Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Klątwa snów - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Klątwa snów - ebook

 

Na królestwo Azenor spadła klątwa

Podczas każdego nowiu magia spływa z pobliskiej góry i ożywia nocne koszmary. Tylko strażnicy posiadający moc stoją pomiędzy ludźmi a ich najgorszymi snami.

Clementaine Madigan jest córką maga chroniącego miasteczko u stóp góry i od lat szkoli się na jego następczynię. Dziewczyna kocha to miejsce i cieszy się nadchodzącą przyszłością. Do czasu gdy do Hereswith przybywają dwaj młodzi magowie. Rzucają oni jej ojcu wyzwanie i pozbawiają Clementine wszystkiego, o czym marzyła.

Zemsta wydaje się jedynym rozwiązaniem, ale jej smak słodki jak miód psuje łyżka dziegciu - przystojny Phelan, który zyskuje przy bliższym pozaniu i skrywa sekrety, które mogą uratować królestwo.

Dziewczyna musi sprzymierzyć się z wrogiem, by stawić czoła klątwie, z którą jest bardziej związana, niż jej się to kiedykolwiek śniło.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4131-7
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Wrześniowy nów czekał, aż zajdzie słońce, a ja utknęłam w bibliotece Mazarine i rysowałam przy świecach jej dwunasty portret. Odkąd pamiętałam, nie opuszczała domu w ciągu dnia i zasłaniała kotary, kiedy świeciło słońce. Co jakiś czas wzywała mnie w różnych sprawach, głównie po to, żebym węglem uwieczniła jej twarz na pergaminie, jak gdyby zapominała, jak wygląda, a także bym przeczytała jedną z jej ksiąg, oprawionych w skórę. Z przyjemnością robiłam jedno i drugie, bo dobrze mi płaciła i lubiłam historie, które czasem udawało się z niej wyciągnąć. Historie pochodzące z gór. Historie, które prawie już zapomniano, które rozpadały się w pył.

– Czy wyglądam tak samo jak wtedy, kiedy ostatnio mnie rysowałaś? – zapytała.

Podłokietniki jej fotela wyrzeźbiono w kształt ryczących lwów, Mazarine zaś miała na sobie to, co zazwyczaj: elegancką aksamitną suknię w kolorze krwi i diamentowy naszyjnik. Gdy oddychała, kamień odbijał światło ognia, mrugał tajemniczo.

– Nic się pani nie zmieniła – odparłam, nie przerywając pracy i myśląc, że rysowałam ją ledwie trzy miesiące temu.

Wyglądała dumnie, nawet pomimo mnóstwa zmarszczek, starczych plam i dziwnych, błyszczących oczu. Podobała mi się jej pewność siebie i oddawałam ją w uniesieniu podbródka, w znaczącym uśmiechu i falach długich, srebrnych włosów. Zastanawiałam się, ile może mieć lat, ale nigdy nie odważyłam się zapytać.

Czasem się jej bałam, choć nie umiałabym powiedzieć dlaczego. Była stara, rzadko widziałam, żeby ruszała się z otoman czy foteli rozstawionych w tym pozłacanym, zacienionym pokoju. A jednak emanowało z niej coś jeszcze, coś, czego nie umiałam nazwać. Coś, co nakazywało ostrożność w jej obecności.

– Twój ojciec nie lubi, gdy cię wzywam – przeciągnęła słowa ochryp­łym głosem. – Dobrze myślę, że nie podoba mu się, że jesteś tu ze mną sam na sam?

Słowa obudziły niepokój, zdusiłam go czym prędzej. Półmrok w pokoju okrywał wszystko swoją peleryną i choć rysowanie portretu w tak słabym świetle wydawało się niemożliwe, szło mi całkiem dobrze.

– Mój ojciec chce tylko, żebym wróciła dzisiaj wcześniej do domu – odparłam, a ona zrozumiała, o czym mówię.

– Ach, czeka was Księżyc w nowiu – wymruczała. – Powiedz mi, Clementine… Czy przeczytałaś któryś z moich koszmarów, spisanych w księdze twego ojca?

Nie przeczytałam, ponieważ w księdze, którą mój ojciec zapełniał i której strzegł, nie widniały żadne zapisy jej koszmarów. Nie chciałam się jednak do tego przyznać, bałam się, że ją to zdenerwuje.

Więc skłamałam.

– Mój ojciec nie pozwala mi czytać wszystkich zapisów. Jestem tylko uczennicą, pani Thimble.

– Ach, tak. – Upiła łyk musującego wina. – Jesteś uczennicą, lecz w czasie nowiu walczysz u jego boku. I jesteś równie silna i utalentowana. Widziałam, jak wojujesz na ulicach w najciemniejsze noce. Prześcigniesz go, Clementine. Twoja magia świeci jaśniej niż jego.

Wreszcie udało mi się dokończyć rysowanie. Częściowo dlatego, że jej słowa nakarmiły głód, który starannie ukrywałam.

– Portret gotowy.

Odłożyłam węgiel, wytarłam palce o spódnicę i podeszłam z arkuszem do Mazarine. Przyjrzała mu się przy świecach, płonących w żelaznych świecznikach wokół niej; skapujący wosk tworzył stalaktyty.

Przez długą chwilę milczała. Poczułam niepokój, na moich plecach zbierał się już pot, lecz ona się uśmiechnęła; w świetle ognia zabłysły żółte zęby.

– Tak, nie zmieniłam się. Co za ulga. – Roześmiała się, lecz w tym śmiechu nie było dobrych emocji.

Krew w moich żyłach szumiała ostrzegawczo, zebrałam przybory, włożyłam je do skórzanej torby i chciałam stąd wreszcie wyjść. Przy zasłoniętych oknach nie dało się powiedzieć, która jest godzina, czułam jednak, że popołudnie dobiega końca.

Musiałam wracać do domu.

– Magiczka i malarka – odezwała się Mazarine, podziwiając swój portret. – Malarka i magiczka. Którą z nich bardziej pragniesz być? A może marzysz o magii _deviah_ i połączeniu obu tych dziedzin? Chciałabym zobaczyć kiedyś twój zaczarowany rysunek, Clementine.

Założyłam torbę na ramię, trwając między fotelem a dwuskrzydłowymi drzwiami. Nie chciałam przyznać jej racji, lecz Mazarine miała niesamowitą umiejętność czytania ludzi. No i widziała, jak dorastałam.

Miałam osiem lat, kiedy ojciec zaczął mnie uczyć _avertany_, magii obronnej, przydającej siły w czasie walk i pojedynków. Często mierzyliśmy się z zaklęciami rzucanymi ze złą intencją, prowadzącymi do sytuacji niebezpiecznych i nieprzewidywalnych, na przykład w noce nowiu, dlatego ceniłam _avertanę_ za jej przydatność, zaczęłam jednak myśleć o dwóch innych dziedzinach magii, _metamara_ i _deviah –_ zwłaszcza _deviah_. Jednak stworzenie zaklętego przedmiotu za sprawą magicznej mocy nie było proste i czytałam o magach, którzy poświęcili na to dziesiątki lat życia.

Potrzebowałam czasu. Najpierw musiałam udoskonalić swoje umiejętności malarskie, a dopiero potem napełniać swoje prace magią. Nauczyłam się szkicowania i stopniowo opanowałam rysunek węglem – w wiejskiej miejscowości o materiały artystyczne nie było łatwo – wiedziałam jednak, że brakuje mi doświadczenia i że wiele dziedzin sztuki czeka, aż je odkryję.

– Może kiedyś? – odparłam.

– Hmm – powiedziała tylko Mazarine.

W końcu wstała z fotela, mrucząc cicho, jak gdyby bolały ją kości, a mnie znów zaskoczyło to, jaka była wysoka. Przeszła na drugą stronę pokoju, do komody stojącej w ciemnym kącie, i słyszałam, jak otwiera szuflady, słuchałam dźwięku zgarnianych monet.

– Mówisz, że nic się nie zmieniłam. – Podeszła do mnie. – Ty za to zmieniasz się stale, Clementine. I coraz lepiej sobie radzisz tak w magii, jak i w sztuce.

Wyciągnęła do mnie pięść – kostki palców jak wzgórza, żyły jak rzeki pod pergaminową skórą, palce pełne monet.

Otworzyłam dłoń, a ona zapłaciła mi podwójnie. Więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

– To bardzo hojne, pani Thimble.

– Twój ojciec i jego gospodyni, która się tobą opiekuje, mogą mnie nie lubić. Ale ty jesteś jedyną osobą w tym mieście, która się mnie nie boi. A ja nagradzam taką odwagę.

Patrzyłam jej w oczy, mając nadzieję, że nie lśni w nich lód mojej nieufności.

– Odprowadzę cię. – Mazarine wskazała ręką drzwi. – Dzień się kończy, a ty musisz szykować się na wieczór.

Nie ruszyła się jednak z miejsca, zrozumiałam, że mam iść przed nią. Zbliżyłam się do podwójnych drzwi, ona była dwa kroki za mną, i przeszłyśmy obok wiszącego na ścianie lustra, które dopiero teraz zauważyłam. Miało złotą ramę z misternym wzorem, gdzie winorośle łączyły się z liśćmi dębu, i w gładkiej tafli zobaczyłam swoje odbicie: dziewczynę ze smugą węgla na brodzie i gęstymi miedzianymi włosami, splecionymi w warkocz, a jednak nieujarzmionymi. Już przesuwałam wzrok w stronę drzwi, gdy spostrzegłam, co jest za mną.

To nie była Mazarine, starsza kobieta, którą tyle razy rysowałam.

Była kimś innym, wysokim i barczystym, z twarzą ostrą i żłobioną niczym skała, z długim nosem i cienkimi, wykrzywionymi ustami. Skórę miała bladą, a włosy, choć nadal srebrne, bardzo długie i poskręcane, a w nich liście, patyki i kolczaste pnącza, jak gdyby mieszkał w nich las. Głowę wieńczyły dwa rogi, małe i spiczaste, lśniące jak kość.

W oczach, dużych i ciemnych, błyszczała radość, gdy nasz wzrok spotkał się w lustrze na krótką chwilę. Zrozumiałam, że oto zobaczyłam, kim Mazarine jest naprawdę, i ona też to zrozumiała – a jednak nie dałam tego po sobie poznać. Zmusiłam się, żeby iść powoli i równo oddychać. Zachować spokój i opanowanie. Stłumiłam chęć ucieczki i stanęłam przy drzwiach, czekając, aż je przede mną otworzy.

– Stąd już znajdziesz drogę wyjścia? – zapytała.

Uśmiechnęłam się. Moja twarz zareagowała dziwnie, niewykluczone, że zamiast uśmiechu wyszedł mi grymas.

– Oczywiście.

Znów wyglądała jak starsza dama, którą znałam od zawsze. Jednak oczy… Pozostał w nich ślad dzikiej istoty, którą tak naprawdę była. Płonął w niej jak żar.

– Dobrze. Do następnego razu, Clementine.

Prześlizgnęłam się obok niej i zeszłam po krętych schodach. Moje buty stukały na marmurze miarowo i spokojnie; wiedziałam, że Mazarine słucha.

Jej lokaj, stary, pomarszczony mężczyzna w liberii dawno zmarłego lorda, siedział na fotelu przy drzwiach frontowych i chrapał. Próbowałam przemknąć się niepostrzeżenie, lecz on wzdrygnął się, wstał i wyciągnął rękę do klamki.

– Dobrego dnia, panno Clem – powiedział ochryple. – I obyś odniosła zwycięstwo przy dzisiejszym nowiu.

– Dziękuję, panie Wetherbee.

I choć jego oczy, nękane zaćmą, patrzyły łagodnie, tak jak mogłyby patrzeć oczy dziadka, ja myślałam tylko o jednym: jakie odbicie zobaczyłabym w lustrze? Czy był po prostu starym człowiekiem, na którego wyglądał, czy kimś zupełnie innym?

Przekroczyłam próg i zeszłam po schodach na żwirową ścieżkę. Prowadziła do drogi, trójkąty krzewów rosły wzdłuż niej w idealnej symetrii. Dotarłam do żelaznej bramy i odważyłam się zerknąć za siebie.

Była to wspaniała rezydencja, zbudowana z czerwonej cegły, dwupiętrowa, z kwadratowymi oknami, które lśniły jak zęby. Mieszkała tu pierwsza magiczka Hereswith, a potem jej następczyni; dom stał się siedzibą miejskich magów, możliwe, że magia wciąż tkwiła w ścianach i przesączyła się w podłogi. A jednak, jak wynikało z miejskich rejestrów, wiele lat temu rezydencję zajęła Mazarine, choć nie była magiczką.

Nie była nawet człowiekiem.

Jak to możliwe, że udało jej się tak długo ukrywać swą prawdziwą naturę? Oszukać nas wszystkich?

Wahałam się, jak gdyby odwrócenie się plecami do rezydencji było nieroztropne. W końcu jednak wyszłam za bramę i szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu.

Hereswith nie było dużym miastem; mogliśmy przejść je całe z ojcem w ciągu godziny, a jeśli zapomniało się o klątwie pobliskich gór, wydawało się urokliwe. Domki były przytulne, piętrowe, zbudowane z kamienia i gliny, pokryte strzechą. Niektóre miały niewielkie ogródki z bluszczem, który usiłował pochłonąć dom; inne – drzwi frontowe w mocnych kolorach i wielodzielne okna, pochodzące z dawnej epoki. No i była też rezydencja Mazarine, tak przytłaczająco wspaniała, że aż tu nie pasowała, a jednak nadawała miastu charakter.

Dla mnie Hereswith było ukochanym domem, nawet jeśli z końcem lata traciło sporo swego czaru. Późnym popołudniem, gdy słońce zachodziło, napływały cienie gór Seren, a wiatr pachniał zimną trawą, tlącym się drewnem i wilgotnymi kamieniami. Pradawną magią.

Nigdy nie pomyślałam o tym, by stąd wyjechać.

A jednak im bardziej oddalałam się od rezydencji, tym bardziej rosły moje wątpliwości. Na pierwszy rzut oka Hereswith wydawało się idylliczne i urokliwe. Teraz jednak zaczęłam się zastanawiać, czy pod tą fasadą nie kryje się coś innego.

Tego dnia Mazarine dała mi ważną lekcję. Lekcję, po której obiecałam sobie nigdy więcej nie ufać pozorom.ROZDZIAŁ 2

Czym jest Mazarine? – zapytałam Imonie, jak tylko weszłam do domu.

Była dokładnie tam, gdzie spodziewałam się ją zastać – w kuchni, szykowała kolację. Przed nowiem mój ojciec i ja zawsze jedliśmy coś dobrego, zanim wyszliśmy na ulice, które stawały się śmiertelnie niebezpieczne. Gdyby nie Imonie, oboje bylibyśmy wychudzonymi magami w starych ubraniach, a nasze rany goiłyby się o wiele za długo.

Stała przy blacie, obierała górę ziemniaków.

Czułam, że jest dla mnie jak babcia, nawet jeśli była na to za młoda – nigdy nie zdradziła mi swego wieku, ale zgadywałam, że mogła być po pięćdziesiątce. Wysoka i szczupła, w kukurydzianych włosach miała srebrne pasma i choć rzadko się uśmiechała, w kącikach oczu pojawiło się kilka zmarszczek.

– Co masz na myśli? – zapytała Imonie, zajęta ziemniakami. – Mazarine to zrzędliwa stara kobieta.

– Nieprawda.

Coś musiało pojawić się w moim głosie, bo Imonie przerwała obieranie i spojrzała mi w oczy.

– Czy ona ci groziła, Clem?

– Nie – odparłam, chociaż tak, w pewnej chwili się wystraszyłam. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Powtarzam ci od lat, żebyś trzymała się od niej z daleka.

– Jest samotna i dobrze mi płaci. I opowiada historie z gór. – Przyglądałam się uważnie Imonie i spostrzegłam, że ściąga brwi. Marzyła o powrocie w góry Seren, do domu swoich przodków.

– Mogłabym opowiedzieć ci te same historie – powiedziała Imonie i wzięła się ostro za ziemniaki.

– To dlaczego tego nie robisz?

– Bo napełniają mnie smutkiem, Clem.

Poczułam ukłucie żalu, nie odpowiedziałam. I w tej ciszy myślałam o historii z gór, którą często wymuszałam na niej, gdy byłam mała.

Choć trudno w to uwierzyć, bo nie znałam innego świata, królestwo Azenor nie zawsze było nękane koszmarami, które się urzeczywistniały. Imonie opowiedziała mi legendę o tym, jak się to wszystko zaczęło.

Dawno, dawno temu istniało w górach bogate Księstwo Seren i na szczytach, w miejscu, gdzie stykały się z nimi chmury, narodziła się magia. Kiedy najbliżsi przyjaciele zamordowali panującego tam księcia, górska prowincja się rozpadła. Konający książę, który był biegły w magii, tuż przed śmiercią rzucił klątwę: należący do spisku dworzanie mieli nigdy nie umrzeć i nigdy już nie śnić. Mieli żyć bez końca i patrzeć, jak ich bliscy starzeją się i odchodzą, a ich serca, pozbawione marzeń i snów, miały stać się puste i kruche.

Nie pojmujemy potęgi marzeń – tych na jawie i tych w świecie snu – dopóki nie zostaną nam odebrane.

Książę zmarł w czasie nowiu i wtedy w dwóch pozostałych księstwach Azenoru – dolinach, lasach i łąkach Bardyllis i Wyntrough – góry zaczęły przemieniać koszmary w rzeczywistość. Nikt nie mógł przed tym uciec, więc magowie powstali, by stawić czoła zagrożeniu, i doskonalili gałąź magii zwaną _avertana,_ stając się strażnikami z rozmysłem przydzielanych im terytoriów. Jednym z takich strażników był mój ojciec.

Imonie westchnęła, jak gdyby dokładnie wiedziała, o jakiej historii teraz myślę – idealnie pasującej do nowiu. Odłożyła nóż i ziemniaka, oparła się o blat i spojrzała na mnie stanowczo.

– Czuję jej zapach z drogi, kiedy mijam tę brzydką posiadłość – powiedziała. – Mech, kamień i noce zimą.

Czekałam, co powie dalej, chciałam usłyszeć prawdę. Dowiedzieć się, kogo rysowałam od miesięcy.

Wtedy Imonie prychnęła i spytała:

– Jak myślisz, Clem, kim jest Mazarine?

– Myślę, że jest górskim trollem.

– I zapewne masz rację, choć nigdy nie zbliżyłam się do niej na tyle, by to sprawdzić.

– Została przeklęta?

– Przeklęta? Myślę, że postać, jaką przyjmuje, jest jej własnym wytworem, tym, jak pragnie, żeby ją postrzegano. Bo chociaż Hereswith serdecznie przyjęło takie osoby jak ja, z górskiego księstwa… Czy myślisz, że śmiertelnicy tutaj byliby zachwyceni, słysząc, że wśród nich mieszka troll?

– Większość by się jej obawiała – przyznałam. – Choć wygląda na to, że ludzie i tak się jej boją.

– I być może ona lubi ten strach – zauważyła Imonie. – Bo pozwala trzymać na dystans ludzi z ich podejrzeniami. Dzięki temu może spokojnie tutaj mieszkać. – Spojrzała na mnie zmrużonymi oczami. – Jak to się stało, że w ogóle poznałaś jej prawdziwą naturę?

– Zobaczyłam odbicie w lustrze – odparłam i przypomniałam ją sobie, dwa kroki za mną, skradającą się z zakrwawionymi zębami i ciemnymi, dzikimi oczami. Czy zamierzała zrobić mi krzywdę? Chciałam wierzyć, że nie.

Zastanawiałam się, jakie zaklęcie mogłabym stworzyć, by się chronić, gdy jestem obok niej, jak wyostrzyć zmysły.

– W takim razie było to z jej strony głupie niedopatrzenie – stwierdziła Imonie.

– Myślę raczej, że to sobie zaplanowała. – Przesunęłam palcem nad ustami. – Chciała, żebym zobaczyła, kim jest naprawdę.

– Dlaczego?

Spostrzegłam, że nadal mam węgiel na opuszkach, i pewnie właśnie narysowałam sobie wąsy. Zabrałam rękę i chwyciłam za pasek torby.

– Może chce, żebym narysowała jej prawdziwe oblicze.

– A pewnie! – mruknęła Imonie, wracając do ziemniaków. – Trolle są niemożliwie próżne.

– Czy coś się pali? – Pociągnęłam nosem.

Imonie zamarła i skoczyła do piekarnika. Uchyliła drzwiczki, ze środka wyłoniła się smużka dymu.

– Przez ciebie prawie spaliłam tartaletki!

– Świetnie wyglądają – zapewniłam ją, gdy wzięła rękawicę i wyciągnęła blachę z piekarnika.

– Clementine? – zawołał z góry mój ojciec.

Obie z Imonie zastygłyśmy. Spojrzała na mnie i zobaczyłam, że jest zmartwiona.

– Ciągle źle się czuje? – szepnęłam.

– Gorączka jeszcze nie spadła – odparła Imonie. – Idź na górę i zobacz, czego potrzebuje. Zanieś mu, proszę, tę herbatę. Upewnij się, że wypije.

Wzięła czajnik z kuchenki i nalała do kubka ostro pachnącego naparu; zmarszczyłam nos. Zabrałam naczynie, dopiero na schodach poczułam, jakie jest gorące, odstawiłam torbę z przyborami i obejrzałam się na stół – Imonie postawiła tylko jeden talerz, przy moim miejscu. Nie nakryła przy miejscu ojca, a więc uznała, że jest zbyt chory, by zmierzyć się dziś z nowiem.

Nigdy nie byłam sama takiej nocy. Ojciec i ja zawsze wychodziliśmy razem, walcząc ramię w ramię.

Spanikowana wspięłam się po schodach i weszłam do jego sypialni.

Siedział na łóżku i czekał na mnie, oparty o wezgłowie. Chorował co roku o tej samej porze: gdy lato ustępowało miejsca jesieni, mój ojciec nieuchronnie padał ofiarą gorączki i kaszlu, obwiniając za to ostatnie kwitnienie jakiegoś mściwego, rosnącego w dolinie chwastu. I choć zawsze dochodził do siebie w ciągu paru dni, wciąż nie wiedziałam, co robić, kiedy był w takim stanie.

– Tato? – Podałam mu kubek z naparem, lecz skinął ręką, żebym postawiła go na szafce obok łóżka. – Potrzebujesz czegoś?

– Dziś rano dostałem wiadomość o koszmarze – odparł.

– Czyim?

– Najmłodszej córki Spruce’a Fieldinga.

– Elle?

– Tej samej. Wczoraj w nocy miała koszmar. Spruce mówi, że sen przeraził ją tak bardzo, że nie powiedziała dziś ani słowa.

Zacisnęłam powieki, zabolało mnie serce. Koszmary dzieci zawsze były najgorsze. To one nie dawały mi zasnąć, kiedy je przeczytałam. To z nimi bałam się zmierzyć na ulicach w nowiu.

– I chcesz, żebym poszła i go spisała – domyśliłam się, a po ciele przebiegły ciarki.

Nigdy nie przywoływałam koszmarów, nie zapisywałam ich w księdze mojego ojca. Bardzo często mu towarzyszyłam, przyglądałam się, co robił, i czytałam później jego zapisy, żeby się przygotować do nowiu. Ale nigdy sama nie notowałam treści koszmarów.

– Tak, Clem – odparł tata i nie potrafiłam wyczuć, czy była w tym duma, czy nerwowość. – Nie używaj zaklęcia przywołania, chyba że nie będziesz mieć innego wyjścia. A wtedy wykorzystaj moje zaklęcie, słowo w słowo.

Skinęłam głową i czując na sobie jego wzrok, krążyłam po zagraconym pokoju, zbierałam potrzebne rzeczy.

– Tak zrobię, tato.

Otworzyłam kredens, w którym czekał zbiór małych niebieskich fiolek. Remedium. Wybrałam dwie, z korkiem wielkości mojego małego palca. Zalśniły w świetle, ciemny płyn się poruszył. Po namyśle wzięłam jeszcze trzy i włożyłam je do głębokiej kieszeni przybrudzonej węglem spódnicy.

– Przywołanie – ciągnął mój ojciec, a ja nastawiłam się na nieunikniony wykład – zwłaszcza przeprowadzone z… och, jak by to ująć… niepewnymi_ _intencjami, może otworzyć drzwi, które potem trudno będzie zamknąć.

Zatrzasnęłam drzwiczki kredensu mocniej, niż to było konieczne, jak gdybym chciała coś zaakcentować. Słyszałam, jak fiolki zagrzechotały urażone, i spojrzałam na tatę; przełknęłam niecierpliwą odpowiedź. Czasem zachowywał się tak, jak gdybym nie miała pojęcia, jak rzucić zaklęcie albo przywołać koszmar. A tę akurat lekcję słyszałam od niego setki razy, i to jeszcze zanim magia zaiskrzyła na moich palcach.

– Od miesięcy nie zrobiłam nic ryzykownego, tato.

To znaczy spontanicznego, gdy magia przychodziła do mnie znienacka. To właśnie tej magii się obawiał. To dlatego pilnie studiował koszmary i szykował potencjalne zaklęcia. Jego pamięć była bezdenna i przepastna, i chociaż go za to podziwiałam… moja najsilniejsza magia wykuwała się z intuicji.

Czułam, że mi się przygląda, intensywnie się zastanawia. Wydawał się surowy i imponujący także teraz, kiedy spocony od gorączki leżał pod kołdrą. Z wyglądu bardziej byłam podobna do niego niż do mamy. Oboje byliśmy wysocy i szczupli, mieliśmy kwadratowe szczęki, duże brązowe oczy i kręcone kasztanowe włosy, które lśniły jak miedź, gdy padało na nie światło. Nawet ktoś, kto nas nie znał, zobaczyłby pokrewieństwo już z daleka, jednak na tym wspólne cechy się kończyły. Nasze dusze były jak dwa różne punkty na kompasie; intencje stojące za naszą magią płynęły w przeciwnych kierunkach. On był ostrożnym i powściągliwym tradycjonalistą. Ja… nie.

Wiedziałam, co sobie myślał. Jedyna córka, młoda i lekkomyślna, wybierała bardziej dzikie, naturalne zgłębianie magii. Moje pomysły i zaklęcia czasem go przerażały, choć nigdy by tego nie powiedział. Beze mnie tata nigdy nie podjąłby ryzyka.

– Spakuj wszystko, czego potrzebujesz do przywołania – polecił.

Poczułam ulgę, że uwierzył w moje możliwości, i podeszłam do jego biurka. Na drewnianym blacie leżała szczegółowa mapa Hereswith, cztery rogi przytrzymywały rzeczne kamienie; znałam ją na pamięć, ze wszystkimi krętymi, wijącymi się uliczkami. Nad biurkiem wisiały półki zapełnione księgami zaklęć w skórzanych okładkach, stosami papieru, słoikami z pokruszonymi kwiatami, kryształkami soli i łabędzimi piórami, ozdobnymi kałamarzami, żeliwnymi łyżkami z klejnotami w uchwytach, srebrnymi miskami włożonymi jedna w drugą. Stała tam również paprotka w doniczce, a przywiędłe liście zwisały smętnie jak nieodwzajemniona miłość.

Wzięłam to, czego potrzebowałam: miskę lśniącą jak księżyc w pełni, różową sól, suszone gardenie, łyżkę ze szmaragdowym odpryskiem, dzbanek z wodą, łabędzie pióro i srebrny kałamarz w kształcie ośmiornicy, której macki trzymały pojemnik z atramentem z orzecha włoskiego. Wyszeptałam nad nimi zaklęcie zmniejszające – czar, którego nauczyła mnie moja matka – a gdy przedmioty mieściły się już na dłoni, wsunęłam je do kieszeni. Dołączyły do fiolek i zadźwięczały przy spotkaniu jak lekkie, efemeryczne nuty.

Ojciec mruknął niezadowolony. Jak zawsze nie przepadał za magią _metamara_, która przekształcała przedmioty, oddziaływała na nie.

– Dlaczego nie włożysz ich do torby? – Wskazał swoją zużytą skórzaną torbę, leżącą przy biurku obok fotela jak smutny pies, zbyt długo już czekający na spacer.

– Wystarczą mi kieszenie. – W mojej własnej torbie nosiłam wyłącznie przybory do rysowania i nie chciałam, żeby łączyły się one z tymi magicznymi. – No dobrze, to gdzie masz księgę?

– Clementine, nie będzie żadnego rzucania zaklęć i zmniejszania księgi, żeby zmieściła ci się w kieszeni.

– W porządku. Przeniosę ją w ramionach, jak dobra _avertana_.

Nie był tym zachwycony, ale ustąpił: popołudnie nagliło, światło słońca przesuwało się po podłodze i miałam coraz mniej czasu, by przynieść koszmar. Wypowiedział zaklęcie swoim głosem gawędziarza, gładkim i wypolerowanym jak dębowe drewno, i księga koszmarów się ujawniła. Leżała na mapie Hereswith, na środku biurka, zaklęta i niewidzialna.

_Sprytne_, pomyślałam. Przez te wszystkie lata wierzyłam, że mój ojciec po prostu chował cenną księgę w jakiejś tajnej kryjówce.

Podniosłam ją z szacunkiem i zaskoczyło mnie to, jaka jest ciężka. Zanim tata przybył do Hereswith, siedmiu magów prowadziło szczegółowe zapisy snów, a ja zawsze miałam nadzieję, że zostanę dziewiątym, gdy mój ojciec przejdzie na emeryturę. A teraz poczułam ciężar tych zapisanych atramentem snów ludzi, dawno temu zmarłych i pochowanych. Zupełnie jak gdybym trzymała w ramionach kamień młyński.

Spojrzałam na tatę, a on zobaczył moje zdumienie. Aż do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jakie brzemię dźwigał, będąc magiem tego miasta. I nagle… nagle nie wiedziałam, czy jestem dość silna, by je unieść.

– Podejdź tu, córko – szepnął.

Przeszłam przez pokój z grubą księgą w ramionach i usiadłam na brzegu łóżka. Poczułam płynące od mojego ojca ciepło gorączki i westchnęłam w duchu.

– Nauczyłem cię wszystkiego, co sam umiem – zaczął. – Poradzisz sobie z zapisaniem tego snu, o ile będziesz przestrzegać zasad i ustalonych zaklęć. – Przyjrzał mi się zmrużonymi oczami. – Posłuchaj, nie ma nic złego w tym, że człowiek się czasem boi. Strach przypomina ci o ograniczeniach, o barierach, których nie powinnaś przekraczać. O drzwiach, których nie powinnaś otwierać.

– Hmm.

– I co znaczyło to mruknięcie?

Uśmiechnęłam się. Dołeczki odziedziczyłam po mamie i wiedziałam, że ojciec mięknie na ich widok.

– To znaczy, że cię słyszę, tato.

– Słyszysz, ale nie słuchasz? – zripostował, jednak tylko się drażnił. – W każdym razie czas, żebyś przeprowadziła własną wizytę. Idź do Fieldingów, a potem wróć prosto do domu. Jeśli nie zjawisz się przed zmrokiem, pójdę cię szukać. A oboje tego nie chcemy.

– Wrócę wcześniej. – Wstałam z łóżka. – A gdybyś przed zmrokiem nie czuł się dobrze, mogę…

– Gdy zapadnie noc, będę się czuł znakomicie – burknął tata. – Powiedz Imonie, żeby naszykowała mi talerz. Zjemy przed wyjściem, jak zawsze.

Nie było sensu z nim dyskutować i mówić mu, że może być bardziej uciążliwy niż pomocny, że przez gorączkę i on, i zaklęcia będą kruche i słabe.

– Wypij herbatę – poleciłam i wymknęłam się z sypialni.

Zbiegłam po krętych schodach, strasząc po drodze Dwindle, moją starą szylkretową kotkę.

– Dobrze słyszałam, że twój ojciec kazał postawić dla niego talerz? – Imonie, odwrócona do mnie plecami, smażyła mięso.

Zawsze zapominałam, że miała taki dobry słuch. Wydawała się słyszeć przez ściany.

– Tak, i nie sądzę, żeby posłuchał głosu rozsądku. – Stanęłam przy blacie, gdzie stygła blacha z prawie przypalonymi wiśniowymi tartaletkami. – Przy okazji, powinnaś przestać podsłuchiwać. Pewnego dnia możesz usłyszeć coś, czego wolałabyś nie wiedzieć.

– Zobaczymy. – Imonie zbyła prychnięciem obie kwestie: swój wyostrzony słuch i upór mojego ojca. Spojrzała na mnie i na jej zwykle poważnej twarzy zagościł uśmiech. – To co, pomożesz mi smażyć tę dziczyznę czy raczej zajmiesz się koszmarem?

– Och, już wychodzę. – Odepchnęłam się od blatu, łapiąc dwie tartaletki.

– Clementine! – zawołała Imonie, a ja wyszczerzyłam się do niej w uśmiechu, wepchnęłam jedno ciastko do ust i wybiegłam przez drzwi frontowe.

Zatrzymałam się przy furtce, obok smutniejącego po lecie jaśminu, ale tylko na chwilę, żeby wsunąć drugie ciastko do kieszeni i spojrzeć w górę, gdzie chmury rozciągały się na niebie jak żebra, osłaniając płonące serce słońca.

Co za dziwny dzień.

Popatrzyłam na księgę koszmarów, którą hołubiłam w ramionach. Opasły tom, który mógłby stawić opór żelaznym drzwiom. Gdy ją czytałam, niektóre opisy bawiły mnie swoją absurdalnością, a inne usypiały i budziłam się kilka godzin później z policzkiem przyciśniętym do stron w kolorze karmelu. Były jednak takie koszmary, które wywołały dreszcze, sny przysyłane przez góry. Przenikały mnie strachem do szpiku kości i potem nie spałam cały tydzień, chociaż żaden z tych koszmarów nie był mój.

Nie. Studiowałam koszmary i konfrontowałam się z nimi na ulicach Hereswith przy każdym nowiu, kiedy magia płynęła swobodnie z górskiej fortecy, a klątwa sprawiała, że sny stawały się rzeczywistością. Ale nie wiedziałam, jak to jest, gdy śni ci się koszmar. Jakie to uczucie: obudzić się z przerażenia, bo coś wydawało się dręcząco prawdziwe.

Byłam magiczką i mogłam wybrać noce bez snów.ROZDZIAŁ 3

Szłam przez miasto, trzymając księgę koszmarów na biodrze jak małe dziecko, uśmiechałam się i machałam do ludzi, których mijałam. Znałam ich, tak ze snów, jak i z imienia. Gdy dotarłam jednak do rynku, serca Hereswith, gdzie kwitły zarówno aktywność, jak i plotki, przyspieszyłam kroku. Nie miałam czasu, żeby dać się wciągnąć w rozmowę, przeszłam więc wschodnią drogą do dolnej części miasta, gdzie domy stały dalej od siebie, zatopione w zielonych farmach, ogrodzonych niskimi kamiennymi murkami.

Zapach owiec poczułam, jeszcze zanim dotarłam do bramy Fieldingów. Czarno-biały collie zaszczekał, gdy zbliżyłam się do uchylonych drzwi, a ja zawahałam się na ganku, bo w środku chaty trwała cicha kłótnia…

– Nie stać nas na to, Jane. Nasze córki bardziej potrzebują chleba niźli spania bez snów.

– Spójrz na nią, Spruce! Nie zamierzasz nic zrobić? Cały dzień nic nie mówi!

– Dziewczynki same są sobie winne. Powtarzałem to wiele razy i te karty trzeba…

– Należały do mojego dziadka!

Spruce westchnął.

– Wezwałem magika. Jeśli nie chcesz spalić tych kart… Co jeszcze miałbym zrobić, kobieto?

Nie podobał mi się ton Spruce’a Fieldinga. Zapukałam do drzwi i uchyliłam je, ujrzałam wnętrze domu. Jane Fielding, kobieta z prostymi jasnymi włosami i lekką siwizną, siedziała na podniszczonej kanapie, tuląc na kolanach zawiniątko koców, w których pewnie kryła się najmłodsza córka. Spruce, rumiany mężczyzna z gęstą brązową brodą, tak wysoki, że musiał się schylać, żeby nie uderzyć głową w drewniane belki, chodził w kółko, aż mnie zauważył.

– Panno Clem! – powiedział zaskoczony i podszedł mnie powitać. – Dziękujemy, że pani przyszła. Spodziewaliśmy się…

– Tak, wiem, mojego ojca – dokończyłam. – Ale on leży w łóżku i zmaga się z gorączką. Przyjechałam w jego imieniu.

– Przykro mi to słyszeć. – Spruce zdjął czapkę i obracał ją w dłoniach.

– Przykro panu z powodu mojego przybycia czy choroby mojego ojca? – zażartowałam, próbując rozładować atmosferę. Chciałam rozproszyć strach Fieldingów na wieść o tym, że to ja, a nie mój szanowany ojciec, przybyłam zająć się koszmarem.

Spruce oniemiał; zdarzało się już, że mężczyźni z Hereswith nie wiedzieli, jak przyjąć moje dowcipy. Weszłam do izby, oczy przyzwyczajały się do słabego światła.

Wszystkie pięć córek Fieldingów było w domu, dwie na stryszku, skąd patrzyły na mnie jak ptaki z grzędy, trzy na dole. Najstarsza kroiła marchewkę w kuchni, druga zszywała patchwork z łatek materiału, a najmłodsza, ta, której przyśnił się koszmar, siedziała w ramionach matki. Wszystkie imiona dziewcząt, ku mojej rozpaczy, zaczynały się na literę „E” – Enya, Esther, Elizabeth, Edith – i nigdy nie wiedziałam, która jest która. Rozpoznawałam tylko małą Elle, bo jej imię było palindromem, a ja zawsze pragnęłam, żeby i moje nim było.

Dziewczynka, o wiele za drobna i za mała na siedmiolatkę, łypnęła na mnie spod koca.

– Cześć, Elle – przywitałam się. – Mogę siąść koło ciebie?

Kiwnęła szybko głową, a ja zajęłam miejsce obok niej i jej matki na wybrzuszonej kanapie, księgę koszmarów położyłam sobie na kolanach. Nie znosiłam tej publiczności, tego, jak oboje rodzice patrzyli na mnie szeroko otwartymi oczami, z powątpiewaniem, a siostry zamarły jak posągi, chłonąc każdy mój ruch. Nawet collie, który wśliznął się do domu, siedział w plamie słońca i przyglądał mi się swoimi różnobarw­nymi oczami, jednym niebieskim, a drugim brązowym.

Nienawidziłam uciekać się do sztuczek, tego rodzaju magii, którą moja matka się upajała. Sztuka zapierającego dech w piersiach występu, który zachwycał, oszałamiał albo przerażał.

Ale jeśli kiedykolwiek była dobra pora na taką magię, to właśnie teraz. W chacie narastały lęk i napięcie, magiczne sztuczki same pchały się w ręce. Pomyślałam z wdzięcznością o moim wczesnym dzieciństwie, o najstarszych wspomnieniach. O chwilach, których nie chciałam zbyt często przywoływać, bo bałam się, że mnie złamią. O dawnych czasach, gdy rodzice byli razem w mieście. O tamtych wieczorach, kiedy siedziałam w teatrze na kolanach taty i patrzyłam, jak mama na scenie czyni magię.

– Mam coś dla ciebie, Elle.

Dziewczynka tylko patrzyła na mnie wielkimi, przerażonymi oczami.

Podniosłam dłonie i pokazałam, że są puste, a potem je złożyłam. Po cichu przywołałam z kieszeni wiśniową tartaletkę, podniosłam jedną dłoń i pokazałam ciastko.

Jane Fielding westchnęła z zachwytu – magia sceniczna potrafiła robić wrażenie – niewielki cud urzekł najmłodszą córkę. Koc opadł odrobinę, potem jeszcze trochę bardziej, aż odsłonił ramiona Elle. Uśmiechnęła się i przyjęła ciastko, a ja nagle pożałowałam, że nie przyniosłam więcej, by nakarmić cztery tęskne spojrzenia starszych dziewcząt.

Elle pałaszowała tartaletkę w niezręcznej ciszy, a ja uznałam, że to dobry moment, by przygotować się do zaklęcia.

– Panie Fielding? Mógłby pan postawić tutaj kuchenne krzesło? Posłuży mi za stolik.

Pobiegł posłusznie i przegonił szyjącą przy kominku Elizabeth. Dziewczyna porzuciła pracę i stanęła obok mnie. Wtedy dostrzegłam kartę; leżała na podłodze, prawie zupełnie ukryta pod kwadratową łatką materiału. Karta była zniszczona, a jednak ilustracja odbijała światło. Przyjrzałam się jej ukradkiem, powodowana malarskim zainteresowaniem.

Przedstawiała szczupłego mężczyznę z burzą długich białych włosów, ubranego w kolorowe, ozdobne szaty. Na głowie miał cylinder i twarz kryła się w cieniu, widać było jedynie krzywy uśmiech i oczy, błyszczące jak dwa szmaragdy. Czyjaś ręka wypisała tytuł u jego stóp. _Starszy nad monetą_.

Chciałam sięgnąć po kartę. Chciałam wziąć ją do ręki, przyjrzeć się ilustracji i dowiedzieć się czegoś od człowieka, który namalował ją dawno temu. Opowieść uchwycona w czasie i uwieczniona na papierze.

Wtedy jednak przypomniałam sobie, kim jestem – przyszłam tutaj jako magiczka, nie malarka. Zrozumiałam za to podsłuchaną wcześniej rozmowę: córki Fieldingów musiały grać w „Siedem upiorów” i mała Elle przegrała, została z jedną z siedmiu ilustrowanych kart w ręku.

Nigdy nie grałam w tę grę – Imonie i mój ojciec nie znosili jej i zabraniali – wiedziałam jednak, że w jej zasadach tkwi wielka magia. Jeśli przegrałeś i został ci w ręku jeden z siedmiu upiorów, najbliższej nocy przyśni ci się koszmar.

Oderwałam wzrok od karty i przygotowałam się do przywołania. Wyjęłam drobiazgi z kieszeni i wygłosiłam zaklęcie odwracające. Wszystko odzyskało swój zwykły rozmiar: srebrna miska, do której nalałam wody z dzbanka, fiolka z solą i druga z gardenią, kałamarz w kształcie ośmior­nicy, pióro i żelazna łyżka z odłamkiem szmaragdu.

– Panno Clem, czy musiała pani chodzić do szkoły, żeby nauczyć się tych zaklęć? – spytała Elizabeth.

– Nie. Większości tego, co umiem, uczył mnie mój ojciec – odparłam. – Moja matka też przekazała mi kilka zaklęć.

Elle zjadła już całą tartaletkę, a ja spokojnie otworzyłam księgę koszmarów, przewracając delikatne strony, aż doszłam do ostatniego snu, który mój tata spisał cztery dni temu. Jeden z koszmarów Lucy Norrin, które wśród innych wizji uważałam za absurdalne.

– Chcesz mi opowiedzieć swój sen, Elle? – zapytałam.

Potrząsnęła głową, loki podskoczyły.

– Nie powiedziała dziś jeszcze ani słowa. – Spruce stanął nad nami. – Próbowałem ją przekonać, żeby opisała ten sen, ale to przez tę grę, przez tę przeklętą grę! – Wskazał palcem w górę, na dwie córki na stryszku. – Żeby wciągać w to młodszą siostrę! Myślałem, że macie więcej rozumu!

– Panie Fielding – odezwałam się chłodno. – Kiedy rzucam zaklęcie, bardzo ważne jest, aby osoba, której przyśnił się koszmar, była spokojna. Jeśli nie jest pan w stanie zachować ciszy, będę musiała poprosić, by pan wyszedł.

Wzdrygnął się, słysząc ode mnie takie słowa, ale nic nie powiedział, uspokoił się.

Uśmiechnęłam się do Elle.

– W takim razie muszę rzucić zaklęcie, żeby zobaczyć twój sen. Czy to w porządku, Elle?

Przestraszona dziewczynka przytuliła się do matki.

– Nie będziesz musiała znowu tego oglądać. Zobaczę go tylko ja. Zgoda?

Dziecko schowało twarz w piersi matki, Jane westchnęła.

– Proszę to zrobić, panno Clem. Zbliża się wieczór i wiem, że nie możemy tu pani dłużej trzymać.

Lecz ja czekałam i Elle znów na mnie spojrzała, teraz bardziej zaciekawiona niż wystraszona.

Wysypałam na jedną dłoń kilka kryształków soli, a na drugą parę suszonych płatków gardenii i wyciągnęłam obie ręce do dziewczynki.

– Który aromat bardziej ci się podoba? – zapytałam, zaklęciem zmuszając zapachy, żeby się ujawniły.

Elle przyjrzała się obu i wskazała czysty, sztormowy zapach soli.

_Pokrewna dusza_, pomyślałam, wrzucając kryształki do miski z wodą i wsypując płatki do fiolki. Wzięłam łyżkę, zaczęłam wypowiadać zaklęcie mojego ojca i mieszałam, aż sól się rozpuściła, a szmaragd w rączce łyżki rzucił zieloną poświatę na powierzchnię wody.

Koszmar nadal unosił się w domu Fieldingów.

Gdy znalazłam drzwi do snu w cieniach pośrodku izby, wydawało się, że zatrzymałam czas i cała rodzina zamarła. Wiedziałam, że oni doświadczają czegoś zupełnie przeciwnego: czekali, wstrzymując oddech, i widzieli mnie, zahipnotyzowaną, ze szklanymi oczami, gdy wewnętrznie szukałam progu snu.

Skupiona na drzwiach wstałam i je otworzyłam.

Weszłam w sen dziewczynki.

_Elle jest na targu w Hereswith, z ojcem i dwiema siostrami. Wszystko wydaje się takie jak zawsze, ale światło jest szare, a niepokój, niczym dudnienie odległego bębna, wprawia w drżenie krawędzie snu. Góry widnieją w oddali jak czarne cienie, a na ich zboczach płoną ognie, oznaczając fortecę w chmurach. Nagle, ni z tego, ni z owego, zapada noc i tłum na rynku znika w mgnieniu oka. Elle jest sama, rozgląda się za ojcem i siostrami. Wieje zimny górski wiatr, grzechocze szyldami sklepów i podrywa pogniecione papiery na ulicy, a Elle biega od drzwi do drzwi, puka i błaga, by ją wpuścić. Wszystkie drzwi są zamknięte, okna ciemne, zasłonięte okiennicami. I wtedy pojawia się inny dźwięk i przeszywa serce Elle strachem._

_Ciężkie kroki. Uderzają o bruk powoli i miarowo, brzęczą, tworzą niesamowitą muzykę._

_Myśli Elle szaleją._

Ukryj się, ukryj. Ktokolwiek to jest, nie pozwól, żeby cię znalazł. Ukryj się…

_Biegnie ulicami, ale nie ma tu gdzie się schować, a ciężkie kroki wciąż za nią podążają. Stają się coraz głośniejsze, coraz bliższe, Elle pochlipuje i wpada na rynek. Czołga się do wozu i kuli pod nim, płacze, i choć tak bardzo próbuje zawołać ojca, z jej ust nie wydobywa się żaden głos._

_W końcu dostrzega tego, kto ją ściga. Człowieka, którego kroki tworzą dziwną muzykę._

_Rycerz idzie prosto do niej, jak gdyby dokładnie wiedział, gdzie jej szukać. Gdy zbliża się do wozu tymi ciężkimi, miarowymi krokami, Elle widzi go od kolan w dół. Zakute w zbroję nogi i stopy lśnią srebrem w ciemności. Stal pokryta jest krwią, zardzewiała._

_Mężczyzna wyciąga miecz i przesuwa jego czubkiem po brukowanej nawierzchni, jak gdyby chciał usłyszeć hartowaną stal zgrzytającą o kamień i sypiącą iskry._

_Podchodzi do wozu i przystaje; Elle drży, wpatruje się w jego stalowe buty i ostrze miecza. A potem słyszy zgrzytanie zbroi, bo rycerz schyla się, kuca, wyciąga rękę…_

Wzdrygnęłam się.

Sen się skończył, wrzucił mnie do rzeczywistości. Wzięłam głęboki wdech.

Siedziałam w domu Fieldingów, popołudnie było ciepłe, światło złociste, rodzina patrzyła na mnie, a ja czułam chłód koszmaru dziewczynki, słyszałam echo tych dziwnych, opancerzonych stóp. Zgrzyt miecza przesuwanego po kamieniach.

_Kim był ten człowiek?_, zastanawiałam się, patrząc na Elle.

Ale nie mogłam spytać o to dziewczynki. Nie teraz, kiedy sen unosił się w powietrzu jak dym i dusił strachem nas obie.

Wzięłam pióro i kałamarz i szybko zanotowałam koszmar w księdze. Dłoń mi drżała, pismo wyszło krzywe, pełne kleksów; tata na pewno to zauważy i spyta, dlaczego ten koszmar aż tak mnie wzburzył.

– No i? – ponaglił mnie Spruce Fielding, gdy skończyłam pisać i zamknęłam gruby tom.

Podniosłam wzrok.

– No i co?

– O czym był ten sen? Dlaczego ona się nie odzywa? Naprawdę był aż taki przerażający?

Nie odpowiedziałam. Zebrałam swoje rzeczy i schowałam je do kieszeni, natrafiłam palcami na lekarstwa. Wstałam z kanapy i wyjęłam pięć szklanych fiolek.

Wypity płyn powstrzymywał sny całą dobę, zarówno te miłe, jak i te przerażające. Jeśli zażyłeś remedium przed pójściem do łóżka, po prostu spokojnie spałeś. Wewnętrzna mgła, pozbawiona jakichkolwiek wizji. Tak wyglądała każda moja noc.

Pierwszą fiolkę podałam Elle, następnie podeszłam do Elizabeth i dałam jej lekarstwo, potem najstarszej siostrze w kuchni, a wreszcie kazałam dwóm ostatnim fiolkom unieść się w górę, do pozostałych dziewczynek, które wciąż mi się przyglądały. Gdy buteleczki zawisły tuż przed nimi, siostry wyciągnęły ręce zauroczone.

– Nie prosiłem o żadne medykamenty – odezwał się Spruce, znowu znęcając się nad czapką. – Nie mogę za nie zapłacić. Dlaczego…

– Wiem, że pan nie prosił – przerwałam mu ze zmęczeniem. Uśmiechnęłam się po raz ostatni do Elle i jej mamy, a potem odwróciłam się, żeby odejść. – Córki dostały je za darmo, ale chciałabym z panem porozmawiać.

Spruce wyszedł za mną na podwórze. Słońce zeszło już za góry, cienie wydłużyły się, coraz zimniejsze. Nadchodził zmierzch i musiałam jak najszybciej wrócić do domu.

– Wiem, co pani powie, panno Clem – odezwał się.

Uniosłam brew.

– Ach tak? I co to takiego, panie Fielding?

Przeczesał dłońmi rzadkie włosy.

– Moje córki nie powinny grać w „Siedem upiorów”. Wiem, że pani ojciec nie pochwala tej gry, i wiem, że utrudnia mu ona pracę, bo kiedy rozdaje się karty, koszmary plenią się jak chwasty. Ale nie mogę powstrzymać moich córek. Mają w sobie Seren, bo i moi przodkowie, i przodkowie Jane wywodzą się z gór. Dlatego moje córki będą dalej grały w tę grę mimo groźby koszmarów, tak jak robiliśmy to kiedyś Jane i ja. Bo tęsknimy za domem, nawet jeśli został przeklęty i leży w ruinach. Nawet jeśli nie widzieliśmy go na własne oczy. Nawet jeśli oglądamy go tylko w snach.

Słuchałam w milczeniu każdego słowa. Wiedziałam, że Fieldingowie pochodzili z gór, tak jak Imonie. Wiedziałam, że nie mogą wrócić do domu swoich przodków, dopóki nie skończy się klątwa nowiu. Nie sądziłam jednak, by taką klątwę dało się złamać grą w zaklęte karty, które, jak na ironię, są inspirowane tą właśnie klątwą, a konkretnie siedmioma członkami górskiego dworu, z których każdy przyłożył rękę do zabójstwa księcia Seren.

– Nie mnie oceniać, czy pana córki powinny grać, czy nie – powiedziałam. – Chciałam tylko przypomnieć, że dzisiaj nów. Niech pan zamknie okiennice, zarygluje drzwi i dopilnuje, żeby pańska rodzina i zwierzęta były bezpieczne, panie Fielding.

– Robię to samo każdego nowiu, panno Clem – odezwał się, jak gdyby obruszony. Szybko jednak zrozumiał, co chciałam przez to powiedzieć, bo zirytowane spojrzenie i głos złagodniały. – Nie myśli pani chyba, że tej nocy pojawi się koszmar mojej małej Elle?

Nie wiedziałam. Ale wizja, że miałabym stanąć twarzą w twarz z rycerzem w zbroi, który cuchnął przemocą i zagrażał małej dziewczynce, budziła dreszcze. Musiałam przyznać, że koszmar Elle był niepokojąco rzeczywisty i oszukał mnie na kilka przerażających chwil. Stałam się nią i wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę, że mogę wyciągnąć rękę i dotknąć zimnej, zakrwawionej zbroi rycerza. Może chodziło o to, że nie miałam doświadczenia w przywoływaniu snu, a może o to, że koszmar wywołały złowrogie karty, w każdym razie wydawał się bardziej przerażający niż inne, z którymi miałam do czynienia.

Popatrzyłam na góry. Jeśli nów zechce ożywić koszmar Elle, gdy zapalą się gwiazdy… Rycerz przestanie być tylko senną zmorą. Stanie się człowiekiem z krwi i kości, zamkniętym w stali, a jego miecz zdoła zadać cios.

Kim był i czego chciał od tego dziecka? Czy ktoś go przywołał?

Pożegnałam się ze Spruce’em Fieldingiem i wpatrzona w zachód słońca, ruszyłam w drogę do domu. Obawiałam się, że nie znajdę potrzebnych odpowiedzi aż do chwili, w której zmierzę się z tym zakutym w zbroję wojownikiem na ulicach mojego miasta.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij