KOBIETY - ebook
„Kobiety” to osobista, szczera i momentami niewygodna opowieść o relacjach, które definiują życie mężczyzny. Michał Ryn, zabiera czytelnika w podróż przez swoje związki - od pierwszych fascynacji, przez miłości, które dawały siłę, aż po te, które zostawiały ślady na dłużej. Autor nie kreuje się na bohatera bez skazy. Z dystansem i ironią opisuje własne wybory, błędy i lekcje wyniesione z relacji z kobietami, które były jego nauczycielkami, przewodniczkami i lustrem, w którym musiał się przejrzeć. Dla ochrony prywatności bohaterek zmienione zostały imiona, lecz emocje i doświadczenia pozostają autentyczne. „Kobiety” to pierwszy tom trylogii, na którą składają się jeszcze „Praca” i „Rodzina” - trzy perspektywy jednego życia. To książka dla tych, którzy nie szukają prostych odpowiedzi, lecz chcą lepiej zrozumieć siebie, swoje relacje i mechanizmy rządzące bliskością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397919709 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Teraz, kiedy jestem u kresu swych dni…” – tak zaczynałaby się moja opowieść, gdybym był Egipcjaninem Sinuhe. Lecz nie jesteśmy w czasach starożytnych ale współczesnych i pięćdziesiąt parę lat to prawie początek. Mam za to bagaż doświadczeń, które ukształtowały człowieka, którym dziś jestem. Piszę tę historię nie dla chwały, ale dla zrozumienia. Dla siebie, a także dla tych, którzy być może odnajdą w moich potknięciach odbicie własnych dróg.
Aby uporządkować ten chaos wspomnień, podzieliłem opowieść na trzy filary, na których zbudowałem – i czasem zburzyłem – swoje życie: Kobiety, Pracę i Rodzinę.
W „Kobietach” opowiem o tych, które kochałem, które mnie opuściły i które mnie ratowały. To one były moimi najsurowszymi nauczycielkami i najczulszymi przewodniczkami, często nieświadomie wytyczając szlaki, którymi podążałem. Dla ochrony ich prywatności, zmienię imiona, choć jestem pewien, że one same, czytając te słowa, poczują echo wspólnej historii.
„Praca” to opowieść o kulisach świata, gdzie ambicja ścierała się z etyką, a sukces ma swoją cenę. Rozpocznie się od moich początków w farmacji – branży, która z pozoru jest zimna i naukowa, a w rzeczywistości bywa areną namiętności i intryg o których trochę mogliście dowiedzieć się z takich filmów jak „Botox” czy „Wyjazd integracyjny”. Poznasz kulisy, o których się nie mówi.
„Rodzina” to tom najtrudniejszy i najcenniejszy. To historia miłości, która wydała najwspanialszy owoc – moje dziecko – ale też nie zdołała przetrwać próby czasu. Przez pryzmat rozwodu spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie: co tak naprawdę chroni związek, a co go nieodwracalnie niszczy? Nie mam prostych odpowiedzi, ale znam wagę pytań.COŚ SIĘ KOŃCZY – COŚ ZACZYNA
Sierpień 2000 roku w Łodzi był gorący i ciężki, jak koc, którym dusi się człowieka we śnie. Stałem na balkonie, patrząc, jak zachodzące słońce maluje bloki na krwisto-pomarańczowy kolor. W środku, w pokoju pełnym zapakowanych kartonów, moja żona – a już niebawem była żona – kończyła pakować ostatnią walizkę.
Czternaście lat. Czternaście lat razem: od liceum, przez studia, małżeństwo, rodzicielstwo, wspólne plany.
A teraz to.
Nie kłóciliśmy się. Nie było krzyków ani dramatycznych scen. Była tylko cisza – gęstsza od dymu po pożarze – i jedno zdanie, które padło miesiąc wcześniej. Wysłane SMS-em z Włoch:
„Z nami koniec. Chcę rozwodu”.
Patrzyłem na nią. Tę samą kobietę, której brązowe oczy kiedyś śmiały się, gdy na nią patrzyłem. Teraz były spokojne. Uporządkowane. Niemal obce. Skończyła psychologię, mówiła o samorozwoju, o potrzebie spełnienia, o zasadności komunikacji. A teraz… to.
Budowaliśmy stabilne życie. Dla nas. Dla Darii.
Wydawało mi się, że właśnie tym jest miłość: wiernością, codziennością, wspólnym frontem przeciwko światu.
A potem pojechała na to szkolenie. Najpierw jedno. Potem drugie. Wróciła odmieniona. Rozpromieniona. Mówiła o energii grupy, o nowych metodach pracy, a potem… o nim. O Włochu. Czarującym. O tym, że przy nim poczuła się „jak kobieta”.
Słuchałem, czując, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jak budynek, który mozolnie wznosiłem przez lata, rozpada się w kilka chwil.
Próbowałem walczyć. Prosić. Pytać, co zrobiłem nie tak, co mogę naprawić.
Odpowiedź była prosta:
„Nic. To się po prostu stało. Był pociągający. Nie mogłam się oprzeć”.
Te słowa – nie mogłam się oprzeć – będą mnie później jeszcze prześladować. Staną się gorzkim refrenem, powtarzanym przez inne usta, w innych sypialniach. Ale wtedy, w tamtym gorącym sierpniu, były po prostu młotem, który roztrzaskał mój świat na kawałki.
Kiedy jej włoski romans okazał się mglistą obietnicą, a on zniknął jak sen, wróciła. Zaproponowała „odbudowę dla dobra Darii”.
Wtedy coś we mnie pękło.
Zdrada boli. Ale propozycja powrotu z litości, z obowiązku, zamiast z pragnienia – to upokorzenie, które pali do szpiku kości.
Powiedziałem „nie”.
W listopadzie sąd przypieczętował nasz rozwód.
Zostałem sam. Po prostu sam.
Z pustym mieszkaniem, w którym każde echo przypominało rodzinne śmiechy. I z córką, której niewinne oczy zadawały pytania, na które nie miałem odpowiedzi.
Miałem trzydzieści lat. Dbałem o ciało, bezwiednie, mechanicznie, na siłowni. A jednak czułem się jak pusta skorupa. Poczucie własnej wartości leżało w gruzach. Przez czternaście lat wierzyłem, że jestem wystarczający.
Dla niej okazałem się niewystarczający w każdym możliwym wymiarze – emocjonalnym, seksualnym, męskim.
To właśnie z tego miejsca – z emocjonalnej zapaści, z poczucia bycia kimś, kto nie potrafił zatrzymać przy sobie kobiety – zaczyna się moja droga.
Droga, która zaprowadzi mnie najpierw do Kasi, ucząc rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia.
Droga, która wciągnie mnie w dziwny układ z „Czterema”.
Droga przez kobiety – te, które będą leczyć rany po tamtej, i te, które zadadzą kolejne. Kobiety, które mnie zmienią. Albo przy których poczuję się choć przez chwilę… wspaniale.
Nie wiedziałem tego wtedy, stojąc na balkonie i patrząc, jak taksówka odjeżdża z moją przeszłością. Myślałem tylko, że coś definitywnie się skończyło. Nie miałem pojęcia, że właśnie coś się zaczyna.
Coś znacznie bardziej chaotycznego, bolesnego i oświecającego, niż mógłbym to sobie wyobrazić.
Był koniec. Było samotne „ja”. I był ogromny, głuchy głód bycia ponownie – choćby na chwilę – kimś ważnym dla kogoś. Choćby tylko dla czyichś zmysłów.MARIEM
Słońce wbijało się w ziemię jak rozżarzony nóż. Hurghada w lipcu to nie był żart. Wczoraj, po przyjeździe, zdążyliśmy się tylko rozejrzeć po hotelu. Daria oszalała na punkcie basenów, a ja na punkcie tego, że przez najbliższe dziesięć dni będę mógł spędzać z nią całe dnie. To był skarb, za który po rozwodzie musiałem toczyć prawdziwe bitwy. Na szczęście ostatnio front się ustabilizował, a jej mama przestała traktować nasze spotkania jak akt zdrady stanu. Weekendy w Łodzi to było zawsze za mało. Te wakacje miały być naszym odrobieniem strat.
Tego ranka, po porannym pluskaniu w basenie, odprowadziłem Darię do Kids Clubu. Wewnątrz panował przyjemny, klimatyzowany chłód, kontrastujący z piekłem na zewnątrz. W głębi widać było grupkę dzieci i dwie animatorki. Podeszła do nas jedna z nich – smukła, o śniadej cerze i czarnych, związanych w kitkę włosach. Na bluzce miała plakietkę: Mariem.
– Witam – powiedziałem. – Chciałbym zostawić u was córkę na dwie, może trzy godziny. Ma na imię Daria.
Uśmiechnęła się, pokazując rząd nieskazitelnie białych zębów i odpowiedziała coś melodyjnym, ale dla mnie kompletnie niezrozumiałym językiem. Francuski?
– I’m sorry I don’t speak French – dodałem, rozkładając ręce.
Jej uśmiech nie zgasł. Skinęła głową i wskazała na tablicę przy wejściu. Były na niej podstawowe informacje w kilku językach. Złapałem leżącą obok kartę, wypełniłem ją numerem pokoju, danymi Darii i przewidywaną godziną odbioru. Mariem spojrzała na kartkę, napisała imię „Daria” na plakietce i zawiesiła ją na szyi mojej córki.
– No dobrze, Rybciu. Idź się bawić. – Przytuliłem ją na moment. – Jakby co, będę tuż obok, na siłowni. Wrócę za dwie godziny.
Patrzyłem, jak Mariem, trzymając ją za rękę, prowadzi w głąb sali. Miałem dziwne uczucie – ulgi, że mam chwilę dla siebie, i jednocześnie lekkiego niepokoju, zostawiając ją w obcym miejscu.
Czas na trening.