Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kłamstwa, które nam wmawiano - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
4390 pkt
punktów Virtualo

Kłamstwa, które nam wmawiano - ebook

W cieniu wielkiej historii rozgrywa się cicha, przejmująca walka o godność, miłość i prawo do bycia razem

Maj 1928 roku. Lena Conti ucieka z powojennych Niemiec do Ameryki, wierząc, że za oceanem czeka ją nowe życie. Zamiast upragnionego bezpieczeństwa doświadcza jednak upokorzenia i strachu. Na Ellis Island zostaje brutalnie rozdzielona z matką i bratem, których uznano za „niepożądanych” i skazano na deportację do ojczyzny. Zostaje sama z małą córką, jej jedynym powodem, by się nie poddać.

Nowym domem Leny zostaje należące do jej kuzyna Wolfe Hollow w Wirginii – miejsce surowe, piękne, ale pełne napięcia. Wśród górskich zboczy i zamkniętej społeczności kobieta zaczyna budować życie od nowa, choć nic nie jest tu takie, jakim się wydaje. Lokalne dzieci uczone są ukrywania się przed szeryfem, sąsiedzi częściej milczą, niż mówią, a nad wszystkim unosi się rosnący niepokój.

Władze mają plan. Pod pozorem postępu i naprawiania świata chcą odbierać ludziom ziemie, rozdzielać rodziny i decydować, kto zasługuje na przyszłość. Eugeniczne idee, które miały ulepszyć społeczeństwo, stają się narzędziem krzywdy i przemocy.

Lena stanie przed najtrudniejszym wyborem: jak daleko można się posunąć, by ocalić swoje dziecko? I czy w świecie opartym na uprzedzeniach jest jeszcze miejsce na nadzieję?

„Kłamstwa, które nam wmawiano” bestsellerowej Ellen Marie Wiseman to poruszająca powieść o sile matczynej miłości, ludziach skazanych na niesprawiedliwość i odwadze, która rodzi się wtedy, gdy nie ma już nic do stracenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-929-1
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Och, czemuż to takimi głupcami jesteście – wy, którzy rodzicie i wychowujecie naszych obywateli? Dlaczego bez końca pozwalacie się mnożyć słabeuszom oraz szaleńcom? Wszelakim przestępcom, kalekom, odmieńcom, utrzymańcom, niezdolnym do samodzielności, chorowitym i całej reszcie? Mnożąc rodzinę ludzką, jej najgorszych członków traktujemy tak samo jak najlepszych.

A tymczasem proszę, idźcie do dowolnego rolnika, zajrzyjcie do jego stodół czy szop w gospodarstwie, spójrzcie na jego konie lub bydło: nawet świnie ów chłop woli mieć rasowe. A potem zwróćcie uwagę na piętno, jakie odcisnął na własnych dzieciach. Nisko sklepione czoła, małpie szczęki, goryle dłonie, tępota, głupota – oto skutek praw Mendla.

Albo przyjrzyjcie się wsi, ogrodowym grządkom, kapuście, sałacie i rzepie.

Nawet buraki rosną tu pierwszej klasy. Dzieci tymczasem, przecież liczne, cechują małpie łapy. Na krzywych chadzają nogach, mają płaskogłowie, są durnowate – też zgodnie z prawem Mendla.

Prawo to jasno głosi, że wady rodzą wady, a choroba umysłowa karmi chorobę umysłową. Dlaczego pozwalamy, aby ci ludzie się rozmnażali, cofając nas do małpich przodków? Dlaczego nakładamy na nasz kraj coraz większe ciężary, skoro powinniśmy hodować tylko najlepszych? Wy, mądrzy ludzie, weźcie na siebie to brzemię, uczyńcie je swoim najgłośniejszym credo: natychmiast wysterylizować odmieńców – wszystkich, którzy nie nadają się do rozmnażania!

Wtedy nasza rasa się wzmocni i rozkwitnie, a nasi mężczyźni i nasze kobiety staną się doskonali, nie zaś podobni do małp, odrażający i tępi. Niechaj najlepsi płodzą najlepszych.

– JOSEPH S. DEJARNETTE

Amerykański eugenik, dyrektor Western State HospitalROZDZIAŁ 2

Oparta o reling powoli płynącej barki, pełnej zdezorientowanych, zalęknionych kobiet i dzieci, Lena trzymała śpiącą Ellę przy piersi. Mrużąc oczy, wpatrywała się w drugą barkę, za nimi, która odbijała właśnie od Ellis Island. Modliła się, by dostrzec na niej Mutti i Enza. Przez chwilę odczuła przypływ radości, bo wydało jej się, że widzi starszą panią z wysokim chłopcem, być może swoich matkę i brata, lecz tamci znajdowali się zbyt daleko, aby odróżnić rysy twarzy. Mimo to Lena wmawiała sobie, że to właśnie oni i że po dotarciu na Hoffman Island będą wszyscy razem. Musiała w to wierzyć. Jak inaczej miałaby ich kiedykolwiek odnaleźć?

Wcześniej, gdy szukała członków rodziny na swojej barce, wypytywała niemieckojęzyczne kobiety na pokładzie, czy nie widziały tych dwojga, czy wiedzą, co to jest _delousing plant_ i dlaczego ich tam zabierają. Wszystkie potrząsały głowami, z wyjątkiem pewnej bladej młódki w bluzce z wysokim kołnierzem i w lśniących skórzanych butach. Z takim ubraniem i z elegancką fryzurą sprawiała wrażenie zbyt zamożnej, aby podróżować w trzeciej klasie.

– Angielski wyraz „delousing” znaczy, że trzeba się pozbyć _Läuse._ Wszy – powiedziała blada kobieta.

– Ale ja ich nie mam! – zawołała inna, w pobliżu. – Moje dzieci też nie.

Włączyło się kilka kolejnych:

– My również!

– Zgadza się.

– Gdybyśmy mieli wszy, nie wpuściliby nas na statek.

– Boją się tyfusu – dodała blada. – Muszą się upewnić, że insekty zostały wybite. – Przemawiała spokojnie i dobitnie, w literackim niemieckim, różniącym się od dialektu południowego, którym posługiwała się Lena i jej rodzina.

– _Danke_ za te wyjaśnienia – westchnęła dziewczyna. – Wie pani, jaką stosują metodę?

Wszyscy wpatrywali się w tamtą, niespokojnie oczekując odpowiedzi.

Pokręciła głową.

– Przykro mi, ale nie. Mogą użyć proszku albo cyklonu B.

Jedna z kobiet głośno westchnęła.

– Przecież cyklon został zakazany po wojnie.

Blada wzruszyła ramionami.

– Zadałyście pytania, ja odpowiedziałam. A teraz dajcie mi spokój, proszę. Straciłam na statku syna, a mojego męża umieszczono w szpitalu na Ellis Island. Nie mam już ochoty rozmawiać.

– _Ach, Gott!_ – wykrzyknęła Lena. – Szczere wyrazy współczucia!

Pozostałe panie również złożyły kondolencje. Elegantka zapadła w zupełne milczenie, wpatrzona w morze. Kobiety spojrzały po sobie ze zrozumieniem, a potem znów skupiły się na własnym wnętrzu, pochłonięte osobistymi kłopotami i zmartwieniami.

Lena również wbiła wzrok w fale uderzające w kadłub barki; nie mogła uwierzyć, że znów są na wodzie. Miała nadzieję, że będzie to krótka podróż i że choroba morska Mutti nie wróci. Z drugiej strony – skoro inspektorzy i lekarze tak bardzo obawiali się tyfusu, zwykłe wymioty wywołane kołysaniem statku nie mogły ich zbytnio zaniepokoić. Czy Lena i jej rodzina przybyli tu z tak daleka, żeby stracić życie przez choroby? Nie. Nie zamierzała się poddać tej myśli. Musiała wierzyć, że odwszawianie to tylko środek ostrożności i że kiedyś będą wspominać tę całą sytuację jako zły sen.

Gdy wpatrywała się w port oraz plątaninę wieżowców Manhattanu, doznała dziwnego wrażenia – mieszanki dojmującej tęsknoty za domem oraz zazdrości wobec ludzi, którzy już mieszkali i pracowali w tym mieście, którzy mieli tu swoje zwykłe obowiązki i plany dnia, czuli się u siebie na tych chodnikach, pomiędzy tymi budynkami, którzy sypiali w znanych sobie łóżkach i wyglądali przez znane sobie okna. Ileż Lena by oddała, byleby znów poczuć się jak w domu, doświadczyć komfortu codziennych zwykłych spraw do załatwienia, chadzać po wytartym bruku ulic i alejek, które prowadziły do znajomych ludzi czy miejsc – na targ, do gotyckiej katedry na miejskim placu, do mieszkania jej najlepszej przyjaciółki Ingrid. To miejsce, do którego przynależała. Życie w Niemczech z pewnością było trudne, lecz teraz Lena miała wrażenie zbłąkania, unoszenia się z prądem zdarzeń. Wszelkie poczucie normalności zostało roztrzaskane, a jego szczątki – rzucone na wiatr.

Barka przepływała obok Statuy Wolności, a w gardle Leny formowała się paląca gruda. Jak to możliwe, że jeszcze kilka godzin temu widok tego wspaniałego posągu napełniał ją ogromem nadziei? Teraz, kiedy patrzyła na ikoniczną postać, na trzepoczącą obok amerykańską flagę, serce ściskały smutek i strach. Słowa „dajcież mi waszych zmęczonych, waszych biedaków” dotyczyły chyba tylko tych, którzy wcale nie byli ani zmęczeni, ani biedni. A przed człowiekiem potrzebującym pomocy, lecz uznanym za ciemnego bądź chorego, bramy wolności były zamknięte.

Lena odwróciła się od relingu i rozejrzała po zatłoczonym pokładzie w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Musiała odpocząć, Ella stawała się cięższa z każdą sekundą. Jednakże wszystkie ławki były zajęte, wszędzie siedziały kobiety i młode dziewczyny; ich twarze kurczyły się w podobnych liniach stresu i wyczerpania. Nie zobaczywszy wolnej przestrzeni, Lena zdjęła worek, przycupnęła na zatęchłych deskach barki i oparła się plecami o zimną, stalową ścianę, obojętna na kurz i smar brudzące płaszcz oraz sukienkę. Obejmując jedną ręką torbę, drugą zaś dziecko śpiące na piersi, zamknęła oczy i spróbowała się zdrzemnąć. Ciągłe dudnienie potężnego silnika wprawiało całą jednostkę w wibracje, współgrało z pulsowaniem serca, grożąc jego natychmiastowym wybuchem niczym bomby, intensyfikowało każdą myśl.

Na domiar złego Lenę skręcało z głodu. Oddałaby wszystko za kromkę razowego chleba i wątrobiankę, które Mutti spakowała na podróż do Ameryki. Niestety te dodatkowe racje żywnościowe wystarczyły tylko na parę dni, mimo że matka ich nie jadła, a jedyne pożywienie, jakie dostawali na statku, stanowiły nędzne porcje letniej zupy, żylastej wołowiny tudzież śledzie. Lena przypomniała sobie mdły zapach ryb i zaczęła się zastanawiać, czy jeszcze kiedyś zobaczy wątrobiankę. W tej chwili zadowoliłaby się nawet śledziem.

Gdy nieco później barka wreszcie zwolniła, kobiety jęły wyciągać szyje, ciekawe, gdzie też się zatrzymują. Lena z trudem wstała, starając się nie zbudzić Elli, i spojrzała w kierunku dziobu. Fale przed nimi rozbijały się o skalisty brzeg niewielkiej wyspy, na której wznosił się ogromny piętrowy budynek o paru skrzydłach, z kilkunastoma kominami. Miał liczne drzwi oraz łukowate okna, z których część zamurowano cegłami – te oznaczono gigantycznymi białymi literami X. Nad metalową wieżą ciśnień górowały dwa fabryczne kominy: jeden sześcienny, drugi obły.

Miejsce wyglądało na więzienie. Albo szpital.

W głowie Leny zabrzmiały słowa usłyszane na Ellis Island. „Powinniśmy również odmawiać przyjmowania tych brudasów…”

Być może na Hoffman Island Amerykanie nie pozbywali się wszy, lecz ludzi. Może zamierzali trzymać przybywające tu kobiety w zamknięciu na zawsze – albo jeszcze gorzej. Nie. Lena musiała zablokować te okropne myśli. Amerykanie po prostu starają się powstrzymać rozprzestrzenianie groźnych chorób – nic ponadto. Powinna być im nawet wdzięczna, że są tak ostrożni. Tyle że wdzięczność przychodziła jej z coraz większym trudem, zwłaszcza że była tu niemile widziana.

Gdy barka zacumowała, umundurowani strażnicy kazali kobietom i dzieciom zejść z pokładu. Kolejni, sprawdziwszy karty identyfikacyjne, zapisywali na bagażach numery pasażerów.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij