Kierunek Anglia - ebook
W czerwcu 1940 r., w obliczu klęski Francji, gen. Sikorski udał się do Londynu, gdzie z Winstonem Churchillem uzgodnił ewakuację wojsk polskich do Wielkiej Brytanii. Choć tylko część akcji przebiegła planowo, pozwoliła uratować wielu żołnierzy.
Książka opisuje dramatyczne losy Polaków, którzy różnymi drogami docierali na Wyspy lub do krajów pod ich panowaniem.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18734-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Szesnasty dzień czerwca 1940 roku dobiegł końca. Nad Burgundią zapadła noc. Na granatowoczarnym niebie zabłysły pierwsze gwiazdy.
Było parno i duszno. Powietrze zastygło w bezruchu. Bezsilnie obwisły liście zmordowanych dziennym upałem drzew, gęsto porastających oba pobocza pnącej się stromo w górę szosy. Panowała cisza. I z nagła ciszę tę zakłócił głęboki pomruk pracujących na wolnych obrotach silników oraz metaliczny klekot gąsienic. Zza zakrętu wypełzał powoli stalowy wąż czołgów R-35¹. Było ich zaledwie siedemnaście. Resztka 1 batalionu pancernego, który już niemal od tygodnia drogo sprzedawał swą skórę w ostrych starciach z Niemcami, walcząc na polach Szampanii i Burgundii w składzie 10 Brygady Kawalerii Pancernej pod dowództwem generała Stanisława Maczka.
A działo się to w czasie, kiedy nad Francją zawisło widmo nieuchronnej klęski. W wyniku tak zwanej drugiej ofensywy, rozpoczętej 10 czerwca, nieprzyjaciel przedarł się na głębokie tyły wojsk francuskich, okrążył od zachodu Szampanię i Burgundię, zamykając w ten prosty sposób siły przeciwnika w gigantycznym worku.
Zorganizowany opór jednostek francuskich przestał praktycznie istnieć. Front pękał w coraz to innym miejscu. Rozproszone oddziały tarasowały szosy i miotały się bezradnie niby zające pędzone przez myśliwych z miejsca na miejsce w łowieckim kotle.
W powietrzu ani jednego alianckiego samolotu. Lotnictwo niemieckie niepodzielnie panowało w przestworzach. Dzień po dniu z nieba sypały się bomby, a długie serie pokładowej broni maszynowej bezlitośnie kosiły całe gromady uciekinierów. Istne jatki.
W niemieckim worku znalazła się również polska 10 Brygada Kawalerii Pancernej, wepchnięta tam bezmyślną decyzją francuskiego dowództwa. Co prawda, gdyby Polacy, widząc jak wygląda sytuacja, natychmiast, unikając walki, pełną mocą silników pognali za Kanał Burgundzki, mieli szansę wyrwać się z okrążenia i wziąć udział w ewentualnej bitwie obronnej nad Loarą. Mogli również myśleć o dotarciu na wybrzeża morskie, by stamtąd ewakuować się do francuskiej Afryki Północnej lub na teren Wielkiej Brytanii.
Pierwszą ofensywę rozpoczęli Niemcy 10 maja 1940 r. W jej wyniku padły Holandia i Belgia, a ekspedycyjne siły brytyjskie zepchnięte zostały na brzeg Morza Północnego, na plaże pod Dunkierką.
Ale generał Maczek nie podjął takiej decyzji, choć w tym katastrofalnym momencie byłaby ona chyba najsłuszniejsza. Żołnierskie sumienie nie pozwoliło mu opuścić Francuzów w potrzebie, tym bardziej że przecież lwią część obsady brygady stanowili żołnierze kampanii wrześniowej, którzy przeróżnymi drogami dotarli do Francji, aby u jej boku nadal walczyć z Niemcami. I czynili to właśnie teraz z niezwykłą determinacją. Zadawali wrogowi ciężkie straty, osłaniając lub ubezpieczając na swoim kierunku odstępujące w popłochu oddziały francuskie. Udowadniali światu, że Polacy nigdy nie złożą broni i walcząc we Francji umierają za Polskę. Czyż mógł więc generał postąpić inaczej?
Dopiero po pięciu dniach zaciętych bojów, gdy okazało się, iż właściwie nie ma kogo osłaniać, generał Maczek postanowił przebić pierścień okrążenia, sforsować Kanał Burgundzki, następnie zaś podjąć próbę dotarcia nad Loarę. Niezwłocznie zatem ruszono na południe, nie zwracając już uwagi na gromady nierzadko podchmielonych „poilus”², wędrujących zazwyczaj bez broni, obwieszonych natomiast bidonami z rekwirowanym po okolicznych farmach winem.
Wieczorem 15 czerwca brygada przekroczyła Sekwanę w pobliżu płonącej po niedawnym nalocie miejscowości Bar-sur-Seine i w najbliższym kompleksie leśnym zapadła na krótki odpoczynek. Tu pojawił się znienacka dowódca francuskiej 42 Dywizji Piechoty. Młody i energiczny, robił wrażenie bojowego oficera. Takiego Polacy od dawna nie widzieli. A gdy na domiar oświadczył, że jego dywizja zamierza sforsować kanał, generał Maczek natychmiast zaoferował współdziałanie.
Obaj dowódcy ustalili, że 10 Brygada jako straż przednia 42 Dywizji uchwyci przeprawę w przytulonym do kanału miasteczku Montbard i utrzyma ją aż do nadejścia dywizyjnych oddziałów, które wydłużą wysiłek Polaków.
Zgodnie z powziętym planem 10 Brygada przeszła nocą do lasów Chaource, a jej dotychczasowe miejsce postoju zajęły nadchodzące jednostki francuskie. Przed świtem Polacy zatrzymali się w pobliżu imponującego pałacu, na oko nie mniejszego chyba niż Zamek Królewski w Warszawie. Wokół ani żywego ducha. Wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy w popłochu opuścili rezydencję, pozostawiając ją na pastwę losu.
W niewielkim, skrytym wśród drzew domku nieopodal pałacu zebrali się na odprawie wszyscy dowódcy brygadowych oddziałów.
– Panowie, przed nami bitwa o przeprawę w Montbard – rozpoczął generał Maczek. – Do przejścia mamy ponad sześćdziesiąt kilometrów. Kapitanie Kocot – tu zwrócił wzrok na intendenta brygady – jak stoimy z benzyną?
– Bardzo źle, generale. Na tym, czym dysponujemy, nie ujedzie się więcej niż trzydzieści kilometrów, a w najbliższym rejonie nie zdobędziemy ani litra paliwa. Dalsze punkty zaopatrzenia też nie wchodzą w grę. Są odcięte lub już opanowane przez nieprzyjaciela.
Chwila namysłu i dowódca brygady, obrzucając obecnych przenikliwym spojrzeniem, rzekł twardo:
– Musimy mieć paliwo, a skoro brak innych źródeł zaopatrzenia, rozkazuję zniszczyć natychmiast część samochodów i czołgów. Uzyskaną w ten sposób benzynę należy przelać do wozów, które pójdą do walki. W każdym z nich powinien być zapas przynajmniej na sto kilometrów marszu. Nie ma pytań? Wykonać!
W wyniku tej dramatycznej decyzji z 1 batalionu pancernego ocalała tylko jedna kompania, dowodzona przez kapitana Władysława Iwanowskiego, czyli siedemnaście z prawie pięćdziesięciu czołgów, które wyruszyły na front w Szampanii. Pozostałe zmotoryzowane oddziały brygady poniosły nieco mniejsze straty z tej prostej przyczyny, że pojazdy kołowe nie zużywają tak wiele paliwa jak czołgi. Skądinąd łatwo się domyślić, iż każdy żołnierz, biorący udział w tej nader przykrej operacji, miał uczucie, jakby sam sobie odcinał rękę lub nogę.
Od wczesnego ranka 16 czerwca polska brygada mozolnie przebijała sobie drogę poprzez rozliczne zatory i gigantyczne korki. Na czele kolumny szły czołgi, za nimi jechał generał Maczek ze swoim sztabem, a dalej szwadron zmotoryzowanych ułanów, zwanych z francuska dragonami³, pluton armatek przeciwpancernych i pluton saperów. Nieco z tyłu ciągnęły pozostałości dywizjonu dragonów, dywizjonu przeciwpancernego i kompanii saperów, a na samym końcu bateria dział przeciwlotniczych, niestety już bez amunicji.
Im bliżej wieczora, tym szybciej pustoszała szosa. Francuscy żołnierze i uchodźcy cywilni spływali gdzieś w teren bocznymi drogami. Widomy znak, że tuż, tuż mogą być Niemcy. Istotnie byli – i to nawet całkiem blisko, bo właśnie w Montbard. Donieśli o tym uciekinierzy z miasta, informując zarazem, że północny wlot do tej miejscowości zamyka solidna barykada.
Dowiedziawszy się o tym, dowódca brygady świadomie zrezygnował zarówno z ubezpieczenia, jak i rozpoznania. Postanowił zdobyć miasto i most przez zaskoczenie. Rozkazał przeto czołgom podejść pod osłoną nocy jak najbliżej barykady, roznieść ją raptownym uderzeniem, stłamsić gąsienicami i ogniem jej obronę, po czym, jadąc na karkach Niemców, uchwycić most oraz przyczółek na drugim brzegu kanału. Wespół z czołgami do boju mieli pójść spieszeni dragoni i pluton saperów.
Nic zatem dziwnego, że porucznik Ludomił Śląski, dowódca pierwszego plutonu, wychylony niemal do połowy ciała z pancernej wieży, wpijał oczy w ścielącą się przed czołgiem ciemność – a nuż w pobliżu zasiadły niemieckie ubezpieczenia? To samo czynił jego kierowca, kapral Wacław Soja, wytknąwszy głowę przez uchylone okienko w czołowej ścianie kadłuba pojazdu. Uzasadniona czujność, bo przecież za szczytem najbliższego pagóra, u podnóża ostro opadającego w dół zbocza, cel natarcia – Montbard, a przed nim ta cholerna barykada…
Śląskiemu brzmiały jeszcze w uszach słowa dowódcy brygady, skierowane do żołnierzy na ostatnim krótkim postoju:
– Czołgiści, od was zależą losy bitwy i nas wszystkich – powiedział generał. – A więc w imię Boże, naprzód!
Nerwy napięte jak struny. Porucznik zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, którą go obarczono. To właśnie jego czołg, jako pierwszy, ma zwalić się na barykadę i otworzyć drogę dla pancernych plutonów podporucznika Romana Sikory i podporucznika Tomasza Kostucha, popularnego wśród czołgistów „Tomka”.
Dookoła czerń nocy. Czołgi powolutku pełzną ku Montbard. Usiłują czynić to jak najciszej. A nuż uda się zaskoczyć Niemców strzegących barykady. Kto bowiem wie, czy przypadkiem nie podsypiają, mniemając, że Francuzów nie stać już na żaden atak, a tym bardziej na brawurowe nocne natarcie, i to w dodatku czołgami.
Do przebycia jeszcze kilkadziesiąt metrów. Porucznik Śląski dostrzega już zarysy barykady, gdy nagle spoza niej tryskają w górę oślepiająco białe rakiety i mkną ku czołgom roje świetlistych pocisków. Grzmi także działko przeciwpancerne.
Nie ma na co czekać. Kapral Soja mocno zwarł dłonie na dźwigniach kierowniczych, wbił plecy w oparcie siedzenia i gwałtownie docisnął pedał gazu. Maszyna niby koń dźgnięty ostrogą skoczyła do przodu i runęła na barykadę. Za nią poszły następne. Teraz lawina ognia spada na zaskoczonych i przerażonych Niemców, miażdżą ich gąsienice czołgów, kłują bagnetami spieszeni dragoni biegnący w ślad za pancernymi wozami. Po gwałtownym i krwawym starciu, gnając na karkach niedobitków, czołgiści wdarli się do miasta.
Major Hans Vogel, dowódca batalionu z 66 pułku 1 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej (tej samej, która razem z 4 Dywizją Pancerną uderzyła we wrześniu 1939 roku na Warszawę), rozparty wygodnie w pluszowym fotelu, będącym do niedawna własnością mera, czyli burmistrza Montbard, sięgnął po wysmukły kieliszek. Pociągnął spory łyk ciemnorubinowego burgunda i cmoknął z zadowoleniem.
– A po diabła! Ci Francuzi naprawdę wiedzą, co dobre, a ten mer miał wcale zasobną piwniczkę. Nieźle, że umknął, nie będzie kłopotów z rekwizycją wina. A swoją drogą warto by wiedzieć, który to rocznik, i posłać Frau Heldze Vogel do Hanoweru kilka omszałych butelek.
Był pewien, że taka okazja wkrótce się nadarzy, gdyż jego zdaniem lada moment powinien nastąpić koniec wojny. Francuzi nie stawiają już przecież właściwie żadnego oporu i do niewoli idą jak barany. Ot, choćby jego batalion. Od dwóch dni jest w pierwszym rzucie, a żołnierze nie zdążyli nawet porządnie postrzelać. Za to byle patrol motocyklistów doprowadza bez przeszkód całe gromady jeńców. Nie warto nawet zaprzątać sobie tym głowy, lepiej pomyśleć o jakiejś milutkiej Francuzeczce i w jej towarzystwie raczyć się tak wspaniałym winkiem…
Energiczne stukanie do drzwi sprowadziło dowódcę na ziemię.
– _Herein_! – warknął niechętnie, zły, że mu przerwano miłe sam na sam z burgundem.
– _Herr Major_, melduję… – rozpoczął służbiście sprężony jak struna leutnant Lothar Koenig, adiutant dowódcy batalionu.
– Dość, Lothar! – machnął ręką zniecierpliwiony major. – Gadaj krótko, o co chodzi.
– Jutro rano, godzina dziewiąta, odprawa u szefa sztabu pułku.
– Dobrze, przyjąłem do wiadomości. Poza tym co słychać, poruczniku? Spokojnie?
– Jawohl, Herr Major. Żadnych rewelacji. Przed dwudziestu minutami wróciły z przedpola patrole motocyklistów. Meldują, że w promieniu kilku kilometrów od miasta nie widzieli ani jednego człowieka. Na drogach cisza.
– Przewidywałem taką właśnie sytuację. Zwiedzieli się już, że siedzimy w Montbard, i próbują zmykać w innym kierunku. Możemy odpoczywać. Dla porządku sprawdzić jeszcze, czy czuwają ubezpieczenia, i spać. To wszystko, Lothar, dobranoc.
Po odejściu adiutanta dowódca ponownie zagłębił się w burmistrzowskim fotelu i podniósł do ust kieliszek. Myślami powrócił do swojej Helgi, do zielonego ogródka w Hanowerze. Rozmarzyło go wino, z wolna opadły powieki i nie wiedzieć kiedy zapadł w sen.
Nie spał jednakże zbyt długo. Gwałtowna strzelanina poderwała go na równe nogi. Gdzieś na północnym krańcu miasta szalały karabiny maszynowe, biły działka.
– _Herr Major_, nieprzyjaciel sforsował barykadę, wdziera się w ulice! Są czołgi i piechota! – niemal krzyczał adiutant, który tym razem bez pukania wtargnął do pokoju dowódcy.
To na pewno nie są Francuzi – pomyślał major, wypadając z pistoletem w dłoni na ulicę. Istotnie, w chwilę później jego przypuszczenie potwierdził meldunek z rejonu walki. Atakują Polacy! I któż wie, czy to nie ta Panzerbrigade, przed którą parę dni temu podczas odprawy ostrzegał sam oberst.
– _Donnerwetter_! Że też ja znowu musiałem się na nich natknąć! – zaklął Hans Vogel, mający jeszcze w pamięci zażarte boje na przedmieściach Warszawy i tych kilku wziętych tam do niewoli żołnierzy, których wbrew międzynarodowym prawom kazał dla postrachu natychmiast rozstrzelać.
Tymczasem czołgi Śląskiego, Sikory i Kostucha robiły nieprawdopodobne piekło na ulicach Montbard. Tempo natarcia nie malało. Pancerniacy, prąc nieustannie do przodu, bezlitośnie rozjeżdżali niemieckie stanowiska, dziesiątkowali obronę ogniem karabinów maszynowych i działek.
Ale strzelanie z czołgu w nocnych ciemnościach, w dodatku celnie, było nie lada sztuką – nie znano przecież jeszcze noktowizorów. Dowódca pancernego pojazdu, pełniący zarazem funkcję strzelca, mógł określić stanowisko nieprzyjaciela niemal wyłącznie po błyskach jego wystrzałów. Musiał to czynić gołym okiem, patrząc przez szczeliny obserwacyjne w obrotowej kopułce wieży lub wychyliwszy się po prostu z włazu. Ta ostatnia metoda była znacznie skuteczniejsza, aczkolwiek bardziej niebezpieczna. W każdej chwili groziła utratą życia lub zranieniem, bo pociski niemieckie gęsto łomotały po pancerzach. Mimo to Polacy ją właśnie stosowali.
Podporucznik Kostuch przez lunetę celowniczą czy nawet szczelinę w kopułce niewiele widział w ciemnym wąwozie ulicy. Strzelał niejako na pamięć. Dopiero kiedy wychylił się z wieży, dostrzegł na tle ściany jednego z domów ciemniejszą sylwetę przyczajonego samochodu pancernego. Błysnęła seria, ale nim pociski dobiegły do jego wozu, zdążył zniknąć we wnętrzu i skierować lufę działka w zapamiętanym kierunku. Dwa strzały. Pierwszy, niestety, chybiony, dopiero drugi grzmotnął w sam środek kadłuba samochodu. Buchnął płomień. Załoga wyskoczyła z palącej się maszyny, ale nie udało jej się ocalić życia, bo tuż obok znaleźli się, idący właśnie do szturmu na bagnety, spieszeni dragoni.
W podobny sposób walczył porucznik Śląski, ale jemu szczęście nie dopisało. Nie zdążył w porę schronić się w wieży i ranił go w lewą pierś odłamek rykoszetującego od pancerza pocisku.
Niemcy zostali wyparci z miasta, ale z oporu nie rezygnowali. Przeciwnie. Minęło już pierwsze oszołomienie wywołane raptownym uderzeniem i teraz, kryjąc swój odwrót gęstym ogniem, wycofywali się za kanał i tam, na południowym brzegu, organizowali twardą obronę.
Mimo ogniowej zapory czołgi parły ku przeprawie. Polacy ciągle jeszcze wierzyli, że przedostaną się na drugą stronę kanału. I nagle potężny huk targnął powietrzem, a w niebo buchnął słup płomieni. Niemcy wysadzili most i jednocześnie na drugim brzegu zagrały działka przeciwpancerne. Po chwili do kanonady włączyła się automatyczna armata przeciwlotnicza, zakrywająca seriami świetlnych pocisków nacierające wozy. Nie było innego wyjścia. Musieli Polacy uskoczyć za najbliższe zasłony, by zniknąć z pola widzenia niemieckich artylerzystów.
Generał Maczek wydał rozkaz przerwania walki.
Bez sprzętu przeprawowego nie mogli nawet marzyć o forsowaniu kanału. Nie było zresztą już amunicji, w zbiornikach też chlupotały resztki benzyny, musieli więc czekać na wsparcie idącej za brygadą dywizji francuskiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Czołgi lekkie produkcji francuskiej firmy Renault. Ciężar około 9,8 t. Grubość pancerza do 45 mm. Uzbrojenie: 1 działko kaliber 37 mm i 1 KM kaliber 7,9 mm. Prędkość maksymalna na szosie 19 km/h, w terenie — 12 km/h. Zasięg na szosie do 140 km, w terenie — 80 km. Załoga 2 ludzi.
2. Potoczne, wywodzące się z czasów I wojny światowej, określenie żołnierzy francuskich.
3. We francuskiej armii dawne konne pułki kawalerii zwano _dragons portes_ , nazwę tę przejęli również Polacy.