Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kiedy zrobiłam krok - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 grudnia 2025
60,58
6058 pkt
punktów Virtualo

Kiedy zrobiłam krok - ebook

Ta książka nie jest o decyzji. Jest o czasie przed nią. O tym stanie, w którym: — już wiesz, czego nie robić — już rozumiesz, dlaczego uciekasz — już potrafisz nazwać mechanizmy …a mimo to nadal stoisz w miejscu. I jeszcze chwilami wciąż uciekasz. To opowieść o życiu po zrozumieniu, ale przed ruchem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-193-4
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1 Rozmazane jak pastele

Niebo wygląda jak namalowane pastelami. Jest tak niebieskie, że aż prawie zielone. Chmury przestały być białe. Są różowe jak truskawkowa wata cukrowa. Fioletowe jak ulubiona sukienka mojej córki. I pomarańczowe jak brzoskwinie. I z każdym kilometrem wyglądają tak, jakby ktoś nakładał na nie coraz mocniejszy filtr przyciemniający.

Z każdym kilometrem czuję coraz większą ulgę i coraz większe napięcie. Jak można czuć jedno i drugie w tej samej chwili?

Dawno mnie tam nie było. Jednocześnie czuję, że to moje miejsce, a jednocześnie jest mi tak obce, chociaż spędziłam tam lata. Tym razem jadę na kilka godzin. Wiem, że spędzę czas chodząc po mieście, którego ulice kiedyś były jednym z moich marzeń. Niestety, to marzenie, tak samo jak inne, musiałam odłożyć do szuflady. Jedne z nich zostaną w niej już na zawsze. Inne, jak ten wyjazd, uda mi się czasem wyjąć i im przyjrzeć. Później wrócą znów na dno. A kilka z nich może mieć szansę stać się częścią mojej rzeczywistości. Nie wiem tylko, czy między uliczkami miasta nie wpadnę jeszcze na coś. Nie wiem, czy znów nie znajdzie mnie coś, co od nowa zaburzy oddech.Rozdział 2 Najlepszy dzień w moim życiu

Wcale nie. Chociaż mógłby taki być. Gdybym tylko wtedy nie zwlekała tak długo. Gdybym tylko zmusiła się do decyzji wcześniej. Gdybym tylko odważyła się powiedzieć cokolwiek. Wtedy ten dzień mógłby być najlepszy. I każdy kolejny też.

Ale nie są. I mam świadomość tego, co straciłam. Czuję się tak pełna i jednocześnie pusta. Pełna emocji, które ściskają się jak ludzie w pociągu, w którym właśnie jadę. I tak bardzo pusta jak nadmorski hotel w środku tygodnia w lutym. Bo wiem, że tej pustki nie wypełni nic. Kiedy patrzę na swoje odbicie w lustrze, to w oczach brakuje odbicia światła z lampy. Chociaż lampa świeci pod idealnym kątem. Jakby światło w ogóle już nie docierało do moich oczu od kilku miesięcy.

Kiedy myślę o sobie sprzed tego dnia, kiedy zobaczyłam go po latach, to widzę siebie z wieloma śladami walki. Widzę ramiona, które były zbyt nisko, bo dźwigały za dużo. Widzę włosy, które nie miały blasku, bo tanie odżywki nie robiły z nimi tego czego one potrzebowały. Widzę skórę, która miała zbyt szary kolor. I widzę spojrzenie pełne niczego. Ale wiem, że moje wnętrze wtedy, chociaż tak samo smutne jak cała ja, było poukładane. Bo musiało być, inaczej nie miałabym szansy codziennie utrzymać się w całości.

Tak widziałam siebie tylko ja. Każdy inny widział uśmiechniętą mnie, z pomalowanymi oczami, zawsze dobrze ubraną, w podniszczonych butach. Ale nawet one nie odbierały złudzenia szczęścia. Nikt nie widział mnie tak, jak ja widziałam siebie w lustrze.

Teraz widzę się inaczej, wiem, że wyglądam inaczej. Ramiona są na swoim miejscu. Uśmiech też. Skóra zaczyna wyglądać żywiej. Włosy układają się w piękne fale. Ale oczy nadal nie mają światła. Jakby już na zawsze przestało się w nich odbijać. Jakby to światło zostało pod drzwiami.Rozdział 3 Balon z konfetti

Bywa tak, że coś wiemy. Wiemy i już. Prowadzi nas intuicja, plan napisany z góry albo coś, co jest wpisane w nasze DNA. Tylko czasem to coś, czego jesteśmy pewni, nie jest czymś pewnym. Jest czymś, co nas ratuje w danej chwili. Ale nie jest prawdą. I nigdy nie było. Tylko pomogło nam przetrwać. Pomagało nam się nie rozpaść. Trzymało emocje ściśnięte w jednym miejscu, jak błyszczące konfetti w środku przezroczystego balona. Gdyby pękł, posprzątanie wszystkich drobinek byłoby prawie niemożliwe.

To przekonanie, że tak właśnie będzie, ratuje nas i trzyma w całości. Aż do chwili, kiedy ta pewność nie jest nam już dłużej potrzebna. Kiedy docieramy do punktu, że już nie musimy wiedzieć. Wtedy balon pewności przebija się delikatnie, tworzy się maleńka dziurka. Powietrze ucieka. A konfetti zostaje w środku. Tak samo jak nasze emocje, które już nie latają po nas jak bąbelki w wodzie gazowanej.

Nie wiem kiedy pierwszy raz to poczułam. Może od razu jak tylko go zobaczyłam po latach. Może podczas spacerów. Może wtedy kiedy już go nie było. Ale wiem, że za każdym razem zagłuszałam to uczucie głośną muzyką. Albo milionem dobrych wspomnień. I tak codziennie. Przez kilka miesięcy. Aż w końcu jednego dnia, zwykłego dnia, w balonie zrobiła się maleńka dziurka. Powietrze uciekło. A ja wyjęłam ostrożnie drobinki ze środka i zobaczyłam, że mogą nie robić bałaganu. Mogą błyszczeć.Rozdział 4 Na mecie ultramaratonu

Ostatni czas był dla mnie trudny. Ale nie tak samo jak poprzednie lata. Inaczej, w nowy sposób. Po latach biegu zrozumiałam, że nie biorę udziału w maratonie. Nie uciekam przed bykami na biegu w Hiszpanii, czy gdzie te biegi są organizowane. Latami biegłam po bieżni. A ona ma przycisk stop.

Kiedy go wcisnęłam, bieżnia się zatrzymała. Przestałam biec. Mogłam rozejrzeć się dookoła. Wyrównać oddech, a nawet usiąść. Tylko że przycisk spowodował coś jeszcze. Bieżnia całkiem wysiadła. Nie miałam już na co wrócić. Nie wiedziałam, co zrobić bez niej. Nie umiałam tylko iść bez narzuconego tempa. Nie umiałam go dostosować pod siebie. Latami biegłam, bo musiałam. A teraz nie wiedziałam co robić i jak ruszyć z miejsca.

Siedziałam całymi dniami i patrzyłam w ścianę, w sufit, w niebo i na drzewa. Czułam się jakby Królowa Śniegu zamieniła mnie w lodową figurę. Dostałam tylko możliwość jeść i spać, ale nadal nie wychodziło mi za dobrze. Brakowało mi biegu. Brakowało mi czegoś, co zmusiłoby mnie do wysiłku. Do chociaż jednego kroku.

Tak minął miesiąc. Miesiąc, w którym nie zrobiłam nic.Rozdział 5 Słona kawa

Jest takie jedno uczucie, którego nie da się pozbyć ani zamaskować. Budzisz się rano, otwierasz oczy, sięgasz po telefon, a na nim nie ma nic.

Wstajesz, robisz pierwszą z trzech kaw i pijąc ją, czujesz, jakbyś zamiast cukru dodała sól. A ja nie słodzę.

Ubierasz się i kątem oka widzisz kawałek materiału, który odcina resztkę samodyscypliny. Siadasz i przed oczami widzisz tamte chwile. Tamte ulice, tamte auta, które jechały tak spokojne. I tamte oczy, które widziały Cię całą. Taką, jaką byłaś. A może wcale nie?

Dobra, wstaję. Idę chociaż włączyć komputer. Zrobię niezbędne minimum. A potem znów wrócę, żeby robić nic. Albo nie takie całkiem nic. Bo jest jedna rzecz, która mnie trzyma od miesiąca. Muzyka. Jest mi bardziej potrzebna niż jedzenie. Bardziej niż tlen. Może nawet bardziej niż kawa. Bez niej nie umiałabym się odnaleźć w tej pustce. W którą sama siebie wkopałam. Świadomie.

Pracuję, a z pudełka obok mnie ubywają chusteczki. Dopisuję kolejną paczkę na listę zakupów. Pracuję mechanicznie. Automatycznie. Z dawnej pasji nie zostało już nic. A wiem, że nie mogę tego rzucić. Wiem, że nie mogę iść w inną stronę. Nie po tym, jak budowałam to miejsce od tak dawna. Nie po tym, jak walczyłam o nie. Jak włożyłam w nie więcej godzin niż powinnam. Ale mimo to, nie mam z tej pracy już żadnej radości. Czuję się, jakby mnie ktoś wrzucił do wehikułu czasu i cofnął do dawnej pracy w biurze, gdzie rutyna wykańczała mnie bardziej niż pies sąsiada, który szczeka codziennie od 4 rano. Jakbym o tej godzinie spała.

Noce są najgorsze. Każda z nich to kolejny sen. W każdym śnie widzę jego. Czasem stoi przy mnie, czasem jest daleko, czasem ktoś o nim mówi. Ale on nie mówi nic. Nigdy się nie odzywa. Jakby tym milczeniem chciał mi coś przekazać. Każdej nocy budzę się kilka razy. A kiedy zasypiam, znów wracam do tego samego snu. I tak wygląda każda noc. Każda kolejna noc. I każdy kolejny dzień. I ja wiem, że to się nie skończy. Ja wiem, że z własnej woli straciłam kogoś, kto naprawdę chciał coś zbudować. A ja zamiast oprawić ten zapis w ramkę, zgniotłam go i wyrzuciłam do kosza. I teraz do końca życia to jedno uczucie będzie już ze mną. Będzie w każdej kawie, w każdym ubraniu, każdej minucie podczas pracy i w każdym śnie.Rozdział 6 Zakazane myśli matek

Tego nie powinnam nigdy mówić. Tego nie powinnam nigdy nawet napisać. Powinnam spalić tą stronę.

Ale co mam zrobić, jeśli właśnie takie myśli mam w głowie? Powinnam się ich pozbyć. Powinnam coś z tym zrobić. To jest złe. Nieodpowiednie. Zostanę ukarana za to, że tak myślę. Pewnie jutro uderzę się w mały palec u stopy, albo w łokieć, albo co gorsze, potknę się na schodach. Takie myśli nie powinny pojawiać się w głowie matki. Nigdy.

A jednak są. I może jeśli je zapiszę, to zostaną już tylko tutaj, a z głowy znikną? I spalę tą kartkę i pozbędę się ich na zawsze. Brzmi jak dobry plan.

Jednak słyszeć w głowie jest łatwiej. Kiedy coś jest zapisane, zaczynam być prawdą. A ja nie chciałam, żeby prawdą było to, że mam takie uczucia. Że uważam, że moja córka coś w moim życiu blokuje. Że mając ją, mam mniej dookoła, mniej poza nią. Że gdyby nie ona, mogłabym mieć stabilność, wolność, spokój, no i jeszcze mniej problemów. Bo gdyby nie dziecko, nie miałabym takich problemów. Że każda decyzja jest przesiewana przez złote sitko, które przepuszcza do miski tylko to, co rozsądne i dobre dla niej. Ale nie zawsze dla mnie. Że wyjścia na miasto, wyjścia w weekendy, poranne bieganie i nocne spacery zbijają się w grudki jak cukier puder, który za długo stoi w szafce i zostają na sitku. A kiedy próbuję je rozbić, żeby wpadły do miski, zamieniają się w słodki pył rozsądnej, zwykłej, pudrowo białej codzienności. Takiej bez połysku.

Pisanie nie pomogło. Myśli zostały. Wyostrzone. I pozbawione cukru. Bo użyłam go do biszkoptu. Który oczywiście nie wyszedł. Ani odrobinę mnie to nie dziwi. Tak to jest, kiedy malarz próbuje śpiewać.Rozdział 7 Jak liście jesienią

Siedzę przy tym samym biurku co zawsze. Kiedyś nie mogłam się od niego oderwać. Dziś powinnam przykleić tyłek do fotela, bo inaczej nie dokończę tego, co muszę zrobić na już. Zastanawiam się, co się zmieniło i dlaczego. Dlaczego nagle to co robię nie daje mi szczęścia. Szukam siebie między folderami na komputerze. Szukam siebie w zdjęciach z imprez, które tak kochałam organizować. Szukam siebie w skrzynce mailowej. Ale tam mnie nie ma. A może nie wiem, kogo szukam? Nie wiem już kim jestem.

W ostatnich miesiącach zmieniłam się tak bardzo, jak liście jesienią. One codziennie wyglądają inaczej. Każdego dnia każdy z nich delikatnie zmienia barwę. Jedne stają się żółte od razu. Inne delikatnie przechodzą z zielonego do żółtego tuż przy unerwieniu, jakby bały się zżółknąć od razu całe. Inne szybko stają się pomarańczowe. A jeszcze inne od razu wpadają w odcienie czerwieni i brązu. Ale coś je wszystkie łączy.

Wszystkie spadają.Rozdział 8 Ta wyjątkowa klientka

Po wielu dniach złożonych z niczego. A właściwie to wszystkiego tego, z czego musiały być złożone, przyszedł czas na jeden dzień, który był czymś. Już nie niczym. Jeden mały błysk pośród trzasków. Tak jak każdego ranka, wstałam, wypiłam kawę, szybkie wyjście do przedszkola, komputer, maile. I nagle błysk.

Mail od niej. Od tej dziewczyny, z którą najbardziej lubię pracować. Ja jestem wirem pomysłów, ja wiem. Ale to co ona robi, to już rozwala mi rutynę. Zawsze chce coś zrobić inaczej niż standardowo, zawsze planując z nią mam najwięcej radości z pracy. Ostatni raz, kiedy tworzyłyśmy coś razem, byłam na zupełnie innym etapie niż teraz. To wtedy do mojego życia wrócił on. Na jednej z jej imprez. To wtedy wszystko zaczęło się rozpadać.

Zawsze kiedy jestem na jakiejś wycieczce i widzę wieżę widokową, bardzo chcę na nią wejść. Ale kiedy już wchodzę, czuję jak trzęsie się pode mną. Kiedy stawiam krok, przestrzeń wokół wiruje. Schody niby są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Czuję, jak wiatr je przestawia. A ja idę. A na samej górze, patrząc przed siebie, widzę wszystkie swoje możliwości. Widzę kierunki, w które mogę pójść. Widzę drogi, które na mnie czekają. I jednocześnie wiem, że będę mogła ruszyć dopiero wtedy, kiedy wieża się zawali.Rozdział 9 Zwykły dzień

Odkąd dostałam propozycję tego projektu, dosłownie odżyłam. Inne sprawy przestały mnie męczyć. Nagle każdy mail przestał być za wysokim stopniem dla moich nóg. Nagle praca była łatwiejsza. Bo wiedziałam, że po nudnych tabelkach, w końcu trafię do dokumentu z zarysem, jak ma wyglądać ten dzień. To mi dawało małą ekscytację każdego dnia. Trochę jak te mini ciasteczka, które dostajesz w kawiarni do kawy. Niby malutkie, ale dają uśmiech.

Dziś wstałam wcześniej. Szybciej podniosłam się z łóżka. Już nie musiałam się zbierać do pracy trzy godziny. Kupiłam nowy zeszyt. Już dawno nie miałam nowego notatnika. Już dawno nie pisałam. Chyba nie musiałam. Zawsze musiałam pisać, żeby móc robić cokolwiek innego. A teraz już nie muszę.

Siedziałam odhaczając kolejne zadania, wyglądając przez okno, słuchając muzyki, jak zawsze odrobinę za głośno. I poczułam, że tak mógłby wyglądać każdy mój dzień. Zwyczajnie i prosto. Spokojnie.

Tylko nadal były rzeczy, które nie dawały mi spokoju. Widok za oknem nie był ten. A wieczory były zbyt ciche.

Kiedyś marzyłam o zwykłości. O spokoju i stabilności. I kiedy przyszła, zobaczyłam coś, co chowało się za chaosem za długo. Samotność. Zwykła samotność w zwykły dzień.Rozdział 10 Nietłukący talerz

Chyba łatwiej jest okłamywać samego siebie niż innych. Jeśli próbuję kłamać, to się w tym gubię. Nie pamiętam, kiedy coś powiedziałam nie tak, jak było. Więc czasem zamiast kłamać, milknę. Nie mówię nic, bo to łatwiejsze.

Tylko to też ma swoje konsekwencje. Bardzo duże. W taki sposób oszukujesz sama siebie. Stajesz jak przed lustrem, patrzysz w swoje oczy i kłamiesz bez mrugnięcia. Wmawiasz sobie, że nie ma czegoś, co jest. I wierzysz we wszystko. Do czasu.

Przychodzi ten dzień, kiedy stajesz przed lustrem, tak jak każdego innego ranka i mówisz pierwsze kłamstwo. A ono odbija się od szyby i uderza w Ciebie, jak odłamek lustra. Mówisz kolejne i dostajesz kolejne ukłucie. I nagle czujesz w sobie tak dużo odłamków szkła, jak po stłuczeniu nietłukącego talerza, który każde z nas ma w domu. Te odłamki zbierały się latami. A może od zawsze.

Patrzysz w swoje oczy i już wiesz, że nie ma miejsca na kolejne drobinki szkła. One zajęły już całe ciało. Nie ma miejsca na kolejne kłamstwa. Teraz musisz zobaczyć prawdę. I musisz powiedzieć ją sama sobie.Rozdział 11 Drzwi z numerem 3

Co właściwie się stało tamtego dnia? Nie wiem. Stałam pod jego drzwiami. Trzymałam rękę w górze. Oddech leciał jak szybowiec. A ja poleciałam razem z nim.

Po schodach w dół klatki schodowej.

Nie wiedziałam dlaczego. Nadal nie wiem. Przecież za drzwiami było dokładnie to, czego chciałam całe swoje życie. Albo przynajmniej ostatnie kilka lat. A ja od tak zawróciłam i uciekłam. Myślałam, że to przez strach, przez brak odwagi. Ale jeden mały głos w głowie powiedział mi, że robię dobrze. Jak dobrze? Jak można mówić, że dobrze jest odpuścić kogoś, kto był dla Ciebie kimś tak ważnym.

A jednak zbiegłam na dół. Otworzyłam drzwi od klatki. Wybiegłam na deszcz i biegłam aż do chwili, kiedy schowałam się za rogiem budynku. Przede mną była kałuża. A w niej moje odbicie. Krzywe, słabo zarysowane, brudne, z szarymi już od błota liśćmi. W głębi siebie wiedziałam, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji. Ale na zewnątrz czułam się gorzej niż wyglądałam w kałuży. Czułam, że tracę swoje życie. Tylko jak możesz stracić coś, czego już i tak nie masz?Rozdział 12 Skreślona dobra odpowiedź

Długo nie mogłam sobie wybaczyć tego, że nie zapukałam. Chciałam napisać wiadomość. Wysłać list. Wszystko, co pisałam, chowałam w drewnianym pudełku na regale. Raz poszłam na pocztę. Ale zapomniałam portfela. Poczułam wtedy ulgę. Jak można czuć ulgę tracąc?

A jednak zrobiłam to. Najpierw nieświadomie, później z pełną świadomością. Pisałam i chowałam. Później pisałam i wyrzucałam lub kasowałam. Aż w końcu przestałam pisać i zostały tylko myśli. Krążyły w głowie jak fusy, kiedy za mocno zamieszasz kawę. Albo za szybko wlejesz mleko.

Myśli biły się w środku mnie, jakbym była jakąś areną walki w starożytnym rzymie. Jedna zawsze musiała wygrać. Druga umrzeć. Tylko, że one były jak koty. Miały 9 żyć. Raz wygrywała jedna, raz druga. A ja nie potrafiłam robić nic, co by miało siłę zatrzymać walki. Jednego dnia chciałam jechać z płaczem pod jego drzwi. Drugiego nigdy w życiu go nie zobaczyć.

Jakiego dnia… co godzinę była zmiana. Tylko nigdy nic nie zrobiłam. Obserwowałam walki, próbując być jednocześnie obecną w rzeczywistości. I zawsze kiedy słyszałam dźwięk końca każdej z nich, sięgałam po chusteczkę, albo po klucz od mieszkania. Bo każdy koniec walki miał skutki we mnie.

Miesiącami czułam się tak, jakbym pisała maturę. Pierwsze pytania były łatwe. Ale to ostatnie zatrzymało czas. Ciągle skreślałam odpowiedzi. Ciągle zmieniałam. Któraś z nich była dobra. Musiała być. A ja nie wiedziałam która. Nie rozumiałam, dlaczego nie mogę tego wiedzieć, dlaczego muszę błądzić i szukać. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek ją poznam.Rozdział 13 Po największej burzy

Tak myślę, że czasem nie najtrudniejsze jest to, że ktoś może nas zranić. W końcu łapiemy odporność. Delikatne ciosy przestają nas ruszać. Później te mocne też tracą siłę. Ale pojawia się coś trudniejszego. Podejmowanie decyzji. Bo czasem własne decyzje są trudniejsze niż ciosy z zewnątrz. Bo wtedy musimy reagować. Nie mamy żadnego wyboru. Wybór jest trudniejszy niż konieczność. Wybór oznacza, że nie ma na kogo przenieść odpowiedzialności. Zostaje na nas samych.

Bo kiedy burza ustaje i zostaje cisza, kiedy nic nie zmusza nas do szukania schronienia, kiedy nic nie zmusza do walki, to jesteśmy tylko my. Brak decyzji nie jest brakiem decyzji. On jest ucieczką przed samym sobą. Przed swoją odwagą. Przed marzeniami. Przed lękiem. Przed prawdą. Brak decyzji jest decyzją. Zawsze.Rozdział 14 Słońce zza chmur

Kiedy od lat robisz coś według schematu, który Cię trzyma w bezpieczeństwie. Dobra, nie szalejmy ze słowami. W złudzeniu bezpieczeństwa? Nadal nie gra. Może w ułożonym równiutko złudzeniu życia lepiej zabrzmi? To wtedy naprawdę zaczynasz czuć spełnienie. Drobne sukcesy, gratulacje i podziękowania pokazują, że to co robisz ma sens. I Ty go widzisz. Bo nie masz wyjścia.

I nagle, jednego dnia potykasz się o dywan. Okazuje się, że pod nim był schowany klucz. Wyjście nagle jest. A bezpieczeństwo okazuje się iluzją. Zaczyna boleć. Zaczyna wydawać dźwięki o częstotliwości, którą już słyszysz. Wcześniej tylko wibrowała.

Za tymi nowo otwartymi drzwiami są ciemne chmury. Jedna zasłania drugą. Wyglądają jakby ktoś na kadr nałożył sepię. Zero błękitu w oddali. Im dłużej patrzysz, tym głębsza szarość. Kiedy zaczynasz widzieć coś, co przypomina czerń, wyłania się jeden promyk. Jeden jasny przebłysk. Słońce daje znać, że gdzieś tam jest. Schowane, ale osiągalne.

Tym promieniem był dla mnie nowy projekt. Nietypowy, wymagający, ciężki do spięcia i z małym budżetem. Dzięki niemu poczułam, że wraca do mnie sens mojej pracy. Że znów mogę w nią włożyć całą siebie. że to nie będzie kolejny maraton. Ani strata. Ani upychanie się w za małej skrzyni. To będzie przechodzenie przez chmury z latarką. szukanie chwili, kiedy jej światło i promień słońca się przetną.Rozdział 15 Labirynt

Wyobraź sobie, że wchodzisz do labiryntu. Nie takiego z poziomem trudności dla 5 latka. Takiego dla mistrza. I wiesz, że gdzieś w środku jesteś Ty. Nie wiesz jak wyglądasz, nie wiesz jaki jesteś, nie wiesz jak siebie rozpoznać. Bo nie wiesz, kim teraz jesteś.

Szukasz, błądzisz, na końcu każdego tunelu jest ściana. I prześwit. Wiesz, że z innej strony może być przejście. Nie wiesz tylko jak trafić do siebie. Nie czujesz zapachów, nie widzisz cieni, nie słyszysz dźwięku. Musisz szukać bez podpowiedzi. Bez tropu.

Tak czułam się czytając zapytania o moją ofertę. Nie wiedziałam, które są dla mnie, a które były dla dawnej mnie. Nie wiedziałam jak podjąć decyzję, czy je wybieram, czy się zgadzam. Nie wiedziałam, które z nich będą mogły dać mi jakieś emocje. A które z nich będą bezpieczną klatką.

Latami myślałam, że coś jest ze mną nie tak, skoro nie umiem planować. Jeszcze bardziej wtedy, jeśli nie umiem trzymać się planu. Szukałam poradników, jak uczyć się planować. Jak trzymać dyscyplinę. Jak realizować cele. Widziałam w tym jedyną drogę.

Tylko co z tego, że robiłam plan, skoro planując miałam w tym emocje. A za kilka dni, kiedy plan stawał się odległy, emocje mnie nie dogoniły, tylko jechały w innym pociągu niż ja. Wtedy, w takie dni, zostawałam pod kołdrą, żeby ochronić się przed pretensjami do samej siebie. Nie rozumiałam, dlaczego nie umiem trzymać się własnego planu. Latami walczyłam i latami obrywałam sama od siebie.

Teraz tego nie robię. Nie umiem. Jeśli nie mam czymś emocji, to tego nie zrobię. Chodząc po domu owijam się kołdrą. Pracuję leżąc pod kołdrą. Nawet na spacer najchętniej bym wyszła owinięta w kołdrę, żeby tylko nie czuć pocisków, które w siebie kieruję. Nie wiem, jak przestać strzelać.

Może dowiem się wtedy, kiedy przejdę labirynt?Rozdział 16 Ping pong

Wiele razy szukałam kogoś, kto mi pomoże. Mentorów, psychologów, terapeutów. Ale każdy patrzył na mnie i mówił banały. Po wyjściu czułam się jeszcze gorzej niż przed wejściem. Chyba myślałam, że wejdę, coś powiem, resztę ktoś sobie dozobaczy sam, poda diagnozę, da proste trzy rozwiązania i wyjdę jak nowa ja. Bez kiwnięcia palcem.

Tylko wiesz, najlepsza terapia nie da nic, jeśli Ty nie chcesz zrobić nic. Jeśli bronisz dawnego siebie i odbijasz czyjeś słowa jak piłeczkę do ping ponga. Dobra, nie umiem odbijać, więc odbijały się ode mnie same. Nawet nie czułam tych odbić, bo za mocno nadbudowałam sobie zbroję małej roztrzęsionej mnie. Takiej, która lubi być mała, bo tym się tłumaczy. Taka jestem i tyle. Taka już będę.

I wiesz, kiedy to się zmieniło? Wtedy, kiedy przestałam się w sobie mieścić. Kiedy nie mogłam znaleźć zbroi w odpowiednim rozmiarze. Kiedy musiałam stanąć przed lustrem bez niej. Zobaczyłam, że urosłam. Tak jak dziecko znajomej, której nie widziałeś dwa lata. Czujesz, jakby minęła chwila, a to dziecko jakieś takie duże.

Przestałam mieć wyjście. Przestałam mieć drogę powrotną. Musiałam iść dalej i rosnąć dalej. I przestałam się mieścić w przestrzeni, która mnie otaczała. Zobaczyłam to pierwszy raz, ale tylko na ułamek sekundy. Potem odwróciłam się od lustra, żeby jeszcze trochę poudawać, że jestem mała.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij