Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

King - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 stycznia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

King - ebook

King jest królem podziemia. Swoją pozycję w tym świecie budował latami. Był bezwzględny i gotowy na wszystko, by osiągnąć cel. Jakiś czas temu trafił za kratki, ale teraz wraca do gry – brutalnej, bezlitosnej, rządzącej się własnymi zasadami. Przyjaciele postanawiają hucznie uczcić jego powrót, organizując balangę, która niespodziewanie odmieni życie gangstera.
Doe straciła pamięć i od miesięcy żyje na ulicy. Każdy dzień jest dla niej walką o przetrwanie. Zdesperowana trafia na imprezę, podczas której liczy na protekcję ze strony wpływowych ludzi. To właśnie tam poznaje Kinga i mimowolnie zostaje wciągnięta w porachunki niebezpiecznych przestępców.
Między bohaterami rodzi się wyjątkowa relacja, choć na pierwszy rzut oka niewiele ich łączy. Czy dziewczynie uda się zmiękczyć skamieniałe serce byłego skazańca?
„King” to pełna napięcia powieść erotyczna o poszukiwaniu prawdziwego uczucia oraz budowaniu głębokiej więzi w niesprzyjających warunkach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180987486
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

King

Dwa­na­ście lat temu

No chodź, t y pie­przony pe­dale! Je­steś ma­łym, cio­to­wa­tym pe­da­łem!

Już nie­raz wi­dzia­łem, jak dzie­ciaki w mo­jej szkole znę­cały się nad słab­szymi, jed­nak ni­gdy nie czu­łem po­trzeby, by się wtrą­cić. Je­śli dzie­ciak nie miał jaj, żeby się ko­muś po­sta­wić, to za­słu­gi­wał na to, co mu się przy­tra­fiło.

Tego ranka pod­ją­łem de­cy­zję i na do­bre od­sze­dłem z domu. Obecny chło­pak mo­jej matki znów uży­wał jej jako worka tre­nin­go­wego. Tylko że tym ra­zem, gdy się wtrą­ci­łem i chcia­łem jej po­móc, ona ode­pchnęła mnie, a w do­datku jesz­cze bro­niła tego gnoja.

Po­wie­działa, że na to za­słu­gi­wała.

Na­wet za­częła go prze­pra­szać.

Nie­na­wi­dzi­łem jej za to. Stała się słaba. Po­zwo­liła, by ją tak trak­to­wał. Tak bar­dzo chcia­łem się wy­żyć na twa­rzy Johna, że pod­czas prze­rwy w szkole sie­dzia­łem gdzieś na ubo­czu, za­ci­ska­jąc i roz­luź­nia­jąc pię­ści, cały czas na nowo od­twa­rza­jąc w gło­wie ten po­ra­nek. Może i nie wy­grał­bym w walce prze­ciwko do­ro­słemu męż­czyź­nie, ale by­łem prze­ko­nany, że mógł­bym mu cho­ciaż wy­rzą­dzić znaczną krzywdę.

Więc gdy usły­sza­łem, jak ktoś wy­krzy­kuje te obe­lgi na bo­isku, po­czu­łem się tak, jakby mój gniew pod­jął za mnie de­cy­zję. Za­nim się zo­rien­to­wa­łem, prze­bie­głem przez pia­skow­nicę i zna­la­złem się przy gru­pie ko­le­gów sto­ją­cych na ubo­czu, nie­da­leko pola kick­bal­lo­wego.

By­łem znacz­nie wyż­szy niż dzie­ciaki z mo­jej klasy, więc z ła­two­ścią do­strze­głem po­nad ich gło­wami, co się tam działo. Po­środku kręgu stał bru­tal imie­niem Ty­ler. To ciem­no­włosy typ, który za­wsze no­sił ko­szulki z lo­go­sami ze­spo­łów i z wy­strzę­pio­nymi rę­ka­wami. Trzy­mał za koł­nierz chu­dego chło­paka i raz po raz wy­mie­rzał mu ciosy w twarz pię­ścią. Młody ję­czał przy każ­dym ude­rze­niu. Wtedy ko­szula chu­dzielca się unio­sła i zo­ba­czy­łem jego blady brzuch po­kryty si­nia­kami w ko­lo­rach fio­letu i żółci. Jego że­bra wy­sta­wały tak bar­dzo, że mógł­bym je po­li­czyć. Z nosa ka­pała mu krew. Prze­pchną­łem się mię­dzy dwiema dziew­czy­nami, które ki­bi­co­wały Ty­le­rowi.

Dzie­ciaki po­tra­fią być cho­ler­nie okrutne.

Do­ro­śli rów­nież.

Sko­czy­łem i zna­la­złem się przed Ty­le­rem, za­ci­ska­jąc dłoń w pięść. Po­wa­li­łem go jed­nym cio­sem w szczękę. Chło­pak upadł tył­kiem na zie­mię, a po­tem ude­rzył głową o chod­nik i stra­cił przy­tom­ność.

Od razu po­czu­łem się le­piej, cho­ciaż po­trzeba prze­mocy za­wsze była jak szczur, który prze­gry­zał się przez wszyst­kie moje my­śli i emo­cje – ude­rze­nie Ty­lera tylko czę­ściowo przy­tłu­miło mój gniew. Zmie­niło ogień w mały pło­myk.

Spoj­rza­łem na chu­dego dzie­ciaka, który le­żał na ziemi i trzy­mał się za krwa­wiący nos. Od­su­nął ręce od twa­rzy i uniósł głowę, uśmie­cha­jąc się do mnie sze­roko i głup­ko­wato. Jego po­kryte krwią zęby były zbyt duże w sto­sunku do twa­rzy. Nie ta­kiej re­ak­cji spo­dzie­wa­łem się po kimś, kto wła­śnie zo­stał po­bity.

– Nie mu­sia­łeś mnie ra­to­wać. Po pro­stu po­zwa­la­łem mu za­dać kilka cio­sów, za­nim sam bym mu przy­ło­żył. – Jego głos za­ła­mał się na tym kłam­stwie. Po twa­rzy spły­nęły mu łzy, za­trzy­mały się na za­krwa­wio­nych ustach. Dzie­ciaki sto­jące w kręgu za­częły się roz­cho­dzić, wró­ciły do gra­nia w kick­ball.

– Nie ura­to­wa­łem cię – od­par­łem i ob­sze­dłem go, a po­tem ru­szy­łem przed sie­bie. Do­go­nił mnie, gdy by­łem już przy pia­skow­nicy.

– Oczy­wi­ście, że nie. Bez pro­blemu dał­bym so­bie z nim radę. Ale, cho­lera, go­ściu, ten pie­przony kre­tyn ma coś nie tak z głową – oznaj­mił, wy­rzu­ca­jąc ręce w po­wie­trze. Mu­siał truch­tać, by na­dą­żyć za mo­imi dłu­gimi kro­kami.

– Och, na­prawdę? A to dla­czego? – za­py­ta­łem.

– Bo chciał, że­bym zro­bił za niego wszyst­kie ćwi­cze­nia z ma­te­ma­tyki. Ale coś ci po­wiem, nie je­stem ni­czyją suką. Więc ka­za­łem mu się od­pier­do­lić – stwier­dził przy­tłu­mio­nym gło­sem, bo wciąż trzy­mał się za nos, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

– Po­wie­dzia­łeś mu, żeby się od­pier­do­lił, i wtedy za­czął cię bić? – za­py­ta­łem, cho­ciaż nie było mi ciężko w to uwie­rzyć. Poza sy­tu­acją mię­dzy mną a Joh­nem za­zwy­czaj to dro­bia­zgi wy­pro­wa­dzały mnie z rów­no­wagi, a wtedy pięść aż mnie świerz­biła, bo tak bar­dzo chcia­łem w coś ude­rzyć.

Dzie­ciak prych­nął pod no­sem.

– Cóż, naj­pierw po­wie­dzia­łem to… a po­tem wspo­mnia­łem coś o tym, jaka to wspa­niała oko­licz­ność, że jego oj­ciec nie ma nic prze­ciwko, iż jego syn i ka­sjer z Price Martu są po­do­bni do sie­bie jak dwie kro­ple wody. – Otrze­pał łok­cie z brudu, po czym wy­tarł dło­nie o swoje po­mięte spodnie khaki. – Na­zy­wam się Sa­muel Cle­ar­wa­ter. A ty?

Za­trzy­ma­łem się i ob­ró­ci­łem w jego stronę. Wy­cią­gał w moją stronę dłoń, więc ją uści­sną­łem. Jak na tycz­ko­wa­tego go­ścia w moim wieku ubie­rał się i za­cho­wy­wał jak or­dy­na­rny dzia­dek, ktoś zbyt stary, by przej­mo­wać się czymś ta­kim jak cen­zu­ro­wa­nie swo­ich wy­po­wie­dzi. A poza tym jaki je­de­na­sto­la­tek chciał ko­muś ści­skać dłoń?

Naj­wy­raź­niej taki jak Sa­muel Cle­ar­wa­ter.

– Bran­tley King – od­par­łem.

– Masz dużo przy­ja­ciół, Bran­tleyu King? – Nie­sforne włosy Sa­mu­ela w ko­lo­rze pia­skowy blond opa­dły na jego czoło, a on od­gar­nął je brud­nymi pal­cami.

– Nie. – Ża­den dzie­ciak w tej szkole nie był jak ja. Od pierw­szego dnia przed­szkola czu­łem się sa­motny. Pod­czas gdy inni uczyli się słów pio­se­nek w stylu Pan McDo­nald, ja się za­sta­na­wia­łem, jak długo po zmroku będę mu­siał cze­kać, aż wrócę do domu. Gdyby matka przy­cho­dziła po mnie za wcze­śnie, jej ów­cze­sny fa­cet byłby od razu go­towy do awan­tury. Za­wsze sie­dzia­łem sam i to wy­da­wało mi się nor­malne. Z cza­sem na­wet za­czą­łem lu­bić sa­mot­ność. Mimo by­cia naj­więk­szym chło­pa­kiem w szkole uda­wało mi się po­ru­szać ni­czym duch.

A przy­naj­mniej do­póki nie za­czą­łem wpa­dać w ta­ra­paty.

A po­tem obaj wpa­da­li­śmy w kło­poty. Preppy i ja. Dwójka uczniów, któ­rzy za­cho­wy­wali się jak mło­dzi prze­stępcy.

– Ja też nie. Wię­cej za­chodu, niż są tego, kurwa, warci – od­parł Sa­muel i brzmiał nie­mal prze­ko­nu­jąco. Wsu­nął swoją za dużą ko­szulę w spodnie i po­pra­wił szelki, które spa­dały z jego ra­mion nie­mal co chwilę, a po­tem wy­pro­sto­wał żółtą muszkę w kropki.

– Skąd masz tamte si­niaki? – za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na jego że­bra.

– Wi­dzia­łeś je, co? – Na jego twa­rzy za­go­ścił smu­tek, jed­nak po chwili chyba prze­stał o tym my­śleć i wy­dął wargi. – Oj­czym z pie­kła ro­dem, ma pro­blem, od­kąd zmarła moja mama. A wła­ści­wie to dwa pro­blemy, mnie i piwo. Ale piwo przy­naj­mniej lubi. Mnie? Nie bar­dzo.

Ro­zu­mia­łem go. Cho­ciaż sam nie mia­łem oj­czyma, co naj­wy­żej nie­ustanną pa­radę męż­czyzn, któ­rzy przy­cho­dzili do mo­jego domu i z niego wy­cho­dzili. Mieli inne imiona, twa­rze, ale poza tym nie róż­nili się spe­cjal­nie.

– Cóż, nie są­dzę, by Ty­ler znowu cię drę­czył. – Ru­szy­łem, kie­ru­jąc się do mo­jego miej­sca z boku bu­dynku, gdzie mo­głem być sam. Ką­tem oka do­strze­głem, że Ty­ler kuś­tyka w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do szkoły, za­ci­ska­jąc mocno szczękę.

Pizda.

– I to wszystko? – Sa­muel po­dą­żył za mną, dep­cząc mi po pię­tach.

– A co jesz­cze zo­stało? – Po­chy­li­łem się pod ni­sko wi­szącą ga­łę­zią drzewa. Sa­muel był mniej­szy ode mnie przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, więc prze­szedł pod nią z ła­two­ścią. Kiedy od­da­li­li­śmy się wy­star­cza­jąco od in­nych dzie­cia­ków, za­pa­li­łem po­łówkę pa­pie­rosa, któ­rego trzy­ma­łem w kie­szonce ple­caka. Uży­łem do tego ostat­niej za­pałki z pu­dełka ukry­tego w bu­cie.

– Mogę spró­bo­wać? – Wzdry­gną­łem się, za­sko­czony nie tyle py­ta­niem, co bli­ską obec­no­ścią Sa­mu­ela.

Po­da­łem mu pa­pie­rosa, a on za­cią­gnął się głę­boko. Po­tem przez do­brych pięć mi­nut krztu­sił się dy­mem. Odło­ży­łem peta na po­de­szwę mo­jego buta i pa­trzy­łem, jak twarz mo­jego to­wa­rzy­sza przy­biera dziwny pur­pu­rowy od­cień, a po­tem znów robi się blada, po­kryta pie­gami i krwią.

– Kurwa, na­prawdę nie­złe, ale ja wolę men­to­lowe.

Wy­buch­ną­łem śmie­chem, zgi­na­jąc się wpół. Sa­muel zi­gno­ro­wał moją re­ak­cję i mó­wił da­lej.

– Gdzie miesz­kasz?

– Tu i tam. – Tak na­prawdę nie miesz­ka­łem ni­g­dzie. Nie mia­łem za­miaru wra­cać do domu. Już ni­gdy. Za dnia cho­dzi­łem do szkoły. Przed lek­cjami będę się za­kra­dał do szatni, by wziąć prysz­nic, a po­tem ko­rzy­stał z dar­mo­wych śnia­dań, które ofe­ro­wali w bu­dzie. Wszystko, co po­sia­da­łem, trzy­ma­łem w swoim ple­caku.

Był dość lekki.

– Ja miesz­kam w Sunny Is­les Park. Pie­przone za­du­pie. Kiedy do­ro­snę, ku­pię so­bie je­den z tych wiel­kich do­mów na wo­dzie, które stoją w niej na dłu­gich no­gach. Taki dom, co wy­gląda jak ze Star Wars.

– Cho­dzi ci o pa­la­fit?

– Tak, pie­przony dom na wo­dzie jak ze Star Wars, ale tu­taj, tuż obok za­toki. – Ten chło­pak miesz­kał w przy­cze­pie kem­pin­go­wej, gdzie bił go oj­czym, a stał tu­taj i śnił o swo­jej przy­szło­ści. Ja nie po­tra­fi­łem na­wet się do­my­ślić, co czeka mnie za ty­dzień, a co do­piero za dzie­sięć lat. – A ty, stary?

– Co ze mną? – Wy­ją­łem scy­zo­ryk z kie­szeni dżin­sów i uży­łem go, by wy­dłu­bać od­pa­da­jący tynk ze ściany bu­dynku.

– Co bę­dziesz ro­bić, gdy do­ro­śniesz?

By­łem pewny tylko tego, czego nie chcia­łem ro­bić.

– Nie my­śla­łem o tym. Wiem tylko, że nie chcę dla ni­kogo pra­co­wać. Ni­gdy nie lu­bi­łem, gdy ktoś mi mó­wił, co mam ro­bić. Wo­lał­bym być wła­snym sze­fem, pro­wa­dzić wła­sny biz­nes.

– Tak, kurwa, to nie­sa­mo­wite. Tak, tak. Po­mogę ci. Mo­żemy to zro­bić ra­zem. Ty bę­dziesz pro­wa­dzić firmę. Ja ci będę w tym po­ma­gał. A po­tem ku­pimy wielki dom na wo­dzie jak ze Star Wars i bę­dziemy tam miesz­kać, i nikt nam nie bę­dzie już wię­cej mó­wić, co mamy ro­bić!

Sa­muel wy­jął ze­szyt z ple­caka i otwo­rzył na czy­stej stro­nie.

– Zróbmy, kurwa, plan.

Ten po­mysł wy­da­wał mi się dziwny, bo sie­dzia­łem tu z dzie­cia­kiem, któ­rego nie zna­łem, i mia­łem two­rzyć plan na przy­szłość, o któ­rej ni­gdy nie my­śla­łem. Jed­nak z ja­kie­goś po­wodu ści­skało mnie w piersi na myśl, że miał­bym mu od­mó­wić i roz­cza­ro­wać go, a to było dla mnie dość obce uczu­cie. Nie wie­dzia­łem, co miał­bym zro­bić da­lej, więc po pro­stu się pod­da­łem. Usia­dłem obok niego na tra­wie i wes­tchną­łem. Uśmiech­nął się do mnie, jakby już samo to, że tu by­li­śmy, ozna­czało, że je­ste­śmy w po­ło­wie drogi do tego przy­szłego miej­sca.

– Nie mo­żemy za­cho­wy­wać się jak pizdy – kon­ty­nu­ował. – Nie bę­dziemy mieć domu jak w Star Wars, je­śli bę­dziemy pra­co­wać w ob­skur­nym ho­telu lub fa­bryce. Ry­ba­kiem też nie był­bym do­brym. A więc za­czy­namy. Pizdy są po­py­cha­dłami i upa­dają. Mój wu­jek, który jest pie­przo­nym i skoń­czo­nym dup­kiem, sprze­daje zioło. Mo­gli­by­śmy ukraść mu tro­chę i je opchnąć. Wtedy wy­ko­rzy­sta­li­by­śmy te pie­nią­dze, by ku­pić coś na wła­sną rękę i znowu sprze­dać.

Wy­cią­gnął z ple­caka czarny pi­sak i za­czął nim ba­zgrać po kartce. Na gó­rze za­pi­sał „CEL” i na­ry­so­wał dom na no­gach w uprosz­czo­nej wer­sji, który miał przy­po­mi­nać ten ze Star Wars. Nie wie­dzia­łem, jak się na­zy­wał, bo ni­gdy nie oglą­da­łem tych fil­mów, co naj­wy­żej tra­ilery. Po­tem Sa­muel na­ry­so­wał coś, co chyba miało przy­po­mi­nać nas – on wy­glą­dał na znacz­nie mniej­szego ode mnie. Zie­lo­nym pi­sa­kiem za­pi­sał wo­kół nas sym­bole do­lara.

– A więc? Te­raz je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, Preppy?

Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem przy­ja­ciela, ale coś mnie przy­cią­gało do tego chło­paka z nie­wy­pa­rzoną gębą. Wzią­łem od niego pi­sak i za­czą­łem su­nąć nim po kartce. W szkole ni­gdy nie by­łem do­bry z ni­czego poza pla­styką. Nie­źle ry­so­wa­łem. Lu­bi­łem to ro­bić.

– Kurwa, tak! – po­wie­dział Preppy, pa­trząc, jak do­kań­czam jego do­mek na wo­dzie. Wcze­śniej na­ry­so­wał też lu­dzika pod­pi­sa­nego jako „du­pek”, więc za­ło­ży­łem, że to mu­siał być jego wu­jek. – Je­steś cho­ler­nie do­bry w te klocki. Mu­simy to za­wrzeć w pla­nie. Coś z ry­so­wa­niem. Mu­simy mieć ja­kieś hobby.

– A ja­kie jest twoje hobby? – spy­ta­łem.

– Moje hobby? – Uśmiech­nął się i wy­tarł nos ręką, bo znowu za­częła le­cieć z niego krew. Po­je­dyn­cza kro­pla spa­dła na kartkę w miej­scu po­staci Preppy’ego. Po­ki­wał głową i wy­dął usta, za­kła­da­jąc kciuki pod szelki. – Suki.

Tego dnia śmia­łem się chyba wię­cej niż w ca­łym swoim ży­ciu. I do­wie­dzia­łem się, że „suki” też mogą ucho­dzić za czy­jeś hobby.

– A co się sta­nie, je­śli nas zła­pią? – za­py­ta­łem, prze­sta­jąc ry­so­wać.

– Nie zła­pią. Je­ste­śmy na to zbyt mą­drzy. Bę­dziemy ostrożni. Zro­bimy plan i bę­dziemy się go trzy­mać. Nikt nie sta­nie nam, kurwa, na dro­dze. Nikt. Ani mój oj­czym, ani wuj, ani na­uczy­ciele, a szcze­gól­nie nie ta­kie pie­przone gnoje jak Ty­ler. I ni­gdy się nie oże­nię. Nie będę mieć na­wet dziew­czyny. Bę­dziemy tylko my, Preppy i King, któ­rzy wy­grze­bią się z gówna, za­miast w nim tkwić.

– Ale te­raz na po­waż­nie, co je­śli jed­nak nas zła­pią? – spy­ta­łem. – Nie mó­wię tu o gli­nach. Tylko o twoim wuju i lu­dziach, któ­rzy zaj­mują się tym, o czym te­raz mó­wimy. To źli lu­dzie. Groźni. Oni nie lu­bią, gdy się z nimi za­dziera. – Do­sko­nale wie­dzia­łem, o czym mó­wi­łem. Przez moje miesz­ka­nie prze­wi­nął się nie­je­den uzbro­jony di­ler, żą­da­jąc za­płaty. Mama spła­cała długi, za­cią­ga­jąc ich do swo­jej sy­pialni i za­my­ka­jąc za nimi drzwi.

Może i ten dzie­ciak tylko się wy­głu­piał, ale im dłu­żej o tym my­śla­łem, tym le­piej to wszystko brzmiało. Ży­cie, w któ­rym nie trzeba przed ni­kim od­po­wia­dać. Ży­cie, w któ­rym nie ma stra­chu, że ktoś mi coś zrobi. Albo temu ma­łemu ele­gan­ci­kowi, który, jak na mój gust, miał dość by­cia drę­czo­nym przez cały czas.

Po­mysł do­ro­śnię­cia i zo­sta­nia pa­nem swo­jego losu, czło­wie­kiem, z któ­rym się nie za­dziera, który nie słu­cha in­nych, stał się na­gle bar­dzo za­chę­ca­jący, co­raz dłu­żej nad nim my­śla­łem. Na­gle za­częło mi za­le­żeć i ta de­ter­mi­na­cja wy­peł­niła mój mózg w miej­scach, gdzie cze­goś bra­ko­wało – jak na przy­kład „po­czu­cia do­bra i zła”, jak twier­dzili szkolni psy­cho­lo­go­wie. Tylko że oni się my­lili. Rzecz nie w tym, że nie wi­dzia­łem róż­nicy.

Mnie to po pro­stu nie ob­cho­dziło.

Bo wła­śnie tak się dzieje, gdy nie masz w ży­ciu ni­czego, na czym mo­głoby ci za­le­żeć.

Je­śli mia­łem wziąć tego dzie­ciaka na po­waż­nie, mu­sia­łem wie­dzieć, że nie za­cznie ję­czeć, kiedy sy­tu­acja się po­psuje. Mu­sia­łem wie­dzieć, że mó­wił se­rio na te­mat planu, który mi przed­sta­wiał. Więc za­py­ta­łem:

– A co, je­śli na­prawdę ktoś sta­nie nam na dro­dze? Za­grozi na­szemu biz­ne­sowi? Po­krzy­żuje na­sze plany?

Preppy trzy­mał pi­sak w ką­ciku ust, gdzie krew już za­częła za­sy­chać i się kru­szyć. Przez chwilę pa­trzył w ja­kiś punkt tuż na moją głową, po­grą­żony w my­ślach. A po­tem wzru­szył ra­mio­nami i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

– Za­bi­jemy gnoja.ROZ­DZIAŁ 1

King

W dniu, gdy wy­sze­dłem z wię­zie­nia, oka­zało się, że mia­łem ta­tu­ować mysz na my­szy. Zwie­rzę na ko­bie­cej stre­fie in­tym­nej.

Mysz na pie­przo­nej cipce.

To, kurwa, ża­ło­sne.

Ściany mo­jej pra­cowni pul­so­wały od cięż­kiej mu­zyki, która do­cho­dziła z pię­tra ni­żej, gdzie urzą­dzano mi im­prezę po­wi­talną. Drzwi się trzę­sły, jakby ktoś ryt­micz­nie ude­rzał w nie pię­ścią. Ściany od pod­łogi aż po su­fit po­kryte były farbą w sprayu i pla­ka­tami.

Mała ciem­no­włosa suka ję­czała, jakby szczy­to­wała, gdy ją dzia­ra­łem. Je­stem pewny, że uda­wała, bo ta­tuaż tuż nad cipką mu­siał być bar­dzo bo­le­sny, a nie przy­jemny.

Kie­dyś po­tra­fi­łem od­pły­nąć na dłu­gie go­dziny, gdy zaj­mo­wa­łem się two­rze­niem ta­tu­ażu. Ukry­wa­łem się wtedy we wła­snych my­ślach, gdzie nie mu­sia­łem się mie­rzyć ze wszyst­kimi kosz­mar­nymi spra­wami, które drę­czyły mnie każ­dego dnia.

W prze­szło­ści mia­łem w gło­wie tylko cipki i im­prezy, cho­ciaż ten okres nie trwał długo. Ale te­raz, gdy wró­ci­łem z wię­zie­nia, pierw­szą rze­czą, jaką zro­bi­łem, było pod­nie­sie­nie ma­szynki do ta­tu­ażu. Tylko że to już nie było to samo. Nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o te­raź­niej­szo­ści i od­ciąć się od wszyst­kiego, nie­ważne, jak bar­dzo się sta­ra­łem. Nie po­ma­gał mi rów­nież fakt, że lu­dzie sta­wali się co­raz głupsi i głupsi.

Logo dru­żyn spor­to­wych, cy­taty z ksią­żek, któ­rych ni­gdy się nie czy­tało, przy­szli gang­ste­rzy, któ­rzy chcieli mieć na twa­rzy ta­tu­aże spły­wa­ją­cych po niej łez. W wię­zie­niu taki ta­tuaż sym­bo­li­zo­wał ode­bra­nie ko­muś ży­cia. I małe suki, które pra­gnęły wy­glą­dać groź­nie, cho­ciaż tak na­prawdę w nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji scho­wa­łyby się w ką­cie i pła­kały za ma­mu­sią.

Może po­wi­nie­nem nieco ob­ni­żyć ocze­ki­wa­nia, skoro mo­imi klien­tami byli głów­nie mo­to­cy­kli­ści, strip­ti­zerki i cza­sem ja­kiś bo­gaty dzie­ciak, który zna­lazł się po złej stro­nie mia­sta.

Mimo wszystko do­brze było znów być w domu. Wła­ści­wie było do­brze wszę­dzie tam, gdzie nie śmier­działo wy­mio­ci­nami i zmar­no­wa­nym ludz­kim ży­wo­tem.

Moje ży­cie za­częło pę­dzić z za­ska­ku­jącą pręd­ko­ścią, od­kąd po­zna­łem Preppy’ego. Po­ko­cha­łem ży­cie wy­jęte spod prawa. Ży­wi­łem się stra­chem w oczach lu­dzi, któ­rzy sta­nęli mi na dro­dze. Ża­ło­wa­łem tylko jed­nej rze­czy – tego, że da­łem się zła­pać.

Za­nim tra­fi­łem do pu­dła, spę­dza­łem nie­mal każdy dzień mo­jego dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­cia w Lo­gan’s Be­ach – ma­łym za­du­piu na wy­brzeżu Flo­rydy. To miej­sce, w któ­rym lu­dzie miesz­ka­jący po jed­nej stro­nie za­toki żyli tylko po to, by usłu­gi­wać lu­dziom miesz­ka­ją­cym po jej dru­giej stro­nie. Bo­gaci miesz­kali przy plaży, zaj­mu­jąc luk­su­sowe po­sia­dło­ści i lo­kale. Nie­cały ki­lo­metr da­lej roz­cią­gały się pola z przy­cze­pami kem­pin­go­wymi i wa­lące się domy.

Na moje osiem­na­ste uro­dziny na­by­łem zruj­no­wany dom na wo­dzie, który krył się za ścianą gę­stych drzew. Zaj­mo­wał po­wierzch­nię na trzech akrach ziemi, umiesz­czono go nie­mal pod mo­stem. Ku­pi­łem go za go­tówkę. I wraz z moim przy­ja­cie­lem Prep­pym wpro­wa­dzi­li­śmy się do bo­ga­tej dziel­nicy, cho­ciaż wciąż by­li­śmy jak biała ho­łota.

Tak jak kie­dyś za­po­wie­dzie­li­śmy, sta­li­śmy się pa­nami wła­snego losu i nie od­po­wia­da­li­śmy przed ni­kim. Ro­bi­li­śmy to, co chcie­li­śmy ro­bić. Ja, za­miast ry­so­wać, za­czą­łem ta­tu­ować.

A Preppy miał swoje suki.

Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Bi­łem się. Im­pre­zo­wa­łem. Chla­łem. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Ta­tu­owa­łem. Sprze­da­wa­łem dragi. Sprze­da­wa­łem broń. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. I za­ra­bia­łem pie­nią­dze.

I znowu się z kimś pie­przy­łem.

Nie było im­prezy, która by mi się nie po­do­bała, i na każ­dej by­łem mile wi­dziany. Nie było dziew­czyny, która nie roz­ło­ży­łaby dla mnie nóg. Mia­łem każdą, za­wsze gdy tego chcia­łem.

Ży­cie nie było do­bre. Było za­je­bi­ste. Sta­łem na szczy­cie świata i nikt nie mógł za­dzie­rać ze mną lub z tym, co moje.

Nikt.

A po­tem wszystko się zmie­niło, a ja spę­dzi­łem trzy lata w ma­łej celi bez okien, przy­glą­da­jąc się ry­so­wa­nym przeze mnie kre­skom na ścia­nie.

Kiedy skoń­czy­łem ta­tu­ować mysz z kre­skówki, na­ło­ży­łem maść, za­kry­łem wszystko fo­lią i zdją­łem rę­ka­wiczki. Czy ta la­ska my­ślała, że fa­cet pod­nieci się tym, że zro­biła so­bie ta­tuaż w ta­kim miej­scu? Był nie­zły, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, że przez trzy lata nie zro­bi­łem żad­nego, ale mimo wszystko ry­su­nek za­kry­wał moją ulu­bioną część ko­bie­cego ciała. Gdy­bym jej nie znał, a ro­ze­brał­bym ją i zo­ba­czył ten ta­tuaż, na­tych­miast ob­ró­cił­bym ją ty­łem do sie­bie.

To w su­mie był do­bry po­mysł. Prze­le­ce­nie ja­kiejś la­ski po­mo­głoby mi po­zbyć się my­śli o wię­zie­niu i znów sku­pił­bym się na rze­czach, które kie­dyś były dla mnie ważne, a jed­no­cze­śnie nie czuł­bym tego stra­chu cza­ją­cego się na skraju mo­jej świa­do­mo­ści.

Za­miast więc ode­słać dziew­czynę z po­wro­tem na im­prezę, chwy­ci­łem ją bru­tal­nie i przy­cią­gną­łem do sie­bie. Ob­ró­ci­łem ją brzu­chem do stołu i przy­ci­sną­łem do niego, trzy­ma­jąc ją za kark jedną ręką, pod­czas gdy drugą od­pi­na­łem pa­sek od spodni. Po­tem zna­la­złem kon­dom w szu­fla­dzie nie­da­leko mnie.

Ona od po­czątku wie­działa, że nie wziął­bym pie­nię­dzy za ta­tuaż, cho­ciaż nie ro­bi­łem ich za darmo. Na­kie­ro­wa­łem więc główkę pe­nisa na jej mysz z no­wym ta­tu­ażem. Który też przed­sta­wiał mysz.

Niech to szlag.

Dziew­czyna miała świetne ciało, ale po kilku mi­nu­tach iry­tu­ją­cego wy­so­kiego ję­cze­nia od­kry­łem, że w ogóle mnie nie pod­nie­cała. Czu­łem, jak mój fiut robi się w niej miękki. Tak się nie po­winno dziać, szcze­gól­nie po tylu la­tach je­cha­nia na ręcz­nym i wy­obra­ża­nia so­bie part­ne­rek sek­su­al­nych.

Co, do cho­lery, było ze mną nie tak?

Chwy­ci­łem ją za szyję i przy­spie­szy­łem tempo. Z każ­dym pchnię­ciem, które zgry­wało się z bi­tem do­cho­dzą­cym z mo­jego miesz­ka­nia, pró­bo­wa­łem wy­ła­do­wać na niej swoją fru­stra­cję.

Ale to było na nic.

Już mia­łem wyjść z tej la­ski i pod­dać się, gdy na­gle drzwi do po­miesz­cze­nia otwo­rzyły się, a ja nie­mal bym to prze­oczył. Nie­mal. W przej­ściu sta­nęła dziew­czyna, która nie mo­gła mieć wię­cej niż osiem­na­ście lat. Była chuda, oczy miała duże, nie­bie­skie, jakby na­le­żały do lalki. Włosy w ko­lo­rze lo­do­wa­tego blond, usta ró­żowe i pełne, a w pod­bródku nie­wielki do­łe­czek. Wy­glą­dała na tro­chę na­wie­dzoną.

Mój fiut obu­dził się i przy­po­mnia­łem so­bie, że wciąż pie­przy­łem tę bru­netkę. Or­gazm ude­rzył mocno i znie­na­cka, aż po­czu­łem go w krę­go­słu­pie. Za­mkną­łem oczy i spu­ści­łem się do cipki dziew­czyny, po czym opa­dłem na jej plecy.

Co to miało być, do cho­lery?

Gdy roz­war­łem po­wieki, drzwi do pra­cowni były za­mknięte, a dziew­czyna ze smut­nymi oczami znik­nęła.

Chyba po­stra­da­łem zmy­sły.

Od­su­ną­łem się od bru­netki, która na szczę­ście wciąż od­dy­chała, ale była nie­przy­tomna – albo dla­tego, że ją pod­du­sza­łem, albo od dra­gów, od któ­rych miała po­więk­szone źre­nice.

Usia­dłem na stołku i ukry­łem twarz w dło­niach.

Za­częła mnie bo­leć głowa.

Preppy zor­ga­ni­zo­wał tę im­prezę dla mnie. Ja sprzed cza­sów wię­zie­nia od razu za­czął­bym wcią­gać kre­chy z cyc­ków strip­ti­ze­rek. Ale ja po wię­zie­niu chcia­łem po pro­stu coś zjeść, wy­pie­przyć tych wszyst­kich lu­dzi z mo­jego domu i się prze­spać.

– Wszystko okej, sze­fie? – za­py­tał Preppy, za­glą­da­jąc do po­koju.

Wska­za­łem na nie­przy­tomną dziew­czynę.

– Po­zbądź się stąd tej dziwki. – Prze­cze­sa­łem włosy ręką. Dud­niąca mu­zyka spra­wiała, że głowa pul­so­wała mi co­raz moc­niej. – I, na mi­łość bo­ską, ścisz ten ja­zgot! – Preppy nie za­słu­gi­wał na mój gniew, ale by­łem w tak kiep­skim sta­nie, że nie chciało mi się zmie­niać tonu.

– Robi się – po­wie­dział bez wa­ha­nia.

Preppy mi­nął mnie i nie po­wie­dział ani słowa na te­mat pół­na­giej dziew­czyny le­żą­cej na stole. Prze­rzu­cił ją so­bie przez ra­mię z ła­two­ścią i ru­szył do drzwi. La­ska bu­jała się z każ­dym jego kro­kiem.

– Skoń­czy­łeś już z nią? – za­py­tał, za­nim wy­szedł. Le­dwo go sły­sza­łem przez tę gło­śną mu­zykę. Za­uwa­ży­łem, że wska­zy­wał pod­bród­kiem na bru­netkę, uśmie­cha­jąc się ni­czym dziecko.

Po­ki­wa­łem głową. Preppy wy­glą­dał, jak­bym wła­śnie po­da­ro­wał mu szcze­niaczka.

Chory du­pek.

Ale i tak ko­cha­łem tego dzie­ciaka.

Za­mkną­łem drzwi i pod­sze­dłem do pu­dełka na na­rzę­dzia. W jego dol­nej szu­fla­dzie trzy­ma­łem nóż i broń. Wzią­łem je, nóż wło­ży­łem do buta, a broń za pa­sek spodni. Po­krę­ci­łem głową, by po­zbyć się ogar­nia­ją­cego mnie otę­pie­nia. To wła­śnie ro­biło z czło­wie­kiem pu­dło. Przez trzy lata spa­łem z jed­nym okiem otwar­tym w wię­zie­niu peł­nym lu­dzi, któ­rzy byli jed­no­cze­śnie mo­imi przy­ja­ciółmi i wro­gami.

Nad­szedł czas, bym ode­zwał się do nie­któ­rych z tych przy­ja­ciół i upo­mniał się o moje przy­sługi. Mia­łem te­raz na gło­wie coś waż­niej­szego niż wła­sne pro­blemy.

Ko­goś waż­niej­szego.

Sen mógł po­cze­kać. Czas zejść na dół i po­ga­dać uprzej­mie z mo­to­cy­kli­stami. Przez lata uni­ka­łem ro­bie­nia z nimi in­te­re­sów, mimo że ich wi­ce­pre­zy­dent Bear był dla mnie jak brat. Wiele razy pró­bo­wał na­mó­wić mnie, bym do­łą­czył do ich sze­re­gów w klu­bie, ale ja za­wsze od­ma­wia­łem. By­łem prze­stępcą, który lu­bił, gdy po­peł­niane przez niego zbrod­nie były pro­ste, bez wi­kła­nia się w ja­kieś or­ga­ni­za­cje. Jed­nak te­raz po­trze­bo­wa­łem zna­jo­mo­ści, ja­kie po­sia­dali mo­to­cy­kli­ści, a także do­stępu do sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków, któ­rych dało się prze­ku­pić pie­niędzmi.

Ni­gdy wcze­śniej nie za­le­żało mi na pie­nią­dzach. Trak­to­wa­łem je jako coś ulot­nego, coś, co za­pew­niało mi bez­tro­ski styl ży­cia. Ale te­raz?

Ła­pówki dla po­li­ty­ków nie były ta­nie, więc po­trze­bo­wa­łem spo­rej sumy, i to szybko.

Albo już ni­gdy nie zo­ba­czę Max.ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Nikki była moją je­dyną przy­ja­ciółką na ca­łym świe­cie.

I tro­chę jej nie­na­wi­dzi­łam.

Nikki to dziwka, która zna­la­zła mnie, gdy spa­łam pod ławką. Nie udało mi się unik­nąć ulewy, trwa­ją­cej parę ostat­nich nocy, więc drża­łam z zimna i ga­da­łam sama do sie­bie, by szyb­ciej za­snąć. Od kilku ty­go­dni ży­łam na ulicy i nie mia­łam w ustach praw­dzi­wego po­siłku, od­kąd ucie­kłam z Ob­ma­cy­walni – tak lu­bi­łam na­zy­wać przy­tu­łek, w któ­rym zo­sta­wiono mnie na śmierć. Je­stem cał­kiem pewna, że gdy Nikki mnie zna­la­zła, chciała mnie okraść – albo wzięła mnie za trupa, ale po chwili za­uwa­żyła, że jed­nak od­dy­cha­łam. Mó­wiąc szcze­rze, je­stem za­sko­czona, że w ogóle się mną za­in­te­re­so­wała, jak już wie­działa, że ży­łam.

Cóż, wła­ści­wie to nie było ży­cie, tylko we­ge­ta­cja, ale na jedno wy­cho­dziło.

Nikki wcią­gnęła z po­żół­kłego zlewu ostat­nią kre­chę przez zwi­niętą sa­mo­przy­lepną kar­teczkę. Umy­walka wy­glą­dała, jakby za chwilę miała od­paść od ściany. Pod­łoga była za­śmie­cona pa­pie­rem to­a­le­to­wym, a wszyst­kie trzy to­a­lety tak za­pchane, że jesz­cze chwila, a cała brą­zowa za­war­tość mo­głaby wy­buch­nąć. Przy­tła­cza­jący za­pach środka de­zyn­fe­ku­ją­cego draż­nił mój nos. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś za­lał to po­miesz­cze­nie che­mi­ka­liami, by po­zbyć się smrodu, ale w ogóle nie za­brał się za sprzą­ta­nie.

Nikki od­chy­liła głowę i za­tkała jedną dziurkę od nosa, wcią­ga­jąc po­wie­trze przez drugą. Nad nami bu­czała po­je­dyn­cza lampa flu­ore­scen­cyjna, rzu­ca­jąc zie­lon­kawą po­światę na ła­zienkę znaj­du­jącą się na sta­cji ben­zy­no­wej.

– Kurwa, nie­zły to­war – po­wie­działa, rzu­ca­jąc na pod­łogę opróż­niony wo­re­czek. Wy­cią­gnęła nie­mal pu­stą bu­te­leczkę błysz­czyku i na­ło­żyła resztkę ko­sme­tyku na swoje wą­skie wargi. Po­tem roz­tarła ma­łym pal­cem grube czarne kre­ski pod oczami, aż w końcu po­ki­wała z uzna­niem do swo­jego od­bi­cia w lu­strze. Wy­glą­dała tro­chę jak szop pracz.

Na­cią­gnę­łam rę­kaw na nad­gar­stek i wy­tar­łam brud z lu­stra przede mną. Zo­ba­czy­łam dwie rze­czy: pęk­nię­cie w rogu przy­po­mi­na­jące pa­ję­czynę, a w od­bi­ciu dziew­czynę, któ­rej nie po­zna­wa­łam.

Mia­łam ja­sne blond włosy. Za­pad­nięte po­liczki. Prze­krwione nie­bie­skie oczy. Do­łe­czek w pod­bródku.

Zu­peł­nie nic z tych rze­czy nie było mi zna­jome.

Dziew­czyna wy­glą­dała jak ja, ale kim ja, do cho­lery, by­łam?

Dwa mie­siące temu śmie­ciarz zna­lazł mnie w alejce, gdzie wcze­śniej do­słow­nie wy­rzu­cono mnie do kon­te­nera. Le­ża­łam po­śród wor­ków ze śmie­ciami w ka­łuży wła­snej krwi. Kiedy obu­dzi­łam się w szpi­talu, mia­łam naj­gor­szy ból głowy, ja­kiego w ży­ciu do­świad­czy­łam. Po­li­cja i le­ka­rze uznali mnie za ucie­ki­nie­rkę lub dziwkę. Albo jedno i dru­gie. Po­li­cjant, który za­da­wał mi py­ta­nia, nie krył swo­jego obrzy­dze­nia moją osobą. Stwier­dził, że to, co mi się przy­tra­fiło, na pewno było zwią­zane z ja­kimś pierw­szym lep­szym dup­kiem, który ze­rżnął mnie ostro. Otwo­rzy­łam usta, by za­opo­no­wać, ale roz­my­śli­łam się.

Moż­liwe, że miał ra­cję.

Nic in­nego nie miało sensu.

Nie mia­łam port­fela, do­wodu, pie­nię­dzy. Nie mia­łam przy so­bie zu­peł­nie nic.

Na­wet wspo­mnień.

Kiedy ja­kaś osoba za­gi­nie, tra­fia to do wia­do­mo­ści, lu­dzie zbie­rają się w grupy i prze­cze­sują te­ren. Ktoś wy­peł­nia ra­port po­li­cyjny, cza­sami ktoś za­pali świeczki, które da­dzą na­dzieję i po­zwolą wie­rzyć, że po­szu­ki­wana osoba wróci do domu. Tylko że w te­le­wi­zji nie po­ka­zują tego, co się dzieje, gdy nikt nie pa­trzy. Kiedy uko­chani za­gi­nio­nej albo o niej nie wie­dzą, albo nie ist­nieją… albo mają ją gdzieś.

Po­li­cja przej­rzała ra­porty do­ty­czące osób po­szu­ki­wa­nych z na­szego stanu, a po­tem z kraju, ale nie po­szczę­ściło im się. Moje od­ci­ski pal­ców nie pa­so­wały do żad­nej kar­to­teki, mo­jego zdję­cia ni­g­dzie nie za­miesz­czono.

Wtedy też do­wie­dzia­łam się, że by­cie osobą za­gi­nioną wcale nie mu­siało ozna­czać, że rze­czy­wi­ście ktoś za mną tę­sk­nił i sta­rał się mnie od­na­leźć. A przy­naj­mniej nie na tyle, by ba­wić się w całą tę szopkę z szu­ka­niem. Nie było ogło­szeń w ga­ze­cie ani te­le­wi­zji. Nie było próśb od mo­jej ro­dziny, bym wró­ciła bez­piecz­nie do domu.

Może to moja wina, że nikt nie pod­jął próby zna­le­zie­nia mnie. Może by­łam suką i lu­dzie świę­to­wali, gdy na­gle znik­nę­łam. Albo ucie­kłam.

Rów­nie do­brze ktoś mógł mnie scho­wać do ko­szyka jako dziecko i pu­ścić z nur­tem rzeki jak Moj­że­sza. I mo­gło się oka­zać, że nie mia­łam ni­kogo.

Nie wiem, kurwa. Wszystko było moż­liwe.

Nie wie­dzia­łam, skąd się wzię­łam, ile mia­łam lat, jak się na­prawdę na­zy­wa­łam.

Wszystko, co po­sia­da­łam, wi­dzia­łam wła­śnie w od­bi­ciu lu­stra na sta­cji ben­zy­no­wej, i nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, kim by­łam.

Nikt nie wie­dział, czy by­łam nie­let­nia, czy nie, więc wy­słali mnie do Ob­ma­cy­walni, gdzie wy­trzy­ma­łam tylko trzy ty­go­dnie. Miesz­ka­łam z mło­dymi prze­stęp­cami i fa­ce­tami, któ­rzy na­gmin­nie się ma­stur­bo­wali. Któ­rejś nocy obu­dzi­łam się i w no­gach mo­jego łóżka za­uwa­ży­łam jed­nego ze star­szych chło­pa­ków, który stał tam z fiu­tem w dłoni i ro­bił so­bie do­brze. Ucie­kłam wtedy przez okno w ła­zience. Mia­łam ze sobą tylko ubra­nia, które otrzy­ma­łam wcze­śniej w przy­tułku, i imię.

Na­zy­wali mnie Doe.

Tak jak Jane Doe¹.

Je­dyną róż­nicą mię­dzy mną a praw­dziwą Jane Doe była ety­kietka, którą w kost­nicy przy­cze­piano tym nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym tru­pom do palca u stopy. Bo poza tym moja eg­zy­sten­cja w ogóle nie przy­po­mi­nała ży­cia. By­łam zmu­szona kraść, by móc coś zjeść. Spa­łam tam, gdzie zna­la­złam ja­kieś okry­cie przed chło­dem i wodą. Że­bra­łam na uli­cach. Prze­szu­ki­wa­łam śmiet­niki przy re­stau­ra­cjach.

Nikki prze­cze­sała pal­cami o ob­gry­zio­nych pa­znok­ciach swoje prze­tłusz­czone rude włosy.

– Je­steś go­towa? – za­py­tała. Po­cią­gnęła no­sem i za­częła prze­ska­ki­wać z nogi na nogę, jakby była spor­tow­cem, który szy­ko­wał się do waż­nego me­czu.

Nie czu­łam się go­towa, a mimo to po­ki­wa­łam głową. Nie by­łam, ni­gdy nie będę, ale skoń­czyły mi się już inne opcje. Na uli­cach nie było bez­piecz­nie, a każdy dzień sta­no­wił dla mnie do­słow­nie walkę o prze­ży­cie. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że je­śli stra­ci­ła­bym jesz­cze tro­chę na wa­dze, to nie by­ła­bym w sta­nie wal­czyć, je­śli ktoś by mnie za­ata­ko­wał. W każ­dym ra­zie po­trze­bo­wa­łam ochrony przed trud­nymi wa­run­kami at­mos­fe­rycz­nymi i złymi ludźmi, któ­rzy cza­ili się w mroku, bo w prze­ciw­nym ra­zie skoń­czy­ła­bym jak praw­dziwa Jane Doe.

Nie są­dzę, by Nikki re­je­stro­wała coś ta­kiego jak głód. Gdyby miała wy­brać mię­dzy je­dze­niem a na­ćpa­niem się, wy­bra­łaby to dru­gie. Za każ­dym ra­zem. Było to wi­dać, bo jej po­liczki za­pa­dły się, a pod oczami ma­lo­wały się ciemne cie­nie. Zna­łam ją nie­długo, ale jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam, by po­chła­niała coś in­nego niż koks.

Osą­dza­łam ją i czu­łam się z tego po­wodu kosz­mar­nie. Jed­nak coś w środku pod­po­wia­dało mi, że ona jest w rze­czy­wi­sto­ści lep­sza. Kiedy nie by­łam na nią nie­sa­mo­wi­cie wście­kła, to nie­mal czu­łam w sto­sunku do niej in­stynkt opie­kuń­czy. Wal­czy­łam o swoje prze­trwa­nie i chcia­łam wal­czyć o jej, lecz pro­blem tkwił w tym, że ona nie chciała za­wal­czyć o sie­bie.

Otwo­rzy­łam usta, by ją po­uczyć. Już chcia­łam jej po­wie­dzieć, że po­winna skoń­czyć z kok­sem i za­cząć coś jeść, by za­dbać o swoje zdro­wie, lecz na­gle dziew­czyna ob­ró­ciła się w moją stronę. Ga­pi­łam się na nią z otwar­tymi ustami, bo do­tarło do mnie, że nie by­łam lep­sza od niej, a chcia­łam ją osą­dzać. Bar­dzo moż­liwe, że za­nim stra­ci­łam pa­mięć, mo­głam być za­mie­szana w to samo co ona te­raz.

Za­mknę­łam usta i po­sta­no­wi­łam nic nie mó­wić.

Nikki zmie­rzyła mnie wzro­kiem, oce­nia­jąc mój wy­gląd.

– Uj­dziesz – po­wie­działa z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem w gło­sie. Nie chcia­łam na­kła­dać tony ta­pety i wy­ry­wać so­bie brwi, by w ich miej­scu na­ry­so­wać cien­kie kre­ski, jak zro­biła ona. Po pro­stu umy­łam włosy w zle­wie i sko­rzy­sta­łam z su­szarki do dłoni. Nie na­ło­ży­łam ma­ki­jażu, bo je­śli mia­łam zro­bić to, co pla­no­wa­łam w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, to chcia­łam, by to się stało na mo­ich wa­run­kach, i nie za­mie­rza­łam wy­glą­dać jak Nikki.

Tak, znowu za­cho­wy­wa­łam się jak kry­ty­ku­jąca suka.

– Po­wiesz jesz­cze raz, jaki jest plan? – za­py­ta­łam. Mó­wiła mi już o nim z dzie­sięć razy, ale mo­gła mó­wić na­wet ty­siąc, a ja na­dal nie czu­ła­bym się z tym kom­for­towo.

Nikki na­pu­szyła swoje oklap­nięte włosy.

– Se­rio, Doe, czy ty kie­dy­kol­wiek mnie słu­chasz? – Wes­tchnęła roz­draż­niona, ale kon­ty­nu­owała. – Kiedy pój­dziemy na tę im­prezę, mu­sisz tylko przy­kleić się do jed­nego z mo­to­cy­kli­stów. Je­śli cię po­lubi, to bar­dzo moż­liwe, że bę­dzie chciał, byś zo­stała na dłu­żej. Wy­star­czy, że bę­dziesz grzać mu łóżko i dbać o to, by był za­do­wo­lony.

– Nie wiem, czy po­tra­fię to zro­bić – po­wie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

– Po­tra­fisz i zro­bisz to. I nie bądź przy nich taka nie­śmiała, oni tego nie lu­bią. Poza tym ty nie je­steś ty­pem nie­śmia­łej dziew­czyny. Te­raz tylko się de­ner­wu­jesz. Je­steś tro­chę nie­okrze­sana, szcze­gól­nie że nie masz fil­tra i mó­wisz rze­czy, któ­rych po­tem ża­łu­jesz.

– To aż dziwne, że znasz mnie tak krótko, a zdą­ży­łaś mnie po­znać tak do­brze – oznaj­mi­łam.

Nikki wzru­szyła ra­mio­nami.

– Znam się na lu­dziach. Wierz mi lub nie, ale ty je­steś bar­dzo ła­twa do od­czy­ta­nia. A te­raz wy­da­jesz się bar­dzo spięta. Wi­dzę, ja­kie masz zgar­bione ra­miona. – Przy­ło­żyła mi rękę do ple­ców i po­pchnęła mnie. – No, te­raz le­piej. Wy­pchnij pierś do przodu. Nie masz du­żych cyc­ków, ale je­śli nie za­ło­żysz sta­nika i wy­pchniesz pierś, fa­ceci będą mo­gli zo­ba­czyć przez bluzkę twoje sutki, a oni uwiel­biają taki wi­dok.

Dość tego. Po­tra­fi­łam po­de­rwać mo­to­cy­kli­stę. A kiedy już to się sta­nie, to on mnie obroni. Mia­łam na­dzieję, że bę­dzie to ro­bił do czasu, aż wy­my­ślę pan B.

– W naj­gor­szym wy­padku okaże się, że fa­cet szuka szyb­kiego nu­merka i na ko­niec rzuci ci tro­chę kasy, a po­tem cię od­prawi. – Nikki mó­wiła, tak jakby opi­sy­wała wa­ka­cje, a nie pro­sty­tu­cję.

Mo­głam się oszu­ki­wać, są­dząc, że je­śli nie stoję pod la­tar­nią jak Nikki, to nie je­stem jak ona, ale prawda była taka, że gdy to zro­bię, stanę się praw­dziwą dziwką.

A mimo to wciąż ją kry­ty­ko­wa­łam.

Jed­nak gdy za­czy­na­łam my­śleć in­ten­syw­nie o in­nych opcjach, mój umysł był rów­nie pu­sty co żo­łą­dek.

Nikki otwo­rzyła drzwi, a świa­tło sło­neczne oświe­tliło ciemne po­miesz­cze­nie. Rzu­ci­łam ostat­nie spoj­rze­nie w stronę od­bi­cia dziew­czyny o prze­cięt­nej twa­rzy i wy­szep­ta­łam:

– Prze­pra­szam.

Tro­chę po­cie­szało mnie to, że osoba, którą by­łam wcze­śniej, za­nim wszystko za­po­mnia­łam, nie wie­działa, co za­mie­rza­łam zro­bić.

A mia­łam za­miar sprze­dać swoje ciało.

I resztkę du­szy, która mi po­zo­stała.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 Jane Doe – na­zwi­sko uży­wane w USA dla okre­śle­nia nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ko­biety (przyp. tłum.).ROZ­DZIAŁ 5

King

W ca­łym swoim ży­ciu nie by­łem jesz­cze tak wście­kły. W ciągu mo­jego dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­wota wielu lu­dzi za­znało gniewu Bran­tleya Kinga.

Ale nie­wielu z nich prze­żyło.

Ile ta dziew­czyna w ogóle miała lat? Sie­dem­na­ście? Osiem­na­ście?

Nie zna­łem jej na tyle długo, by móc ją znie­na­wi­dzić, ale i tak czu­łem nie­od­partą ochotę, by owi­nąć ręce wo­kół jej szyi i ją udu­sić. Na­wet le­piej – chcia­łem zdjąć z nad­garst­ków je­den ze skó­rza­nych pa­sków i to nim do­ko­nać eg­ze­ku­cji. Chcia­łem, by po­czuła całą moją fu­rię, gdy wy­ci­skał­bym ży­cie z jej ko­ści­stego ciała. Chcia­łem wy­ła­do­wać na niej moją fru­stra­cję, jed­nak nie tylko na nią by­łem zły. Wście­ka­łem się też na sa­mego sie­bie.

Za­wsze by­łem bar­dzo ostrożny w kwe­stii bez­pie­czeń­stwa, a tym ra­zem po pro­stu scho­wa­łem pie­nią­dze, które dał mi Preppy, do szu­flady.

Do pie­przo­nej szu­flady.

Stary ja, ten sprzed trzech lat, scho­wałby pie­nią­dze w sej­fie na stry­chu i zdą­żył trzy razy zmie­nić kom­bi­na­cje kodu.

Jak to się stało, że z prze­sad­nie ostroż­nego czło­wieka sta­łem się tak nie­dbały?

Po­wi­nie­nem po­sta­wić ochro­nia­rzy przed tymi drzwiami. Za­nim po­sze­dłem do wię­zie­nia, mia­łem kilku wro­gów, a gdy z niego wy­sze­dłem, przy­było mi jesz­cze kilku. Za­po­mnia­łem o wszyst­kich swo­ich za­sa­dach i wpu­ści­łem do mo­jego po­koju dziew­czynę, któ­rej w ogóle nie zna­łem, cho­ciaż po­wi­nie­nem wy­rzu­cić ją stąd w chwili, gdy po­sta­no­wi­łem, że nie będę się z nią pie­przyć.

To było do mnie zu­peł­nie nie­po­do­bne.

Nie prze­le­cia­łem jej, bo się mnie bała? Bo wy­glą­dała na nie­winną i na­iwną? Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że przez nią sta­wał mi ku­tas. Nie­mal do­sze­dłem w ga­ciach, gdy wi­dzia­łem, jak jej ręce trzęsą się przy pa­sku mo­ich spodni. Wmó­wi­łem so­bie, że tego nie po­trze­bo­wa­łem, że wo­la­łem dziew­czynę, która za­ję­łaby się mną jak pro­fe­sjo­na­listka, bo tylko dzięki temu mógł­bym się po­zbyć agre­sji, która we mnie na­ra­stała.

Ale to było kłam­stwo.

Coś we mnie, coś, co mógł­bym nie­mal uznać za świa­do­mość, mó­wiło mi, że nie po­wi­nie­nem wy­ko­rzy­sty­wać tej sy­tu­acji. Nie, to coś mó­wiło mi, że­bym nie wy­ko­rzy­sty­wał jej. Odej­ście, gdy jej po­liczki były jesz­cze za­czer­wie­nione od gniewu, za­wsty­dze­nia i stra­chu, i naj­praw­do­po­dob­niej odro­biny pod­nie­ce­nia, było tor­turą. Wy­ma­gało to ode mnie ogrom­nych na­kła­dów sa­mo­kon­troli, by nie zbli­żyć się do niej znowu i nie wziąć jej pod ścianą.

Ale tak było wcze­śniej. Moja ochota, by ją prze­le­cieć, wy­le­ciała przez okno wraz z jej ko­le­żanką i mo­imi pie­niędzmi. Ru­dej udało się za­brać sześć pa­ty­ków, ale to nie była wielka suma w po­rów­na­niu z tym, ile mu­sia­łem ko­muś jesz­cze za­pła­cić. Tak na­prawdę cho­dziło o ideę. Na­wet dwa centy to by­łoby za dużo.

Dziew­czyna, która le­żała te­raz na moim łóżku, za­płaci mi za to w ten czy inny spo­sób.

Usia­dłem na ma­te­racu i zdją­łem z niej koł­drę. Miała na so­bie za dużą spód­niczkę, która pod­je­chała wy­żej bio­der. Dzięki temu wi­dzia­łem jej białe ba­weł­niane majtki. Prze­su­ną­łem pal­cem po ze­wnętrz­nej czę­ści jej nogi, od kostki aż po udo. Ten zwy­kły do­tyk spra­wił, że za­drża­łem, a mój fiut obu­dził się do ży­cia.

Dziew­czyna była okrop­nie chuda. Miała za­pad­nięte po­liczki i worki pod du­żymi oczami. Łok­cie wy­glą­dały na ko­ści­ste, a że­bra przy­po­mi­nały mi Preppy’ego, bo jego rów­nież wy­sta­wały, gdy go po­zna­łem. Nie była ty­pem dziew­czyny, który za­zwy­czaj lu­bi­łem. Mnie po­do­bały się cycki i ty­łek. Lu­bi­łem się czymś po­ba­wić, pie­prząc la­skę.

Więc dla­czego nie po­tra­fi­łem prze­stać jej do­ty­kać?

Zdją­łem z niej ko­szulkę.

Nie no­siła sta­nika.

Cycki miała małe, ale ide­al­nie okrą­głe. Na ich wi­dok za­czą­łem się za­sta­na­wiać, jak by wy­glą­dały, gdyby dziew­czyna miała tro­chę wię­cej ciała. Chcia­łem pa­trzeć na te cycki, pod­ska­ku­jące tuż przy mo­jej twa­rzy, gdy ona by mnie ujeż­dżała.

Dziew­czyna wes­tchnęła ciężko, ale nie obu­dziła się. Jej od­dech się wy­rów­nał, gdy za­czą­łem le­ni­wie za­ta­czać na jej brzu­chu okręgi pal­cami, tuż przy pępku, a po­tem pie­ścić w ten sam spo­sób okrą­głe piersi. Mu­sia­łem nad sobą bar­dzo pa­no­wać, by nie po­chy­lić się i nie za­cząć ssać jej ró­żo­wych sut­ków. Mia­łem ochotę ugryźć je tak mocno, aż po­la­łaby się krew, a po­tem zli­zał­bym ją z tej bia­łej skóry.

Ni­gdy nie nie­na­wi­dzi­łem i nie pra­gną­łem ko­goś tak bar­dzo jak jej.

Szybki, pełny nie­na­wi­ści seks mógłby po­móc wy­ma­zać z mo­jego umy­słu wspo­mnie­nia, które mnie mę­czyły, ale ta dziew­czyna była ranna i le­żała nie­przy­tomna na moim łóżku.

Teo­re­tycz­nie można po­wie­dzieć, że o nią dba­łem.

Ale teo­re­tycz­nie mia­łem ochotę pie­przyć jej usta, aż by się udła­wiła.

Moje sprzeczne uczu­cia przy­pra­wiały mnie o mi­grenę.

Mu­sia­łem stam­tąd odejść. Nic do­brego nie wy­szłoby z tego, że za­czął­bym jej do­ty­kać, gdy spała, jed­nak nie po­tra­fi­łem opu­ścić łóżka. Wtedy ona po­ru­szyła się nie­znacz­nie we śnie. To mi przy­po­mniało, że wkra­cza­łem na te­ry­to­rium Preppy’ego. Nie mo­głem odejść tak szybko. A co, je­śli ona by się obu­dziła i ze­chciała uciec? Wtedy ni­gdy bym się nie do­wie­dział, do­kąd ruda zbie­gła z mo­imi pie­niędzmi.

Igno­ro­wa­łem fakt, że dziew­czyna tak na­prawdę nie mo­gła uciec, skoro przy­pią­łem ją kaj­dan­kami do wez­gło­wia łóżka. Za­miast zejść z ma­te­raca i po­dejść do drzwi, zdją­łem spodnie i po­ło­ży­łem się obok niej. Przy­tu­li­łem ją ple­cami do sie­bie i na­kry­łem nas ko­cem.

To był mój pierw­szy raz. Ni­gdy wcze­śniej nie spa­łem w łóżku z ko­bietą pod przy­kry­ciem. Ni­gdy nie po­zwa­la­łem, by one za­sy­piały w moim łóżku.

Po­ło­ży­łem rękę na jej wklę­śnię­tym brzu­chu. Gdy po­czu­łem pro­mie­niu­jące z jej ciała cie­pło, mój fiut stał się jesz­cze tward­szy. Pod­par­łem głowę ra­mie­niem i przyj­rza­łem się nam. Za­fa­scy­no­wał mnie kon­trast na­szych ciał – jej blade i ide­alne, moje opa­lone i wy­ta­tu­owane.

Te­raz by­łem tak twardy, że to aż bo­lało.

Po­czu­łem dresz­cze prze­bie­ga­jące po krę­go­słu­pie, gdy po­my­śla­łem o tym, żeby ścią­gnąć z niej te dziew­częce, nie­winne maj­teczki. Wró­ci­łem do tego po­koju tylko dla­tego, że zmie­ni­łem zda­nie. Mimo że wy­glą­dała na nie­winną, sama prze­cież mi sie­bie ofe­ro­wała, więc kim by­łem, by jej od­mó­wić?

Może wię­zie­nie mnie zmie­niło, ale jesz­cze nie by­łem go­towy, by za­ak­cep­to­wać tę zmianę. Zo­sta­łem na dole mo­jego miesz­ka­nia tylko przez dzie­sięć mi­nut, a po­tem za­wró­ci­łem, uda­łem się po­now­nie na górę, by ro­ze­brać tę dziew­czynę, po­chy­lić i po­ka­zać jej, na ja­kiego po­pier­do­lo­nego fa­ceta tra­fiła.

Za­czą­łem okrę­cać na palcu ko­smyk jej nie­mal bia­łych wło­sów. Raz po raz przy­po­mi­na­łem so­bie, że ta dziew­czyna była zło­dziejką i dziwką, a ja mia­łem pełne prawo, by uka­rać ją za to, co mi ukra­dła.

Ta suka była moja. Mo­głem ją so­bie wziąć.

A jed­nak mimo że bar­dzo chcia­łem na nią wejść i za­nu­rzyć się w jej cipce, nie mo­głem się do tego zmu­sić.

Ta dziew­czyna kryła w so­bie ja­kąś hi­sto­rię, która nie wy­da­wała się taka oczy­wi­sta na pierw­szy rzut oka. Jej przy­ja­ciółka była naj­wy­raź­niej ćpunką, bo źre­nice miała mocno roz­sze­rzone, a nos za­czer­wie­niony. Ale ta mała nie za­cho­wy­wała się jak ćpunka, cho­ciaż pa­trząc na jej wy­chu­dzoną syl­we­tkę i znisz­czone ciu­chy, by­łem nie­mal pewny, że za­częła się krę­cić koło Be­ara i jego kum­pli wła­śnie dla nar­ko­ty­ków.

Do­wiem się, jaka jest jej hi­sto­ria, gdy tylko się obu­dzi. Wtedy zde­cy­duję, ja­kie po­czy­nię wo­bec niej kroki. Jed­nak na pewno bę­dzie miało to coś wspól­nego z nią nagą i klę­czącą przede mną.

Ode­tchnęła głę­boko we śnie, a ja za­mar­łem. Ba­łem się, że może się obu­dzić, za­nim wyjdę z łóżka. Co naj­dziw­niej­sze, jej ciało roz­luź­niło się przy mnie, a jej ty­łek przy­ci­snął się do mo­jej nie­ustan­nej erek­cji.

Zdu­si­łem w so­bie jęk.

Dzie­liły nas tylko moje bok­serki i jej majtki. Mia­łem ochotę wbić się w nią, ulżyć moim obo­la­łym ja­jom, ale po­wstrzy­ma­łem się i wy­sze­dłem z łóżka tak szybko, jak się w nim zna­la­złem.

Pod­nio­słem spodnie z pod­łogi i je za­ło­ży­łem. Za­nim wy­sze­dłem z po­koju, spoj­rza­łem raz jesz­cze w stronę śpią­cej dziew­czyny. Świa­tło księ­życa wpa­dało przez okno, jej włosy wy­da­wały się przez to jesz­cze ja­śniej­sze, a skóra biel­sza.

Bar­dziej na­wie­dzona.

Nie wie­dzia­łem, czy po­wi­nie­nem ją za­bić, czy wy­ru­chać.

A może jedno i dru­gie. Ale i tak jedna rzecz była pewna – w ten czy inny spo­sób ona bę­dzie jesz­cze krzy­czeć.

W końcu za­czy­na­łem się czuć jak stary ja.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij