Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Klub Odkrywców "Niedźwiedź polarny" - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 stycznia 2020
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Klub Odkrywców "Niedźwiedź polarny" - ebook

Stella od zawsze marzyła, by wyruszyć w podróż z jej tatą Feliksem, członkiem Klubu Odkrywców „Niedźwiedź polarny”. Według regulaminu dziewczyny nie mogą dołączyć do klubu i stać się odkrywczyniami, ale Stella ma zamiar pokazać, że te zasady trzeba zmienić! Gdy udaje jej się wyruszyć na ekspedycję w poszukiwaniu najzimniejszego punktu Lodowych Wysp, nawet nie podejrzewa, że zmierza ku swojemu przeznaczeniu. Czy wreszcie pozna prawdę o swojej rodzinie? Przeżyj zimową przygodę pełną gigantycznych yeti, tajemniczych elfów, zaklinaczy zwierząt i magików!

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-7903-8
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Stella Gwiazdenka Pearl zeskrobała szron z okna wieżyczki i gniewnym spojrzeniem obrzuciła zaśnieżony krajobraz. Powinna mieć doskonały nastrój – nazajutrz przypadały jej urodziny, a jedynym, co Stella uwielbiała bardziej od urodzin, były jednorożce. Ale jak miała się cieszyć, skoro Feliks wciąż nie zgadzał się zabrać jej na wyprawę. Dziewczynka błagała, zaklinała, przymilała się, groziła i urządzała awantury – wszystko na nic. Na myśl o tym, że znów zostanie odesłana do ciotki Agaty, Stella dostawała mdłości. Ciotka Agata nie miała bladego pojęcia o dzieciach i czasem robiła różne rzeczy zupełnie na opak, jak wtedy, gdy na drugie śniadanie do szkoły zapakowała Stelli kapustę. Nie włożyła jej do pudełka czekoladowych dinozaurów, ciasta ze słodkimi piankami ani innych smakołyków – tylko pojedynczą, samotną, bezużyteczną kapustę. Poza tym ciotce sterczały włosy z nosa. Bywało, że Stella nie mogła oderwać od nich wzroku.

Dziewczynka marzyła o tym, by zostać odkrywcą, odkąd stała się na tyle duża, by rozumieć znaczenie tego słowa. Mówiąc dokładniej, chciała zajmować się nawigacją. Mogła bez końca studiować mapy i kręcić globusem, a za najpiękniejsze zjawisko na świecie uważała kompas. Zaraz po jednorożcach, ma się rozumieć.

Jeśli nie miałaby zostać odkrywcą, po co wróżki nadawałyby jej drugie imię? Wszyscy wiedzą, że tylko odkrywcy noszą po dwa imiona. Nazwisko Pearl otrzymała po Feliksie, ale ponieważ mężczyzna nie miał pojęcia, jak nazwać córkę, poprosił, by zrobiły to za niego wróżki. I chyba dobrze się stało, bo Feliksowi podobały się dziwaczne imiona, takie jak Mildred, Wilhelmina czy Barbaretta. Wróżki nadały jej nie jedno, lecz dwa imiona: „Stella” i „Gwiazdenka”. A to z pewnością oznaczało, że dziewczynka stworzona jest do tego, by zostać odkrywcą.

Stella wdrapała się na siedzisko przy oknie w wykuszu wieżyczki, podciągnęła nogi i oparła brodę na kolanach. Zapadał już zmrok i wiedziała, że Feliks będzie jej szukał, by wręczyć jej „prezent o zmierzchu”. Taką mieli tradycję – wieczorem, w przededniu urodzin, Stelli wolno było rozpakować jeden upominek. Jednak w tym momencie czuła się zbyt wściekła i zawiedziona, by myśleć o prezentach, wdrapała się więc na wieżyczkę i tu ukryła. Gdy siedziała pod oknem w wykuszu, nie można jej było dostrzec z końca korytarza.

Niestety, Puszek także lubił przebywać w wieżyczce i przyczłapał tam za nią, kiedy tylko Stella usiadła, po czym zaczął obwąchiwać kieszenie dziewczynki w poszukiwaniu ciasteczek. Gospodyni, pani Sap, nie była specjalnie uszczęśliwiona, kiedy pewnego dnia Feliks wrócił do domu z osieroconym niedźwiadkiem polarnym, ale gdyby mężczyzna go nie przygarnął, zwierzątko z pewnością by umarło. Oprócz tego, że był sierotą, niedźwiadek miał zdeformowaną łapę i mógłby nie przetrwać na wolności. Stella uważała, że trzymanie niedźwiedzia polarnego w domu było najlepszym pomysłem pod słońcem, choć czasem, kiedy chciał się przytulić, potrafił ją niemal spłaszczyć. Niedźwiedzie polarne były zdumiewająco potężne.

Wsunęła rękę do kieszeni, wyjęła ciasteczko rybne i podała je Puszkowi, który niezwykle łagodnie wziął je do pyska i radośnie schrupał, brudząc Stellę okruszkami i śliną. Dziewczynka zdołała do tego przywyknąć i wcale się nie rozgniewała, ale obecność niedźwiedzia sprawiła, że Feliks, który kilka minut później pojawił się na korytarzu, szybko odkrył jej kryjówkę.

– Tu jesteś! – powiedział, przystając w wykuszu. – Wszędzie cię szukałem.

Dziewczynka spojrzała mu w twarz – najbardziej ulubioną twarz na całym świecie, pierwszą, jaką zapamiętała. Podobnie jak Puszek, Stella także była sierotą śnieżną. Gdyby Feliks nie znalazł jej, gdy była malutka, prawdopodobnie umarłaby w samotności, porzucona na skutej lodem ziemi. Stella nie spotkała dotąd osoby, która miałaby włosy równie białe jak ona, równie bladą cerę czy oczy o tęczówkach w podobnie lodowobłękitnym odcieniu. Większość jej znajomych ze szkoły miała różowawą karnację, a Stella od stóp do głów była perłowobiała. Zawsze się tym trochę gryzła, zwłaszcza że w żadnym stopniu nie przypominała swojego adopcyjnego ojca.

Feliks był jej ojcem pod każdym możliwym względem, ale Stella nabrała zwyczaju zwracania się do niego po imieniu, bo wszyscy tak robili. Nie był szczególnie przystojny ani wytworny i nie nosił tak modnych ostatnio wąsów, bokobrodów ani baczków. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że aby utrzymać tego rodzaju zarost, należało zadbać o odpowiednią pielęgnację. Feliks twierdził, że naliczył jak dotąd sto trzydzieści cztery bardziej interesujące sposoby spędzania czasu, a jednym nich było tworzenie listy interesujących sposobów spędzania czasu. Miał garbaty nos, za to Stella uwielbiała zmarszczki wokół jego oczu. Jego złotobrązowe włosy były zazwyczaj nieco przydługie, tak że ich pukle opadały na kołnierzyk, a usta zawsze były gotowe rozciągnąć się w uśmiechu. Feliks nie lubił marszczyć brwi. Twierdził, że to tylko niepotrzebne obciążenie dla całkiem przydatnych mięśni.

Stella uważała go za kogoś wyjątkowego, a fakt, że był wróżkologiem, jednoznacznie to potwierdzał. Nie istniało zbyt wiele osób, z którymi wróżki skłonne były rozmawiać, jednak Feliksa od zawsze darzyły sympatią. Ilekroć w letnie miesiące opuszczał dom, co najmniej jedna z nich przysiadała mu na rondzie kapelusza lub ramieniu i szeptała coś do ucha. A to, że czasem zapominał się uczesać, wkładał skarpetki nie do pary lub krzywo zapinał koszulę, nie miało dla Stelli żadnego znaczenia. Poza tym Feliks potrafił jeździć na bicyklu, znał sztuczki karciane i umiał robić latające ptaszki z papieru – a jeśli to zbyt mało, by uznać kogoś za najwspanialszą osobę na ziemi, to Stella nie wiedziała, jakie cechy należałoby jeszcze posiadać.

– Czas na prezent o zmierzchu – oznajmił, wyciągając do niej dłoń z białym pudełkiem niezdarnie obwiązanym różową wstążką z kokardą.

Wykrzesanie z siebie silnej woli trochę Stellę kosztowało, ale powiedziała:

– Nie chcę go.

Odwróciła twarz do okna.

– Chyba nie mówisz poważnie – nie dowierzał Feliks. Próbował przesunąć Puszka, który położył się pod siedziskiem w wykuszu, ale przesuwanie niedźwiedzia polarnego przypomina trochę przesuwanie góry i na niewiele się zdało, więc Feliks wdrapał się po grzbiecie zwierzaka i usiadł naprzeciwko Stelli.

– Zabrałbym cię ze sobą bez mrugnięcia okiem – przekonywał ją cicho – gdyby można było zabierać dziewczęta na wyprawy.

– To niesprawiedliwe, że dziewczynki nie mogą być odkrywcami! – żachnęła się Stella. – To głupie i bezsensowne!

Z poczucia niesprawiedliwości zaczęła się aż trząść.

Stella dorastała, słuchając opowieści, jakie Feliks snuł po powrocie do domu z ekspedycji, i szczerze je uwielbiała, ale w życiu każdej dziewczynki przychodzi czas, kiedy ma dość słuchania o przygodach innych ludzi i chciałaby przeżyć własne.

Mnóstwo odkrywców zabierało na wyprawy swoich synów. Nawet przyjaciel Stelli, Żelek, wybierał się na najbliższą wyprawę ze swoim wujem, słynnym entomologiem Benedyktem Barbacym Smithem. Żelek był rówieśnikiem Stelli i pochodził z rodziny elfów. Istniała cała lista rzeczy, których nie lubił, a wśród nich znajdowały się jak dotąd: rozmowy towarzyskie, sarkazm, uściski dłoni, przytulanie i obcinanie włosów. Krótko mówiąc, nie tolerował niczego, co wymagało kontaktu fizycznego.

– Masz całkowitą rację – odparł Feliks. – To rzeczywiście głupie i bezsensowne. Jestem pewien, że kiedyś będzie inaczej. Jednak świat nie zawsze zmienia się tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli.

Stella dalej wyglądała przez okno, bo wolała gapić się w śnieg, niż spojrzeć w oczy Feliksowi.

– Myślałam, że nie przejmujesz się zasadami – mruknęła, przygryzając wargę.

Feliks zawsze powtarzał, że niektóre zasady można łamać, a część z nich wręcz powinno się łamać – dla zdrowia. Ilekroć ciotka Agata oznajmiała, że Stelli przydałaby się w domu obecność kobiety, która odpowiednio by ją wychowała, Feliks stawał po stronie dziewczynki, pozwalając jej galopować wokół domu na jednorożcu, budować forty z książek w bibliotece czy uczyć się robić zwierzątka z balonów, zamiast haftować brzydkie wzory.

– Istnieją zasady, których absolutnie nie wolno łamać – mówił. – Trzeba być dobrym dla innych i traktować ich tak, jak samemu chciałoby się zostać potraktowanym. A to, czy ludzie się z ciebie śmieją, uważają cię za dziwaka czy kogoś, kto się od nich różni, w ogólnym rozrachunku niczego nie zmienia.

– Ale przecież gdybym wyruszyła z tobą na wyprawę, nikt by na tym nie ucierpiał – zasugerowała Feliksowi Stella, stosując jego własną logikę. – A jeśli ludzie uznają za dziwaczne to, że dziewczynka jest odkrywcą, to ich problem. Nie mój.

Feliks westchnął i położył prezent na siedzisku między nimi.

– Chciałbym, żeby to było takie proste, skarbie. Ale to nie ja układam zasady w Klubie Odkrywców „Niedźwiedź Polarny”. – Lekko pchnął pudełko w jej stronę. – Nie pozwólmy, by to wszystko popsuło ci urodziny. Może rozpakujesz prezent?

– Zabierz go. Nie chcę żadnego prezentu – powiedziała Stella najbardziej lodowatym tonem, na jaki było ją stać.

Jednak kiedy tylko wypowiedziała te słowa, poczuła się okropnie. Nie lubiła siebie za to, że jest taka okrutna, i za to, że tak się wścieka na Feliksa. To wszystko wydawało jej się tak nienaturalne – przecież na co dzień byli przyjaciółmi – że poczuła, jak ściska ją w dołku, a żołądek zawiązuje się w supeł.

– Przepraszam – wymamrotała szybko. – To było niemiłe.

Feliks podniósł prezent i wcisnął go jej w dłonie.

– Otwórz – powtórzył. – Tym biednym maluchom zaraz zrobi się tam duszno.

Jego słowa zaciekawiły Stellę, więc pociągnęła za wstążkę i zdjęła wieczko z pudełka. Jej wzrok padł na maciupeńkie igloo ułożone pośród różowej bibuły.

Dziewczynka pisnęła z zachwytu, wyciągnęła domek z pudełka i uświadomiła sobie, że jest zrobiony z prawdziwego lodu. Z każdą minutą coraz bardziej marzły jej palce, a szron połyskiwał na kopule domku jak dziesiątki maleńkich diamentów.

– Jest zaczarowany – oznajmił Feliks. – To dlatego nie topnieje. Dostałem go od magika, którego poznałem, przejeżdżając przez Apsikowo. Zajrzyj do środka.

Stella uniosła igloo, zajrzała do środka przez otwór i westchnęła z zachwytu na widok rodziny maleńkich pingwinów drepczących po lodowym wnętrzu.

– To Zwierzaki Polarne – oznajmił jej Feliks. – One także zostały zaczarowane w taki sposób, że nie trzeba ich karmić, choć magik wspomniał, że lubią, żeby od czasu do czasu im pośpiewać. Drugie igloo miało w środku niedźwiadki polarne, a trzecie foki, ale uznałem, że pingwiny spodobają ci się najbardziej.

– Są cudowne! – odpowiedziała Stella.

– Było tam także igloo zamieszkane przez mnóstwo maleńkich śnieżnych goblinów, ale to mnie trochę zaniepokoiło. Co mógłby pomyśleć sobie ktoś, komu sprezentowano by igloo pełne śnieżnych goblinów? Kiedy zajrzałem do środka, wydawało mi się, że próbują sobie wydłubać nawzajem oczy patykami. Sytuacja wyglądała coraz bardziej brutalnie.

– Założę się, że taki prezent mogłaby mi wręczyć ciotka Agata – powiedziała Stella, a na myśl o ciotce znów spochmurniała.

Dziewczynka była zachwycona maleńkimi pingwinami i ich mikroskopijnym igloo, podobnie jak innymi osobliwościami, skarbami i drobiazgami, które Feliks przywoził ze swoich podróży. Jednak w tej chwili najbardziej na świecie pragnęła odkryć własne cudeńka i rarytasy, które mogłaby zabrać ze sobą do domu. Marzyła o gabinecie ze ścianami pokrytymi mapami lądów i mórz, pośród których mogłaby spędzać czas, przygotowując listy rzeczy do spakowania, badając zdobyte na wyprawach skarby i planując kolejne przygody w dziwnych i odległych krainach po drugiej stronie globu.

– Ciocia stara się, jak może – powiedział Feliks. – Ona tylko… Cóż, po prostu nasze zwyczaje wydają jej się nieco dziwne. Ale zależy jej na tobie… – Wyjrzał przez okno, a na jego czole ukazała się pionowa zmarszczka. – Na swój sposób…

Dziewczynka nie była tego taka pewna. Feliks zawsze przedstawiał Stellę jako swoją córkę i wiedziała, że kocha ją jak prawdziwy ojciec, choć była po prostu kolejnym podrzutkiem, którego znalazł w śniegu. Jednak ciotka Agata zawsze patrzyła na nią z takim samym lekkim niesmakiem, z jakim spoglądała na Puszka, ilekroć wydobywał z siebie przeciągłe, donośne beknięcie po przełknięciu rybnego ciasteczka.

Stella nie chciała się już kłócić z Feliksem, więc pocałowała go na dobranoc, zeszła po grzbiecie Puszka i wróciła do swojego pokoju. Postawiła igloo na stoliku nocnym, przebrała się w piżamę, wskoczyła do łóżka i nakryła się kołdrą. Spoglądała w górę na obracającą się powoli karuzelkę zawieszoną pod sufitem. Wiedziała, że jest już za duża na takie dziecięce ozdoby, ale Feliks zrobił ją specjalnie dla niej, kiedy była bardzo mała, żeby poczuła się tu jak u siebie, i Stella za nią przepadała.

Zaprojektował ją tak, by przypominała Stelli, skąd pochodzi – nanizał na żyłki kudłate yeti, śnieżnobiałe jednorożce, ogromne mamuty i błyszczące srebrne gwiazdki. Były tam nawet pokraczne bałwany oraz jaki, niezdarnie sklecone z gliny, koralików, wełny oraz błyszczących szklanych kamyków. Stella miała zaledwie kilka lat, kiedy Feliks ją znalazł – była za malutka, by pamiętać cokolwiek sprzed tego czasu.

A jednak czasem śniło jej się, że znów jest dzieckiem, siedzi na łóżku i bawi się diademem z kryształków, perełek i białych jak śnieg klejnotów. Po chwili ta wizja ulegała zniekształceniu, a dziewczynka znajdowała się na zewnątrz, pośród śniegu splamionego krwią…

Stella wiedziała, że nigdy się nie dowie, co stało się z jej biologicznymi rodzicami, jednak skute lodem odległe pustkowie było kiedyś jej domem i dziewczynka pragnęła znów ujrzeć je na własne oczy.

Feliks i członkowie jego ekspedycji jako pierwsi ludzie mieli spróbować dotrzeć do najzimniejszego punktu Lodowych Wysp, a Stella chciała im towarzyszyć. Musiała tylko jakoś przekonać Feliksa, by zabrał ją ze sobą.

W końcu westchnęła, odwróciła się na bok i szczelniej otuliła kołdrą. Do snu ukołysało ją ciche, radosne skrzeczenie pingwinów dobiegające z igloo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij