-
nowość
Kiedy śpisz nie jesteś sobą - ebook
Kiedy śpisz nie jesteś sobą - ebook
Zuzanna żyje w cieniu mężczyzny, którego kocha. Damian jest charyzmatyczny i odnoszący sukcesy, ale za zamkniętymi drzwiami systematycznie niszczy jej poczucie własnej wartości. Ona interpretuje jego okrucieństwo jako dowód swojej niedoskonałości — w końcu gdyby była lepsza, on by ją kochał. Prawda? Wszystko zmienia się, gdy oboje zaczynają śnić dziwne sny. Damian po raz pierwszy doświadcza życia z perspektywy swoich ofiar — czuje strach, ból i upokorzenie, które zadaje. Zuzanna śni o sobie jako silnej kobiecie, która potrafi postawić granice i szanować siebie. W miarę jak sny stają się coraz bardziej realistyczne, granica między snem a rzeczywistością zaczyna się zacierać. Czy ich podświadomość próbuje ich uleczyć? I czy to wystarczy, żeby przełamać toksyczne wzorce, zanim będzie za późno? Powieść o miłości, która krzywdzi. O snach, które leczą. I o odwadze potrzebnej do zmiany
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397719118 |
| Rozmiar pliku: | 878 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zuzanna budzi się o 6:59. Minutę przed budzikiem, jak każdego ranka od trzech lat.
Nie porusza się. Leży nieruchomo, wsłuchana w oddech Damiana obok. Równy, spokojny. Cztery sekundy wdech, cztery sekundy wydech. Śpi. Ona liczy te sekundy jak modlitwę, jak zaklęcie, które chroni ją przed tym, co może przyjść, gdy się obudzi.
Materac ma swoje punkty. Miejsca, które trzeszczą, i miejsca, które milczą. Przez trzy lata nauczyła się tej mapy. Wie, że lewa strona przy szafce jest bezpieczna. Wie, że środek, gdzie sprężyny się spotykają, jest zdradliwy. Jej ciało zna tę geografię strachu na pamięć.
6:59 zmienia się w 7:00.
Wyciąga rękę do budzika sekundę przed sygnałem. Guzik twardy, plastikowy, zimny pod palcem. Klik. Alarm uciszony, zanim zdąży zawyć. Cisza, która następuje, jest gęsta, lepka. Można by ją kroić nożem.
Kiedyś budziły ją ptaki za oknem. Kiedyś stawiała budzik na 8:00 i leżała jeszcze dziesięć minut z zamkniętymi oczami, myśląc o snach, o dniu, który nadchodzi. To było w tamtym mieszkaniu – jednopokojowe na Ochocie, z czerwoną ścianą, którą sama pomalowała w weekend. Plakaty Arctic Monkeys nad łóżkiem. Kawa z ekspresu, który kupiła na wyprzedaży za sto złotych. Tamta Zuzanna nie znała matematyki tykającego kochanka.
Wychodzi z łóżka jak widmo. Ciało pochylone, ciężar rozłożony. Stopa na parkiecie – najpierw lewa, przy szafce, potem prawa. Deski ani nie drgną. To jest sztuka wyuczona przez miesiące prób i błędów.
Damian przewraca się na drugi bok.
Jej serce zatrzymuje się.
Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Jego oddech wraca do rytmu. Śpi.
Drzwi do łazienki zamyka tak ostrożnie, jakby była w muzeum pełnym eksponatów z cienkiego szkła. Światło małe, nad lustrem – tylko jedna żarówka z czterech. Odbicie patrzy na nią zmęczonymi oczami.
Trzydzieści dwa lata. Fioletowe cienie pod oczami jak odciski palców. Próbuje sobie przypomnieć, kiedy się pojawiły, ale jest tylko mgła. Ma zdjęcie w telefonie – sylwester dwa lata temu, Złota Willa, ta sama restauracja, gdzie jedli pierwszą randkę. Kobieta na zdjęciu ma te same rysy twarzy, ale jakby ktoś dodał filtr „radość" albo „życie". Teraz została tylko obudowa, pusta skorupa.
Woda z kranu, zimna, uderza w twarz. Myje zęby ręcznie – szczotka elektryczna brzęczy jak piła łańcuchowa. Pasta miętowa gryzie w język, za ostra, za agresywna. Pluje cicho do umywalki, wyciera usta wierzchem dłoni. W lustrze widzi kobietę, która nauczyła się być cicho, być mała, być niewidoczna.
W kuchni zapala tylko lampkę nad blatem. Żółty krąg światła pada na granitową powierzchnię jak reflektor w pustym teatrze. Wszystko poza tym kręgiem jest ciemnością.
Lodówka otwiera się z syczeniem – ssss-tuk. Zimne powietrze uderza ją w twarz, niesie zapach mleka i wędliny, owoców umierających w plastikowych pojemnikach. Jajka są, gdzie zawsze – prawy róg środkowej półki. Trzy. Dokładnie trzy, nigdy dwa, nigdy cztery. „Porządna porcja, nie te hipsterskie śniadanko z jednym jajkiem" – powiedział raz na początku. Teraz to jest prawo.
Masło Kerrygold w złotym papierze – szesnaście złotych za dwieście pięćdziesiąt gramów. Polskie masło kosztuje sześć. Ale Damian powiedział kiedyś „tłuszczyk dla biedaków" i od tamtej pory kupuje tylko irlandzkie. Nie sprawdza już cen polskiego. Po co?
Chleb razowy w koszyku przy oknie. Kromki równo centymetrowej grubości. Pierwsze trzy miesiące mierzyła linijką. Teraz widzi to na oko. Jej ręce nauczyły się precyzji jak ręce chirurga.
Bierze patelnię z haczyka. Teflon, czerwony uchwyt, dno wklęsłe z lewej strony, gdzie zawsze robi jajka. Kupiła ją trzy lata temu na targu na Bródnie – pierwszy dzień w tym mieszkaniu. Pamięta sprzedawcę. Starszy mężczyzna z tatarskim akcentem jak jej dziadek. Opowiadał o żonie, która gotuje na takiej samej patelni od dwudziestu lat. „Dobra patelnia to inwestycja, pani panie." Uśmiechnął się szeroko, ciepło, prawdziwie. Ostatni raz ktoś uśmiechnął się do niej tak prawdziwie.
Tamtego dnia słońce świeciło przez okna. Kartony wszędzie. Damian nosił je z samochodu, śpiewając coś pod nosem. Wszystko było możliwe wtedy. Wszystko było przed nimi. Nowe mieszkanie, nowa przyszłość. „Będziemy tutaj szczęśliwi" – powiedział, całując ją w czoło. Uwierzyła.
Uderza jajkiem o krawędź miski.
TRZASK.
Za głośny. Dużo za głośny.
Ręka zamiera w połowie ruchu. Oddech uwięziony w płucach. Nasłuchuje.
Cisza z sypialni.
Żółtko spływa między palce – ciepłe, lepkie, żywe. Ma dokładnie temperaturę ciała, może trzydzieści siedem stopni. Kiedyś lubiła to uczucie. Kasia uczyła ją robić jajecznicę w kuchni rodziców na Pradze. Zuzanna miała osiem lat, może dziewięć.
„Czujesz?" – powiedziała Kasia, trzymając jajko jak skarb. „To jest życie. Coś takiego może stać się kurczakiem albo śniadaniem. To ty decydujesz."
Wtedy decydowanie wydawało się proste. Naturalne. Kwestia wyboru, nic więcej.
Teraz sprawdza jajko opuszkami palców, milimetr po milimetrze, centymetr po centymetrze. Szuka najmniejszego fragmentu skorupki. Znalazł raz. Dziewiętnastego marca, dokładnie osiem miesięcy temu. Nie krzyczał – krzyczenie jest prymitywne, dla ludzi niewykształconych. Spojrzał tylko tym swoim sposobem. Lekkie uniesienie brwi. Kąciki ust w dół. Westchnienie, które mówiło więcej niż tysiąc słów.
„Aniu. Naprawdę?"
Dwa słowa. Tylko dwa słowa. Trzy dni przeprosin. Trzy dni tłumaczenia się, usprawiedliwiania, udowadniania, że to był przypadek, że zwykle jest ostrożna.
Teraz sprawdza każde jajko po trzy razy.
Patelnia na kuchence gazowej. Płomień niebieski w środku, gdzie temperatura najwyższa, żółto-pomarańczowy na brzegach, gdzie gaz miesza się z tlenem. Chemia z liceum, pani Kowalska pokazywała to na wykresie. Zuzanna zawsze lubiła chemię. Była logiczna. Przyczyna i skutek. Jasne reguły.
Przez okno widzi pana Kowalskiego odśnieżającego volvo. Szczotka w górę, w dół, precyzyjne ruchy. Ma na sobie czerwoną pikowaną kurtkę – taką samą pokazała Damianowi rok temu w galerii Mokotów.
„Za droga jak na twoje zarobki."
Nie patrzył nawet na metkę. Nie sprawdzał ceny. Odpowiedział automatycznie, jak komputer wykonujący program. Tydzień później kupił sobie koszulę Hugo Boss za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. „Inwestycja w wizerunek" – wyjaśnił, rozpinając ją przed lustrem, podziwiając krój, jakość materiału.
Jej kurtka kosztowała dwieście osiemdziesiąt. Jej kurtka została kaprysem. Jego koszula została koniecznością.
Matematyka relacji. Jej zarobki: trzy tysiące miesięcznie, czasem cztery, gdy ma więcej zleceń. Jego zarobki: dwadzieścia tysięcy brutto. Kto decyduje o zakupach? Kto ma prawo wydawać? Równania są proste.
Jajka syczą na patelni – dźwięk łagodny, kojący. Bierze łopatkę drewnianą ze szczerbą na końcu i zaczyna mieszać. Powolne okrężne ruchy. Żółte spirale. Układa je w kształt słońca – promienie jajecznicy jak w dziecięcym rysunku.
To był jej pomysł dwa lata temu. Pierwsze wspólne śniadanie w tym mieszkaniu. Damian się śmiał wtedy – prawdziwie, z brzucha. „Aniu, jesteś taka kreatywna. Taka słodka." Pocałował ją w czoło, przytulił od tyłu, pachniał żelem po goleniu i nadzieją.
Teraz robi słońce każdego ranka. Osiemset trzydzieści dni. Zero komentarzy. Ale może dziś zauważy. Może dziś przypomni sobie tamten moment. Może dziś zobaczy, że ona pamięta, że się stara, że go kocha.
Albo może nie. Jak przez ostatnie osiemset dwadzieścia dziewięć razy.
Nóż do chleba leży w szufladzie. Ostrze tępe, rękojeść lekko obluzowana. Prezent od Kasi na parapetówkę trzy lata temu. „Żebyś mogła ciąć głupie komentarze swojego faceta" – powiedziała Kasia, pakując go w żółty papier, mrugając, śmiejąc się. Śmiały się wtedy obydwie. To było zanim. Zanim Damian zaczął mówić, że Kasia jest „złym wpływem". Zanim przestały się widywać co tydzień, potem co miesiąc, potem wcale.
Nóż jest tępy, bo Damian nie lubi ostrzyć noży. „Ja to zrobię w weekend." Mówi to od roku. Co sobotę to samo. „W niedzielę." W niedzielę: „W przyszłym tygodniu." Zuzanna przestała pytać pół roku temu. Nauczyła się ciąć tępym nożem.
Smaruje masło na chleb. Równo, precyzyjnie, od krawędzi do krawędzi. Bez luk, bez pustych miejsc. Nawet warstwy. Perfekcja.
Kawa do kubka z napisem „World's Best Marketer". Biały, ceramiczny, solidny. Prezent od zespołu na mikołajki dwa lata temu. Damian opowiadał o tym tydzień. Jak Julia z recepcji powiedziała, że jest inspiracją dla młodszych pracowników. Jak Górowski, dyrektor działu, podarował mu dodatkowo długopis Montblanc. „Za osiągnięcie kwartału." Jak wszyscy klaskali, gdy otwierał prezent.
Jej kubek jest biały z Ikei. Jeden z czterech za dziewiętnaście złotych. Żaden napis. Żadna historia. Kupiła sama, nie czekając, aż on jej kupi. Bezpieczny wybór.
Sprawdza zegar nad kuchenką. 7:23.
Perfekcyjnie.
System działa jak szwajcarski mechanizm. 7:25 – prysznic. 7:40 – wychodzi. 7:45 – śniadanie. 8:30 – praca. Trzy lata, zero odchyleń. Porządek to przewidywalność. Przewidywalność to bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo to przetrwanie.
Ale dziś coś jest nie tak.
Stoi przy blacie, trzymając jego kubek, i czuje, jak dłonie zaczynają drżeć.
Kawa faluje – małe okręgi na powierzchni, brązowe, koncentryczne, jak fale po kamieniu wrzuconym do stawu.
Trzeci raz w tym tygodniu. W poniedziałek drżały, gdy nalewała sok pomarańczowy. We wtorek drżały, gdy Damian wracał z pracy i opowiadał o sukcesie prezentacji. Dziś drżą znowu.
Stawia kubek. Kładzie dłonie na granitowym blacie. Kamień zimny, gładki, solidny. Próbuje oddychać. Technika z YouTube – dwa wdechy przez nos, trzy wydechy przez usta. Psycholożka o imieniu Katarzyna, podobnym do siostry. Zuzanna oglądała te filmy regularnie, co tydzień nowe. Zanim Damian powiedział: „Ci internetowi pseudo specjaliści zabierają czas ludziom, którzy powinni albo iść do prawdziwej terapii, albo przestać się roztkliwiać."
Teraz ogląda w trybie incognito. Słuchawki w uszach. Drzwi zamknięte na klucz.
Może to przez ten sen.
Śniła coś dziwnego tej nocy. Obrazy bez sensu, fragmenty, które nie chcą się ułożyć w całość. Była w dużej jasnej przestrzeni – może galeria sztuki, może sala konferencyjna. Stała przed grupą ludzi. Dużą grupą, może trzydzieści osób. Mówiła coś o designie, o psychologii kolorów, o tym, jak kształty wpływają na emocje.
I oni słuchali.
Wszyscy. Nie sprawdzali telefonów. Nie ziewali. Nie patrzyli przez nią, jakby była niewidzialna. Po prostu słuchali.
A ona się śmiała. Głośno. Swobodnie. Śmiech, który wychodzi z brzucha, który wypełnia pokój, który nie jest kontrolowany ani mierzony, ani sprawdzany.
We śnie była kimś innym. Kimś silniejszym. Kimś, kto potrafi powiedzieć „nie" bez przepraszania. Kimś, kto nie sprawdza twarzy partnera przed każdym słowem.
To tylko sen – powtarza sobie. Neurony odpalające przypadkowo w nocy. Szum elektryczny bez znaczenia, bez przesłania.
Ale dlaczego ręce wciąż drżą?
„Co robiłaś źle?"
Wczorajszy wieczór. Jego głos cierpliwy jak nauczyciel tłumaczący dziecku, że dwa plus dwa to cztery, nie pięć.
„Nic. Naprawdę, nic nie…"
„Zuzanna." Przerwał jej, uśmiechając się tym swoim uśmiechem. Kąciki ust uniesione, ale oczy zimne. „Nie kłam. Widziałem, jak się zachowywałaś w sklepie. Ta sprzedawczyni mogła pomyśleć, że jesteśmy jakąś… dziwną parą."
Co robiła źle? Zapytała o cenę kosmetyczki, bo była za droga? Uśmiechnęła się do sprzedawczyni, bo była miła? Powiedziała „dziękuję" dwa razy zamiast raz? Dotknęła jego ramienia, pokazując mu coś, co jej się podobało?
Nie pamięta już. Wszystkie wykroczenia zlewają się w jedną szarą masę. Lista tak długa, że nie może jej zapamiętać. Zawsze jest coś. Zawsze jakiś błąd.
Kroki w sypialni.
Woda w łazience zaczyna szumieć.
7:25. Precyzja szwajcarskiego zegara.
Ma piętnaście minut do perfekcyjnego talerza.
Słońce z jajecznicy. Masło równo do brzegów. Kawa siedemdziesiąt pięć stopni – sprawdzała termometrem kuchennym miesiąc temu, testowała tydzień, zapisywała wyniki w małym notesie, który trzyma w szufladzie. „Aniu, to nie lawa" – powiedział kiedyś, gdy parzyła sobie język za gorącą kawą. Śmiał się wtedy. Kiedy jego śmiech był prawdziwy, spontaniczny, nie sarkastyczny.
Pamięta dokładnie, kiedy przestał się śmiać. Dziewiętnastego marca. Osiem miesięcy temu. Piątek, około osiemnastej. Opowiadała o kliencie, który chciał logo w kształcie jednorożca dla firmy hydraulicznej. Śmiała się, opowiadając, widząc absurd, dzieląc się śmieszną historią z pracy.
Damian słuchał z kamienną twarzą. Laptop otwarty przed nim. Palce stukające w klawiaturę. Nie podniósł wzroku.
„To nie jest zabawne, Zuzanna. To pokazuje, jak nieprofesjonalni są twoi klienci. Może powinnaś szukać lepszych zleceń. Podnieść swoje standardy."
Coś pękło w niej tego dnia. Ciche pęknięcie jak włoskowata rysa w szkle. Niewidoczne dla innych, ale ona czuła.
Siada przy stole i czeka.
Stół szklany, okrągły, z Ikei. Chciała drewnianego – ciepłego, może z second handu, z historią. On nalegał na szklany. „Zaufaj mi, będzie lepiej wyglądał. Bardziej nowoczesny. Profesjonalny."
Zaufała.
Teraz wyciera ten stół trzy razy dziennie. Szkło pokazuje każdy odcisk palca, każdą kroplę wody, każdy ślad życia.
7:40.
Słyszy jego kroki w korytarzu. Stuk stuk stuk. Czarne oxfordy na parkiecie. Kroki człowieka, który wie, gdzie idzie, co chce osiągnąć, jak tam dotrzeć. Pewne. Zdecydowane. Głośne.
Kiedyś ona też tak chodziła.
Miała plany zapisane w zeszycie w twardej oprawie z ASP. Londyn – Central Saint Martins, design communication. Aplikacja gotowa, wypełniona. Czekała tylko na wyniki egzaminu z angielskiego. Miała osiemdziesiąt siedem punktów na sto. Potrzebowała dziewięćdziesięciu. Był lipiec. Planowała retake we wrześniu.
Potem poznała Damiana.
Sierpień. Kino Kinoteka, pokaz „Parasite". Stała w kolejce po bilety. On też. Zaczęli rozmawiać o filmie, o symbolice, o klasie społecznej. Był inteligentny. Pewny siebie. Uśmiechał się dużo. Zaproponował kawę po seansie. Powiedziała tak.
Dwa miesiące później mieszkali razem.
„Po co ci Londyn?" – powiedział pewnego wieczoru, leżąc na kanapie, jej głowa na jego piersi. „Można budować karierę tutaj. W Polsce jest dużo możliwości. Poza tym…" Pogłaskał ją po włosach. „Będziesz mnie potrzebować. My będziemy się nawzajem potrzebować. Związki na odległość się rozpadają. Statystycznie osiemdziesiąt procent."
Brzmiało rozsądnie. Logicznie. Dojrzale.
Chciała pracować w dużej agencji reklamowej. Ogilvy. TBWA. Saatchi & Saatchi. Lista wypisana flamastrem na pierwszej stronie zeszytu. Wysyłała aplikacje co miesiąc, aktualizowała portfolio, dodawała nowe projekty.
Damian przeczytał jej portfolio w listopadzie. Siedział z laptopem na kolanach pół godziny. Przewijał, klikał, powiększał, pomniejszał.
„Może trochę naiwne" – powiedział w końcu, zamykając laptop. „Ale masz potencjał. Musisz tylko popracować nad tym. Zejść trochę na ziemię. Być bardziej komercyjna, mniej artystyczna."
Popracować. Słowo, które słyszy od trzech lat. Popracować nad sobą. Nad komunikacją. Nad oczekiwaniami. Nad emocjami.
Zawsze coś do poprawy. Zawsze coś niedoskonałego.
Wchodzi do kuchni w niebieskiej koszuli Hugo Boss. Włosy gładko zaczesane żelem. Każdy włos na miejscu. Pachnie Dior Sauvage – sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych za sto mililitrów. „Inwestycja w image."
Wygląda jak z okładki magazynu GQ. Zawsze wygląda jak z okładki.
„Dzień dobry."
Nie patrzy na nią. Oczy w telefonie. iPhone 15 Pro Max. Wymieniony dwa miesiące temu, bo „stary był za wolny". Skroluje LinkedIn. Sprawdza, kto awansował, kto zmienił pracę, kto jest teraz gdzie.
„Dzień dobry. Śniadanie gotowe."
Głos stara się być ciepły. Radosny. Jak głos kobiety, która cieszy się porankiem.
Siada. Patrzy na talerz. Łyk kawy. Żadnego komentarza o temperaturze – to znaczy, że jest dobra.
Pierwszy kęs jajecznicy. Długie żucie. Metodyczne. Telefon w drugiej ręce.
„Dobra" – mówi po pięciu kęsach.
Nie „wspaniała". Nie „pyszna". Nie „dzięki, że wstałaś o siódmej, żeby mi to zrobić". Dobra.
Może oddychać. Przez następne piętnaście minut.
Czy to jest życie? Czekać na jedno słowo jak na wyrok? Trzymać oddech, aż oceni, zadecyduje, wyda werdykt?
Kiedyś gotowała dla przyjemności. Mieszkanie na Ochocie z Kasią. Sobotnie popołudnia. Eksperymentowała – kardamon w kawie, cynamon w pomidorach, szafran w ryżu. Ottolenghi, Yotam, przepisy z dwudziestu składników. Zapraszała przyjaciół. Aleksandra, Tomek, Marta, cała paczka ze studiów.
„Powinnaś otworzyć restaurację, Zu. Serio. Ludzie przychodziliby tłumnie."
Aleksandra zawsze to mówiła. Siedząc na parapecie z winem, śmiejąc się, obierając ziemniaki. „Możesz nazwać ją… nie wiem… «Projekt Smak» albo coś równie designerskiego."
Teraz gotuje z lęku. Każdy posiłek to egzamin. Zdać albo oblać.
„Mam dziś spotkanie z Górowskim" – mówi Damian, nadal w telefonie. „Może będę późno. Ten kontrakt z Niemcami wymaga dopięcia szczegółów."
„Okej. Zrobię obiad na później. Możesz odgrzać."
„Nie wiem, czy będę głodny." Wzrusza ramionami. Gest lekki, nonszalancki. „Może zamówimy coś w biurze. Górowski lubi zamawiać sushi na późne meetingi."
Kiwa głową. Jakby to miało sens.
Może ma. Może jedzenie z restauracji smakuje lepiej, bo nie jest naznaczone jej desperacją. Jej potrzebą aprobaty. Jej lękiem.
Kończy jeść w ciszy. Każdy kęs w milczeniu. Skrolowanie na telefonie. Zero rozmowy. Zero pytań o jej dzień, plany, projekty.
Ona próbuje jeść ze swojego talerza. Gardło zaciśnięte. Każdy kęs chleba jak karton. Jajka jak guma. Wszystko bez smaku.
8:28.
Dwie minuty przed czasem. Wstaje. Czarna kurtka z Reserved, dwa lata, wytarta na łokciach. Kiedyś była czarna. Teraz szara od prania.
„Pa."
Nie odwraca się. Nie całuje jej. Nie dotyka.
„Pa. Miłego dnia w pracy."
Drzwi się zatrzaskują.
Winda przyjeżdża – mechaniczne ssss-tuk. Zabiera go. W dół. 4… 3… 2… 1… 0.
Zostaje sama.
I w tej ciszy, która wypełnia mieszkanie, czuje coś dziwnego.
Nie ulgę – to byłaby zdrada.
Nie smutek – to by znaczyło, że tęskni.
Spokój.
Powietrze staje się lżejsze. Przestrzeń rozszerza się. Może oddychać pełną piersią bez sprawdzania, czy oddycha za głośno.
A to najgorsze uczucie. Bo co to znaczy, gdy cisza po odejściu partnera jest lepsza niż jego obecność?
Patrzy na jego talerz. Wyczyszczony. Ani okruszka. „Moja mama nauczyła mnie nie marnować" – mówił z dumą. A potem, patrząc na jej talerz z niedojedzonym chlebem: „Twoja chyba nie."
Wstaje. Zaczyna sprzątać. Jego talerz, jej prawie nietknięty. Ciepła woda. Detergent cytrynowy, sztuczny zapach. Biała ściereczka z Ikei.
Wszystko na swoim miejscu. Tak jak lubi. Tak jak lubi on.
A jak lubi ona?
Próbuje sobie przypomnieć. Kiedy ostatnio zrobiła coś, bo CHCIAŁA? Zjadła coś, bo miała na to ochotę? Ubrała coś kolorowego?
Miała żółtą bluzkę. Z Zary. Lniana, przewiewna. Damian powiedział „trochę krzykliwa" pierwszego dnia. Drugiego: „Nie za młodzieżowo?" Trzeciego dnia przestała ją nosić. Gdzie ona jest teraz? W szafie? Oddana do PCK? Wyrzucona?
Nie pamięta.
8:45.
Ma piętnaście minut, zanim uruchomi laptopa. Piętnaście minut dla siebie.
Powinno brzmieć jak wolność. Czuje się jak więzienie.
Idzie do okna w salonie. Pan Kowalski już wyjechał – tylko ślady opon na śniegu. Pani Nowak wyprowadza jamnika. Bajtel – słyszała, jak woła go przez balkon. Pies szczeka na gołębie siedzące na dachach samochodów.
Świat się kręci. Ludzie żyją. Mają problemy, ale też radości. Rutyny, ale też niespodzianki.
A ona stoi i myśli:
„Może gdybym była lepsza…"
Ale dziś ta myśl nie chce się skończyć. Nie układa się w znaną formułę.
Dziś drżące ręce i dziwny sen sprawiają, że inne myśli się przeciskają.
Niebezpieczne myśli.
Myśli, które brzmią jak:
Może to nie ja jestem problemem.
Może to nie ja jestem trudna.
Może to nie ja muszę się zmieniać.
Telefon brzęczy.
SMS. Aleksandra.
„Kawka dziś? Muszę Cię o coś zapytać. Ważne."
Palec zawisa nad klawiaturą.
Aleksandra. Najlepsza przyjaciółka od liceum. Którą widzi raz na trzy miesiące, bo Damian mówi, że „spędzasz za dużo czasu z ludźmi, którzy cię podpuszczają do niezadowolenia".
Powinna odmówić. Bezpieczniej.
Ale ręce drżą. I ten sen. I ta myśl.
Pisze:
„Okej. Gdzie?"
Odpowiedź natychmiast:
„Café Luna, 14:00? To ważne, naprawdę muszę z Tobą porozmawiać."
Café Luna. Ich miejsce. Małe koty między stolikami. Wielkie fotele. Damian mówi, że „śmierdzi hipsterami i kocią sierścią".
„Będę."
Wysyła, zanim zmieni zdanie.
Ale zaraz potem przychodzi panika. Co jeśli Damian zapyta, gdzie była? Co jeśli sprawdzi telefon? Co jeśli będzie zły, że poszła bez pytania?
Nie pytania. Bez informowania. Poprawia się w myślach. Partnerzy informują się o planach. To normalne. To nie jest pytanie o pozwolenie.
Ale czy to nie jest dokładnie to?
Siada na białej kanapie – tej, gdzie nie wolno jeść, żeby się nie pobrudziła. Patrzy na swoje dłonie.
Wciąż drżą.
Ale tym razem to nie tylko strach.
Coś innego. Coś, czego nie potrafi nazwać.
Coś, co smakuje jak wolność, choć nie pamięta już, jak wolność smakuje.
Ma trzy godziny do spotkania z Aleksandrą. Trzy godziny, w których musi dokończyć logo dla kawiarni. Pani Iwona czeka na poprawki.
Otwiera laptopa. Figma się ładuje. Projekt logo – kawowe ziarnko, które może stać się sercem. Albo serce, które może stać się kawowym ziarnkiem.
Ale nie może się skupić.
Bo myśli wracają do tego snu. Do kobiety, którą była we śnie. Silnej. Pewnej. Głośnej.
Kim była Zuzanna przed Damianem?
Próbuje sobie przypomnieć.
Była studentką ASP. Trzeci rok. Projekt dyplomowy – identyfikacja wizualna dla małego teatru na Pradze. Dostała piątkę. Profesor Mazurek powiedział, że ma „wyjątkowe oko do szczegółu".
Miała przyjaciół. Dużo przyjaciół. Spotykali się w Café Kafka na Brackiej. Piątki wieczorami. Wino, śmiech, plany na przyszłość.
Miała żółtą bluzkę.
Miała głos.
Gdzie to wszystko poszło?
Telefon znowu brzęczy. Damian.
„Zapomniałem pendrive'a z prezentacją. Potrzebuję do 12. Przynieś na Plac Europejski."
Żadnego „proszę". Żadnego „przepraszam za kłopot". Rozkaz.
„Okej. Będę o 11:45."
Vertex Marketing Group. Warsaw Spire. Piętnaste piętro. Jest 9:15. Ma dwie i pół godziny.
Ale nagle, zamiast paniki, czuje coś innego.
Ciekawość.
Kiedy ostatnio była w jego pracy? Pół roku temu? Rok?
Może zobaczy tam coś. Coś, co pomoże jej zrozumieć. Coś, co wyjaśni, dlaczego jest taki w domu, a inny na zewnątrz.
Albo może zobaczy, że nie jest. Że jest taki sam wszędzie. I to będzie jeszcze gorsze.
Bierze pendrive z jego biurka w drugim pokoju. Leży przy laptopie, przy zdjęciu z ich pierwszych wakacji w Zakopanem. Ona się śmieje. On ją całuje w policzek. Patrzy na to zdjęcie i próbuje sobie przypomnieć, jak to było.
Być szczęśliwą.
Ubiera ciemne dżinsy i granatowy sweter. Bezpieczne kolory. Nie za jasne, nie za ciemne. „Reprezentujesz mnie" – powiedział kiedyś, gdy miała na sobie różową sukienkę. „Ludzie patrzą na ciebie i myślą o mnie."
Metro z Pola Mokotowskiego do Ronda ONZ. Dwadzieścia minut. Winda do Warsaw Spire. Marmur, szkło, kwiaty, które wyglądają zbyt idealne, żeby były prawdziwe.
Recepcja. Młoda kobieta, dwadzieścia parę lat, profesjonalny uśmiech.
„Dzień dobry. Do kogo?"
„Do Damiana Krawczyka. Z marketingu. Jestem Zuzanna."
„Oczywiście!" Uśmiech szerszy. „Damian wspomniał, że pani przyjdzie. Piętnaste piętro, windą na lewo."
Wspomniał o niej. To dobrze. To znaczy, że o niej myślał. Prawda?
Winda jedzie cicho, szybko. Luksusowa muzyka. Piętnaste piętro.
Drzwi się otwierają na open space. Białe biurka. Może dwadzieścia osób. Każda przy komputerze. Cisza przerywana tylko stukaniem klawiszy.
Damian siedzi w narożniku. Największe biurko. Okno z widokiem na całą Warszawę. Ma na biurku ich zdjęcie – to z Zakopanego. Ale jest odwrócone. W stronę ściany, nie w stronę niego.
Podnosi wzrok. Widzi ją.
Przez sekundę – może pół – jego twarz jest całkowicie pusta. Nie neutralna. Pusta. Jakby nie wiedział, kim ona jest.
Potem mięśnie układają się w uśmiech. Zawodowy. Gładki. Perfekcyjny.
„Aniu! Dobrze, że przyszłaś."
Dobrze, że przyszłaś. Jakby to był jej pomysł. Jakby przyszła z wizytą, nie wykonać rozkaz.
„Przyniosłam pendrive'a."
„Super. Dzięki." Bierze go, nie dotykając jej ręki. „Potrzebuję tego za dwadzieścia minut."
Stoi przy jego biurku. Nie wie, co dalej. Zostać? Iść?
Kobieta przy sąsiednim biurku patrzy na nią. Trzydzieści kilka lat. Patrzy z czymś w oczach. Ciekawość? Politowanie?
„To pa" – mówi Zuzanna.
„Pa. Dzięki, że przywiozłaś."
Odwraca się. Za plecami słyszy, jak wraca do pracy. Słyszy, jak jego głos się zmienia – rozmawia z kimś z zespołu. Cieplejszy. Pewniejszy. Bardziej żywy.
W windzie patrzy na swoje odbicie w lustrzanych drzwiach.
Dlaczego przyszła? Żeby przynieść pendrive? Czy żeby zobaczyć, kim on jest bez niej? Czy żeby sprawdzić, czy w ogóle ją widzi?
Chyba już zna odpowiedź.
Na parterze recepcjonistka znowu się uśmiecha. „Miłego dnia!"
„Miłego dnia."
Na zewnątrz wciąż świeci słońce. Ale czuje się zimniej.
Jakby coś w niej zgasło w ciągu tych dziesięciu minut. Jakby zobaczyła coś, czego nie chciała widzieć.
Jego twarz. Ta sekunda pustki. Zanim przypomniał sobie, że powinien udawać.
Stoi na placu przed Warsaw Spire i po raz pierwszy od miesięcy myśli o sobie bez jego głosu w tle.
Kim jest Zuzanna Marczak, gdy nie jest partnerką Damiana Krawczyka?
Nie wie. Naprawdę nie wie.
Ale ręce wciąż drżą. I tym razem wie dlaczego.
To nie strach.
To początek czegoś innego.ROZDZIAŁ 3
Zuzanna: „Spacer na linie"
Beata ściera blat przy oknie, gdy wchodzę do Café Luna. Widzi mnie i uśmiecha się szeroko, tym swoim uśmiechem, który nie wymaga niczego w zamian.
„Zuzanna! Jak dawno cię tu nie było!"
„Za długo" – odpowiadam, zdejmując kurtkę. Gruby granatowy płaszcz z H&M, trzy lata temu kupiony na wyprzedaży. Damian powiedział wtedy, że wyglądam w nim „jak bezdomna", ale przynajmniej jest ciepły.
Aleksandra siedzi już przy naszym stoliku – tym w rogu, przy oknie wychodzącym na ulicę Puławską. Ma na sobie tę samą granatową kurtkę co trzy lata temu, materiał przetarty na łokciach, ale nosi ją z takim urokiem, jakby to był projekt ze znanych domów mody. Przed nią stoi pusta filiżanka po espresso, obok leży telefon ekranem do dołu. Zawsze odkłada go tak, gdy czeka na kogoś – całkowita uwaga, pełna obecność. Damian nigdy nie odkłada telefonu. Nawet gdy rozmawiamy, jego iPhone 14 Pro leży ekranem do góry, gotowy do chwycenia w każdej chwili.
Aleksandra podnosi wzrok, gdy podchodzę. Coś miga w jej oczach – ulga? zmartwienie? – zanim rozciąga usta w szerokim uśmiechu. Ale widzę zmarszczkę między brwiami, której nie było sześć miesięcy temu.
„Dawno się nie widziałyśmy."
Siadam naprzeciwko. Drewniane krzesło jest zimne, mimo że kawiarnia jest pełna. Niedziela w Café Luna to zawsze tłum – rodziny z dziećmi przy barze, para przy oknie dzieląca jedno ciasto migdałowe dwiema widelcami, mężczyzna w rogu z notesem w twardej oprawie. Pisze coś zawzięcie, zatopiony w swoim świecie. Zastanawiam się, czy to wiersze, scenariusz, a może pamiętnik. Coś, co ma znaczenie tylko dla niego.
Pamiętam, jak rok temu Beata opowiadała mi o rozwodzie – trzy godziny przy kawie, której nie piłam, bo wystygła. Słuchałam, jak mówi o zdradzie męża, o pustym domu, o strachu przed samotnością. Damian dzwonił pięć razy. „Po co tracisz czas na cudze problemy?"
„Podwójne espresso jak zwykle?" – pyta Beata, podchodząc do stolika.
Aleksandra kiwa głową. Ja zamawiam miętową herbatę, choć chciałabym kawy. Ciemnej, gorzkiej, takiej, która obudzi mnie z tego snu, w którym żyję. Ale kofeinę noszę w sobie od rana – w napiętych ramionach, w sercu, które przyspiesza, gdy tylko otwieram oczy o 6:59. Dodatkowa filiżanka i będę wibrować jak stara lodówka w mieszkaniu rodziców na Pradze.
„Miałam dużo pracy" – mówię, zanim Aleksandra zdąży zapytać, dlaczego znowu odwołałam poprzednie dwa spotkania. Październik, listopad – dwa miesiące wymówek. Bezpieczna wymówka. Nikt nie może kwestionować pracy.
Aleksandra obraca w palcach łyżeczkę. Drobny gest, ale widzę napięcie w jej nadgarstkach. Znam ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że to znaczy: nie wierzę ci, ale nie będę naciskać.
„Pamiętam. Grafika reklamowa dla… co to było?"
„Logo dla kawiarni na Saskiej Kępie. Słodki Kącik." Głos mam monotonny, jakbym recytowała listę zakupów. „Właścicielka, pani Iwona, chciała coś ciepłego. Kameralnego. Coś, co przypomina kawiarnie jej babci w Poznaniu."
„I zrobiłaś?"
Pamiętam tamten projekt jak przez mgłę. Pierwsza wersja: okrągłe litery, odręczny font jak pismo z listu miłosnego, filiżanka z parą układającą się w kształt serca. Kolory jak płatki jesiennych liści – rudy jak lisy na Mazurach, złoty jak wrześniowe światło, głęboki brąz jak ziemia po deszczu. Coś, co przypominało mi, dlaczego pokochałam grafikę – możliwość dawania kształtu cudzym marzeniom. Możliwość tworzenia piękna.
Potem otworzyłam plik wieczorem. Siedziałam przy biurku w sypialni, laptop rzucał niebieskie światło na ściany. Damian wszedł cicho, stanął za moim krzesłem, patrzył przez ramię. Nie powiedział nic. Po prostu westchnął – cicho, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała. Westchnienie, które znaczyło „znowu to samo. Znowu dziecinada."
„Za dziecinne?" – zapytałam, choć znałam odpowiedź.
„Dla ciebie decydować." Dotknął mojego ramienia, gest, który miał być wspierający, ale był tylko zimny. „Ale profesjonaliści stawiają na bezpieczeństwo, nie fantazję. To jest biznes, nie przedszkole."
Zmieniłam wszystko tej samej nocy. Siedziałam do trzeciej nad ranem. Ostrzejsze linie, chłodniejsze kolory – granatowy, szary, beż. Serif zamiast skryptu. Geometria zamiast emocji. Pani Iwona zaakceptowała bez entuzjazmu następnego dnia. „To… bardzo profesjonalne" – powiedziała przez telefon, i w jej głosie słyszałam rozczarowanie. Profesjonalne znaczyło: martwe. Bezpieczne znaczyło: nudne. Ale dostałam trzy tysiące złotych i Damian był zadowolony.
„Zrobiłam to, czego chciała" – odpowiadam Aleksandrze. Kłamstwo przez zaniechanie. Najłatwiejsze do zniesienia.
Ona patrzy na mnie długo. Nie mówi nic, ale w kąciku jej oka pojawia się drobna zmarszczka – ta sama co wtedy, gdy kłamałam w liceum, że nie ściągałam na klasówce z chemii. Wtedy się przyznałam. Teraz nie mogę.
Beata przynosi kawę i herbatę na drewnianej tacy. Ceramiczne kubki, ciepłe w dotyku. Para unosi się z mojego kubka, niesie zapach mięty mieszany z czymś słodszym – może miodem, może tęsknotą za czasem, gdy mogłam zamówić, co chcę, bez analizowania, czy to nie będzie zbyt drogie, zbyt kaloryczne, zbyt samolubne.
„Jak Damian?" – pyta Aleksandra, owijając palce wokół filiżanki.
Moje dłonie automatycznie zaciskają się na kubku. Ceramika jest tak gorąca, że prawie boli, ale nie puszczam. Ból jest konkretny. Ból można kontrolować. To nie jest strach przed niewidzialnym wybuchem, to tylko gorąco, które przeminie.
„Dobrze. Ma duży projekt w firmie. Vertex Marketing Group planuje ekspansję na rynki zagraniczne, Damian prowadzi zespół. Możliwy awans do Senior Project Managera."
Mówię to głosem pełnym dumy, która nie jest całkiem moja. Jego sukcesy stały się moimi sukcesami, bo własne są zbyt małe, żeby o nich mówić głośno. „Grafik freelancer" brzmi jak „bezrobotna z ambicjami", gdy stoisz obok kogoś z tytułem i biurowym kredytem mocniejszym niż całoroczny dochód freelancera.
„Cieszę się za niego. A ty? Jak ty się czujesz?"
To pytanie. Zawsze to samo pytanie, które nikt nie zadaje, a jeśli już, to nie chce prawdziwej odpowiedzi. Mama pyta „Wszystko dobrze?", ale oczekuje „Tak, mamo." Klientki pytają „Jak sprawy?", ale czekają na „Świetnie, bardzo zajęta." Damian nie pyta w ogóle.
„Wszystko dobrze."
„Jak twoje projekty? Pamiętam, że mówiłaś o rozwoju w stronę UX designu. Te kursy online z Figmy i Adobe XD."
Kurs online. Dwieście godzin materiału wideo. Projekty do portfolio. Społeczność designerów, którzy się wspierają. Ukończyłam dwadzieścia godzin, zanim Damian powiedział, że to niepraktyczne w obecnej sytuacji. „Najpierw zbuduj stabilną bazę klientów. Potem możesz się bawić w nowe rzeczy." Słowo „bawić" wymówił jak nazwę choroby zakaźnej.
„Skoncentrowałam się na tym, co już umiem. Bezpieczniej."
„Bezpieczniej?" W jej głosie słychać autentyczne zaskoczenie. Odstawia filiżankę, patrzy mi prosto w oczy. „Zuza, ty nigdy nie szukałaś bezpieczeństwa. Pamiętam, jak rzuciłaś pracę w agencji Digital Storm, bo chciałaś mieć wpływ na wybór projektów. Bo nie chciałaś robić reklam dla firm tytoniowych i fast foodów. Miałaś zasady."
Pamiętam tamtą siebie. Dwadzieścia sześć lat, mieszkanie na Pradze w suterenie bez okien, ale za to MOJE, portfolio pełne kolorowych projektów, głowa pełna planów. Wierzyłam, że mogę wybierać życie zgodne z wartościami. Że nie muszę sprzedawać duszy za pensję. Teraz wydaje mi się to luksusem dziecka, które nie musi płacić rachunków. Chociaż rachunki płaci głównie Damian. „Ty zarabiasz grosze" – przypomina mi regularnie, czasem przy kolacji, czasem w łóżku po seksie. „Nie stać cię na eksperymenty. Ja cię utrzymuję."
„Człowiek dorasta" – mówię mechanicznie. „Uczy się kompromisów. Życie to nie liceum."
Aleksandra milczy przez długą chwilę. Patrzy w swoją kawę jak w kryształową kulę, która mogłaby jej powiedzieć, co naprawdę myślę, czego naprawdę chcę, czy w ogóle jeszcze coś chcę.
„A ty?" – pytam szybko, desperacko potrzebując zmienić temat. „Co u ciebie w szkole? Pamiętam, że miałaś zacząć nową klasę."
Jej twarz łagodnieje natychmiast. Widzę, jak rozświetla się od środka, ten blask, który mają ludzie mówiący o swojej pasji.
„Mam pierwszą klasę liceum teraz. Czternastolatki, trudny wiek – już nie dzieci, jeszcze nie dorośli." Uśmiecha się, tym uśmiechem pełnym ciepła, którego u mnie nie ma. „Jedna dziewczyna, Zosia, niesamowicie utalentowana w pisaniu. Przyniosła mi opowiadanie o samotności w wielkim mieście, napisane z perspektywy gołębia. Płakałam, czytając."
Coś w moim żołądku się zaciska. Zazdrość? Tęsknota?
„I co jej radzisz?" – pytam, i słyszę, że mój głos brzmi inaczej. Cieńszy. Bardziej zdesperowany.
„Że ma talent. Że powinna go rozwijać." Aleksandra patrzy na mnie znacząco. Nie dodaje „w przeciwieństwie do niektórych", ale słowa wiszą w powietrzu jak para nad moim kubkiem. „Że nie musi wybierać tego, co inni uważają za właściwe. Że życie jest za krótkie na bycie kimś, kim nie jest."
„To piękne" – szepczę, i zaskakuje mnie własna szczerość – „że jeszcze w to wierzysz."
„A ty przestałaś?"
Nie odpowiadam. Za oknem pada śnieg – pierwszy prawdziwy śnieg tego sezonu. Nie ta breja, która topniała, ledwo dotknęła ziemi, ale prawdziwe, wielkie płatki, które kładą się na szybie jak małe gwiazdy i topią powoli, zostawiając mokre ślady. Para przy oknie śmieje się nad czymś w telefonie, ich ramiona się stykają, głowy pochylone blisko siebie. Proste gesty intymności, które kiedyś mi też przysługiwały.
Aleksandra pochyla się do przodu, opiera łokcie na stoliku.
„Zuza, czy ty jesteś szczęśliwa?"
Pytanie wisi w powietrzu jak wyrok. Szczęśliwa. Kiedy ostatnio używałam tego słowa w odniesieniu do siebie? Myślę o przetrwaniu dnia. O tym, żeby nie zrobić niczego źle – nie przypalić obiadu, nie powiedzieć niewłaściwego słowa, nie zapomnieć wyrzucić śmieci o 18:00. O tym, żeby Damian wrócił z pracy w dobrym nastroju, żeby projekt się udał, żeby klient zapłacił na czas. O tym, żeby nie było krzyku, napięcia, lodowatej ciszy, która boli bardziej niż podniesiony głos.
„Szczęście to luksus" – powtarzam jego słowa tak często, że zaczęłam w nie wierzyć. „Ważne jest bezpieczeństwo. Stabilność. Budowanie przyszłości."
„Ale czujesz się bezpiecznie?"
Nie. Kurwa, nie. Chodzę po linie nad przepaścią każdego dnia i każdy krok może być tym złym. Każde słowo, każdy gest, każda decyzja – wszystko może wywołać burzę, której barometr czytam w napięciu jego szczęki, w tonie głosu, w sposobie, w jaki oddycha przez nos, gdy jest zirytowany.
„Kocham go" – mówię za głośno. Kobieta przy sąsiednim stoliku – ta z dzieckiem – odwraca głowę. „Naprawdę go kocham, Ola."
„Nie wątpię." Głos Aleksandry jest miękki jak flanelowa poduszka, którą dostałam na urodziny od rodziców. „Ale czy on kocha ciebie?"
Świat się zatrzymuje. Ekspres do kawy za barem bulgocze rytmicznie – ssss-whoosh, ssss-whoosh. Dziecko przy barze płacze, bo upadł mu lód z ciastka. Rozmowa przy stoliku obok toczy się dalej – para planuje weekend w górach. Życie toczy się dalej dla wszystkich innych, ale ja siedzę w bańce ciszy, gdzie jedynym dźwiękiem jest bicie mojego serca – szybkie, nieregularne, przestraszone.
„Oczywiście, że tak." Automatyczna odpowiedź. Wyuczona mantra.
„Kiedy ostatnio ci to powiedział?"
Próbuję sobie przypomnieć. Przewijam ostatni tydzień, miesiąc, dwa. Mówi „kocham cię", gdy uprawiamy miłość, ale to mechaniczne – słowa wypowiadane do sufitu, nie do mnie, w momencie kulminacji, gdy nic nie znaczą. Mówi „kocham cię też", gdy ja powiem to pierwsza, zwykle wieczorem przed snem. Ale kiedy ostatnio usłyszałam te słowa bez kontekstu, bez transakcji, bez tego, że musiałam je wydobyć jak wodę ze starej studni?
„Nie trzeba ciągle tego powtarzać" – mówię, ale słyszę niepewność w własnym głosie. „Wiadomo."
„Ale czasem trzeba to usłyszeć. Czasem trzeba poczuć, że jest się kochanym, nie tylko tolerowanym."
Herbata stygnie mi w dłoniach. Nie piję. Boję się, że jeśli otworzę usta, żeby pić, wyjdzie z nich prawda, której nie chcę usłyszeć na głos. Prawda, która zmieniłaby wszystko.
„Pamiętasz Michała?" – pyta Aleksandra cicho, ostrożnie, jakby stawiała stopę na cienkim lodzie. „Z pierwszej klasy liceum?"
Michał. Słodki, nieśmiały chłopak, który kupował mi czekoladki z automatu w szkole i czerwienił się, mówiąc moje imię. Pierwszy pocałunek pod blokiem, nieporadny i mokry, ale szczery.
„Ciągle czułaś się, jakbyś szła po linie. Jakby jedno złe słowo mogło wszystko zniszczyć."