Kochanek śmierci - ebook
Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp – bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją.
Kto wskazał Sieńce drogę do skarbu? Jak zginął sprytny jubiler? Kto jest tajemniczym brodaczem?
Rok 1900. Małoletni moskiewski ulicznik, Sieńka Skorik, pragnie się dostać do bandy Księcia. Ma szansę zrealizować marzenie, gdy zawiera znajomość z ukochaną herszta. Piękna dziewczyna, uzależniona od narkotyków, nosi przydomek "Śmierć", jako że wszyscy jej mężczyźni zmarli w tragicznych okolicznościach. Wkrótce Sieńka znajduje ofiary bezwzględnego morderstwa i dowiaduje się o skarbie ukrytym w podziemiach. Wśród poszukiwaczy jest też tajemniczy Erast Pietrowicz... Nameless.
Boris Akunin (Grigorij Szałwowicz Czchartiszwili), ur. w 1956 r. w Gruzji, od 1958 r. mieszka w Moskwie. Japonista, tłumacz, autor znanych serii powieści Przygody Erasta Fandorina, Przygody siostry Pelagii, Przygody magistra, Gatunki. W 2000 roku był nominowany do nagrody Bookera i otrzymał tytuł Rosyjskiego Pisarza Roku. Azazel i Gambit turecki zostały przeniesione na ekran.
Książki Borisa Akunina przetłumaczono na 35 języków i wydano w nakładzie ponad 20 milionów egzemplarzy
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8031-206-7 |
| Rozmiar pliku: | 724 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Z początku oczywiście tak jej nie nazywano, tylko zwyczajnie, imieniem Małania albo może Agrypina. Nazwisko też miała. No bo jakżeby inaczej? To Żuczek, który biega po podwórku, nie ma nazwiska, ale człowiek musi je mieć, po to przecie jest człowiekiem.
Kiedy jednak Sieńka Skorik zobaczył ją po raz pierwszy, nosiła już to przezwisko. Nikt o niej inaczej nie mówił, nie pamiętano jej imienia ani nazwiska.
A oto jak było.
Siedzieli z chłopakami na ławeczce przed sklepem kolonialnym Dieriugina. Palili i pletli, co ślina na język przyniesie.
Nagle zajeżdża kabriolet: na gumach, złociste szprychy, górą żółta skóra. I wysiada z niego dziewczyna, jakiej Sieńka jeszcze nigdy nie widział, nawet na Kuźnieckim moście, nawet na placu Czerwonym podczas cerkiewnych świąt. Chociaż nie, nie dziewczyna, panienka, a właściwie panna. Czarne włosy upięte w koronę, na ramiona narzucona jedwabna kwiecista chusta, mieniąca się kolorami, suknia też z jedwabiu, ale nie odzienie wszak jest ważne. Twarz... Twarz miała taką, że... słów brak, żeby to opisać. Popatrzy człowiek i mało nie zemdleje z wrażenia. No i z Sieńką właśnie tak było.
– Co to za damulka? – zapytał i żeby nie dać nic po sobie poznać, splunął przez zęby na bok (a pluł najdalej ze wszystkich, na sążeń – był szczerbaty, co ułatwiało sprawę).
Procha na to: od razu widać, żeś ty, Skorik, przystał do nas niedawno. (Fakt, Sieńka na Chitrowce dopiero się zadomawiał, nie dalej jak dwa tygodnie temu dał drapaka z Suchariewki). Sam jesteś damulka, powiada. Przecież to śmierć!
Sieńka nie od razu się zorientował, o co chodzi z tą śmiercią. Pomyślał: to takie powiedzonko Prochy – piękna, że skonać można na jej widok...
I prawda – piękna była, aż trudno oczy oderwać. Czoło wysokie, jasne. Brwi wygięte w łuk, biała cera, wargi pąsowe, a oczy! Och, co za oczy! Sieńka widział takie na Końskim Targu, u koni rasy turkiestańskiej – ogromne, wilgotne, połyskujące. Tylko że ta panna, co wysiadła z kabrioletu, miała oczy jeszcze piękniejsze.
Patrzy Sieńka na to cudowne zjawisko, powiekami mruga, aż Michejka Puchacz strącił okruszynę tytoniu z wargi i poczęstował Sieńkę kuksańcem: ty, Skorik, powiada, gap się, ale znaj granice. Bo ci Książę uszy obetnie i każe zjeść, tak jak kiedyś handlarzowi koni z Wołokołamska. Tamten też się na śmierć zagapił. I doigrał się.
A Sieńka i tym razem nie skumał, co z tą śmiercią – zbyt zaintrygowały go owe uszy.
– I co ten handlarz, zeżarł je? – zdumiał się. – Ja bym tam za Boga nie...
Procha łyknął piwa z butelki. Zeżarłbyś, mówi. Gdyby Książę cię ładnie poprosił, po dobremu, zszamałbyś, aż miło, i jeszcze „dziękuję” powiedział. Handlarz jedno ucho żuł, żuł, ale nie mógł przełknąć, no to Książę odciął mu drugie i zaczął pchać do gęby, a żeby tamten się pospieszył, dźgał go jeszcze nożem w brzuch. Potem handlarzowi cały łeb spuchł, podszedł ropą. Kwękał koniarz parę dni, aż w końcu wykitował, nie wrócił do swego Wołokołamska. Tak to już jest u nas, na Chitrowce. Zakarbuj to sobie, Skorik, w pamięci.
O Księciu Sieńka oczywiście słyszał, choć obijał się tu dopiero od niedawna. Kto zresztą o nim nie słyszał? Toż to najgroźniejszy rabuś i bandyta, słynny na całą Moskwę. Na targowiskach o nim mówią, w gazetach piszą. Policja na niego poluje, ale ręce ma za krótkie. Chitrowka swojaka nie wyda – wszyscy tu dobrze wiedzą, jaki los czeka zdrajców.
Ale, tak czy siak, własnego ucha bym nie zeżarł, pomyślał Sieńka. Wolałbym już zginąć od noża.
– A ona to kto, Księcia kobita czy jak? – zapytał o urodziwą pannę, tak sobie, z ciekawości. Postanowił w duchu, że więcej nie będzie na nią patrzył, to zbyt niebezpieczne. Zresztą już jej nie było, weszła do sklepu.
„Sy jak”, przedrzeźnił go Procha (z powodu wybitego zęba Sieńka trochę seplenił). Samżeś, powiada, kobita.
Jeżeli na Suchariewce ktoś chłopaka nazwał kobitą, dostawał bezlitosny wycisk, i Sieńka już się przymierzał, żeby trzasnąć Prochę w kościstą gębę, ale rozmyślił się. Po pierwsze, może tu u nich, na Chitrowce, panują inne obyczaje i Procha nie chciał go obrazić. Po drugie, kawał z niego chłopa, nie wiadomo, kto bardziej by oberwał w razie bójki. A po trzecie, Sieńka okropnie chciał się dowiedzieć wszystkiego o tej dziewczynie.
Procha z początku się ociągał, ale w końcu zaczął opowiadać.
Mieszkała, jak należy, u ojca i matki, w Dobrej Słobodzie czy na Razgulaju, słowem, gdzieś w tamtych stronach. Wyrosła na prawdziwą piękność, postawną, zgrabną, od chętnych do żeniaczki trudno się było opędzić. No i wyswatano ją, kiedy przyszła pora. Jechali z narzeczonym do ślubu, do cerkwi, saniami, kiedy nagle dwa wielkie czarne psiska przebiegły im drogę. Gdyby się wtedy połapali i zmówili modlitwę, pewnie inaczej by się wszystko potoczyło. Albo gdyby przeżegnali się krzyżem świętym. Ale jakoś na to nie wpadli, a może nie zdążyli. Konie przestraszyły się czarnych psów, poniosły i na zakręcie buch! – z wysokiego brzegu spadły do Jauzy. Narzeczony zabił się na miejscu, woźnica utonął, a dziewczyna wyszła z tego bez jednego draśnięcia.
Ale cóż, różnie bywa. Na pogrzebie chłopaka narzeczona szła za trumną. Rozpaczała strasznie – podobno bardzo go kochała. A kiedy kondukt znalazł się na moście, naprzeciwko miejsca, gdzie doszło do wypadku, dziewczyna nagle jak nie krzyknie: żegnaj, ludu chrześcijański! I skoczyła przez barierkę do wody. Poprzedniego dnia chwycił tęgi mróz, rzekę ścięło lodem, tak że nieszczęsna musiałaby sobie niechybnie roztrzaskać głowę albo skręcić kark. Tymczasem nic takiego się nie stało. Trafiła prosto w miejsce ledwie z wierzchu zaciągnięte cienką warstewką lodu, przyprószoną śniegiem, i zniknęła w wodzie.
Wszyscy myśleli, że się utopiła. Biegają, wymachują rękami. A topielicę nurt wlókł pod lodem z pół setki sążni i wyrzucił ją u przerębli, gdzie baby prały bieliznę.
Zahaczyli dziewczynę bosakiem czy jakimś kijem i wyciągnęli na brzeg. Wyglądała jak martwa, biała, bez kropli krwi, ale poleżała trochę, rozgrzała się i znów – jakby nigdy nic. Żywiuteńka.
Właśnie za tę kocią żywotność ludzie przezwali ją Żywa; inni mówili: Nieśmiertelna, ale to jeszcze nie był ostatni jej przydomek. Potem się zmienił na inny.
Minął rok, może półtora, i rodzice znowu postanowili ją wydać za mąż. Dziewczyna rozkwitła jeszcze piękniej. Przysłał swaty pewien kupiec, niemłody, ale bardzo bogaty. Żywej było wszystko jedno – kupiec to kupiec, bez różnicy. Ci, co ją wtedy znali, powiadają, że bardzo tęskniła za swoim ukochanym – tym, który zginął.
I co się dzieje? Nowy narzeczony dzień przed ślubem, w cerkwi podczas jutrzni, nagle zachrypiał, zatrzepotał rękami – i obalił się na bok. Wierzgnął nogą, zarzęził parę razy i oddał ducha Bogu. Szlag go trafił.
Po tym wypadku dziewczyna już słyszeć nie chciała o wyjściu za mąż i wkrótce potem uciekła z domu rodziców z pewnym oficerem. Zamieszkała u niego na Arbacie jak jaka królowa; ubierała się po pańsku, do ojca i matki przyjeżdżała w odwiedziny lakierowanym powozem, z koronkową parasolką w ręce. Oficer nie mógł się z nią ożenić, bo nie miał na to ojcowskiego błogosławieństwa, ale świata poza dziewczyną nie widział, kochał ją do szaleństwa.
Jednak tego trzeciego także przywiodła do zguby. Był krzepkim i hożym młodzieńcem, jak to się mówi, krew z mlekiem, a wystarczyło, że z nią trochę pożył – i zaczął mizernieć. Zrobił się blady, słabowity, nogi nie chciały go nosić. Doktorzy cuda z nim wyprawiali. I do wód, i za granicę biedaka wysyłali, ale wszystko na nic. Mówili, że jakiś rak go toczy i całe wnętrzności mu przeżarł.
No a kiedy dziewczyna pochowała swego oficera, to już do wszystkich, nawet do tych najgłupszych, dotarło: coś z nią jest nie w porządku. I wtedy zmieniono jej przezwisko.
W rodzinne strony nie mogła wrócić, a zresztą nie chciała. Jej życie całkiem się teraz odmieniło. Ludzie usuwali się dziewczynie z drogi, unikali z nią wszelkich kontaktów. Kiedy przeszła obok, żegnali się krzyżem świętym i spluwali przez ramię. A lgnął do niej wiadomo kto – złodzieje, bandyci, tacy, co śmierć mają za nic. Widziałeś przecie, jak rozkwitła, kiedy ze swego oficera wszystkie soki wyssała. Cóż, najpierwsza moskiewska piękność. Bez dwóch zdań.
No i dalej już poszło. Kolka Czop (słynny w złodziejskim fachu, jego rewir to Mieszczany) pożył z nią dwa miesiące, zabawił się – i swoi ludzie go zadźgali, o łup poszło.
Potem był Jaszka z Kostromy, koniokrad. Kłusaki czystej krwi wyprowadzał prosto ze stajni i Cyganom sprzedawał za ogromne pieniądze. Nieraz po parę tysięcy miewał w kieszeni. Niczego jej nie żałował, obsypywał ją złotem. Zastrzelili Jaszkę psy, policaje, będzie temu z pół roku.
Teraz jest z nią Książę. Już trzy miesiące. Awanturuje się, szaleje. Dla popisu. Dawniej był zwyczajnym złodziejem, dziś dla niego wykończyć człowieka to tyle, co zgnieść muchę. Wszystko przez to, że się ze śmiercią związał i wie: niedługie mu życie pisane. Jak mówią: prosisz śmierć w gości, nie czekaj litości. Przezwiska nie nadaje się ot, tak sobie, i to jeszcze takiego.
– Ale jakiego? – nie wytrzymał Sieńka, słuchający opowieści z otwartymi ustami. – W końcu żeś, Procha, nie powiedział.
Procha wytrzeszczył na niego oczy i postukał się w czoło. Ach, żeż ty, powiada, głupolu nierozgarnięty! Że też cię przezwali Skorik! Toż, mówi, od godziny ci tłumaczę. Śmierć – taką ma ksywkę. Wszyscy tak ją wołają. A ona nic, przywykła do tego imienia. I zawsze, jak je słyszy, to się odzywa.JAK SIEŃKA ZOSTAŁ SWOJAKIEM CHITROWKI
Procha myślał, że Sieńka ma taką ksywkę – Skorik. Chłopak żwawy, bystry, wyszczekany – stąd przezwisko. Naprawdę zaś ksywka pochodziła od nazwiska. Ojciec Sieńki zwał się Trifon Stiepanowicz Skorikow. A jak się zwie teraz, jeden Bóg wie. Może wcale nie Trifon Stiepanycz, tylko jakiś anioł Trifaniel. Wątpliwe jednak, czy ojczulek powiększył grono aniołów – bądź co bądź, mocno popijał, chociaż dobry był z niego człowiek. Ale mamusia... ta to już na pewno nieopodal tronu Najwyższego miejsce znalazła.
Sieńka często rozmyślał o tym, kto z bliskich dokąd trafił. Co do ojca, nie był pewien, jednak matka, a także braciszkowie i siostrzyczki, którzy pomarli na cholerę razem z rodzicami, z pewnością przebywają w królestwie niebieskim. Nawet się o to dla nich nie modlił, bo wiedział, że i tak się tam znaleźli.
Cholera trzy lata temu nawiedziła ich osadę i wielu zabrała ze sobą. Ze wszystkich Skorikowów tylko Sieńka i jego brat Wania zostali na tym świecie bożym. Dobrze to czy źle? Zależy, jak na rzecz spojrzeć.
Dla Sieńki wszystko się raczej na złe obróciło, gdyż od tamtego czasu zmieniło się całkiem jego życie. Ojczulek był subiektem w dużym sklepie tytoniowym. Wynagrodzenie pobierał przyzwoite, tytoń dostawał za darmo. Jako mały chłopak Sieńka nigdy nie chodził goły i bosy. Jak to się mówi, był i syty, i umyty. W porę nauczony czytać, pisać i liczyć, przez pół roku zdążył jeszcze pochodzić do szkoły handlowej, kiedy jednak osierociał, edukacja się skończyła. No cóż, trudno, mała strata, krótki żal.
Bratu Wańce się poszczęściło, wziął go do siebie sędzia pokoju Kuwszynnikow, który u ojczulka zawsze kupował angielski tytoń. Sędzia i jego żona nie mieli dzieci, dlatego przygarnęli Waniatkę, który był maleńki i pulchny. A Sieńka – duży, kościsty – nie mógł liczyć na względy sędziego. Wziął chłopca do siebie daleki krewny, wuj Zot Łarionycz z Suchariewki. Tam też Skorik nauczył się nieposłuszeństwa i samowoli.
Bo i nie mógł inaczej.
Wuj, bydlę brzuchate, głodem go morzył, do wspólnego stołu nie pozwalał siadać, choć przecie Sieńka to ta sama krew, rodzina. W soboty Zot go bijał – nieraz sprawiedliwie, ale najczęściej ot tak, bez powodu. Grosza mu nie płacił, chociaż Sieńka tyrał w sklepie niezgorzej, tak jak inni chłopcy na posyłki, których zarobek wynosił osiem rubli. A najgorsze, że co dzień rano Sieńka musiał za swoim kuzynem Griszką nosić tornister do gimnazjum. Griszka kroczył dumnie przodem, zajadając landrynki, a Sieńka postępował za nim niczym dawny chłop pańszczyźniany, dźwigając ciężki tornister (psotny kuzyn czasami specjalnie wkładał tam cegłę). Ach, dobrze byłoby tego Griszkę wycisnąć jak czyrak, żeby nie zadzierał nosa i podzielił się landrynami, albo walnąć go cegłą w łeb. Ale nic z tego, musiał Sieńka znosić udrękę.
I znosił, dopóki mógł. Czyli całe trzy lata.
Oczywiście niekiedy się odgrywał za swoje krzywdy. Wtedy lżej mu się robiło na duszy.
Pewnego razu wpuścił Griszce mysz do poduszki. Ta w nocy wydostała się na zewnątrz i zaplątała we włosy kuzyna. Krzyku było co niemiara. Ale nikomu nie przyszło do głowy, że to sprawka Sieńki.
Albo w ostatnie zapusty, kiedy w domu napiekli, nagotowali, nasmażyli różności, a sierocie dostały się dwa dziurawe bliny i kapka oleju, Skorik się wściekł i do saganka z gęstym kapuśniakiem wlał wywaru owsianego, który zalecają jako środek przeciw zaparciom. Pobiegajcie sobie, obżartuchy, przetrząśnijcie tyłki. I wtedy też mu się upiekło – uznali, że to pewnie nieświeża śmietana im zaszkodziła.
Kiedy się tylko dawało, podbierał ze sklepu różne drobiazgi – nici, nożyczki, guziki. Co było można, sprzedawał na rynku Suchariewskim, co nie – wyrzucał. Nieraz, gdy coś zginęło, dostawał wciry, ale tylko jako podejrzany – za rękę nikt go nigdy nie złapał.
Za to kiedy już wpadł, to na dobre, z hukiem. A wszystko przez litościwe serce. Przez nie Sieńka zapomniał o ostrożności.
Pewnego dnia dostał wiadomość od brata Wani, o którym od trzech lat nie słyszał. Nieraz cieszył się w duchu, wyobrażając sobie, jak to szczęściarzowi Waniuszy musi być dobrze u sędziego Kuwszynnikowa, nie to co jemu, Sieńce. Aż tu nagle list.
Dziw, że doszedł. Na kopercie napisano: Do Moskwy na Suchariewkę dla braciszka Sieni, co mieszka u wuja Zota. Zot Łarionycz miał znajomego na pobliskiej poczcie, który domyślił się i przyniósł przesyłkę, daj mu Boże zdrowie.
Oto co było w liście:
Kochany braciszku Sienia co u ciebie słychać. U mie bardzo źle. Karzo mi pisać litery krzyczo i dokuczajo, chociaż niedługo moje imieniny. Prosiłem o konika a oni nie i nie. Pszyjedź i zabierz mie od tych nie dobrych ludzi. Twuj braciszek Waniusza.
Sieńka przeczytał – ręce mu się zatrzęsły i łzy polały z oczu. A to ci szczęściarz! Sędzia też dobry. Małego dzieciaka dręczy, żałuje mu na zabawkę. Po co sierotę brał na wychowanie?
Słowem, poczuł się dotknięty do żywego i uznał, że byłby ostatnim łajdakiem, gdyby zostawił brata na pastwę losu w takim nieszczęściu.
Adresu zwrotnego na kopercie nie było, ale poczciarz powiedział, że stempel jest z Tiopłych Stanów, to miejscowość pod Moskwą, jakieś dziesięć wiorst za rogatką kałuską. A gdzie konkretnie sędzia mieszka, z pewnością można się dowiedzieć na miejscu.
Skorik niedługo się namyślał. Nazajutrz akurat wypadało świętego Jana, imieniny Waniuszki.
Wyruszył Sieńka z odsieczą dla brata. Jeżeli Wańce jest naprawdę źle, zabierze go ze sobą. Lepsza już wspólna poniewierka. Po co każdy ma się męczyć sam?
Wypatrzył w sklepie z zabawkami na Srietience pięknego konika, z puszystym ogonem i białą grzywą, ale strasznie drogiego – kosztował siedem i pół rubla. W południe, kiedy w sklepie wuja Zota został tylko głuchy Nikifor, Sieńka otworzył gwoździem kasę, wyjął stamtąd osiem rubli i w nogi! Nie myślał o tym, co będzie dalej. Zamierzał w ogóle nie wracać do wuja, tylko razem z Wańką zacząć życie na swobodzie. Przyłączyć się do taboru cygańskiego albo co... Później się zobaczy.
Szedł i szedł do tych Tiopłych Stanów, strach, jak długo, nogi go bolały, a i drewniany konik wydawał się z każdym krokiem cięższy.
Za to dom sędziego Kuwszynnikowa znalazł Sieńka łatwo, pierwszy napotkany mieszkaniec mu go wskazał. Piękny dom, z żeliwnym ażurowym daszkiem na kolumienkach u wejścia, z ogrodem.
Sieńka nie próbował wejść od frontu. Nie wpuściliby go zresztą, gdyż po długiej drodze był brudny, zakurzony i twarz miał rozciętą, zakrwawioną. Za rogatką kałuską, kiedy zmęczony uczepił się jakiejś kolasy, stangret, gnida, przeciągnął go batem, dobrze, że mu oka nie wybił.
Przykucnął Sieńka naprzeciwko domu i rozważał, co dalej robić. Z otwartych okien dobiegały miłe uchu nutki – ktoś powoli, niewprawnie wygrywał jakąś nieznaną Sieńce melodię. Od czasu do czasu rozlegał się dźwięczny głosik, bez wątpienia Waniuszki.
W końcu Skorik nabrał śmiałości, podszedł, stanął na podmurówce i zajrzał przez okno do środka.
Zobaczył wielki, piękny pokój. Przy dużej błyszczącej skrzyni (która się nazywa „pianino”, w szkole też taka była) siedział kędzierzawy malec w marynarskim ubranku i uderzał różowymi paluszkami w klawisze. Jakby Wańka, a jednocześnie nie on. Wyświeżony, czyściutki – można by go schrupać niczym piernik. Obok dama w okularach jedną ręką przewraca strony nut na pulpicie, a drugą gładzi chłopczyka po złocistej główce. W kącie piętrzy się sterta zabawek, a koniki, o wiele piękniejsze niż ten Sieńki, stoją aż trzy.
Zanim Sieńka zdołał coś z tego zrozumieć, nagle zza węgła wyjechała kolaska zaprzężona w parę koni. Ledwie zdążył uskoczyć i przywrzeć do płotu.
W kolasce siedział sam sędzia Ippolit Iwanowicz Kuwszynnikow. Sieńka od razu go poznał.
Wańka wychylił się z okna i jak nie wrzaśnie:
– Przywiozłeś?! Przywiozłeś?! Sędzia roześmiał się, wysiadł z kolaski. Przywiozłem, powiada. Cóż to, nie widzisz? A jak, pyta, go nazwiemy?
Dopiero teraz Sieńka zauważył, że z tyłu do powozu przywiązany jest źrebaczek, kasztanek o krągłych kłębach. A właściwie nawet nie źrebaczek, ale jakby dorosły koń, tyle że mały, nie większy od kozy.
Wańka w krzyk: „Kucyk! Będę miał prawdziwego kucyka!” A Sieńka zrobił w tył zwrot i powlókł się z powrotem w stronę kałuskiej rogatki. Drewnianego bułanka zostawił w trawie na poboczu drogi, niech się pasie. Wańce niepotrzebny, może jakiemuś innemu dzieciakowi się przyda.
W drodze powrotnej Sieńka wyobrażał sobie, jak to minie trochę czasu, jego życie w cudowny sposób się odmieni, a on przyjedzie tutaj znowu w błyszczącej karecie. Lokaj weźmie od niego drukowaną złotymi literami wizytówkę, na której wszystko o Sieńce będzie pięknie wypisane, i dama w okularach powie Waniatce: Iwanie Trifonowiczu, brat przyjechał z wizytą. A Sieńka zada szyku w szewiotowym garniturze i kamaszach na guziczki, wymachując laseczką z kościaną gałką.
Dowlókł się do domu już po ciemku. I lepiej by było, żeby w ogóle nie wracał, tylko od razu dał nogę.
Wuj Zot Łarionycz już w progu tak go wyrżnął w gębę, że Sieńka gwiazdy zobaczył, i wybił mu przedni ząb; teraz przez szczerbę po nim można spluwać z fasonem. Potem, kiedy Sieńka upadł, Zot Łarionycz skopał go dotkliwie po żebrach, przygadując: to jeszcze nic, zaliczka, później dopiero zobaczysz. Na policji, powiada, pisemną skargę na ciebie złożyłem u cyrkułowego. Do kryminału pójdziesz za złodziejstwo, skurwysynu, już tam cię nauczą rozumu. Krzykom i groźbom nie było końca.
I Skorik uciekł. Kiedy wuj, zmęczony biciem i kopaniem, zdejmował ze ściany koromysło, na jakim baby noszą wodę ze studni, Sieńka smyrgnął na dwór, plując krwią i rozmazując łzy po twarzy.
Całą noc trząsł się z zimna na rynku Suchariewskim, pod furą siana. Rozżalił się nad sobą, bolały go żebra i zbita gęba, a w dodatku strasznie mu się chciało jeść. Pół rubla reszty za konika przejadł jeszcze wczoraj i teraz miał zupełne pustki w kieszeni.
O świcie opuścił Suchariewkę, żeby nie kusić losu. Jeżeli Zot Łarionycz rzeczywiście złożył skargę w cyrkule, przyskrzyni Sieńkę pierwszy z brzegu stójkowy i wsadzi do ciupy, a stamtąd nie tak łatwo wyjść. Trzeba iść tam, gdzie go nie znają.
Poszedł więc na inny rynek, na placu Staro-Nowym, pod mu-rem Kitaj-gorodu. Kręcił się w pobliżu straganów z jedzeniem, wdychał zapach pieczywa i strzelał oczyma na wszystkie strony, czy aby która z przekupek na chwilę się nie zagapi. Ale ściągnąć coś do żarcia się bał – bądź co bądź, nigdy jeszcze nie kradł w tak bezczelny sposób. A jeżeli go złapią? Wtedy wezmą pod obcasy tak, że kopniaki Zota Łarionycza wydadzą mu się pieszczotą.
Łaził po rynku, trzymając się z daleka od Solanki; wiedział, że dalej, za nią, jest Chitrowka, najstraszniejsze miejsce w Moskwie. Na Suchariewce oczywiście też jest pełno oszustów, kieszonkowców i naciągaczy, ale gdzie im tam do tych z Chitrowki! Wszyscy się ich boją jak ognia. Każdy obcy podobno w mig tu zostaje rozebrany do gołego, okradziony, i jeszcze powinien Bogu dziękować, że uszedł z życiem. Noclegownie są niebezpieczne, pełne podziemnych zakamarków i korytarzy. Gnieżdżą się w nich zbiegli katorżnicy, mordercy i pijani oberwańcy wszelkiej maści. Mówiono także, że jeśli zabłądzi tam jakiś dzieciak, przepada z kretesem. Podobno specjalni porywacze łapią małych chłopców kręcących się bez opieki i sprzedają po pięć rubli od głowy Żydom i Tatarom do potajemnych domów rozpusty.
Potem się okazało, że to bujda. Noclegownie i oberwańcy są, fakt, ale żadnych porywaczy na Chitrowce nie ma. Kiedy Sieńka o tym wspomniał nowym znajomym, śmiechu było co niemiara. Procha wyjaśnił, że owszem, jeśli ktoś chce obrobić frajera z forsy, to obrabia, nie ma co się zapierać, ale żeby małe dzieci wydawać na pohańbienie – co to, to nie. Dintojra na to nie pozwala. Jakaś mokra robótka nocną porą – owszem, zdarza się, jeśli się trafi pijak czy inny dureń. Niedawno znaleźli tu jednego – głowa rozwalona, palce z pierścionkami odcięte, oczy wykłute. Sam sobie był winien. Po co się pchał, gdzie nie trzeba? Na to jest kot, żeby myszy nie harcowały.
Ale po co mu oczy wykłuwać? – przestraszył się Sieńka.
A Michejka Puchacz się śmieje: idź, powiada, zapytaj tych, co wykłuli.
*
Tyle że ta rozmowa odbyła się już potem, kiedy Sieńka sam stał się swojakiem Chitrowki.
Poszło wszystko łatwo i szybko – nawet nie zdążył kichnąć.
Przymierzał się Skorik na rynku, między straganami z nabiałem, żeby coś zwędzić, nabierał śmiałości, aż tu nagle szum, gwar, krzyk! Jakaś baba się drze. Policja, wrzeszczy, okradli mnie, portmonetkę wyciągnęli, łapaj złodziei! A dwóch chłopaków w wieku Sieńki biegnie górą, wprost po straganach, tylko miski i talerze spod nóg im lecą na wszystkie strony. Jednego, niższego, przekupka chwyciła za pasek, powaliła na ziemię i trzyma. Złapałam, krzyczy, łobuza! Poczekaj, dostaniesz teraz za swoje! A drugi złodziejaszek, długonosy, zeskoczył ze straganu i walnął babę pięścią w ucho. Ta zemdlała i upadła na ziemię (Procha zawsze miał przy sobie ołowiankę, tego się Sieńka później dowiedział). Długonosy szarpnął niższego za rękę i chcieli pobiec dalej, ale już ludzie się do nich zbliżali ze wszystkich stron. Pewnie by ich obu na śmierć pobili za ograbienie przekupki, gdyby nie Skorik.
Sieńka jak nie wrzaśnie:
– Narodzie prawosławny! Kto zgubił srebrnego rubla?
Rzucili się do niego ludziska hurmą: Ja! Ja! A on prześlizgnął się między wyciągniętymi rękami i już w biegu krzyknął do złodziejaszków:
– Czego się gapicie?! W nogi!
Puścili się za nim, a kiedy Sieńka zwolnił na chwilę koło podsieni, minęli go i machnęli ręką, pokazując, żeby biegł za nimi.
W spokojnym, zacisznym miejscu wysapali się i podali sobie ręce. Michejka Puchacz (ten mniejszy i bardziej pucołowaty) zapytał:
A ty skąd jesteś? Sieńka na to:
Z Suchariewki.
Drugi, który się przedstawił jako Procha, wyszczerzył zęby, jakby usłyszał coś śmiesznego. A co cię, powiada, stamtąd sprowadza?
Sieńka w milczeniu strzyknął śliną przez szczerbę po wybitym zębie – nie zdążył się jeszcze do niej przyzwyczaić, ale splunął na odległość co najmniej trzech arszynów – po czym wyjaśnił zwięźle:
– Nie mogę tam wrócić. Zwiałem przed kryminałem.
Nowi znajomi popatrzyli na niego z szacunkiem. Procha klepnął go po ramieniu. Przyłącz się do nas, powiedział. Nie pękaj, nikt z Chitrowki cię nie wyda.
------------------------------------------------------------------------
1 Od ros. skoryj – szybki, bystry.JAK SIEŃKA ZADOMAWIAŁ SIĘ NA NOWYM MIEJSCU
Nowe życie wyglądało tak.
W dzień chodzili golić, w nocy – stukać.
Golili przeważnie na Starym Placu, na rynku albo na Marosiejce, pełnej małych sklepików, czy na Warwarce, niekiedy na Ilince, gdzie jest wielu bogatych kupców i maklerów, ale nigdy nie zapuszczali się dalej. Procha, prowodyr, mawiał, że to „jeden skok od Chitrowki” – to znaczy, że w razie czego można szybko dać drapaka między tamtejsze podsienia i zaułki, gdzie człowieka nikt nie znajdzie.
Nowego rzemiosła nauczył się Sieńka szybko. Było to łatwe, wesołe zajęcie.
Michejka Puchacz wypatrywał ofiarę, tak zwanego karasia – jakiegoś gapowatego głupka – i sprawdzał, czy jest przy forsie. To było jego zadanie. Podchodził bliziutko, kręcił się chwilę, po czym dawał znak głową: dobra jest, można. Sam nigdy nie kradł – nie miał niezbędnej zręczności w palcach.
Następnie do akcji wkraczał Skorik. Jego zadaniem było sprawić, żeby ofiara zagapiła się na coś i zapomniała o pilnowaniu kieszeni. Są na to różne sposoby. Można zacząć bójkę z Puchaczem, ludzie zawsze lubią sobie na coś takiego popatrzeć. Można też środkiem jezdni przespacerować się na rękach, pociesznie wymachując przy tym nogami (co Sieńka potrafił od maleńkości). A najprostsza metoda to zwalić się frajerowi pod nogi, niby to w ataku padaczki, krzycząc: „Słabo mi! Umieram!” Wtedy, jeśli trafi się ktoś litościwy, na pewno się zatrzyma, żeby popatrzeć, jak chłopczyna wije się i skręca, a jeśli nawet zdarzy się człowiek bez serca, który nie przystanie i pójdzie dalej, tyle że z ciekawości się obejrzy, to też wystarczy – Prosze więcej nie trzeba. Szast-prast i gotowe. Pieniążki były twoje, kochasiu, a teraz są nasze.
Stukanie Sieńka mniej lubił. A właściwie, można powiedzieć, wcale mu się nie podobało. Wieczorem, również gdzieś w pobliżu Chitrowki, wypatrywali samotnego bobra (to odpowiednik karasia, tyle że podpity). Tutaj też najważniejsze zadanie miał Procha. Podbiegał od tyłu i pięścią, w której zaciskał kawałek ołowiu, z rozmachem uderzał ofiarę w skroń. Kiedy napadnięty już leżał bez przytomności, przyskakiwali doń z obu stron Skorik i Puchacz. Zabierali mu pieniądze, zegarek i co tam jeszcze miał, ściągali z niego marynarkę i sztyblety, o ile były coś warte. Jeżeli nie padał od pierwszego ciosu, nie wdawali się w dalszą bójkę z takim bykiem. Procha od razu się zmywał, a Skorik i Puchacz nie wysuwali nosa z kryjówki.
Ta robota też nie była trudna, ale jakby wbrew sumieniu. Sieńka z początku czuł się paskudnie – a jeżeli cios Prochy okaże się śmiertelny? – ale potem jakoś przywykł. Po pierwsze, Procha uderzał ołowianką, a nie szpadryną ani basałykiem. Po drugie, Bóg czuwa nad pijanymi, to wiadomo. No i łby mają twarde.
Majdan sprzedawali paserom z buninowskiej noclegowni. Niekiedy zdobycz warta była zaledwie jednego rubla, ale gdy się poszczęściło, to i pięć czerwońców. Jeśli trafił się marny rubelek, jedli „psi przysmak”, popijając herbatą. Po dobrym zarobku szli na wódkę do „Katorgi” albo do „Sybiru”, a później do dziewek (na Chitrowce nazywano je mamzelkami).
Procha i Puchacz mieli swoje dziewczyny, stałe. Nie many, oczywiście, jak prawdziwi złodzieje; za mało zdobywali forsy, żeby trzymać przyjaciółkę tylko dla siebie, ale też nie były to najgorsze ulicznice. Czasem dały nawet coś zjeść albo pożyczyły parę groszy.
Sieńka wkrótce także znalazł sobie przyjaciółkę, Taszkę.
Obudził się tamtego ranka późno. Ponieważ położył się spać pijany, nic nie pamiętał. Rozejrzał się – mała izdebka, okno zasłonięte firanką. Na parapecie doniczki z kwiatkami – żółtymi, czerwonymi, niebieskimi. W kącie, na gołej podłodze, jakaś blada, koścista baba zanosi się kaszlem i pluje krwią w gałganek – pewnie ma suchoty. Sam Sieńka leżał na żelaznym łóżku, nagi, a w nogach posłania siedziała po turecku trzynastoletnia dziewczynka. Spoglądała co chwila w jakąś książkę i rozkładała kwiaty, mrucząc coś przy tym pod nosem.
– Co robisz? – zapytał cicho Sieńka.
Dziewczynka uśmiechnęła się do niego. Zobacz, powiada, to biała akacja – miłość czysta. Czerwona balsaminka – niecierpliwość. Berberys – odmowa.
Stuknięta, pomyślał. Nie wiedział jeszcze wtedy, że Taszka uczy się mowy kwiatów. Zwinęła gdzieś książeczkę Jak się porozumiewać za pośrednictwem kwiatów i bardzo się jej spodobało, że można się dogadać nie za pomocą słów, lecz kwiatów. Trzy ruble, które dostała od Sieńki za noc, prawie co do kopiejki wydała na kwiaty. Rano pobiegła na targ, kupiła całe naręcze tego zielska i zaraz wzięła się do rozkładania. Taszka już taka jest.
Sieńka przesiedział u niej wtedy prawie cały dzień. Najpierw leczył kaca zalewą z kiszonych ogórków. Potem zjadł trochę chleba i napił się herbaty. A później siedzieli sobie we dwoje i rozmawiali.
Taszka okazała się dobrą dziewczyną, chociaż trochę postrzeloną. Ot, jak choćby na punkcie tych kwiatów albo swojej matki, nałogowej pijaczki, chorej na suchoty i do niczego niezdatnej. Po co koło niej chodzić, wyrzucać pieniądze na darmo? I tak umrze.
Wieczorem, przed wyjściem na ulicę, Taszka nagle powiedziała:
Sienia, chcesz? Zostańmy przyjaciółmi. On na to:
Zostańmy.
Zahaczyli się małymi palcami, zakręcili sczepionymi dłońmi, a potem pocałowali się w usta. Taszka powiedziała, że tak między przyjaciółmi jest przyjęte. A kiedy Sieńka potem zaczął się do niej dobierać, zdziwiła się. Coś ty, mówi, przecież jesteśmy przyjaciółmi. Gzić się z przyjacielem to grzech. Zresztą, powiada, akurat ci to potrzebne, ja mam francuską chorobę, złapałam od jednego subiekta. Jak się będziesz ze mną zadawał, to ci twój zasmarkany nos odpadnie.
Sieńka przestraszył się.
– Jak to masz francuską chorobę? Czemuś wczoraj nie powiedziała?
Wczoraj, mówi, byłeś dla mnie nikim, klientem, a teraz jesteśmy przyjaciółmi. Nic nie szkodzi, Sieńka, nie martw się, to choróbsko nie każdego się czepia i rzadko od jednego razu.
Uspokoił się trochę, ale żal mu się zrobiło dziewczyny.
– A co z tobą?
Myślałby kto, Taszka na to. U nas takich pełno. I jakoś żyją. Niektóre z francuską chorobą do trzydziestki dociągają, a nieraz i dłużej. Według mnie trzydzieści lat to i tak bardzo dużo. Mama ma dwadzieścia osiem, a wygląda jak starucha – zęby jej wypadły, twarz cała w zmarszczkach.
Prawdę mówiąc, Skorik tylko wobec chłopaków nazywał Taszkę mamzelką. Wstydził się powiedzieć prawdę – bał się, że go wyśmieją. A zresztą, co tam! Pójść możesz z każdą, bylebyś miał trojaka, a skąd wziąć drugą taką dobrą przyjaciółkę?
Krótko mówiąc, okazało się, że da się żyć również na Chitrowce, może nawet lepiej niż gdzie indziej. Także i tutaj, tak jak wszędzie, panowały określone prawa i zwyczaje, które istnieją po to, żeby ludziom było łatwiej razem żyć, wiedząc, co wolno, a czego nie.
Tych praw jest wiele. Żeby je wszystkie poznać, trzeba przeżyć na Chitrowce szmat czasu. W większości obowiązują te proste i zrozumiałe, do których można dojść samemu: z obcymi postępuj, jak chcesz, ale swojaka nie rusz; żyj na zdrowie, bylebyś sąsiadowi nie wchodził w drogę. Ale istnieją również tak wymyślne, skomplikowane zasady, że choćbyś całymi godzinami głowę łamał, trudno je pojąć.
Na przykład: jeśli ktoś przed trzecią w nocy zapieje jak kogut – dla wygłupu czy po pijanemu – musi się liczyć z tym, że będą go tak długo bić, aż zabiją. Po co, dlaczego – nikt Sieńce nie potrafił wyjaśnić. Kiedyś był w tym oczywiście jakiś sens, ale teraz już nawet najstarsi nie pamiętają, o co chodziło. Niemniej piać po nocy nadal nie wolno.
Albo inna zasada. Jeżeli jakaś mamzelka zacznie dla fasonu czyścić zęby proszkiem kupionym w sklepie, a klient ją na tym przyłapie, ma prawo wybić jej wszystkie, co do jednego, a alfonsiak dziewczyny nie ma nic do gadania. Czyścić zęby dla urody wolno tylko zmieloną kredą, proszkiem nie, bo go Niemcy wynaleźli.
Prawa Chitrowki są dwojakiego rodzaju: stare, pochodzące z najdawniejszych czasów, i nowe, te, które dintojra stworzyła z konieczności. No, na przykład, puszczono bulwarem tramwaj konny. Kto ma w nim pracować – doliniarze, którzy samymi tylko palcami wyciągają portfele, czy ci, co przecinają kieszenie wyostrzonym brzegiem monety? Dintojra naradziła się i zdecydowała, że ci ostatni nie, jako że tramwajem jeździ wciąż ta sama publika, więc wkrótce kieszeni zabraknie.
Dintojra składała się z „dziadków”, najszacowniejszych złodziei i bandytów, którzy wrócili z katorgi lub po prostu z powodu podeszłego wieku musieli porzucić ulubiony proceder. Członkowie Dintojry umieli rozwikłać każdą, nawet najbardziej skomplikowaną sprawę i jeśli się okazało, że ktoś zawinił, wydawali wyrok.
Tego, kto przeszkadza innym, zakłóca spokój, wypędza się z Chitrowki. Kto postępuje niegodziwie, może zostać pozbawiony życia. Niekiedy za karę Dintojra wydaje kogoś policji, ale nie za to, co naprawdę zrobił; obciąża go wtedy cudzymi winami. Tak jest sprawiedliwie dla wszystkich. Zgrzeszyłeś wobec Chitrowki – odsiedź swoje; odzyskasz dobre imię i porządnym ludziom pomożesz, zdejmując z nich winę, a za to w kryminale i na Sybirze ktoś tam już słówko za tobą szepnie.
Na policji też nie wydawano skazanego byle komu, lecz zaufanemu człowiekowi, Budnikowi, najstarszemu stójkowemu na Chitrowce.
Budnik pełnił tu służbę od ponad dwudziestu lat, bez niego Chitrowka nie byłaby Chitrowką; można powiedzieć, że wspierała się na nim niczym Ziemia na wielorybie, jako że reprezentował on władzę, a ludzie bez niej nie umieją żyć, czują się zagubieni. Tyle że władzy nie wolno zbytnio dawać się we znaki, a prawa powinny obowiązywać nie te spisane na papierze, które nie wiadomo kto wymyślił, lecz naprawdę sprawiedliwe – żeby każdy rozumiał, za co bierze w pysk.
O Budniku wszyscy mówili, że jest surowy, ale sprawiedliwy.
Zwracano się do niego z szacunkiem: Iwanie Fiedotyczu. Nazwisko jego brzmiało Budnikow. Sieńka jednak do końca nie wiedział, czy ksywka pochodziła od nazwiska, czy też wywodziła się stąd, że dawniej podobno wszystkich moskiewskich stójkowych zwano budnikami. Może też chodziło o to, że Budnikow mieszkał w służbowej wartowni na skraju Chitrowskiego rynku. Kiedy akurat nie był na obchodzie, to cały czas siedział u siebie przy otwartym oknie, czujnie popatrywał na plac, czytał książki i gazety, popijając herbatę ze wspaniałego srebrnego samowara z medalami, wartego tysiąc rubli. I zamków żadnych w wartowni nie było. Po cóż one Budnikowi? Po pierwsze, jaki z nich pożytek, kiedy wokół tylu jest klawiszników i pajęczarzy najwyższej klasy. Bez najmniejszego wysiłku otworzą każdy zamek. Dla nich to tyle co splunąć. A po drugie, kto by chciał Budnika okraść? Chyba ten, któremu życie niemiłe.
Policjant wszystko widział i słyszał ze swojego okienka, a czego nie widział i nie słyszał – szepnęli mu wierni informatorzy. Ale to nic, dintojra tego nie zabraniała, jako że Budnik był na Chitrowce swoim człowiekiem. Gdyby postępował nie wedle praw Chitrowki, lecz wedle pisanych, dawno już poderżnięto by mu gardło. A tak, jeśli nawet zabrał kogoś do cyrkułu, to zawsze miał jakiś powód. Widocznie nie mógł inaczej, musiał się czymś wykazać przed zwierzchnikami. Ale Budnik rzadko kogoś wsadzał – chyba że nie było innego wyjścia – przeważnie sam uczył winnych rozumu i choć rękę miał ciężką, jeszcze mu się kłaniali i mówili „dziękuję”. Przez wszystkie te lata tylko raz dwóch bandytów rzuciło się na niego z nożem, ale tamci nie byli z Chitrowki – zbiegli z katorgi. Obydwu swoimi pudowymi pięściami zatłukł na śmierć i dostał za to medal od naczelnika policji. Na Chitrowce szacunek dla niego jeszcze wzrósł, a dintojra ofiarowała mu złoty zegarek jako rekompensatę za przykry incydent ze zbiegłymi katorżnikami.
Kiedy Sieńka trochę się oswoił z nowym życiem, okazało się, że Chitrowka wcale nie jest taka straszna, jak ją malują. I weselej tu, i więcej swobody niż gdzie indziej, a w dodatku brzuch pełny. Zimą, kiedy nadejdą chłody, pewnie będzie gorzej, ale co tam, do zimy daleko.
------------------------------------------------------------------------
2 Ros. budocznik – budnik, policyjny stróż uliczny.