Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kim naprawdę jesteś? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3229 pkt
punktów Virtualo

Kim naprawdę jesteś? - ebook

Nikt nie wie, co skrywa wnętrze drugiej osoby…

Kamila to empatyczna nastolatka o wrażliwej duszy, która nie miała łatwego dzieciństwa. Po tajemniczym zniknięciu ojca zrozumiała, że czasem miłość nie wystarcza, by zatrzymać kogoś przy sobie. Doznała bólu i straty, i od tamtej pory postanowiła, że będzie liczyć tylko na siebie.

W szkole niełatwo jej się odnaleźć. Nieśmiała, nieco wycofana, wyśmiewana przez rówieśników – wydaje się zbyt delikatna na ten świat. Ucieka w książki, wiersze i własne myśli. Aż do chwili, gdy poznaje Szymona – chłopaka o podobnych zainteresowaniach, którego intrygująca osobowość z każdym dniem przyciąga ją mocniej.

Niestety, nawet najcieplejsza relacja może rozpaść się jak domek z kart. Już wkrótce Kamila przekona się, że każdy skrywa własne tajemnice – i będzie musiała zadać sobie pytanie: czy tak naprawdę da się poznać drugiego człowieka?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-212-5

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Wprowadzenie

Pięt­na­sto­let­nia Ka­mi­la Po­li­mow­ska nie na­le­ża­ła do osób od­waż­nych i śmia­łych. Wręcz prze­ciw­nie – od mło­dzień­czych lat była dziew­czy­ną skry­tą i nie­co nie­śmia­łą. Oj­ciec – Pa­weł – pra­co­wał w Szwaj­ca­rii, by utrzy­mać swo­ją ro­dzi­nę. Mat­ka zaś, Mag­da­le­na, zaj­mo­wa­ła się nią i jej sio­strą Pau­li­ną. Była też za­trud­nio­na w ka­wiar­ni, kil­ka ulic stąd. Po­zna­ła tam wie­le osób, z któ­ry­mi na­wią­za­ła bliż­sze re­la­cje. Miej­sce to od­wie­dza­li lu­dzie z róż­nych stron świa­ta – po­cząw­szy od wsi Zie­lon­ki, po­ło­żo­nej w ci­chej oko­li­cy, nie­da­le­ko Kra­ko­wa, w któ­rej za­miesz­ki­wa­ła wraz z dzieć­mi, aż po naj­bar­dziej od­le­głe za­kąt­ki. To za­ję­cie da­wa­ło jej mnó­stwo sa­tys­fak­cji oraz bu­do­wa­ło we­wnętrz­ną ra­dość. Ab­so­lut­nie czu­ła się tu do­brze. Po pra­cy za­bie­ra­ła się do obo­wiąz­ków do­mo­wych. Czy­ta­ła tak­że po­wie­ści, a w wol­nych chwi­lach spo­ty­ka­ła się z oso­ba­mi z oko­li­cy.

Pau­li­na była młod­sza od Ka­mi­li o kil­ka lat. W prze­ci­wień­stwie do star­szej z sióstr nie mia­ła w so­bie jej po­wścią­gli­wo­ści – wręcz prze­ciw­nie, była peł­na ży­cia, cie­kaw­ska i cza­sem zbyt gło­śna. Po­tra­fi­ła go­dzi­na­mi opo­wia­dać o tej sa­mej rze­czy, cho­ciaż­by o tym, co spo­tka­ło ją da­ne­go dnia na po­dwór­ku. Ka­mi­la zaś wo­la­ła mil­czeć i ukry­wać swo­je emo­cje głę­bo­ko w so­bie. Mimo tego, że znacz­nie się od sie­bie róż­ni­ły, łą­czy­ła je ci­cha więź – nie­wi­docz­na na co dzień, ale obec­na w drob­nych ge­stach: kie­dy Pau­li­na sia­da­ła obok Ka­mi­li pod­czas wspól­ne­go se­an­su, kie­dy sta­ra­ła się roz­śmie­szyć ją nie­zgrab­nym żar­tem czy kie­dy przy­no­si­ła jej ku­bek her­ba­ty.

Jed­nak pew­ne­go dnia wy­da­rzy­ło się coś, co spra­wi­ło, że w Mag­da­le­nie umarł daw­ny za­pał. Za­czę­ła wy­ka­zy­wać ob­ja­wy apa­tii – wie­le rze­czy, któ­re do tej pory ją cie­szy­ły, sta­ło się dla niej czymś głę­bo­ko obo­jęt­nym. Daw­niej za­ba­wy, na któ­re by­wa­ła za­pra­sza­na przez nowo po­zna­nych lu­dzi, były dla niej od­skocz­nią od co­dzien­ne­go ży­cia. Te­raz jed­nak prze­sta­ły spra­wiać przy­jem­ność. Co­raz bar­dziej wy­co­fy­wa­ła się z ży­cia spo­łecz­ne­go, z czte­rech ścian swo­je­go po­ko­ju wy­cho­dzi­ła je­dy­nie spo­ra­dycz­nie. Już nic nie da­wa­ło jej ta­kiej ucie­chy i speł­nie­nia jak wcze­śniej…ROZDZIAŁ 2

Sty­czeń, rok 2020

Kamila

Ka­mi­la Po­li­mow­ska uczęsz­cza­ła do szko­ły pod­sta­wo­wej, od­da­lo­nej oko­ło pół go­dzi­ny dro­gi od jej domu. Jej kla­sa była jed­ną z licz­niej­szych w ca­łej pla­ców­ce, gdyż li­czy­ła po­nad trzy­dzie­ści osób.

Dziew­czy­na wy­róż­nia­ła się na tle in­nych uczniów. Była oso­bą wy­so­ko wraż­li­wą, a nade wszyst­ko skrom­ną. Zda­wa­ło się, że ro­zu­mia­ła wię­cej niż inni. Jak na swój mło­dy wiek była nie­zwy­kle doj­rza­ła.

Kla­sa była moc­no zróż­ni­co­wa­na pod wzglę­dem cha­rak­te­rów. Nie bra­ko­wa­ło tu otwar­tych, śmia­łych i roz­mow­nych osób. Nie­któ­rzy jed­nak wy­ka­zy­wa­li się zbyt dużą od­wa­gą i pew­no­ścią sie­bie, co w przy­szło­ści mia­ło nie­jed­no­krot­nie nieść ze sobą przy­kre kon­se­kwen­cje. Dru­gą gru­pę sta­no­wi­ły oso­by nie­co bar­dziej skry­te, ci­che. Do nich za­li­czyć moż­na było Ka­mi­lę. Na­sto­lat­ka była in­tro­wer­tycz­ką – lu­bi­ła spę­dzać czas sa­mot­nie. To wła­śnie wte­dy czu­ła się naj­le­piej i naj­pew­niej. Na prze­rwach dziew­czy­na sie­dzia­ła sama, za­mknię­ta we wła­snym świe­cie. Czę­sto od­da­wa­ła się lek­tu­rze.

Jej po­kój wy­peł­niał ogrom­ny re­gał, na któ­rym znaj­do­wa­ło się wie­le ksią­żek, mię­dzy in­ny­mi ro­man­sów, ale też tych z dzie­dzi­ny psy­cho­lo­gii. Czy­ta­ła nie­mal wszę­dzie: w szko­le, na przy­stan­ku, w po­cią­gu, w domu… Krót­ko mó­wiąc – przy każ­dej moż­li­wej oka­zji. Wpa­da­ła wów­czas w stan bło­go­ści. Czu­ła, że ów świat jest wy­jąt­ko­wy, w wie­lu przy­pad­kach pięk­niej­szy od tego re­al­ne­go, w któ­rym przy­szło jej żyć.

Ka­mi­la, nie li­cząc swo­ich ro­dzi­ców, nie mia­ła żad­nej bli­skiej oso­by, któ­rej mo­gła­by się zwie­rzyć ze swych zmar­twień, kło­po­tów i któ­ra wy­ka­za­ła­by dla niej zro­zu­mie­nie. By­wa­ły chwi­le, gdy czu­ła się sa­mot­na, przy­gnę­bio­na, jed­nak z cza­sem przy­wy­kła do tego sta­nu. Bała się ufać lu­dziom, trzy­ma­ła ich więc na dy­stans. Mia­ła ku temu po­wo­dy…ROZDZIAŁ 3

Rok 2017

Dawne czasy a teraźniejszość

Pew­ne­go dnia, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie – ot tak, z dnia na dzień, Mag­da­le­na stra­ci­ła ja­ki­kol­wiek kon­takt z uko­cha­nym mę­żem. Sta­ła się wów­czas kimś zu­peł­nie in­nym. Daw­niej we­so­ła, peł­na ra­do­ści i po­go­dy du­cha ko­bie­ta sta­ła się przy­gnę­bio­na i smut­na. Ka­mi­la sta­ra­ła się, jak tyl­ko umia­ła, do­po­móc mat­ce, lecz za­plą­ta­na była tak­że we wła­sne pro­ble­my, o któ­rych jej mama nie mia­ła naj­mniej­sze­go po­ję­cia. Cór­ka bar­dzo do­brze ma­sko­wa­ła swo­je emo­cje i uczu­cia. Nie lu­bi­ła po­ka­zy­wać świa­tu tego, co jest w niej na­praw­dę. Wie­dzia­ła, że i tak nikt nie wy­cią­gnął­by ku niej po­moc­nej dło­ni. Od dziec­ka na­uczy­ła się li­czyć na samą sie­bie. Wszyst­ko to, co osią­gnę­ła, zy­ska­ła wła­sną uczci­wą i cięż­ką pra­cą. Nie­kie­dy roz­wa­ża­ła, co by było, gdy­by na tym świe­cie po­zo­sta­ła tyl­ko ona, zu­peł­nie sama, ze świa­do­mo­ścią, że nie spo­tka ni­ko­go na swej dro­dze.

Czę­sto za­sta­na­wia­ła się nad róż­ny­mi kwe­stia­mi. Była ma­rzy­ciel­ką, od­pły­wa­ła my­śla­mi od rze­czy­wi­sto­ści. W wie­lu sy­tu­acjach nie po­tra­fi­ła się sku­pić, mia­ła ogrom­ne pro­ble­my z kon­cen­tra­cją – na­wet naj­prost­sze co­dzien­ne za­da­nia wy­da­wa­ły się jej trud­ne i wy­ma­ga­ją­ce spo­re­go wy­sił­ku. Jej gło­wę nie­rzad­ko za­przą­ta­ły wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa.

Jako mała dziew­czyn­ka wi­dzia­ła rze­czy­wi­stość przez ró­żo­we oku­la­ry. Wszyst­ko wo­kół wy­da­wa­ło jej się do­sko­na­łe. Za­chwy­ca­ła się wów­czas tym, co ofe­ro­wał świat. Pierw­sze kil­ka­na­ście lat swo­je­go ży­cia spę­dzi­ła na wsi. Od dziec­ka łą­czy­ła ją z na­tu­rą głę­bo­ka więź. Po­ma­ga­ła ro­dzi­com w go­spo­dar­stwie, a tak­że w ogród­ku, w któ­rym ro­sło wie­le ga­tun­ków ro­ślin. Co dzień o nie dba­ła. Moż­na by rzec, że ro­sły wraz z nią. Bu­dził ją po­ran­ny śpiew pta­ków, któ­ry koił jej nie­win­ną du­szę. Zwy­kle wsta­wa­ła o tej sa­mej po­rze. Nie mar­twi­ła się o ju­tro – czer­pa­ła z ży­cia peł­ny­mi gar­ścia­mi.

Gdy mia­ła za­le­d­wie sie­dem lat, na­pi­sa­ła swój pierw­szy wiersz, skie­ro­wa­ny do ro­dzi­ców. Był on po­dzię­ko­wa­niem za cały ich trud, za wszyst­ko, co jej dali. Jej re­la­cje z mamą i tatą były bli­skie, w każ­dej chwi­li mo­gła li­czyć na wspar­cie z ich stro­ny; po­ma­ga­li jej za­wsze, gdy tego po­trze­bo­wa­ła. Uwa­ża­ła, iż ni­cze­go jej nie bra­ko­wa­ło. Mia­ła wszyst­ko: ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców, pe­łen spo­ko­ju dom, w któ­rym czu­ła się pew­nie i bez­piecz­nie. Ro­dzi­ce dali jej tyle mi­ło­ści oraz otu­chy, że każ­de dziec­ko mo­gło­by o tym ma­rzyć.

Spę­dza­jąc dni na ło­nie na­tu­ry, nie­kie­dy sia­da­ła na łące peł­nej kwia­tów, zbie­ra­ła je, po czym two­rzy­ła bu­kiet i da­wa­ła go ma­mie. Czę­sto ry­so­wa­ła pod swym drzew­kiem w ogród­ku. Drze­ma­ła w niej du­sza ar­tyst­ki. Do­kład­nie do­bie­ra­ła bar­wy, wkła­da­ła w te pra­ce całe ser­ce. Od­da­wa­ła się swym pa­sjom. Pi­sa­ła ko­lej­ne wier­sze – two­rząc, prze­le­wa­ła na pa­pier to, co czu­ła we­wnątrz.ROZDZIAŁ 4

Rok 2012

Nowa rzeczywistość

Ka­mi­la, skoń­czyw­szy siód­my rok ży­cia, sta­nę­ła przed nową ścież­ką. Nad­szedł w jej ży­ciu waż­ny dzień. Po raz pierw­szy mia­ła pójść do szko­ły. Zbu­dzi­ła się o świ­cie, pod­eks­cy­to­wa­na, a za­ra­zem prze­ra­żo­na za­czy­na­ją­cym się eta­pem. W pew­nym mo­men­cie do po­ko­ju dziew­czyn­ki we­szła mama, któ­ra chcia­ła ją obu­dzić. Spo­strze­gła jed­nak szyb­ko, że Ka­mi­la obu­dzi­ła się nie­co wcze­śniej, a przyj­rzaw­szy się cór­ce, po chwi­li spy­ta­ła:

– Jak two­je na­sta­wie­nie, Ka­mi­lo?

– Czu­ję się szczę­śli­wa, ale tro­chę się boję… – od­par­ła ci­cho dziew­czyn­ka.

– Nie martw się: co­kol­wiek by się dzia­ło, mo­żesz na nas li­czyć. A te­raz zbie­raj się, bo za nie­speł­na pół go­dzi­ny wy­cho­dzi­my.

Ka­mi­la zja­dła swo­je ulu­bio­ne na­le­śni­ki z se­rem, a na­stęp­nie za­czę­ła przy­go­to­wy­wać się do wyj­ścia. Po­śpiesz­nie wło­ży­ła nową bluz­kę z bu­fia­sty­mi rę­ka­wa­mi oraz czar­ną spód­nicz­kę. Gdy dziew­czyn­ka była go­to­wa, obie z mamą wy­szły z domu i uda­ły się w stro­nę szko­ły.

Ta znaj­do­wa­ła się w Kra­ko­wie. Jako że po­go­da do­pi­sy­wa­ła, po­sta­no­wi­ły po­je­chać ro­we­ra­mi. Dziew­czyn­ka nie zna­ła oko­li­cy – był to pierw­szy raz, gdy szła tą dro­gą. Mimo wcze­snej go­dzi­ny słoń­ce świe­ci­ło moc­no, wy­sy­ła­jąc swe pro­mie­nie ku zie­mi. Mniej wię­cej po upły­wie dwóch go­dzin do­tar­ły na miej­sce. Oka­za­ło się, iż szko­ła mie­ści się w sta­rym bu­dyn­ku, któ­ry po­wstał wie­le lat temu. Jak wy­ja­śni­ła Ka­mi­li mama – jesz­cze przed dru­gą woj­ną świa­to­wą. Fa­sa­da zo­sta­ła ob­ło­żo­na czer­wo­ną ce­głą. Tuż obok szko­ły znaj­do­wał się nie­wiel­ki ogró­dek, w któ­rym ro­sły pięk­ne róże. To wła­śnie przy­ku­ło uwa­gę Ka­mi­li. Nie bra­ko­wa­ło rów­nież bo­iska do gry w pił­kę noż­ną, siat­ków­kę oraz ko­szy­ków­kę.

Do­cho­dzi­ła go­dzi­na dzie­sią­ta, kie­dy to miał się roz­po­cząć apel. Wszy­scy cier­pli­wie cze­ka­li na to waż­ne wy­da­rze­nie…ROZDZIAŁ 5

Pierwsze dni szkoły

Kie­dy nad­szedł czas, gdy Ka­mi­la mia­ła po­znać no­wych ko­le­gów i ko­le­żan­ki, dziew­czyn­ka po­czu­ła pew­ną oba­wę. Mar­twi­ła się, że w kla­sie nikt jej nie po­lu­bi. Ni­g­dy wcze­śniej nie mia­ła przy­ja­cie­la czy przy­ja­ciół­ki. Po­zna­ła wie­le dzie­ci pod­czas za­baw na po­dwór­ku, lecz były to prze­lot­ne, krót­ko­trwa­łe zna­jo­mo­ści.

Tego dnia po­go­da dia­me­tral­nie się zmie­ni­ła; słoń­ce za­szło gdzieś za chmu­ry, nie­bo po­ciem­nia­ło. Wiał lek­ki wiatr, a drze­wa ko­ły­sa­ły się we wszyst­kie stro­ny. Wraz ze zmia­ną po­go­dy zmie­niał się rów­nież na­strój Ka­mi­li. Tak jak ob­ni­ży­ła się tem­pe­ra­tu­ra po­wie­trza, tak zma­lał po­ziom jej ener­gii i ra­do­ści. Mia­ła wra­że­nie, że coś w niej zga­sło, jak gdy­by ja­kiś cień przy­sło­nił jej uśmiech i pró­bo­wał po­cią­gnąć w ot­chłań roz­pa­czy. Była w peł­ni świa­do­ma, iż ma wspar­cie, że ro­dzi­ce za­wsze są przy niej, lecz jed­nak coś ją mę­czy­ło, wpra­wia­ło w za­kło­po­ta­nie. W tym mo­men­cie zda­ła so­bie spra­wę, że bra­ku­je jej… przy­ja­cie­la. Ko­goś, z kim mo­gła­by o wszyst­kim po­roz­ma­wiać. Po­trze­bo­wa­ła oso­by, któ­rej mo­gła­by się w każ­dym mo­men­cie zwie­rzyć ze swych zmar­twień. Mia­ła wpraw­dzie do­pie­ro sie­dem lat, lecz była dziec­kiem nie­zwy­kle mą­drym i jak na swój wiek doj­rza­łym.

Na­stęp­ne­go dnia lek­cje roz­po­czy­na­ły się wcze­śnie. Ka­mi­la z jed­nej stro­ny cie­szy­ła się ze spo­tka­nia z no­wy­mi ko­le­żan­ka­mi oraz ko­le­ga­mi z kla­sy, lecz gdzieś w głę­bi du­szy na­dal mia­ła oba­wy. Przed szko­łą uj­rza­ła grup­kę osób z jej kla­sy, roz­ma­wia­ją­cych ze sobą. Też mia­ła­by ocho­tę z kimś po­ga­wę­dzić czy się po­śmiać, tak samo jak oni. Chcia­ła przy­łą­czyć się do roz­mo­wy, ale z dru­giej stro­ny… wo­la­ła się nie na­rzu­cać. Prze­szła więc obok, nie­śmia­ło tyl­ko się z nimi wi­ta­jąc.

W pew­nej chwi­li za­uwa­ży­ła dziew­czy­nę o ja­snej kar­na­cji, ubra­ną w żół­tą kurt­kę. Sie­dzia­ła sama, a w ręku trzy­ma­ła książ­kę. Ka­mi­li zda­ło się, że wczo­raj wi­dzia­ła ją na ape­lu, w tej sa­mej kurt­ce. Po­de­szła do niej i z wa­ha­niem w gło­sie za­gad­nę­ła ją:

– Cześć, zda­je się, że bę­dzie­my uczęsz­czać do rów­no­le­głych klas.

– Tak – od­par­ła dziew­czy­na, a po­tem się przed­sta­wi­ła: – Na­zy­wam się Maja. A ty? – spy­ta­ła z za­cie­ka­wie­niem.

– Je­stem Ka­mi­la. Od dziec­ka miesz­kam na wsi, w Zie­lon­kach.

– O… za­wsze ma­rzy­łam, aby mieć swo­ją chat­kę gdzieś na ubo­czu, w ja­kiejś ma­łej wio­sce. Ce­nię so­bie spo­kój i ci­szę – od­par­ła dziew­czyn­ka.

Zna­la­zły wspól­ny ję­zyk; ich roz­mo­wa to­czy­ła się dłu­go. Ga­wę­dzi­ły o swo­ich pa­sjach, za­in­te­re­so­wa­niach. Oka­za­ło się, że Maja, po­dob­nie jak Ka­mi­la, od dłuż­sze­go cza­su in­te­re­su­je się mu­zy­ką. Z nie­wiel­ką róż­ni­cą – ko­le­żan­ka od kil­ku mie­się­cy uczęsz­cza­ła na do­dat­ko­we za­ję­cia śpie­wu, któ­re po­ma­ga­ły jej się roz­wi­jać.

Roz­ma­wia­ły tak, nie zwa­ża­jąc na upły­wa­ją­cy czas. Do lek­cji po­zo­sta­ło za­le­d­wie pięć mi­nut, lecz obie były tak za­ję­te, że zu­peł­nie nie zda­wa­ły so­bie z tego spra­wy. Ich dys­ku­sję prze­rwał do­pie­ro pierw­szy szkol­ny dzwo­nek.

Po pierw­szym dniu – nie li­cząc roz­po­czę­cia roku szkol­ne­go – na­sta­wie­nie Ka­mi­li nie­co się zmie­ni­ło. Roz­mo­wa z nową oso­bą spra­wi­ła, że w jej du­szy za­dzia­ło się coś na mia­rę uzdro­wie­nia, uszczę­śli­wie­nia. Uzna­ła, że Maja jak nikt po­tra­fi wy­słu­chać dru­gie­go czło­wie­ka – że z uwa­gą prze­twa­rza­ła każ­de ko­lej­ne sło­wo Ka­mi­li. Dziew­czy­na po­czu­ła dzię­ki temu, że ma szan­sę na roz­wi­nię­cie no­wej zna­jo­mo­ści, może na­wet na stwo­rze­nie cze­goś pięk­ne­go – przy­jaź­ni? Po­czu­ła, że chy­ba w koń­cu spo­tka­ła tę wła­ści­wą oso­bę, przy­ja­ciół­kę, o ja­kiej każ­dy ma­rzy. Może wła­śnie na­de­szła ta chwi­la?

Wie­rzy­ła, że te­raz może za­cząć nowe, lep­sze ży­cie.ROZDZIAŁ 6

Pół roku póź­niej

Mi­nę­ło pół roku od roz­po­czę­cia na­uki w szko­le. Dni mi­ja­ły Ka­mi­li w mgnie­niu oka. Jej sto­sun­ki z oso­ba­mi po­zna­ny­mi we wrze­śniu były w grun­cie rze­czy bar­dzo do­bre. Na­wią­za­ła wie­le no­wych zna­jo­mo­ści, otwo­rzy­ła swą du­szę sze­rzej na in­nych. Za­ra­ża­ła wszyst­kich do­oko­ła swym uśmie­chem.

Tym, co do niej przy­cią­ga­ło, była jej ta­jem­ni­czość. Nie była ra­czej roz­mow­nym ty­pem, za to – świet­nym ob­ser­wa­to­rem i słu­cha­czem. Więk­szość rze­czy kry­ła w so­bie. W za­sa­dzie nie lu­bi­ła mó­wić o so­bie sa­mej. Nie pró­bo­wa­ła w żad­nym stop­niu zwró­cić na sie­bie uwa­gi in­nych. Trud­no było jej prze­ła­mać wła­sne ba­rie­ry i otwo­rzyć się przed no­wy­mi oso­ba­mi. Jed­nak z cza­sem za­czę­ło się jej to uda­wać i od tej pory świet­nie do­ga­dy­wa­ła się z Mają. Dziew­czy­ny wspól­nie spę­dza­ły każ­dą wol­ną chwi­lę, czu­ły się ze sobą do­brze i swo­bod­nie. Czę­sto spa­ce­ro­wa­ły w oko­li­cach szko­ły, od­wie­dza­ły się wza­jem­nie, cho­dzi­ły na róż­ne­go ro­dza­ju przed­sta­wie­nia, spek­ta­kle, krót­ko mó­wiąc – two­rzy­ły pięk­ne wspo­mnie­nia.ROZDZIAŁ 7

Ma­rzec, rok 2020

Czasy obecne

Ka­mi­la jako pięt­na­sto­let­nia już dziew­czy­na mia­ła nie­ba­wem przy­stą­pić do waż­ne­go ży­cio­we­go spraw­dzia­nu – eg­za­mi­nu ósmo­kla­si­sty. Była tym nie­co po­de­ner­wo­wa­na. Ostat­nie mie­sią­ce spę­dza­ła na przy­go­to­wa­niach, re­gu­lar­nie po­wta­rza­jąc ma­te­riał. Naj­bar­dziej oba­wia­ła się ma­te­ma­ty­ki – na­uki ści­słe nie były bo­wiem jej moc­ną stro­ną. Zo­sta­ły za­le­d­wie dwa mie­sią­ce do eg­za­mi­nów, co wią­za­ło się też z wy­bo­rem no­wej szko­ły. Na­sto­lat­ka była pra­wie pew­na, do­kąd chcia­ła­by udać się po skoń­cze­niu pod­sta­wów­ki. My­śla­ła o pro­fi­lu hu­ma­ni­stycz­nym. Mo­gła­by wów­czas da­lej piąć się w górę. Mia­ła­by moż­li­wość po­głę­biać swo­ją wie­dzę, po­zna­wać taj­ni­ki ana­li­zy wszel­kich tek­stów kul­tu­ry. Był to ide­al­ny kie­ru­nek dla oso­by pra­gną­cej roz­wi­jać swo­je za­in­te­re­so­wa­nia zwią­za­ne przede wszyst­kim ze sztu­ką, li­te­ra­tu­rą czy kul­tu­rą.

Jej przy­ja­ciół­ka Maja, z któ­rą zna­ła się już do­bre osiem lat, ku za­sko­cze­niu Ka­mi­li po­sta­no­wi­ła po wa­ka­cjach roz­po­cząć dal­szy etap edu­ka­cji na zu­peł­nie in­nym pro­fi­lu niż ona. Za­dzi­wi­ło ją to, gdyż od dziec­ka łą­czy­ło je to samo umi­ło­wa­nie do mu­zy­ki; zresz­tą ko­le­żan­ka mia­ła już na­wet małe pla­ny na swą przy­szłość. Ka­mi­la przy­po­mnia­ła so­bie dzień, w któ­rym mó­wi­ła jej, jak bar­dzo chcia­ła­by, gdy do­ro­śnie, wy­dać swo­ją wła­sną pio­sen­kę. Te­raz przy­ja­ciół­ka oznaj­mi­ła jed­nak, iż ostat­nio za­in­try­go­wa­ły ją na­uki przy­rod­ni­cze oraz ma­te­ma­ty­ka.

Mimo to Ka­mi­la w peł­ni za­ak­cep­to­wa­ła ten wy­bór. W koń­cu była jej na­praw­dę bli­ską oso­bą i wspie­ra­ła ją w każ­dy moż­li­wy spo­sób. Cie­szy­ła się szczę­ściem Mai. Sta­wia­ła szczę­ście in­nych po­nad swo­je, a po­nad­to dużo bar­dziej wo­la­ła wy­słu­chać dru­gą oso­bę, ani­że­li mó­wić o so­bie sa­mej i swych pro­ble­mach.

Gdy mia­ła za­le­d­wie dwa­na­ście lat, Ka­mi­lę spo­tka­ła ogrom­na tra­ge­dia. Do­kład­nie trzy lata temu jej tata zmie­rzał wła­śnie na uro­dzi­ny cór­ki. Miał to być dla dziew­czy­ny wy­jąt­ko­wy dzień. Przy­ję­cie za­pla­no­wa­no na go­dzi­nę szes­na­stą. Wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście już się ze­bra­li. Bra­ko­wa­ło jed­nej oso­by. Wy­bi­ła wska­za­na go­dzi­na, a ojca Ka­mi­li na­dal nie było. Wraz z mamą za­czę­ły się nie­po­ko­ić, gdyż był on z za­sa­dy bar­dzo punk­tu­al­ny. Po­sta­no­wi­ły więc wy­ko­nać te­le­fon. Prze­pro­si­ły ze­bra­nych już go­ści i uda­ły się w kie­run­ku po­ko­ju na pię­trze. Mi­nę­ło kil­ka do­brych mi­nut, nim w koń­cu uda­ło im się do­dzwo­nić. Tata Ka­mi­li oznaj­mił, że na dro­dze jest nie­zwy­kle tłocz­no i z tego wła­śnie po­wo­du nie zdo­ła przy­być na czas. Roz­mo­wa się skoń­czy­ła, lecz wtem dziew­czy­na usły­sza­ła dźwięk po­wia­do­mie­nia i do­strze­gła wia­do­mość:

Ka­mi­lo, wy­bacz mi, po­sta­ram się do­trzeć naj­szyb­ciej, jak tyl­ko bę­dzie to moż­li­we. Na­praw­dę chciał­bym już Was uj­rzeć i przy­tu­lić. Ści­skam i ca­łu­ję – tata.ROZDZIAŁ 8

Li­piec, rok 2017

Urodziny Kamili

Po wy­ko­na­niu te­le­fo­nu obie wró­ci­ły do go­ści, któ­rzy za­sie­dli już przy sto­le. Uro­czy­stość od­by­wa­ła się na ta­ra­sie, a tuż obok znaj­do­wał się nie­wiel­ki ogró­dek. Nie był to jed­nak taki ogród jak na wsi. Ka­mi­li tę­sk­no było za tym daw­nym, w któ­rym czy­ta­ła, ry­so­wa­ła i za­chwy­ca­ła się spo­ko­jem oraz har­mo­nią. Od­kąd wy­pro­wa­dzi­li się z Zie­lo­nek i za­miesz­ka­li w Kra­ko­wie, czu­ła się ja­koś nie­pew­nie i nie­swo­jo. Mia­ła wra­że­nie, jak gdy­by nie była w swo­im wła­snym domu, tyl­ko zu­peł­nie ob­cym, nie­zna­nym jej do­tąd miej­scu.

Tego po­god­ne­go lip­co­we­go wie­czo­ru, nim usia­dła ra­zem ze wszyst­ki­mi, opu­ści­ła jesz­cze na chwi­lę go­ści i uda­ła się do ogro­du. Za­mknę­ła oczy… i nie­spo­dzie­wa­nie za­snę­ła. Na nie­bie uka­za­ły się świe­cą­ce punk­ty gwiazd, ga­lak­tyk i pla­net. Ka­mi­la le­ża­ła na za­bra­nym z domu ogrom­nym kocu, ze skrzy­żo­wa­ny­mi na klat­ce pier­sio­wej rę­ko­ma, i wpa­try­wa­ła się w skle­pie­nie nie­bie­skie.

– Mi­liar­dy gwiazd po­chy­la­ją się nad nami każ­de­go dnia, by oświe­tlać na­szą dro­gę… – mó­wi­ła sama do sie­bie.

Li­czy­ła gwiaz­dy i my­śla­ła, że choć lu­dzie są tak da­le­ko od sie­bie, to jed­nak wszy­scy śpią pod jed­nym nie­bem. Dłu­go się w nie wpa­try­wa­ła. Na­gle uj­rza­ła coś, cze­go ni­g­dy wcze­śniej nie zo­ba­czy­ła – do­strze­gła spa­da­ją­cą gwiaz­dę. Od razu, gdy ją zo­ba­czy­ła, ze­rwa­ła się z zie­mi i wy­po­wie­dzia­ła ży­cze­nie:

– Pra­gnę spo­ko­ju na świe­cie, a tak­że przy­jaź­ni na całe ży­cie. Ma­rzy mi się, moi dro­dzy, taki świat, w któ­rym już ża­den czło­wiek nie mu­siał­by się bać…

Po chwi­li się obu­dzi­ła i zda­ła so­bie spra­wę, że pora wra­cać do domu, gdyż na ta­ra­sie cze­ka­ją na nią go­ście. Stół był już na­kry­ty, a wszyst­ko upięk­sza­ły po­sta­wio­ne na sa­mym środ­ku kwia­ty. Przy­ję­cie się roz­po­czę­ło. Przy­by­li zło­ży­li so­le­ni­zant­ce ży­cze­nia, po czym Ka­mi­la zdmuch­nę­ła świecz­ki na tor­cie. Po­my­śla­ła ży­cze­nie – było to do­kład­nie to samo ży­cze­nie, któ­re wy­po­wie­dzia­ła we śnie.

Gdy wszy­scy ode­szli już od sto­łu, nie­spo­koj­na Ka­mi­la uda­ła się do ła­zien­ki. Cie­szy­ła się z uro­dzin, lecz bra­ko­wa­ło jej to­wa­rzy­stwa taty; nie wi­dzia­ła go od dłu­gie­go cza­su. Mi­nę­ła go­dzi­na od roz­mo­wy z nim i cią­gle go nie było. Pró­bo­wa­ła się z nim po­łą­czyć, lecz pró­by na nic się zda­ły. Po­ziom jej nie­po­ko­ju wzrósł strasz­li­wie, w jej oczach bły­snę­ły łzy. Gdy wy­szła z po­miesz­cze­nia, na­po­tka­ła mamę. Ka­mi­la ukry­ła we­wnętrz­ny smu­tek, cho­ciaż oczy jej się za­szkli­ły. Pró­bo­wa­ła po­wstrzy­mać się od pła­czu. Bała się, że ta­cie mo­gło się coś stać. Mia­ła strasz­li­we wi­zje – zda­wa­ło jej się, że oj­ciec gi­nie na jej oczach, cały we krwi, mó­wiąc, że ko­cha swo­ją cór­kę i że ni­g­dy o niej nie za­po­mni, że na za­wsze już po­zo­sta­nie w jego pa­mię­ci. Po­tem zda­wa­ło jej się, że jej tata je­chał dro­gą przez most, a tuż pod nim była woda, i przy­wi­dzia­ło jej się, że on wpa­da w tę ot­chłań, z któ­rej już ni­g­dy nie zdo­ła się wy­do­stać. Po krót­kiej chwi­li ob­raz znik­nął i po­wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści.

Wszy­scy cze­ka­li cier­pli­wie na so­le­ni­zant­kę. W pew­nym mo­men­cie mama spy­ta­ła dziew­czy­nę:

– Ka­mi­lo, czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak – od­par­ła, po­mi­mo że praw­da była zu­peł­nie inna.

– No do­brze. Po­sta­no­wi­li­śmy wspól­nie, że wy­bie­rze­my się ra­zem na spa­cer, co ty na to?

– Do­bry po­mysł – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu.

– W ta­kim ra­zie za­łóż buty, a my po­cze­ka­my na cie­bie przed wej­ściem.

Wy­szła do nich po chwi­li za­my­ślo­na, za­po­mnia­ła na­wet za­mknąć za sobą drzwi. Wraz z ca­łym to­wa­rzy­stwem uda­ła się na prze­chadz­kę po oko­li­cy. Za­bra­ła ze sobą te­le­fon i słu­chaw­ki. Tak na­praw­dę nie była w sta­nie na ni­czym się sku­pić, jej my­śli były bo­wiem w peł­ni skon­cen­tro­wa­ne na ta­cie. Wciąż mia­ła na­dzie­ję, że stoi gdzieś w kor­ku w za­tło­czo­nym mie­ście i nie­ba­wem wresz­cie go zo­ba­czy, uści­ska i po­wie mu, jak bar­dzo go ko­cha. Przy­ro­da, któ­rą daw­niej się za­chwy­ca­ła, te­raz sta­ła jej się obo­jęt­na. Świat zmie­nił jak­by ko­lor w jej oczach – stał się sza­ry, po­nu­ry.ROZDZIAŁ 9

Sier­pień, rok 2017

Miesiąc po urodzinach

Ten po­ra­nek za­po­wia­dał się desz­czo­wo. Chmu­ry przy­sło­ni­ły słoń­ce. Nie­bo sta­wa­ło się sza­re, nie­mal czar­ne. Na­gle ze­rwał się po­ry­wi­sty, sil­ny wiatr, po czym roz­pę­ta­ła się strasz­li­wa bu­rza. Pta­ki po­cho­wa­ły się gdzieś pod ko­ro­na­mi drzew, by zna­leźć bez­piecz­ne schro­nie­nie. Na uli­cach cho­dzi­li, a na­wet bie­ga­li lu­dzie, głów­nie dzie­ci, zmie­rza­ją­cy do swych do­mów. Z po­bli­skich bu­dyn­ków sły­chać było szcze­ka­nie psów, z pew­no­ścią prze­stra­szo­nych gwał­tow­nie zmie­nia­ją­cą się po­go­dą. Uli­ce świe­ci­ły już pust­ka­mi. Nie­mal każ­dy za­mknął się w swo­im do­mo­wym za­ci­szu.

Ka­mi­la nie spa­ła dziś naj­le­piej. Kil­ka­krot­nie zry­wa­ła się z po­ście­li. W nocy przy­śnił się jej tata. Z tego też po­wo­du obu­dzi­ła się za­pła­ka­na i roz­trzę­sio­na. Z po­cząt­ku nie wie­dzia­ła, co się dzie­je, lecz po krót­kiej chwi­li zro­zu­mia­ła, że to tyl­ko zły sen. Naj­gor­sze było to, że nikt, ab­so­lut­nie nikt, nie wie­dział, co się z nim sta­ło – gdzie prze­by­wał, co ro­bił. Znik­nął bez śla­du, jak­by za­padł się pod zie­mię.

Była so­bo­ta, więc Ka­mi­la wsta­ła nie­co póź­niej niż zwy­kle. Do­cho­dzi­ła go­dzi­na dzie­sią­ta. Dziew­czy­na uda­ła się do ła­zien­ki, umy­ła twarz, po czym ze­szła na dół, aby przy­wi­tać się z mamą. Oka­za­ło się, że nie ma jej w sa­lo­nie. Ru­szy­ła więc na dal­sze po­szu­ki­wa­nia.

Prze­szła już chy­ba wszyst­kie za­kąt­ki swe­go domu i na­dal ni­g­dzie jej nie zna­la­zła. Wró­ci­ła do swo­je­go po­ko­ju i spoj­rza­ła przez okno – wresz­cie do­strze­gła mamę. Po chwi­li ko­bie­ta otwo­rzy­ła drzwi i już wcho­dząc, zo­ba­czy­ła wy­stra­szo­ną cór­kę.

– Mamo… gdzie by­łaś? Wiesz, jak się o cie­bie mar­twi­łam?! – Ka­mi­la bez ogró­dek ru­szy­ła z pre­ten­sja­mi.

– Prze­pra­szam cię naj­moc­niej, mu­sia­łam na mo­ment wyjść. Wi­dzia­łam, że jesz­cze śpisz, więc nie chcia­łam cię bu­dzić…

– Nie by­ła­bym zła na­wet wte­dy, gdy­byś mnie obu­dzi­ła. Ale na­stęp­nym ra­zem uprzedź mnie, pro­szę. Zo­staw cho­ciaż kart­kę z two­im pod­pi­sem.

– Obie­cu­ję, có­recz­ko, że tak zro­bię, jesz­cze raz cię prze­pra­szam.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na, lek­ko się uśmie­cha­jąc.

Mag­da­le­nie było na­praw­dę przy­kro.

– Chcia­ła­bym ci to wy­na­gro­dzić. Co po­wiesz na two­je ulu­bio­ne na­le­śni­ki?

– Bar­dzo chęt­nie, umie­ram z gło­du. – Ka­mi­la żar­to­bli­wym ge­stem do­tknę­ła brzu­cha.

– Na ra­zie pójdź do swo­je­go po­ko­ju, a gdy śnia­da­nie bę­dzie go­to­we, za­wo­łam cię, byś ze­szła na dół do kuch­ni.

Dziew­czy­na uda­ła się do swo­je­go po­ko­ju na pię­trze i za­mknę­ła za sobą drzwi. Usia­dła na swym du­żym łóż­ku. Było już po je­de­na­stej, lecz na­dal go nie po­ście­li­ła. Przez tę całą sy­tu­ację z po­ran­ka cał­ko­wi­cie o tym za­po­mnia­ła.

Po upły­wie nie­speł­na dwu­dzie­stu mi­nut usły­sza­ła wo­ła­nie z dołu:

– Ka­mi­lo, zejdź na śnia­da­nie.

Ubra­ła więc swo­je fu­ter­ko­we kap­cie, któ­re do­sta­ła w ze­szłym roku od taty, i po­szła. Mama przy­go­to­wa­ła już po­si­łek – wie­dzia­ła, że Ka­mi­la uwiel­bia na­le­śni­ki i zwy­kle, gdy się po­sprze­cza­ły, w ra­mach prze­pro­sin przy­go­to­wy­wa­ła je cór­ce. Usia­dły ra­zem do sto­łu.

Po krót­kiej chwi­li dziew­czy­na za­da­ła jed­no py­ta­nie:

– Mamo, a co, je­śli tata już do nas nie wró­ci? Może opu­ścił nas już na za­wsze?

– Nie mów tak, tata na pew­no prę­dzej czy póź­niej do nas wró­ci, wie­rzę w to głę­bo­ko – od­po­wie­dzia­ła Mag­da­le­na, w głę­bi du­szy była jed­nak po­de­ner­wo­wa­na. Nie mo­gła prze­cież tego w tej chwi­li obie­cać cór­ce, po­nie­waż nie była pew­na, co fak­tycz­nie się z nim sta­ło.

– A co, je­śli nie? – mruk­nę­ła pół­gło­sem Ka­mi­la.

– Jedz, pro­szę, bo wy­sty­gnie ci je­dze­nie, i nie za­mar­twiaj się na za­pas – od­par­ła ko­bie­ta, wie­dząc, że cór­ka do­my­śla się, co tak na­praw­dę mo­gło się stać.

Ka­mi­la nie ode­zwa­ła się już sło­wem. W ci­szy skoń­czy­ła po­si­łek, wy­pi­ła dusz­kiem her­ba­tę, po czym po­now­nie po­szła na górę. Po­trze­bo­wa­ła chwi­li sa­mot­no­ści.ROZDZIAŁ 10

Gru­dzień, rok 2017

Pół roku po urodzinach

Mi­ja­ły ko­lej­ne mie­sią­ce i nic się nie zmie­nia­ło. W domu pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza, Ka­mi­la wpa­dła w stan me­lan­cho­lii, roz­my­śla­ła nad swo­im do­tych­cza­so­wym ży­ciem, tkwi­ła z gło­wą w chmu­rach. Co­raz czę­ściej za­my­ka­ła się w swo­im po­ko­ju i rzad­ko roz­ma­wia­ła z mamą. Wo­la­ła spę­dzać czas w od­osob­nie­niu – wte­dy mo­gła do­kład­niej zde­fi­nio­wać to, co czu­je. W to­wa­rzy­stwie in­nych osób nie mo­gła tego do­ko­nać – roz­pra­sza­ły ją. W sa­mot­no­ści była w sta­nie za­głę­bić się w taj­ni­ki wła­snej du­szy i prze­pro­wa­dzić głęb­sze ana­li­zy kon­kret­nych sy­tu­acji czy zda­rzeń.

Mag­da­le­na, po­dob­nie jak jej cór­ka, ostat­ni­mi cza­sy nie była w hu­mo­rze. W pra­cy nie ukła­da­ło jej się zbyt do­brze, była nie­co oschła dla swo­ich klien­tów. Wkrót­ce oznaj­mi­ła cór­ce, że zre­zy­gno­wa­ła z do­tych­cza­so­wej pra­cy. Ka­mi­la była tym wy­zna­niem szcze­rze za­sko­czo­na. Nie spo­dzie­wa­ła się ta­kie­go ob­ro­tu zda­rzeń.

Do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem, kie­dy świa­tło lamp­ki w po­ko­ju Ka­mi­li rzu­ca­ło cie­nie na ścia­nę, dziew­czy­na po­my­śla­ła o Pau­li­nie. Ich kon­takt w ostat­nim cza­sie znacz­nie się roz­luź­nił. Roz­mo­wy były krót­kie, zdaw­ko­we. Pau­li­na sta­ra­ła się być obec­na, lecz Ka­mi­la co­raz bar­dziej izo­lo­wa­ła się od wszyst­kich. Młod­sza z sióstr wy­czu­ła to. Nie do­py­ty­wa­ła. Nie na­ci­ska­ła.

Po­zo­sta­wi­ła jej prze­strzeń. A cza­sem to naj­trud­niej­sza for­ma tro­ski.ROZDZIAŁ 11

Po­czą­tek kwiet­nia, rok 2020

Pew­ne­go po­ran­ka Ka­mi­la po­mi­mo week­en­du zbu­dzi­ła się wcze­śniej – była do­pie­ro siód­ma rano. Pró­bo­wa­ła po­now­nie za­snąć, lecz nie mo­gła. Po pew­nym cza­sie wsta­ła więc, prze­cią­gnę­ła się kil­ka razy i po­szła do kuch­ni, aby przy­go­to­wać so­bie fi­li­żan­kę kawy. Mimo że – jak na dzień wol­ny – wsta­ła bar­dzo wcze­śnie, była peł­na ener­gii. Czu­ła się zu­peł­nie do­brze. Scho­dząc na dół, za­uwa­ży­ła, że mama tak­że nie śpi. Przy­wi­ta­ła się więc z nią.

– Nie śpisz już? Jesz­cze nie wy­bi­ła siód­ma trzy­dzie­ści, a ty już na no­gach? – spy­ta­ła nie­co zdzi­wio­na Mag­da­le­na.

– Ow­szem, przez chwi­lę pró­bo­wa­łam jesz­cze za­snąć, ale nie mo­głam.

– Mam dla cie­bie bar­dzo do­bre wie­ści. Gdy już przy­go­tu­jesz so­bie kawę, przyjdź, pro­szę, do sa­lo­nu, chcia­ła­bym z tobą po­roz­ma­wiać.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na, za­cie­ka­wio­na, co jej mama chcia­ła jej prze­ka­zać.

Wy­cią­gnę­ła z szaf­ki ulu­bio­ną por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę, wla­ła kawę, a na­stęp­nie, zgod­nie z proś­bą ro­dzi­ciel­ki, skie­ro­wa­ła się do sa­lo­nu.

– Już je­stem. A więc o czym chcia­łaś mnie po­in­for­mo­wać?

– Obu­dzi­ła mnie dzi­siaj wia­do­mość. Nie masz na­wet po­ję­cia, od kogo.

– Od kogo? – za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na dziew­czy­na.

– Od taty… Ode­zwał się… Po trzech la­tach.

Mag­da­le­na się­gnę­ła po te­le­fon.

Wi­taj, Mag­do. Prze­pra­szam, że nie od­zy­wa­łem się tak dłu­go, ale nie by­łem w sta­nie. Wiem, że po tak dłu­gim cza­sie ten SMS może wy­da­wać się ab­sur­dal­ny, ale mu­szę to prze­ka­zać… Znik­ną­łem. Wiem, że Was to bo­la­ło. Nie mam na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie nic, co mo­gło­by zma­zać cały ból, jaki Wam za­da­łem. Jed­nak praw­da jest taka, że tam­te­go dnia coś we mnie pę­kło. Czu­łem się cał­ko­wi­cie wy­pa­lo­ny i przy­tło­czo­ny – nie tyl­ko pra­cą, ale wszyst­kim. Znik­ną­łem, po­nie­waż nie po­tra­fi­łem ina­czej. Za­wio­dłem. Tak bar­dzo ba­łem się po­ka­zać, że nie daję so­bie rady. Za­mkną­łem się w so­bie, po czym wy­je­cha­łem. Ba­łem się ode­zwać, na­pi­sać. Prze­ro­sło mnie to. Z każ­dym ko­lej­nym mie­sią­cem było mi co­raz trud­niej. Mimo to cały czas my­śla­łem o Was, aż wresz­cie zro­zu­mia­łem, że nie mogę ucie­kać. Wiem też, że nie mam pra­wa ocze­ki­wać wy­ba­cze­nia. Pro­szę jed­nak o jed­no: po­zwól mi cho­ciaż spró­bo­wać się ode­zwać. Bar­dzo za Wami tę­sk­nię…

Ka­mi­la przez chwi­lę mil­cza­ła. Mia­ła wra­że­nie, że to tyl­ko sen, z któ­re­go za­raz się ock­nie i po­wró­ci do sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. Nie do­wie­rza­ła temu, co wła­śnie przed chwi­lecz­ką usły­sza­ła.

– Mamo, czy mó­wisz po­waż­nie?

– Jak naj­bar­dziej po­waż­nie. Prze­czy­ta­łam wia­do­mość kil­ka razy, do­kład­nie spraw­dzi­łam nu­mer oso­by, od któ­rej otrzy­ma­łam SMS-a. To pew­ne: tata żyje! – od­par­ła.

– A czy tata na­pi­sał, kie­dy nas od­wie­dzi?

– Nie okre­ślił tego do­kład­nie, lecz na pew­no się z nami zo­ba­czy. Na­pi­sał, że tę­sk­ni. Do­dał też, że bę­dzie się re­gu­lar­nie od­zy­wać – mó­wi­ła Mag­da­le­na z ra­do­ścią.

Pa­trzy­ły na sie­bie przez chwi­lę. Z ich oczu znik­nę­ła oba­wa, a wy­peł­ni­ła je ra­dość. Na twa­rzach po­ja­wił się szcze­ry uśmiech, jaki nie go­ścił u nich już od dłuż­sze­go cza­su. Mimo że wcze­śniej do koń­ca so­bie tego nie uświa­da­mia­ły, to, praw­dę mó­wiąc, w głę­bi ser­ca sta­le wie­rzy­ły, że na­praw­dę żyje i wkrót­ce go zo­ba­czą. Li­czy­ły na to.ROZDZIAŁ 12

Kwie­cień, rok 2020

Tydzień po otrzymaniu wiadomości

Kil­ka ostat­nich dni upły­nę­ło nie­co spo­koj­niej. W koń­cu obie od tak dłu­gie­go cza­su cze­ka­ły na ja­ką­kol­wiek wia­do­mość… i wresz­cie się do­cze­ka­ły. Mag­da­le­na try­ska­ła tą samą ener­gią co daw­niej; dziew­czy­na cie­szy­ła się z tego bar­dzo, gdyż czu­ła, że ma­mie po­wra­ca daw­na ra­dość ży­cia, któ­rą za­ra­ża­ła ją samą. To dzię­ki niej co dnia od­naj­dy­wa­ła w so­bie siłę, to mama wspie­ra­ła ją w tych naj­trud­niej­szych mo­men­tach, kie­dy po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy. Cza­sem zwy­kłe przy­tu­le­nie spra­wia­ło, że czu­ła się o nie­bo le­piej. Bez wąt­pie­nia po­trze­bo­wa­ła owej tro­ski. Mia­ło to na nią uzdra­wia­ją­cy, ko­ją­cy wpływ; uśmie­rza­ło cały jej ból, jaki no­si­ła w ser­cu. Nie po­trze­bo­wa­ła dro­gich, mar­ko­wych ubrań, ko­sme­ty­ków i tym po­dob­nych ga­dże­tów. Spra­wy ma­te­rial­ne nie mia­ły dla niej więk­sze­go zna­cze­nia. Uwa­ża­ła, że to, co moż­na ku­pić za pie­nią­dze, nie jest naj­cen­niej­sze. Naj­wyż­szą war­tość sta­no­wił czło­wiek, czas po­świę­ca­ny dru­giej oso­bie. Są­dzi­ła, iż po­świę­ca­jąc ko­muś choć­by krót­ką chwi­lę, od­da­je­my mu cząst­kę wła­sne­go ży­cia, któ­rej już ni­g­dy nie od­zy­ska­my – dla­te­go jest ona tak cen­na. Praw­dzi­wej, szcze­rej re­la­cji z in­nym czło­wie­kiem nie da się ku­pić za żad­ne pie­nią­dze. Co bo­wiem da­ło­by ko­muś całe to bo­gac­two, któ­re by po­sia­dał, gdy­by nie obec­ność dru­giej oso­by, z któ­rą mógł­by cie­szyć się dniem dzi­siej­szym i nie mar­twić się o ju­tro; w któ­rej tak na­praw­dę zna­la­zł­by opar­cie. No i ko­niec koń­ców… cóż wów­czas zna­czy to, jaki ma­ją­tek się po­sia­da?

Ka­mi­la zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, jak wy­glą­da dzi­siej­szy świat. Wska­zu­je nam się na to, do cze­go „po­win­ni­śmy” dą­żyć. W du­żej mie­rze te­le­wi­zja czy środ­ki ma­so­we­go prze­ka­zu za­grze­wa­ją nas do tego, aby­śmy zdo­by­wa­li bo­gac­two, a tak­że wła­dzę. Ży­je­my w do­bie in­ter­ne­tu; so­cial me­dia po­ka­zu­ją nam „ide­al­ne” ży­cie zna­nych osób – w luk­su­sach i bez­tro­sce. Czę­sto są to wy­ide­ali­zo­wa­ne ob­ra­zy, a rze­czy­wi­stość może być zu­peł­nie inna, niż nam się wy­da­je. Bo­ga­ci lu­dzie ota­cza­ją się prze­py­chem, mają ogrom­ne środ­ki fi­nan­so­we, lecz czy aby na pew­no są szczę­śliw­si od tych nie­co uboż­szych? Czy aby na pew­no słusz­nie za­zdro­ści im się tego, co po­sia­da­ją? Może i dzię­ki wy­so­kim za­rob­kom nie mu­szą się oni mar­twić o do­bra ma­te­rial­ne, żyją wy­god­nie. Lecz tak samo jak inni prę­dzej czy póź­niej będą zma­gać się z pro­ble­ma­mi, ja­kie na­po­tka­ją na swo­jej dro­dze. Każ­de­mu z nas trud­no jest się uwol­nić od trosk czy zmar­twień. Nie­ste­ty – ży­cie nie za­wsze jest ko­lo­ro­we i nie za­wsze bę­dzie ta­kie, ja­kie chcie­li­by­śmy, aby było. Zda­rza­ją się za­rów­no te pięk­ne, nie­za­po­mnia­ne chwi­le, jak i mo­men­ty smut­ku, przy­gnę­bie­nia. Cze­ka­ją nas wzlo­ty i upad­ki, ale naj­waż­niej­sze jest to, aby­śmy ni­g­dy nie tra­ci­li wia­ry w lep­sze ju­tro. Każ­dy dzień jest szan­są na stwo­rze­nie cze­goś no­we­go, wy­jąt­ko­we­go. Ow­szem, pie­nią­dze w pew­nym stop­niu mogą po­pra­wić stan­dard ży­cia, jed­nak nie gwa­ran­tu­ją, iż czło­wiek bę­dzie wów­czas szczę­śliw­szy. Wy­star­czy cho­ciaż­by cho­ro­ba, a wtem prze­ko­nu­je­my się, że za po­sia­da­ne pie­nią­dze zdro­wia nie ku­pi­my.ROZDZIAŁ 13

Maj 2020 roku

Tydzień przed egzaminami

Zo­stał za­le­d­wie ty­dzień do pierw­sze­go dnia eg­za­mi­nów. Ka­mi­la co­dzien­nie po­świę­ca­ła co naj­mniej go­dzi­nę na so­lid­ne po­wtór­ki, do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by jak naj­le­piej się przy­go­to­wać. Mag­da­le­na po­dzi­wia­ła za­pał cór­ki do na­uki, jej do­kład­ność i su­mien­ność. Ona bo­wiem w jej wie­ku opusz­cza­ła czę­sto za­ję­cia – nie na­le­ża­ła do naj­pil­niej­szych osób. Była prze­cięt­ną uczen­ni­cą, jak więk­szość osób w jej szko­le. Ka­mi­la zaś w tym cza­sie, kie­dy jej ko­le­żan­ki i ko­le­dzy się spo­ty­ka­li, sia­da­ła do ksią­żek, wo­la­ła po­wta­rzać ma­te­riał, gdyż za­le­ża­ło jej na wy­so­kich wy­ni­kach z eg­za­mi­nów. Była nie­zwy­kle am­bit­na, upar­cie dą­ży­ła do celu. Wie­dzia­ła, że cięż­ką pra­cą może w ży­ciu wie­le osią­gnąć. Nie re­zy­gno­wa­ła z cze­goś ze wzglę­du na to, że było cięż­ko – nie, ona ni­g­dy się nie pod­da­wa­ła; gdy po­sta­no­wi­ła cze­goś do­ko­nać, nic nie było w sta­nie jej przed tym po­wstrzy­mać.

Pierw­sze­go dnia miał się od­być eg­za­min z ję­zy­ka pol­skie­go. Dru­gie­go ucznio­wie mie­li przy­stą­pić do eg­za­mi­nu z ma­te­ma­ty­ki, a trze­cie­go, ostat­nie­go już dnia – z ję­zy­ka ob­ce­go; w przy­pad­ku Ka­mi­li był to ję­zyk an­giel­ski.ROZDZIAŁ 14

Pierw­szy dzień eg­za­mi­nów

Nad­szedł dla Ka­mi­li waż­ny dzień. Wła­śnie dzi­siaj mia­ła przy­stą­pić do pierw­sze­go eg­za­mi­nu. Jak nie­mal­że każ­dy, była lek­ko ze­stre­so­wa­na, mar­twi­ła się, jak na­pi­sze. Rano wsta­ła chwi­lę przed siód­mą; w szko­le mia­ła być o dzie­wią­tej. Wy­pi­ła kawę w swo­jej fi­li­żan­ce. Na­stęp­nie mama przy­go­to­wa­ła jej ulu­bio­ne na­le­śni­ki. Zja­dła ze sma­kiem, a po skoń­czo­nym po­sił­ku uda­ła się do po­ko­ju, by prze­brać się w przy­go­to­wa­ne po­przed­nie­go wie­czo­ru ubra­nia. Dzi­siaj za­ło­ży­ła nie­dłu­gą bia­łą ko­szu­lę z krót­kim rę­ka­wem, dłu­gą czar­ną spód­nicz­kę oraz buty na nie­wiel­kim ob­ca­sie. Oko­ło ósmej dwa­dzie­ścia wraz z mamą wy­szły z domu i wsia­dły do sa­mo­cho­du. Dro­ga upły­nę­ła im na roz­mo­wach.

– Wie­rzę, że uda ci się do­brze na­pi­sać dzi­siej­szy eg­za­min. Je­steś mą­dra, oczy­ta­na, z pew­no­ścią so­bie po­ra­dzisz – za­su­ge­ro­wa­ła mama.

– Dzię­ku­ję, że we mnie wie­rzysz, to dużo dla mnie zna­czy, jed­nak bar­dzo się stre­su­ję… Za­le­ży mi na tym, aby do­brze na­pi­sać – od­po­wie­dzia­ła na­sto­lat­ka.

– Do­my­ślam się, co mo­żesz w tej chwi­li czuć. To pierw­szy po­waż­ny eg­za­min w two­im ży­ciu. De­ner­wu­jesz się, co oczy­wi­ste, ale to zna­czy, że na­praw­dę ci na tym za­le­ży. Masz pra­wo do prze­ży­wa­nia i wy­ra­ża­nia swo­ich uczuć. Pa­mię­taj jed­nak, że nie­za­leż­nie od tego, jak na­pi­szesz, ja za­wsze będę z cie­bie dum­na.

– Wiem, mamo. Dzię­ku­ję, że je­steś – od­po­wie­dzia­ła ze łza­mi w oczach i z nie­śmia­łym uśmie­chem Ka­mi­la.

– Za pięć mi­nut bę­dzie­my na miej­scu. Czy umó­wi­łaś się z Mają?

– Tak, na­pi­sa­ła mi, że już wy­szła i za­raz po­win­na być pod szko­łą.

– Do­brze. Po­tem mo­żesz za­pro­sić Maję do sie­bie. Przy­go­tu­ję wam coś do je­dze­nia i zo­sta­wię pie­nią­dze, gdy­by­ście chcia­ły gdzieś wyjść. Dziś jadę do pra­cy, będę w domu do­syć póź­no. W ra­zie po­trze­by dzwoń.

– Ro­zu­miem, dzię­ku­ję. Za­py­tam Maję, czy nie ma na dzi­siej­szy dzień żad­nych pla­nów i czy ze­chce mnie od­wie­dzić.

– Do­brze. Je­ste­śmy na miej­scu, więc ży­czę wam po­wo­dze­nia. Gło­wa do góry! Ja wie­rzę, że się uda! – rzu­ci­ła we­so­ło mama Ka­mi­li na po­że­gna­nie.

Gdy Ka­mi­la wy­sia­dła z auta, zza rogu wy­ło­ni­ła się dziew­czy­na o blond wło­sach, w czar­nej su­kien­ce – Maja. Pod­bie­gły do sie­bie, przy­tu­li­ły się, po czym skie­ro­wa­ły się w stro­nę szko­ły. Przed pla­ców­ką było już wi­dać tłum lu­dzi, w tym oso­by z ich kla­sy. Po­de­szły do nich i roz­po­czę­ły roz­mo­wę.

– Hej! Jak na­sta­wie­nie i sa­mo­po­czu­cie przed pierw­szym eg­za­mi­nem?

– W po­rząd­ku, czu­ję, że może pójść mi bar­dzo do­brze – od­par­ła la­ko­nicz­nie jed­na z ko­le­ża­nek.

– Ży­czę wam wszyst­kim po­wo­dze­nia. Mam na­dzie­ję, że damy radę i do­sta­nie­my się do wy­ma­rzo­nych szkół – pod­su­mo­wa­ła Ka­mi­la.

Do roz­po­czę­cia eg­za­mi­nu zo­sta­ło nie­co po­nad dzie­sięć mi­nut. Wszy­scy skie­ro­wa­li się ku wej­ściu, lecz lu­dzi było tak dużo, że trud­no było w ogó­le do­stać się do środ­ka bu­dyn­ku. Ucznio­wie roz­ma­wia­li, nie­któ­rzy byli spię­ci i po­de­ner­wo­wa­ni, a inni czu­li się nie­co pew­niej i nie za­mar­twia­li się na za­pas. Być może ich psy­chi­ka była na tyle sil­na, że po­zwa­la­ła im pa­trzeć w przy­szłość z górą opty­mi­zmu. A może eg­za­min był dla nich wy­zwa­niem i chcie­li sta­wić mu czo­ła. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie­któ­rym nie za­le­ża­ło szcze­gól­nie na tym, by zdać eg­za­min z im­po­nu­ją­cym wy­ni­kiem, to­też pod­cho­dzi­li do nie­go z chłod­ną obo­jęt­no­ścią.

Nad­szedł wresz­cie ten mo­ment, gdy wszy­scy ucznio­wie mie­li wejść do sali. Ław­ki były po­roz­sta­wia­ne w rów­nej od­le­gło­ści od sie­bie. Każ­dy przy wej­ściu lo­so­wał kar­tecz­kę z miej­scem, któ­re na­stęp­nie miał za­jąć. Ka­mi­la otrzy­ma­ła ostat­nią ław­kę pod oknem.

Gdy wszy­scy za­sie­dli, eg­za­min się roz­po­czął. Za­pa­dła ci­sza.

***

Po eg­za­mi­nie Ka­mi­la wraz z Mają po­sta­no­wi­ły wspól­nie wy­brać się na spa­cer, a na­stęp­nie udać się do domu Ka­mi­li.

– Może po dro­dze wpad­nie­my do ka­wiar­ni? Znam świet­ną w oko­li­cy. Kie­dy by­łam młod­sza, czę­sto cho­dzi­łam tam z mamą – za­pro­po­no­wa­ła Maja.

– Wła­ści­wie… cze­mu nie – od­po­wie­dzia­ła Ka­mi­la, zga­dza­jąc się na pro­po­zy­cję.

– To nie­da­le­ko, kil­ka uli­czek da­lej. Nie­ba­wem po­win­ny­śmy do­trzeć na miej­sce.

W kil­ka mi­nut póź­niej były już w ka­wiar­ni. Obie za­mó­wi­ły cia­sto i kawę. Za­ję­ły miej­sce przy sto­li­ku i cier­pli­wie ocze­ki­wa­ły, aż przy­nio­są im za­mó­wie­nie.



Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij