Kmiecik. Legenda mimo woli - ebook
W młodości, aby grać i strzelać bramki był zdolny niemal do wszystkiego. Chował się za murkiem przed nauczycielką rosyjskiego, ryzykował ojcowskie lanie pasem, a nawet zagrał nielegalny mecz w barwach innego klubu. Wzbudzał respekt rywali, strach w oczach bramkarzy, a koledzy narzekali, że wykańcza akcje samodzielnie. Święcił wielkie sukcesy w kadrze Kazimierza Górskiego, ale przegrał rywalizację z Grzegorzem Lato. Przeżywał trudne chwile, gdy Jacek Gmoch nie zabrał go na drugi mundial, choć był wtedy królem strzelców polskiej ligi…
Wspomnienia, podsumowania i nieznane historie. Poznaj całe życie Legendy.
Kazimierz Kmiecik – jeden z najbardziej utytułowanych polskich piłkarzy: medalista mistrzostw świata (1974) i igrzysk olimpijskich (1972, 1976), mistrz Polski (1978), czterokrotny król strzelców polskiej ligi (1976, 1978, 1979, 1980), a także najlepszy snajper w historii Wisły Kraków.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-977429-4-9 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwudziesty pierwszy listopada 1982 roku był ważnym dniem. To wtedy ostatni raz w oficjalnym meczu Wisły Kraków zagrał Kazimierz Kmiecik. Biała Gwiazda wygrała z GKS-em Katowice 3:0, a Suchy strzelił w osiemdziesiątej czwartej minucie tego spotkania swoją ostatnią ligową bramkę dla klubu, który tyle dla niego znaczył i znaczy. Dla mnie ta data też jest szczególna, wówczas bowiem mój świętej pamięci ojciec zabrał mnie pierwszy raz, w chłodną, choć słoneczną, listopadową niedzielę, na stadion przy ul. Reymonta. Oczywiście jako mały chłopak nie miałem zielonego pojęcia, że nie tylko debiutuję jako kibic na meczu drużyny, która tak mocno naznaczy później moje życie, ale że biorę również udział w wydarzeniu historycznym – najlepszy snajper w historii właśnie schodzi z wiślackiej sceny. Przynajmniej jako piłkarz.
W moich pierwszych latach związanych z Wisłą, Kazimierz Kmiecik, wprawdzie już dla Białej Gwiazdy nie grał, ale wciąż co jakiś czas powracał. Na przykład na łamach specjalnych wydań krakowskiego nieodżałowanego „Tempa”, które przed każdym sezonem przygotowywało skarby kibica, a Kmiecik tradycyjnie figurował tam jako najlepszy z najlepszych snajperów Wisły. Jego sto pięćdziesiąt trzy bramki w klasyfikacji wszechczasów ekstraklasy mocno działały mi wtedy na wyobraźnię, a jednocześnie pojawiało się pytanie – czy ktoś kiedyś, grając dla Wisły, będzie w stanie ten legendarny wynik przebić? Próbowało kilku, nie udało się do tej pory żadnemu… To pokazuje, z piłkarzem jakiego formatu mamy do czynienia.
W tamtych latach Kazimierz Kmiecik był dla mnie bardziej jak pomnikowa postać niż ktoś realny. Owszem, czytało się o jego wielkich sukcesach międzynarodowych, medalach mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich czy też wielkich meczach w barwach Wisły, ale jak to u małych chłopców, bliższe im jest to, co można zobaczyć i czego można dotknąć. A w tamtej Wiśle wciąż grało wielu kolegów Kmiecika z boiska: największy idol wiślackiej młodzieży tamtych czasów, nieżyjący już niestety Andrzej Iwan, obok niego Piotr Skrobowski, Leszek Lipka, Krzysztof Budka, Adam Nawałka czy Marek Motyka. To było pokolenie „cudownych wiślackich dzieci”, które już za moment miało przejść do historii. Wisła miała wkroczyć w mroczne lata, rozpoczęte w 1985 roku drugim w dziejach spadkiem z najwyższej klasy rozgrywkowej. Niecałe trzy lata po ostatnim meczu Kmiecika w barwach Białej Gwiazdy.
Kazimierza Kmiecika nie było wtedy w Krakowie. Czytało się od czasu do czasu o jego zagranicznych sukcesach w Grecji i w Niemczech. Nie były to jednak takie czasy jak dzisiaj, kiedy dzięki Internetowi wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Pojawiały się raczej strzępki informacji, pojedyncze wyniki, czasem jakiś dłuższy artykuł. Ale Kmiecik był wciąż obecny na Reymonta! We wspomnieniach kibiców, którzy pamiętali nie tak odległe wówczas wspaniałe wiślackie dni, a którzy opowiadali o nich swoim młodszym kolegom. Choćby o tych czterdziestu pięciu tysiącach kibiców na Celticu, którzy oszaleli ze szczęścia po golach swojego idola. Takie opowieści to nic innego jak te, które teraz starsi koledzy snują dwudziestolatkom, gdy przypominają regularnie zdobywane tytuły mistrza Polski ery Bogusława Cupiała, wierząc, że chwile chwały ukochanego klubu już niedługo wrócą…
Gdy Kazimierz Kmiecik wracał do Polski na stałe, Wisła znów grała w najwyższej klasie rozgrywkowej. Było mu jeszcze wciąż mało piłki od strony boiska i dzięki temu, że grał jeszcze dla przyjemności w swojej Węgrzcance Węgrzce Wielkie, to i ja miałem kolejny raz okazję spotkać na swojej drodze wiślacką legendę. Tym razem, grając przeciwko niemu w krakowskiej klasie okręgowej, gdy jeszcze trochę bawiłem się w piłkę w Bronowiance Kraków. Ależ to była przyjemność znaleźć się na jednym boisku z TYM Kmiecikiem! Pan Kazimierz oczywiście był przez nas – młodych chłopaków – darzony ogromnym szacunkiem, a na boisku nawet nie przyszło nam do głowy, żeby zwracać się do niego na „ty”. Podziwialiśmy jego wciąż wielkie umiejętności piłkarskie i boiskowy spryt.
Kolejny raz nasze drogi przecięły się, gdy zacząłem pracę w roli dziennikarza, a Kazimierz Kmiecik pracował dla Wisły jako trener. Tym razem mogłem lepiej poznać tego wielkiego piłkarza jako człowieka. Moje wyobrażenie o nim się dopełniło. I szczerze tutaj przyznam, że trochę zszedł z pomnika, na który go wyniosłem…, ale nie dlatego, żebym umniejszał jego ogromną sportową klasę. Przede wszystkim dlatego, że okazał się po prostu zwyczajnym, otwartym na innych człowiekiem. Zero gwiazdorstwa, jakiegokolwiek pozerstwa. Bo i po co? Co miałby jeszcze udowadniać ktoś, kto jest najskuteczniejszym strzelcem w historii takiego klubu jak Wisła Kraków?
W tych latach Kazimierz Kmiecik pozostawał już bardziej w cieniu, wychodząc z niego w momentach kryzysowych, gdy jego ukochana Wisła potrzebowała pomocy. Głównie pełnił jednak rolę asystenta, członka sztabu przy kolejnych trenerach, którzy pojawiali się w Wiśle Kraków. Z jednymi współpracowało mu się lepiej, z innymi gorzej, ale wciąż pozostawał i pozostaje ważną częścią wiślackiego krajobrazu.
Wisła wiele przez te wszystkie lata przeszła, Kmiecik wiele rzeczy widział, wciąż był przy klubie, który stał się dla niego tym najważniejszym. Dlatego być może zabrzmi to mocno, ale wręcz do szału doprowadzają mnie internetowe komentarze osób domagających się usunięcia Kazimierza Kmiecika ze sztabu pierwszej drużyny czy też z klubu, jakby był tam jakimś ciężarem… Takie komentarze świadczą jedynie o autorach i braku świadomości, jak funkcjonują kluby, sztaby, jak buduje się piłkarską tożsamość kolejnych pokoleń. Warto przypomnieć sobie obrazek z czasów, gdy przez krótki moment trenerskie stery w Wiśle, w dość specyficzny, delikatnie mówiąc, sposób dzierżył Peter Hyballa. Pamiętacie, jak po jednej z bramek zachował się Jakub Błaszczykowski? Kogo pobiegł wyściskać, oddając szacunek? Komu jak komu, ale Kubie chyba nikt nie może zarzucić, że nie orientuje się, jak funkcjonuje się w futbolu na tym najwyższym poziomie i jakie wartości w nim, ale też w normalnym życiu są ważne. Kolejnym przykładem niech będą wyjątkowo ciepłe relacje z Kazimierzem Kmiecikiem dzisiejszej największej gwiazdy Wisły – Ángela Rodado. Dzieli ich blisko czterdzieści sześć lat, łączy nie tylko strzelanie bramek dla Białej Gwiazdy, ale też wzajemna sympatia i szacunek. Kto wie, może to właśnie Hiszpan będzie tym, który strzeli dla Wisły więcej bramek niż Kmiecik…?
Książka, którą Państwo trzymacie w rękach, nie jest tylko piłkarską opowieścią o zawodniku, który w swojej długiej karierze odnosił wielkie sukcesy. To również opowieść o tym, jak do tego dochodził i o czasach, w których to wszystko się wydarzyło. Trudnych czasach – dodajmy, zupełnie innych niż obecne, ale też pięknych sportowo dla bohatera tej opowieści. O czasach, w których stał się Legendą. Nawet jeśli nie do końca był na coś takiego przygotowany ze względu na swoją skromność i charakter. „Kazimierz Kmiecik. Legenda mimo woli” – trudno wyobrazić sobie lepszy tytuł biografii tego świetnego piłkarza. Myślę, że przyzna to każdy, komu dane było Kazimierza Kmiecika poznać. Jestem pewien, że przyznają to również ci, którzy książkę tę przeczytają.
Bartosz Karcz, dziennikarz
„Dziennik Polski” / „Gazeta Krakowska”