-
nowość
Klątwa Yiga - ebook
Klątwa Yiga - ebook
Oklahoma, rok 1889. Walker Davis wraz z żoną Audrey wyruszają na dziewicze ziemie Terytorium, by rozpocząć nowe życie. Osadnicy nie znają jednak dawnych praw tej ziemi – praw Yiga, wężowego boga czczonego przez Indian, ojca wszystkich węży, który bezlitośnie mści się na każdym, kto skrzywdzi jego pełzające dzieci. Gdy jesienią rozlega się złowrogi łoskot indiańskich bębnów, a wokół samotnej chaty zaczynają gromadzić się grzechotniki, paniczny lęk Walkera przed wężami przeradza się w koszmar, z którego nie ma przebudzenia. Opowieść o pierwotnej grozie prerii, gdzie zabobon okazuje się straszliwie realny – a kara boga-węża dosięga winnych w sposób, którego ludzki umysł nie jest w stanie pojąć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914597 |
| Rozmiar pliku: | 592 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zajrzałem do owego zakładu, ponieważ kilku najstarszych osadników napomknęło mi, że znajdę tam coś ważnego. Ani Indianie, ani biali nie chcieli rozmawiać o legendach wężowego boga, których śladem podążałem. Przybysze z czasów naftowej gorączki, rzecz jasna, nie mieli o takich sprawach pojęcia, czerwonoskórzy zaś i starzy pionierzy okazywali wyraźny strach, ilekroć o nie pytałem. Ledwie sześć czy siedem osób wspomniało o zakładzie, a i te mówiły ostrożnym szeptem. Szeptano jednak, że doktor McNeill może mi pokazać pewną straszliwą pamiątkę i powiedzieć wszystko, co chciałbym wiedzieć. Że potrafi wyjaśnić, czemu Yig, na wpół ludzki ojciec węży, jest w środkowej Oklahomie istotą budzącą odrazę i strach – i dlaczego starzy osadnicy drżą na wspomnienie tajemnych indiańskich orgii, które czynią jesienne dni i noce upiornymi nieustannym biciem tam-tamów w odludnych miejscach.
Ruszyłem do Guthrie niczym ogar, który zwietrzył trop, bo od wielu lat gromadziłem materiały o rozwoju kultu węża wśród Indian. Zawsze przeczuwałem – z wyraźnych półtonów legend i wykopalisk – że wielki Quetzalcoatl, łaskawy wężowy bóg Meksykanów, miał starszego i mroczniejszego poprzednika; a w ostatnich miesiącach niemal tego dowiodłem w serii badań rozpiętych od Gwatemali po równiny Oklahomy. Wszystko jednak było dręcząco niepełne, bo na północ od granicy kult węża otaczał mur strachu i skrytości.
Teraz zdawało się, że odkryłem oto nowe, obfite źródło wiedzy, toteż szukałem dyrektora zakładu z zapałem, którego nawet nie próbowałem ukrywać. Doktor McNeill był niewysokim, gładko ogolonym mężczyzną w podeszłym już wieku i od razu poznałem po jego mowie i obejściu, że mam przed sobą uczonego niepośledniej miary, biegłego także w dziedzinach dalekich od jego profesji. Poważny i pełen wahania, gdy wyjawiłem mu cel wizyty, zasępił się w zadumie, uważnie przeglądając moje papiery i list polecający, który wystawił mi życzliwy stary eks-agent do spraw Indian.
– A więc badał pan legendę Yiga, tak? – rzekł z namysłem. – Wiem, że wielu naszych oklahomskich etnologów próbowało powiązać ją z Quetzalcoatlem, ale chyba żaden nie prześledził ogniw pośrednich tak dokładnie jak pan. Wykonał pan niezwykłą pracę jak na człowieka tak młodego, na jakiego pan wygląda, i z pewnością zasługuje pan na wszystko, czym możemy służyć.
Nie sądzę, żeby stary major Moore czy ktokolwiek inny powiedział panu, co tu przechowuję. Nie lubią o tym mówić – ja zresztą też nie. To rzecz bardzo tragiczna i bardzo straszna, ale nic ponadto. Odmawiam dopatrywania się w niej czegokolwiek nadprzyrodzonego. Wiąże się z nią historia, którą panu opowiem, gdy pan to zobaczy – historia diabelnie smutna, ale nie nazwę jej czarami. Pokazuje jedynie, jaką władzę ma nad niektórymi ludźmi wiara. Przyznaję, że bywają chwile, gdy przechodzi mnie dreszcz nie całkiem cielesnej natury, ale za dnia składam to wszystko na karb nerwów. Nie jestem już, niestety, młodzieniaszkiem!