Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kobiece gadanie. Część 2 - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
5239 pkt
punktów Virtualo

Kobiece gadanie. Część 2 - ebook

16 kobiet. 16 historii. 16 rozmów o życiu, które rzadko bywa proste, ale potrafi być piękne.

To książka o odwadze bycia sobą – także wtedy, gdy nie mamy pewności, dokąd nas to zaprowadzi. O chwilach zwątpienia i momentach, w których odkrywamy w sobie niespotykaną dotąd siłę. O wrażliwości, która nie jest słabością, lecz przejawem odwagi.

To także książka dla kobiet, które nie chcą już udawać, że wszystko mają pod kontrolą. Dla tych, które wolą zadawać ważne pytania i szukać odpowiedzi niż żyć według gotowych schematów. Dla tych, które mają dość spełniania cudzych oczekiwań kosztem siebie.

Jeśli czujesz, że twoje życie pędzi szybciej niż twoje myśli – zatrzymaj się na chwilę. Jeśli myślisz, że w gąszczu życiowych wyborów zgubiłaś siebie – posłuchaj tych historii. Jeśli czasem masz wrażenie, że wybierasz bycie „miłą”, zamiast bycia sobą – zostań z nami.

Może nie znajdziesz tu gotowych odpowiedzi, ale poznasz pytania, które warto sobie zadać. A od nich wszystko się zaczyna.

Kamilla Baar, Ewa Bem, Sylwia Chutnik, Katarzyna Dąbrowska, Aleksandra Gajewska, Paulina Krupińska, Joanna Kryńska, Aleksandra Kurzak, Jolanta Kwaśniewska, Agata Młynarska, Lidia Popiel, Dorota Soszyńska, Ewa Stachowska, Justyna Szyc-Nagłowska, Beata Ścibakówna, Katarzyna Żak w rozmowie z Beatą Biały.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-688-1
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZAMIAST WSTĘPU

_Kobiety od zawsze sły­szały, kim powinny być. Powinny być silne – ale nie za bar­dzo, żeby nie onie­śmie­lać. Piękne – ale tak, żeby nie wyglą­dało to na próż­ność. Ambitne – ale z umia­rem, żeby nie naru­szyć kru­chej rów­no­wagi świata, w któ­rym od wie­ków wszystko było już jakoś poukła­dane. Powinny mówić wła­snym gło­sem – ale nie za gło­śno. I przede wszyst­kim powinny umieć pogo­dzić pracę, dom, miłość, dzieci, roz­wój, opiekę nad innymi i jesz­cze, jeśli star­czy czasu, odro­binę miej­sca dla sie­bie. W tej ukła­dance kobiece życie przez dłu­gie lata przy­po­mi­nało zada­nie bez roz­wią­za­nia. Vir­gi­nia Woolf napi­sała kie­dyś, że przez stu­le­cia kobiety peł­niły rolę luster o magicz­nej mocy – takich, które odbi­jały męż­czy­znę dwa razy więk­szego, niż był naprawdę. To zda­nie brzmi dziś jak lite­racka meta­fora, ale kryje się w nim coś bar­dzo praw­dzi­wego. Bo kobiety przez wieki uczono wzmac­niać innych. Pod­trzy­my­wać, uspo­ka­jać, rozu­mieć, wyba­czać. Być tłem dla cudzej histo­rii._

_A jed­nak coś się zmie­niło. Coraz wię­cej kobiet prze­staje być lustrem. Zaczy­namy być opo­wie­ścią. I nie jest to opo­wieść łatwa. Bo kiedy kobieta zaczyna naprawdę słu­chać sie­bie, świat cza­sem reaguje zdzi­wie­niem. A cza­sem nie­po­ko­jem. Bo nagle oka­zuje się, że kobieta nie chce już tylko dopa­so­wy­wać się do świata. Chce go współ­two­rzyć. Simone de Beau­voir napi­sała kie­dyś zda­nie, które do dziś brzmi jak cichy mani­fest: „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”. To zda­nie mówi o czymś wię­cej niż o bio­lo­gii. Wska­zuje, że kobie­cość jest pro­ce­sem. Drogą, na któ­rej spo­ty­kają się doświad­cze­nia, decy­zje, błędy, pra­gnie­nia i momenty odwagi. Każda z nas docho­dzi do sie­bie inną ścieżką. Jedne szyb­ciej, inne póź­niej. Jedne z gnie­wem, inne z łagod­no­ścią. Ale pra­wie każda z nas w któ­rymś momen­cie życia zadaje sobie to samo pyta­nie: Czy życie, które pro­wa­dzę, jest naprawdę moje? Bo kobiece życie wciąż bywa sztuką balan­so­wa­nia. Mię­dzy tro­ską o innych a lojal­no­ścią wobec sie­bie. Mię­dzy miło­ścią a wol­no­ścią. Mię­dzy rolami, które są ważne, a tym, kim naprawdę jeste­śmy. Cza­sem trzeba wielu lat, żeby zro­zu­mieć pro­stą rzecz: że nie jeste­śmy dodat­kiem do cudzej histo­rii. Jeste­śmy autor­kami wła­snej opo­wie­ści._

_Ame­ry­kań­ska poetka Mary Oli­ver w wier­szu_ Letni dzień _zadała jedno z naj­pięk­niej­szych pytań, jakie znam: „Powiedz, co zamie­rzasz wresz­cie robić z twoim jedy­nym zwa­rio­wa­nym i cen­nym życiem?”¹. To pyta­nie wra­cało do mnie wie­lo­krot­nie pod­czas roz­mów do tej książki. Bo każda z kobiet, które spo­tka­łam, odpo­wia­dała na nie ina­czej. Jedne mówiły o odwa­dze. Inne o stra­cie. O momen­tach, kiedy trzeba było odejść z miej­sca, które już nie było ich. O chwi­lach, gdy trzeba było zostać i wal­czyć. O decy­zjach, które zmie­niały wszystko, choć w chwili ich podej­mo­wa­nia nie było jesz­cze wia­domo, dokąd zapro­wa­dzą. Każda z tych histo­rii jest inna. A jed­nak wszyst­kie mają wspólny rytm. Bo kobiece życie rzadko jest liniowe. Czę­ściej przy­po­mina drogę z zakrę­tami, na któ­rej trzeba się zatrzy­mać, zawró­cić, cza­sem zaczy­nać od nowa._

_Cze­ska pisarka Milena Jesenská – wielka nie­speł­niona miłość Franza Kafki – napi­sała kie­dyś zda­nie, które szcze­gól­nie zapa­dło mi w pamięć: „Czło­wiek nie jest tym, czym się wydaje, ale tym, czym ma odwagę się stać”. Może wła­śnie o to cho­dzi w kobie­cym doj­rze­wa­niu. O odwagę sta­wa­nia się. O moment, kiedy prze­sta­jemy żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zaczy­namy pisać wła­sny. Cza­sem powoli, cza­sem nie­po­rad­nie, cza­sem z wie­loma popraw­kami, ale już swoim pismem. Bo kobiety się zmie­niają. Zmie­nia się też świat. Jesz­cze nie­dawno wiele z nas sły­szało, że musi wybie­rać: mię­dzy rodziną a pracą, mię­dzy ambi­cją a miło­ścią, mię­dzy siłą a czu­ło­ścią. Dziś coraz wię­cej kobiet mówi: nie chcę wybie­rać mię­dzy sobą a świa­tem. Chcę być w nim cała._

_To oczy­wi­ście nie ozna­cza, że wszystko stało się łatwe. Wciąż ist­nieją miej­sca, w któ­rych kobiety muszą wal­czyć o pod­sta­wowe prawa. Wciąż są sytu­acje, w któ­rych kobiecy głos pró­buje się uci­szyć albo pomniej­szyć. Wciąż się zda­rza, że kobieta musi udo­wad­niać swoją war­tość dwa razy moc­niej niż inni. Ale jed­no­cze­śnie urze­czy­wist­niło się coś waż­nego. Kobiety zaczęły słu­chać sie­bie nawza­jem. A kiedy kobiety zaczy­nają ze sobą roz­ma­wiać, powstaje coś nie­zwy­kłego. Wspól­nota doświad­czeń, która potrafi być sil­niej­sza niż samot­ność. I wła­śnie z takiej roz­mowy powstała ta książka._

_Druga część_ Kobie­cego gada­nia _jest kon­ty­nu­acją tej opo­wie­ści – ale też jej nowym roz­dzia­łem. Spo­tka­łam kolejne nie­zwy­kłe kobiety. Każda z nich przy­nio­sła swoją histo­rię – cza­sem jasną jak let­nie popo­łu­dnie, cza­sem trudną jak noc, przez którą trzeba przejść samot­nie. Dzię­kuję wam za odwagę i szcze­rość. Za momenty, w któ­rych mówi­ły­ście rze­czy nie­ła­twe. Za chwile mil­cze­nia, które były rów­nie ważne jak słowa. Za to, że pozwo­li­ły­ście mi zapi­sać frag­ment swo­jego świata. Wie­rzę, że wasze histo­rie staną się dla innych kobiet czymś wię­cej niż roz­mową. Może będą lustrem. Może dro­go­wska­zem. A może po pro­stu przy­po­mnie­niem, że żadna z nas nie jest w swo­ich doświad­cze­niach sama._

_Dzię­kuję mojej Mamusi – pierw­szej prze­wod­niczce po świe­cie emo­cji. I choć nie mogę już usły­szeć jej głosu ani poczuć jej dłoni, jej czu­łość, uważ­ność i mądrość są we mnie do dziś jak wewnętrzny kom­pas. To od niej nauczy­łam się słu­chać ludzi naprawdę – nie tylko ich słów, ale także ciszy mię­dzy nimi._

_Dzię­kuję mojej sio­strze Ewie – za jej stałą obec­ność w moim życiu. Za to, że jest gdzieś po dru­giej stro­nie oce­anu, a jed­no­cze­śnie zawsze obok. Za roz­mowy, które potra­fią upo­rząd­ko­wać chaos w gło­wie, za uważ­ność, która nie potrze­buje wielu słów, i za tę szcze­gólną więź, którą mają tylko sio­stry – zbu­do­waną z dzie­ciń­stwa, wspól­nych wspo­mnień i zro­zu­mie­nia nie­wy­ma­ga­ją­cego tłu­ma­czeń. Choć dzieli nas odle­głość, mam poczu­cie, że w naj­waż­niej­szych momen­tach życia jest przy mnie – czu­wa­jąca, uważna, gotowa zła­pać mnie w locie, zanim zdążę się potknąć. Ewa jest moją pierw­szą czy­tel­niczką i naj­czul­szym recen­zen­tem – w książ­kach i w życiu._

_Dzię­kuję mojemu Synowi, który ponow­nie uczy­nił mi zaszczyt, two­rząc por­trety do tej książki. W jego foto­gra­fiach jest nie­zwy­kła uważ­ność – potrafi dostrzec w kobie­tach to, czego czę­sto nie widać na pierw­szy rzut oka: ich siłę, kru­chość, myśl ukrytą w spoj­rze­niu. Jestem wzru­szona i dumna, że ta opo­wieść znów powstała także dzięki niemu._

_Dzię­kuję mojej redak­torce pro­wa­dzą­cej Mag­dzie Cho­rę­bale – za cier­pli­wość, któ­rej poziom nie­ustan­nie testuję, i za to, że z godną podziwu kon­se­kwen­cją przy­po­mina mi, że książki nie piszą się same._

_Dzię­kuję rów­nież pre­ze­sowi Domu Wydaw­ni­czego REBIS Toma­szowi Szpon­de­rowi za spo­kój i cier­pli­wość – szcze­gól­nie wtedy, gdy ter­miny zaczy­nają mieć wła­sną inter­pre­ta­cję czasu._

_Szcze­gól­nie cie­pło dzię­kuję zaś wam, moje dro­gie czy­tel­niczki. Bo to dzięki wam ta książka ma swoją drugą część. Książki powstają w pro­ce­sie pisa­nia, ale żyją dopiero wtedy, gdy ktoś je czyta._

_Ta książka, podob­nie jak poprzed­nia, nie jest porad­ni­kiem. Nie znaj­dziesz tu goto­wych odpo­wie­dzi ani recept na szczę­ście. Znaj­dziesz za to histo­rie kobiet, które pró­bo­wały odkryć wła­sne odpo­wie­dzi. Każda z nich jest inna, każda pro­wa­dzi w tro­chę inną stronę, ale wszyst­kie zaczy­nają się w tym samym miej­scu: w momen­cie, kiedy czło­wiek prze­staje żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zasta­na­wia się, czego naprawdę chce._ Kobiece gada­nie 2 _to nie zbiór rad, lecz roz­mowa. Cza­sem spo­kojna, cza­sem trudna, cza­sem pełna śmie­chu, a cza­sem takich zdań, które zostają w gło­wie na długo. To roz­mowa mię­dzy kobie­tami – o tym, co nas buduje, co nas rani, co daje nam siłę i co każe zaczy­nać od nowa, kiedy wszystko wydaje się roz­sy­pane. Być może w któ­rejś z tych histo­rii odnaj­dziesz coś zna­jo­mego. Może roz­po­znasz w nich wła­sne pyta­nia, wła­sne wąt­pli­wo­ści, wła­sne momenty odwagi. A może po pro­stu poczu­jesz, że nie jesteś w tym wszyst­kim sama. Jeśli więc masz ochotę na chwilę praw­dzi­wej roz­mowy – takiej, w któ­rej nie trzeba niczego uda­wać ani niczego udo­wad­niać – otwórz tę książkę i pozwól, żeby te histo­rie zaczęły mówić. Być może jedna z nich okaże się także twoją._

1.

Mary Oli­ver, _Letni dzień_, przeł. Cze­sław Miłosz, https://poezja.net/letni-dzien/.KAMILLA BAAR

Pestka spokoju

_Spo­kój nie jest ciszą. Cisza jest warun­kiem aku­stycz­nym. Spo­kój jest decy­zją. Żyjemy w epoce nie­ustan­nych bodź­ców. Tele­fon pul­suje jak drugi układ ner­wowy, wia­do­mo­ści napie­rają, tempo się zwięk­sza. Jak napi­sał Hart­mut Rosa, żyjemy w kul­tu­rze przy­spie­sze­nia, która nie daje już czasu na doświad­cze­nie tego, co prze­ży­wamy. Zgiełk nie jest tylko hała­sem mia­sta. Jest sta­nem umy­słu. A jed­nak w tym wszyst­kim ist­nieje moż­li­wość spo­koju. W fil­mie_ Per­fect Days _boha­ter budzi się o świ­cie, czy­ści toa­lety publiczne w Tokio, słu­cha kaset z muzyką z lat sześć­dzie­sią­tych, pod­lewa rośliny. Nic spek­ta­ku­lar­nego. A jed­nak każdy jego gest jest uważny. To nie świat jest spo­kojny, to on wybrał taki spo­sób bycia w świe­cie. Pro­stota nie jest tu ubó­stwem doświad­cze­nia, tylko jego zagęsz­cze­niem. Podobną kon­cen­tra­cję odnaj­du­jemy w fil­mie_ Pater­son. _Kie­rowca auto­busu pisze wier­sze mię­dzy kolej­nymi kur­sami. Ta sama droga, ta sama kawa, ten sam spa­cer z psem. Powta­rzal­ność two­rzy rytm, który porząd­kuje świat. Zwy­czaj­ność nie jest pustką, jest prze­strze­nią uważ­no­ści._

Carl Gustav Jung twier­dził, że to, czego sobie nie uświa­do­mimy, wróci do nas jako los. Tłu­mione kon­flikty i nie­prze­żyte emo­cje two­rzą wewnętrzny rwe­tes. Spo­kój nie jest ich zaprze­cze­niem. Jest odwagą pozwa­la­jącą je zoba­czyć. Bes­sel van der Kolk napi­sał, że „ciało pamięta”. Jeśli napię­cie nie zosta­nie roz­ła­do­wane, zapi­suje się w mię­śniach i odde­chu. Spo­kój zaczyna się więc od regu­la­cji – od powrotu do rytmu ciała. Spo­kój nie jest „świę­tym spo­ko­jem”. Nie jest ucieczką od życia. To zdol­ność bycia w środku zgiełku bez utraty sie­bie. Jak pestka w owocu – twardy rdzeń, który nie reaguje na każdy impuls. Bo spo­kój nie polega na tym, że świat prze­staje hała­so­wać, tylko na tym, że prze­stajemy wie­rzyć, że musimy reago­wać na każdy jego dźwięk.

Spę­dzi­łaś mie­siąc na Fili­pi­nach. Czy tam spo­kój miał inny smak niż tutaj, w War­sza­wie, w codzien­no­ści?

Na Fili­pi­nach ludzie żyją pro­sto. Bar­dzo codzien­nie. To są kato­licy zanu­rzeni w docze­sno­ści – w tym, czym nakar­mić dzieci, jak upra­wiać ryż, jakie owoce wysta­wić na ulicy, żeby sprze­dać. Dzieci wkła­dają mun­durki, idą do szkoły, wra­cają po sie­dem­na­stej. Kościoły są otwarte cały dzień. Wie­czo­rem – reko­lek­cje, modli­twa, zwy­czajny rytm dnia. Jest w tym jakaś powta­rzal­ność, ale nie ner­wowa. Bie­rzesz łódkę, pły­niesz na wyspę. Prze­woź­nik cię dowozi i zasy­pia. Nie­ważne, czy jest ósma rano czy dzie­siąta. Ocean szumi jak man­tra. Słońce wymu­sza spo­wol­nie­nie. Wszystko staje się bar­dziej płynne. To jest świat anty­miej­ski. I choć kocham mia­sto – knajpki, roz­mowy, kino, teatr, wystawy – to jest tryb bar­dzo wyma­ga­jący dla układu ner­wo­wego. I w pew­nym wieku zaczy­nasz to czuć. Ja już wiem, co mi służy, a co mnie prze­ciąża. Ale para­doks polega na tym, że mój war­szaw­ski tryb życia też jest próbą spo­koju. Joga, medy­ta­cja, rower zamiast samo­chodu, goto­wa­nie, świa­dome wybory. Ja ten spo­kój buduję na co dzień. Na Fili­pi­nach docho­dzi jesz­cze jedna rzecz – brak ambi­cji. I wiem, że to może zabrzmieć bru­tal­nie, ale ambi­cja rzadko sprzyja spo­ko­jowi. To jest kon­strukt Zachodu. Tam ludzie zara­biają tyle, ile są w sta­nie zjeść. Nie odkła­dają. Nie pla­nują wiel­kich awan­sów. Japo­nia jest za rogiem, ale poza zasię­giem. I choć mają tele­fony, Insta­gram, widzą świat, to żyją w tym, co jest. Tro­chę z przy­musu, ale też z natu­ral­nej zgody. Są bar­dzo spo­kojni. Bez tem­pe­ra­mentu, który my nazy­wamy „ener­gią”. Z pozy­tyw­nym sto­sun­kiem do rze­czy­wi­sto­ści. Jeśli coś się nie da, to znaj­dzie się ktoś inny, kto to zrobi. Brat, szwa­gier, kuzyn. Zawsze jest roz­wią­za­nie.

Jak myślisz, z czego u nich ten spo­kój wynika? Z morza, z hory­zontu, z tej natury, która wciąga w sie­bie czło­wieka?

Raczej z doświad­cze­nia, że wszystko może znik­nąć w jedną noc. Tam żyje się z taj­fu­nem za ple­cami. Otwie­rasz pro­gnozę i widzisz, że taj­fun jest już za rogiem. I wtedy w jed­nej sekun­dzie wszystko się uprasz­cza – naj­waż­niej­sze jest to, żebyś z two­imi dziećmi prze­żył. Dom, doby­tek, dach mogą prze­stać ist­nieć. Woda zabiera, wiatr dewa­stuje. To daje bar­dzo silne poczu­cie, że nic nie masz na zawsze. I że inwe­sto­wa­nie całej ener­gii w gro­ma­dze­nie, boga­ce­nie się, zabez­pie­cza­nie przy­szło­ści jest ilu­zją. My na Zacho­dzie wie­rzymy, że możemy wszystko zapla­no­wać, obu­do­wać poli­sami, kre­dy­tami, sys­te­mami bez­pie­czeń­stwa. Tam natura ma ostat­nie słowo. I oni w tę ilu­zję kon­troli w ogóle nie inwe­stują. Żyją w tym, co jest.

Czyli ich spo­kój nie jest roman­tyczny, tylko egzy­sten­cjalny?

Tak. To jest spo­kój ludzi, któ­rzy wie­dzą, że nie kon­tro­lują świata. I dla­tego sku­piają się na dniu dzi­siej­szym. Widać to w prze­strzeni. Pamię­tam, jak dotar­łam do El Nido. Długo jedziesz przez dżun­glę i nie wiesz, czego się spo­dzie­wać. A potem nagle dojeż­dżasz do miej­sca, które powstało z wykar­czo­wa­nej prze­strzeni – ktoś zro­bił kawa­łek struk­tury, domek, jakąś ulicę. A nad tym wszyst­kim ogromny klif, dżun­gla wgry­za­jąca się w skałę, skała wpa­da­jąca w ultra­błę­kitny ocean. Natura stwo­rzyła coś dosko­na­łego. I do tego przy­kle­jony jest świat ludzi – try­cy­kle, tuk-tuki, bazar, ryż, owoce, totalny har­mi­der. Ale to nie jest prze­strzeń zapro­jek­to­wana. Nie ma tu luk­susu ani kon­cep­cji. Jest sym­bioza potrzeb z naturą. Droga pro­wa­dzi tylko tam, dokąd można doje­chać. Dalej idziesz pie­szo. Ścieżka powstaje, bo ktoś nią cho­dzi. Cmen­tarz jest na wznie­sie­niu nad oce­anem – naj­pięk­niej poło­żony cmen­tarz, jaki widzia­łam. Musisz go omi­nąć, żeby dojść do kolej­nej dziel­nicy. Życie i śmierć w jed­nym pej­zażu. Bez oddzie­la­nia. Tam wszystko jest myśle­niem o dzi­siej­szych potrze­bach. Owoce zerwane rano jutro już będą sfer­men­to­wane. Więc jesz to, co jest dziś.

Czego się od nich nauczy­łaś? Wró­ci­łaś spo­koj­niej­sza?

Może tak, ale to dopiero zoba­czę po pew­nym cza­sie. Bar­dziej czuję, że wró­ci­łam naener­ge­ty­zo­wana. Speł­niona. Naj­bar­dziej poru­szały mnie wschody słońca. Wsta­wa­łam około pią­tej, szłam na naj­wyż­sze wznie­sie­nie i cze­ka­łam. Wie­dzia­łam, że za chwilę zacznie wyła­niać się ocean z biżu­te­rią wysp aż po hory­zont. Z ciem­no­ści rodziło się świa­tło. Byłam sama. Tylko ja i ten stan, który się we mnie uru­cha­miał. Czu­łam czy­ste szczę­ście. Mia­łam poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być. To była ilu­mi­na­cja. Dar. Wdzięcz­ność, że mogę na to patrzeć. Ten spek­takl odby­wał się dla mnie za darmo. I trwał chwilę, dzie­sięć minut. Kolory się zmie­niały, dzień wkra­czał. I znowu wra­cała lek­cja – nic nie jest na zawsze. Nie zatrzy­masz tego.

Czy to wła­śnie przy­wio­złaś z Fili­pin – nie spo­kój, ale wdzięcz­ność?

Tak. Radość i wdzięcz­ność za to, że świat jest piękny.

A Fili­piń­czycy, któ­rzy żyją zupeł­nie ina­czej niż my – czy oni są dla nas lek­cją? Czy raczej lustrem, w któ­rym widać nasz przy­wi­lej?

Dużo o tym myśla­łam. O tym, jak potężne zna­cze­nie ma to, gdzie się rodzisz. Kto cię ota­cza. Czy ktoś widzi w tobie poten­cjał, czy ktoś mówi: „Możesz wię­cej”. Czy ktoś pomaga ci uwie­rzyć, że twoje marze­nia mają sens i że w ogóle masz prawo je mieć. Tam bar­dzo wyraź­nie widać, jak wiele zależy od startu. Kobiety czę­sto są ska­zane na jedną z nie­wielu dróg – mał­żeń­stwo, czę­sto z kimś z Europy, jako szansę na finan­sową zmianę życia. Dwu­na­ro­dowe mał­żeń­stwa są dość popu­larne. To bywa jedyna realna moż­li­wość „prze­la­nia się” w inny świat. A z dru­giej strony to są rodziny kato­lic­kie, wie­lo­dzietne, bar­dzo wspól­no­towe. Każdy grosz idzie na rodzinę. Nawet jeśli jesteś bar­dzo zdolną dziew­czyną i dobrze się uczysz, stu­dia są kosz­towne. Czę­sto nie­moż­liwe. Musisz pra­co­wać, żeby wspie­rać dom. Więc tak, to jest też świat, w któ­rym poten­cjał bywa ucięty przez eko­no­mię. I kiedy tam jesteś jako turystka, masz w sobie jed­no­cze­śnie zachwyt i ucisk w sercu. Myślisz: „Jaką ja jestem szczę­ściarą. Mogę być tu z wyboru. Mogę pra­co­wać w zawo­dzie, który kocham. Mogę podró­żo­wać. Mogę wybie­rać”. To jest ogromny przy­wi­lej. Ale nie chcę przez to powie­dzieć, że oni są sfru­stro­wani. Wła­śnie nie. I to budzi mój wielki podziw. Mam poczu­cie, że jest w nich zgoda na to, co mają.

Czy są szczę­śliwi?

Szczę­ście jest bar­dzo subiek­tywne, więc nie chcę nad­uży­wać tego słowa. Ale widzia­łam ludzi uśmiech­nię­tych. Rado­snych. Chęt­nych do zabawy, tańca, śmie­chu. Fili­piń­czycy żyją bar­dzo spo­łecz­nie. Razem gotują, razem cho­dzą, razem się śmieją. Dzieci jedzą razem, jeż­dżą na rowe­rach, grają w koszy­kówkę. To jest życie w gru­pie. I wtedy myślę o nas – Europa, Ame­ryka, Zachód. Kul­tura samot­ni­ków. Możesz mieć trzy­sta tysięcy laj­ków i być sama. Bo to wszystko jest wir­tu­alne. Psy­cho­lo­dzy mówią o tym od lat – to, co wir­tu­alne, nie karmi. Tam dwu­na­stu chło­pa­ków gra w koszy­kówkę na kle­pi­sku. Koszem jest jakaś pro­wi­zo­ryczna obręcz, piłka ledwo się odbija. Ale oni wal­czą o punkty, przy­bi­jają piątki, śmieją się, piją Coca-Colę. To jest auten­tyczne. To jest wspólne prze­ży­cie. Przy­po­mi­nały mi się moje wiej­skie czasy. Gra­li­śmy z kuzy­nami przy koszu na ziem­niaki. Wykrzy­ki­wa­li­śmy nazwi­ska pił­ka­rzy czy koszy­ka­rzy, opie­ra­li­śmy się na wyobraźni. Jeden miał za małe buty, drugi za duże, trzeci był w klap­kach. To nie miało zna­cze­nia. Liczyło się to, że jeste­śmy razem. Tam też nie ma nad­mier­nego przy­wią­zy­wa­nia wagi do tego, kto jak wygląda, w co jest ubrany. Nie jest to nędza – to jest po pro­stu brak obse­sji. I może wła­śnie to daje im lek­kość.

Mówisz o wspól­no­cie, Fili­pi­nach, ener­gii ludzi. A jed­nak w War­sza­wie szu­kasz ciszy raczej w sobie niż wokół sie­bie. Czy ta cisza jest dziś efek­tem codzien­nej prak­tyki – jogi, medy­ta­cji, pracy z myślami?

Dzień zaczyna się od jogi. Prak­ty­kuję asz­tangę. To dyna­miczna forma z okre­śloną sekwen­cją, tak zwaną pri­mary series. Kiedy mam czas, robię ją w cało­ści, to około godziny i pięt­na­stu minut. A kiedy nie mam, wybie­ram asany, które naj­bar­dziej mnie sta­bi­li­zują. Zawsze są powi­ta­nia słońca, pozy­cje sto­jące, część sie­dzą­cych. Pozy­cje odwró­cone, które dotle­niają mózg. I zawsze znaj­duję moment na medy­ta­cję. Jeśli mam zdję­cia o pią­tej rano, nie wstaję o trze­ciej, żeby „odha­czyć” jogę. Orga­nizm nie byłby na to gotowy. W takich dniach znaj­duję czas póź­niej – na pla­nie, w gar­de­ro­bie, gdzie­kol­wiek. A jeśli nie ma prze­strzeni, odpusz­czam. Joga nie może być prze­mocą wobec sie­bie. Naj­bar­dziej kocham moment medy­ta­cyj­nego Om. Cza­sem trwa tylko sie­dem minut. I kiedy wcho­dzę w ten dźwięk, czuję, że coś bar­dzo dobrego dzieje się z moim mózgiem. Bo mój umysł pro­du­kuje ogromną ilość myśli. Zalewa mnie nimi. Wiem, że mind­ful­ness ofe­ruje narzę­dzia, żeby nie dać się porwać każ­dej z nich, ale to jest trudne, zwłasz­cza kiedy jest się osobą tem­pe­ra­mentną. A ja taka jestem. Czę­sto poja­wiają się myśli lękowe, kry­tyczne, kata­stro­ficzne. Dla­tego prak­tyka jest dla mnie spo­so­bem odzy­ski­wa­nia steru. Przy­wra­ca­nia rów­no­wagi. Może dla­tego Fili­piny i War­szawa wcale się nie wyklu­czają. Tam jest wspól­nota i żywioł, tutaj jest prak­tyka i praca z umy­słem. A ja pró­buję w tym wszyst­kim zna­leźć miej­sce, w któ­rym naprawdę jest cicho.

Pamię­tasz, kiedy joga stała się dla cie­bie prak­tyką, bez któ­rej trudno sobie wyobra­zić codzien­ność?

To już osiem­na­ście lat. Zaczy­na­łam od jogi Iyen­gara. Cho­dzi­łam do tej samej nauczy­cielki co Maja Osta­szew­ska, która od zawsze jest dla mnie auto­ry­te­tem w dba­niu o ciało, świa­do­mym życiu, spo­so­bie odży­wia­nia. Kiedy uro­dzi­łam syna, wspie­rała mnie i kon­sul­to­wała w wege­ta­riań­skiej die­cie przy małym dziecku. Maja zawsze chęt­nie się dzieli wie­dzą i to jest wspa­niałe. Joga Iyen­gara była spo­kojna, bar­dzo pre­cy­zyjna, tech­niczna, dużo usta­wia­nia ciała i uważ­no­ści. Po jakimś cza­sie poczu­łam jed­nak, że potrze­buję cze­goś bar­dziej dyna­micz­nego – ruchu, siły, prze­pływu. I wtedy poja­wiła się asz­tanga. Zresztą ja w ogóle mam w sobie potrzebę pró­bo­wa­nia. Jeśli poja­wia się coś nowego, spraw­dzam. Cza­sem coś zostaje, cza­sem odpada. W ten spo­sób poznaję sie­bie. W tam­tym cza­sie joga zaczęła też mocno wcho­dzić do naszego aktor­skiego świata, poja­wiali się nauczy­ciele, zaczęto o niej mówić. Poszłam spró­bo­wać. I zosta­łam. Ale tak naprawdę zosta­łam przez oddech. Mia­łam pro­blemy z oddy­cha­niem. Kiedy czy­ta­łam, że w jodze oddy­cha się ina­czej, że pra­cuje się z odde­chem tak, żeby mózg dosta­wał wię­cej tlenu, uzna­łam to za dość abs­trak­cyjne – prze­cież oddy­chanie wydaje się czymś oczy­wi­stym. A potem przy­szła prak­tyka: pół­to­rej godziny w ciszy, bez mówie­nia, tylko oddech przez nos, wdech i wydech, pełne sku­pie­nie na tym, co dzieje się w ciele. I nagle poczu­łam coś nie­zwy­kłego, jakby mój mózg wresz­cie dostał powie­trze, któ­rego bra­ko­wało mu od lat. Poja­wiło się uczu­cie takiej lek­ko­ści, jak­bym się uno­siła. Myślę, że wła­śnie wtedy zaczęła się moja praw­dziwa rela­cja z jogą.

Co joga i medy­ta­cja dają ci dzi­siaj – jako aktorce, kobie­cie żyją­cej w napię­ciu, w stre­sie, w biegu?

Natych­mia­stowy powrót do sie­bie. Jeśli czuję napię­cie – przed wyj­ściem na scenę, za kuli­sami, w stre­su­ją­cej sytu­acji – wcho­dzę w oddech. I nagle jestem tu i teraz. Bo tak naprawdę, jak mówią bud­dy­ści, jedyne, co rze­czy­wi­ście mamy, to oddech. Dom, samo­chód, kariera – to wszystko są rze­czy zewnętrzne. Oddech jest jedyną pewną wła­sno­ścią. Kiedy go nie ma, nie ma już niczego. Ta pro­sta prawda działa jak kotwica. Przy­po­mi­nam ją sobie w momen­tach napię­cia i to mnie sta­bi­li­zuje. Po prak­tyce jogi koń­czę wszystko sza­wa­saną, czyli cał­ko­wi­tym roz­luź­nie­niem ciała. Potem sia­dam na poduszce medy­ta­cyj­nej i włą­czam chan­ting Om nagrany przez mni­chów. Ten dźwięk, głę­boki, prze­strzenny, z gon­gami, prze­nosi mnie w zupeł­nie inny rejon umy­słu. To tro­chę jak wej­ście do świą­tyni, ale takiej wewnętrz­nej. Dźwięk zaczyna wibro­wać w ciele, a myśli, które wcze­śniej pędziły, powoli się roz­rze­dzają. Nie zawsze zni­kają, ale tracą swoją siłę. Cza­sem trwa to dwa­dzie­ścia minut, cza­sem kró­cej, zależy od dnia. Ale zawsze poja­wia się moment, w któ­rym mam wra­że­nie, że ktoś ści­sza radio gra­jące zbyt gło­śno w gło­wie. I wtedy rze­czy­wi­ście robi się ciszej.

Spo­kój to twoja decy­zja czy efekt zmę­cze­nia świa­tem? Skąd w ogóle wzięła się w tobie ta potrzeba?

Zawsze potrze­bo­wa­łam natury. A natura to dla mnie syno­nim spo­koju – las, łąki, woda, pro­mie­nie słońca. Pierw­szym obra­zem, który poja­wia się w mojej gło­wie, jest wieś moich dziad­ków. Spę­dzi­łam tam ogromną część dzie­ciń­stwa. Potem małe mia­steczko dru­giej babci, kolejne lata, kolejne kra­jo­brazy. I ten obraz noszę w sobie do dziś – idę przed sie­bie jak taki włó­czy­kij, wcho­dzę do lasu, nad jezioro, do potoku, który nie jest komer­cyjny, nie jest „zaopie­ko­wany”, tylko jest praw­dziwy. Sia­dam z książką nad wodą, pły­wam, cho­dzę godzi­nami. Bez tego mnie nie ma. Ten spo­kój był zawsze w natu­rze, więc może ja tylko całe życie pró­buję do niego wra­cać.

A potem tra­fiasz do War­szawy, do mia­sta, które jest ruchem, tem­pem, ambi­cją. Jak w nim odnaj­du­jesz sie­bie?

Wtedy zaczy­nają się rytu­ały. Wła­ści­wie całe moje życie jest z nich utkane. Dzięki nim w tym miej­skim pędzie odzy­skuję wła­sny rytm. Rano jest joga i medy­ta­cja – to pierw­szy moment, kiedy zbie­ram sie­bie w całość. Potem zimny prysz­nic. Bez niego mój mózg nie wcho­dzi w tryb aktyw­no­ści. To jak naci­śnię­cie przy­ci­sku „start”, sygnał dla ciała, że dzień naprawdę się zaczyna. Potem są soki. Jestem od nich tro­chę uza­leż­niona. Lubię ten moment, kiedy wkła­dasz do wyci­skarki owoce i warzywa, a po chwili zostaje z nich czy­sta esen­cja – kon­cen­tra­cja smaku, koloru i ener­gii. Pierw­szy posi­łek jem dopiero około połu­dnia i to jest dla mnie mała cele­bra­cja, naj­waż­niej­szy moment dnia przy stole. Robię dużą sałatę, warzywa, coś peł­no­war­to­ścio­wego i przy­go­to­wuję to spo­koj­nie, z uwagą. Samo kro­je­nie i mie­sza­nie jest już czę­ścią rytu­ału. Jeśli nie mam czasu, zabie­ram do pracy kok­tajl, ale też robię go świa­do­mie, nie w biegu. Sta­ram się jeść nie­wiele, bo nad­miar jedze­nia mi nie służy. A jed­no­cze­śnie jestem łasu­chem – kocham smaki, sło­dy­cze potra­fią mnie cał­ko­wi­cie roz­broić, więc muszę być wobec sie­bie czujna. To, co jem, musi być dobre i praw­dziwe, cza­sem ten pierw­szy posi­łek jest jedy­nym w ciągu dnia. Potem moja uko­chana kawa, przy­go­to­wana dokład­nie tak, jak lubię. I czy­ta­nie. Codzien­nie czy­tam. To jest dla mnie coś nie­na­ru­szal­nego. Czy­ta­nie wyci­sza, porząd­kuje myśli i karmi umysł czymś, co nie jest przy­pad­kowe. Dzięki temu nawet w mie­ście, które pędzi, mogę na chwilę zatrzy­mać czas.

Mówisz o rytu­ałach jak o szkie­le­cie dnia. Czy one są po to, żeby było pięk­niej, czy po to, żeby się nie roz­sy­pać?

To mój spo­sób na nie­zgu­bie­nie się. Świat jest gło­śny, inwa­zyjny, pełen bodź­ców. Jeśli nie stwo­rzę sobie wła­snej struk­tury, łatwo można się w nim roz­pły­nąć. Rytu­ały porząd­kują dzień i porząd­kują myśli. Dają poczu­cie spraw­czo­ści. A ja mam tem­pe­ra­ment żywy, myśli dużo, ener­gii jesz­cze wię­cej. Rytuał jest więc dla mnie jak rama, w któ­rej ta ener­gia może się bez­piecz­nie zmie­ścić. Dzięki temu nie roz­pra­sza się na wszyst­kie strony. Czy­ta­nie jest jed­nym z takich punk­tów sta­łych. Potra­fię bez niego funk­cjo­no­wać, ale nie chcę. Zawsze mam przy sobie książkę albo Kin­dle’a. Jeśli dzień jest krótki i pełen spraw, czy­tam choć jeden roz­dział. Jeśli mam wię­cej czasu, mini­mum pięć­dzie­siąt stron – tyle, żeby wejść w histo­rię i pójść z nią kawa­łek dalej. Czy­ta­nie daje mi poczu­cie cią­gło­ści, wypro­wa­dza mnie poza bie­żączkę dnia. Przy­po­mina, że życie jest więk­sze niż to, co wyda­rza się w ciągu kilku godzin. Rytu­ałem jest też czy­stość. Lubię mieć porzą­dek w domu. Nie cho­dzi o obse­sję, raczej o pie­lę­gno­wa­nie prze­strzeni. Chcę wra­cać do miej­sca, które mnie wita, które mówi: „Jesteś u sie­bie”. Żeby było w nim coś z małego święta, z poczu­cia ładu. Dom powi­nien uspo­ka­jać, nie dokła­dać cha­osu. Wie­czo­rem, jeśli tylko mogę, biorę długą kąpiel. Zapa­lam świecę i powoli odpły­wam w noc. To jest moment przej­ścia ze świata aktyw­no­ści w świat ciszy. Sma­ruję ciało kre­mem, zwal­niam, cele­bruję tę chwilę. To są dro­bia­zgi, ale wła­śnie z nich składa się poczu­cie, że dzień miał sens.

A czego już nie robisz, żeby chro­nić swój spo­kój?

Nie się­gam po tele­fon zaraz po prze­bu­dze­niu. Pora­nek jest momen­tem szcze­gól­nym – dopiero wycho­dzisz ze snu, jesteś jesz­cze na gra­nicy dwóch świa­tów. A dla mnie sny są bar­dzo ważne. Jung i jego praca nad nie­świa­do­mo­ścią wiele mi w tym sen­sie wyja­śniły. Jeśli się­gnę po tele­fon, świat snu natych­miast znika, roz­pra­sza się jak mgła. A ja chcę jesz­cze chwilę zostać w tym sta­nie, pod powie­kami, w obra­zach, które przy­nio­sła noc. Bo moja nie­świa­do­mość mówi do mnie wła­śnie wtedy. Śni mi się dużo. I pięk­nie. Bar­dzo czę­sto latam. To motyw, który wraca. Lecę nad jakimś kra­jo­bra­zem, patrzę z góry. Jest w tym ogromna lek­kość, poczu­cie wol­no­ści, jakby na chwilę zni­kał cię­żar codzien­no­ści.

A co wytrąca cię ze spo­koju – bar­dziej świat zewnętrzny czy twoje wła­sne myśli?

Myśli są potężne. To, co o sobie myślimy, jak kon­stru­ujemy nar­ra­cję o swoim życiu, o decy­zjach, o błę­dach, ma ogromny wpływ na to, jak się czu­jemy. Ale ja jestem też bar­dzo wraż­liwa na to, co się dzieje wokół mnie. Na słowa. Na ton. Na atmos­ferę. Długo uda­wa­łam, że nic mnie nie boli. Że się nie boję. Że nic się nie stało. I wtedy to rosło. Trzy­krot­nie. Teraz wiem, że trzeba dać temu prze­strzeń. Usiąść z tym. Nie wypie­rać. Kiedy coś mnie wybija ze spo­koju, sia­dam na poduszce. Wcho­dzę w to uczu­cie. Pozwa­lam mu się wysy­cić. I dzieje się coś cie­ka­wego – ono zaczyna się trans­for­mo­wać. Złość prze­staje być zło­ścią, lęk prze­staje być lękiem. Zostaje czy­ste doświad­cze­nie, które prze­cho­dzi w coś nowego. Ale to wymaga odwagi, żeby nie ucie­kać.

Czy ten moment, w któ­rym głowa zaczyna wiro­wać jak pralka – natłok myśli, sce­na­riu­szy, lęków – był w twoim życiu epi­zo­dem czy raczej roz­po­zna­niem: „Taka jestem, taki jest mój umysł”? I czy można w ogóle zaprzy­jaź­nić się z wła­snym cha­osem, zamiast go zwal­czać?

Przez długi czas myśla­łam, że to są jakieś incy­denty, że coś mnie przy­tło­czyło, że za dużo pracy, ludzi, emo­cji. A potem zro­zu­mia­łam, że to nie epi­zody, tylko kon­struk­cja mojego umy­słu. Ja żyję inten­syw­nie. Dużo czy­tam, dużo słu­cham, dużo odbie­ram. Ludzie przy­cho­dzą ze swo­imi histo­riami, z proś­bami, ocze­ki­wa­niami. Jestem chłonna. Więc w środku musi być ruch. To jest cena tej wraż­li­wo­ści. W pew­nym momen­cie prze­sta­łam z tym wal­czyć. Zro­zu­mia­łam, że mózg to organ, nie wyrocz­nia. Tak jak ręce wyko­nują ruch i oczy reje­strują obraz, tak mózg pro­du­kuje myśli. Nie wszyst­kie są prawdą i nie wszyst­kie wyma­gają reak­cji. I wtedy zaczę­łam nie tyle je wyłą­czać, ile wybie­rać. Kiedy poja­wia się myśl lękowa, czuję ją w ciele – w żołądku, w napię­ciu. Sia­dam i zamiast roz­wi­jać ją jak czarną nić, pró­buję ją prze­pi­sać. Two­rzę inny sce­na­riusz. Nie po to, żeby zakła­mać rze­czy­wi­stość, tylko żeby odzy­skać spraw­czość. To jest praca, cza­sem żmudna, ale dzięki niej chaos prze­staje być wro­giem. Staje się ener­gią, którą można prze­kie­ro­wać. Daniel Kah­ne­man pisał o dwóch try­bach myśle­nia: szyb­kim i wol­nym. Spo­kój rodzi się w tym wol­nym – w decy­zji, by nie reago­wać natych­miast, by pozwo­lić emo­cji opaść. Bio­lo­gicz­nie trwa ona kil­ka­dzie­siąt sekund, jeśli jej nie dokar­mimy wła­sną nar­ra­cją.

Mówisz o wybo­rze myśli jak o wybie­ra­niu ubrań z szafy. Czy to zna­czy, że spo­kój nie jest sta­nem, tylko codzienną decy­zją inter­pre­ta­cji, aktem wol­nej woli wobec rze­czy­wi­sto­ści, która wcale nie jest łagodna?

Spo­kój nie jest dany. Spo­kój jest budo­wany. Każ­dego dnia. Jeśli zaczyna padać deszcz i nagle wszystko w moim pla­nie się roz­sy­puje, mam dwie moż­li­wo­ści. Mogę utknąć w iry­ta­cji, w tym, że „miało być ina­czej”. Albo mogę zmie­nić nar­ra­cję. Zda­rza się, że po pro­stu jadę rowe­rem przez War­szawę w desz­czu. Ludzie cho­wają się pod para­so­lami, prze­my­kają mię­dzy kału­żami, a ja jadę dalej. Czuję kro­ple na twa­rzy, wiatr, ruch mia­sta. I nagle oka­zuje się, że to wcale nie jest kata­strofa, tylko doświad­cze­nie. Oczy­wi­ście, że czuję fru­stra­cję – nie udaję, że jej nie ma. Ale nie chcę w niej zamiesz­kać. Więc zamiast roz­wi­jać czarny sce­na­riusz, pró­buję przed­sta­wić sobie tę sytu­ację ina­czej. To nie jest naiw­ność. To jest higiena psy­chiczna. Bo jeśli oddam inter­pre­ta­cję świata wyłącz­nie auto­ma­tycz­nym myślom, one pra­wie zawsze pójdą w stronę lęku. A ja nie chcę być try­bem w maszy­nie wła­snych kata­stro­ficz­nych pro­jek­cji. Chcę być współ­au­torką tego, jak prze­ży­wam świat.

A scena – ten moment tuż przed wej­ściem, kiedy świa­tło gaśnie, a ty sto­isz przy kuli­sie – czy to jest moment abso­lut­nego sku­pie­nia czy moment kon­fron­ta­cji z wła­snym ego? Kamera i widow­nia wyostrzają twój spo­kój czy roz­sz­czel­niają go?

Ja kocham grać. I ta miłość jest sil­niej­sza niż lęk. Kie­dyś była trema. Dzi­siaj jej nie ma. Cza­sem za nią tęsk­nię, bo była jak przy­prawa – ostra, wyra­zi­sta. Ale brała się z braku pew­no­ści. Z pyta­nia: „Czy wystar­czę?”. Dziś wiem, że wystar­czę, jeśli dam z sie­bie wszystko. Przed wej­ściem robię pompki – uru­cha­miam ciało, bo ciało musi być gotowe. Potem sia­dam. Dwie, trzy minuty w ciszy. I myślę: „To jest dar. Że ludzie przy­szli. Że możemy się spo­tkać. Że tekst, który wypo­wiem, ma sens”. Wysy­łam tę myśl jak strzałę, żeby było dobrze, żeby to było praw­dziwe. I wtedy scena nie roz­sz­czel­nia mnie. Ona mnie zbiera. Sku­pia. Daje poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być.

Powie­dzia­łaś, że przez lata uczy­łaś się defi­nio­wać dobro i zło po swo­jemu. Czy ta praca nad sobą – nad myślą, odde­chem, nad defi­ni­cją sie­bie – była drogą do spo­koju czy raczej drogą do odwagi, by żyć bez cudzych defi­ni­cji?

Myślę, że to była droga do auto­no­mii. Nie mogłam przy­jąć goto­wych odpo­wie­dzi. Musia­łam spraw­dzić je w sobie. Co mnie wzmac­nia? Co mnie osła­bia? Co powo­duje, że czuję wzrost, a co, że się kur­czę? Patrzę na ostat­nie dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat i widzę pro­ces. Każda decy­zja – zawo­dowa, oso­bi­sta – była lek­cją. Uczy­łam się swo­jej duszy. Uczy­łam się, czego naprawdę potrze­buję. I scenę też musia­łam zde­fi­nio­wać. Czy gram po to, żeby coś udo­wod­nić? Czy po to, żeby być podzi­wiana? Nie. Gram po to, żeby się spo­tkać. A kiedy moty­wa­cja jest czy­sta, spo­kój przy­cho­dzi natu­ral­nie. Nie jako nagroda. Jako kon­se­kwen­cja.

Zda­rzyło ci się wejść w postać, która naru­szyła twój pry­watny porzą­dek – tak głę­boko, że nie była już rolą, tylko real­nym wstrzą­sem dla two­jej psy­chiki? Czy bycie aktorką ozna­cza cza­sem zgodę na to, że ktoś obcy zamieszka w twoim wnę­trzu?

Tak. I to była rola, z którą, jak uwa­żam, psy­chicz­nie sobie nie pora­dzi­łam. Lady Mac­beth. W tej pierw­szej czę­ści – kiedy ona jest napę­dem zbrodni, kiedy jej ambi­cja jest bez­względna, kiedy pro­wa­dzi męża do zwy­cię­stwa po tru­pach – było mi potwor­nie ciężko. To było wbrew moim war­to­ściom. Nie umia­łam zna­leźć w sobie miej­sca, które by ją uspra­wie­dli­wiało. Byłam bar­dzo młoda, byłam chyba naj­młod­szą Lady Mac­beth w pol­skim teatrze, i może dla­tego wiele mi wyba­czono. Ale czu­łam roz­dar­cie. Nie mia­łam doświad­cze­nia, nie mia­łam narzę­dzi. Druga część, kiedy ona wpada w obłęd, była dla mnie łatwiej­sza – bo obłęd jest jakąś kon­se­kwen­cją, pokutą, roz­pa­dem, który można sobie wyobra­zić. Reży­ser Pio­trek Krusz­czyń­ski miał cie­kawy pomysł – poka­zał ją jako bar­dzo młodą dziew­czynę, zaśle­pioną ambi­cją, naiwną w swo­jej wie­rze, że przej­dzie przez zbrod­nię suchą stopą. To było praw­dziwe. Ale ja wra­ca­łam po spek­ta­klu roz­bita. W tam­tym cza­sie robi­li­śmy to, co wielu akto­rów – wino, papie­ros, roz­mowa, aż emo­cje opadną. To był spo­sób, żeby odda­lić się od mrocz­nych uczuć, które w sobie nosi­łam. To nie jest tak, że zdej­mu­jesz kostium i jesteś z powro­tem sobą. Ciało pamięta. Układ ner­wowy pamięta. To było eks­tre­malne doświad­cze­nie.

Kiedy zro­zu­mia­łaś, że emo­cji postaci nie można zagłu­szać, tylko trzeba je roz­ła­do­wać ina­czej – ruchem, cia­łem, świa­domą pracą?

Póź­niej. Przy _Matce i dziecku_. To rola wyma­ga­jąca emo­cjo­nal­nie. Po spek­ta­klu byłam jak po bitwie. I wtedy zaczę­łam czy­tać o mecha­ni­zmach regu­lo­wa­nia napię­cia, o tym, jak ludzie w tera­piach radzą sobie z napę­dem i nie­po­ko­jem. Zro­zu­mia­łam, że trzeba zejść do ciała. Że ruch jest natu­ral­nym wyj­ściem z prze­cią­że­nia. Zaczę­łam jeź­dzić rowe­rem bez względu na pogodę. Zimą, w desz­czu, w mro­zie. Na naj­niż­szej prze­rzutce, żeby wysi­łek był realny, żeby nogi pra­co­wały, żeby pot spły­wał. To było oczysz­cza­jące. Emo­cje, które przy­no­si­łam ze sceny, zaczy­nały się roz­pra­szać w ryt­mie peda­ło­wa­nia. A potem kąpiel – długa, gorąca, woda jak masaż. Naj­pierw inten­sywny ruch, potem relaks. To stało się moim spo­so­bem na wycho­dze­nie z roli. I z cza­sem rze­czy­wi­ście rola zamie­niła się w kostium – zdej­mo­wa­łam ją, strzą­sa­łam i wra­ca­łam do sie­bie.

Czy w któ­rymś momen­cie zaczę­łaś słu­chać sie­bie bar­dziej niż kogo­kol­wiek innego, prze­sta­łaś budo­wać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa na kimś, a zaczę­łaś na sobie?

Tak. I była to długa droga. Moje życie ni­gdy nie było liniowe. W rela­cjach przez wiele lat byłam osobą, która inwe­sto­wała wszystko – w miłość, w męż­czy­znę, w zwią­zek. Wie­rzy­łam, że jeśli będę wystar­cza­jąco oddana, jeśli całą ener­gię włożę w „nas”, to szczę­ście sta­nie się wspólne. Odda­wa­łam rela­cji bar­dzo dużo miej­sca, bar­dzo dużo uwagi. A potem przy­cho­dziło roz­cza­ro­wa­nie. Bo nie da się oprzeć wła­snego życia na kimś dru­gim. Nie da się zło­żyć sie­bie w ofie­rze z nadzieją, że druga osoba ponie­sie to dalej. I myślę, że przez długi czas było mi z tym szcze­gól­nie trudno także dla­tego, że wycho­wa­łam się w domu, w któ­rym miłość była czymś bar­dzo sta­bil­nym. Moi rodzice są razem od ponad czter­dzie­stu lat. Ich histo­ria jest pro­sta i piękna – mama i tata, wspólna droga, wspólne życie. Widzia­łam ten model od dziecka i bar­dzo go sza­no­wa­łam. A moje życie poto­czyło się ina­czej. Były związki, które się koń­czyły, był jeden mąż, drugi, potem kolejny part­ner… I cza­sem naprawdę poja­wiało się we mnie takie nie­przy­jemne uczu­cie, jak­bym nie do końca mie­ściła się w tym rodzin­nym wzorcu. Jak­bym nie potra­fiła powtó­rzyć tej histo­rii, którą moi rodzice prze­żyli razem. Dopiero z cza­sem zaczę­łam rozu­mieć, że ludzie mają różne drogi. Moi rodzice tra­fili na sie­bie ide­al­nie, i to jest piękne. Ale to nie zna­czy, że każdy czło­wiek musi powtó­rzyć ten sam sce­na­riusz. Ja jestem osobą bar­dzo dyna­miczną. Lubię ruch, zmiany, nowe doświad­cze­nia. I musia­łam nauczyć się przyj­mo­wać tę prawdę o sobie bez poczu­cia winy. W pew­nym momen­cie naprawdę zapy­ta­łam sie­bie: „Co ja wła­ści­wie robię? Dla­czego zawsze sta­wiam sie­bie na końcu? Prze­cież jestem matką, mam rodzinę, mam pracę, mam swoje życie. Dla­czego te pro­por­cje są tak zabu­rzone?”. I wtedy zaczę­łam się sobie uważ­nie przy­glą­dać. Całej sobie. Ciału, zdro­wiu, temu, co jem, jak się ruszam, jak oddy­cham. Ale też temu, co dzieje się w mojej gło­wie i w emo­cjach. To był pro­ces powol­nego odzy­ski­wa­nia sie­bie. Z cza­sem zro­zu­mia­łam coś bar­dzo pro­stego: jeśli sama o sie­bie nie zadbam, nikt nie zrobi tego za mnie. I w pew­nym sen­sie sta­łam się dla sie­bie naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

Miłość wła­sna – brzmi to banal­nie, a cza­sami oka­zuje się naj­trud­niej­szą z miło­ści. Czym ona dla cie­bie jest? Samo­ak­cep­ta­cją? Dys­cy­pliną? Czu­ło­ścią wobec sie­bie?

To nie jest nar­cyzm ani zachwyt nad sobą. To odpo­wie­dzial­ność. To umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sie­bie z wielu stron – także tych nie­wy­god­nych – i zaak­cep­to­wa­nia faktu, że się zmie­niam. Że nie jestem tą samą kobietą, którą byłam pięć czy dzie­sięć lat temu. Że mam cie­nie, sła­bo­ści, że cza­sem się mylę. Ale to ja mam ze sobą spę­dzić całe życie. Więc wolę być dla sie­bie życz­liwa i wyma­ga­jąca jed­no­cze­śnie, a nie surowa i zależna od czy­jejś apro­baty.

A kiedy w rela­cji poja­wia się napię­cie, kim jesteś czę­ściej – tą, która uspo­kaja prze­strzeń, czy tą, która sama potrze­buje uko­je­nia?

Naj­czę­ściej uspo­ka­jam. To jest chyba coś, co mam w sobie od zawsze. Pod­czas kon­fliktu pierw­szym odru­chem nie jest dla mnie obrona ani atak, tylko próba zoba­cze­nia, co naprawdę się wyda­rzyło. Wiem z doświad­cze­nia, że więk­szość napięć można roz­broić roz­mową, cza­sem nawet odro­biną humoru. Kiedy poja­wia się spór, mówię to, co myślę, ale nie przy­wią­zuję się kur­czowo do racji. Wypo­wia­dam słowo i pozwa­lam mu wybrzmieć. Ono rezo­nuje albo nie – to już nie jest cał­ko­wi­cie w mojej mocy. Nie muszę wygry­wać. Z wie­kiem zro­zu­mia­łam, że w rela­cjach wygrana bar­dzo czę­sto ozna­cza czy­jąś prze­graną, a to rzadko buduje bli­skość. Dużo bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie. Jeśli druga osoba jest gotowa roz­ma­wiać, zawsze znaj­dzie się jakaś droga. A jeśli nie – uczę się przyj­mo­wać rów­nież to. Nie mamy wpływu na wszystko, co dzieje się mię­dzy ludźmi. I to przy­ję­cie gra­nic wła­snej spraw­czo­ści też jest formą spo­koju.

Powie­dzia­łaś kie­dyś, że spo­kój bywa waż­niej­szy niż racja. Czy to zna­czy, że har­mo­nia w rela­cji jest dla cie­bie waż­niej­sza niż triumf w spo­rze?

Spo­kój nie jest dla mnie ciszą ani uni­ka­niem napię­cia. To nie jest też bycie miłą za wszelką cenę. Raczej pewien wewnętrzny ład – poczu­cie, że różne ele­menty mogą współ­ist­nieć bez potrzeby domi­na­cji. Nie muszę nikogo prze­ko­ny­wać ani udo­wad­niać swo­jej racji, żeby wie­dzieć, kim jestem. Kon­flikty mnie męczą, bo bar­dzo szybko zaczy­nają roz­bi­jać tę rów­no­wagę. Oczy­wi­ście potra­fię wejść w spór – cza­sem nawet robię to tro­chę aktor­sko, jak ćwi­cze­nie dyna­miki roz­mowy. Ale w środku zawsze bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie niż wygrana. Kiedy ktoś pod­nosi głos, zatrzy­muję tę chwilę i nazy­wam ją. Pytam: „Czy ty krzy­czysz?”. Bo ton potrafi zabić sens słów. I bar­dzo czę­sto ludzie nawet nie wie­dzą, że zaczęli krzy­czeć. Wtedy napię­cie opada. Spo­kój zaczyna się od uważ­no­ści – od momentu, w któ­rym ktoś wresz­cie dostrzega, co naprawdę się dzieje mię­dzy nami.

Czy w któ­rymś momen­cie zro­zu­mia­łaś, że dla zacho­wa­nia wła­snego spo­koju trzeba cza­sem odejść – nawet z rela­cji, w któ­rej było uczu­cie?

Tak. I to było trudne doświad­cze­nie. Przez wiele lat wie­rzy­łam, że jeśli w rela­cji jest miłość, to wszystko można napra­wić. Że wystar­czy wię­cej roz­mowy, wię­cej zro­zu­mie­nia, wię­cej dobrej woli. Ale z cza­sem zoba­czy­łam, że są dyna­miki, któ­rych nie da się uzdro­wić samą inten­cją. Kiedy w rela­cji zaczyna poja­wiać się prze­moc – nie tylko fizyczna, ale też psy­chiczna, oparta na rywa­li­za­cji, pod­wa­ża­niu, pró­bie domi­na­cji – wtedy coś w środku mówi mi bar­dzo wyraź­nie: to nie jest miej­sce dla cie­bie. Kie­dyś trwa­łam w takich sytu­acjach dłu­żej, pró­bu­jąc wszystko napra­wić. Dziś wiem, że nie każdą rela­cję da się ura­to­wać. Spo­kój nie jest ucieczką. Jest wybo­rem śro­do­wi­ska, w któ­rym można oddy­chać. Jeśli w jakiejś prze­strzeni zaczyna bra­ko­wać powie­trza, trzeba mieć odwagę wyjść – nawet jeśli ozna­cza to stratę. Bo dopiero wtedy naprawdę wraca się do sie­bie.

Macie­rzyń­stwo wzmoc­niło twój spo­kój czy raczej wpro­wa­dziło per­ma­nentne drże­nie pod skórą?

Macie­rzyń­stwo jest para­dok­sem. Z jed­nej strony to naj­więk­sza miłość – taka, która zako­rze­nia. Poczu­cie, że żyję naprawdę. Że stoję twardo na wła­snych nogach. Poczu­cie, że jestem potrzebna, odpo­wie­dzialna, wspie­ra­jąca. Z dru­giej strony wraz z naro­dzi­nami dziecka rodzi się lęk – i już zostaje. Nie­za­leż­nie od wieku dziecka. To jest ten rodzaj tro­ski, któ­rego nie da się wyłą­czyć. Ale tak… dopiero kiedy zaczę­łam być mamą, dotarły do mnie praw­dziwy spo­kój i poczu­cie waż­no­ści tej rela­cji.

Czego musia­łaś prze­stać się bać, żeby odzy­skać rów­no­wagę?

Musia­łam prze­stać się bać swo­jej zmien­no­ści. Swo­jej potrzeby wol­no­ści. Tego, że jestem osobą dyna­miczną, że kocham nowe bodźce, inspi­ra­cje, że trudno mnie zamknąć w jed­nej defi­ni­cji. Jak wspo­mnia­łam, pocho­dzę z domu, w któ­rym rodzice są ze sobą czter­dzie­ści sześć lat. Sta­bil­ność była normą. A moje życie bywało falą – związki się zaczy­nały, koń­czyły, zmie­niały. I długo czu­łam się winna, jakby to świad­czyło o jakiejś wadzie. Musia­łam zro­zu­mieć, że taka jestem. Że to nie jest zepsu­cie, tylko tem­pe­ra­ment. W pracy i w świe­cie zewnętrz­nym jestem eks­pre­syjna, dyna­miczna, eks­plo­ru­jąca. W domu, w rela­cji z samą sobą, potrze­buję ciszy i sku­pie­nia. Nie cho­dzę na jogę gru­pową, nie uczę się języka w gru­pie. Wewnętrzne rze­czy robię samot­nie. A z ludźmi lubię inten­syw­ność, entu­zjazm, ruch. To nie jest sprzecz­ność. To dwa bie­guny tej samej osoby.

Gdy­byś jed­nym zda­niem miała okre­ślić, czym jest spo­kój w twoim życiu – nie defi­ni­cją, ale obra­zem – co by to było?

Spo­kój to pestka. Mała, twarda, ukryta w środku. Z niej wszystko wyra­sta. Kiedy jestem w tym miej­scu – w tej pestce – czuję się czę­ścią świata. Jestem zako­rze­niona. Nie muszę się spie­szyć, nie muszę nikogo oce­niać ani niczego udo­wad­niać. To jest ten lekki, deli­katny uśmiech posągu Buddy – nie triumf, nie eks­taza, tylko ciche „jest dobrze”. I świa­do­mość, że wszystko prze­mija. Więc jeśli teraz jest dobrze, to wystar­czy.

KAMILLA BAAR

Aktorka, która zawsze bar­dziej inte­re­so­wała się prawdą emo­cji niż powierzch­nią roli. Od początku drogi zawo­do­wej poru­sza się mię­dzy sceną a kamerą, budu­jąc postaci sku­pione, inten­sywne, oparte na pre­cy­zyj­nej pracy z cia­łem i odde­chem. Na sce­nie wystę­po­wała m.in. w Teatrze Naro­do­wym w War­sza­wie, Teatrze Stu­dio i Polo­nia, a sze­ro­kiej publicz­no­ści zapi­sała się w pamięci dzięki rolom w popu­lar­nych seria­lach, takich jak _Na dobre i na złe_. Wycho­wana w domu, w któ­rym dys­cy­plina spo­ty­kała się z wraż­li­wo­ścią. Być może dla­tego w jej życiu rów­nie ważne jak aktor­stwo stały się prak­tyki, które przy­wra­cają rów­no­wagę – joga, medy­ta­cja, praca z odde­chem. Mówi o nich nie jak o modzie, lecz jak o codzien­nym ćwi­cze­niu uważ­no­ści. Potrze­bie pozo­sta­nia w kon­tak­cie z wła­snym środ­kiem ciszy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij