Klub maskarady - ebook
Dla całego świata Marta jest ucieleśnieniem sukcesu. Jako starsza analityczka procesów logistycznych w gdańskim biurowcu działa z precyzją chirurga. Jest zimna, niedostępna i zawsze trzyma rękę na pulsie. Ale perfekcja rodzi potworną nudę. Gdy w jej torebce ląduje tajemnicza czarna koperta z zaproszeniem do elitarnego, podziemnego klubu Incognito, Marta postanawia zaryzykować. Nie wie, że przekraczając próg miejsca, gdzie jedyną walutą jest anonimowość i bezwzględne posłuszeństwo, podpisze kontrakt na własne ciało. On ukrywa się za skórzaną maską dominatora. Wie o niej wszystko. Zna jej ukryte pragnienia, potrafi czytać z jej ciała jak z otwartej księgi i bez wahania skuwa jej nadgarstki jedwabnym sznurem, odbierając kontrolę, której tak kurczowo trzyma się za dnia. Marta staje się jego idealną lalką, zatracając się w mrocznej, zmysłowej ekstazie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CHAPTER 1
Szkło i beton biurowca w gdańskiej Oliwie zwykle działały na mnie trzeźwiąco. Lubiłam ten chłód. Lubiłam moment, w którym jako starsza analityczka procesów logistycznych gasiłam pożary warte setki tysięcy euro, a faceci w garniturach patrzyli na mnie z mieszaniną szacunku i strachu. Moje życie zawodowe było jak szwajcarski zegarek. Idealnie zaplanowane, bezbłędne, przewidywalne.
I potwornie, niszczycielsko nudne.
Był wtorek, krótko po siedemnastej. Open space powoli pustoszał, a zza wielkich okien sączyło się szare, czerwcowe światło rozlewające się nad Trójmiastem. Przeciągnęłam się na krześle, czując znajome spięcie w karku. Moje życie osobiste od miesięcy przypominało ten widok za oknem – było bezpieczne, ale wyprane z jakichkolwiek barw. Ostatni facet, z którym się spotykałam, uważał, że szczytem ekstazy jest zgaszone światło i jedna, niezmienna od lat pozycja w sobotni wieczór. Odprawiłam go miesiąc temu.
Zebrałam dokumenty z biurka, chcąc schować je do szuflady, gdy mój wzrok padł na skórzaną torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Zamek był lekko odsunięty.
Marszcząc brwi, zajrzałam do środka. Obok portfela i kluczyków do auta leżało coś, czego rano na pewno tam nie było.
Gruba, matowa koperta z czarnego papieru. Nie było na niej żadnego znaczka, żadnego nazwiska, jedynie wytłoczony woskiem, krwistoczerwony symbol – minimalistyczna, wenecka maska zamykająca usta w geście milczenia.
Moje serce uderzyło mocniej, zupełnie bez powodu. Rozejrzałam się po pustoszejącym biurze. Kilka osób stukało jeszcze w klawiatury, dwie rozmawiały przy ekspresie do kawy. Nikt nie patrzył w moją stronę.
Usiadłam z powrotem i ostrożnie złamałam wosk. W środku znajdowały się trzy rzeczy.
Pierwszą była czarna, satynowa opaska na oczy – miękka, gęsto tkana, całkowicie nieprzepuszczająca światła. Drugą – ciężka, metalowa przypinka w kształcie tego samego symbolu, co na wosku. Trzecią była sztywna karta z eleganckim, niemal kaligraficznym drukiem.
_„Spędzasz życie na kontrolowaniu chaosu, Marto. Pozwól, że dzisiejszej nocy to chaos przejmie kontrolę nad Tobą._
_Klub Incognito. Stocznia Gdańska, hala numer 4B._ _Dziś, godzina 22:00._ _Przypnij znak do sukienki. Załóż opaskę, gdy zostaniesz o to poproszona. Nie pytaj o imiona. Nie próbuj patrzeć._ _Zaryzykujesz, czy wolisz kolejny bezpieczny wieczór?”_
Przeczytałam tekst trzy razy. Moje imię wyryte na papierze paliło w oczy. Ktoś mnie obserwował. Ktoś wiedział, kim jestem, czym się zajmuję i – co najbardziej przerażające – czego podświadomie łaknęłam. Moja kobiecość odpowiedziała natychmiastowym, bolesnym skurczem głęboko w podbrzuszu. Jeden krótki list sprawił, że zrobiłam się ciepła w sposób, jakiego nie czułam od lat.
– Wszystko w porządku, Marta? – z rozmyślań wyrwał mnie niski, chłodny głos.
Wzdrygnęłam się, błyskawicznie wsuwając kartę pod stertę raportów. Nad moim biurkiem stał Marek. Dyrektor zarządzający naszym pionem. Facet o aparycji nordyckiego bóstwa i sercu z lodu. Nosił idealnie skrojony, grafitowy garnitur, a jego stalowe oczy patrzyły na mnie z wiecznym, profesjonalnym dystansem. Pracowaliśmy razem od roku. Był bezwzględny, cholernie inteligentny i nigdy, przenigdy nie skracał dystansu.
– Tak, Marku. Kończę raport kwartalny – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał stabilnie.
Marek spojrzał na moją torebkę, a potem na ułamek sekundy jego wzrok przeniósł się na moje dłonie. Czy zauważył ślady czarnego wosku na moich palcach? Jego twarz pozostała nieprzeniknioną maską.
– Dobrze. Pamiętaj, że jutro od rana mamy audyt z kluczowym klientem. Potrzebuję cię w pełni skupionej. Nie siedź tu za długo. Do widzenia.
– Do widzenia – mruknęłam.
Odprowadziłam go wzrokiem. Szedł pewnym, sprężystym krokiem, emanując władzą, która w biurze była prawem. Odetchnęłam głęboko dopiero, gdy drzwi windy się za nim zamknęły.
Spojrzałam na zegarek. Była 17:30. Miałam dokładnie cztery i pół godziny, żeby wrócić do mieszkania we Wrzeszczu, zmyć z siebie korporacyjny dzień, wybrać najbardziej wyzywającą czarną sukienkę, jaką miałam w szafie, i podjąć decyzję, która mogła zniszczyć moje poukładane życie. albo wreszcie je ożywić.
O godzinie 21:45 zaparkowałam samochód dwie ulice od terenów stoczniowych. Deszcz zaczął mżyć, odbijając się w kałużach i potęgując surowy, industrialny klimat tego miejsca. Stare, ceglane hale, zardzewiałe dźwigi rysujące się na tle nocnego nieba i wszechobecny cień tworzyły idealną scenerię dla czegoś zakazanego.
Moje serce waliło jak oszalałe pod materiałem obcisłej, czarnej sukni z głębokim wycięciem na plecach. Pod spód nie założyłam stanika; dotyk chłodnego jedwabiu na nagich sutkach drażnił mnie przy każdym kroku, przypominając, po co tu jestem. Włosy upięłam wysoko, odsłaniając szyję. Do klapy narzuconego na ramiona płaszcza przypięłam metalowy symbol z koperty.
Hala 4B wyglądała na opuszczoną. Ciężkie, żelazne drzwi były jednak uchylone, a ze środka sączyło się ledwo widoczne, bordowe światło.
Wzięłam głęboki oddech, czując zapach morza, rdzy i czegoś słodkiego, co kojarzyło się z luksusowymi perfumami. Pchnęłam drzwi i wkroczyłam w mrok.
Na końcu długiego, betonowego korytarza stał potężny mężczyzna w garniturze. Na twarzy miał skórzaną, gładką maskę. Gdy podeszłam bliżej, jego wzrok spoczął na mojej przypince. Nie powiedział ani słowa. Skłonił się lekko i otworzył przede mną kolejne, wygłuszone drzwiczki.
Weszłam do środka i natychmiast uderzyła we mnie fala zmysłowych bodźców.
To nie był zwykły klub. Przestrzeń była ogromna, urządzona z surowym, ale bizantyjskim wręcz luksusem. Wokół unosił się zapach drogiego alkoholu, cygar i piżma. Czerwone, punktowe reflektory oświetlały loże oddzielone od siebie ciężkimi, aksamitnymi kotarami. Wszyscy – dosłownie wszyscy – mieli na sobie maski. Mężczyźni w garniturach, kobiety w wieczorowych kreacjach. Niektórzy rozmawiali szeptem, sącząc drinki, inni znikali w ciemniejszych zaułkach, skąd dobiegały stłumione, gardłowe dźwięki, od których skóra cierpła mi z podniecenia. Tutaj status społeczny nie istniał. Liczyły się tylko anonimowość i żądza.
– Pani pierwsza wizyta? – tuż obok mnie pojawił się wysoki, zamaskowany kelner z taca, na której stały kieliszki z szampanem.
– Tak – szepnęłam, a mój głos wydał mi się obcy.
– Proszę wypić. To pomoże rozluźnić ciało. A potem proszę udać się do pokoju numer siedem na piętrze. Ktoś na panią czeka.
Wzięłam kieliszek i opróżniłam go jednym haustem. Alkohol przyjemnie rozlał się po moim ciele, lekko otumaniając strach, ale wyostrzając zmysły. Zostawiłam płaszcz w szatni i ruszyłam w stronę żelaznych schodów prowadzących na galerię.
Pokój numer siedem znajdował się na samym końcu korytarza. Drzwi były obite czarną skórą. Moja dłoń drżała, gdy chwytałam za klamkę.
W środku panował półmrok, rozświetlany jedynie przez kilka świec. Pomieszczenie było surowe – luksusowa, skórzana kanapa, wielkie lustro na ścianie i kilka metalowych uchwytów wtopionych w betonowe filary.
Na środku pokoju, tyłem do mnie, stał mężczyzna.
Był wysoki, szeroki w barkach, a jego sylwetka w idealnie leżących spodniach i ciemnej koszuli emanowała absolutną, fizyczną dominacją. Na głowie miał pełną maskę z czarnej skóry, odsłaniającą jedynie usta i ostro zarysowaną żuchwę. Nie odwrócił się, gdy weszłam. Słyszałam jedynie jego miarowy, spokojny oddech.
– Zamknij drzwi, Marto – powiedział.
Ten głos. Był niski, zmodulowany przez maskę, chropowaty. Przepłynął przez moje ciało jak prąd elektryczny. Skądś go znałam, czułam to każdą komórką ciała, ale w tym otoczeniu mój racjonalny umysł odmówił posłuszeństwa.
– Podeszłam bliżej… – zaczęłam, ale uciął mi w pół słowa.
– Nie prosiłem, żebyś mówiła. W tym pokoju twoje słowa nie mają znaczenia. Liczy się tylko twoje posłuszeństwo. Wyjmij opaskę z torebki i załóż ją. Teraz.
Nigdy w życiu nikt nie mówił do mnie w ten sposób. Moja duma powinna kazać mi wyjść, ale moje ciało… moje ciało było innego zdania. Z drżących palców wypuściłam torebkę, która z głuchym stukotem upadła na podłogę. Wyciągnęłam czarną satynę.
Uniosłam dłonie i zawiązałam opaskę z tyłu głowy.
Świat zniknął. Został tylko zapach świec, bicie mojego serca i świadomość, że stoję bezbronna przed mężczyzną, który za chwilę zrobi ze mną wszystko, czego zapragnie.
Ciemność pod opaską nie była łagodna. Była gęsta, duszna i odcinała mnie od wszystkiego, co do tej pory budowało moją tożsamość. Bezpieczny świat wykresów, tabel i chłodnego profesjonalizmu zniknął za barierą czarnej satyny. Został tylko mój oddech – przyspieszony, urwany, niemal bolesny – oraz świadomość, że w tym surowym, zamkniętym pokoju nie jestem już starszą analityczką, przed którą drżą młodsi stażyści. Byłam kobietą, która dobrowolnie oddała wzrok nieznajomemu.
Słyszałam każdy dźwięk z chorobliwą, nienaturalną intensywnością. Szmer jego ubrań, gdy poruszył się na środku pokoju. Ciężki, miarowy krok na betonowej podłodze. Ciepło, które zaczęło od niego bić, zanim jeszcze zdążył mnie dotknąć. Męskie ciało ma swoją własną sygnaturę termiczną; czułam ją na skórze twarzy i dekoltu niczym zbliżający się front burzowy.
– Podejdź trzy kroki do przodu – rozkazał. Jego głos, choć zniekształcony przez skórzaną maskę, miał w sobie magnetyczną, lodowatą pewność. To nie była prośba. To była komenda, która nie znosiła sprzeciwu.
Moje nogi, dotychczas tak stabilne na wysokich obcasach, nagle stały się wiotkie. Zrobiłam pierwszy krok. Czarny jedwab sukienki otarł się o moje uda, a brak stanika sprawił, że nagie piersi uniosły się, boleśnie reagując na chłód panujący w pomieszczeniu. Drugi krok. Moje dłonie bezwiednie uniosły się lekko w powietrze, szukając punktu podparcia w tej absolutnej próżni. Trzeci krok.
Zatrzymałam się. Zapach drogich, cierpkich perfum zmieszanych z nutą tytoniu i czystego piżma uderzył we mnie z siłą taranu. Był tak blisko. Słyszałam jego niski, spokojny oddech tuż nad swoją głową. Był ode mnie wyższy, znacznie potężniejszy.
– Ręce za plecy, Marto – szepnął.
Gdy wypowiedział moje imię, przez mój kręgosłup przeszedł dreszcz, który eksplodował gorącem w podbrzuszu. Moja kobiecość zwinęła się w bolesnym, pełnym wyczekiwania skurczu. Zrobiłam to bez słowa. Cofnęłam dłonie, splatając palce na wysokości lędźwi, w pełni obnażając przód swojego ciała. Wystawiając się na jego ocenę. Na jego łaskę.
Nagle poczułam dotyk. Jego dłoń – duża, o szorstkiej skórze wewnętrznej strony palców – zacisnęła się na mojej żuchwie. Ten chwyt był mocny, bezwzględny, ale nie miał w sobie ślepej brutalności. Była w nim czysta, wyrachowana zaborczość. Uniósł moją twarz do góry, zmuszając mnie do napięcia szyi.
– Drżysz – zauważył, a w jego głosie wyczułam cień rozbawienia. – Boisz się tego, co zaraz z tobą zrobię? Czy tego, jak bardzo tego pragniesz?
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Gardło miałam tak suche, jakbym połknęła garść piasku. Jego kciuk przesunął się powoli po mojej dolnej wardze, naciskając na nią lekko, dopóki nie rozchyliłam ust. Wsunął koniuszek palca do środka, dotykając mojego języka. Poczułam słony, męski smak. Moje serce tłukło się w klatce piersiowej jak oszalałe, gotowe rozbić żebra.
– W tym biurowym piekle, w którym spędzasz dnie, wszyscy myślą, że jesteś ze stali – mówił dalej, a jego wolna dłoń spoczęła na moim ramieniu, po czym zaczęła powolną, torturującą wędrówkę w dół. – Zakpij ze mnie, Marto. Powiedz, że się pomyliłem. Powiedz, że chcesz wrócić do swojego nudnego, bezpiecznego życia.