Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kiedy wilk wróci do domu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
E-book: EPUB, MOBI
39,90 zł
Audiobook
49,90 zł
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Kiedy wilk wróci do domu - ebook

Klasyka w czystej postaci. Wbijcie w nią szpony, maniacy horroru, zatopcie zębiska.

STEPHEN KING

Szaleńczo dobry, absolutnie przerażający horror... pełna jazda już od pierwszych stron.

JOE HILL

Wspaniała, mocna, epicka powieść grozy, jaką znamy z czasów, kiedy horrory podbijały rynek, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Witaj znowu, kudłaty krwawy potworze!

GRADY HENDRIX

 

Jedna noc zmienia życie Jess, początkującej aktorki i kelnerki. Wcześniej martwiła się tym, czy dostanie nową rolę. Teraz próbuje ocalić małego chłopca przed jego ojcem, który zamienił się w prawdziwego potwora.

Wszystko wyglądałoby inaczej…

…gdyby nie zapomniała telefonu…

…gdyby nie wyszła wtedy z mieszkania…

…gdyby nie ignorowała intuicji.

Zamiast tego musi znaleźć schronienie dla siebie i dziecka. Bestia, która ich ściga, jest brutalna i nieustępliwa.

Czy uda im się uciec z tego surrealistycznego koszmaru?

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4130-0
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

Nie rozumiem, dlaczego niektórzy nie lubią ostrzeżeń dotyczących treści. Jeśli jesteś świrem jak ja, takie ostrzeżenie daje ci przedsmak zabawy, która cię czeka, a jeśli wolisz unikać pewnych tematów bądź mierzyć się z nimi po wcześniejszym przygotowaniu, cóż – przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?

Niniejsza powieść traktuje o strachu i jego śliskiej naturze oraz o tym, jak ważne jest radzić sobie z nim w zdrowy sposób. Dlatego tym chętniej ostrzegam cię, Czytelniku, że w książce tej znajdziesz drastyczne opisy morderstw i rozlewu krwi oraz rozczłonkowania, a także wzmiankowane będą igły, choroby przenoszone przez krew, pająki, owady, samobójstwo, maltretowanie, żałoba, alkoholizm, śmierć rodzica, śmierć dziecka, trauma dziecięca, zagrożenie bezpieczeństwa dziecka i wiele więcej. Choć sięgam po motywy bajkowe, szczęśliwe zakończenie nie jest jednym z nich.

Hej, jeżeli należysz do osób, które obraża samo istnienie ostrzeżeń dotyczących treści, przykro mi z tego powodu. Może następnym razem cię ostrzegę, że zaraz się ono pojawi, wtedy powinno być ci łatwiej…CZĘŚĆ PIERWSZA
WSZYSCY OJCOWIE TO SKURWIELE

_Boję się, tak bardzo się boję!_

_Strach czarny i zimny tej nocy mnie ściska_

_Jak wtedy, gdy ratunku szukałam w modlitwach_

_Będąc małym dzieckiem leżącym w ciemności,_

_I zziębnięta zasnąć nie mogłam, na myśl o śmierci._

Sara Teasdale, _Strach_, przeł. Anna Ciciszwili

------------------------------------------------------------------------

_Nie wolno się bać._

Frank Herbert. _Diuna_, przeł. Marek Marszał1

Tata krzyczy.

Wrzeszczy.

Niszczy wszystko w domu – meble, obrazki na ścianach, wszyściutko bez wyjątku – szukając chłopca.

Chłopiec siedzi skulony w spiżarce. Chowa się. Na razie.

_Niedobry hałas_, myśli z przerażeniem, krzywiąc się na odgłosy zniszczenia. Widział rozgniewanego Tatę nieraz w przeszłości… ale nigdy aż tak. Dziś jest on bardziej zły niż kiedykolwiek.

– Jak?! – ryczy Tata głębokim chrapliwym głosem. – Gdzie?! – Brzmi to tak, jakby słowa się zeń wydzierały, zrywając po drodze kawałki gardła. – Gdzie… atr… To?

Chłopiec – który ma zaledwie pięć lat i jest mały jak na swój wiek – kurczy się i wciska w najdalszy kąt spiżarki. Chciałby zupełnie zniknąć, ale wie, że to niemożliwe. Za kotwicę w tej rzeczywistości służy mu przedmiot, który przytula do piersi. Przedmiot, który wywołał złość Taty.

Książka.

Ostatnimi czasy chłopiec wymykał się przez okno, ilekroć Tata zażywał popołudniowej drzemki. Wiedział, że to niedozwolone i niebezpieczne, wiedział, że jest niegrzecznym chłopcem, ale nie był w stanie się powstrzymać. Zew świata był zbyt silny, a Tata – mimo narzuconych reguł i przedsięwziętych środków ostrożności – nie zorientował się jeszcze, że chłopiec od niedawna potrafi otwierać okno.

Ponieważ drzemki Taty odbywają się zawsze o tej samej porze i nigdy nie trwają długo, chłopiec nie miał okazji odejść za daleko. Zwykle tylko stał i rozglądał się wkoło, po czym gramoląc się, wracał do środka. Patrzył na inne domy. Na przejeżdżające samochody. Kamyki z migoczącymi drobinkami. Drzewa. Jaszczurkę. Bezdomnego kota. Na rzeczy, które widział za oknem już wcześniej, czemu zazwyczaj towarzyszyły suche, ale szczegółowe wyjaśnienia Taty na temat tego, na co patrzą. „Żebyś nie musiał się zastanawiać”, podsumowywał Tata.

Tylko że o wiele fajniej było ich doświadczać. Nawet zastanawianie się nad nimi było znacznie bardziej ekscytujące niż słuchanie o nich.

Kilka dni temu chłopiec pozwolił sobie na krótki spacer ulicą, dzięki czemu odkrył miniaturowy domek. Stał na frontowym trawniku sąsiadów: miniaturowy domek na niewysokim paliku. Miniaturowy domek miał szklane drzwiczki, wewnątrz zaś… wewnątrz były same książki. Nawet gdyby chłopiec umiał czytać, prawdopodobnie nadal nie wiedziałby, co oznacza Nasza Mała Biblioteka, dość, że podobał mu się zielono-niebieski napis z ozdobnymi zawijasami.

Chłopiec nie miał żadnej książki, ale naoglądał się ich w swoim życiu. Tata lubił czytać. Niestety wszystkie jego książki były nudne – w nijakich kolorach, bez obrazków, z mnóstwem tycich słów między okładkami. W niczym nie przypominały tych z Naszej Małej Biblioteki.

Tu jedne były miękkie i elastyczne, z lśniącymi obrazkami na okładkach, drugie solidniejsze, ze zdejmowanymi obwolutami, pod którymi skrywała się jednolita twarda oprawa, znana chłopcu z domu.

Jego szczególną uwagę przykuła pewna stara zniszczona książka.

Miała brzoskwiniową twardą oprawę, ale nie była jednolita – widniały na niej błyszczące złote litery, a pod spodem odciśnięta rycina. Chłopiec skądś od razu wiedział, że tę książkę ktoś kochał.

Wewnątrz roiło się od obrazków. Pięknych, kolorowych, pełnych detali, zajmujących całą stronę, a czasami nawet dwie. Przedstawiały chłopca i dziewczynkę przed dom­kiem z piernika. Dziewczynkę śpiącą na łożu z kwiatów. I inną, z rybią płetwą zamiast nóg. Chłopiec nie rozumiał, na co patrzy – nigdy nie słyszał żadnej bajki ani nie widział książeczki z obrazkami – ale mimo to był pod wielkim wrażeniem.

Do tej chwili nie miał pojęcia, że są też takie książki.

Pozostał na zewnątrz zbyt długo – czuł upływ czasu, jakby był materialny – dlatego pośpiesznie wrócił do domu razem z książką i zdążył się ukryć w swoim pokoju tuż przed tym, zanim Tata się obudził. Książkę – swoją książkę – schował pod materacem i zaglądał do niej tylko z rzadka, kiedy był pewien, że Tata nie przyłapie go na tym. Pozwalał sobie na obejrzenie jednego obrazka na raz. Rozkoszował się jego widokiem i utrwalał go sobie w pamięci. Wyobrażał sobie słowa, jakie mogłyby iść w parze z tak wspaniałymi rysunkami. Przestał nawet czuć potrzebę dalszego wykradania się za okno. Teraz ta książka stała się jego oknem.

Aż pewnego dnia natknął się na niewłaściwy obrazek. Zobaczył wielkiego, ciężkiego wilka przedzierającego się przez niemający końca las. Wilk miał ciemne lśniące futro, ostro zakończony długi pysk, którego podwinięte boki odsłaniały zakażone dziąsła i zębiska spływające pienistą śliną. Pazury wilka były ogromne, zakrzywione jak szpony i niezwykle ostre, idealnie się nadające do rozrywania miękkiego ciała małych dzieci.

Chłopiec przestraszył się obrazka. Przestraszył się go tak mocno, jak jeszcze nigdy niczego w swoim życiu. I nie był w stanie otrząsnąć się z tego uczucia. Zarazem nie potrafił też przestać gapić się na obrazek. Miał takie wrażenie, jakby ten wilk stanowił ucieleśnienie wszystkich wcześniejszych strachów, jakby czekał na niego przez cały ten czas ukryty pomiędzy światłem i cieniem.

Odtąd ilekroć zaglądał do swojej książki, szedł prosto do tego obrazka. Przyciągany przez niego. Zahipnotyzowany. Jak ofiara.

Wpatrywał się w obrazek także tego ranka, gdy przyłapał go Tata.

Ależ Tata się rozgniewał, gdy zobaczył, co chłopiec robi! Zaczął krzyczeć i tupać, i domagać się odpowiedzi. Cisnął książką. Szarpnął chłopcem. Co tylko bardziej przestraszyło chłopca.

A teraz…

Kolejny wrzask przecina ciszę.

– GDZIE…?! SKOŃCZ Z TYM!

Chłopiec słyszy oddalające się w poszukiwaniu go ciężkie kroki, które kierują się w głąb domu.

_Teraz_, myśli. _Uciekaj!_

_Nie_, myśli również. _Pozostań w ukryciu!_

Ale Tata w końcu wróci do kuchni. A wtedy…

_Pamiętasz tamtego drugiego chłopca?_

To sprawia, że zaczyna działać. Tamten drugi chłopiec. Jego jedyny przyjaciel.

Musi stąd wyjść. Przynajmniej na trochę. Żeby Tata się uspokoił.

Ostrożnie otwiera drzwi spiżarki. Taty nie ma, właśnie demoluje pokoje, a zniszczenia… Stół kuchenny rozbity w drobny mak. Zdewastowane, popękane ściany. Dziury wybite w tynku. Podarta tapicerka.

Chłopiec na moment zamiera, gdy ogarnia wzrokiem pobojowisko.

Powietrze wydaje się gorące. I ciężkie. Przesycone zapachem jedzenia pozostawionego za długo na kuchence. Jak wtedy, gdy Tata przypalił obiad i tak się zezłościł, a chłopiec tak się przestraszył, że…

Z pokoju obok dolatuje niedobry hałas – trach! łup! prask!

_Nie ma czasu!_

Nadal tuląc książkę do piersi, chłopiec na paluszkach zmierza do drzwi wyjściowych. Na podłodze leży tyle przedmiotów, o które można się potknąć i narobić hałasu. Z wielkim trudem zachowuje równowagę i skupienie, żeby nie…

Brzdęk!

Chłopiec wciąga powietrze z sykiem. Fotografia w ramce. Tata i Mama, uśmiechnięci. Chłopiec nadepnął na cienką szybkę i stłukł ją.

Niedobry hałas w pokoju obok ustaje.

Tata nasłuchuje.

Chłopiec znajduje się o metry od drzwi. Kilometry całe. Nie ma szans, żeby dopadł ich w porę. Już na to za późno. Rozgląda się i przypada do blatu przewróconego stolika. Kurczy się, jak tylko może, i zaciska mocno powieki. _Może jeśli nie zobaczę Taty, Tata nie zobaczy…_

Jego kostkę otacza czyjaś dłoń.

– MAM CIĘ!

Chłopiec zostaje wyrwany z kryjówki. Czuje się lekki jak piórko.

Kiedy otwiera oczy, wisi do góry nogami, mając przed sobą oczy płonące niedorzecznym gniewem. Wargi rozciągnięte w szyderczym grymasie. Oddech równie gorący jak tchnienie piekarnika. Ślinę pieniącą się między zaciśniętymi zębami.

Ledwie poznaje tę twarz.

_Nie, nie, nie!_

Chłopiec ponownie zaciska powieki. Przypomina sobie inny obrazek z książki. Bohater wymachuje czymś długim i ostrym tuż przed pyskiem ziejącej ogniem łuskowatej bestii. W przypływie rozpaczy chłopiec wyobraża sobie, że dzierży podobną broń, i nagle z całych sił opuszcza książkę na owłosione ramię, które go trzyma. Pod uderzeniem czuje opór solidnej kości.

Tata wyje.

Chłopiec upada na podłogę z takim łupnięciem, że aż zęby mu dzwonią. Bez najmniejszej zwłoki rzuca się w stronę drzwi, nie dbając, czy narobi przy tym hałasu.

Nie przejmuje się, że drzwi mogą być zamknięte na klucz ani że klamka może znajdować się za wysoko, ani że jego dłonie okażą się za śliskie. Trzymając teraz książkę pod pachą, pociąga drzwi do siebie i wystrzela w noc. Bosymi stopami kląska o chodnik i asfalt.

Okrzyki Taty, który został w domu, z pełnych bólu zamieniają się znów w gniewne.

– WRACAJ TUTAJ!

Chłopiec ignoruje wezwania Taty. Nie przestaje biec. Wiedząc, że Tata zaraz mu zacznie deptać po piętach, wybiera zaułki, przepycha się przez krzaki i kanały, nie zważa na żwir drapiący go w kolana. Przez cały czas ma nadzieję, że niewielkie rozmiary pomogą mu stać się niewidocznym.

– WRACAJ TUTAJ!

Głos Taty, teraz słabszy. Wielki świat pochłania dźwięki tym mocniej, im dalej odbiega chłopiec.

Ale odgłosy niedobrego hałasu nie milkną w jego uszach.

A smak strachu ani na chwilę nie opuszcza jego ust.2

– O mój Boże, Jess, czego tak się boisz?

Jess podpiera się jedną ręką pod bok, pokazując, że zastanawia się nad odpowiedzią.

– Hmmm. Chlamydii? Rzeżączki? Sączących się krost? Tych, które z odległości metra roztaczają zapach dojrzałego sera pleśniowego?

Margie się krzywi.

– No dobra…

– Zapalenia wątroby typu A? Typu B? Typu C i D? Poza tym wciąż grasuje HIV. Nie zapominajmy o HIV-ie…

– Zamknij się! – Margie uderza ją jadłospisem. – Dobry Boże.

Jest za piętnaście dziesiąta wieczorem. Jess nie ścisza nawet głosu – ci, którzy jedzą o tej porze w Poppy’s Diner, mają wywalone na ożywioną rozmowę jedynych dwu kelnerek w lokalu. Nawet jeśli ta rozmowa kręci się wokół chorób wenerycznych.

Z miejsca, gdzie opierają się o kontuar, Jess i Margie mają dobry widok na wszystkie dziewięć stolików i piętnaście lóż, nie licząc tych kilku, które znajdują się na obu końcach pomieszczenia. Lokal zapełnia jak zwykle kilkoro nieudaczników. Nieważne, czy dany klient faktycznie przestąpił wcześniej próg Poppy’s Diner, obsada jest zawsze taka sama: kaznodzieje, kierowcy ciężarówek, goci i gotki. Ludzie, którzy uważają, że jedna kawa z dolewką za trzy i pół dolara („Najlepsza w całym północnym Hollywood!”) wystarczy, by opłacić dach nad głową na tę noc.

Ponieważ w Los Angeles nie ma nadmiaru jadłodajni otwartych całą dobę, zdaniem Jess to dziwne, że Poppy’s Diner nie przyciąga nocą większych tłumów. Choć położenie lokalu może mieć z tym coś wspólnego: idealnie pod autostradą 107 na podobieństwo jakiegoś szczątkowego organu, który ciało zapomniało wchłonąć. Poza tym zaledwie kilka kilometrów dalej otworzono niedawno całkiem przyzwoitą sieciówkę.

Margie poprawia stosik jadłospisów i dmuchnięciem pozbywa się sprzed oczu kosmyka kędzierzawych włosów.

– Przystojniak z niego.

Rzucają raz jeszcze szacujące spojrzenie na fotkę, którą Jess wydobyła z mediów społecznościowych. Ukazuje ona chłopaka, na którego Jess ma chrapkę.

– Taaa… – przyznaje teraz niechętnie. I natychmiast wyłącza ekran, po czym odkłada telefon pod kontuar, żeby dalej się tam ładował. – Tym większa szkoda, że zajmuje się improwizacją.

– Ty zajmujesz się improwizacją.

– Ja jestem dziewczyną, to co innego. Facetom jakoś ona nie wychodzi.

– No dobra. – Margie wzdycha, klepie stertę jadłospisów stanowczym gestem i nalewa sobie do białego ceramicznego kubka firmowej kawy, która bynajmniej nie jest taka dobra.

– Mówię poważnie – dodaje Jess. – Chcesz wiedzieć dlaczego?

– I tak mi powiesz.

– Dlatego, że wszyscy mamy braki wynikające z nieprawidłowej relacji z ojcem. Zupełnie jakby to była jakaś reguła czy coś. Dziewczyny przynajmniej wiedzą, co to dobra zabawa. Ale faceci? Są zwyczajnie podli. – Z rozczarowaniem kręci głową. – Pieprzeni ojcowie, Margie. Wszystko, co złe, to przez nich…

Gwoli ścisłości, pierwsza trupa, z którą Jess się spiknęła po przyjeździe do LA, miała w nazwie słowo „ojciec”, choć stanęło na Tatusiowe Buty, po tym jak część członków zaprotestowała przeciwko Wszyscy Ojcowie to Skurwiele i reszta się zgodziła, że obciachowe buty to jedyne, co ich łączy. Zanim jednak Jess zdąży podzielić się z koleżanką tym faktem, jeden z gotów wychyla się jak peryskop ze skajowej loży numer osiem i rozgląda za obsługą. Jess szybko do niego podchodzi. Oczywiście ekipa prosi o kolejną dolewkę – kawy czarnej jak ich ubrania i zapewne dusze.

Gdy Jess wraca za kontuar, Margie wyciera ladę ścierką. Na którymś etapie swojej historii Poppy’s Diner był barem stylizowanym na lata pięćdziesiąte, z kosmicznym wyposażeniem. Wprawdzie jego chromowane powierzchnie już nigdy nie zalśnią ponownie, ale Margie je poleruje, jakby to się miało jednak stać.

– No więc – podejmuje Margie, jakby im w ogóle nie przerwano. – Powinnaś go dokądś zaprosić. Nie musisz… eee… od razu wymieniać z nim płynów ustrojowych. Przynajmniej jeszcze nie.

– Sama nie wiem – odpowiada Jess i odwraca się, żeby też nalać sobie kawy. – Minęło tyle czasu, że równie dobrze mogę nie mieć w tej sprawie nic do powiedzenia. Równie dobrze może po prostu do tego dojść.

– Tyle czasu – powtarza Margie i prycha. – Jesteś taka młoda. „Tyle czasu” w twoim wypadku to ile? Miesiąc?

Jess dokonuje obliczeń w myślach.

– Trzy miesiące i trzy tygodnie.

– Pfff. Wróć się poskarżyć, jak minie sześć lat.

– Sześć la…?! Margie!

– Tak, tak.

– Musimy ci coś zorganizować jeszcze dzisiaj. – Jess się rozgląda za odpowiednim kandydatem.

– Jedyne, na czym mi zależy, to żeby ktoś opłacił moje rachunki za ten miesiąc. Mam pięćdziesiąt osiem lat i jestem samotną matką, kochanie. Chcesz rozmawiać o chorobach wenerycznych? Dzieciak to jedyna choroba weneryczna, którą musisz wysłać na studia.

– Ej, ja wysłałam na studia swoją opryszczkę. Technicznie biorąc, pojechała razem ze mną, ale…

Margie znów uderza ją jadłospisem, na co Jess się szczerzy. Lubi prowokować koleżankę. Lubi koleżankę, kropka. Z całego personelu Poppy’s Diner tylko Margie jest gotowa wdawać się z nią w przepychanki słowne. Czasami Jess zastanawia się nawet, czy by nie zjawić się w jej domu z winem i/lub trawką, żeby mogły wyluzować i pośmiać się poza pracą. Wie, gdzie Margie mieszka – kilka tygodni temu, kiedy samochód koleżanki wylądował w warsztacie, przez parę dni z rzędu podwoziła ją pod same drzwi. Jak dotąd jednak nie zreali­zowała swoich planów. Podobnie jak wielu innych, które powzięła w życiu.

Mimo wszystko z Margie jest równa babka.

A co więcej ta rozmowa naprawdę podniosła Jess na duchu. Koleżeństwo. Rozrywka. Możliwość zapomnienia o białym szumie, od którego ostatnio pęka jej głowa.

Margie tego nie wie, ale jest dobry powód, dla którego Jess myśli o ojcach. Jej znalazł się martwy tydzień temu z okładem, a ona nadal nie ma pojęcia, co powinna w związku z tym czuć.

Pieprzeni ojcowie wszystko psują.

------------------------------------------------------------------------

Nie zna wszystkich szczegółów – i nie skarży się na to – ale najwyraźniej w grę wchodzi żałosny koniec równie żałosnego życia.

Nie żył już od kilku dni, kiedy ktoś go znalazł hen w Pensylwanii, gdzie wiódł swoją spartańską samotną nędzną egzystencję. Nie stwierdzono udziału osób trzecich – jego ciało zwyczajnie się poddało po latach picia i zaniedbań. Zmarł w opuszczeniu, na co sobie zasłużył jak mało kto.

Zgodnie z procedurami sprawdzono nazwisko w aktach, co doprowadziło do kontaktu z najbliższymi krewnymi: z Jess i jej matką. Ponieważ żadna z nich nie miała ochoty zająć się pogrzebem, ciało pozostało w gestii państwa. Do tej pory z pewnością zamieniło się w ubitą ciasno zawartość urny, która spoczęła gdzieś w kwaterze cmentarnej dla ubogich.

Ot tak. Po prostu. Bez zbędnego zamieszania. Nara, Tommy Bailey, i krzyżyk na drogę; ledwie cię znałyśmy (co było twoim, kurwa, wyborem).

A jednak odkąd Jess usłyszała tę wiadomość, zmieniło się dla niej coś fundamentalnego. Jakby została rozdzielona na dwie osobne istoty.

Jest więc Zewnętrzna Jess, która żyje dalej i wciąż opowiada dowcipy, w żaden sposób niewzruszona śmiercią mężczyzny, który odkąd ukończyła szósty rok życia, równie dobrze mógłby być dawcą nasienia.

I jest Wewnętrzna Jess, która wszędzie go widzi. I stara się za wszelką cenę zobaczyć wszystko w jego kontekście.

Ciekawe, czy Tata też lubił te płatki?

Jakiej muzyki słuchał ostatnio?

Wkładał skarpetki, zanim włożył spodnie, czy na odwrót?

Czy kiedykolwiek o mnie myślał?

Wewnętrzna Jess ma pierdoloną obsesję.

Od czasu do czasu pojawia się także dodatkowa obecność. Nie do końca głos, bo nigdy się nie odzywa. Raczej uczucie. Przenikający do szpiku ból, który Jess pamięta z dnia, gdy po raz pierwszy usłyszała, że Tata odchodzi. I z późniejszych nielicznych mamrotanych rozmów telefonicznych, które trwały, dopóki się nie poddał. Nazwała tę obecność Małą Jess. I Mała Jess cierpi.

Niesłychanie ją to wkurza. Bo szczerze, jak on śmie wpychać się w jej życie po dwudziestu pięciu latach nieobecności? Sprawy przybrały tak zły obrót, że Jess ostatnio nie chce nawet rozmawiać z matką, co robiła codziennie, praktycznie odkąd pamięta. Żadna z nich nie miała problemu z niemówieniem o Tommym, a nawet z niemyśleniem o nim. Teraz Jess się wydaje, że prowadzą telekonferencję we trójkę.

Chce, żeby wszystko było znów normalnie. Żeby jej ojciec był tylko ideą, paroma skalanymi wspomnieniami, czymś, z czego mogłaby sobie żartować. Nie tą irytującą zagadką. Nie tym czymś, co uwiera ją z tyłu głowy.

Ktoś tutaj zawiązał za ciasno sznurówki Tatusiowych Butów, zauważa Wewnętrzna Jess.

Zewnętrzna Jess ukrywa swój grymas w kubku z najlepszą kawą w północnym Hollywood, po czym rozgląda się po lokalu w poszukiwaniu odmiany.

Moment później ją znajduje.

------------------------------------------------------------------------

– Heloł! – Jess trąca koleżankę. – Chyba znalazłam kogoś, kto przerwie twoją złą passę. Ten tam Maynard ci pasi?

Obydwie wyciągają szyje ponad kontuarem, żeby lepiej się przyjrzeć tyczkowatemu oberwańcowi, który właśnie rozsiadł się z powrotem w loży numer piętnaście. Chociaż nie, „rozsiadł się” nie jest tutaj właściwym wyrażeniem. Po wyjściu z łazienki, rozkasłany i spocony, opadł na swoje siedzisko.

Jess nie ma pojęcia, czy facet w ogóle nazywa się Maynard. Skoro już mowa o stałych klientach Poppy’s Diner, każdy, kto wygląda, jakby lada dzień miał wylądować na ulicy, bez dachu nad głową, zyskuje od personelu tę ksywkę. „Tak jest od niepamiętnych czasów”, wyjaśniła Margie koleżance, która dopiero podjęła pracę. Nocami przewija się sporo Maynardów.

Ten konkretny wygląda okropnie. Może być w każdym wieku – od trzydziestki do dziewięćdziesiątki. Zaniedbanie i pech sprawiły, że ubranie wisi na nim jak na strachu na wróble. Drży na całym ciele, zza kołnierza na jego szyję wypełzają mokre krosty, które aż się proszą, żeby je drapać. Cerę ma jakimś cudem naraz czerwonawą i zielonkawą w nieudanym podobieństwie do bożonarodzeniowych ozdób, od których zbiera się tylko na mdłości. Obrazu dopełniają spierzchnięte, pokryte białym nalotem wargi.

Pomiędzy Jess i Margie zawisa niezadane pytanie: narkotyki… czy choroba?

Zniżając głos, Jess pyta koleżankę:

– Jak myślisz, co właśnie uczynił naszej łazience?

– Nic dobrego – odszeptuje Margie. – Ktoś chyba powinien pójść to sprawdzić.

Jess stęka.

– A jeśli tego nie zrobimy i zostawimy problem Rhondzie i Fredowi?

Niemożliwe. Margie nie musi nawet mówić, że jeśli Maynard zapaskudził łazienkę, muszą to wiedzieć natychmiast. Do następnej zmiany została ponad godzina, a poza tym Rhonda nigdy jeszcze nie przegapiła okazji, by donieść szefowi, że Jess i Margie nie dopilnowały i tak niskich standardów, jeśli chodzi o higienę w Poppy’s Diner. Pieprzona Rhonda.

– Coś ci powiem – zaczyna Margie. – Mogę posprzątać łazienkę…

– Bóg zapłać.

– …pod warunkiem, że wyprosisz Maynarda.

Jess posyła jej stalowe spojrzenie.

– Przecież wiesz, że nie cierpię tego robić.

– Decyzja należy do ciebie. – Margie wzrusza ramionami. – Wiesz co? Jeśli posprzątasz łazienkę, ja wyproszę Maynarda i wezmę na siebie resztę zmiany, żebyś mogła pójść wcześniej do domu.

– Serio?

Margie potakuje.

– Noc jest spokojna jak rzadko. A w tym konkretnym momencie moje plecy i kolana docenią, że nie będę musiała się schylać.

Jess się zastanawia. Po południu czeka ją przesłuchanie do roli. W reklamie, której rozpaczliwie potrzebuje, jeśli chce spełnić swoje marzenia o ubezpieczeniu zdrowotnym i opłaceniu czynszu w tym miesiącu. Dodatkowe pół godziny snu byłoby prawdziwym błogosławieństwem.

Poza tym czy nie szukała przed chwilą odmiany? Jeśli zostanie tu dłużej i pozwoli, by w jej głowie tłukło się bez końca: „ojciec, ojciec, ojciec”, z nudów wyjawi Margie, co się stało. To spowoduje, że koleżanka złoży jej kondolencje – a wtedy Jess chyba eksploduje.

– Ech, twarda z ciebie negocjatorka. Niech ci będzie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij