Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kierunek Anglia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
Audiobook
12,99 zł
1104 pkt
punktów Virtualo

Kierunek Anglia - ebook

W czerwcu 1940 r., w obliczu klęski Francji, gen. Sikorski udał się do Londynu, gdzie z Winstonem Churchillem uzgodnił ewakuację wojsk polskich do Wielkiej Brytanii. Choć tylko część akcji przebiegła planowo, pozwoliła uratować wielu żołnierzy.

Książka opisuje dramatyczne losy Polaków, którzy różnymi drogami docierali na Wyspy lub do krajów pod ich panowaniem.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18734-4
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTATNIE NATARCIE

Szes­na­sty dzień czerwca 1940 roku dobiegł końca. Nad Bur­gun­dią zapa­dła noc. Na gra­na­to­wo­czar­nym nie­bie zabły­sły pierw­sze gwiazdy.

Było parno i duszno. Powie­trze zasty­gło w bez­ru­chu. Bez­sil­nie obwi­sły liście zmor­do­wa­nych dzien­nym upa­łem drzew, gęsto pora­sta­ją­cych oba pobo­cza pną­cej się stromo w górę szosy. Pano­wała cisza. I z nagła ciszę tę zakłó­cił głę­boki pomruk pra­cu­ją­cych na wol­nych obro­tach sil­ni­ków oraz meta­liczny kle­kot gąsie­nic. Zza zakrętu wypeł­zał powoli sta­lowy wąż czoł­gów R-35¹. Było ich zale­d­wie sie­dem­na­ście. Resztka 1 bata­lionu pan­cer­nego, który już nie­mal od tygo­dnia drogo sprze­da­wał swą skórę w ostrych star­ciach z Niem­cami, wal­cząc na polach Szam­pa­nii i Bur­gun­dii w skła­dzie 10 Bry­gady Kawa­le­rii Pan­cer­nej pod dowódz­twem gene­rała Sta­ni­sława Maczka.

A działo się to w cza­sie, kiedy nad Fran­cją zawi­sło widmo nie­uchron­nej klę­ski. W wyniku tak zwa­nej dru­giej ofen­sywy, roz­po­czę­tej 10 czerwca, nie­przy­ja­ciel przedarł się na głę­bo­kie tyły wojsk fran­cu­skich, okrą­żył od zachodu Szam­pa­nię i Bur­gun­dię, zamy­ka­jąc w ten pro­sty spo­sób siły prze­ciw­nika w gigan­tycz­nym worku.

Zor­ga­ni­zo­wany opór jed­no­stek fran­cu­skich prze­stał prak­tycz­nie ist­nieć. Front pękał w coraz to innym miej­scu. Roz­pro­szone oddziały tara­so­wały szosy i mio­tały się bez­rad­nie niby zające pędzone przez myśli­wych z miej­sca na miej­sce w łowiec­kim kotle.

W powie­trzu ani jed­nego alianc­kiego samo­lotu. Lot­nic­two nie­miec­kie nie­po­dziel­nie pano­wało w prze­stwo­rzach. Dzień po dniu z nieba sypały się bomby, a dłu­gie serie pokła­do­wej broni maszy­no­wej bez­li­to­śnie kosiły całe gro­mady ucie­ki­nie­rów. Istne jatki.

W nie­miec­kim worku zna­la­zła się rów­nież pol­ska 10 Bry­gada Kawa­le­rii Pan­cer­nej, wepchnięta tam bez­myślną decy­zją fran­cu­skiego dowódz­twa. Co prawda, gdyby Polacy, widząc jak wygląda sytu­acja, natych­miast, uni­ka­jąc walki, pełną mocą sil­ni­ków pognali za Kanał Bur­gundzki, mieli szansę wyrwać się z okrą­że­nia i wziąć udział w ewen­tu­al­nej bitwie obron­nej nad Loarą. Mogli rów­nież myśleć o dotar­ciu na wybrzeża mor­skie, by stam­tąd ewa­ku­ować się do fran­cu­skiej Afryki Pół­noc­nej lub na teren Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Pierw­szą ofen­sywę roz­po­częli Niemcy 10 maja 1940 r. W jej wyniku padły Holan­dia i Bel­gia, a eks­pe­dy­cyjne siły bry­tyj­skie zepchnięte zostały na brzeg Morza Pół­noc­nego, na plaże pod Dun­kierką.

Ale gene­rał Maczek nie pod­jął takiej decy­zji, choć w tym kata­stro­fal­nym momen­cie byłaby ona chyba naj­słusz­niej­sza. Żoł­nier­skie sumie­nie nie pozwo­liło mu opu­ścić Fran­cu­zów w potrze­bie, tym bar­dziej że prze­cież lwią część obsady bry­gady sta­no­wili żoł­nie­rze kam­pa­nii wrze­śnio­wej, któ­rzy prze­róż­nymi dro­gami dotarli do Fran­cji, aby u jej boku na­dal wal­czyć z Niem­cami. I czy­nili to wła­śnie teraz z nie­zwy­kłą deter­mi­na­cją. Zada­wali wro­gowi cięż­kie straty, osła­nia­jąc lub ubez­pie­cza­jąc na swoim kie­runku odstę­pu­jące w popło­chu oddziały fran­cu­skie. Udo­wad­niali światu, że Polacy ni­gdy nie złożą broni i wal­cząc we Fran­cji umie­rają za Pol­skę. Czyż mógł więc gene­rał postą­pić ina­czej?

Dopiero po pię­ciu dniach zacię­tych bojów, gdy oka­zało się, iż wła­ści­wie nie ma kogo osła­niać, gene­rał Maczek posta­no­wił prze­bić pier­ścień okrą­że­nia, sfor­so­wać Kanał Bur­gundzki, następ­nie zaś pod­jąć próbę dotar­cia nad Loarę. Nie­zwłocz­nie zatem ruszono na połu­dnie, nie zwra­ca­jąc już uwagi na gro­mady nie­rzadko pod­chmie­lo­nych „poilus”², wędru­ją­cych zazwy­czaj bez broni, obwie­szo­nych nato­miast bido­nami z rekwi­ro­wa­nym po oko­licz­nych far­mach winem.

Wie­czo­rem 15 czerwca bry­gada prze­kro­czyła Sekwanę w pobliżu pło­ną­cej po nie­daw­nym nalo­cie miej­sco­wo­ści Bar-sur-Seine i w naj­bliż­szym kom­plek­sie leśnym zapa­dła na krótki odpo­czy­nek. Tu poja­wił się znie­nacka dowódca fran­cu­skiej 42 Dywi­zji Pie­choty. Młody i ener­giczny, robił wra­że­nie bojo­wego ofi­cera. Takiego Polacy od dawna nie widzieli. A gdy na domiar oświad­czył, że jego dywi­zja zamie­rza sfor­so­wać kanał, gene­rał Maczek natych­miast zaofe­ro­wał współ­dzia­ła­nie.

Obaj dowódcy usta­lili, że 10 Bry­gada jako straż przed­nia 42 Dywi­zji uchwyci prze­prawę w przy­tu­lo­nym do kanału mia­steczku Mont­bard i utrzyma ją aż do nadej­ścia dywi­zyj­nych oddzia­łów, które wydłużą wysi­łek Pola­ków.

Zgod­nie z powzię­tym pla­nem 10 Bry­gada prze­szła nocą do lasów Cha­ource, a jej dotych­cza­sowe miej­sce postoju zajęły nad­cho­dzące jed­nostki fran­cu­skie. Przed świ­tem Polacy zatrzy­mali się w pobliżu impo­nu­ją­cego pałacu, na oko nie mniej­szego chyba niż Zamek Kró­lew­ski w War­sza­wie. Wokół ani żywego ducha. Wszystko wska­zy­wało na to, że miesz­kańcy w popło­chu opu­ścili rezy­den­cję, pozo­sta­wia­jąc ją na pastwę losu.

W nie­wiel­kim, skry­tym wśród drzew domku nie­opo­dal pałacu zebrali się na odpra­wie wszy­scy dowódcy bry­ga­do­wych oddzia­łów.

– Pano­wie, przed nami bitwa o prze­prawę w Mont­bard – roz­po­czął gene­rał Maczek. – Do przej­ścia mamy ponad sześć­dzie­siąt kilo­me­trów. Kapi­ta­nie Kocot – tu zwró­cił wzrok na inten­denta bry­gady – jak sto­imy z ben­zyną?

– Bar­dzo źle, gene­rale. Na tym, czym dys­po­nu­jemy, nie uje­dzie się wię­cej niż trzy­dzie­ści kilo­me­trów, a w naj­bliż­szym rejo­nie nie zdo­bę­dziemy ani litra paliwa. Dal­sze punkty zaopa­trze­nia też nie wcho­dzą w grę. Są odcięte lub już opa­no­wane przez nie­przy­ja­ciela.

Chwila namy­słu i dowódca bry­gady, obrzu­ca­jąc obec­nych prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, rzekł twardo:

– Musimy mieć paliwo, a skoro brak innych źró­deł zaopa­trze­nia, roz­ka­zuję znisz­czyć natych­miast część samo­cho­dów i czoł­gów. Uzy­skaną w ten spo­sób ben­zynę należy prze­lać do wozów, które pójdą do walki. W każ­dym z nich powi­nien być zapas przy­naj­mniej na sto kilo­me­trów mar­szu. Nie ma pytań? Wyko­nać!

W wyniku tej dra­ma­tycz­nej decy­zji z 1 bata­lionu pan­cer­nego oca­lała tylko jedna kom­pa­nia, dowo­dzona przez kapi­tana Wła­dy­sława Iwa­now­skiego, czyli sie­dem­na­ście z pra­wie pięć­dzie­się­ciu czoł­gów, które wyru­szyły na front w Szam­pa­nii. Pozo­stałe zmo­to­ry­zo­wane oddziały bry­gady ponio­sły nieco mniej­sze straty z tej pro­stej przy­czyny, że pojazdy kołowe nie zuży­wają tak wiele paliwa jak czołgi. Skąd­inąd łatwo się domy­ślić, iż każdy żoł­nierz, bio­rący udział w tej nader przy­krej ope­ra­cji, miał uczu­cie, jakby sam sobie odci­nał rękę lub nogę.

Od wcze­snego ranka 16 czerwca pol­ska bry­gada mozol­nie prze­bi­jała sobie drogę poprzez roz­liczne zatory i gigan­tyczne korki. Na czele kolumny szły czołgi, za nimi jechał gene­rał Maczek ze swoim szta­bem, a dalej szwa­dron zmo­to­ry­zo­wa­nych uła­nów, zwa­nych z fran­cu­ska dra­go­nami³, plu­ton arma­tek prze­ciw­pan­cer­nych i plu­ton sape­rów. Nieco z tyłu cią­gnęły pozo­sta­ło­ści dywi­zjonu dra­go­nów, dywi­zjonu prze­ciw­pan­cer­nego i kom­pa­nii sape­rów, a na samym końcu bate­ria dział prze­ciw­lot­ni­czych, nie­stety już bez amu­ni­cji.

Im bli­żej wie­czora, tym szyb­ciej pusto­szała szosa. Fran­cu­scy żoł­nie­rze i uchodźcy cywilni spły­wali gdzieś w teren bocz­nymi dro­gami. Widomy znak, że tuż, tuż mogą być Niemcy. Istot­nie byli – i to nawet cał­kiem bli­sko, bo wła­śnie w Mont­bard. Donie­śli o tym ucie­ki­nie­rzy z mia­sta, infor­mu­jąc zara­zem, że pół­nocny wlot do tej miej­sco­wo­ści zamyka solidna bary­kada.

Dowie­dziaw­szy się o tym, dowódca bry­gady świa­do­mie zre­zy­gno­wał zarówno z ubez­pie­cze­nia, jak i roz­po­zna­nia. Posta­no­wił zdo­być mia­sto i most przez zasko­cze­nie. Roz­ka­zał przeto czoł­gom podejść pod osłoną nocy jak naj­bli­żej bary­kady, roz­nieść ją rap­tow­nym ude­rze­niem, stłam­sić gąsie­ni­cami i ogniem jej obronę, po czym, jadąc na kar­kach Niem­ców, uchwy­cić most oraz przy­czó­łek na dru­gim brzegu kanału. Wespół z czoł­gami do boju mieli pójść spie­szeni dra­goni i plu­ton sape­rów.

Nic zatem dziw­nego, że porucz­nik Ludo­mił Ślą­ski, dowódca pierw­szego plu­tonu, wychy­lony nie­mal do połowy ciała z pan­cer­nej wieży, wpi­jał oczy w ście­lącą się przed czoł­giem ciem­ność – a nuż w pobliżu zasia­dły nie­miec­kie ubez­pie­cze­nia? To samo czy­nił jego kie­rowca, kapral Wacław Soja, wytknąw­szy głowę przez uchy­lone okienko w czo­ło­wej ścia­nie kadłuba pojazdu. Uza­sad­niona czuj­ność, bo prze­cież za szczy­tem naj­bliż­szego pagóra, u pod­nóża ostro opa­da­ją­cego w dół zbo­cza, cel natar­cia – Mont­bard, a przed nim ta cho­lerna bary­kada…

Ślą­skiemu brzmiały jesz­cze w uszach słowa dowódcy bry­gady, skie­ro­wane do żoł­nie­rzy na ostat­nim krót­kim postoju:

– Czoł­gi­ści, od was zależą losy bitwy i nas wszyst­kich – powie­dział gene­rał. – A więc w imię Boże, naprzód!

Nerwy napięte jak struny. Porucz­nik zdaje sobie sprawę z odpo­wie­dzial­no­ści, którą go obar­czono. To wła­śnie jego czołg, jako pierw­szy, ma zwa­lić się na bary­kadę i otwo­rzyć drogę dla pan­cer­nych plu­to­nów pod­po­rucz­nika Romana Sikory i pod­po­rucz­nika Toma­sza Kostu­cha, popu­lar­nego wśród czoł­gi­stów „Tomka”.

Dookoła czerń nocy. Czołgi powo­lutku peł­zną ku Mont­bard. Usi­łują czy­nić to jak naj­ci­szej. A nuż uda się zasko­czyć Niem­ców strze­gą­cych bary­kady. Kto bowiem wie, czy przy­pad­kiem nie pod­sy­piają, mnie­ma­jąc, że Fran­cu­zów nie stać już na żaden atak, a tym bar­dziej na bra­wu­rowe nocne natar­cie, i to w dodatku czoł­gami.

Do prze­by­cia jesz­cze kil­ka­dzie­siąt metrów. Porucz­nik Ślą­ski dostrzega już zarysy bary­kady, gdy nagle spoza niej try­skają w górę ośle­pia­jąco białe rakiety i mkną ku czoł­gom roje świe­tli­stych poci­sków. Grzmi także działko prze­ciw­pan­cerne.

Nie ma na co cze­kać. Kapral Soja mocno zwarł dło­nie na dźwi­gniach kie­row­ni­czych, wbił plecy w opar­cie sie­dze­nia i gwał­tow­nie doci­snął pedał gazu. Maszyna niby koń dźgnięty ostrogą sko­czyła do przodu i runęła na bary­kadę. Za nią poszły następne. Teraz lawina ognia spada na zasko­czo­nych i prze­ra­żo­nych Niem­ców, miaż­dżą ich gąsie­nice czoł­gów, kłują bagne­tami spie­szeni dra­goni bie­gnący w ślad za pan­cer­nymi wozami. Po gwał­tow­nym i krwa­wym star­ciu, gna­jąc na kar­kach nie­do­bit­ków, czoł­gi­ści wdarli się do mia­sta.

Major Hans Vogel, dowódca bata­lionu z 66 pułku 1 Dywi­zji Pie­choty Zmo­to­ry­zo­wa­nej (tej samej, która razem z 4 Dywi­zją Pan­cerną ude­rzyła we wrze­śniu 1939 roku na War­szawę), roz­party wygod­nie w plu­szo­wym fotelu, będą­cym do nie­dawna wła­sno­ścią mera, czyli bur­mi­strza Mont­bard, się­gnął po wysmu­kły kie­li­szek. Pocią­gnął spory łyk ciem­no­ru­bi­no­wego bur­gunda i cmok­nął z zado­wo­le­niem.

– A po dia­bła! Ci Fran­cuzi naprawdę wie­dzą, co dobre, a ten mer miał wcale zasobną piw­niczkę. Nie­źle, że umknął, nie będzie kło­po­tów z rekwi­zy­cją wina. A swoją drogą warto by wie­dzieć, który to rocz­nik, i posłać Frau Hel­dze Vogel do Hano­weru kilka omsza­łych bute­lek.

Był pewien, że taka oka­zja wkrótce się nada­rzy, gdyż jego zda­niem lada moment powi­nien nastą­pić koniec wojny. Fran­cuzi nie sta­wiają już prze­cież wła­ści­wie żad­nego oporu i do nie­woli idą jak barany. Ot, choćby jego bata­lion. Od dwóch dni jest w pierw­szym rzu­cie, a żoł­nie­rze nie zdą­żyli nawet porząd­nie postrze­lać. Za to byle patrol moto­cy­kli­stów dopro­wa­dza bez prze­szkód całe gro­mady jeń­ców. Nie warto nawet zaprzą­tać sobie tym głowy, lepiej pomy­śleć o jakiejś milut­kiej Fran­cu­zeczce i w jej towa­rzy­stwie raczyć się tak wspa­nia­łym win­kiem…

Ener­giczne stu­ka­nie do drzwi spro­wa­dziło dowódcę na zie­mię.

– _Herein_! – wark­nął nie­chęt­nie, zły, że mu prze­rwano miłe sam na sam z bur­gun­dem.

– _Herr Major_, mel­duję… – roz­po­czął służ­bi­ście sprę­żony jak struna leut­nant Lothar Koenig, adiu­tant dowódcy bata­lionu.

– Dość, Lothar! – mach­nął ręką znie­cier­pli­wiony major. – Gadaj krótko, o co cho­dzi.

– Jutro rano, godzina dzie­wiąta, odprawa u szefa sztabu pułku.

– Dobrze, przy­ją­łem do wia­do­mo­ści. Poza tym co sły­chać, porucz­niku? Spo­koj­nie?

– Jawohl, Herr Major. Żad­nych rewe­la­cji. Przed dwu­dzie­stu minu­tami wró­ciły z przed­pola patrole moto­cy­kli­stów. Mel­dują, że w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów od mia­sta nie widzieli ani jed­nego czło­wieka. Na dro­gach cisza.

– Prze­wi­dy­wa­łem taką wła­śnie sytu­ację. Zwie­dzieli się już, że sie­dzimy w Mont­bard, i pró­bują zmy­kać w innym kie­runku. Możemy odpo­czy­wać. Dla porządku spraw­dzić jesz­cze, czy czu­wają ubez­pie­cze­nia, i spać. To wszystko, Lothar, dobra­noc.

Po odej­ściu adiu­tanta dowódca ponow­nie zagłę­bił się w bur­mi­strzow­skim fotelu i pod­niósł do ust kie­li­szek. Myślami powró­cił do swo­jej Helgi, do zie­lo­nego ogródka w Hano­we­rze. Roz­ma­rzyło go wino, z wolna opa­dły powieki i nie wie­dzieć kiedy zapadł w sen.

Nie spał jed­nakże zbyt długo. Gwał­towna strze­la­nina pode­rwała go na równe nogi. Gdzieś na pół­noc­nym krańcu mia­sta sza­lały kara­biny maszy­nowe, biły działka.

– _Herr Major_, nie­przy­ja­ciel sfor­so­wał bary­kadę, wdziera się w ulice! Są czołgi i pie­chota! – nie­mal krzy­czał adiu­tant, który tym razem bez puka­nia wtar­gnął do pokoju dowódcy.

To na pewno nie są Fran­cuzi – pomy­ślał major, wypa­da­jąc z pisto­le­tem w dłoni na ulicę. Istot­nie, w chwilę póź­niej jego przy­pusz­cze­nie potwier­dził mel­du­nek z rejonu walki. Ata­kują Polacy! I któż wie, czy to nie ta Pan­zer­bri­gade, przed którą parę dni temu pod­czas odprawy ostrze­gał sam obe­rst.

– _Don­ner­wet­ter_! Że też ja znowu musia­łem się na nich natknąć! – zaklął Hans Vogel, mający jesz­cze w pamięci zażarte boje na przed­mie­ściach War­szawy i tych kilku wzię­tych tam do nie­woli żoł­nie­rzy, któ­rych wbrew mię­dzy­na­ro­do­wym pra­wom kazał dla postra­chu natych­miast roz­strze­lać.

Tym­cza­sem czołgi Ślą­skiego, Sikory i Kostu­cha robiły nie­praw­do­po­dobne pie­kło na uli­cach Mont­bard. Tempo natar­cia nie malało. Pan­cer­niacy, prąc nie­ustan­nie do przodu, bez­li­to­śnie roz­jeż­dżali nie­miec­kie sta­no­wi­ska, dzie­siąt­ko­wali obronę ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych i dzia­łek.

Ale strze­la­nie z czołgu w noc­nych ciem­no­ściach, w dodatku cel­nie, było nie lada sztuką – nie znano prze­cież jesz­cze nok­to­wi­zo­rów. Dowódca pan­cer­nego pojazdu, peł­niący zara­zem funk­cję strzelca, mógł okre­ślić sta­no­wi­sko nie­przy­ja­ciela nie­mal wyłącz­nie po bły­skach jego wystrza­łów. Musiał to czy­nić gołym okiem, patrząc przez szcze­liny obser­wa­cyjne w obro­to­wej kopułce wieży lub wychy­liw­szy się po pro­stu z włazu. Ta ostat­nia metoda była znacz­nie sku­tecz­niej­sza, acz­kol­wiek bar­dziej nie­bez­pieczna. W każ­dej chwili gro­ziła utratą życia lub zra­nie­niem, bo poci­ski nie­miec­kie gęsto łomo­tały po pan­cer­zach. Mimo to Polacy ją wła­śnie sto­so­wali.

Pod­po­rucz­nik Kostuch przez lunetę celow­ni­czą czy nawet szcze­linę w kopułce nie­wiele widział w ciem­nym wąwo­zie ulicy. Strze­lał nie­jako na pamięć. Dopiero kiedy wychy­lił się z wieży, dostrzegł na tle ściany jed­nego z domów ciem­niej­szą syl­wetę przy­cza­jo­nego samo­chodu pan­cer­nego. Bły­snęła seria, ale nim poci­ski dobie­gły do jego wozu, zdą­żył znik­nąć we wnę­trzu i skie­ro­wać lufę działka w zapa­mię­ta­nym kie­runku. Dwa strzały. Pierw­szy, nie­stety, chy­biony, dopiero drugi grzmot­nął w sam śro­dek kadłuba samo­chodu. Buch­nął pło­mień. Załoga wysko­czyła z palą­cej się maszyny, ale nie udało jej się oca­lić życia, bo tuż obok zna­leźli się, idący wła­śnie do szturmu na bagnety, spie­szeni dra­goni.

W podobny spo­sób wal­czył porucz­nik Ślą­ski, ale jemu szczę­ście nie dopi­sało. Nie zdą­żył w porę schro­nić się w wieży i ranił go w lewą pierś odła­mek ryko­sze­tu­ją­cego od pan­ce­rza poci­sku.

Niemcy zostali wyparci z mia­sta, ale z oporu nie rezy­gno­wali. Prze­ciw­nie. Minęło już pierw­sze oszo­ło­mie­nie wywo­łane rap­tow­nym ude­rze­niem i teraz, kry­jąc swój odwrót gęstym ogniem, wyco­fy­wali się za kanał i tam, na połu­dnio­wym brzegu, orga­ni­zo­wali twardą obronę.

Mimo ognio­wej zapory czołgi parły ku prze­pra­wie. Polacy cią­gle jesz­cze wie­rzyli, że prze­do­staną się na drugą stronę kanału. I nagle potężny huk tar­gnął powie­trzem, a w niebo buch­nął słup pło­mieni. Niemcy wysa­dzili most i jed­no­cze­śnie na dru­gim brzegu zagrały działka prze­ciw­pan­cerne. Po chwili do kano­nady włą­czyła się auto­ma­tyczna armata prze­ciw­lot­ni­cza, zakry­wa­jąca seriami świetl­nych poci­sków nacie­ra­jące wozy. Nie było innego wyj­ścia. Musieli Polacy usko­czyć za naj­bliż­sze zasłony, by znik­nąć z pola widze­nia nie­miec­kich arty­le­rzy­stów.

Gene­rał Maczek wydał roz­kaz prze­rwa­nia walki.

Bez sprzętu prze­pra­wo­wego nie mogli nawet marzyć o for­so­wa­niu kanału. Nie było zresztą już amu­ni­cji, w zbior­ni­kach też chlu­po­tały resztki ben­zyny, musieli więc cze­kać na wspar­cie idą­cej za bry­gadą dywi­zji fran­cu­skiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Czołgi lek­kie pro­duk­cji fran­cu­skiej firmy Renault. Cię­żar około 9,8 t. Gru­bość pan­ce­rza do 45 mm. Uzbro­je­nie: 1 działko kali­ber 37 mm i 1 KM kali­ber 7,9 mm. Pręd­kość mak­sy­malna na szo­sie 19 km/h, w tere­nie — 12 km/h. Zasięg na szo­sie do 140 km, w tere­nie — 80 km. Załoga 2 ludzi.

2. Potoczne, wywo­dzące się z cza­sów I wojny świa­to­wej, okre­śle­nie żoł­nie­rzy fran­cu­skich.

3. We fran­cu­skiej armii dawne konne pułki kawa­le­rii zwano _dra­gons por­tes_ , nazwę tę prze­jęli rów­nież Polacy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij