Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kłamstwa splamione prawdą - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
14 października 2021
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Czytaj fragment
Pobierz fragment
PROMOCJA
29,90
34,90

Oszczędzasz 5,00 zł (14%)

Cena w punktach Virtualo:
2990 pkt.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Kłamstwa splamione prawdą - ebook

Czy kłamstwo zwycięży, kiedy prawda nie ma sensu?

Cathy Cramer od dwóch lat zajmuje się komentowaniem na blogu śledczym znanych spraw kryminalnych. Chce, aby prawdziwi sprawcy zapłacili za swoje zbrodnie, ponieważ zabójca jej narzeczonego nie został skazany. Kiedy kobieta dostaje list z ostrzeżeniem, że sama niedługo doświadczy podobnego osądu, uznaje to za podły żart… do czasu, aż jej bratowa zostaje zamordowana, a wszystko wskazuje na winę męża ofiary.

Cathy stara się rozwiązać zagadkę na własną rękę i z pomocą dwóch sióstr oczyścić brata z zarzutów. Niebezpieczeństwo rośnie, gdy okazuje się, że zabójstwo nie było celem samym w sobie.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66977-129
Rozmiar pliku: 3,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Mail od żony Jaya był ży­wym do­wo­dem na to, że cuda się zda­rzają. Nie spo­dzie­wał się, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek przy­jaź­nie się do niego ode­zwie, cho­ciaż za­cięta walka o prawo do opieki nad dziec­kiem była dla ich syna dru­zgo­cąca. Kiedy prze­czy­tał jej list na swoim służ­bo­wym kom­pu­te­rze, opa­dła mu szczęka. Zszo­ko­wał go jej uprzejmy ton i bła­ga­nie, by zi­gno­ro­wał radę praw­nika i przy­je­chał do niej na roz­mowę. Na­dzieja, która dawno temu zwię­dła, za­kieł­ko­wała na nowo. Rzu­cił wszystko i prędko jej od­pi­sał:

Za­raz będę. Już wy­cho­dzę.

Tak, to był cud. An­na­lee nie roz­ma­wiała z nim pra­wie od roku. Na każde spo­tka­nie uma­wiali ich praw­nicy. Tę­sk­nił za szansą roz­mowy z nią twa­rzą w twarz. Chciał opo­wie­dzieć jej o swoim za­tro­ska­niu o Jack­sona na wy­pa­dek, gdyby przy­znano jej wy­łączną opiekę. Wi­zyty w co drugi week­end i środy wie­czo­rem – układ, który sę­dzia przy­zna­wał więk­szo­ści oj­ców – nie wy­star­czały. Chciał jej przy­po­mnieć, jak bar­dzo dziecko po­trze­bo­wało ojca; że dzieci, które do­ra­stają bez oj­ców, czę­sto no­szą w so­bie wielką pustkę, którą pró­bują wy­peł­nić au­to­de­struk­cyj­nymi de­cy­zjami. Chciał, żeby zo­ba­czyła w nim do­ro­słego czło­wieka i ro­dzica, żeby za­po­mniała o daw­nych kłót­niach i po­sta­wiła Jack­sona na pierw­szym miej­scu. A te­raz do­stał za­pro­sze­nie i wresz­cie bę­dzie mógł to zro­bić.

Nie za­no­siło się na ła­twą roz­mowę. Trzeba bę­dzie od­su­nąć od sie­bie żal o jej liczne ro­manse i roz­go­ry­cze­nie spo­wo­do­wane wpły­wem nie­któ­rych z jej part­ne­rów na ich pię­cio­let­niego synka. Po­sta­no­wił za­cho­wy­wać się ostroż­nie, żeby jej nie zde­ner­wo­wać.

Po dro­dze zdał so­bie sprawę, że ma pra­wie pu­sty bak. Dla­czego dziś rano o tym za­po­mniał? Wje­chał na sta­cję ben­zy­nową i po­spiesz­nie za­tan­ko­wał za dzie­sięć do­la­rów, po czym ru­szył w stronę dziel­nicy, w któ­rej miesz­kała jego żona.

Skrę­cił w jej ulicę, za­sta­na­wia­jąc się, czy Jack­son wró­cił już z przed­szkola. Je­śli tak, na pewno pod­bie­gnie do Jaya, wo­ła­jąc: „Ta­taaa!”. A może na­dal był w przed­szkolu? An­na­lee za­zwy­czaj pra­co­wała do siód­mej lub ósmej w do­mo­wym biu­rze, przyj­mu­jąc te­le­fony o wspar­cie tech­niczne z firmy in­for­ma­tycz­nej, w któ­rej była za­trud­niona. Czę­sto mu­siała pra­co­wać do późna, żeby być dys­po­zy­cyjna za­równo dla klien­tów z Za­chod­niego Wy­brzeża, jak i wschod­niej strefy cza­so­wej. To wła­śnie z po­wodu go­dzin jej pracy Jay sta­rał się o opiekę nad syn­kiem w ty­go­dniu. Nie było sensu, by Jack­son spę­dzał dwa­na­ście czy trzy­na­ście go­dzin na dobę z opie­kunką, skoro jego oj­ciec przez część tego czasu mógł być przy nim.

Jay zwol­nił, kiedy był już w po­bliżu. Domy stały na dwu­hek­ta­ro­wych za­drze­wio­nych dział­kach, więc dzie­liło je sporo prze­strzeni. Przy­po­mniał so­bie dzień, w któ­rym ra­zem z An­na­lee za­mknęli ra­chu­nek po­wier­ni­czy na tę zie­mię. Byli tak pod­eks­cy­to­wani, że roz­bili na niej na­miot i spę­dzili tu noc. Od tam­tego czasu mi­nęła chyba cała wiecz­ność; wtedy byli jesz­cze za­ko­chani. Po­tem po­ja­wił się Jack­son, a wraz z nim ro­dzi­ciel­skie ra­do­ści i zmę­cze­nie.

Kiedy za­częli bu­do­wać dom, ich ro­mans przy­gasł pod cię­ża­rem stresu. An­na­lee wciąż chciała wię­cej niż to, na co było ich stać, i koszty wzra­stały z każdą de­cy­zją. Co­raz czę­ściej się kłó­cili. Za­nim wpro­wa­dzili się do domu, ich mi­łość zdą­żyła osty­gnąć. Chyba wła­śnie wtedy pierw­szy raz wdała się w ro­mans.

Nie­po­trzeb­nie te­raz nad tym roz­my­ślał. Mi­nął kępę drzew, od­dzie­la­jącą ich działkę od są­sied­nich, wziął za­kręt i uj­rzał dom. Przy kra­węż­niku stał za­par­ko­wany biały pick-up. Ostatni chło­pak An­na­lee jeź­dził srebr­nym ja­gu­arem, ale we­dług jej po­stów na Fa­ce­bo­oku ze­rwali ze sobą kilka ty­go­dni temu. Z tego, co wie­dział Jay, obec­nie z ni­kim się nie spo­ty­kała. A więc kto ją od­wie­dził te­raz, gdy spo­dzie­wała się jego?

Kiedy Jay zje­chał na pod­jazd, drzwi fron­towe gwał­tow­nie się otwo­rzyły. Wrzu­cił bieg do par­ko­wa­nia aku­rat, gdy z domu wy­szedł ja­kiś klaun. Jay za­re­ago­wał z opóź­nie­niem. Klaun?!

Męż­czy­zna miał pe­rukę z czer­wo­nych, krę­co­nych wło­sów z ły­sym czub­kiem głowy. Był ubrany w czer­wony ko­stium w żółte, białe i zie­lone kropki. Na twa­rzy miał ma­ki­jaż, więc trudno było po­wie­dzieć, czy się uśmie­cha, czy to tylko na­ma­lo­wane czer­wone usta z unie­sio­nymi ką­ci­kami dają ta­kie wra­że­nie. Klaun po­ma­chał Jay­owi dło­nią w rę­ka­wiczce i pod­szedł do pick-upa, czła­piąc w wiel­kich, żół­tych bu­tach przez traw­nik.

Jay mu od­ma­chał. Może An­na­lee za­trud­niła klauna na uro­dziny Jack­sona w przy­szłym mie­siącu. Cho­ciaż to do niej nie­po­dobne. Rzadko wy­da­wała pie­nią­dze nie na sie­bie. Czyżby pró­bo­wała za­cząć wszystko od nowa?

Wy­siadł z auta i pod­szedł do fron­to­wych scho­dów. Jesz­cze rok temu użyłby klu­cza, żeby wejść, ale żona wy­ra­ziła się ja­sno, że nie po­wi­nien już tu wcho­dzić jak czło­nek ro­dziny, mimo że jego na­zwi­sko na­dal było w ak­cie wła­sno­ści. Za­pu­kał, a po­tem wci­snął dzwo­nek. Iry­tu­jący, osten­ta­cyjny dźwięk wy­bił się po­nad szum wia­tru. Jay ni­gdy go nie zno­sił, ale An­na­lee się na niego uparła.

Nie otwo­rzyła, więc za­pu­kał po­now­nie. Czy to ja­kiś żart? Czyżby go wy­sta­wiła, żeby po­zba­wić go na­dziei? Wy­ciąg­nął ko­mórkę i za­dzwo­nił do niej, ale od razu ode­zwała się poczta gło­sowa. I co te­raz?

Może była z tyłu domu i nie sły­szała dzwonka. Prze­szło mu przez myśl, by po­trak­to­wać to jako wy­bryk spo­wo­do­wany jej huś­tawką na­stro­jów i od­je­chać, ale ta sprawa była zbyt ważna. Mieli po­roz­ma­wiać!

Wy­jął pęk klu­czy z kie­szeni, zna­lazł wła­ściwy i otwo­rzył drzwi z na­dzieją, że to po­gwał­ce­nie za­sad nie wpę­dzi jej w gniew.

Wszedł do środka.

– An­na­lee! – za­wo­łał. – To ja, gdzie je­steś?

Brak od­po­wie­dzi. Sa­lon był ste­ryl­nie wy­sprzą­tany, w do­kład­nie ta­kim sta­nie, w ja­kim zo­sta­wiła go za­przy­jaź­niona de­ko­ra­torka wnętrz. Prze­szedł do ga­bi­netu, w któ­rym za­zwy­czaj pra­co­wała.

– An­na­lee?

Na­dal brak od­po­wie­dzi. Jej kom­pu­ter był włą­czony, na czar­nym ekra­nie wy­świe­tlał się wy­ga­szacz w for­mie ara­be­ski. Za­dzwo­nił te­le­fon na biurku. Raz, drugi, trzeci… Gdzie ona się po­dzie­wała?

Wtedy usły­szał szum ciek­ną­cej wody… na pię­trze. Czyżby brała prysz­nic?

To do niej po­dobne. Zwa­bić go tu­taj, a po­tem zmie­nić zda­nie. Ba­wiła się z nim jak z ja­kimś idiotą.

– An­na­lee!

Na­dal nie od­po­wia­dała. Zde­ner­wo­wany Jay po­gnał na górę i zer­k­nął przez otwarte drzwi do głów­nej sy­pialni, którą dzie­lili przez lata. Łóżko było po­ście­lone tak schlud­nie jak za­wsze. W po­koju Jack­sona rów­nież był po­rzą­dek. Synka nie było. Jay po­szedł do ła­zienki, z któ­rej do­bie­gał szum wody, i gło­śno za­pu­kał do drzwi.

– An­na­lee? Je­stem tu! Chcesz po­ga­dać czy nie?

Nic.

– An­na­lee! – wrza­snął, wa­ląc w drzwi. – Otwórz mi!

Woda za­częła wy­cie­kać przez szparę pod drzwiami. Co to miało zna­czyć? Była tam i po­zwo­liła, żeby woda się prze­le­wała? Ogar­nęło go na­głe prze­ra­że­nie. Coś było nie tak. Znowu za­stu­kał w drzwi, na­dal bez od­po­wie­dzi, więc cof­nął się i kop­nął w nie tuż pod klamką. Drewno pę­kło, więc kop­nął jesz­cze raz i drugi, aż wy­ła­mała się część z zam­kiem i się otwo­rzyły.

Była tam. Jego żona. Ubrana, bez ru­chu, w wan­nie, z któ­rej… wy­le­wała się ró­żowa woda.

Przez kilka se­kund, które wy­da­wały się wiecz­no­ścią, stał, wro­śnięty w zie­mię, i ga­pił się na tę scenę, nie­zdolny ob­jąć ją umy­słem. Na­gle otrzą­snął się i wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

– An­na­lee! – Pod­biegł do wanny i za­krę­cił wodę. Wsu­nął ręce pod jej ciało, uniósł ją i wy­cią­gnął, wy­chla­pu­jąc wodę za brzeg wanny.

Miała na so­bie ubra­nie i buty, ale biała bluzka była po­pla­miona i roz­darta…

Trzę­sąc się z prze­ra­że­nia, zdał so­bie sprawę, że to nie było roz­dar­cie. Dziura w ma­te­riale wpi­jała się w ranę w jej klatce pier­sio­wej. Z ser­cem wa­lą­cym jak osza­lałe, po­ło­żył ją na pod­ło­dze i pró­bo­wał re­ani­mo­wać.

– An­na­lee! Obudź się! Pro­szę… Boże… nie po­zwól jej umrzeć!

Była wiotka, miała po­sza­rzałą twarz, wy­bla­kłe usta i lekko uchy­lone, pu­ste oczy.

Jay mo­krymi rę­kami się­gnął po te­le­fon, ale nie mógł go zna­leźć. W dru­giej kie­szeni… Wy­stu­kał 112. Ope­ra­torka ode­brała.

– Sto dwa­na­ście, co się dzieje?

– Moja żona… Ona chyba nie żyje.

– Chyba nie żyje? – po­wtó­rzyła ope­ra­torka. – Co jej jest, pro­szę pana?

– Była w wan­nie… Po­strze­lona… Chyba… Nie od­dy­cha.

– My­śli pan, że zo­stała po­strze­lona?

Dla­czego po­wta­rzała każde jego słowo?

– Tak… Nie wiem… To wy­gląda na ranę po­strza­łową. Pro­szę, wy­ślij­cie ka­retkę! – Po­dał jej ad­res.

– Ka­retka jest w dro­dze. Pro­szę się nie roz­łą­czać. Umie pan udzie­lać pierw­szej po­mocy?

Pró­bo­wał ze­brać my­śli. Uci­ski klatki pier­sio­wej…

– Tak, chyba tak.

– Czy wy­czuwa pan puls?

O mało nie upu­ścił te­le­fonu, gdy do­tknął tęt­nicy na jej szyi, mo­dląc się o tętno.

Nic nie wy­czuł.

– Nie! Nie wy­czu­wam! Po­spiesz­cie się!

– Pro­szę usta­wić dłoń na środku klatki pier­sio­wej i przy­ci­snąć drugą ręką.

Trzę­sąc się, odło­żył smart­fon na se­des. A co z raną? Usta­wił ręce obok niej, nad ser­cem, i za­czął uci­skać, mo­dląc się, by coś to dało. Rana była na prawo od mostka. Może omi­nęła na­rząd. Je­śli ra­tow­nicy przy­jadą na czas…

– Pro­szę pana, czy są efekty? – Głos ze słu­chawki brzmiał od­le­gle. Się­gnął po te­le­fon i włą­czył gło­śnik.

– Nie, jesz­cze nie – od­parł bez tchu. – Kiedy przy­jadą?

– Za kilka mi­nut. Czy drzwi są otwarte?

Usi­ło­wał my­śleć.

– Tak, nie za­my­ka­łem ich na klucz. Pro­szę im po­wie­dzieć, że je­ste­śmy na pię­trze.

Roz­ma­wia­jąc, cały czas uci­skał klatkę pier­siową An­na­lee. Jej klatka pier­siowa ugi­nała się od siły jego na­poru, ale nic się nie zmie­niało. Pot za­le­wał mu oczy.

– Nie re­aguje!

– Mó­wił pan, że była w wan­nie?

– Tak, w ubra­niu – od­parł bez tchu. – Kom­plet­nie prze­mo­czona.

– Pro­szę na­dal uci­skać.

– Tak.

Uci­skał i mo­dlił się, ale na­dal nic się nie zmie­niało.

Jack­son… Jego mama… Nie tego chciał. Po­mimo tych wszyst­kich kłótni, w głębi du­szy na­dal ją ko­chał.

– An­na­lee, pro­szę! – krzyk­nął. – Obudź się! Jack­son cię po­trze­buje!

Nie po­ru­szyła się.

Usły­szał przed do­mem gło­śny mo­du­lo­wany dźwięk sy­reny. Może uda się ją ura­to­wać. Po­da­dzą jej tlen, krew, prze­pro­wa­dzą de­fi­bry­la­cję, przy­wrócą do ży­cia…

Usły­szał drzwi na dole, dud­nie­nie kro­ków na scho­dach.

– Je­stem tu­taj! – krzyk­nął. – W ła­zience!

W drzwiach zja­wili się dwaj stra­żacy w mun­du­rach.

– Nie! – krzyk­nął. – Po­trze­buję ka­retki, nie straży po­żar­nej!

Roz­stą­pili się i do środka wszedł ra­tow­nik me­dyczny, a na­stęp­nie uklęk­nął na­prze­ciwko Jaya.

– Pro­szę się prze­su­nąć i mnie prze­pu­ścić – po­wie­dział.

– Bła­gam… Udzie­la­łem pierw­szej po­mocy… Ona nie re­aguje.

Jay się od­su­nął, a ra­tow­nik ją zba­dał.

– Mu­si­cie przy­wró­cić ją do ży­cia. Mamy ma­łego synka.

– Zo­stała za­strze­lona – za­wo­łał do ko­goś me­dyk. – Kula prze­szła na wy­lot, jest rana na ple­cach.

Stra­żacy wy­cią­gnęli Jaya z ła­zienki na ko­ry­tarz. Do­piero wtedy za­uwa­żył, że ma mo­kre no­gawki spodni i buty. Ręce miał prze­mo­czone i po­pla­mione na ró­żowo.

Na scho­dach cze­kali na niego po­li­cjanci. Przed­sta­wili się jako agenci Shel­ton i Blake.

– Czy wie pan, kto ją po­strze­lił?

Męż­czy­zna za­czął krę­cić głową, ale za­raz przy­po­mniał so­bie klauna.

– Był… Był tu ja­kiś fa­cet, kiedy przy­je­cha­łem. Wy­szedł fron­to­wymi drzwiami. Był prze­brany za klauna.

Je­den z mun­du­ro­wych uniósł brwi.

– Za klauna?

– Tak. Miał wielką czer­woną pe­rukę i uma­lo­waną twarz. Wsiadł do bia­łego pick-upa i po­je­chał na wschód.

– Wi­dział pan ta­blice re­je­stra­cyjne?

– Nie. Jego auto stało przo­dem do mnie, kiedy przy­je­cha­łem. Nie przy­szło mi do głowy, żeby spoj­rzeć na re­je­stra­cję. Nie wie­dzia­łem, że coś jest nie tak.

Po­li­cjant o na­zwi­sku Shel­ton uniósł głowę.

– Pod­su­mujmy. Uważa pan, że klaun za­bił pana żonę?

– Nie wiem, czy to on! Po pro­stu go wi­dzia­łem!

Shel­ton spoj­rzał wy­mow­nie na part­nera.

– Klaun.

– Tak.

Nie uwie­rzyli mu. Po­pa­trzył w stronę ła­zienki.

– Drzwi były za­mknięte na za­mek i wy­le­wała się spod nich woda. Wy­ła­ma­łem je.

Ktoś sto­jący przy ła­zience za­wo­łał:

– Shel­ton! Mu­sisz to zo­ba­czyć.

Shel­ton od­szedł od nich w tamtą stronę.

Jay wstrzy­mał od­dech i pa­trzył. Usły­szał słowo „broń”, a po­tem po­li­cjant wszedł do ła­zienki. Po chwili wró­cił na ko­ry­tarz.

– Zrób zdję­cia i udo­ku­men­tuj, jak ją zna­leź­li­śmy. Po­wia­do­mię wy­dział za­bójstw.

– Za­bójstw? Nie, mu­si­cie na­dal pró­bo­wać!

Shel­ton po­słał Jay­owi ostre spoj­rze­nie, idąc w jego kie­runku.

– Pa­nie Cra­mer, czy ma pan broń?

Jay pró­bo­wał po­zbie­rać my­śli. Broń?

– Nie… To zna­czy tak, mia­łem. Zo­sta­wi­łem ją An­na­lee, kiedy się wy­pro­wa­dzi­łem.

– Jaka to broń?

– Re­wol­wer, trzy­dziestka ósemka. Jest za­re­je­stro­wany. Chyba trzyma go w szu­fla­dzie szafki noc­nej.

Męż­czyźni wy­mie­nili spoj­rze­nia.

– Czy na­dal ją re­ani­mują? Pró­bują? – Le­d­wie wy­po­wie­dział te słowa, zo­ba­czył, jak pierw­szy ra­tow­nik me­dyczny wy­cho­dzi z ła­zienki, bez po­śpie­chu.

– Już jest do­brze? – spy­tał Jay z oczami pie­ką­cymi od łez.

Ra­tow­nik po­krę­cił głową.

– Przy­kro mi, pro­szę pana.

Jay rzu­cił się przed sie­bie, ale po­li­cjanci go zła­pali i od­cią­gnęli w tył.

– Nie! Ona nie może umrzeć! Mamy pię­cio­let­niego syna. On nie może stra­cić mamy!

Ale z ich twa­rzy wy­czy­tał, że już za późno. Nie mógł nic zro­bić.2

Ca­thy Cra­mer nie mo­gła się do­cze­kać prze­rwy. Od czte­rech go­dzin z za­le­d­wie dzie­się­cio­mi­nu­to­wym okien­kiem tkwiła na twar­dej drew­nia­nej ławce i ob­ser­wo­wała spek­takl, który roz­gry­wał się na sali są­do­wej w pro­ce­sie o mor­der­stwo. Ko­ści bo­lały ją od sie­dze­nia bez ru­chu, a miała do­piero trzy­dzie­ści dwa lata. Star­szy od niej re­por­ter, zaj­mu­jący miej­sce obok, praw­do­po­dob­nie cier­piał jesz­cze bar­dziej. Sły­szała, jak strze­lają mu stawy, kiedy prze­kła­dał nogę na nogę. Na każ­dej prze­rwie biegł do ła­zienki, jakby pę­cherz miał mu wy­sko­czyć i sam tam po­biec.

Ładna, młoda oskar­żona nie wy­ka­zy­wała oznak za­ła­ma­nia, na­wet po trzech ty­go­dniach by­cia w cen­trum uwagi ca­łego świata, i co­dzien­nie upi­nała włosy w su­rowy kok. Praw­do­po­dob­nie cie­szyła się, że przez tyle czasu może być poza swoją celą. Ca­thy na jej miej­scu wo­la­łaby się ukryć, gdyby to wo­bec niej wy­su­wano po­dobne oskar­że­nia.

Oskar­żona o za­bój­stwo dziecka była bez wąt­pie­nia winna. Ław­nicy na pewno to wi­dzieli. Czy­tel­nicy bloga śled­czego Ca­thy „Cie­kaw­ska Cat” – rów­nież, cho­ciaż po­le­gali głów­nie na tym, jak Ca­thy i inne me­dia in­ter­pre­to­wały ze­zna­nia są­dowe.

Dzięki tej spra­wie, w któ­rej pro­ces to­czył się w ro­dzin­nym mie­ście Ca­thy – w Pa­nama City na Flo­ry­dzie – w ciągu kilku mie­sięcy po­dwo­iła się liczba czy­tel­ni­ków bloga, co za­skar­biło jej za­in­te­re­so­wa­nie po­rząd­nych re­kla­mo­daw­ców. Dzięki do­świad­cze­niu zdo­by­temu w pracy w pro­ku­ra­tu­rze, do­sko­na­łej in­tu­icji w tego typu spra­wach oraz nie­ustra­szo­nemu dą­że­niu do prawdy zy­skała grono wier­nych czy­tel­ni­ków.

Gdyby lu­dzie kie­dyś prze­stali się za­bi­jać, Ca­thy chyba zo­sta­łaby bez pracy. Za­wsze mo­głaby się prze­pro­fi­lo­wać na de­ma­sko­wa­nie miej­skich le­gend albo ujaw­nia­nie prze­stępstw w wiel­kich kor­po­ra­cjach, o ile nie zmu­si­łaby się do po­wrotu do prak­tyki praw­ni­czej. Ale do czasu, aż so­cjo­paci wy­ro­bią so­bie su­mie­nia, Ca­thy z chę­cią bę­dzie od­gry­wać swoją rolę orę­dow­niczki ofiar, wni­kli­wie ana­li­zo­wać zbrod­nie i ujaw­niać je przed świa­tem.

W końcu sę­dzia od­ro­czył roz­prawę do ju­tra. Ław­ni­ków wy­pro­wa­dzono z sali, a Ca­thy uważ­nie przyj­rzała się twa­rzy oskar­żo­nej. Bez­na­miętna ma­ska Sary Che­sney opa­dła, ko­bieta uśmiech­nęła się do ad­wo­kata i pu­ściła do niego oko.

Świet­nie. Ca­thy miała na­dzieję, że nikt inny tego nie za­uwa­żył. Max, re­por­ter, który sie­dział obok niej, sku­piał się na no­tat­kach. Ka­mera te­le­wi­zji była już wy­łą­czona. Po­zo­stali dzien­ni­ka­rze w dru­gim rzę­dzie przy­glą­dali się ław­ni­kom. Chyba Ca­thy jako je­dyna to do­strze­gła. A na­wet je­śli nie, to ona pierw­sza o tym do­nie­sie. Na­pi­sze o tym jesz­cze dziś po po­łu­dniu.

Co to mo­gło ozna­czać? Czyżby Sara prze­czu­wała, że jej obrońcy udało się prze­my­cić ja­kiś pod­świa­domy prze­kaz dla ław­ni­ków? Czyżby jej ad­wo­kat miał ja­kiś plan? A może oskar­żo­nej ulżyło, że wresz­cie zna­la­zła się poza za­się­giem wzroku sę­dziego, ław­ni­ków i obiek­tywu ka­mery?

Sarę za­kuto w kaj­danki i wy­pro­wa­dzono. Jej pa­ste­lowa ko­szula była bar­dziej po­mięta niż rano. Ca­thy za­sta­na­wiała się, czy ta ko­bieta kie­dy­kol­wiek wcze­śniej w ży­ciu miała na so­bie ko­szulę. Na zdję­ciach sprzed śmierci sio­strze­nicy spra­wiała wra­że­nie ko­goś, kto woli stroje od­sła­nia­jące ciało i przy­naj­mniej o je­den roz­miar za cia­sne. Nikt nie da się na­brać na wy­gląd szkol­nej ku­jonki.

Kiedy sę­dzia opu­ścił salę, Max na­tych­miast przedarł się przez tłum ga­piów do ła­zienki. Ca­thy po ci­chu wy­szła, zer­ka­jąc do no­ta­tek. Za­trzy­mała się na chwilę przy dam­skiej to­a­le­cie, pod­słu­chu­jąc roz­mowy ga­piów. Wszy­scy chyba mieli ta­kie same wra­że­nia z dzi­siej­szej roz­prawy jak ona – że mąż oskar­żo­nej kła­mie, a naj­lep­sza przy­ja­ciółka mówi prawdę…

In­tu­icja Ca­thy rzadko wpro­wa­dzała ją w błąd.

Wy­szła na fron­towe schody gma­chu sądu. Na chod­niku stali dzien­ni­ka­rze, nie­któ­rzy z nich już nada­wali re­la­cję z ostat­nich go­dzin pro­cesu. Ca­thy mi­nęła te­le­wi­zyjne fur­go­netki i po­spie­szyła na par­king. Jej mazda MX-5 stała na naj­wyż­szym po­zio­mie i pie­kła się na słońcu.

Wsia­dła i wci­snęła gu­zik opusz­cza­nia da­chu. Kiedy scho­wał się za jej głową, do­strze­gła ko­pertę za­tkniętą za wy­cie­raczkę. A to co? Otwo­rzyła drzwi i się­gnęła po nią.

Klapka była wło­żona do we­wnątrz, a na środku było na­dru­ko­wane jej na­zwi­sko – Cat Cra­mer. Brak ad­resu zwrot­nego.

Włą­czyła sil­nik i wy­jęła list z ko­perty.

Droga Cie­kaw­ska Cat,

to straszne, że kula Le­onarda Mil­lera tra­fiła tylko two­jego na­rze­czo­nego. Szkoda, że nie by­łaś tam­tego dnia z nim. Za­słu­gu­jesz na to samo. A tym­cza­sem za­mie­niasz swoją oso­bi­stą tra­ge­dię na znaczki do­lara.

Wina i nie­win­ność to nie jest coś, co może roz­są­dzać mierna blo­gerka i jej szu­ka­jący sen­sa­cji czy­tel­nicy.

Może pora, że­byś bez­po­śred­nio do­świad­czyła osądu, który nie ma nic wspól­nego z prawdą. Po­czuj na wła­snej skó­rze, jak spe­ku­la­cje mogą zruj­no­wać ko­muś ży­cie. Prze­ko­naj się, jak to jest.

Mi­łej po­dróży, o ile ją prze­ży­jesz.

Twój Nowy Przy­ja­ciel

Ca­thy opu­ściła list. Czy to groźba, czy tylko ja­kiś obu­rzony czy­tel­nik chce na­mie­szać jej w gło­wie? Wzmianka o Le­onar­dzie Mil­le­rze, który za­mor­do­wał jej na­rze­czo­nego i unik­nął kary, roz­bu­dziła w niej gniew, który mę­czył ją przez pierw­sze mie­siące po jego śmierci.

Od­gar­nęła włosy z oczu i ro­zej­rzała się wo­kół. Kilka in­nych osób zmie­rzało do sa­mo­cho­dów, parę z nich wy­jeż­dżało z miejsc par­kin­go­wych. Nikt nie pa­trzył w jej stronę.

List mógł zo­sta­wić kto­kol­wiek, o do­wol­nej po­rze dnia. Jej srebrne spor­towe auto nie­trudno było za­uwa­żyć, a wszy­scy czy­tel­nicy wie­dzieli, że co­dzien­nie jest obecna na roz­pra­wach.

Prze­szło jej przez myśl, czy nie za­dzwo­nić na po­li­cję, ale mu­siała wró­cić do domu i na­pi­sać wpis na bloga, za­nim reszta me­diów ją wy­prze­dzi. Przed wy­jaz­dem z par­kingu na­pi­sała wia­do­mość do naj­bliż­szych – trójki ro­dzeń­stwa i Mi­cha­ela Ho­gana, jed­nego z naj­lep­szych przy­ja­ciół i brata jej za­mor­do­wa­nego na­rze­czo­nego.

Wła­śnie zna­la­złam za wy­cie­raczką list od ja­kie­goś nie­za­do­wo­lo­nego czy­tel­nika. Tak jakby groźba. Nie ma nudy!

Rzu­ciła te­le­fon na sie­dze­nie i wsa­dziła list oraz ko­pertę pod to­rebkę, żeby nie po­rwał ich wiatr, po czym wy­je­chała z wie­lo­po­zio­mo­wego par­kingu i włą­czyła się do ru­chu z roz­wia­nymi dłu­gimi czar­nymi wło­sami.

Je­śli ten, kto zo­sta­wił list, ją ob­ser­wo­wał, miała na­dzieję wy­glą­dać bez­tro­sko i nie­wzru­sze­nie, cho­ciaż to nie była prawda. W środku go­to­wała się ze zło­ści. Jej po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści, ostre jak brzy­twa, przy­po­mi­nało jej o ofia­rach spraw, które opi­sy­wała. Wie­działa, jak to jest, gdy za­bójca zo­sta­nie pusz­czony wolno bez wy­roku, gra­jąc na no­sie tym, któ­rych ży­cie ni­gdy już nie bę­dzie ta­kie samo.

To dla tych ofiar pi­sała da­lej i ro­biła, co mo­gła, by za­bójcy za­pła­cili za swoje czyny. Nie umiała po­móc spo­łe­czeń­stwu jako pro­ku­ra­tor – ta praca to sta­wia­nie za­rzu­tów, a nie wsa­dza­nie zbrod­nia­rzy za kratki. W pro­ce­sach są­do­wych nie cho­dziło o spra­wie­dli­wość, tylko o szu­ka­nie luk w prze­pi­sach. Sprytny plan jed­nej ze stron mógł wpły­nąć na ław­ni­ków, o ile sprawa w ogóle tra­fiła do sądu.

Ca­thy le­piej wy­ko­rzy­sty­wała swoje umie­jęt­no­ści, pro­wa­dząc wła­sne śledz­twa i in­for­mu­jąc czy­tel­ni­ków o do­wo­dach, któ­rych cię­żar umniej­szali sę­dzio­wie.

Po­rzu­ciła pracę w pro­ku­ra­tu­rze okrę­go­wej i za­brała się za pi­sa­nie o spra­wach, które przy­ku­wały jej uwagę. Ob­na­żała in­trygi za­bój­ców, któ­rzy zmy­ślali swoje wer­sje wy­da­rzeń i ma­ni­pu­lo­wali ław­ni­kami. Nie mu­siała już ukry­wać do­wo­dów i nie obo­wią­zy­wało ją prawo ogra­ni­cza­jące moż­li­wość wy­po­wie­dzi.

Przez dwa lata, od­kąd za­częła pi­sać bloga, do­stała kilka gróźb śmierci. Żadna nie skoń­czyła się próbą za­ma­chu na jej ży­cie. Ta praw­do­po­dob­nie wy­ni­kała z po­dob­nej tak­tyki. Je­śli two­jego bloga czyta dwa mi­liony osób, znaj­dzie się wśród nich kilku po­my­leń­ców.

Nie za­mie­rzała jed­nak po­zwo­lić, by ja­kiś ta­jem­ni­czy list ze­psuł jej dzień. Mu­siała na­pi­sać post na bloga. Po­tem bę­dzie się tym mar­twić.3

Mi­cha­elowi Ho­ga­nowi było żal ko­biety, którą zdra­dzał mąż, więc po­zwo­lił jej się wy­ga­dać, cho­ciaż miał dużo spraw na gło­wie.

– Ta dziew­czyna była kie­dyś jego se­kre­tarką – po­wie­działa Laura Han­cock, po­woli ce­dząc słowa i ocie­ra­jąc łzy chu­s­teczką, którą jej po­dał. – Pra­co­wała dla mo­jego męża przez trzy mie­siące, a ja nie po­lu­bi­łam jej ani tro­chę, więc zmu­si­łam go, żeby ją zwol­nił. Ubie­rała się ja­koś tak… pro­wo­ka­cyj­nie i sek­sow­nie… i trak­to­wała mnie z góry, jakby miała ja­kąś prze­wagę, a ja na­wet nie wie­dzia­łam, że to­czy­ły­śmy ze sobą ja­kąś grę!

– Tak, pro­szę pani. – Mi­chael chciał już za­koń­czyć roz­mowę, bo za długo się cią­gnęła.

– Nie wie­dzia­łam, że na­dal się z nią spo­tyka. To zna­czy… wie­dzia­łam, że coś się z nim dzieje, bo ina­czej bym pana nie za­trud­niła, żeby go pan śle­dził. Ale nie mia­łam po­ję­cia, że to ona.

Mi­chael po­ża­ło­wał, że po­ka­zał jej zdję­cie pary ca­łu­ją­cej się na par­kingu w biały dzień. Może po­wi­nien po pro­stu jej po­wie­dzieć, czego się do­wie­dział. Ob­razy miały to do sie­bie, że wsz­cze­piały się w umysł. Ale klientka za­pła­ciła mu za ro­bie­nie zdjęć.

– Co mam te­raz zro­bić? – spy­tała, uno­sząc na niego mo­kre oczy.

O nie. Nie za­mie­rzał dać się w to wcią­gnąć.

– Nie udzie­lam ta­kich po­rad, pro­szę pani. Zbie­ram tylko fakty, usta­lam czas wy­da­rzeń i ro­bię zdję­cia. Pro­po­nuję tylko, żeby nie po­dej­mo­wała pani po­spiesz­nych de­cy­zji. Pro­szę po­roz­ma­wiać z kimś, kto pani po­może. Może z pa­sto­rem?

– Nie cho­dzę do ko­ścioła – po­wie­działa.

– Cza­sem w trud­nych chwi­lach pa­stor może ja­koś po­móc. W nie­któ­rych ko­ścio­łach są po­rad­nie i grupy wspar­cia.

Wi­dział, że ko­bieta go nie słu­cha.

– A co ro­bią inni pana klienci, kiedy do­wia­dują się, że mał­żo­nek ich zdra­dza? Wno­szą o roz­wód?

– Szcze­rze mó­wiąc, nie wiem. Nie śle­dzę, jak da­lej to­czą się te sprawy.

Po­słała mu ta­kie spoj­rze­nie, jakby był naj­mniej po­mocną osobą na świe­cie. Niech bę­dzie. Nie za­mie­rzał prze­kra­czać gra­nicy i z pry­wat­nego de­tek­tywa zmie­niać się w do­radcę mał­żeń­skiego, choćby ko­bieta tego po­trze­bo­wała.

W końcu ze­brała zdję­cia, wło­żyła je do ko­perty i wy­szła, uzbro­jona w amu­ni­cję po­trzebną do po­sta­wie­nia ul­ti­ma­tum lub znisz­cze­nia męża w są­dzie. Mi­chael miał w tej spra­wie złe prze­czu­cie. W tej pracy nie było nic sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cego. Ab­so­lut­nie nic.

Po raz setny tego dnia jego wzrok spo­czął na fo­to­gra­fii wi­szą­cej na ścia­nie. Jego dzia­dek, oj­ciec, dwaj bra­cia i on sam w mun­du­rach ko­mendy po­li­cji w Pa­nama City. To było, za­nim przy­niósł im wszyst­kim hańbę. Te­raz mu­siał śle­dzić ja­kie­goś ko­le­sia, który po­wi­nien być przy­kuty do wózka in­wa­lidz­kiego, ale każ­dego po­po­łu­dnia grał w ko­sza z ko­le­gami. Kilka zdjęć, jak fa­cet robi dwu­takt, i praw­nik od wy­łu­dza­nia od­szko­do­wań, który za­trud­nił Mi­cha­ela, bę­dzie za­do­wo­lony.

Pa­trzył przez okno, jak wzgar­dzona ko­bieta wsiada do auta, za­par­ko­wa­nego obok sta­rych, nie­czyn­nych dys­try­bu­to­rów pa­liwa, które co­dzien­nie przy­po­mi­nały mu, że jego biuro mie­ściło się w daw­nym skle­pie wie­lo­bran­żo­wym. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na wy­na­ję­cie cze­goś lep­szego. Bu­dy­nek był prak­tycz­nie w ru­inie. Dach prze­cie­kał przy każ­dym desz­czu, więc Mi­chael ze­rwał z su­fitu płytę gip­sową, by to na­pra­wić. Sam jed­nak nie dał rady, a bra­ko­wało mu pie­nię­dzy, za­tem w ra­zie ulewy po­zo­sta­wało mu pod­kła­da­nie wia­der.

Wró­cił my­ślami do wsia­da­ją­cej do auta ko­biety i po­mo­dlił się ci­cho za jej mał­żeń­stwo. Cza­sem wy­da­wało mu się, że Bóg za­tyka so­bie uszy. Miał na­dzieję, że tym ra­zem tak nie bę­dzie.

Jego te­le­fon za­dźwię­czał. Pod­niósł go z roz­kle­ko­ta­nego biurka i zo­ba­czył wia­do­mość od Ca­thy.

Wła­śnie zna­la­złam za wy­cie­raczką list od ja­kie­goś nie­za­do­wo­lo­nego czy­tel­nika. Tak jakby groźba. Nie ma nudy!

Jakby groźba? Co to zna­czy? Wci­snął szyb­kie wy­bie­ra­nie i za­raz usły­szał w słu­chawce szum wia­tru. Pew­nie je­chała w au­cie z opusz­czo­nym da­chem.

– Cześć, Mi­chael. Wie­dzia­łam, że za­dzwo­nisz.

– O czym to pi­sa­łaś? Co to za groźba?

– Ktoś zo­sta­wił mi list, że jesz­cze zo­ba­czę, jak to jest na wła­snej skó­rze do­świad­czyć osądu… Czy coś w tym stylu.

To nie naj­go­rzej – po­my­ślał Mi­chael.

– Czyli… nie na­pi­sał ci, co za­mie­rza zro­bić?

– Nie, ale list koń­czy się sło­wami: „Mi­łej po­dróży. O ile ją prze­ży­jesz”. Aha, i ten ktoś wspo­mniał też o Le­onar­dzie Mil­le­rze.

Mi­chael cały ze­sztyw­niał.

– Co o nim na­pi­sał?

– Chyba jest nie­za­do­wo­lony, że nie zgi­nę­łam wtedy ra­zem z Joem.

Po­czuł, jakby wo­kół jego że­ber za­ci­snął się drut kol­cza­sty.

– Do­bra, my­ślę, że trzeba za­dzwo­nić na po­li­cję.

– Nie, nie mam czasu. Wła­śnie wy­szłam z sądu i mu­szę na­pi­sać wpis na bloga, a po­tem jadę do te­le­wi­zji, bo FOX News chce na­krę­cić ze mną wy­wiad o pro­ce­sie.

– Ca­thy, za­dzwoń na po­li­cję, bo ina­czej ja to zro­bię.

– To tylko ja­kiś świr pró­buje mnie za­stra­szyć.

– Może i tak, ale po­li­cja musi o tym wie­dzieć.

Usły­szał długi, te­atralny jęk.

– Niech bę­dzie. Za­dzwo­nię do nich w wol­nej chwili.

Cza­sami do­pro­wa­dzała go do szału.

– Nie, te­raz. Jadę do cie­bie, Ca­thy. Spo­tkamy się u cie­bie w domu.

Znowu to dłu­gie, prze­sadne jęk­nię­cie.

– Do­bra, do­bra, Mi­chael. Za­dzwo­nię do nich. – Prze­rwała na chwilę. – Dzwoni Ju­liet. Po co w ogóle wam o tym na­pi­sa­łam? Mu­szę koń­czyć.

– Do zo­ba­cze­nia za nie­długo.

– Ja­sne.

Roz­łą­czyła się, a Mi­chael sie­dział jesz­cze przez chwilę z te­le­fo­nem w ręce i ga­pił się na niego, jakby mógł tam doj­rzeć, kto zo­sta­wił list z po­gróż­kami w au­cie Ca­thy. Nie po­do­bało mu się to, i na­wet je­śli to był tylko ko­lejny me­ga­lo­man usi­łu­jący wzbu­dzić w niej strach, za­mie­rzał to zba­dać. Obiekt jego pry­wat­nego śledz­twa ju­tro też bę­dzie grał w ko­sza. Ta sprawa była te­raz waż­niej­sza.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: