-
nowość
Kochanek z Wenecji - ebook
Kochanek z Wenecji - ebook
Dyrektorka szkoły dla dziewcząt z bogatych rodzin Beatrice Higginbotham podczas wycieczki do Wenecji pierwszy raz w życiu zdejmuje okulary, rozpuszcza włosy i w czerwonej sukience rusza w miasto na tańce. Poznaje urzekająco przystojnego Włocha i choć nic o nim nie wie, spędza z nim noc. Niedługo potem przyjmuje propozycję objęcia posady wychowawczyni. Jej podopieczną ma być nastoletnia zbuntowana siostra włoskiego milionera Cesarego Chiavariego. Gdy przyjeżdża do Toskanii, staje oko w oko ze swoim niedawnym kochankiem. Jednak Chiavari jej nie rozpoznaje…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-291-2713-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Podobno nikt nie śmiał niczego odmówić przerażającemu, bezwzględnemu Cesaremu Chiavariemu, ale Beatrice Mary Higginbotham przynajmniej spróbowała.
– Bardzo mi przykro, ale nie interesuje mnie posada guwernantki – odpowiedziała, prawdę mówiąc, bez cienia żalu, człowiekowi, którego pan Chiavari do niej przysłał.
Ucząc w Averell Academy w Anglii, ekskluzywnej prywatnej szkole dla sprawiających kłopoty wychowawcze dziedziczek możnych rodów, zawsze przyjmowała stosowną postawę na użytek rodziców, opiekunów i dobroczyńców podopiecznych.
Nie miała najmniejszej ochoty uczyć nikogo w wakacje, a zwłaszcza piętnastoletniej Mattei Descoteaux, kilkakrotnie okrytej niesławą w ciągu minionego roku. Jej pierwszy rok, być może nie przypadkiem, był też ostatnim rokiem Beatrice w Averell.
Przywołała na twarz uprzejmy uśmiech w oczekiwaniu nieuchronnej dyskusji. Potężni bogaci mężczyźni albo ich reprezentanci zawsze je wszczynali.
Ale wysłannik Cesarego Chiavariego nie dyskutował. Nie próbował jej przekonać do przyjęcia oferty, przynajmniej słowami. Usiadł naprzeciwko Beatrice w sekretariacie z notatnikiem i ołówkiem i napisał dość pokaźną kwotę wynagrodzenia.
Po każdej odmowie dopisywał kolejne zero, potem następne, póki nie wymamrotała w zadziwieniu, że nie potrafi sobie wyobrazić, jak daleko zajdzie. Ale on nie przestawał.
Kiedy w końcu oniemiała ze zdumienia jego obojętnością na nieprawdopodobną hojność pracodawcy, wreszcie przemówił:
– A więc doszliśmy do porozumienia? – zapytał gładko, gdy wciąż patrzyła w zadziwieniu na szereg zer, nie bardzo potrafiąc sobie wyobrazić, jak przyjęcie proponowanej posady odmieniłoby jej życie.
Nie postawiono przed nią szczególnie trudnego zadania. Mattea była wyjątkowo trudnym dzieckiem, ale sprawowałaby nad nią nadzór tylko tymczasowo, podczas wakacji. Egzaminy, klasówki czy inspekcje rodziców i opiekunów, oczekujących radykalnej transformacji niesubordynowanych uczennic, nie wchodziłyby w grę. Jak zapewnił wysłannik Cesarego, wystarczy, jeżeli zapobiegnie kolejnym skandalom w prasie i będzie trzymać piekielną przyrodnią siostrzyczkę jego mocodawcy z dala od brata, póki ten nie poślubi wybranej przez siebie kandydatki.
Beatrice położyła pod biurkiem rękę na brzuchu – prawdziwej przyczynie rezygnacji z posady. Nadal usiłowała dojść do ładu z konsekwencjami niespodziewanej ciąży, ale od początku postanowiła wychować maleństwo za skromne oszczędności, odłożone na własną emeryturę i być może kolejną nauczycielską pensję, jeżeli następna szkoła nie będzie wymagała od samotnej matki służenia za wzorzec moralności. Ołówkowa spódnica jeszcze skrywała rosnący brzuszek, ale już niedługo. Niedawno jedna z dziewcząt zauważyła, że przybrała na wadze.
Mimo wewnętrznych rozterek, jak mogłaby odrzucić szansę tak radykalnej odmiany losu?
– Kiedy zacznę? – zapytała.
– Pan Chiavari oczekuje pani przybycia do jego rodzinnego majątku w Toskanii za dwa dni – oświadczył jej rozmówca bez szczególnej radości z jej zgody. Niewątpliwie przewidział, że ją uzyska. – Zorganizowano pani transport. Wystarczy, że przyjdzie pani pod ten adres w Londynie punktualnie o dziewiątej rano z całym bagażem, jakiego potrzebuje pani na lato za granicą. Jeżeli będzie pani miała jakieś pytania, to proszę dzwonić o dowolnej porze – oświadczył, pewną ręką wpisując adres i numer telefonu poniżej proponowanej kwoty wynagrodzenia. – Pan Chiavari oczekuje owocnej współpracy – dodał na zakończenie.
Gdyby nie kartka, którą jej podsunął, Beatrice myślałaby, że śni.
Nie wyobrażała sobie, że tak szybko otrzyma nowe zajęcie po rezygnacji z jedynej pracy, jaką wykonywała po ukończeniu kursów pedagogicznych. Z początku tylko uczyła. Przez ostatnich sześć lat pełniła funkcję dyrektorki szkoły. Mimo wszystko szybko pożegnała grono nauczycielskie, za którym będzie tęskniła. Obiecała nie informować nikogo o przyczynie wymówienia. Zarząd jasno dał do zrozumienia, że nie mogliby nadal służyć za wzorce moralności dla panienek, gdyby wyszło na jaw, że dyrektorka oczekuje nieślubnego dziecka.
Niezależnie od czasów, w Averell Academy nadal panowały średniowieczne obyczaje.
Beatrice świeciła przykładem poprawności przez lata. Powinna była przewidzieć, że kiedyś natura dojdzie do głosu.
Wciąż nie mogła zrozumieć, jak to się stało.
Zabrała skromny dobytek ze służbowego pokoju i przeniosła trzy niewielkie walizki do hotelu w Londynie. Przypuszczała, że tuż przed trzydziestką powinna zgromadzić nieco więcej, ale nie zgromadziła.
Rodzice osierocili ją w dzieciństwie. Nie mając żadnych bliższych krewnych, dorastała w rodzinach zastępczych. Wszystko osiągnęła sama dzięki uporowi, determinacji i konsekwencji, aż do tamtej pamiętnej chwili sprzed czterech miesięcy.
Położyła się na porządnie pościelonym łóżku w czystym pokoju niedaleko Covent Garden. Na następny dzień zaplanowała zakup luźniej odzieży, skrywającej jej stan przez najbliższe miesiące. Nie przewidywała trudności. Doświadczenie nauczyło ją, że bogaci pracodawcy, tacy jak Cesare Chiavari, nie zauważają podwładnych. Nie musiała go osobiście znać, żeby to wiedzieć. Wystarczyło pozostawać poza zasięgiem jego wzroku i zarabiać na te zera.
Była to winna dziecku, którego powołania do życia nie zaplanowała. Zamierzała je kochać całym sercem, bezwarunkowo, do końca swoich dni, niezależnie od tego, jak jego narodziny odmienią jej życie.
Zaczęło się niewinnie.
Tuż przed maturą pojechała jako jedna z opiekunek z grupą prymusek do Wenecji. Najlepsze uczennice dostały tę wycieczkę w nagrodę za wzorowe wyniki w nauce i zachowaniu. Ufundował ją wdzięczny ojciec jednej z maturzystek. Nauczycielki i ich podopieczne mieszkały razem w jednej ze wspaniałych kamienic nad cichym kanałem. Dziewczęta korzystały ze wszystkich atrakcji od zwiedzania galerii, przez muzykę, szkło, po zabytki. Ostatniego wieczoru po nastrojowej kolacji pod gwiazdami na jednym z placów zgromadziły się w obszernym holu i zdecydowały, że najwyższa pora odmienić wizerunek pani dyrektor.
Beatrice zawsze utrzymywała dystans pomiędzy sobą a wychowankami. Wiedziała, że to jedyny sposób na utrzymanie dyscypliny. Ale podczas tych zagranicznych wycieczek ze wzorowymi uczennicami, które wkrótce zdadzą maturę, pozwalała sobie i im na nieco luzu.
Miała za sobą ciężki rok z piekielną Matteą Descoteaux, dokuczliwą jak zaraza. Dlatego nabrała ochoty na trochę więcej swobody niż zwykle. Pozwoliła, żeby dziewczęta rozpuściły jej włosy, zakręciły na lokówkach, a nawet zdjęły nieodłączne okulary i zrobiły mocny makijaż, jakiego nigdy nie nosiła i z pewnością nigdy więcej nie nałoży. Nie protestowała też, kiedy nakłoniły ją do włożenia niestosownej sukienki w śmiałym odcieniu czerwieni.
Gdy zerknęła w lustro, zobaczyła szokująco obcą osobę.
– Teraz czas na ostatni krok – orzekła najodważniejsza z podopiecznych, zaczerwieniona z zażenowania własną śmiałością. – Musi pani wyjść na miasto i zobaczyć, co z tego wyniknie.
– To będzie wielka przygoda – westchnęła jedna z bardziej romantycznych dziewcząt.
– Nie zrobię czegoś takiego! – odpowiedziała natychmiast Beatrice, ale z uśmiechem.
Kusiło ją bowiem, żeby wypić kieliszek wina gdzieś, gdzie nikt jej nie zna i niczego od niej nie wymaga. Nie wątpiła, że godzina anonimowości da jej więcej niż pielęgnacja w SPA.
– Proszę sobie przypomnieć, co pani mówiła, gdy nie miałyśmy odwagi przystąpić do ostatniego projektu – przypomniała pierwsza z uczennic. – „Do odważnych świat należy”.
– Pokonałyście mnie moją własną bronią – przyznała Beatrice ze śmiechem.
Doszła do wniosku, że ofiarowały jej dar. Pójdzie na wieczorny spacer w ciepłą wiosenną noc. Obejrzy kanały, odetchnie tajemniczą atmosferą bajkowego miasta i poczuje radość, jakiej zawsze doznawała podczas podróży. Nikt jej tu nie znał. Istniała nikła szansa, że ktoś ją rozpozna. I dobrze – stwierdziła, oglądając swoje odbicie w szybie zamkniętego już sklepu. Bynajmniej nie przypominała surowej dyrektorki szkoły.
Obrała przeciwny kierunek niż zwykle, gdy prowadziła podopieczne w stronę placu Świętego Marka. Pod wpływem impulsu skręcała w zaułki, aż trafiła przed winiarnię, z której oświetlonego wnętrza wychodzili rozweseleni goście.
Nie znała takiego życia, ale doskonale pasowało do jej nowej wersji samej siebie w tę przedziwną noc. W środku panował gwar i wesoła atmosfera. Zaprowadzono ją do stolika w rogu pomiędzy hałaśliwą rodziną z jednej strony a samotnym mężczyzną po drugiej.
Tysiąc razy roztrząsała wydarzenia tamtej nocy. Gdyby zostawiono ją samą, pewnie wypiłaby kieliszek wina, spróbowała smakowitych przekąsek z małych talerzyków, a potem wróciła do dawnej rutyny.
Opowiedziałaby dziewczętom swoje przeżycia. Może nawet nieco ubarwiłaby opowieść, wiedząc, że nic niezwykłego się nie wydarzyło. To właśnie sobie zaplanowała.
Tymczasem nieznajomy, siedzący przy sąsiednim stoliku, zwrócił na nią spojrzenie najbardziej błękitnych oczu, jakie w życiu widziała. I to ono wszystko zmieniło.
Beatrice nadal nie mogła uwierzyć, że postąpiła tak lekkomyślnie, tak nieodpowiedzialnie…
Jednak nawet kiedy przeklinała własną lekkomyślność, to bez specjalnego żalu do siebie.
Gdy popatrzyli na siebie, przepłynął między nimi jakby prąd elektryczny, tak silny, że oboje się roześmiali, prawdopodobnie z zaskoczenia. Albo pod wpływem jego spojrzenia albo też dzięki chwilowej przemianie w zupełnie obcą osobę nie widziała powodu, by powstrzymać śmiech. Nie odmówiła sobie też drugiego kieliszka wina ani sera z miodem, który podał jej z ręki wprost do ust.
Ta obca osoba, jaką stała się tej niezwykłej nocy, nie odmawiała sobie niczego.
Gdy spytał, czy miałaby ochotę poszukać z nim miejsca do tańca, dyrektorka szkoły panna Higginbotham znalazłaby sto powodów do odmowy, ale obca dama w czerwonej sukni ochoczo przyjęła propozycję.
Tańczyli w gorącym, zatłoczonym lokalu, pełnym przytulonych par, potem na łukowatym moście nad ciemną wodą i przy fundamentach, gdzie uliczny muzyk wypełniał piękną melodią powietrze nad cichym kanałem.
Wszystko było magiczne. Widocznie to ta magia sprawiła, że czuła się piękna. Tak piękna, że kiedy ją pocałował, zmiękła w jego objęciach, a potem ochoczo poszła z nim do jego hotelu.
Później ciągle próbowała besztać samą siebie za to, że straciła godność, tarzając się z nim w łóżku. Jednak nawet teraz, znając następstwa, nie czuła wstydu tylko tę samą magię, gdy myślała o jego dziecku. Dziecku mężczyzny, którego imienia nie znała, co czyniło z niej kobietę upadłą, jeszcze bardziej niemoralną niż niesubordynowane nastolatki, które usiłowała wychować na młode damy.
Mimo to, gdy zasypiała tej nocy, wspominała Wenecję.
Dzień po przyjęciu oferty sprawiła sobie obszerną, workowatą garderobę. Wyglądała w niej już na tyle grubo, że kiedy przytyje z biegiem lata, nikt nie zauważy różnicy. Kolejnego ranka poszła pod podany adres i wsiadła do czekającego auta. Została szybko przewieziona na lotnisko. Prywatny odrzutowiec już czekał, żeby zabrać ją do słynnej rezydencji Chiavarich, tak znanej, że z pewnością widziała jej zdjęcia wielokrotnie, ale nie zwracała na nie uwagi.
Znała tylko reputację pracodawcy. Choć szkołę nawiedzały całe tabuny możnych bogaczy, zatroskanych niesubordynacją swoich podopiecznych, Cesare Chiavari najwyraźniej zajmował szczególne miejsce w tym panteonie.
Beatrice wszędzie widywała metki z jego nazwiskiem. Widniało na wszystkim, od czekolad, przez jedwab, budynki, aż po sportowe samochody. Aż nagle Mattea przybyła jesienią do jej szkoły.
Doprowadziła ją kobieta o surowym wyrazie twarzy. Zwięźle przekazała instrukcje szefa. Jasno dała do zrozumienia, że Beatrice osobiście będzie ponosiła odpowiedzialność, jeżeli placówka nie dotrzyma rozlicznych obietnic.
Choć Mattea wychodziła ze skóry, żeby uprzykrzyć wszystkim życie, od tamtej chwili Beatrice spędziła wiele czasu na rozmyślaniach o Cesarem Chiavarim.
Majątek otaczały przepiękne wzgórza pod błękitnym niebem, obsadzone szeregami cyprysów. Miała spędzić lato w tym bajkowym pejzażu, z najbardziej odrażającą piętnastolatką na świecie.
Zamknęła oczy, gdy samolot schodził do lądowania. Wyobraziła sobie przytulną chatkę przy plaży, właśnie tu, z ukwieconym ogrodem w lecie i ogniem w kominku w środku w chłodne szare dni.
Kupi sobie właśnie taką za zarobione latem pieniądze. Tam wychowa dziecko z dala od kłopotów miliarderów i ich siostrzyczek z piekła rodem. Nauczy się gotować. Będzie piekła chleb jak matka, którą ledwie pamiętała. Stworzy maleństwu taki dom, o jakim marzyła w rodzinach zastępczych. Wystarczy, że przetrwa dwa krótkie miesiące w przepięknym toskańskim krajobrazie.
Po wylądowaniu otworzyła oczy i doszła do wniosku, że będzie jej trudno, tylko jeżeli na to pozwoli.
Nie zamierzała do tego dopuścić. Od lat z powodzeniem kierowała szkołą dla trudnej, rozpuszczonej młodzieży. Skierowała wielką liczbę uczennic na drogę ku szczęśliwej, wymarzonej przez ich rodziców przyszłości. Gdyby doskonale nie wykonywała swych zadań, nie trzymano by jej w Averell Academy tak długo.
Równie dobrze poradzi sobie przez dwa krótkie miesiące z jedną rozwydrzoną pannicą, nawet tak piekielną jak Mattea Descoteaux. Jakżeby inaczej?
Wysiadła z samolotu mocno podbudowana, niczym uosobienie optymizmu w podkutych żelazem butach. Dziewczyny jęczały, gdy słyszały to określenie, ale w końcu przyznawały, że najlepiej opisuje panią dyrektor Higginbotham.
Nucąc pod nosem, wsiadła do oczekującego SUV-a i ruszyła krętymi, wąskimi drogami wśród winnic, szeregów cyprysów i terakotowych dachów, rozrzuconych tu i ówdzie po okolicy.
Zamilkła na widok wspaniałej rezydencji na szczycie wzgórza. Podjechali do niej powoli podjazdem wzdłuż brzegów lśniącego jeziora, otoczonego sadami oliwnymi. Na tle malowniczego krajobrazu posiadłość robiła jeszcze większe wrażenie.
Nie ulegało wątpliwości, że zaprojektowano ją po to, żeby imponować innym. Tym niemniej stanowiła prawdziwe dzieło sztuki architektonicznej.
Z niewiadomych powodów Beatrice wspomniała nieznajomego z Wenecji. Swojego kochanka. To słowo tak bardzo nie pasowało do jej szarego, mozolnego życia, że nawet w myślach brzmiało obco. Mimo to je polubiła, pewnie dlatego, że przypominało jej odmienioną wersję samej siebie w śmiałej, czerwonej sukni i z rozpuszczonymi lokami do bioder.
Samochód przystanął przy reprezentacyjnym wejściu. Czekały tam na nią dwie kobiety w wykrochmalonych uniformach i z obojętnymi minami. Kierowca wysiadł i otworzył dla niej drzwi. Wysiadła tak zręcznie, jak zdołała przy braku doświadczenia w eleganckim opuszczaniu samochodów.
– Dziękuję, ale mógł mnie pan podrzucić przed wejście dla służby – powiedziała.
– Pan wydał wyraźne instrukcje – oznajmiła starsza z kobiet z chmurną miną.
– No trudno, ale nie potrzebuję specjalnego traktowania – odrzekła Beatrice z uśmiechem, bynajmniej niezrażona.
Tamta tylko prychnęła w odpowiedzi. Gdy ruszyła ku drzwiom po szerokich schodach, młodsza nie powstrzymała uśmiechu.
– Wytrąciła jej pani broń z ręki – szepnęła z błyszczącymi oczami. – Przez cały dzień gderała i zrzędziła na temat szczególnego statuzu niektórych osób.
Beatrice powstrzymała pokusę skorygowania błędu językowego. Dziewczyna mówiła po angielsku, ale z pewnością nie był to jej ojczysty język.
– Znam swoje miejsce w szeregu – zapewniła. – I tak pozostanie przez cały okres mojego pobytu.
Wiedziała co nieco o obyczajach panujących w rezydencjach bogaczy. Widywała je podczas wizyt u fundatorów i dobroczyńców, mieszkających w nich przeważnie od wielu pokoleń. Mimo to nie starczyło jej siły woli, żeby odebrać trzy żenująco skromne walizki od kierowcy, choć nie potrzebowała tragarza. Bez słowa podążyła w ślad za sztywno wyprostowaną gospodynią.
Dopiero po wejściu na schody zaczęła podziwiać splendor wnętrza. Wielki hol mógłby konkurować z pałacami, które zwiedzały w Wenecji. Ogromne żyrandole lśniły, jakby zrobiono je z prawdziwych diamentów. Zabudowania wzniesiono wokół eleganckiego dziedzińca. Na sufitach wymalowano ozdobne freski.
Gospodyni weszła na piętro schodami dla służby. Następnie wkroczyła do głównego holu z biblioteką po jednej stronie i tarasami po drugiej. Po drodze mijały salony, pokoje pełne dzieł sztuki i zabytkowych mebli. W końcu dotarły do wielkiego apartamentu na końcu. Gdy gospodyni otworzyła dla niej drzwi, Beatrice ujrzała wysoki sufit i otwarte malowane okiennice, odsłaniające kolejny zapierający dech w piersiach widok na basen, pergole i pagody w ogrodzie.
– To apartament dla honorowych gości, może nawet z królewskich rodów, nie dla guwernantki – zaprotestowała Beatrice. – Wystarczyłaby mi najzwyklejsza służbówka.
Gospodyni nie zareagowała, ale Beatrice nie musiała nawet zerknąć na jej młodszą towarzyszkę, żeby wyczuć, że zdała egzamin.
Beatrice nie miała nic przeciwko luksusom, nawet je lubiła, zwłaszcza jeżeli na nie zapracowała. Przypuszczała, że wymarzona chatka nad brzegiem morza będzie jej ulubionym luksusem, ale na razie miała inne troski.
– Przypuszczam, że tak pięknie urządzony pokój musi leżeć w pobliżu tych zajmowanych przez rodzinę. Zważywszy moją pozycję, nie byłoby stosowne, gdybym tu zamieszkała – dodała po chwili.
Obydwie jej towarzyszki przystanęły i wymieniły znaczące spojrzenia.
– To prawda – przyznała starsza. – Panienka Mattea mieszka zaledwie dwa pokoje dalej.
– Więc zarezerwujcie go dla kogoś, kto bardziej ode mnie zasługuje na taki komfort – poprosiła uprzejmie Beatrice.
Widziała, że nawet jeżeli nie zyskała przyjaciółek, to zdobyła szacunek gospodyni, taktownie dając do zrozumienia, że wolałaby przebywać nieco dalej od podopiecznej… jak każdy, kto nie widzi w bliskości pracodawców szansy na awans.
Właśnie dała do zrozumienia, że przyjechała tu tylko do pracy. Odetchnęła z ulgą, gdy umieszczono ją w schludnym pokoiku na poddaszu z całym niezbędnym wyposażeniem, bez biblioteki i innych zbytków.
– Proszę się rozgościć – zachęciła gospodyni. – Pan Chiavari będzie oczekiwał pani przybycia w głównym holu punktualnie o dwunastej. Czy chce pani nosić służbowy uniform podczas pobytu tutaj?
– Raczej nie – odpowiedziała Beatrice z autentycznym żalem. – Nie chciałabym się w żaden sposób wyróżniać, ale powinnam zachować autorytet. Wolałabym, żeby Mattea nie doszła do wniosku, że może mi rozkazywać tak, jak nigdy nie pozwoliłabym na to w Academy.
– Jasne. Nazywam się Mrs. Morse. Jeżeli będzie pani miała jakieś pytania, proszę się do mnie zwrócić. – Po tych słowach stuknęła obcasami i wyszła.
– Chyba zrobiła pani na niej wrażenie – orzekła Amelia z nieskrywanym podziwem. – Pochodzi z Anglii i trudno jej zaimponować. Pani Morse kazała mi panią zaprowadzić, żeby dotarła pani na czas. Nie wolno pani kazać panu czekać. To niedopuszczalne, a tu łatwo się zgubić. Sama czasami tracę orientację, chociaż tu dorastałam.
Choć ostatnie zdanie nie obudziło w Beatrice wiary w zdolności Amelii, skinęła głową. Po jej wyjściu rozpoczęła przygotowania do spotkania.
Ciekawiła ją osoba pracodawcy. Zawsze interesowało ją, kto i jak wychowywał uczennice. Przywykła do kontaktów z przedstawicielami elit z różnych krajów, z tą różnicą, że teraz po raz pierwszy zamieszkała w majątku jednego z nich.
Jak zwykle upięła włosy w ciasny koczek. Wcześnie odkryła, że im bardziej przypomina typową dyrektorkę szkoły, tym poważniej ją traktują. Nosiła grube okulary. Tylko ona wiedziała, że nie przepisał ich okulista. Wybierała nijakie stroje. Właśnie dlatego dziewczęta z taką radością przemieniły ją w przeciwieństwo samej siebie.
Naprawdę z przyjemnością nosiłaby służbowy uniform. Uczyniłby ją niemal niewidzialną, jako że nikt w takich miejscach nie zwraca uwagi na służbę. Nikt by nie zauważył, czy schudła, czy przytyła. Musiała jednak zachować niezbędną równowagę pomiędzy autorytetem wychowawczyni a służbowym wizerunkiem, na szczęście tylko przez najbliższe dwa miesiące.
Zgodnie z obietnicą Amelia czekała przed drzwiami. Beatrice podążyła za nią, niezbyt uważnie słuchając jej paplaniny po angielsku i włosku.
Czworokątna galeria wokół wewnętrznego dziedzińca przypominała muzeum. Gdy schodziły po schodach w kształcie litery Y, podziwiała dzieła sztuki na ścianach, oświetlone naturalnym światłem, przeświecającym przez szklany sufit kilka kondygnacji wyżej. Dałaby głowę, że na wyższych piętrach znalazłaby galerię przodków jak u wszystkich bogaczy. Nie musiała skończyć historii sztuki, żeby odgadnąć, że większość wiszących tu obrazów namalowali słynni mistrzowie.
Nie przypominały zdjęć byłych dyrektorek i map zdobiących jej służbowe mieszkanko w Averell.
Nieco oszołomiona, jako że nigdy nie użyłaby słowa „onieśmielona”, wkroczyła na schody, gdy zegar na honorowym miejscu na półpiętrze u zbiegu dwóch ramion litry Y zaczął wybijać godzinę. Zeszła na dół lewym, aż do zbiegu dwóch ciągów schodów, odwróciła się i podniosła wzrok.
Zastygła w bezruchu. Serce na chwilę przestało jej bić, gdy napotkała błękitne spojrzenie kochanka z Wenecji.
Czas zatoczył koło i stanął w miejscu. Wszystko inne przestało dla niej istnieć. Nie widziała nic prócz tej twarzy, surowej i pięknej jednocześnie.
Całowała ją, smakowała, poznała jego biegłość w sztuce kochania. Gdyby znała jego imię, pewnie by je wypowiedziała, niczym słowa pochwalnej pieśni.
Choć oblała ją fala gorąca, piersi zaczęły ciążyć i drżała na całym ciele, automatycznie szła dalej w dół, krok po kroku, w rytm kolejnych uderzeń zegara. Wybił dwunastą dokładnie w momencie, gdy postawiła stopę na marmurowej posadzce wielkiego holu.
Otworzyła usta, ale nie padło z nich ani jedno słowo.
Owszem, patrzył na nią z zaciekawieniem, ale bez takiego zachwytu jak tamtej pamiętnej nocy.
– Witam, panno Higginbotham – zagadnął głosem, o którym śniła jeszcze wiele miesięcy później. Teraz też poruszył ją do głębi. – Miło mi, że doszliśmy do porozumienia. Jak pani już wie, moja siostra sprawia poważne kłopoty. Proszę tylko, żeby pani mocno trzymała ją w ryzach, dopóki się nie ożenię.
W głowie Beatrice panował taki zamęt, że nie od razu dotarła do niej treść wypowiedzi. Nie widziała w niej sensu. Albo nie chciała widzieć.
Nagle po fali gorąca owionął ją chłód. W mgnieniu oka pojęła wiele rzeczy, zwłaszcza jedną, niemal zbyt trudną do zniesienia, ale realną. Nie ulegało wątpliwości, że Cesare Chiavari to nie tylko jej nowy pracodawca, ale też jedyny kochanek, któremu oddała ciało w Wenecji. Ojciec jej dziecka.
Wystarczyło jedno zniecierpliwione aroganckie spojrzenie, żeby pojęła, że jej nie rozpoznał.