Kobiety - ebook
„Kobiety” to osobista, szczera i momentami niewygodna opowieść o relacjach, które definiują życie mężczyzny. Michał Ryn, zabiera czytelnika w podróż przez swoje związki - od pierwszych fascynacji, przez miłości, które dawały siłę, aż po te, które zostawiały ślady na dłużej.
Autor nie kreuje się na bohatera bez skazy. Z dystansem i ironią opisuje własne wybory, błędy i lekcje wyniesione z relacji z kobietami, które były jego nauczycielkami, przewodniczkami i lustrem, w którym musiał się przejrzeć. Dla ochrony prywatności bohaterek zmienione zostały imiona, lecz emocje i doświadczenia pozostają autentyczne.
„Kobiety” to pierwszy tom trylogii, na którą składają się jeszcze „Praca” i „Rodzina” - trzy perspektywy jednego życia. To książka dla tych, którzy nie szukają prostych odpowiedzi, lecz chcą lepiej zrozumieć siebie, swoje relacje i mechanizmy rządzące bliskością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-979197-0-9 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Teraz, kiedy jestem u kresu swych dni…” – tak zaczynałaby się moja opowieść, gdybym był Egipcjaninem Sinuhe. Lecz nie jesteśmy w czasach starożytnych ale współczesnych i pięćdziesiąt parę lat to prawie początek. Mam za to bagaż doświadczeń, które ukształtowały człowieka, którym dziś jestem. Piszę tę historię nie dla chwały, ale dla zrozumienia. Dla siebie, a także dla tych, którzy być może odnajdą w moich potknięciach odbicie własnych dróg.
Aby uporządkować ten chaos wspomnień, podzieliłem opowieść na trzy filary, na których zbudowałem – i czasem zburzyłem – swoje życie: Kobiety, Pracę i Rodzinę.
W „Kobietach” opowiem o tych, które kochałem, które mnie opuściły i które mnie ratowały. To one były moimi najsurowszymi nauczycielkami i najczulszymi przewodniczkami, często nieświadomie wytyczając szlaki, którymi podążałem. Dla ochrony ich prywatności, zmienię imiona, choć jestem pewien, że one same, czytając te słowa, poczują echo wspólnej historii.
„Praca” to opowieść o kulisach świata, gdzie ambicja ścierała się z etyką, a sukces ma swoją cenę. Rozpocznie się od moich początków w farmacji – branży, która z pozoru jest zimna i naukowa, a w rzeczywistości bywa areną namiętności i intryg o których trochę mogliście dowiedzieć się z takich filmów jak „Botox” czy „Wyjazd integracyjny”. Poznasz kulisy, o których się nie mówi.
„Rodzina” to tom najtrudniejszy i najcenniejszy. To historia miłości, która wydała najwspanialszy owoc – moje dziecko – ale też nie zdołała przetrwać próby czasu. Przez pryzmat rozwodu spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie: co tak naprawdę chroni związek, a co go nieodwracalnie niszczy? Nie mam prostych odpowiedzi, ale znam wagę pytań.COŚ SIĘ KOŃCZY – COŚ ZACZYNA
Sierpień 2000 roku w Łodzi był gorący i ciężki, jak koc, którym dusi się człowieka we śnie. Stałem na balkonie, patrząc, jak zachodzące słońce maluje bloki na krwisto-pomarańczowy kolor. W środku, w pokoju pełnym zapakowanych kartonów, moja żona – a już niebawem była żona – kończyła pakować ostatnią walizkę.
Czternaście lat. Czternaście lat razem: od liceum, przez studia, małżeństwo, rodzicielstwo, wspólne plany.
A teraz to.
Nie kłóciliśmy się. Nie było krzyków ani dramatycznych scen. Była tylko cisza – gęstsza od dymu po pożarze – i jedno zdanie, które padło miesiąc wcześniej. Wysłane SMS-em z Włoch:
„Z nami koniec. Chcę rozwodu”.
Patrzyłem na nią. Tę samą kobietę, której brązowe oczy kiedyś śmiały się, gdy na nią patrzyłem. Teraz były spokojne. Uporządkowane. Niemal obce. Skończyła psychologię, mówiła o samorozwoju, o potrzebie spełnienia, o zasadności komunikacji. A teraz… to.
Budowaliśmy stabilne życie. Dla nas. Dla Darii.
Wydawało mi się, że właśnie tym jest miłość: wiernością, codziennością, wspólnym frontem przeciwko światu.
A potem pojechała na to szkolenie. Najpierw jedno. Potem drugie. Wróciła odmieniona. Rozpromieniona. Mówiła o energii grupy, o nowych metodach pracy, a potem… o nim. O Włochu. Czarującym. O tym, że przy nim poczuła się „jak kobieta”.
Słuchałem, czując, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jak budynek, który mozolnie wznosiłem przez lata, rozpada się w kilka chwil.
Próbowałem walczyć. Prosić. Pytać, co zrobiłem nie tak, co mogę naprawić.
Odpowiedź była prosta:
„Nic. To się po prostu stało. Był pociągający. Nie mogłam się oprzeć”.
Te słowa – nie mogłam się oprzeć – będą mnie później jeszcze prześladować. Staną się gorzkim refrenem, powtarzanym przez inne usta, w innych sypialniach. Ale wtedy, w tamtym gorącym sierpniu, były po prostu młotem, który roztrzaskał mój świat na kawałki.
Kiedy jej włoski romans okazał się mglistą obietnicą, a on zniknął jak sen, wróciła. Zaproponowała „odbudowę dla dobra Darii”.
Wtedy coś we mnie pękło.
Zdrada boli. Ale propozycja powrotu z litości, z obowiązku, zamiast z pragnienia – to upokorzenie, które pali do szpiku kości.
Powiedziałem „nie”.
W listopadzie sąd przypieczętował nasz rozwód.
Zostałem sam. Po prostu sam.
Z pustym mieszkaniem, w którym każde echo przypominało rodzinne śmiechy. I z córką, której niewinne oczy zadawały pytania, na które nie miałem odpowiedzi.
Miałem trzydzieści lat. Dbałem o ciało, bezwiednie, mechanicznie, na siłowni. A jednak czułem się jak pusta skorupa. Poczucie własnej wartości leżało w gruzach. Przez czternaście lat wierzyłem, że jestem wystarczający.
Dla niej okazałem się niewystarczający w każdym możliwym wymiarze – emocjonalnym, seksualnym, męskim.
To właśnie z tego miejsca – z emocjonalnej zapaści, z poczucia bycia kimś, kto nie potrafił zatrzymać przy sobie kobiety – zaczyna się moja droga.
Droga, która zaprowadzi mnie najpierw do Kasi, ucząc rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia.
Droga, która wciągnie mnie w dziwny układ z „Czterema”.
Droga przez kobiety – te, które będą leczyć rany po tamtej, i te, które zadadzą kolejne. Kobiety, które mnie zmienią. Albo przy których poczuję się choć przez chwilę… wspaniale.
Nie wiedziałem tego wtedy, stojąc na balkonie i patrząc, jak taksówka odjeżdża z moją przeszłością. Myślałem tylko, że coś definitywnie się skończyło. Nie miałem pojęcia, że właśnie coś się zaczyna.
Coś znacznie bardziej chaotycznego, bolesnego i oświecającego, niż mógłbym to sobie wyobrazić.
Był koniec. Było samotne „ja”. I był ogromny, głuchy głód bycia ponownie – choćby na chwilę – kimś ważnym dla kogoś. Choćby tylko dla czyichś zmysłów.KASIA
Luty 2001, Łódź, Dublin Pub
Zimowe powietrze w Łodzi gryzło w policzki, ale wewnątrz „Dublina” panowała gorąca, ożywiona atmosfera, której w moim własnym życiu nie czułem od miesięcy.
Po rozwodzie byłem jak statek dryfujący bez celu. Moja siostra, widząc moją apatię, wciągnęła mnie w wir imprezy ostatkowej, niczym ratownik rzucający tonącemu koło. Przebranie za pirata było ironiczną metaforą – czułem się jak rozbitek, nie zdobywca.
Staliśmy przy barze, przyglądając się innym ludziom. Mój wzrok niespodziewanie przykuł stolik, przy którym siedziała grupa kobiet. A właściwie jedna z nich. Rzucała się w oczy nie przez strój, ale przez światło, które zdawało się ją otaczać. Jasne, lniane włosy, śmiech tak szczery i głośny, że przebijał się przez gwar w pubie.
– Nie gap się jak sroka – powiedziała siostra. – Idź, porozmawiaj z nimi.
Ruszyłem w stronę stolika, chyba zbyt mocno wczuwając się w rolę pirata. Gdy dotarłem do ich stolika, z trzaskiem położyłem na nim swój piracki rapier.
– Drogie panie, dokonuję abordażu tego stolika i przejmuję go. – Nie pytając się o zgodę, usiadłem na jednej z ław przy stoliku.
Wszystkie dziewczyny zamilkły i lekko się cofnęły. Tylko Ona patrzyła na mnie z uśmiechem na ustach.
– Więc jesteś piratem. Po godzinach czy na pełen etat? – rzuciła, przechylając głowę. Jej głos był ciepły i melodyjny.
– Tylko w karnawale – odparłem. – A ty?
– Lekarz. Dermatolog. I nie tylko w karnawale, ale na co dzień również.
– O, trafił mi się stolik medyczny, jak widzę. Sami dermatolodzy czy może inne specjalizacje też się tutaj znajdują?
Rozejrzałem się po pozostałych dziewczynach. Jednak żadna nie odpowiedziała. Wyglądały na wciąż lekko zszokowane moim zachowaniem. Rozmowę kontynuowała tylko Ona.
– A co z resztą twojej załogi? Zostawiłeś dziewczynę samą przy barze.
Tym pytaniem zaskoczyła mnie. To znaczyło, że zauważyła mnie wcześniej. To była dla mnie nowość.
– Reszta mojej załogi to moja siostra – odpowiedziałem z uśmiechem.
Rozmowa potoczyła się sama. Była żywiołowa, inteligentna, pełna ciętych ripost i żartów. Mówiliśmy o wszystkim i o niczym – o pracy, o Łodzi, o absurdach życia. Reszta stolika powoli zniknęła w tle. Była tylko ona, jej uśmiech i ta dziwna, natychmiastowa łatwość, z jaką się rozumieliśmy. Nie wymieniliśmy numerów. Nie umówiliśmy się.
Kiedy impreza dobiegała końca, pożegnaliśmy się zwykłym „miło było ciebie poznać”. Ale kiedy wyszedłem na mróz, wciąż czułem w uszach echo jej śmiechu. To uczucie towarzyszyło mi przez kolejne dni. Ale wtedy nie chciałem nic więcej. Zajęty czymś czas, dobra rozmowa. To było wtedy wystarczająco dużo.
Kilka dni później siostra znów postanowiła wyciągnąć mnie do ludzi. „Cabaret” w sobotę. Nie dyskutuj.
Weszliśmy do wibrującego muzyką wnętrza klubu pełnego już bawiących się ludzi. Kilka minut później, stojąc na brzegu parkietu, ujrzałem JĄ. Poruszała się z taką gracją, że wydawało się, iż to muzyka rodzi się z jej ruchów. Jej ciało było pieśnią, a ja nagle bardzo chciałem poznać jej słowa.
– Ej, czy to nie ta sama dziewczyna z Dublina? – spytała siostra.
– Tak. Idę się przywitać.
Przecisnąłem się przez tłum. W momencie, kiedy do niej podszedłem, muzyka zwolniła, przechodząc w sensualny rytm bluesa.
– Czy piratowi przysługuje chociaż jeden taniec? – zapytałem.
Przez chwilę w jej spojrzeniu widziałem zdziwienie, które szybko przeszło w rozpoznanie, a na twarzy pojawił się ten sam rozbrajający uśmiech.
– Myślałam, że piraci wolą rum i bitwy morskie – odparła, ale jej dłoń już wyciągała się w moją stronę.
I znów reszta świata przestała istnieć. Jej ciało idealnie dopasowało się do mojego. Pochyliła się do mojego ucha, czułem jej ciepły oddech na mojej szyi.
– Ciekawe, spotykamy się przypadkiem w odstępstwie kilku dni. Łódź przecież nie jest taka mała.
– Tak, rzeczywiście ciekawy zbieg okoliczności. I od razu mówię, że nie mam zamiaru z nim dyskutować – odparłem, czując, jak coś, co zamarło we mnie po rozwodzie, budzi się do życia pod dotykiem jej dłoni na moim ramieniu.
Tego wieczoru wymieniliśmy numery telefonów. Czułem, wiedziałem, że to nie będzie koniec. To był dopiero początek.
Marzec 2001, Łódź
Przez kolejny tydzień nasze spotkania – randki były dla mnie jak powolne rozkwitanie. Odkrywaliśmy się nawzajem w zwykłych, codziennych sytuacjach, które z nią stawały się niezwykłe. Kawa w zatłoczonej kafejce, gdzie rozmowa płynęła tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. Seans w kinie, podczas którego bardziej niż film, pociągał mnie jej profil oświetlony migotliwym światłem ekranu i ciepło jej ramienia tuż obok.
Czułem, jak powracają we mnie odruchy, o których myślałem, że zapomniałem: uważne słuchanie, otwieranie drzwi, czułość w geście. Ona była moim nieświadomym przewodnikiem po mnie samym.
W trakcie tego tygodnia dowiedzieliśmy się o sobie dużo. Ona kilka miesięcy temu rzuciła pracę w firmie farmaceutycznej, żeby wrócić do swojego zawodu – lekarza. Udało się jej dostać na studia doktoranckie i rozpocząć specjalizację z dermatologii. Mieliśmy więc sporo wspólnych tematów. Tak jak i taniec, który okazał się być naszą wspólną namiętnością.
Gdy w piątkowy wieczór zaprosiłem ją do siebie, nie było w tym wyrachowania. To była naturalna kolej rzeczy – chciałem podzielić się z nią moją przestrzenią, moją ostoją.
– Dla gospodarza – powiedziała, wręczając mi butelkę wina z promiennym uśmiechem, który rozjaśnił mroźny marcowy wieczór.
Kolacja, blask świecy, rozmowa, która płynęła jak rzeka. Kiedy zmywałem naczynia, stanęła obok. Czułem jej ciepło przez cienki materiał koszuli. Zapadła cisza, bardziej wymowna niż słowa.
– Pokażesz mi resztę swojego królestwa? – zapytała cicho.
Stanęliśmy na progu sypialni. Łóżko nagle wydało mi się ogromne i niezwykle znaczące.
– Przytulne – stwierdziła, wchodząc do środka i siadając na brzegu posłania. Jej dłoń pogładziła ciemną pościel. – Bardzo... męskie.
Stałem w drzwiach, czując, jak stare lęki przed odrzuceniem powracają. Jej pewność siebie była zarówno pociągająca, jak i onieśmielająca. Przez chwilę poczułem się jak nastolatek, nie mężczyzna po przejściach.
– Darek – powiedziała, a w jej tonie zabrzmiała czuła stanowczość. – Przestań się tak zastanawiać. Po prostu... podejdź.
Pocałowałem ją. To nie był porywczy, gorączkowy pocałunek. Był powolny, badawczy, pełny wzajemnego odkrywania. Jej usta odpowiadały z taką samą czułą determinacją. Kiedy się odsunęliśmy, jej policzki były zaróżowione.
– Przez cały ten tydzień zastanawiałam się, jak to jest całować pirata – szepnęła.
– I? – spytałem.
– Jeszcze nie wiem. Potrzebuję więcej.
Nasze usta ponownie się spotkały, teraz już z mniejszą nieśmiałością. To był punkt bez powrotu. Rozebraliśmy się w pośpiechu przetykanym pocałunkami i śmiechem, wpadając pod kołdrę. Jej ciało było smukłe, ale mocne, gładkie. W półmroku sypialni jej skóra wydawała się jaśnieć. I wtedy, gdy już byliśmy całkowicie blisko, ona nagle zwolniła.
– Poczekaj – szepnęła, kładąc dłoń na mojej piersi.
To, co nastąpiło, nie było jedynie zbliżeniem. Była to lekcja intymności, jakiej nie znałem. Ona, moja śmiała nauczycielka, prowadziła moje dłonie, a jej szept był jak klucz otwierający drzwi do nowego świata.
„Pozwól sobie poczuć” – mówiła, a jej słowa były delikatniejsze niż dotyk.
Gdy jej usta zeszły niżej, nie było w tym tylko fizycznej śmiałości, ale akt całkowitego oddania i zaufania. Byłem onieśmielony, ale też po raz pierwszy od bardzo dawna – całkowicie obecny. Uczyła mnie nie tylko geografii jej ciała, ale i języka, w którym milczenie mówiło więcej niż słowa.
Kiedy wreszcie się połączyliśmy, nie było to tylko zaspokojenie potrzeby. To było dopełnienie, uczta zmysłów. Leżąc potem w ciszy, przytuleni, myślałem, że dotąd jedynie symulowałem bliskość. Ona pokazała mi, czym jest prawdziwe zanurzenie w drugim człowieku.
– Myślałem, że wiem, czym jest seks – powiedziałem, gładząc jej ramię. – Ale to... to było coś zupełnie innego.
Czułem, jak się uśmiecha, wtulając się we mnie mocniej.
– Dobrze. Bo to dopiero pierwsza lekcja. Przed nami cały semestr.
Zasnęliśmy spleceni. Byłem uczniem, który właśnie odkrył, że świat jest o wiele większy i bardziej fascynujący, niż mu się kiedykolwiek śniło.
Wiosna 2001, Łódź, Cabaret
Weekendy stały się naszym świętem, a ich sercem – klub Cabaret. Odkryliśmy, że taniec to nasz wspólny, nieujawniony wcześniej język. Na parkiecie rozumieliśmy się bez słów, w sposób graniczący z telepatią. Nasz rytuał był niezmienny. Wystarczyła wymiana spojrzeń i wchodziliśmy na pusty jeszcze parkiet. I wtedy przez kilkanaście minut świat i parkiet należał tylko do nas.
To nie był zwykły taniec. To był nasz prywatny spektakl. Jej ciało stawało się narzędziem ekspresji, odpowiadając na każdy mój ruch z instynktowną precyzją. Prowadził nas rytm i nić porozumienia, ciągnąca się między nami. To była gra pełna niedopowiedzeń i zmysłowego napięcia.
Gdy przyciągałem ją, jej plecy przylegały do mojej klatki, mój oddech pieścił jej szyję. Dłonie podkreślały każdą jej krągłość, mijając je w odległości milimetrów. Gdy się oddalała, ciągnęła za sobą całą moją uwagę.
– Podniecasz mnie – szepnęła, jej słowa ginęły w muzyce, ale ja czułem ją całym sobą.
– Tak, jak i ty mnie – odpowiadałem, prowadząc ją w płynnym obrocie.
Ludzie stawali dookoła parkietu, żeby nam się przyglądać. Czułem na sobie ich spojrzenia – ciekawe, oceniające, czasem zazdrosne. Ale to ani mnie, ani jej nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, ta publiczna intymność dodawała nam skrzydeł. Byliśmy w swoim żywiole, w naszej bańce, gdzie liczyliśmy się tylko my i rytm.
Plotki o „tej parze z Cabaretu” rozniosły się. Na siłowni ludzie, których nie znałem, pytali: „Czy wy tam pracujecie? Wasze pokazy są niesamowite”.
– Dziękuję – odpowiadałem z lekkim zażenowaniem. – Ale nie, jesteśmy tylko gośćmi.
Tylko że my nie byliśmy „jak wszyscy”. Na parkiecie nie było Darka i Kasi – dwojga ludzi z bagażem przeszłości. Był jeden organizm, jeden puls. Nasze ciała rozmawiały ze sobą językiem starszym i bardziej prawdziwym niż wszystkie słowa. To była nasza najszczersza rozmowa. Z perspektywy lat myślę, że może zbyt wiele między nami działo się w tym półmroku, przy dźwiękach muzyki. Może nauczyliśmy się porozumiewać ciałami tak doskonale, że zapomnieliśmy, jak walczyć o nasz związek słowami, w chłodnym, jasnym świetle dnia.
Kiedy muzyka cichła, wracaliśmy do stolika spoceni, rozpromienieni. Jej dłoń zawsze znajdowała moją. Nie musieliśmy nic mówić. Wszystko zostało już powiedziane.
Sierpień 2001, Bydgoszcz
Jechaliśmy do Bydgoszczy odwiedzić jej przyjaciółkę. Byliśmy w fazie, gdy chce się pochłonąć cały świat. Było gorąco, klimatyzacja w samochodzie ledwo dawała radę. Nagle, bez słowa, Kasia zdjęła bluzkę. Siedziała naga od pasa w górę, jej skóra lśniła, a piersi o idealnym kształcie prezentowały się kierowcom z naprzeciwka.
– Kasiu, co ty robisz?! – wykrztusiłem ze śmiechem. – Będziesz rozpraszać kierowców!
– Niech patrzą! – zaśmiała się, przeciągając z kocią gracją. – A ty skup się na drodze... przynajmniej na razie.
Jej śmiech wypełnił samochód. Kilka kilometrów dalej usłyszałem:
– Zatrzymaj się.
– Dlaczego?
– Po prostu zatrzymaj. Proszę.
Zjechałem w boczną drogę. Zanim zdążyłem wyłączyć silnik, ona już wysiadała. Stanęła w otwartych drzwiach, jej postać była oświetlona ukośnymi promieniami słońca przeciskającymi się przez konary drzew. Spojrzała mi prosto w oczy, a jej dłonie sięgnęły pod spódniczkę i po chwili widziałem, jak zsuwają się jej majtki. Gdy materiał opadł na jej stopy, odwróciła się bokiem i pochyliła, wypinając biodra i opierając jednocześnie dłonie o otwarte drzwi samochodu.
– No? Czekasz na specjalne zaproszenie?
Seks w lesie był dziki, impulsywny, pełen stłumionych okrzyków i szumu wiatru. Był aktem wyzwolenia, potwierdzeniem naszej wolności.
Jej przyjaciółka przywitała nas z otwartymi ramionami. Szybko okazało się, że przez prawie rok pracowały jako przedstawicielki medyczne w tej samej firmie farmaceutycznej, zanim Kasia wróciła do zawodu i rozpoczęła specjalizację. Kolację spędziliśmy na ich wspólnych wspomnieniach z tamtego okresu – śmiesznych sytuacjach z wizyt u lekarzy, konferencjach, trudnych szefach. Atmosfera była luźna, pełna śmiechu i naturalności.
Sobota minęła nam na zwiedzaniu – najpierw Bydgoszczy z jej malowniczą Brdą i Wyspą Młyńską, a potem Torunia, gdzie podziwialiśmy gotycką architekturę i zajadaliśmy się piernikami. Wieczór i noc spędziliśmy natomiast w bydgoskich klubach. Pokazując, że tańczyć można nie tylko w parze.
Taniec we trójkę był dla mnie dziwnym, ekscytującym doświadczeniem – nie konfliktowym, a opartym na wspólnej zabawie. Wróciliśmy do mieszkania nad ranem, zmęczeni, ale rozbawieni, komentując różne sytuacje z wieczoru.
Kiedy wyszedłem z łazienki, owinięty w ręcznik, zastałem je obie leżące w łóżku w gościnnym pokoju. Szeptały i chichotały jak uczennice.
– No chodź już, czekamy – powiedziała Kasia.
– Miejsce jest – dodała jej przyjaciółka.
Bez słowa położyłem się między nimi. Leżąc tak, otoczony ich ciepłem, czułem niesamowitą ekscytację. Żadnych zasad, żadnych granic. Tylko my i adrenalina. To była pełnia naszej wspólnej wolności, zanim cokolwiek zdążyło ją przyciemnić.
Marzec 2002, Radom
Samochód sunął przez szare jeszcze o tej porze roku krajobrazy. Czułem narastający ucisk w żołądku. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd do jej rodziców. Mijał właśnie rok naszej znajomości. Od wielu miesięcy dzieliliśmy wspólne mieszkanie i życie. A jednak, zamiast radości, towarzyszyło mi poczucie nadchodzącej próby.
Kaśka, zazwyczaj tak żywiołowa, siedziała zamknięta w sobie, nerwowo poprawiając fałdy swojej eleganckiej sukienki.
– Darek... – zaczęła. – Musimy jeszcze raz o tym porozmawiać. Kiedy już tam będziemy...
– Mam udawać kogoś, kim nie jestem? – przerwałem jej, a mój głos zabrzmiał twardziej niż zamierzałem. – Tak, wiem. Mam nie wspominać o córce i rozwodzie. Naprawdę? Chcesz, żebym kłamał?
– To nie tak! Po prostu... oni nie zrozumieją. To małe miasteczko. Inne wartości.
– A nasze wartości? Prawda? – zapytałem, patrząc na nią. Jej twarz była pełna udręki, ale we mnie narastał gniew.
Jesteśmy razem, mieszkamy razem już prawie rok, ale ona wciąż ukrywa to przed resztą lekarzy z Kliniki, dla których jestem tylko, jak dla wielu innych lekarzy, znajomym z firmy farmaceutycznej.
– Chcesz, żebyśmy budowali naszą przyszłość na kłamstwie?
– Znam ich podejście – mówiła dalej, jakby chcąc przekonać nie tylko mnie, ale i samą siebie. – Bardzo konserwatywne. Tata ma swoje wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać rodzina jego córki. Po prostu... dajmy im czas. Najpierw niech cię polubią. Poznają cię. Resztę... resztę powiemy im później.
W domu jej rodziców czułem się jak aktor w kiepskiej sztuce. Ojciec, poważny lekarz, pytał:
– Więc, Darek... W marketingu, tak? A nie ciągnęło do apteki?
– Na farmacji są trzy kierunki. Ja kończyłem technologię postaci leku. Po tym pracuje się raczej w przemyśle farmaceutycznym niż w aptece. Ale od zawsze ciągnęło mnie do marketingu – odparłem, starając się zachować swobodę. – Tworzę strategię, która potem... pomaga.
– Hmm – mruknął, a jego wzrok zdawał się mówić: „Handlarz. Nie lekarz”.
Rozmowa toczyła się tak przez cały obiad. Każde pytanie było miną. Gdy tylko rozmowa schodziła na tematy osobiste, Kasia interweniowała. Patrzyłem na nią, jak płynnie lawiruje i nagle zrozumiałem głębię naszej przepaści. Na parkiecie byliśmy jednym ciałem. Tutaj – dwiema osobami, połączonymi kłamstwem.
W samochodzie, w drodze powrotnej, zapadła cisza tak gęsta, że niemal fizycznie ją czułem. Każdy kilometr oddalający nas od domu jej rodziców pogłębiał przepaść między nami. Patrzyłem na jej profil oświetlony migoczącymi światłami mijanych samochodów i po raz pierwszy zrozumiałem, że nasza miłość może nie przetrwać zderzenia z jej światem – światem sztywnych zasad i niezachwianych pewników.
Ona odetchnęła z ulgą. Ja czułem tylko pustkę. „Tak nie da się zbudować przyszłości” – pomyślałem. To nie była tylko wizyta. To był pierwszy, głęboki dźwięk pękającego szkła.
Marzec 2002, Łódź
Kilka dni po powrocie ciężar milczenia stał się nie do zniesienia.
– Kasiu – zacząłem, odkładając widelec. – Nie mogę tak dalej. Albo jesteśmy razem naprawdę – oficjalnie, bez ukrywania – albo nie ma sensu ciągnąć tego dalej.
Podniosła na mnie wzrok, a w jej oczach dostrzegłem ulgę.
– Wiem – odparła cicho. – Masz rację. Po prostu... bałam się. Bałam się, co powiedzą w Klinice. Bałam się, że jeśli się rozstaniemy, zostanę tylko „tą, która złapała na chwilę faceta z branży”.
– A teraz? Minął ponad rok. Mieszkamy razem. Kochamy się.
– Masz rację – odpowiedziała stanowczo, sięgając po moją dłoń. – Kocham cię. Czuję się przy tobie swobodnie. Czas przestać się ukrywać.
– A twoi rodzice?
– Dajmy im czas.
To wyznanie było jak otwarcie klatki. Następnego dnia odprowadziłem Kasię do Kliniki, trzymając ją za rękę. Oficjalnie zostaliśmy parą w świadomości innych lekarzy z jej Kliniki. A ja, pracując nad kolejnymi strategiami, zacząłem celowo „wspierać” mocniej dermatologów – szczególnie tych z Łodzi. To był mój cichy, osobisty hołd złożony jej światu.
Ale największa zmiana zaszła w sferze intymnej. Kasia, uwolniona od brzemienia ukrywania, stała się jeszcze bardziej śmiała i wyzwolona. Jej fantazje, które wcześniej istniały jedynie w sferze marzeń, teraz stawały się naszą wspólną, namacalną rzeczywistością.
***
Był piątkowy wieczór. W pubie było głośno. Staliśmy przy barze, rozmawiając razem ze znajomymi. Kasia, po kilku drinkach, spojrzała na mnie z wyzwaniem w oczach, które obiecywało więcej niż słowa.
– Twoja koszula jest zbyt... schludna – powiedziała, a jej dłonie chwyciły materiał mojej koszuli. Szarpnęła z nieoczekiwaną siłą.
Guziki potoczyły się po podłodze z cichym stukotem.
– Lepiej? – spytałem, czując mieszankę zażenowania i niepohamowanego podniecenia.
– Dużo lepiej – odparła, przyciągając mnie do siebie w namiętnym, władczym pocałunku, który postawił wszystkich wokół w stan chwilowego osłupienia. – Zawsze chciałam tak zrobić. Teraz wyglądasz jak mój.
***