz pana przeprosić. Zachowałem się nieodpowiedzialnie. Mogłem inaczej do tego podejść. Nawet nie zapytałem o dokument tożsamości. Wtedy nie doszłoby do tej całej pomyłki. Mam nadzieję, że ból pleców już przeszedł. Zrozumiem, jeśli będzie chciał pan porozmawiać z moim przełożonym.
Policjant zdecydowanie żałował czynów, których się dopuścił. Trochę śmieszyło mnie to, w jaki spanikowany sposób powiedział o swoim szefie. Bał się, że go zwolni?
– Jutro z chęcią z nim podyskutuję – odparłem poważnie.
Z nikim nie planowałem rozmawiać. Chciałem go tylko trochę nastraszyć. Jedyna rozrywka tego dnia. Należała mi się.
– Jest… Jest pan pewien? – zapytał drżącym głosem.
– Mhm – mruknąłem od niechcenia.
– Panie Namgung, ale po co? Przecież już przeprosił, nic poważnego na szczęście się nie stało. – Charlene próbowała go bronić.
Coś ich łączyło, że aż tak się zmartwiła?
– Naprawdę myślicie, że chce mi się tracić czas na jakieś oskarżenia i rozmowy? – zapytałem znudzony. – Do nikogo z tym nie pójdę. Wkręcałem was – wyjaśniłem, gdy Charlene spojrzała na mnie zdezorientowana.
Spojrzeli na siebie, po czym wybuchnęli śmiechem. Skrzywiłem się nieznacznie. _Oszaleję tutaj zaraz._ Cudownie, że mój żart tak przypadł im do gustu. Te śmiechy tworzyły mieszankę irytacji, która sprawiała, że pragnąłem uciec z samochodu, a najlepiej z tej wsi. Ludzi stąd znałem jedynie z opowieści dziadków. Oni mogli nawet ich kochać, a ja już niekoniecznie.
Dziękowałem wszechświatowi, że do końca jazdy ani razu już się do mnie nie odezwali.
Cisza koiła duszę po tym przeklętym poniedziałku.
Przeczucie mnie nie myliło. Naprawdę towarzyszył mi jakiś pech. I to chyba od najmłodszych lat, skoro znowu znalazłem się na dłużej w tym koszmarnym miasteczku.
Policjant zaparkował przed bramą.
– Dziękuję za podwózkę. Życzę miłego wieczoru.
Nie umiałem się żegnać z ludźmi, więc wyszło tragicznie. Zdążyłem do tego przywyknąć, a oni niekoniecznie, bo popatrzyli na mnie w taki sposób, jakbym był wariatem. Po chwili po prostu się do mnie uśmiechnęli.
Wysiadłem z auta z prędkością światła. Wsunąłem dłoń do kieszeni spodni, aby upewnić się, że miałem klucze, które mi wręczono. Podszedłem jeszcze do mojego wozu, żeby zabrać z niego aktówkę. W samochodzie zawsze miałem koszulę i spodnie na zmianę.
Podszedłem do furtki i otworzyłem ją. Wspiąłem się po schodkach i wszedłem do domu. W przedpokoju panowała czystość. Babcia zawsze dbała o takie rzeczy.
Zdjąłem buty, bo zaczynały mnie boleć nogi. Odetchnąłem z ulgą. Wszedłem w głąb domu. Salon był połączony z kuchnią, w której znajdował się niewielki stół z trzema krzesłami. Można było się tu poczuć przytulnie i komfortowo. Miękki, puchaty dywan, drewniane podłogi, jasna kanapa i kilka kolorowych poduszek. Na ścianach wisiały zdjęcia dziadków. Z lat młodości, z dnia ślubu oraz gdy babcia była w ciąży. Nie zabrakło zdjęć ze mną oraz z moim ojcem, więc szybko odwróciłem wzrok.
Na małym stoliku kawowym leżały krzyżówki dziadka oraz jakieś sudoku, które kochała rozwiązywać babcia. Idealny duet. Po raz kolejny przekonywałem się, że łączyły ich nawet takie błahostki. Na kanapie zostawiłem aktówkę oraz moje ubrania.
Na parapetach stały kwiaty w doniczkach. Obawiałem się, że przeze mnie długo nie pożyją. Babcia uwielbiała zajmować się roślinami. Ogród stał się jej ulubionym miejscem na ziemi, gdy zaprzestała podróżować.
Potrzebowałem się napić. Butelka stała akurat na blacie. Z górnej szafki wyjąłem szklankę, a gdy już miałem sobie nalać wody, rozbrzmiała niepokojąca krzątanina.
– Tutaj jest nasz wspaniały, uroczy Maven! – Słodki, piskliwy głos sprawił, że prawie podskoczyłem.
Szybko zakręciłem butelkę i obróciłem się, a wtedy zobaczyłem trzy kobiety w podeszłym wieku. Trzymały w rękach siatki wypełnione… Sam nie wiedziałem czym, ale obawiałem się, że masą jedzenia.
– Na Boga, jaki ty jesteś już duży kawaler! – zachwyciła się jedna z nich.
Popatrzyłem na nią niezbyt zadowolony. Czarne włosy upięła w niskiego koka, kwiatowa sukienka sięgała jej do kostek, usta pomalowała czerwoną szminką, a róż na policzkach był na tyle krzykliwy, że z trudem powstrzymałem się od skrzywienia. Na jej drobnej twarzy odznaczały się kości policzkowe. Kojarzyłem ją z opowieści babci. Jeśli nie pomyliłem osób, to miała na imię Aurelia.
– Podejdź do mnie. Niech ja cię wyściskam – rzuciła kolejna ze wzruszeniem. – Nie wiem, czy mnie pamiętasz, ale jestem Maribelle. Twoja dalsza ciotka.
_Nie, nie pamiętam. Zostaw mnie. Idźcie sobie, błagam._
Ta cała dalsza ciotka wpatrywała się we mnie brązowymi oczami. Poprawiła palcami włosy obcięte na boba. Na jej pulchnej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Była znacznie niższa od dwóch pozostałych kobiet. Jej nadgarstki oplatały bransoletki, a szyję duże czerwone korale.
Ostatnią z nich znałem „najlepiej”, ponieważ faktycznie należała do jakiejś dalszej rodziny babci. Zgadywałem, że reszta po prostu kolegowała się z moimi dziadkami.
– Ale ty zmężniałeś! – pochwaliła ze wzruszeniem.
Grace Johansson i jej czupryna jasnych, bujnych loków. Najwyższa z całej „świętej trójcy”. Wyróżniała się również stylem. Ciotka Grace lubiła być na czasie. Posługiwała się telefonem dotykowym, a nawet miała własnego Instagrama. Skąd o tym wiedziałem? Znalazła mnie. I zaobserwowała. Komentowała też zdjęcia. Od tego czasu praktycznie niczego nie wstawiałem, bo za każdym razem towarzyszyło mi jedno wielkie zażenowanie. Jeżeli już, to zmieniałem profilowe.
Wychodziło na to, że te kobiety poznały mnie już świetnie.
_Będę miły._
_No przynajmniej spróbuję._
– Jak panie tutaj weszły? – zapytałem na wstępie.
– Och, ale czemu „panie”? Przecież my ciotki jesteśmy! Zwracaj się do nas, jak tylko chcesz – zaświergotała Grace. – Ja jestem Grace, to jest Maribelle, ale możesz mówić Mari, a tutaj nasza kochana Aurelia.
Bez ostrzeżenia wpadły do kuchni. Postawiły siatki na stole, a mnie zaczęło się robić słabo. Obawiałem się, że jednak nie przeżyję tego dnia.
_Zabierzcie mnie stąd._
– Zobacz, tutaj masz suszone pomidorki. Tutaj masz ogóreczki – wymieniała z zachwytem Maribelle. – Jeszcze owocków ci zerwałam z ogródka. Jak Erick będzie się dąsał, to go nie słuchaj. Trochę jabłek i truskawek. Przyda ci się, bo jakiś taki mizerny się wydajesz. – Westchnęła ciężko.
_Kim jest, do cholery, Erick?_
Aurelia znalazła się zdecydowanie za blisko mnie. Chwyciła moje policzki, lekko je ścisnęła i cmoknęła niezadowolona.
– Ty się tylko sałatą żywisz w tym wielkim mieście? – obruszyła się. – Jakim cudem masz takie mięśnie, a tu taki zmizerniały? Jeszcze trochę i w królika się przemienisz.
_Zamienię się we wściekłą bestię_, odpowiedziałem w myślach, bo na głos nie wypadało.
Jednocześnie dostałem komplement i reprymendę. Fascynujące.
– Wolny strzelec czy jakaś już cię usidliła? – Grace puściła oko, a mnie przeszła fala zażenowania.
– Czy to takie ważne? – W końcu coś powiedziałem.
– Tak! – odpowiedziały chórem.
– Taki mężczyzna jak ty już powinien powoli układać sobie życie. Praca to nie wszystko. Dziadek ci tego nie wpoił? – Aurelia spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Proszę wybaczyć, ale to moje życie i moja sprawa. Gdy poczuję się gotowy, to wtedy zacznę się z kimś umawiać. Moje życie miłosne nie jest ciekawym tematem do rozmów – zapewniłem chłodnym tonem i spojrzałem na nie ze zmęczeniem.
Maribelle usiadła przy stole, a Aurelia poszła w jej ślady. Za to Grace wyciągnęła kolejne słoiki i jeszcze dużą butelkę z kompotem.
– Czyli jesteś wolny – wywnioskowała.
_Nie, szybki._ Mój poziom zirytowania niebezpiecznie się podnosił.
Oparłem się pośladkami o blat, a ręce skrzyżowałem na torsie.
– Tak – odpowiedziałem w nadziei, że dadzą mi spokój.
_Ale ze mnie naiwniak…_
– Cudownie. My już kogoś ci tutaj znajdziemy, zobaczysz! – Aurelia potarła ręce, jakby wpadła właśnie na genialny pomysł.
– Za cztery miesiące wyjeżdżam. Nie potrzebuję pomocy – rzuciłem z powagą. – Ciociu – dodałem po chwili.
– Ale ciocie zawsze ci pomogą. W każdej sprawie. – Grace stała twardo przy swoim.
– Właśnie. W sumie to ta cała Betty jest całkiem ładna – mruknęła Aurelia.
– Oj, nie, nie, nie. Ona chyba już kogoś ma – dodała od siebie Maribelle.
– Agatha? – zaproponowała Aurelia.
– Odpada. Nie dogadają się z Mavenem – stwierdziła Grace. – Może Lucy?
– Źle wychowana. – Aurelia się skrzywiła.
– Mamy jeszcze naszą piękną Elodie. To jest dopiero promyczek. Tak strasznie mi jej szkoda. – Grace podparła podbródek o pięść, a łokieć ułożyła na stole.
– Oj, tak, przepiękna dziewczyna – westchnęła z zachwytem Aurelia. – A do tego mądra, uprzejma i pomocna. Kocham ją całym sercem!
– Całe Wineley ją kocha – poprawiła Aurelię Maribelle.
Chrząknąłem głośno. Zdecydowanie przesadziły. Nie interesowała mnie żadna z wymienionych przez nie kobiet. A w szczególności ta, którą tak się zachwycały.
– A dowiem się w końcu, jak tutaj weszłyście? – zmieniłem temat. Nie czułem się komfortowo, więc wolałem zakończyć tę farsę.
– No jak to „jak”? Furtka była otwarta, drzwi na klucz nie zamknąłeś, więc stwierdziłyśmy, że możemy jeszcze wpaść w odwiedziny. – Grace wzruszyła ramionami.
– Mhm, no tak. To całkowicie normalne, że wchodzi się do kogoś bez pukania. – Moja odpowiedź ociekała sarkazmem, ale najwidoczniej tego nie zrozumiały, bo żadna z nich nie zareagowała.
Szybko zapamiętałem, żeby zawsze zamykać furtkę oraz drzwi. Nie chciało mi się przyjmować gości. Doceniałem, że przyszły z tyloma pysznymi rzeczami, ale nie prosiłem się o to. O nic nie prosiłem. A już na pewno nie o pobyt w Wineley.
– Bardzo dziękuję, że przyszłyście, ale nie ukrywam, że jestem zmęczony po podróży. Ten cały incydent z…
– Och, my wszystko rozumiemy. Niech ja tylko dorwę Austina, to zobaczy! Jak tak można potraktować człowieka? Wytargam go za uszy tak mocno, że narodziny mu się przypomną. – Maribelle uniosła się najbardziej z nich wszystkich, grożąc przy tym palcem.
Szkoda tylko, że nie pozwoliła mi dokończyć.
– Otóż to, otóż to – zawtórowała jej Grace.
– Chciałbym odpocząć. Sam – powiedziałem szybko i stanowczo, by mnie nie prześcignęły i coś do nich dotarło.
Spojrzałem na nie z poważnym wyrazem twarzy. Już naprawdę nie było mi do śmiechu. Potrzebowałem odpocząć, przeanalizować, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku godzin, a potem zasnąć z nadzieją, że to tylko głupi sen.
– Och… Och… No tak. – Grace spuściła wzrok. – Wybacz, że przeszkadzamy. Chciałyśmy cię miło przywitać.
Czemu w taki sposób to zinterpretowała? Przecież… Przecież nie krzyknąłem. Choć chciałem.
– Po prostu jestem zmęczony. Ale to nie oznacza, że wasza wizyta mi się nie spodobała. Dziękuję za miły gest i za to, że chciałyście mnie lepiej poznać. – Wysiliłem się na niemrawy uśmiech, co pewnie bardziej wyglądało tak, jakbym się krzywił.
Podniosły się, podeszły do mnie i mocno przytuliły. Wstrzymałem oddech. Nie przygotowałem się na to psychicznie. Myślałem, że się uduszę przez intensywne perfumy. Delikatnie poklepałem je po plecach i dopiero wtedy odpuściły.
Pożegnały się, zabrały swoje torebki, a ja odprowadziłem je do furtki, żeby wszystko pozamykać. Kiedy miałem to z głowy i znalazłem się w domu, pierwsze, co zrobiłem, to wyjąłem z aktówki telefon.
Wszedłem na Messengera i napisałem krótką wiadomość do przyjaciela.
JA: Skoro masz klucze do mojego mieszkania, to spakuj rzeczy. Muszą wystarczyć mi
na cztery miesiące. Wyślij je do Wineley.
JA: Zaraz podeślę adres.
Stwierdziłem, że później mu wygarnę, że do mnie nie zadzwonił po telefonie dziadka.
Popatrzyłem na stół w kuchni. Uznałem, że przydałoby się to schować do lodówki, a potem się przebrać. Zapowiadał się cudowny wieczór.