-
nowość
-
promocja
Klątwa Atlantydów. Tom 1 - ebook
Klątwa Atlantydów. Tom 1 - ebook
Herosi są niepokojąco niedoskonali. Płaczą, buntują się, pyskują, zakochują, a nawet odmawiają zabijania Mrocznych. Cierpią na przerost ambicji, bywają płochliwi… i są niezwykle potężni.
Zanim powstało Imperium Światła – Atlantyda – światem władali pradawni bogowie, Mroczni i demony, a ludzką krwią płacono za ich łaskę. Moce Najwyższe powołały herosów – istoty niemal doskonałe, które dzięki swojej potędze, odwadze i boskiej mocy zwanej Duchem Walkirii pokonały mrok.
Nastał Złoty Czas.
Lecz wyznawcy Lilith, królowej Mrocznych, nie próżnowali. Wśród nich byli Malachaj, upadły anioł, oraz jej syn Achnaton – książę Dzieci Nocy – którzy zdołali ją uwolnić. To z ich pomocą królowa odzyskała moc i ponownie zebrała armię.
Aby zniszczyć Atlantydę i herosów, Lilith potrzebuje już tylko jednego: starożytnej mocy ukrytej w niepozornej "Księdze Adama". Ta Księga może ocalić świat… albo obrócić go w pył. Jednak bez Strażnika jest jedynie starym tomiszczem.
Kto pierwszy odnajdzie "Księgę Adama"? Po czyjej stronie stanie Strażnik?
Diana, Izyda, Atria, Kuszi, Zarisa, Ares oraz młody mag Marek – niedoświadczeni, ambitni i wciąż zbyt młodzi – muszą najpierw pokonać własne słabości, zanim staną naprzeciw Lilith i jej mrocznej armii. Czy uda im się odzyskać Księgę i ocalić Atlantydę?
Czas ucieka, a mrok rośnie w siłę.
Wioletta Lorkowska - pisarka. Wierzy, że każda legenda skrywa ziarno prawdy. Miłośniczka fantastyki, mitów i magii ukrytej w codzienności, a także fanka świata RPG. "Klątwa Atlantydów" to początek cyklu o świecie, o którym wszyscy chcieliby zapomnieć – ale herosi nigdy się nie poddają.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-911-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Dość! – ryknął nienaturalnym głosem Balzak, uderzając otwartą dłonią w blat stołu. Zatoczył się lekko, zatrzepotał powiekami i ciężko opadł na ławę.
Miał już solidnie w czubie. W głowie mu huczało, a świat rozmywał się jak akwarela, tonąc w blasku kolorowych kryształów, które zdobiły tawernę niczym świąteczne girlandy. Przełknął ślinę i zamaszyście otarł brodę.
– Trza wracać – wybełkotał, rzucając nieobecne spojrzenie na siedzącego obok, lekko zgarbionego marynarza z włosami przyprószonymi siwizną.
Filon jednym haustem opróżnił kufel, odstawił go z hukiem, wzdrygnął się i zakasłał. Wino było cierpkie i piekielnie mocne. Otarł krzaczaste wąsy i zamlaskał.
Zajrzał do dzbana stojącego obok, lekko nim potrząsnął. Wino zachlupotało radośnie. Twarz Filona rozjaśnił szeroki uśmiech. Zignorował towarzysza, przechylił dzban i obficie napełnił oba kufle. Opróżnił amforę do cna, a zanim ją odstawił, jeszcze kilka razy nią potrząsnął – bez wątpienia była pusta.
Balzak łapczywie chwycił swój kufel, przyciągnął go bliżej i objął palcami. Jęknął coś niezrozumiale, machając ręką i kiwając głową. Potakując, poruszył głową jeszcze raz, podrapał się po karku i rozejrzał po gospodzie. Było głośno jak w ulu.
Tawerna, wypchana jak młyński wór, pękała w szwach. Kręcili się tu drobni kupcy, kuglarze, magicy, filozofowie, pomniejsi szlachcice, marynarze i wędrowni maesterowie z najdalszych zakątków królestwa. Bywali tu także złodziejaszkowie, najemnicy, podrzędni artyści, wojowie i rycerze niższego szczebla.
Nie zabrakło również wędrownych kapłanów, bardów i samotnych poszukiwaczy przygód. Cały ten barwny, stłoczony tłum szynkarskiej braci zjechał się z jednego powodu – na Święto Światła.
Raz w roku, wczesną wiosną, stolica pękała w szwach od różnorodności. Ludzie przybywali ze wszystkich zakątków królestwa, nawet z najbiedniejszych dzielnic, aby wziąć udział w obchodach zwycięstwa Rycerzy Światłości nad armią demonów.
Magowie, filozofowie, matematycy, uczeni, kuglarze, artyści, kapłani i kapłanki, najemni wojownicy, mistrzowie miecza, królowie i królowe, książęta i księżne, szlachcice i prości rzemieślnicy – wszyscy zjeżdżali, by świętować.
Ta niezwykła mieszanka klas społecznych – od arystokracji z domieszką królewskiej krwi po kupców, uczonych, tragarzy, szarlatanów, poszukiwaczy przygód i miejską hołotę – przyciągała tu nie tylko dla fety. Wielu pragnęło po prostu raz w życiu ujrzeć stolicę królestwa – Atlantis.
Kto widział Atlantis, ten widział już wszystkie cuda świata.
W progu tawerny stanął mężczyzna, a Balzak natychmiast wbił w niego spojrzenie. Obcy rzucał się w oczy. Był ogromny, zarośnięty niczym dzik, a jego twarz przypominała osmoloną od sadzy i pyłu kanciastą maskę. Skórę miał podrapaną, zrogowaciałą, jakby przeszedł przez ogień i kamienie.
Poruszał się jak troll – pokracznie, ciężko, rozpychając tłum. Obijał się o gęsto ustawione stoły, co rusz trącając biesiadników. Gdy posypały się przekleństwa, odpowiadał jedynie spojrzeniem, które mroziło krew w żyłach. Przy jego boku połyskiwał miecz – piękny, zbyt piękny jak na kogoś o tak surowym obliczu. Nikt jeszcze nie wiedział, kim jest, ale już wkrótce całe królestwo miało poznać jego imię.
To właśnie ta misternie wykonana broń przykuła uwagę Balzaka. Istny majstersztyk.
Rękojeść z ametystu ozdobiono z taką finezją, jakby wyszła spod dłuta samego mistrza Pigmaliona – twórcy głównego ołtarza w Wielkiej Świątyni Mocy w Atke.
Szpic miecza wykuto z białego, przezroczystego kryształu, który przechodził w zakrzywione, szkarłatne ostrze – ostre jak orli pazur. Taki oręż nie trafiał się często; nie każdego było na niego stać. Obcy musiał być kimś ważnym.
– Skąd, u licha, ma takie cudo? – zachłysnął się Balzak, otarł dłonią ślinę z brody i wybałuszył oczy. – Cudo, jakby sam Hefajstos je wykuł – dodał z cichym cmoknięciem, śledząc wzrokiem wielkoluda.
Przybysz zatrzymał się w pół kroku tuż przed barem. Rozejrzał się powoli, jakby kogoś szukał, podrapał się niezdarnie po karku i na moment zastygł.
Ramiona mu opadły. Poprawił miecz u boku, nabrał powietrza i naprężył klatkę piersiową. Teraz wyglądał jak olbrzym.
Opuścił głowę, zmrużył oczy i powoli zmierzył wzrokiem izbę.
Jego spojrzenie zatrzymało się na czymś, co skrywało się w cieniu, w ciemnym kącie gospody. Zgarbił się, ruszył powłóczystym krokiem w tamtą stronę i ciężko usiadł na ławie.
Demonstracyjnie wyciągnął nogi.
Balzak zbystrzał. Wyciągnął szyję, a jego oczy zrobiły się wielkie i błyszczące jak u dziecka, które właśnie dostrzegło ogromny sklep ze słodyczami. Na ławie, tuż obok olbrzyma, w kącie siedziała piękna dziewczyna. Balzak, zachwycony, poderwał się na równe nogi. Wybałuszył oczy, kilkakrotnie przetarł je ze zdziwienia i zaniemówił. Była idealna. Niebiańskiej urody kobieta wyglądała jak wcielenie samej bogini miłości – Afrodyty.
Zachwyt wysuszył mu gardło, kolana miał jak z waty, a serce biło mu jak u przerażonego gołębia.
– Czy to niebiańska istota? A może demonica? – szeptał do siebie, nie odrywając od niej wzroku. Bał się, że jeśli choć na chwilę się odwróci, piękna bogini zniknie. – Bogini – cmokał z zachwytu Balzak. – Cud stworzenia.
Piękna i bestia rozmawiali niemal bez słów. On coś tłumaczył, ona jedynie potakiwała. Wielkolud zamilkł na moment, potarł dłonią brodę i rozejrzał się czujnie.
Nagle chwycił mieszek przypięty do pasa i coś z niego wygrzebał. Tajemniczy przedmiot schował dyskretnie w ogromnej dłoni i podał dziewczynie. Ona bez słowa, nie zerkając na niego, wsunęła zawiniątko do kieszeni ukrytej w fałdach sukni.
Obcy wstał nagle i bez pośpiechu ruszył w stronę drzwi. Bogini została.
Siedziała samotnie w ciemnym kącie, przyglądając się swoim dłoniom. Jej suknia była niemal przezroczysta, zwiewna i delikatna, jakby utkana z pajęczych nici. Duże, kształtne piersi nieśmiało wyłaniały się spomiędzy gęstych, opadających kaskadowo, czarnych jak heban włosów.
Jej pyzatą, rumianą twarz zdobiły wydatne usta, które były jak dorodne i słodkie jabłko. Ogromne, czarne jak węgiel oczy iskrzyły radośnie.
Z ust Balzaka wydobył się cichy jęk.
– Nie gap się – upomniał go Filon, dając mu kuksańca w bok. – Jeszcze ktoś pomyśli, że szukasz guza – ostrzegł, po czym wziął obfity łyk paskudnego wina, aż wykrzywiło mu twarz.
Balzak posłał mu tylko gniewne spojrzenie.
– Nie dla psa mięsiwo – syknął Filon ostrzegawczo, głośno mlaskając. – Trzeba znać swoje miejsce. Taka dama to tylko kłopoty. Znam się na tym – dodał, podnosząc kufel. – Mam szósty zmysł, a ta aż śmierdzi problemami. – Wciągnął ze świstem powietrze i pokiwał głową, jakby potwierdzał własne słowa.
Balzak milczał, zanurzył usta w winie i otarł je dłonią.
– To wino smakuje jak skwaśniałe szczyny – syknął, splunął na podłogę i znów spojrzał na dziewczynę.
Siedziała spokojnie, wpatrzona w podłogę, kołysząc się lekko i bawiąc się kosmykiem włosów. Filon zadarł głowę i przez chwilę przyglądał się bogini. Musiał przyznać, że była nad wyraz urodziwa, ale miała w sobie coś mrocznego, jakby nie należała do tego świata. Mroczna aura otaczała ją niczym gęsta mgła.
Dopiero teraz zauważył, że i ona mu się przygląda. Wtedy nagle coś wściekłego i dzikiego błysnęło w jej oczach, a ciało Filona przeszył zimny, nieprzyjemny dreszcz. Wzdrygnął się i wyprostował. Przerażony spojrzał na Balzaka i mocno chwycił go za ramię.
– Odpuść – wybełkotał. – To zły pomysł.
Przyjaciel już go nie słuchał. Jak zaczarowany klątwą, tylko zmrużył oczy, podrapał się brudną ręką po gęstej rudej czuprynie i westchnął ciężko. W jego umyśle była tylko piękna nieznajoma.
Przed świtem musiał być na statku. Kapitanem był stary wyga, który doskonale znał marynarskie słabości. Choć sam często lał w gardło wino bez umiaru, nie tolerował dwóch rzeczy: spóźnialskich i pijaków.
Tym razem czekała ich długa wyprawa. Płynęli do Nowego Lądu, do mitycznego miasta po drugiej stronie Słupów Heraklesa. Do Delf – miasta cudów, uzdrowicieli i magów, stolicy wielkiej wyroczni.
– Piękna – mamrotał, wbijając w nieznajomą głodne spojrzenie. Przesunął wzrokiem po jej ciele, zaciskając palce w pięść. – Nie odpuszczę.
Jednym haustem opróżnił kufel, odstawił go z hukiem i wstał.
– Zapomnij o niej – jęknął błagalnie Filon, mocno chwytając Balzaka za ramię. Ten jednak wyszarpał się i ruszył przed siebie.
Było tłumnie i gwarnie. Marynarz rozejrzał się, przesuwając wzrokiem po karczmie. Wielkoluda już nie dostrzegł; musiał na dobre opuścić lokal. Balzak nie był tchórzem – gdy trzeba było bić się z wrogiem do nieprzytomności, nie wahał się.
Jednak przybysz sprawiał wrażenie kogoś, kto wiele przeszedł i niejednemu pyszałkowi połamał kości. Z kimś takim lepiej było nie zadzierać, zwłaszcza gdy nosił u boku tak potężny miecz. Musiał pochodzić przynajmniej z gwardii królewskiej lub służyć potężnemu możnowładcy. Z takimi lepiej nie igrać.
Szedł powoli, spoglądając na drewnianą podłogę, która skrzypiała pod jego stopami. Przemknął po niej pobieżnie, zatrzymując wzrok na jednym ze stołów. Pod szeroką ławą, zwinięty w kłębek jak dorodny kocur, spał szlachcic.
Bogato odziany, w eleganckich butach, miał splecione dłonie, a głowę opartą na nich. Oczy były zamknięte, a z ust wydobywało się ciche chrapanie, przerywane pomlaskiwaniem.
– Święto Światła – mruknął Balzak z drwiną, a następnie z lekką odrazą napluł na podłogę.
To był jeden z powodów, dla których nie lubił stolicy. Miasto było wręcz wypchane przyjezdnymi. Wszyscy parli do Atlantis w poszukiwaniu przepychu, bogactwa i próżniactwa.
Ci, którym marzyły się sława, kariera, nieprzebrane bogactwo, władza i całkowita rozpusta, osiedlali się właśnie tutaj – w sercu imperium Atlantydy.
Stolica jednych obdarzała złotem i laurowymi wieńcami, innych zaś niszczyła. Marynarz był tu już po raz trzeci i teraz mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że szczerze nienawidził tłumów, a najbardziej nie znosił nawiedzonych wieszczy, którzy co roku zlatywali się jak muchy do łajna, rozpowiadając o nadciągającym końcu świata. Tego dziadostwa unikał jak ognia.
Ponownie wbił spojrzenie w dziewczynę. Na chwilę zapomniał o całym tym plugastwie i niesiony ekstazą sunął ku jej lśniącym, śnieżnobiałym ramionom.
W jej oczach kryło się coś mrocznego, a zarazem dziewczęcego – coś niezwykle pociągającego i hipnotyzującego. Nagle go olśniło.
– To pewnie walkiria. Legendarna wojowniczka. Wybraniec Sił Najwyższych – wykrztusił Balzak, aż zachłysnął się, a na samo słowo „walkiria” nogi ugięły się pod nim tak gwałtownie, że prawie się przewrócił.
Słyszał wiele opowieści o Wybrańcach, o ich odwadze, niezwykłej sile i waleczności. Musiała być piękną walkirią, bo kim innym mogłaby być tak doskonała istota?
Zmrużył oczy. Dziewczyna jednak nie wyglądała na wojowniczkę. Nie miała na sobie lśniącej, walkiriańskiej zbroi – mocnej jak stal, a jednocześnie miękkiej w dotyku jak jedwab.
Nie zauważył też żadnego miecza, maczety ani łuku. Na jej ciele nie było mandali ani żadnych znaków, które mogłyby zdradzić jej pochodzenie. Kim więc była?
Może pradawną boginią, opuszczoną i zapomnianą, pokonaną przez dawne armie Wybrańców?
W głowie huczały mu wino i krew. Upojony miłością i sporą ilością mocnego alkoholu, ruszył ku swojemu przeznaczeniu, dziarsko jak dorodny kogut. A jego los już utkały mojry.
Wsparł prawą rękę o filar i pochylił się w kierunku nieznajomej.
– Witaj, piękna bogini – wybełkotał, przeciągając nienaturalnie każde słowo.
Dziewczyna, zaskoczona, spojrzała na niego. Widok jej zimnych, pustych oczu zmroził mu krew w żyłach. Natychmiast ochłonął i wytrzeźwiał. Włosy zjeżyły mu się na głowie. Cofnął się.
Nieoczekiwanie twarz bogini rozjaśniła się, a jej oczy rozbłysły, przypominając odłamki czarnego lustra.
Zachichotała dźwięcznie, rozrzucając w powietrzu burzę kruczoczarnych włosów.
– Jestem Balzak – powiedział nonszalancko. – A ty? Jak masz na imię?
Usiadł obok niej. Wpatrywała się w niego z zaciekawieniem, usta miała zaciśnięte w dzióbek. Milczała. Mężczyzna zdębiał. Przez jego umysł błyskawicznie przepłynęły myśli: Drwi ze mnie? Bawi się mną? Nie jestem jej godzien?
– Jak masz na imię? – powtórzył, szczerząc zęby i starając się ukryć narastające zażenowanie.
Dziewczyna przechylała główkę raz w prawo, raz w lewo. Zamrugała długim wachlarzem rzęs, wpatrując się w niego z zaciekawieniem, ale wciąż milczała. Przypominała mu małego szczeniaka, który z ogromnymi, błyszczącymi oczami przygląda się nowemu panu.
– To niemowa!
Usłyszał za plecami ochrypnięty głos karczmarza, który właśnie go mijał, niosąc tacę pełną dzbanów wina. Balzak zatrzymał go w pół kroku, wyrywając dwa kufle. Rzucił kilka złotych monet i powtórzył pytanie, jakby chciał się upewnić:
– Niemowa?
Karczmarz tylko szybko przytaknął, łapczywie zgarniając monety, po czym zniknął w morzu gości niczym trójmasztowiec w otchłani fal podczas sztormu.
Balzak jeszcze przez chwilę starał się odnaleźć go wzrokiem, lecz wokół otaczały ich jedynie zapijaczone twarze marynarzy. Machnął więc lekceważąco ręką i ponownie usiadł obok dziewczyny, podając jej kufel wina.
Sam pospiesznie wziął potężny łyk, by dodać sobie otuchy, odchrząknął i wytarł resztki alkoholu z krzaczastych wąsów. Dziewczyna zachichotała.
Spojrzała mu głęboko w oczy i nagle poderwała się z ławy. Chwyciła go mocno za rękę i ruszyła biegiem w stronę drzwi. Zatrzymali się na niewielkim obejściu. Bogini niespodziewanie puściła jego dłoń i znów spojrzała mu w oczy. Otoczyła ich ciężka cisza. Byli sami.
Noc była głęboka, a nad ich głowami rozpościerało się granatowe niebo usiane gwiazdami. Miasto tonęło w morzu kolorowych świateł i gorących rytmach muzyki. Dookoła unosił się zapach spalenizny i dymu.
Jeszcze kilka chwil temu niebo płonęło, rozświetlone ogromem sztucznych ogni. Po tej fecie pozostała jedynie mgła utkana z dymu. Bogini ponownie zachichotała, zadziornie rozrzucając włosy, a następnie objęła jego kark rękami.
Zamrugała czarnymi jak węgiel oczami i nagle wpiła się w jego usta, mocno przyciskając je do swoich. Zachłannie wprowadziła język do jego gardła, a jej dłoń niespodziewanie zjechała po jego ciele, chwytając go mocno za męskość. Balzak jęknął z rozkoszy.
Już miał zadrzeć jej suknię, a jego dłoń, nieskrępowana, sunęła po jej nagim udzie, gdy nagle wydarzyło się coś dziwnego. Poczuł lekkie ukłucie na języku, a słodko-gorzki smak rozlał się w jego ustach.
Odskoczył przerażony, zastygając w bezruchu. To trwało zaledwie ułamek sekundy. Czuł, jak jego ciało zaczyna drętwieć.
Przeszył go paraliżujący dreszcz, a po chwili nastało nieprzyjemne mrowienie, które odcięło mu nerwy.
Jego ciało zwiotczało i zesztywniało. Najpierw zdrętwiał mu język, potem policzki i usta. Paraliż ogarnął całą jego twarz, stopniowo odcinając resztę ciała.
„Uciekaj! Ratuj się!” – podpowiadał mu rozum.
Na to było jednak już za późno.
Tymczasem piękna dziewczyna patrzyła na niego jak na kawał soczystego mięsa. Oblizała łakomie usta i mocno chwyciła go pod ramię, ujawniając nadludzką siłę. Przerażony Balzak stał z rozdziawionymi ustami, zastygłymi w pocałunku. Mimo to wciąż był świadomy.
Przypomniał sobie opowieści, które słyszał od starych marynarzy w dzieciństwie – historie o wiedźmach, wampirach i innych demonach, które pod postacią pięknych kobiet zwabiały mężczyzn i odurzały ich, by później pożreć.
Nagle pełne usta tajemniczej nieznajomej otworzyły się nienaturalnie szeroko, rozrywając jej piękną twarz, a z ogromnej paszczy wystrzeliły jedwabiste, lepkie nici. W mgnieniu oka owinęły ciało marynarza, tworząc ogromny kokon. Potwór ciągnął Balzaka jak jakąś bezwolną kukłę w kierunku pobliskiego śmieciowiska.
Balzak wciąż był świadomy.
Słyszał szum uderzających fal oceanu, a z oddali dobiegały go gwar i śmiechy ucztujących. Chciał krzyczeć, wzywać pomoc, ale jego usta pozostały zwiotczałe i sztywne. Bezradny i sparaliżowany leżał zawinięty w rulon.
Nagle usłyszał przerażające szczęknięcia, które przypominały mu szelest cykad. Coś rozerwało kokon, a z ciemności wyłoniły się krwawe ślepia.PERSYWIA
Zegar tykał rytmicznie i stabilnie, przypominając bicie serca. Nie wiedziała, jak długo tu była. Czas stanął w miejscu – albo sunął tak mozolnie, że przestała odróżniać minuty od godzin, dni od miesięcy. Wydawał się jej lepki jak klej, nieznośnie powolny, a kolejne chwile rozciągały się jak pajęcza nić. Wszystko zlało się w jedną czarną breję.
W jej nieskończonym istnieniu to była zaledwie chwila, krótsza niż oddech. A jednak nawet ona, istota pamiętająca narodziny wielu epok, czuła, że czas wydłuża się jak guma, a tykanie zegara staje się wyrafinowaną torturą. Tik-tak. Tik-tak.
Dźwięk rozchodził się głuchym echem po lochach, wbijając się w czaszkę jak gwóźdź. Ból głowy stawał się coraz bardziej uciążliwy. Przewróciła oczami i zasyczała cicho. Rozejrzała się rozgorączkowanym, wpółprzytomnym wzrokiem.
Siedziała na małym, żelaznym stołku, obitym cienką, sparciałą skórą z lichego cielęcia. Czuła, jak metalowe pręty wbijają się w jej uda i pośladki, zostawiając na ciele bolesne ślady.
Cela była zimna i wilgotna, a powietrze gęste od stęchlizny, spleśniałych grzybów i wilgotnej ziemi. Jej stopy i dłonie krępowały ciężkie, żelazne kajdany, które parzyły skórę niczym rozgrzany węgiel.
Twarz miała spuchniętą, sinego koloru. Paliły ją nie tylko gorączka, ale i rany. Lewa powieka opadła tak nisko, że niemal zasłaniała całe oko, podczas gdy prawa zwisała na pasku skóry, poruszając się przy każdym drgnieniu głowy jak sztandar na wietrze.
Z każdym oddechem czuła ból połamanych żeber. Jej dłonie – niegdyś smukłe i jasne jak grecki marmur – teraz były jedynie bezkształtną masą purpury, krwi i opuchlizny. Stopy miała zmiażdżone, zdeformowane do granic rozpoznania.
Najgorszą z tortur okazał się jej dar – długowieczność. Po rozgrzanych, opuchniętych policzkach spłynęły dwie ciche łzy. Wzięła płytki wdech i splunęła krwią, po czym powoli się wyprostowała.
– Jestem królową, a królowa nigdy nie płacze – wyszeptała, zaciskając zęby.
Musiała być silna – dla swojego ludu, dla siebie, dla tych, którzy przyjdą po niej. Spośród wszystkich cierpień najdotkliwsze było czekanie. Na kolejną falę bólu? Na koniec świata?
Jej niegdyś jasna jak płatki lotosu skóra – obecnie pokryta pajęczyną sińców i krwiaków – popękała niczym lód na wiosnę. Blady blask kryształów, który przedzierał się do lochu przez wąskie szczeliny w drewnianych drzwiach, dawał nikłą otuchę. Otaczała ją głęboka cisza, co jakiś czas zakłócana kapaniem wody i bezlitosnym tykaniem zegara.
Była sama. Z dala od swoich. Ogołocona z boskości, pozbawiona godności, obdarta z nadziei. Naga. Jedynym okryciem były jej długie, gęste, złote włosy. Nie mogła się poruszyć – przy każdym najmniejszym ruchu kajdany zaciskały się mocniej, parząc ciało wręcz żywym ogniem. Westchnęła.
Wtem drzwi rozwarły się z hukiem, wpuszczając do środka ostre, zimne światło. Persywia zmrużyła powieki.
Gdy jej oczy przywykły do jasności, lekko je rozchyliła. W progu stała wysoka, szczupła kobieta – prężna i dumna, wyprostowana niczym strzała. Jak pradawna, mroczna bogini, odziana w wykuty ze złota napierśnik i jedwabną, bogato haftowaną suknię. Kobieta przemaszerowała przez lochy. Zatrzymała się w pół kroku, lekko się zakołysała i wbiła bezczelne spojrzenie w Persywię. Jej twarz wykrzywił grymas przypominający uśmiech, po czym ruszyła powoli naprzód.
– Proszę, proszę – zagwizdała z zachwytem – sama pani Jasnego Dworu. – Dźwięczny, melodyjny głos, przypominający śpiew anielskich chórów, rozbrzmiał echem po lochach.
Persywia zmrużyła oczy, pragnąc lepiej przyjrzeć się nieznajomej, ale światło wciąż raziło ją zbyt mocno.
– Kim jesteś? – spytała ochrypłym głosem, zwilżając językiem spękane, pokryte strupami usta.
– Więc jednak mnie nie pamiętasz? – Kobieta spojrzała na nią bystro, a w jej głosie dało się wyczuć rozczarowanie.
Podeszła bliżej, pochyliła się nad królową na tyle, by ta mogła jej się lepiej przyjrzeć. Uniosła podbródek Persywii palcem wskazującym i zajrzała jej w oczy.
Lewe oko nieznajomej było czarne i błyszczące niczym onyks, drugie – białe jak śniegi Nanga Parbat, martwe. Jej włosy miały barwę ognia, a twarz nieskazitelną cerę, bladą jak pergamin. Emanowała idealnym pięknem, jak wszystkie pierwsze istoty. Przypominała Persywii dawną boginię wojny – Mars.
Pani Eldirias przełknęła ciężką gulę w gardle i się zawahała. Chciała wyszeptać jej imię, ale bogini ubiegła ją słowami:
– Masz dość? Chcesz odpocząć? Zaleczyć rany? Daj mi to, co chcę wiedzieć, a twoje tortury się skończą.
Dopiero teraz Persywia dostrzegła, że kobieta trzyma w dłoni pięknie rzeźbiony nóż. Jego ostrze było czarne jak wody Styksu, a na rękojeści wyrzeźbiono główkę dawnego boga – z szeroko otwartymi oczami i groźnie szczerzącymi ostre kły.
– Jesteś potomkinią pierwszych demonów i aniołów, dlatego tak trudno cię złamać – zamruczała kobieta, a w jej oczach błysnął niebezpieczny ogień.
– Nie masz nade mną władzy, marna istoto – odpowiedziała pani Eldirias, nie dając się zastraszyć.
Uśmiechnęła się z odrazą i wyprostowała dumnie. Ukradkiem zerknęła na nóż, pewna, że już gdzieś go widziała. Obolała i wycieńczona, nie potrafiła zebrać myśli. W umyśle kołatał się obraz sztyletu. Był jak zapomniana nazwa, która utknęła w meandrach pamięci i nie chciała się ujawnić. Zawoalowana kotarą niepamięci, stała się dręczącą myślą – przypominała natrętną muchę, która nie pozwalała zasnąć.
Może na jakimś obrazie albo na jakiejś płaskorzeźbie? – pomyślała, usiłując odnaleźć sens w chaotycznych wspomnieniach.
Całą uwagę skupiła na analizowaniu i poszukiwaniu historii tajemniczego noża, całkowicie zapominając o złowrogiej bogini i bólu. Kobieta odskoczyła od królowej, ponownie przykuwając jej wzrok, po czym roześmiała się wrogo. Zimny dreszcz przeszył ciało pani Eldirias.
– Wiesz, co to jest? – zapytała, machając ostrzem przed jej oczami. – Szukałam go specjalnie na tę okazję. Dla wyjątkowych gości zawsze staram się znaleźć idealny prezent – zasyczała jak żmija, podtykając broń pod nos królowej.
– Sztylet? – odpowiedziała z lekką ironią Persywia, przesuwając wzrokiem po czarnym ostrzu.
Rudowłosa zastygła, wbijając w nią zimne, pełne żądzy i mordu spojrzenie. Persywia milczała, przełykając z trudem ślinę, nie spuszczając wzroku z broni.
Nagle bogini ponownie doskoczyła do niej. Sztylet niebezpiecznie zbliżył się do twarzy królowej. Kobieta zamachnęła się i znienacka zaatakowała. Brutalnie, z błyszczącymi z podniecenia oczami, jednym cięciem rozcięła policzek Persywii. Królowa zawyła, czując, jakby ogień pali ją na twarzy.
– To sztylet Adżanti – syczała wściekle mroczna wojowniczka. – Zabija bardzo powoli. Jego magia jest tak potężna, że potrafi uśmiercić nawet kogoś takiego jak ty. – Spojrzała na królową z czymś w rodzaju dumy w oczach. – Miną lata, nim rozpadniesz się w niebyt. Jego mroczna magia wniknie w twoje ciało i będzie cię niszczyć powoli, komórka po komórce. Kawałek po kawałku. To bardzo długi i bolesny proces – dodała, odsuwając ostrze.
Posłała królowej spojrzenie pełne wyższości i triumfu. Na nieskazitelnej jasnej skórze pani Eldirias pojawiła się czarna szrama.
Krew sączyła się powoli, a ciemne rysy jadu rozchodziły się po policzku jak bruzdy na tafli pękającego lodu. Persywia oddychała szybko, czując, że jej twarz lada chwila może się rozpaść. Płonęła od wewnątrz, rozpadając się na atomy, a jej moc słabła.
– Nawet gdybyś miała mnie pociąć na drobne kawałki, nic ci nie powiem – wyszeptała, popadając w malignę.
– Powiesz – roześmiała się złowrogo, ponownie zbliżając ostrze do twarzy królowej. – Oni niczego dla ciebie nie zrobili, więc po co ich chronisz?
Martwe oko wbiło się w twarz pani Eldirias – zimne i przerażająco puste.
Nagle sztylet przesunął się po nagim udzie Persywii. Demonica z wyraźną radością obserwowała przerażone spojrzenie królowej. Niespodziewanie zamachnęła się i wbiła ostrze w tamtym miejscu aż po rękojeść.
Z gardła kobiety wyrwał się przerażający wrzask. Ściany lochu zadrżały, światło zamigotało. Oczy Persywii rozwarły się szeroko. Łapała powietrze szybko i łapczywie.
– Jak zabić Wybrańców? – wysyczała przez zęby, wkręcając ostrze głębiej i wbijając zimne spojrzenie w wykrzywioną bólem jasną twarz królowej.
– Trzeba złamać ich sacrum – wyszeptała Persywia.
– Wszystkich… za jednym zamachem.
– Potrzebujesz Księgi.
– Jakiej Księgi? – zapytała zaintrygowana kobieta. Pospiesznie wyciągnęła ostrze.
– _Sacra vera Scriptura_ – wydusiła królowa, po czym zemdlała.TANATOS
Tanatos był zadowolony. Stał wyprostowany, z piersią wypiętą do przodu, napiętymi mięśniami i spokojnym oddechem. Jego misja przebiegła pomyślnie, bez zakłóceń i niespodzianek.
Wszystko wykonał dokładnie, zgodnie z zaleceniami. Zatarł ogromne dłonie i odetchnął głęboko, odruchowo kładąc dłoń na ametystowej rękojeści swojego miecza. Lekko kołysał się na piętach.
Na jego piersi połyskiwał złoty medalion z trupią czaszką i dwoma piszczelami ułożonymi na krzyż, który odbijał promienie słońca. Zawinął koniec krwawego płaszcza wokół szyi i wbił wzrok w horyzont.
Powietrze było ciepłe i wilgotne, przesycone zapachem soli. Wiosna rozgościła się na dobre, a ten rok był wyjątkowo łaskawy. Wilgotna, tłusta i bogata w minerały ziemia czekała z utęsknieniem na pierwsze plony.
Nagle zerwał się wiatr.
Tanatos gwałtownie obrócił się na pięcie. Powietrze tuż za jego plecami kipiało niczym wrząca woda w kotle. Najpierw dostrzegł rozmywającą się przestrzeń, a po chwili powietrze zgęstniało, przybierając formę falującej przezroczystej galarety. Nie miał wątpliwości – ktoś rozrywał czasoprzestrzeń, tworząc wrota.
Gdy brama w końcu się ukształtowała, po drugiej stronie pojawiła się rozmyta sylwetka. Tanatos zmrużył oczy.
– Witaj, demonie zniszczenia – powiedział muskularny mężczyzna, wyłaniając się z mgły.
Jego oczy lśniły rubinową czerwienią, a ciemne kędzierzawe włosy opadały mu na czoło. Ubrany w jasną zbroję, przypominającą rybią łuskę, miał u boku złoty kręcony róg, który łudząco przypominał miecz.
– Achnaton – wysyczał demon ochrypłym głosem, mrużąc czarne, rekinie oczy.
Wampir uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd zębów – białych jak kreda i ostrych jak brzytwa.
– We własnej osobie. – Dygnął z przesadną gracją.
– Pierworodny Lilith – wycharczał demon, kołysząc się jak rozdrażnione zwierzę. Przestępował z nogi na nogę, zataczając krąg.
– Czy wszystko poszło zgodnie z planem? – zapytał Achnaton, głosem łagodnym, lecz uważnym.
– Nie mogło być inaczej – wymamrotał demon. – Nasza armia wkrótce dorówna liczebnością i siłą Wybrańcom.
Słowo „Wybrańcy” wypowiedział z wyraźnym trudem, a na koniec splunął siarczyście z pogardą.
– Co z Atlantis?
– Poszło lepiej, niż przypuszczałem. Pieczęcie trzasnęły jak zardzewiała kłódka. Nie wszystkie, ale wystarczająco, byśmy się przedostali. – Tanatos mlasnął z zadowoleniem, wyprężając pierś jak paw.
– Wspaniale. Matka będzie zachwycona. – Achnaton nagle spoważniał, zmarszczył brwi i ruszył kilka kroków przed siebie, splatając ręce za plecami. – Musisz odnaleźć Feniks, boginię ognia. Będzie nam potrzebna. Ktoś musi spalić to plugastwo.
– A co z Wybrańcami? – zapytał Tanatos, zerkając kątem oka.
– Nie martw się nimi. Wkrótce będą tylko wspomnieniem. Ziemia wróci w ręce tych, do których należy… Demonów. – Achnaton roześmiał się gardłowo. – Ruszaj. Musimy działać, póki jeszcze są zdezorientowani.
Demon skłonił się nisko, po czym rozpłynął się w kłębach gęstego szarego dymu.ARES
Orszak królewski powoli przesuwał się przez portowe doki. Dwudziestu konnych wojowników w białych płaszczach przeciskało się przez tłum gapiów, stanowczo torując sobie drogę.
Na czele, w złoconej zbroi, jechał sam król, a tuż obok niego młody i dostojny mężczyzna, którego sylwetka przypominała mitycznego herosa – Heraklesa.
Nagle rozległ się ochrypły, donośny głos mężczyzny:
– Stać!
Orszak zatrzymał się natychmiast. Koń króla zarżał nerwowo, zakołysał łbem i wspiął się na tylne kopyta, jakby chciał sięgnąć nieba. Ujarzmiony mocnym szarpnięciem wodzy, opadł z ciężkim tupotem, rozrzucając piach spod kopyt. Mlecznobiała grzywa zatańczyła na wietrze. Zwierzę znów prychnęło, wypuściło przez nozdrza parę i niecierpliwie przygryzło wędzidło.
Na środku drogi, tuż przed królewskim rumakiem, stanął mężczyzna w mundurze gwardzisty. Wysoki, szczupły, niemal kościsty, sprawiał wrażenie bardziej zdeterminowanego niż odważnego. Z każdej strony otaczały go odgłosy portu – plusk fal, śpiewy marynarzy i krzyki mew.
– Jak śmiesz?! – ryknął Ares.
Nie zsiadając z konia, zbliżył się i chwycił gwardzistę za przód munduru. Wbił w niego twardy wzrok. Na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości.
– Aresie! – zagrzmiał król, a jego spojrzenie było zimne jak lód.
Twarz króla była jak z marmuru – poważna i dumna. Brwi miał ściągnięte w grymasie gniewu. W tym momencie przypominał jednego z gromowładnych bogów. Jego majestat i duma onieśmieliły nawet Aresa, który posłusznie się wycofał. Skinął jedynie głową i wrócił do orszaku.
Król pochylił się lekko w stronę gwardzisty.
– Mam nadzieję, że masz dobry powód, by zatrzymywać królewski orszak – rzekł łagodnie król.
Mężczyzna, ledwie uwolniony z uchwytu, padł na kolana, pochylając się tak nisko, że jego czoło niemal dotykało złotego piachu.
– Wybacz mi, jaśnie panujący, dobry królu – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Wydarzyło się coś strasznego. Kierując się troską o twoje bezpieczeństwo, ośmieliłem się was zatrzymać.
– Co to za niebezpieczeństwo, przed którym nas ocaliłeś, mężu? – wtrącił się Ares.
Młodzieniec cofnął się pospiesznie, gdy jego oczy znów napotkały zimne, przenikliwe spojrzenie monarchy. Skłonił się nisko i zamilkł.
– Panie – podjął po chwili – w porcie znaleziono ciała czterech marynarzy. Napęczniałe jak bukłaki, jakby ktoś wtłoczył w nich morze. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – W życiu nie widziałem czegoś podobnego.
Błękitne oczy Aresa rozszerzyły się w zdumieniu. Nie czekając na dalszy ciąg opowieści, zeskoczył z konia i ruszył w stronę gwardzisty, ale po kilku krokach zatrzymał się, odwrócił i ukląkł na jedno kolano. Nie patrząc na króla, oświadczył:
– Wybacz, panie, ale to zadanie dla alatumri. Może to robota jakiegoś potwora, wiedźmy… albo demona.
– Te plugastwa nie znają świętości… Potwór w Atlantis? W samym sercu… i to podczas Święta Światła… – Król zacisnął dłonie w pięści, a jego oddech stał się głęboki i miarowy. – Dobrze, Aresie. Zajmij się tym. Musimy powiadomić Odyna. Te paskudztwa szerzą się jak zaraza. Niech przyśle kogoś do pomocy – warknął, czując nagłe ostre ukłucie w sercu.
Król się zawahał. Jego dłoń zacisnęła się mocniej na wodzach, a przez niewzruszone oblicze przemknął cień. Żal wpełzł mu do serca niczym dobrze znany stary ból. Wzrok uciekł ku odległemu horyzontowi, jakby szukał czegoś, co dawno utracił. Przez moment wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś więcej… ale tylko skinął głową. Niespodziewanie wycofał konia, oddychając głęboko.
– Alatumri zajmie się morderstwem w dokach. My ruszamy ochrzcić statek! – krzyknął do orszaku. Odwrócił się w stronę Aresa. – Informuj mnie na bieżąco. Muszę wiedzieć, kto za tym stoi – powiedział cichym, ale stanowczym głosem.
– Tak jest, panie.
Młodzieniec skłonił się w pas i poprawił miecz. Rognar zalśnił złowrogo, odbijając promienie słońca.
Ares był wysoki – ponad sześć stóp wzrostu – a jego sylwetka przypominała grigori. Jasne włosy i chabrowe oczy zdradzały pokrewieństwo ze skrzydlatymi.
Ubrany w złotą wahalijską zbroję z wyszytym na piersi triskelionem wyglądał niczym mityczny heros, który w czasach pierwszych królów stawał do walki z mroczną Lilith i jej armią. Kroczył dziarsko, trzymając lejce w lewej ręce, a prawą opierając na rękojeści miecza.
Żołnierz królestwa nie miał w sobie tyle gracji. Tuptał szybko, koślawo, kołysząc się jak statek na wzburzonym morzu. Jego zbroja była zbyt ciężka, a pas, do którego przymocowany miał miecz, podtrzymywał lewą ręką, co chwila go poprawiając.
– Powinieneś wyregulować pas, panie – rzucił Ares szorstko, przelotnie zerkając na kompana. – W trakcie walki, nie mówiąc o pościgu, taka niewygoda może kosztować cię życie.
– Mój pękł. Skóra się wytarła, a ten to po moim kamracie. Czekam na nowy od garbarza – wyjaśnił pospiesznie żołnierz.
– To sobie dorwałeś po kamracie kilka centymetrów za duży. – Ares roześmiał się szeroko, ale nagle spoważniał i spojrzał na żołnierza. – Gdzie znaleźliście te zwłoki? Daleko od morza? W zaułku? Na śmietniku?
– Na skraju ulicy jest karczma, Biały Dąb. – Wskazał palcem w stronę placu. – Nie jest to luksusowa tawerna. Jedzenie mają ohydne, ale tanie, a alkohol też niezły i w przystępnej cenie. Kobiety tam ładne jak malowane. Marynarze lubią w niej nocować. Tanio i ciepło. Ktoś owinął biedaków w sukna i upchał w dziurze zsypu. Gospodarz rano chciał wyrzucić śmieci, a tu nie szły. Zaczął kanał czyścić i wypadły.
– Często gospodarz śmieci wyrzuca?
Żołnierz nagle zatrzymał się w pół kroku i przez chwilę milczał, wpatrując się w Aresa. Bez słowa wskazał na coś, co znajdowało się za jego plecami. Ares się odwrócił. Za nimi stał budynek gospody, usytuowany na końcu głównej ulicy, tuż przy murze otaczającym miasto.
Wyglądał jak wyciosany z marmuru pniak starego drzewa. Był szeroki, miał dwa wejścia i sięgał niemal pod samo niebo. Między wejściami wisiał szyld: „Biały Dąb”.
– Raz na dwa, może trzy dni. Zależy. Teraz trwa jarmark. W stolicy jest dużo ludzi, w porcie też więcej, więc klientów przybywa.
– Oczywiście. – Ares podrapał się po karku. – Ktoś pytał o zamordowanych?
– Nic nie wiem. Pewnie przyjezdni. O marynarzy raczej nikt nie pyta. Jak brakuje w załodze, to biorą następnych. – Żołnierz wzruszył ramionami.
– Sprytne. – Ares się zamyślił. – O marynarzy raczej nikt nie pyta…
– Co, panie?
– Nic, nic. – Ares machnął energicznie ręką.
Dotarli do karczmy, która i dziś pękała w szwach. Wypełniona była królewskimi żołnierzami, skrupulatnie przeszukującymi każdy jej zakątek w poszukiwaniu śladów i kolejnych ofiar.
Choć rycerze królestwa w boju nie mieli sobie równych, a ich umiejętności i waleczność były znane w całej Atlantydzie, w starciu z ciemnymi mocami czy demonami byli zupełnie niedoświadczeni.
Ares przywiązał konia do drewnianej belki, owinął koniec złotego płaszcza wokół szyi i dziarsko wszedł do gospody.
– Pokaż mi miejsce, gdzie znaleziono zwłoki – rzucił rozkazującym tonem do mężczyzny, który posłusznie kiwnął głową i ruszył przodem.
Przeszli na tyły gospody. Zsyp był wydrążoną dziurą, przebijającą mur otaczający miasto, schodzącą kilkanaście łokci w dół w głąb zbiorowiska odpadów.
Ares zajrzał w otchłań zsypu, a gdy obrzydliwy smród uderzył go niczym fala, jego twarz pozieleniała. Automatycznie zasłonił usta dłonią i się odsunął.
Zrobiło mu się słabo – złapał kilka głębokich oddechów i spojrzał na żołnierza.
– Muszę zejść do zbiorowiska. Może jest ich tam więcej. Ktoś już tam szukał?
Żołnierz zaprzeczył ruchem głowy.
– Dobrze. Pokaż mi zwłoki. Muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia.
Kilka metrów dalej, pod ścianą, w kłębach materiałów, leżały rozkładające się ludzkie ciała. Ares pospiesznie zdarł płachty – przed jego oczami ukazał się przerażający widok. Byli to mężczyźni w sile wieku, o potężnej, silnej posturze. Dokładnie obejrzał ich zdeformowane ciała. Rzeczywiście, przypominali napęczniałe bukłaki.
Zauważył coś, o czym żołnierz milczał podczas drogi – każdy z denatów miał szeroko rozwarte, sczerniałe usta. Ares zaczynał podejrzewać, że przyczyną spęcznienia ciał nie były ani upał, ani wilgoć, lecz coś znacznie bardziej niepokojącego: płyn, który zalegał w ich wnętrzach. Jego wzrok padł na delikatne nici pajęczyny, które wiły się między palcami i unosiły w powietrzu wokół ust martwych marynarzy.
– Czyżby to był pająk? – zastanawiał się głośno, pochylając się nad zwłokami. Przez chwilę bacznie im się przyglądał, delikatnie dotykając pajęczyny opuszkami palców.
Poderwał się energicznie, sięgnął po Rognar, zamachnął się i wbił ostrze w trzewia marynarza leżącego najbliżej. Rozłupał go bez trudu. Z wnętrza ciała, niczym z przebitego bukłaka, wypłynęły purpurowe płyny, które jak wzburzona fala rozlały się dookoła.
Żołnierze, którzy z zaciekawieniem obserwowali go z daleka, nagle zzielenieli na widok purpurowego śluzu i w popłochu rozpierzchli się po placu. Żaden z nich już nie wrócił.
Ares pomruczał coś pod nosem, pochylił się i rozbełtał wydzielinę ostrzem. Kucnął, podrapał się po karku.
– Powiedziałbym, że to arachna, ale żadnej nie widziano od co najmniej pięciuset lat – westchnął.
Widząc zaskoczone spojrzenie gwardzisty, zaczął pospiesznie wyjaśniać:
– Arachna to demon: pół kobieta, pół pająk. Przybiera postać kobiety, aby zwabić swoje ofiary. Zabija podobnie jak jadowity pająk. Podczas pocałunku wstrzykuje toksynę… – Zrobił kilka kroków w kierunku głowy denata, kucnął, odłożył miecz, otworzył mu usta i zajrzał do środka. Język i policzki były już sczerniałe od jadu. Ares zmarszczył czoło. – Truciznę wstrzykuje tutaj – wyjaśnił, wskazując palcem na język denata. – Gdy jad wniknie do ciała, trucizna rozpuszcza wnętrzności, a demon je wysysa. Tych zostawiła sobie na później.
Wyprostował się, chwycił miecz i przypiął go do pasa.
– Jak chcesz ją złapać, panie?
– Problem polega na tym – Ares wyjął z kieszeni munduru chustkę i wytarł dłonie – że arachny wymarły. Nikt ich nie widział od co najmniej pięciu wieków. A tu nagle pojawia się jakaś w samym centrum Atlantis…
– Jeśli to demoniczny pająk, to gdzie ma swoją sieć? – zapytał żołnierz, wbijając w niego zaciekawione spojrzenie.
Ares minął go i podszedł do muru. Jednym susem wskoczył na jego szczyt. Rozejrzał się po dokach, spojrzał na skalisty brzeg i dalej – w toń oceanu. Nie dostrzegł niczego podejrzanego.
– Może ma ją pod miastem. Znalazła jakąś jaskinię i tam się ukrywa. Nocą zakrada się do karczmy. Zorganizowała sobie niezłą kryjówkę. Ma jedzenia pod dostatkiem.
Przesunął palcami po kędzierzawych włosach, zeskoczył i podszedł do konia. Odpiął cienką niczym pajęcza nitka linkę przymocowaną do siodła i zaczął ją wiązać wokół jednej z kolumn podpierających mur. Do drugiego końca linki przypiął skórzany pas wzmocniony żelaznymi nitami i kółkami.
– Co to? – zapytał strażnik, wskazując palcem na srebrzystą strunę, niemal niewidoczną na tle muru.
– Marklina – roześmiał się Ares, podchodząc do muru i ponownie wskakując na jego szczyt.
Owinął skórzany pas z liną wokół bioder. Szarpnął dwa razy, mocno zaciskając klamry, a następnie starannie zapiął. Gdy upewnił się, że wszystko jest solidnie zabezpieczone, odetchnął głęboko i spojrzał na żołnierza.
– Taka cienizna? Nie utrzyma! – zarechotał mężczyzna.
– To marklina, wytrzymała i twarda. Tylko walkiriańska stal jest w stanie ją przeciąć.
– Co chcesz zrobić, panie?
Strażnik wspiął się na kamienny mur i wyjrzał zza jego korony. Ares mrugnął do niego i spojrzał w dół. Dzikie fale chciwie drapały grzywami po litej skale, wściekle uderzając o szczyt muru i roztrzaskując się o kamienne filary.
– Złapać demona! Po to tu przyszedłem. – Ares się roześmiał, a następnie wspiął się jeszcze wyżej, na sam szczyt korony.
Odszukał wzrokiem wygodną półkę i przeskoczył na drugą stronę muru. Schodził powoli, asekurując się liną, ostrożnie wybierając kamienie, zsuwał się coraz niżej. W powietrzu unosił się zapach słonej wody i ciepłego wiatru.
Rozglądał się czujnie. Był już cały mokry, a jego zbroja śmierdziała solą, gdy dotarł do śmieciowiska. Stanął na krawędzi i zadarł głowę, szukając wlotu zsypu.
Wszystko wyglądało normalnie. Ani przy wylocie, ani przy wlocie nie dostrzegł niczego, co mogłoby wskazywać na obecność arachny. Nie było pajęczyny, dziwnych śluzów ani innych wydzielin. Zupełnie nic.
Przesunął się bliżej zsypu. Intensywny zapach soli niwelował smród potwora. To paskudztwo musiało tu być i było na tyle sprytne, że wiedziało, jak się przed nim ukryć.
Tylko dlaczego teraz się ujawniło? Czemu tak głupio zdradziło swoją obecność – akurat podczas święta, gdy miasto roiło się od wojska i Wybrańców?
Ares stanął na krawędzi zbiorowiska. Odór rozkładających się resztek uderzył go z taką siłą, że na chwilę zrobiło mu się słabo. Przesłonił nos ręką i ostrożnie przesunął się wzdłuż kamiennego muru.
– Gdzie się ukryłaś? – wyszeptał, ponownie się rozglądając.
Mógłby zanurkować w te odpadki, choć czuł, że niczego tam nie znajdzie. Jej legowisko było albo doskonale ukryte, albo znajdowało się w zupełnie innym miejscu. Musiał rozegrać to inaczej.MALACHAJ
Wydawałoby się, że jako grigori – potężny obserwator i wysłannik Mocy na ziemi – masz władzę nad wszystkim. Możesz upijać się tanim winem w podejrzanych karczmach, pić do pełna bez oporu, bo dzięki niebiańskim genom jesteś odporny na ludzkie rozkosze. Nie odczuwasz bólu jak zwykli ludzie, nie pragniesz, a uczucia tych maluczkich, które Moce tak opiewają, są ci obojętne.
A jednak Malachaj pożądał. Tak bardzo, że na samą myśl dostawał wypieków i ściskało go w dołku. Pamiętał dzień, w którym ujrzał ją po raz pierwszy – tę idealną doskonałość.
Piękną, władczą, pełną sprzeczności. Nieprzewidywalną jak rzeka, nieposkromioną jak młody ogier, z ogniem zamiast krwi. Wiedział, że łamie wszelkie przysięgi, ale nie potrafił jej odmówić.
Siedział na krześle w samym środku obskurnej karczmy, gdzieś na zapomnianym końcu świata, dłubiąc nożem w blacie stołu, czekając. Chciał tu być, choć zdawał sobie sprawę, jak wysoką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Czekał na nią, wściekły na siebie.
On – potężny rycerz, wojownik, silny i władczy obserwator, żołnierz światłości – niezłamany do dziś. Ona manipulowała nim tak, jak chciała. Owinęła go sobie wokół palca. Był całkowicie poddany jej woli – i czuł się z tym dobrze. Chciał odejść, zapomnieć, a mimo to nadal tu siedział.
Przez ułamek sekundy w jego umyśle pojawiła się myśl, by wrócić. Ukorzyć się i tak jak brat – przyjąć ciało śmiertelnego, odpokutować swoje winy. Tak, to właśnie powinien zrobić. Pochylić głowę, posypać czoło popiołem i pozwolić, by zepchnięto go w ludzkie truchło.
Tylko że on nie czuł się winny.
Cała jego wina polegała na tym, że kochał i robił wszystko, by uszczęśliwić miłość swojego życia. Czy to zbrodnia – kochać i być kochanym? Tak wybrał. Wybrał miłość.
Podjął decyzję i wcale jej nie żałował. Bo niby czemu miałby żałować? Miał wszystko, czego pragnął. Czy jemu, jak tym ludzkim małpom, nie należał się skrawek miłości? Przecież Moce to podobno kwintesencja miłości, więc czemu miałby rezygnować ze swojej?
Nagle poczuł na ramieniu delikatny dotyk. To była ona. Ciepła, gorąca jak ogień. Pachniała chabrem i pszenicą. Miała szczupłe, blade, delikatne i wiotkie ręce. Przesunął dłonią po jej smukłym ramieniu. Na jej białej jak pergamin skórze połyskiwały wyrysowane krwawym atramentem runy. Przycisnął jej dłonie mocno do piersi, po czym chwycił za nie łapczywie i pocałował.
– Malachaju – szepnęła tak dźwięcznie i melodyjnie, że zaparło mu dech w piersiach. Serce zabiło mocniej, gdy objęła go silnie, kładąc głowę na jego ramieniu.
Jej ciepły oddech wkradł się do jego uszu. Chwyciła go za brodę i odwróciła ku sobie. Nie zdążył nic powiedzieć, gdy jej usta, pełne słodyczy, przylgnęły do jego warg. Pocałunek był gorący niczym pieczęć klątwy, ciężki jak ich wspólne brzemię i słodki jak grzech.
– Ukochana – wyszeptał, zanurzając się w jej włosach pachnących latem. Ona tylko zmrużyła oczy. – Duszo moja – mówił, sunąc pocałunkami po jej długiej, łabędziej szyi.
Objął jej drobną główkę i odwrócił się do niej, pragnąc znów ją pocałować, ale ona się odsunęła. Zamruczał niezadowolony.
– Musimy ruszać – szepnęła delikatnie, przesuwając mu palcem po policzku. – Mamy tak wiele do zrobienia.
Dotknęła jego ręki i pocałowała ranę – głęboką bruzdę, która niemal przecinała jego dłoń na pół.
– Twoja krew jest jak nektar dawnych bogów – powiedziała, łakomie oblizując usta.
– Jest tylko dla ciebie, moja najmilsza – odpowiedział, unosząc jej podbródek i mocno całując jej ciepłe, nabrzmiałe usta.
Oddała mu pocałunek, po czym znów się pochyliła, zaczynając łakomie zlizywać krew z jego rany. Delikatnie przesunął dłonią po jej jedwabistych włosach, a następnie pochylił się, by z czułością ucałować czubek jej główki.
– Jaki masz plan, ukochana?
Uniosła wzrok i spojrzała na niego. Jedno z jej oczu było białe jak śnieg, puste niczym bezdenna otchłań, martwe. Drugie zaś – bystre i pełne ognia, czarne jak noc.
– Musimy uderzyć, i to z zaskoczenia. Zanim jednak zaatakujemy, musimy znaleźć coś, co zniszczy Wybrańców.
– Nie ma takiej rzeczy – prychnął wściekle. – Moce ukształtowały ich na podobieństwo obserwatorów. Tylko złamanie ich sacrum zniszczy w nich to, co boskie.
– Księga może ich zniszczyć.
– Jaka Księga?
– _Sacra vera Scriptura_.
– _Księga Adama_? – Patrzył na nią z niedowierzaniem. – To pismo zaginęło tak dawno temu, że nawet Rajzel zapomniał o jej istnieniu – roześmiał się. – Najdroższa, to mrzonka. Może nawet już nie istnieje, z obawy, że ktoś użyje jej przeciw Wybrańcom.
– Istnieje.
– Skąd ta pewność?
– W moich lochach jest Persywia…
– Uwięziłaś panią Eldirias? – Malachaj przerwał jej w pół zdania, a ona przytaknęła. – Jesteś bardziej szalona niż ja.
– Powiedziała, że po wielkiej wojnie Strażnik ukrył Księgę. – Wbiła w niego bystre spojrzenie.
– Nikomu nie zdradził, gdzie ją ukrył. Nawet aniołom… – Zawiesił na chwilę głos. – Musiał ja ukryć, zanim go zabiłem. – Skrzydlaty podrapał się po brodzie. – Nie miał jej wtedy przy sobie, sprawdziłem.
Malachaj nagle zerwał się na równe nogi. Nerwowo przeszedł kilka kroków, podrapał się po karku i zatrzymał. Ona patrzyła na niego swoimi wielkimi oczami. Była taka piękna, niewinna, a zarazem taka łakoma. Kochał jej próżność i zachłanność.
Energicznie podszedł do niej, objął dłońmi jej twarz.
– Dostaniesz Księgę i koronę Atlantydów.
Jego usta przylgnęły tak mocno, że oddech uwiązł mu w krtani. Jęknęła. Nie opierała się. Była tylko jego, a on tylko jej.