KOBRA - ebook
Każdy biegacz wie, że zawody zaczynają się na długo przed wystrzałem startera. Ktoś wyznacza trasę, rozwiesza oznaczenia i zabezpiecza miejsca, których zawodnicy zwykle nawet nie zauważają. Wystarczy jednak odwrócić jedną strzałkę, aby sportowa rywalizacja zamieniła się w niebezpieczną grę. W centrum wydarzeń znajduje się Kobra — biegacz i fotograf wracający do sprawności po operacji biodra. Nie może jeszcze ruszyć w pościg, dlatego obserwuje, łączy fakty i zadaje niewygodne pytania „KOBRA” to powieść sensacyjna z autentycznym klimatem amatorskiego biegania. Pokazuje wspólne treningi, kulisy organizacji zawodów, sportowe ambicje i przyjaźnie budowane kilometr po kilometrze. Bo przy biegowej trasie można znaleźć znacznie więcej niż zgubiony bidon.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398340915 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdy człowiek stoi wieczorem na linii startu biegu na dziesięć kilometrów, powinien myśleć o tempie, oddechu i rozsądnym rozłożeniu sił. Ja myślałem o tym, czy lewe biodro wytrzyma do pierwszego zakrętu. Był to ambitny plan sportowy, choć niezbyt efektowny marketingowo.
Piekary Śląskie szykowały się do nocnego biegu z właściwą sobie powagą. Lampy uliczne odbijały się w wilgotnym asfalcie, z głośników płynęła muzyka mająca przekonać kilkuset dorosłych ludzi, że dobrowolne zmęczenie po zmroku jest przejawem zdrowego rozsądku, a konferansjer zapewniał, że warunki są idealne. Konferansjerzy mają tę niezwykłą zdolność. Gdy pada poziomo, mówią o rześkiej aurze. Gdy asfalt się topi, chwalą wakacyjny klimat. Tego wieczoru rzeczywiście było nieźle, więc człowiek z mikrofonem musiał się trochę nagimnastykować, żeby dodać sytuacji dramaturgii.
Staliśmy razem: Długa, Gawron, Blondi, Mysza, Tyka i ja. Na zdjęciu wyglądalibyśmy jak zwarta drużyna gotowa ruszyć ramię w ramię. Zdjęcia bywają wzruszająco nieuczciwe. Wiedziałem, że po sygnale startu piątka przede mną zniknie szybciej niż darmowe ciasto po biegu, a ja rozpocznę osobne zawody. Z czasem, bólem i człowiekiem stojącym za mną.
– Tylko nie zaczynaj za szybko – powiedziała Długa, poprawiając numer startowy tak dokładnie, jakby od jego ustawienia zależała ważność całej imprezy. – Pierwszy kilometr spokojnie. Potem ocenisz.
Długa lubiła procedury. Gdyby można było złożyć wniosek o dobrą formę w dwóch egzemplarzach, z pewnością zrobiłaby to tydzień wcześniej i zachowała potwierdzenie wpływu.
– Ja zawsze zaczynam spokojnie – odparłem.
Gawron parsknął śmiechem i przeciągnął dłonią po krótkich włosach. Nawet bez munduru miał w sobie coś, co sugerowało, że za chwilę poprosi moje tłumaczenie o podpis.
– Ty nie zaczynasz spokojnie. Ty zaczynasz podejrzanie wolno, a potem przechodzisz do tempa objętego tajemnicą służbową.
– Oszczędzam organizm.
– Na co?
– Na emeryturę. W przeciwieństwie do ciebie planuję jej dożyć.
Blondi weszła między nas z telefonem uniesionym przed twarzą. Jeszcze trzy minuty wcześniej twierdziła, że nie mamy czasu na zdjęcia, po czym zarządziła czwarte, bo na poprzednich Tyka patrzył w bok, Mysza mrugnęła, a ja podobno wyglądałem, jakbym przyszedł odebrać zaległą fakturę.
– Teraz wszyscy się uśmiechają – oznajmiła. – Kobra, ty też. To jest bieg, nie kontrola prostaty.
– Nie widzę wielkiej różnicy. W obu przypadkach człowiek dobrowolnie przychodzi w miejsce, z którego chciałby szybko wyjść.
Mysza zasłoniła usta dłonią, ale jej szeroki uśmiech i tak wydostał się bokami. Śmiała się cicho, jakby nie chciała przeszkadzać innym, a jednocześnie zauważała wszystko. Tyka tylko spojrzał na mnie, potem na moje lewe biodro. Niczego nie skomentował. Nie musiał. Miał ten irytujący rodzaj spokoju, przy którym człowiek sam zaczyna mówić prawdę.
– Boli już teraz? – zapytał.
– Jeszcze nie boli. Na razie ostrzega.
– Od miesiąca ostrzega.
– Jest konsekwentne. Szanuję to.
Tyka pokręcił głową. Blondi zrobiła zdjęcie, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, po czym natychmiast zaczęła tłumaczyć, że po biegu powinniśmy nagrać wspólną rolkę. Miała tysiąc pomysłów i każdy uważał za pilny. Gdyby kiedyś zabrakło jej koncepcji, prawdopodobnie świat zatrzymałby się z przyczyn technicznych.
Przesunęliśmy się bliżej linii. Tłum zgęstniał, zegarki zaczęły szukać satelitów, a biegacze wykonywali ostatnie podskoki i skłony. Patrzyłem na nich z mieszaniną zazdrości i podejrzliwości. Moje rozgrzewanie polegało ostatnio głównie na sprawdzaniu, czy po pierwszym ruchu pojawi się ból, po drugim zniknie, a po trzecim człowiek przywyknie. Organizm prowadził ze mną negocjacje, w których nie miałem żadnych argumentów poza uporem.
Biodro bolało od dawna. Najpierw dyskretnie, niemal kulturalnie. Pojawiało się po wysiłku, przypominało o sobie przy wstawaniu z samochodu, czasem budziło mnie w nocy. Potem nabrało pewności siebie. Przestało pytać, czy może wejść, i zamieszkało ze mną na stałe. Człowiek potrafi jednak przyzwyczaić się do wszystkiego, zwłaszcza jeśli bardzo nie chce usłyszeć tego, co już wie.
Lekarz mówił jasno. Zmiany były zaawansowane, a bieganie nie należało do zajęć, które moje lewe biodro zamierzało dalej finansować. Operacja przestała być odległą możliwością. Stała w drzwiach, patrzyła na zegarek i czekała, aż przestanę udawać, że mnie nie ma.
Odliczanie przerwało moje rozważania. Dziesięć. Dziewięć. Gawron klepnął mnie w ramię.
– Widzimy się na mecie – powiedział. Tym razem bez żartu.
– Postarajcie się nie zjeść sernika, zanim dobiegnę.
Mysza upiekła go specjalnie na wspólny powrót. Czekał w samochodzie, bezpieczny tylko teoretycznie, bo Blondi zdążyła już trzy razy zapytać, czy jeden kawałek przed biegiem naprawdę może komuś zaszkodzić.
– Nie możemy obiecać rzeczy niemożliwych – odpowiedziała Mysza.
Padł sygnał. Tłum ruszył, najpierw ciężko i nierówno, później coraz swobodniej. Przez kilkanaście sekund biegliśmy blisko siebie. Widziałem jasną koszulkę Blondi, wysoką sylwetkę Długiej, Gawrona przepychającego się między wolniejszymi zawodnikami, równy krok Myszy i Tykę, który wyglądał, jakby nie biegł szybciej od innych, tylko ziemia przesuwała się pod nim sprawniej.
Potem zaczęli się oddalać.
Nie było w tym nic niezwykłego. Każde z nas miało własne tempo, a moje od początku znajdowało się w końcowej części stawki. Po kilkuset metrach biegłem przedostatni. Za sobą słyszałem jeszcze miarowy oddech jednego zawodnika i szuranie butów. Nie oglądałem się. Między przedostatnim a ostatnim miejscem nie ma przepaści, ale człowiek i tak woli nie sprawdzać jej szerokości.
Pierwszy kilometr minął bez katastrofy. Biodro odzywało się przy każdym kroku tępym naciskiem, lecz znałem ten ból. Oswojony przeciwnik wydaje się mniej groźny, nawet jeśli regularnie wygrywa. Utrzymywałem wolne tempo, pozwalając, by światła pozostałych biegaczy zmieniały się przede mną w rozsypany łańcuch czerwonych punktów.
Miasto nocą pachniało wilgotnym asfaltem, liśćmi i spalinami. Przy trasie stali ludzie, klaskali, wołali imiona zapisane na numerach i zapewniali, że już niedaleko. Publiczność biegowa jest życzliwa, choć ma dość swobodny stosunek do geografii. „Już niedaleko” może oznaczać dwieście metrów, pięć kilometrów albo początek wieloletniej terapii.
Na drugim kilometrze przestałem myśleć o ekipie. Skupiłem się na rytmie. Lewa noga, prawa noga, oddech. Lewa noga, prawa noga, oddech. Schemat prosty, dostępny nawet dla człowieka, który dobrowolnie zapisał się na nocną dyszkę mimo biodra kwalifikującego się raczej do muzeum techniki niż do zawodów.
Przy trzecim kilometrze ból zrobił się ostrzejszy. Skróciłem krok. Przez chwilę pomogło. Potem przestało. Znałem tę grę: organizm zgłaszał reklamację, a ja przekładałem jej rozpatrzenie na później.
Minął mnie samochód zabezpieczenia jadący z przeciwka. Ratownik spojrzał w moją stronę, ale uniosłem kciuk. Uniwersalny gest biegacza. Może znaczyć „wszystko w porządku”, „jeszcze żyję” albo „proszę nie zadawać pytań, bo odpowiedź będzie wymagała wycofania mnie z trasy”.
Na czwartym kilometrze światła czołówek przede mną zniknęły za zakrętem. Zostałem sam z odgłosem własnych butów i zawodnikiem biegnącym gdzieś z tyłu. Niekiedy słyszałem jego krok, czasem cisza połykała go zupełnie. Pomyślałem o zawracaniu. Tylko przez sekundę. Potem przypomniałem sobie, że powrót również wymaga przejścia kilku kilometrów, a meta ma tę przewagę, że zwykle czeka przy niej woda, ludzie i krzesła.
Tablica z oznaczeniem piątego kilometra stała przy krawężniku lekko przekrzywiona. Zobaczyłem ją z daleka i postanowiłem do niej dobiec bez przechodzenia do marszu. Nie był to cel godny transmisji telewizyjnej, lecz w tamtej chwili wystarczał.
Zrobiłem jeszcze kilka kroków.
Ból uderzył bez ostrzeżenia. Nie przypominał wcześniejszego tępego ucisku ani kłucia, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić. Przeszedł przez pachwinę i biodro, wbił się głęboko, a potem odebrał lewej nodze pewność. Zatrzymałem się tak gwałtownie, że omal nie upadłem. Oparłem dłonie na udach i czekałem, aż świat przestanie pulsować razem z biodrem.
Nie przestał.
Spróbowałem wyprostować sylwetkę. Noga przyjęła ciężar, lecz natychmiast odpowiedziała bólem. Rozejrzałem się. Pusta ulica, światła, taśma wyznaczająca trasę. Kilkadziesiąt metrów za mną pojawiła się sylwetka ostatniego zawodnika. Poruszał się powoli, ale równo.
– Wszystko dobrze? – zawołał, gdy się zbliżył.
To było proste pytanie, a ja przez moment rozważałem kilka odpowiedzi. Żadna uczciwa nie brzmiała szczególnie sportowo.
– Biodro urządziło zamach stanu – powiedziałem. – Na razie prowadzimy negocjacje.
Zwolnił i przyjrzał mi się uważnie.
– Wezwać pomoc?
– Jeszcze nie. Idź swoim tempem.
Nie ruszył od razu. W jego twarzy widziałem wahanie, które dobrze znałem. Na biegach ostatni zawodnicy może i walczą z limitem, ale rzadko zostawiają kogoś samego. W końcu wskazałem na trasę przed nami.
– Naprawdę. Jak mnie miniesz, awansujesz. Nie odbieraj sobie takiej chwili.
Uśmiechnął się krótko, jednak zamiast mnie od razu wyprzedzić, przeszedł kilkanaście kroków obok. Dopiero kiedy zobaczył, że potrafię się poruszać, wrócił do truchtu. Oddalił się powoli i już więcej go nie zobaczyłem. Zostałem ostatni. Przyjąłem to bez dramatu. Człowiek w moim tempie powinien umieć odnaleźć się na każdej pozycji w tabeli, zwłaszcza w dolnej części.
Ruszyłem marszem. Każdy krok lewą nogą wymagał namysłu. Najpierw stawiałem stopę, potem ostrożnie przenosiłem ciężar, a na końcu próbowałem nie syczeć. Po stu metrach zrozumiałem, że do mety nie pobiegnę. Po dwustu przestałem udawać, że jeszcze rozważam taką możliwość.
Telefon zawibrował w kieszeni. Gawron.
– Gdzie jesteś? – zapytał. W tle słyszałem jego oddech i muzykę z innej części trasy.
– W Piekarach.
– To akurat ustaliliśmy przed startem.
– Około piątego kilometra. Idę.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Gawron potrafił żartować z niemal wszystkiego, ale słyszał zmianę głosu szybciej niż inni.
– Co się stało?
– Biodro. Mocno.
– Zostań tam. Zgłoszę obsłudze i ktoś po ciebie przyjedzie.
Spojrzałem na drogę przed sobą. Pięć kilometrów brzmiało absurdalnie. Z drugiej strony powrót samochodem technicznym brzmiał jak rozsądek, a rozsądek miał u mnie od lat poważny problem wizerunkowy.
– Idę dalej – powiedziałem.
– Kobra, to nie jest moment na twoją filozofię kończenia wszystkiego za wszelką cenę.
– To nie filozofia. Na mecie czeka sernik Myszy.
– Sernik jest w samochodzie.
– A samochód przy mecie. Nie rozbijaj mi motywacji szczegółami geograficznymi.
– Zostawię ci kawałek w spadku, jeśli się tam wykończysz.
– Widzisz? Już mam dodatkową motywację.
Gawron wypuścił powietrze. Usłyszałem, jak mówi komuś obok, że mam problem. Pewnie biegli jeszcze razem albo mijali punkt kontrolny.
– Dzwoń, jeśli będzie gorzej – powiedział. – I nie rozłączaj się tylko dlatego, że nie chcesz słuchać rozsądnych ludzi.
– Rozsądni ludzie nie zapisują się na nocne biegi.
– To akurat prawda.
Schowałem telefon i szedłem dalej. Szósty kilometr ciągnął się jak zebranie, na którym każdy już zna decyzję, lecz wszyscy chcą jeszcze zabrać głos. Zawodnika, który minął mnie przy piątym kilometrze, nie było już widać. Przede mną została pusta trasa, a za mną samochód obsługi. Oficjalnie zamykał bieg. Nieoficjalnie pilnował, żebym nie próbował umrzeć bez wcześniejszego zgłoszenia.
Na punkcie z wodą wolontariuszka podała mi kubek i spojrzała na mój chód.
– Może pan odpocząć. Mamy krzesło.
Krzesło zabrzmiało jak luksusowy pakiet wakacyjny. Usiadłem na chwilę, wypiłem wodę i poczułem, jak mięśnie stygną. Biodro bolało jeszcze bardziej. Wiedziałem, że jeśli zostanę dłużej, już nie wstanę. Podniosłem się, używając stołu jak poręczy.
– Daleko? – zapytałem.
Wolontariuszka zawahała się o ułamek sekundy.
– Już bliżej niż dalej.
Doceniłem uczciwość. W środowisku biegowym była to niemal precyzyjna jednostka odległości.
Kilometry siedem i osiem zapamiętałem jako serię świateł, krawężników i prób znalezienia takiego sposobu stawiania nogi, który nie wywoływałby bólu. Nie znalazłem. Kilka razy zatrzymywałem się pod latarniami. Raz oparłem plecy o chłodny mur. Samochód zamykający trasę jechał za mną w dużej odległości, a jego obecność działała jak dyskretny nadzorca. Wiedziałem, że obsługa mnie widzi. Wiedziałem też, że w każdej chwili mogę zejść. Ta możliwość paradoksalnie pomagała iść dalej.
Przy dziewiątym kilometrze zadzwoniła Blondi.
– Gawron mówi, że idziesz. Gdzie dokładnie jesteś? Możemy podejść.
– Macie zostać na mecie.
– Nie wydawaj poleceń, kiedy ledwo chodzisz.
– Właśnie wtedy człowiek najbardziej potrzebuje poczucia władzy.
– Kobra.
W jednym słowie zmieściła złość, niepokój i gotowość do osobistego przyjścia po mnie, nawet gdybym znajdował się po drugiej stronie miasta.
– Został kilometr – powiedziałem łagodniej. – Dojdę. Tylko nie róbcie ze mnie ceremonii powitalnej.
– Niczego nie obiecuję.
To była Blondi. Gdy mówiła, że niczego nie obiecuje, należało przygotować się na transparent, transmisję na żywo i projekt imprezy towarzyszącej.
Ostatni kilometr nie miał już nic wspólnego z biegiem. Szedłem przechylony lekko na prawą stronę, coraz wolniej. Meta raz pojawiała się między budynkami, raz znikała za kolejnym zakrętem. Słyszałem muzykę i głos konferansjera. Większość zawodników dawno ukończyła zawody. Ludzie rozmawiali, odbierali medale, robili zdjęcia. Dla nich wysiłek się skończył. Dla mnie każda minuta trwała osobno.
Kiedy wbiegnięcie na metę stało się już zupełnie nierealne, postanowiłem przynajmniej przejść przez nią wyprostowany. Była to ostatnia resztka sportowej godności, czyli tej szczególnej odmiany próżności, dzięki której człowiek cierpi, ale pilnuje, żeby dobrze wyglądać na zdjęciu.
Zobaczyłem ekipę. Stali za barierką wszyscy: Długa z rękami splecionymi na piersi, Gawron gotowy wejść na trasę, Blondi z telefonem opuszczonym wyjątkowo wzdłuż ciała i Mysza z medalem na szyi. Tyka patrzył mi prosto w oczy. Nie krzyczeli. To zaniepokoiło mnie bardziej niż ból.
Przeszedłem przez linię jako ostatni zawodnik. Zegar pokazywał czas, którego nawet nie próbowałem odczytać. Ktoś zawiesił mi medal na szyi. Ktoś inny podał wodę. Za mną nie było już nikogo poza samochodem zamykającym trasę i człowiekiem z obsługi, który wyglądał na szczerze zadowolonego, że nie będzie musiał mnie zbierać z asfaltu. Plan ukończenia biegu wykonałem. Plan zachowania resztek rozsądku odpadł mniej więcej w połowie dystansu.
Tyka pierwszy znalazł się obok. Chwycił mnie pod prawe ramię, nie szarpiąc i nie próbując przenosić całego ciężaru.
– Usiądź – powiedział.
Tym razem nie dyskutowałem. To wystarczyło, żeby wszyscy zrozumieli, jak jest źle.
Usiadłem na ławce. Biodro pulsowało, noga drżała, a zimny pot spływał mi po plecach. Długa przykucnęła przede mną.
– Jedziemy na pomoc medyczną.
Nie pytała. Informowała o zatwierdzonej procedurze.
– Najpierw minuta – odpowiedziałem.
Gawron stanął z boku i patrzył na mnie ze złością, którą ludzie najczęściej rezerwują dla osób robiących sobie krzywdę na ich oczach.
– Miałeś zadzwonić, jeśli będzie gorzej.
– Było cały czas tak samo źle. Nie chciałem wprowadzać chaosu w raportowaniu.
– Jeszcze jeden taki żart i sam cię zaniosę.
– Nie dasz rady. Ostatnio poprawiłem masę mięśniową.
Mysza podała mi kurtkę. Nie mówiła nic, tylko położyła dłoń na moim ramieniu. Blondi stała kilka kroków dalej. Po raz pierwszy tego wieczoru nie robiła zdjęcia. Ten drobny brak telefonu przed jej twarzą powiedział mi więcej niż wszystkie pytania.
Spojrzałem na medal. Był ciężki, kolorowy i zupełnie obojętny na cenę, którą właśnie zapłaciłem za jego zdobycie. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej taki finisz nazwałbym dowodem charakteru. Teraz widziałem w nim przede wszystkim upór człowieka, który od dawna zna diagnozę, ale liczy, że staw biodrowy wzruszy się jego determinacją i sam się naprawi.
Nie wzruszył się.
– Koniec – powiedziałem.
Gawron nachylił głowę.
– Koniec czego?
Dotknąłem dłonią lewego uda. Ból wciąż przechodził przez pachwinę przy najmniejszym ruchu.
– Udawania, że jeszcze można to odwlekać. Umawiam operację.
Nikt nie odpowiedział od razu. Długa skinęła głową, jakby właśnie doczekała się podpisu pod dokumentem złożonym wiele miesięcy wcześniej. Mysza ścisnęła moje ramię. Tyka patrzył spokojnie. Blondi odwróciła na moment twarz, a Gawron usiadł obok mnie.
– To pierwsza rozsądna rzecz, jaką dziś powiedziałeś – stwierdził.
– Nie przyzwyczajaj się. To sytuacja wyjątkowa.
Za linią mety gasły pierwsze światła. Wolontariusze składali stoły, muzyka ucichła, a na wilgotnym asfalcie zostały kubki, ślady butów i kilka odbić kolorowych lamp. Siedziałem z medalem na szyi i nogą, której prawie nie mogłem podnieść. Nie wiedziałem jeszcze, jak długo będę chodził o kulach, ile razy będę przeklinał schody ani jak człowiek uczy się od nowa zwykłego kroku.
Wiedziałem tylko, że właśnie ukończyłem ostatni bieg ze swoim starym biodrem.
Meta, jak się później okazało, wcale nie oznaczała końca. Była tylko miejscem, w którym wreszcie przestałem uciekać przed startem.ROZDZIAŁ 1
Dziesięć tygodni po operacji człowiek zaczyna wierzyć, że najgorsze ma za sobą. Potrafi już sam wstać z łóżka, założyć skarpetę bez prowadzenia negocjacji międzynarodowych i przejść przez mieszkanie, nie zahaczając kulą o każdy mebel. Wtedy właśnie trafia do ośrodka rehabilitacyjnego, gdzie ktoś uprzejmie wyjaśnia mu, że do tej pory właściwie tylko przygotowywał się do przygotowań.
Wysiadłem przed budynkiem w Czernichowie i przez chwilę patrzyłem na bagaże stojące obok samochodu. Torba z ubraniami, plecak z aparatem, dwie kule i kijki. Cztery tygodnie pobytu wymagały wyposażenia podobnego do niewielkiej wyprawy polarnej, z tą różnicą, że zamiast raków miałem zapas tabletek, a największym zagrożeniem nie był mróz, tylko źle ustawione krzesło.
Od operacji minęło dokładnie dziesięć tygodni. W lewym biodrze miałem bezcementową endoprotezę, a przy krętarzu większym kotwicę, którą chirurg przymocował mięśnie pośladkowe. Brzmiało to solidnie, niemal żeglarsko. Mój organizm najwyraźniej uznał, że skoro przez lata dryfowałem między biegami, rowerem i bólem, należy mnie w końcu zacumować.
Oparłem jedną kulę o bok samochodu i zarzuciłem plecak na prawe ramię. Drugą kulę zostawiłem z torbą. Przez ostatnie dni coraz częściej próbowałem chodzić bez podparcia. Na krótkich odcinkach radziłem sobie nieźle, jeśli za „nieźle” uznać chód człowieka, który bardzo chce wyglądać naturalnie i przez to wygląda jeszcze mniej naturalnie.
Do wejścia było może czterdzieści metrów. Zwykły dystans. Przed operacją pokonywałem go bez zauważenia. Po operacji każdy odcinek miał osobną osobowość. Ten był lekko pod górę, z nierówną kostką i drzwiami na końcu. Drzwi stanowią niedoceniane zagrożenie dla ludzi o ograniczonej mobilności. Trzeba do nich dojść, otworzyć je, przytrzymać, a potem przejść tak, żeby nie zostać uderzonym we własny tyłek. Architekci najwyraźniej projektują je wyłącznie dla osób dysponujących nadmiarem rąk.
Zrobiłem kilka kroków bez kuli, ale po chwili biodro przypomniało, że odwaga i głupota korzystają czasem z tego samego obuwia. Sięgnąłem po podparcie. Nie bolało mocno. Czułem raczej napięcie w boku uda i słabość, która pojawiała się nagle, jak pracownik przypominający sobie o końcu zmiany.
Przy drzwiach dogoniła mnie kobieta w granatowej bluzie. Bez pytania chwyciła torbę i wniosła ją do środka.
– Pierwszy dzień? – zapytała.
– Aż tak widać?
– Stali pacjenci już wiedzą, że bagaż należy zostawić przy recepcji i udawać, że ktoś inny się nim zajmie.
– Czyli system podobny do administracji państwowej.
Kobieta uśmiechnęła się i wskazała ladę. Miała na identyfikatorze napis „Anna – fizjoterapeuta”. Informacja nieco popsuła moje pierwsze wrażenie. Człowiek, który bez wysiłku przenosi cudzą torbę, może być życzliwy. Fizjoterapeuta robi to również po to, żeby za godzinę udowodnić właścicielowi torby, że nie potrafi prawidłowo napiąć pośladka.
W recepcji dostałem formularze, opaskę identyfikacyjną, kartę zabiegów i instrukcję, której nie zapamiętałem. Informacje o godzinach posiłków przyjąłem natomiast z pełnym skupieniem. Organizm po operacji potrzebuje białka, witamin i regularnego odżywiania. Ja szczególnie dobrze reagowałem na wszystko, co podawano z sosem.
– Pokój na drugim piętrze, numer dwieście czternaście – powiedziała recepcjonistka. – Winda jest po lewej.
Spojrzałem w stronę schodów.
– Nawet o nich nie myśl – odezwała się Anna.
– Tylko oceniałem wysokość.
– Oczywiście. Pacjenci po endoprotezie zawsze najpierw oceniają wysokość, a potem próbują udowodnić, że grawitacja ich nie dotyczy.
– Ja jestem rozsądny.
Recepcjonistka i fizjoterapeutka spojrzały na siebie. Nie powiedziały nic. W ciągu trzydziestu sekund pobytu zbudowały porozumienie oparte na braku zaufania do moich deklaracji.
Winda miała lustro na całej ścianie. Zobaczyłem w nim mężczyznę z plecakiem, kulą i lekkim przechyleniem tułowia. Próbowałem się wyprostować. Sylwetka poprawiła się na dwie sekundy, później lewa strona znowu uciekła. Ciało przez miesiące nauczyło się omijać ból, a teraz nie zamierzało porzucić starych zwyczajów tylko dlatego, że chirurg wymienił część wyposażenia.
Pokój dzieliłem z mężczyzną około sześćdziesiątki. Siedział przy oknie i czytał gazetę, trzymając ją blisko twarzy. Na krześle obok leżała złożona bluza, a pod ścianą stała para trekkingowych butów, zbyt zużytych, by kupił je ktoś używający ich wyłącznie na spacer do sklepu.
– Roman – przedstawił się, odkładając gazetę. Nie wstał. Prawą nogę trzymał wyprostowaną, a kolano miał osłonięte elastycznym stabilizatorem.
– Kobra.
Uniósł brwi.
– Naprawdę?
– Naprawdę mam inaczej na imię. Ale wszyscy mówią Kobra.
– Rozumiem. Mnie wszyscy mówią Roman, chociaż rzeczywiście mam tak na imię. Nie dorobiłem się marki.
Polubiłem go o jedną dziesiątą bardziej, niż planowałem. Był szczupły, siwy i opalony w sposób charakterystyczny dla ludzi spędzających dużo czasu na zewnątrz. Na lewym policzku miał cienką bliznę, biegnącą od ucha w stronę żuchwy. Nie pasowała do operowanego kolana, ale człowiek po pięćdziesiątce rzadko mieści całą historię zdrowotną w jednym stawie.
– Które łóżko? – zapytałem.
– To przy drzwiach. Przy oknie było wolne, ale zająłem je zgodnie z prawem pierwszego przybycia i słabszego pęcherza.
– Uczciwy regulamin.
Rozpakowałem rzeczy, ustawiając aparat na półce nad łóżkiem. Canon przyjechał ze mną nie dlatego, że planowałem pracować. Po kilku miesiącach przymusowego ograniczenia aktywności sam widok aparatu działał jak obietnica normalności. Mogłem nie biegać, ale wciąż potrafiłem patrzeć. Czasem nawet uważniej, odkąd nie byłem w stanie wszędzie dojść.
Roman przyglądał się, jak wyjmuję obiektyw i chowam go do szuflady.
– Fotograf?
– Głównie sport. Mecze, biegi, czasem wydarzenia, na których ludzie stoją przy mównicy i udają, że słuchają.
– Biegi – powtórzył. Zrobił to obojętnie, ale zbyt szybko odwrócił wzrok w stronę okna.
Nie zapytałem. Przez lata fotografowania nauczyłem się, że ludzie zdradzają najwięcej chwilę po tym, gdy wydaje im się, że już przestali mówić. Roman poprawił gazetę, lecz nie wrócił do czytania. Patrzył na swoje trekkingowe buty.
– Sam pan biega? – zapytał po chwili.
– Biegałem.
Słowo zabrzmiało ciężej, niż chciałem. W prologu własnego życia człowiek łatwo obiecuje sobie, że operacja jest tylko przerwą. Dziesięć tygodni później zaczyna rozumieć, że powrót nie ma daty wydrukowanej na wypisie.
– Wróci pan – powiedział Roman.
– Lekarze są mniej stanowczy.
– Lekarze muszą mieć rację na papierze. Człowiek może sobie pozwolić na nadzieję.
Było to zdanie zbyt poważne jak na pierwsze pięć minut znajomości. Na szczęście do pokoju weszła pielęgniarka z ciśnieniomierzem i uratowała nas przed rozwijaniem filozofii.
Po badaniu zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie Anna czekała z kartą oraz miną osoby, która zamierza ustalić prawdę niezależnie od zeznań pacjenta.
– Operacja lewego biodra dziesięć tygodni temu, endoproteza bezcementowa i reinsercja mięśni pośladkowych – przeczytała. – Jak pan chodzi na co dzień?
– Coraz lepiej.
– To nie jest jednostka medyczna.
– Bez podparcia przejdę około kilometra, ale wolno. Z kijkami dwa, czasem trzy kilometry. Na dłuższe wyjścia biorę kulę.
– Ból?
– Niewielki. Bardziej osłabienie i ciągnięcie z boku.
– Schody?
– Wchodzę z poręczą.
– Naprzemiennie?
– Zależy, kto patrzy.
Anna odłożyła długopis.
– Mnie interesuje, jak pan chodzi, kiedy nikt nie patrzy.
– W takim razie ostrożnie i bez efektów specjalnych.
Kazała mi przejść kilka razy po gabinecie. Najpierw z kulą, potem bez niej. Starałem się iść swobodnie. Po trzecim kroku usłyszałem, że skracam fazę podporu na lewej nodze. Po piątym, że przechylam tułów. Po ósmym dowiedziałem się, że stopę ustawiam pod niewłaściwym kątem. Gdybym dotarł do dwudziestego, prawdopodobnie wyszłoby na jaw, że również oddycham w sposób wymagający korekty.
– Nie musi pan niczego przede mną udowadniać – powiedziała. – Ma pan cztery tygodnie. Zaczniemy spokojnie, ale regularnie. Ćwiczenia siłowe, stabilizacja, nauka prawidłowego chodu, basen, fizykoterapia. Kijki tak, jeśli technika będzie poprawna. Bez samotnych wypraw po stromych ścieżkach.
– A po łagodnych?
– To zależy, co pan uważa za łagodne.
– Wszystko, na czym nie trzeba używać liny.
– W takim razie tym bardziej nie.
Zapisała coś w karcie. Podejrzewałem, że obok mojego nazwiska pojawił się pierwszy znak ostrzegawczy.
Po obiedzie miałem krótką przerwę, a później pierwsze zajęcia na sali. W ośrodku czas nie płynął według zegara. Dzielił się na zabiegi, posiłki i odcinki drogi między nimi. Do windy było trzydzieści kroków. Z windy do sali pięćdziesiąt. Od sali do stołówki trochę więcej, zwłaszcza kiedy korytarz zapełniał się ludźmi z kulami, balkonikami i ambicją, by nie ustąpić pierwszeństwa.
Na sali ustawiono mnie przed lustrem. Lustra w rehabilitacji nie służą próżności. Służą publicznemu przedstawieniu wszystkich oszustw, które człowiek popełnia wobec własnego ciała.
– Ciężar równo na obie nogi – poleciła Anna.
Przeniosłem część ciężaru w lewo.
– Równo.
– Jest równo.
– Nie jest.
Spojrzałem w lustro. Miała rację. Stałem przesunięty w prawo, choć byłem przekonany, że sylwetka jest prosta. Mózg przez miesiące nauczył się traktować krzywiznę jak normę. Był to niepokojący dowód, że jeśli człowiek wystarczająco długo żyje z problemem, zaczyna go uważać za element wyposażenia.
Ćwiczyliśmy przenoszenie ciężaru, odwodzenie nogi, napięcie mięśni pośladkowych i spokojne stawianie kroku. Z boku wyglądało to zapewne jak przygotowanie do najwolniejszego tańca świata. Po dwudziestu minutach byłem bardziej zmęczony niż po niejednym treningu przed operacją.
– Na dziś wystarczy – powiedziała Anna.
– Dopiero zaczęliśmy.
– Właśnie dlatego kończymy. Mięśnie muszą dostać bodziec, nie zawiadomienie o eksmisji.
Wróciłem do pokoju i usiadłem na łóżku. Lewa noga drżała lekko. Nie bolała, ale miała do mnie wyraźny żal. Roman leżał z zamkniętymi oczami. Na szafce obok niego zobaczyłem złożoną kartkę. Kolorowy nadruk przedstawiał górski stok i sylwetki biegaczy. U dołu widniał napis o biegu na Górę Żar.
Nie zdążyłem przeczytać szczegółów. Roman otworzył oczy, sięgnął po kartkę i wsunął ją do szuflady.
– Interesuje pana ten bieg? – zapytałem.
– Nie.
Odpowiedź padła szybko. Za szybko jak na człowieka, któremu impreza była obojętna.
– Moja ekipa tam startuje – powiedziałem. – Przyjadą trenować w okolicy. Chcą zdobyć nagrodę drużynową.
Roman usiadł i poprawił stabilizator na kolanie. Palce miał mocne, poznaczone drobnymi bliznami. Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby oceniał, czy powinien coś powiedzieć.
– Duża ekipa?
– Wystarczająca, żeby narobić zamieszania. Za mała, żeby ktoś inny po nich posprzątał.
– Zna pan trasę?
– Jeszcze nie. Oni też dopiero ją poznają.
Roman otworzył szufladę, lecz zamiast wyjąć ulotkę, docisnął ją głębiej pod ubrania.
– Niech nie ufają oznaczeniom – powiedział cicho.
– Dlaczego?
– W górach taśmy znikają. Wiatr, zwierzęta, ludzie. Różnie bywa.
– Brzmi jak doświadczenie.
– Brzmi jak zdrowy rozsądek.
Położył się z powrotem i zamknął oczy. Rozmowa dobiegła końca, choć żaden z nas nie wypowiedział odpowiedniego komunikatu.
Wieczorem wyszedłem z kijkami na pierwszy spacer wokół ośrodka. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i drzewami. Nad dachami wznosiły się ciemne zbocza, a dalej, pomiędzy nimi, widać było jaśniejszy pas nieba. Szedłem wolno, pilnując kolejności: kijek, przeciwna noga, przeniesienie ciężaru. Po kilkuset metrach rytm stał się naturalniejszy. Biodro pracowało bez bólu, ale mięśnie szybko się męczyły.
Telefon zadzwonił, kiedy zatrzymałem się przy ławce. Na ekranie pojawiła się Blondi.
– Jesteśmy zapisani – oznajmiła bez powitania. – Cała piątka. Klasyfikacja drużynowa liczona po czterech najlepszych czasach, więc mamy jedną osobę zapasu.
– Miło, że człowieka można określić jako zapas.
– Ty jesteś wsparciem strategicznym.
– Czyli zapasem bez prawa startu.
– Fotografem, analitykiem i centrum dowodzenia. Brzmi lepiej.
W tle usłyszałem Gawrona pytającego, czy centrum dowodzenia ma już zgodę na samodzielne korzystanie z toalety. Blondi próbowała go uciszyć, co tylko poprawiło jakość transmisji.
– Kiedy przyjeżdżacie? – zapytałem.
– Jutro po pracy. Zrobimy spokojne rozpoznanie. W weekend zostajemy na dwa dni. Znaleźliśmy nocleg niedaleko.
– Nie zaczynajcie od zbiegania na pełnej prędkości. Trasa może być słabo oznaczona.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Skąd wiesz? – zapytała.
Spojrzałem w stronę okna naszego pokoju. Na drugim piętrze stał Roman. Widziałem tylko jego sylwetkę za szybą. Kiedy zauważył, że patrzę, odsunął się w głąb pomieszczenia.
– Współlokator powiedział – odpowiedziałem. – Chyba zna te okolice.
– Zapytaj go o trasę.
– Próbowałem. Jest rozmowny mniej więcej tak jak Tyka po odebraniu mu śniadania.
– To zdobądź jego zaufanie.
– Jestem tu na rehabilitacji, nie na przesłuchaniu.
Gawron roześmiał się w tle.
– W twoim przypadku jedno nie wyklucza drugiego! – zawołał.
Rozłączyłem się po kilku minutach. Zrobiłem jeszcze jedną pętlę, wolniej niż pierwszą. Kijki stukały o chodnik, a noga coraz wyraźniej domagała się odpoczynku. Łącznie przeszedłem nieco ponad dwa kilometry. Zwykły spacer. Dla mnie pierwszego dnia stanowił wynik, który chciałem zapamiętać.
Gdy wróciłem do pokoju, Roman siedział przy oknie. Ulotki o biegu nie było już na szafce ani w szufladzie. W koszu leżały jej podarte kawałki. Jeden fragment odwrócił się nadrukiem do góry. Widać było część fotografii: stromą ścieżkę między drzewami i czerwono-białą taśmę przywiązaną do gałęzi.
Na taśmie ktoś czarnym markerem narysował krzyż.
Roman zauważył, gdzie patrzę. Wstał z trudem, podszedł do kosza i wepchnął papier głębiej.
– Jutro ma pan dużo zabiegów – powiedział.
– Widziałeś moją kartę?
– Tutaj wszyscy mają dużo zabiegów.
Położyłem kijki pod ścianą. Nie zamierzałem naciskać. Pierwszego dnia człowiek nie powinien wypytywać współlokatora o blizny, zniszczone ulotki ani krzyże rysowane na oznaczeniach trasy. Zwłaszcza jeśli ma spędzić z nim cztery tygodnie w jednym pokoju.
Uznałem więc, że zaczekam.
Była to decyzja rozsądna, cierpliwa i całkowicie niezgodna z moją naturą.