-
nowość
Kobieta, której nikt nie znał - Droga do siebie - ebook
Kobieta, której nikt nie znał - Droga do siebie - ebook
Ta książka jest opowieścią o drodze do siebie. O tym, jak dzieciństwo, relacje i słowa innych mogą wpływać na to, jak postrzegamy siebie w dorosłym życiu. Znajdziesz w niej historie, refleksje i ćwiczenia, które pomagają zatrzymać się, lepiej poznać swoje emocje, potrzeby i granice. To nie jest książka o tym, jak stać się kimś innym. To zaproszenie, by lepiej zrozumieć siebie, odzyskać własny głos i zacząć żyć bardziej w zgodzie ze sobą. „Życie staje się piękne, gdy zaczynasz dostrzegać siebie.”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384675946 |
| Rozmiar pliku: | 750 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Napisałam tę książkę jako kobieta, która przez długi czas sama szukała siebie. W relacjach, w przeszłości, w próbach zrozumienia innych ludzi, w pytaniach, na które długo nie znałam odpowiedzi. Dopiero z czasem zaczęłam odkrywać, że najważniejsze pytanie nie zawsze brzmi: „Dlaczego ktoś mnie nie zobaczył?”, ale: „Kiedy ja przestałam widzieć siebie?”.
Jeśli trzymasz tę książkę w dłoniach, być może w Tobie jest też jakaś część, która od dawna czeka, by zostać zauważona. Nie musisz od razu wiedzieć, co czujesz. Nie musisz mieć gotowego planu na zmianę. Wystarczy, że pozwolisz sobie czytać powoli, z czułością dla tej kobiety, którą jesteś dzisiaj, i dla tej dziewczynki, którą kiedyś byłaś.
Ta książka może być dla Ciebie wsparciem, inspiracją i spokojnym miejscem do refleksji, ale nie zastępuje profesjonalnej pomocy psychologicznej, terapeutycznej ani medycznej. Jeśli czujesz, że potrzebujesz wsparcia, nie musisz przechodzić tej drogi sama.Ból rzadko rodzi się nagle. Najczęściej zaczyna się dużo wcześniej — w domu, w którym dziecko po raz pierwszy uczy się świata. W spojrzeniu rodziców, w głosie opiekunów. W ciszy po kłótni. W szkole, gdzie po raz pierwszy poczuło się inne, niewystarczające albo niewidzialne. W okresie dorastania, kiedy pragnęło być zauważone, a zamiast tego uczyło się siebie poprawiać, ukrywać albo udowadniać swoją wartość.
To właśnie tam powstają pierwsze ciche przekonania: czy jestem bezpieczna, czy mogę ufać, czy moje uczucia mają znaczenie, czy miłość jest czymś naturalnym, czy czymś, na co trzeba zasłużyć. Dziecko nie nazywa tego schematem. Nie mówi: „To kształtuje mój umysł, charakter i
psychikę”. Ono po prostu żyje, dostosowuje się i próbuje przetrwać najlepiej, jak potrafi.
Dopiero po latach, jako dorosła kobieta, zaczyna rozumieć, że wiele jej lęków, reakcji, wyborów i trudności nie było przypadkiem. Były śladem miejsc, w których kiedyś zabrakło bezpieczeństwa, czułości, wiary w jej słowa albo prawa do bycia sobą.
Dlatego w tej części wracamy do początku, nie po to, by rozdrapywać rany, ale po to, by zobaczyć, gdzie naprawdę zaczęła się historia, którą dziś można zacząć pisać inaczej.Dzieciństwo
Każde dziecko rodzi się kompletne, z ogromną potrzebą miłości. Przychodzi na świat z gotowym „programem” szukania bliskości. Miłość, akceptacja i poczucie bezpieczeństwa są dla noworodka tak samo niezbędne do życia i prawidłowego rozwoju jak tlen, jedzenie czy sen.
To właśnie od tej potrzeby zaczyna się poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczna więź z opiekunem pomaga dziecku spokojniej poznawać świat. Kiedy dorosły jest blisko, reaguje z czułością i daje poczucie bezpieczeństwa. Dziecko stopniowo uczy się, że nie musi być samo ze swoim lękiem.
Małe dziecko nie potrafi jeszcze samodzielnie uspokoić swoich emocji. Potrzebuje ramion, spokojnego głosu i obecności kogoś dorosłego, kto pomoże mu poczuć: „Jestem bezpieczna”.
Dziecko widzi siebie w oczach dorosłych. Jeśli spotyka się z miłością, zainteresowaniem i akceptacją, zaczyna wierzyć, że jest wartościowe nie dlatego, co robi, ale dlatego, że po prostu istnieje.
To, czego doświadcza w pierwszych latach życia, staje się dla niego mapą świata. Jeśli było w niej miejsce na bezpieczeństwo, łatwiej było później budować zaufanie, bliskość i odwagę, by być sobą.
Rola dorosłych nie polega więc na „naprawianiu” czy „formatowaniu” dziecka według
własnego uznania, ale na chronieniu tej naturalnej kompletności i podsycaniu jej bezwarunkową akceptacją.
Czasem jedno wydarzenie staje się dla dziecka początkiem przekonania, że musi radzić sobie samodzielnie. Poniższa historia pokazuje, jak strata, której dziecko nie potrafi jeszcze nazwać, może zapisać się w pamięci, ciele i późniejszym sposobie kochania.Dziewczynka, która została bez mamy
Miała siedem lat, kiedy poszła obudzić mamę. Podeszła do niej, wołała ją, poruszała jej ciałem, próbując ją obudzić. Mama nie odpowiadała. Nie żyła.
Siedmioletnie dziecko nie rozumie śmierci tak jak dorosły. Nie potrafi jeszcze objąć znaczenia słów „nigdy więcej”. Nie wie, czym jest żałoba, trauma ani jak długo może trwać tęsknota. Wie tylko, że mama jeszcze przed chwilą była częścią jego świata, a teraz już jej nie ma.
Dzisiaj jako dorosła kobieta, nie pamięta wszystkiego, co wydarzyło się później. Nie pamięta dokładnie rozmów dorosłych ani kolejności wydarzeń. Pamięć pozostawiła jej jeden obraz.
Okno i deszcz.
Pamięta siebie stojącą przy szybie. Patrzyła, jak krople deszczu spływały po drugiej stronie. Tylko tyle. Jakby umysł małej dziewczynki zatrzymał właśnie ten jeden kadr z dnia, w którym wydarzyło się coś zbyt wielkiego, by mogła to zrozumieć.
Do dziś lubi patrzeć przez okno, gdy pada deszcz.
Być może nie każde wspomnienie potrzebuje wyjaśnienia. Czasami pozostaje z nami obraz, zapach, dźwięk albo uczucie, chociaż cała reszta dawno się zatarła. Tamtego dnia dziewczynka jednak straciła znacznie więcej niż tylko mamę. Straciła część świata, który znała. Została z młodszym bratem i nowo narodzoną siostrzyczką. Sama nadal była dzieckiem. Potrzebowała dorosłego, który przytuliłby ją, pozwoliłby jej płakać i powiedziałby: „Wiem, że tęsknisz. Możesz być smutna. Nie musisz teraz być dzielna”. Ale życie bardzo szybko zaczęło wymagać od niej czegoś zupełnie innego.
Trzeba było zamieszkać w innym domu. Trzeba było słuchać dorosłych. Trzeba było się uczyć, być grzeczną, wykonywać polecenia i nie sprawiać problemów. Dla dorosłych najważniejsze mogło być wtedy zapewnienie dzieciom opieki i miejsca do życia. Dla siedmioletniej dziewczynki istniało jednak jeszcze coś, czego nie dało się rozwiązać nowym domem. Tęsknota za mamą. Ona nie zniknęła. Dziewczynka po prostu nie wiedziała, co z nią zrobić. Nie potrafiła powiedzieć: „Nie radzę sobie ze śmiercią mamy”. Nie znała słów, którymi mogłaby opisać to, co działo się w jej wnętrzu. Nie wiedziała, że złość może być częścią bólu. Że można jednocześnie tęsknić, cierpieć, czuć niesprawiedliwość i być wściekłym na cały świat.
Te emocje zaczęły więc pojawiać się tam, gdzie najmniej się ich spodziewano. W szkole inne dzieci mówiły o swoich mamach. Dla nich było to zwyczajne. Dla niej słowo „mama” nie było zwykłym słowem. Potrafiło otworzyć wszystko. Dziewczynka złościła się. Płakała. Frustrowała. Czasami reagowała tak mocno, że inni nie wiedzieli, co się z nią dzieje. Ona sama również tego nie wiedziała. Nie potrafiła jeszcze powiedzieć: „Jestem zła, bo wy możecie wrócić do swoich mam, a ja swojej już nie mam”. Nie potrafiła powiedzieć: „Nie chcę o tym mówić, bo to za bardzo boli”. Nie potrafiła powiedzieć: „Tęsknię za nią każdego dnia”.
Więc mówiła swoim zachowaniem. Jedni jej współczuli. Inni mogli uważać, że przesadza albo że zachowuje się nieprawidłowo. Być może ktoś próbował ją uspokoić. Ale nikt nie pomógł jej naprawdę zrozumieć, co dzieje się w jej wnętrzu. A ona nie potrzebowała kolejnego dorosłego, który miałby jej powiedzieć, jak powinna się zachowywać. Potrzebowała kogoś, kto usiadłby obok i powiedział: „Widzę, że bardzo cię to boli”.
Potrzebowała pozwolenia na tęsknotę. Na złość. Na płacz. Na żal. Na bycie dzieckiem, które straciło mamę. Nie dostała jednak przestrzeni, aby spokojnie przeżyć tę stratę. Życie toczyło się dalej, więc ona również musiała iść dalej.
Nauczyła się funkcjonować. Nauczyła się słuchać. Nauczyła się dostosowywać. Nauczyła się nie pokazywać wszystkiego, co czuła.
Jako najstarsza zaczęła również brać na siebie odpowiedzialność za młodszego brata. Sama potrzebowała ochrony, a próbowała chronić kogoś młodszego. Być może właśnie wtedy jej dzieciństwo zaczęło kończyć się znacznie wcześniej niż powinno.
Mijały lata. Dziewczynka stawała się nastolatką. Wydawałoby się, że miała już za sobą najtrudniejszą stratę. Kiedy miała szesnaście lat, życie zabrało jej kolejną ważną osobę. Zmarł dziadek. Po śmierci mamy był jednym z ludzi, którzy przyjęli dzieci pod swój dach. Był ich opiekunem. Dzięki niemu rodzeństwo mogło pozostać razem. I nagle jego również zabrakło.
Dla nastolatki nie była to więc wyłącznie śmierć dziadka. Po raz kolejny z jej życia zniknął człowiek, który był częścią świata dającego jej poczucie, że ma gdzie być. Najpierw mama. Później dziadek. Dwie ważne osoby zniknęły z jej życia, zanim sama zdążyła naprawdę dorosnąć. I znowu trzeba było żyć dalej.
Być może właśnie wtedy jeszcze mocniej mogło się w niej utrwalić poczucie, że nic nie jest dane na zawsze. Że człowiek, którego kochasz, może któregoś dnia po prostu zniknąć. Że bezpieczeństwo można stracić nagle.
Dziewczynka stała się kobietą. Założyła własną rodzinę. Została matką. I wtedy pojawiły się lęki, których przez długi czas nie potrafiła powiązać ze swoją historią. Bała się śmierci. Bała się utraty najbliższych. Bała się o swoje dzieci. Chciała wiedzieć, że są bezpieczne. Czasami martwiła się bardziej niż sama chciała. Niektóre sytuacje wywoływały w niej reakcje, których nie potrafiła zrozumieć. Próbowała więc z nimi walczyć.
„Dlaczego ja taka jestem?”
„Dlaczego tak bardzo się martwię?”
„Dlaczego nie potrafię przestać o tym myśleć?”
Przez wiele lat patrzyła tylko na dorosłą siebie i próbowała poprawić swoje reakcje. Dopiero później zaczęła wracać do wspomnień. I wtedy zobaczyła całą drogę. Zobaczyła siedmioletnią dziewczynkę stojącą przy oknie i patrzącą na deszcz po śmierci matki. Zobaczyła dziecko, które w szkole złościło się, gdy inni mówili o swoich mamach, ponieważ nie potrafiło jeszcze powiedzieć, jak bardzo za nią tęskni. Zobaczyła nastolatkę, która straciła kolejnego opiekuna. I zobaczyła dorosłą kobietę, która tak bardzo bała się utraty ludzi, których kochała.
Po raz pierwszy nie zapytała: „Co jest ze mną nie tak?” Zapytała: „Co wydarzyło się w moim życiu, że tak bardzo boję się straty?” I wtedy zaczęła dostrzegać siebie. Nie tylko tę dzisiejszą. Również tamtą. Zaczęła rozumieć, że niektóre zachowania, których przez lata nie akceptowała w sobie, miały swoją historię. Jej lęk nie pojawił się bez powodu. Jej potrzeba chronienia najbliższych również miała swój początek. Nie oznaczało to, że wszystko, co czuła jako dorosła kobieta, wynikało z jej dzieciństwa. Ale poznanie własnej historii pozwoliło jej spojrzeć na siebie z większym zrozumieniem.
Przestała walczyć ze sobą za każdym razem, gdy pojawiał się strach. Zaczęła pytać: „Czego teraz potrzebuję?” „Czy zagrożenie istnieje naprawdę, czy odezwał się we mnie dawny lęk przed utratą?” „Czy mogę dzisiaj dać sobie poczucie bezpieczeństwa, którego wtedy tak bardzo potrzebowałam?”
Dopiero jako dorosła kobieta mogła zrobić dla tamtej dziewczynki coś, czego wcześniej nikt nie potrafił. Pozwolić jej tęsknić. Nie uciszać jej. Nie mówić, że musi być silna. Nie wymagać, żeby zapomniała. Mogła wreszcie powiedzieć: „Wiem, że tęskniłaś za mamą. Wiem, że byłaś zła. Wiem, że się bałaś. Miałaś prawo tak się czuć. Byłaś tylko dzieckiem”.
Bo czasami dzieciństwo nie kończy się wraz z końcem dzieciństwa. Pozostaje w sposobie, w jaki później kochamy, boimy się, chronimy innych i próbujemy zapewnić sobie bezpieczeństwo.
Dorosłość tej dziewczynki nie zaczęła się w dniu osiemnastych urodzin. Zaczęła się dużo wcześniej. Zaczęła się wtedy, kiedy jako dziecko musiała nauczyć się żyć z bólem, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.
Dziecko nie ocenia opiekunów
Dziecko nie patrzy na dorosłych tak jak dorosły człowiek. Nie analizuje ich intencji, nie ocenia ich historii i nie potrafi odróżnić zachowań opiekuna od własnego poczucia bezpieczeństwa. Dla małego dziecka dorosły jest całym światem, dlatego nawet trudne relacje stają się czymś, do czego próbuje się dostosować.
Dzieje się tak, ponieważ dziecko przede wszystkim szuka więzi i poczucia bezpieczeństwa. Zamiast pytać, czy dorosły postępuje właściwie, próbuje znaleźć sposób, by nadal czuć się przy nim bezpiecznie. Nie ma jeszcze dojrzałego sposobu na zrozumienie tej sytuacji. Zanim nauczy się logicznie tłumaczyć zachowania dorosłych, odczuwa je całym sobą: napięciem, strachem, złością albo zamrożeniem.
Jego reakcje są szybkie i emocjonalne. Gdy pojawia się zagrożenie, dziecko nie zatrzymuje się na analizie. Szuka bliskości, ukrywa się, walczy, ucieka albo zamiera tak, jak potrafi w danej chwili.
Dlatego dziecko często wybiera przystosowanie. Nawet jeśli dom jest trudny, nadal potrzebuje dorosłych, więc uczy się odczytywać ich nastroje, przewidywać ich reakcje i robić wszystko, aby nie stracić choćby resztek poczucia bezpieczeństwa.
Nie każde dziecko reaguje na brak bezpieczeństwa smutkiem ani wycofaniem. Czasami jego zachowanie staje się jedynym językiem, którym potrafi opowiedzieć o strachu, bezsilności i potrzebie ochrony.
Kiedy dziecko nie ma nikogo, kto je obroni
Dziecko nie tłumaczy zachowań dorosłych tak jak my dorośli. Kilkuletni chłopiec nie myśli: „Dziadek nie potrafi kontrolować swojej złości”, „Dziadek ma własne problemy” ani „To, co robi, jest przemocą”. On po prostu się boi.
Nie rozumie, dlaczego człowiek, który powinien być dla niego bezpieczny, krzyczy, wyzywa go i bije go za zachowania, które przecież są częścią bycia dzieckiem. Jeszcze trudniejsze staje się to wtedy, kiedy próbuje powiedzieć o tym innym dorosłym, ale nikt mu nie wierzy albo nikt nie staje po jego stronie.
Co wtedy dzieje się w małym człowieku?
Może zacząć myśleć, że skoro nikt go nie broni, musi bronić się sam. Tylko że kilkuletnie dziecko nie ma możliwości, jakie ma dorosły. Nie może po prostu odejść. Nie potrafi postawić granicy i powiedzieć: „Nie wolno ci mnie tak traktować”. Nie ma przewagi fizycznej, niezależności ani słów, którymi mogłoby nazwać to, co doświadcza. Ma za to złość. A złość dziecka również próbuje je chronić.
Pewien mały chłopiec znalazł swój sposób. Po kolejnych doświadczeniach krzyku, wyzwisk i przemocy ze strony dziadka zrobił coś, co z perspektywy dorosłego mogłoby wyglądać jak wyjątkowo niegrzeczne zachowanie. Załatwił się do buta dziadka. Wiedział, że prawdopodobnie poniesie konsekwencje. I poniósł je. A jednak przez krótką chwilę poczuł coś, czego wcześniej przy dziadku prawie nie doświadczał. Poczuł, że ma wpływ. Poczuł satysfakcję.
Być może w dziecięcym świecie było to jego:
„Nie możesz zrobić ze mną wszystkiego.”
„Ja też mogę coś zrobić.”
„Nie jestem całkowicie bezbronny.”
Nie oznacza to, że takie zachowanie było właściwe. Znacznie ważniejsze jest pytanie, co dziecko próbowało nim powiedzieć.
Dorośli często widzą zachowanie, ale nie widzą historii, która za nim stoi.
Widzą agresję — nie widzą strachu.
Widzą bunt — nie widzą bezsilności.
Widzą zemstę — nie widzą dziecka, które wiele razy próbowało znaleźć bezpieczeństwo.
Widzą „niegrzeczne dziecko” — nie pytają, co wydarzyło się wcześniej.
A przecież zachowanie dziecka może być jego językiem.
Kiedy nie potrafi powiedzieć: „Boję się”, może zacząć walczyć.
Kiedy nie potrafi powiedzieć: „Krzywdzisz mnie”, może odpowiedzieć złością.
Kiedy wołanie o pomoc pozostaje niezauważone, może próbować odzyskać kontrolę w jedyny sposób, jaki w danym momencie potrafi znaleźć.
I właśnie dlatego dziecko, które sprawia problemy, nie zawsze potrzebuje kolejnej kary. Czasami potrzebuje dorosłego, który zatrzyma się przy nim i zamiast zapytać: „Co z tobą jest nie tak?”, zapyta: „Co się stało?” Bo być może za jego złością nie stoi zły charakter. Być może stoi tam mały człowiek, który zbyt wcześnie nauczył się, że jeśli sam siebie nie obroni, nikt tego nie zrobi.
Są też doświadczenia, w których najbardziej boli nie tylko samo zdarzenie, ale to, że po nim dziecko zostaje samo ze swoim lękiem. Wtedy brak reakcji dorosłych może zranić równie mocno jak to, co wydarzyło się wcześniej.
Kiedy nikt nie wierzy dziecku
Kilkuletnia dziewczynka była na plaży z ciocią, wujkiem i starszą siostrą. Zwyczajny letni dzień. Piasek, woda, dziecięca zabawa. Nic nie zapowiadało, że jedna krótka chwila pozostanie w jej pamięci na wiele lat.
Dziewczynki weszły do wody. W pewnym momencie starsza siostra przytrzymała młodszą pod wodą. Początkowo być może miała to być zabawa. Dla małej dziewczynki bardzo szybko przestała nią być.