Kochankowie - ebook
Otwórz szeroko oczy! Luksusowy apartamentowiec Sky Tower staje się sceną makabrycznego spektaklu. W odstępie kilku godzin z jego okien wypadają dwie kobiety. Pierwsza, dziennikarka śledcza Anna Maliszewska, ginie na miejscu. Druga, prokurator Patrycja Maciążek, cudem uchodzi z życiem, zapadając w śpiączkę. W tym samym czasie Róża Tumska walczy o życie po ataku szaleńca, a jej mąż komisarz Kajetan Wydrzycki stara się nie tylko pomóc jej i małej Klarze przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu, ale też włącza się w śledztwo w sprawie dwóch kobiet, które wiedzie w zaskakujące rejony. Czas pędzi nieubłaganie, tropy się krzyżują, a nad rodziną Wydrzyckich zawisa kolejna groźba… Czy policjant zdoła wygrać z bezlitosnym zabójcą i przeciwnościami losu? To czwarty tom serii powieści kryminalnych Karty Tarota
Magdalena Kornak – adwokat prowadząca własną kancelarię i adiunkt na wydziale prawa jednej z wrocławskich uczelni. Prywatnie żona i mama, wielbicielka czworonogów różnej maści, głównie psów i kotów. Jest nałogową czytelniczką i prowadzi bloga na Instagramie . W wolnych chwilach fotografuje i spędza aktywnie czas.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68254-59-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W złym czasie, pod złym adresem
Luty 2024, Wrocław-Krzyki, Sky Tower
Jeszcze przed chwilą Patrycja Maciążek tonęła w mocnych męskich ramionach. Jeszcze chwilę temu Mariusz Chaberek wplatał palce w jej włosy, chłonąc zapach mocnych perfum o nutach bergamotki, brzoskwini i neroli. Jeszcze przed chwilą wtulali się w siebie, jakby nikt poza nimi się nie liczył, choć oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Na moment pozwolili, by uczucia przeważyły nad rozsądkiem, a prawda nie miała dla nich znaczenia. Nie zwracali na nią uwagi, tak jak na wyrzuty sumienia. Mimo że podskórnie ich gryzły, uwierały jak kamień w bucie, ignorowali je, spychali je poza świadomość. Ta chwila zapomnienia była krótką, bezczelną ucieczką od nieuniknionego: obowiązku, winy i wstydu. Oni odstawili rozum na boczny tor, dając się ponieść żądzy. Z każdym kolejnym pocałunkiem, z każdym przeciągnięciem palców po drżącej z ekstazy skórze, zatracali się w sobie. Jednak prawda – nieprzyjemna i uparta – pozostawała niezaprzeczalnie oczywista: byli samolubni, a ich nagła namiętność sprawiała, że zapomnieli nie tylko o bożym świecie, ale i o własnej moralności.
Każde z nich tłumaczyło sobie w duchu, że kilka ostatnich, cholernie trudnych dni dało im prawo do chwili zapomnienia. Oboje wiedzieli jednak, że przyjdzie im słono za to zapłacić, a rachunek nieuchronnie zostanie im wystawiony.
Zanim Mariusz zdążył rozpiąć guziki jej białej, żakardowej bluzki, zanim ona ściągnęła mu przez głowę bluzę z kapturem, donośne walenie do drzwi ściągnęło ich na ziemię.
– Spodziewasz się kogoś o tej porze? – zapytał, zerkając na duży metalowy zegar ścienny, którego wskazówki zbliżały się do dziewiątej.
Pokręciła przecząco głową, równie zaskoczona. Nie skłamała – odkąd jej mąż się wyprowadził, była jedyną lokatorką trzynastki.
– Pewnie ktoś się pomylił. Udajmy, że nikogo nie ma. Może sobie pójdzie – szepnęła, kładąc dłonie na pasku Mariusza i pociągając za sprzączkę. Łomot nie ustawał. Chaberek westchnął i wypuścił ją z ramion. Zapinał ponownie klamrę, gdy zza drzwi dobiegło ich głośne, bełkotliwe:
– Otwieraj, kurwo, bo cię zajebię! Słyszysz? Otwieraj!
Pożądanie zniknęło z twarzy Patrycji, ustępując miejsca przerażeniu. W oczach Mariusza błysnęła wściekłość. Delikatnie odsunął ją, zacisnął pięści i ruszył w kierunku drzwi.
– Proszę, nie otwieraj. – Złapała go za rękę. – To na pewno pomyłka. Ktokolwiek się dobija, w końcu odpuści.
Zmierzył ją wzrokiem.
– Nie bądź dzieckiem – warknął. – Nie mam ochoty chować się jak szczur po kanałach.
Próbowała go zatrzymać, ale się wyrwał.
– Mariusz, proszę…
Patrycja zakryła dłonią twarz, a oczy jej się zaszkliły.
– Jeśli to twój mąż, to jak Boga kocham, przysięgam, że mu…
Nim dokończył, z impetem otworzył drzwi – gotów do konfrontacji twarzą w twarz z dziennikarzem lokalnej prasy, z którym nie tylko prywatnie, ale i zawodowo pozostawał na wojennej ścieżce. Po tym, jak bezceremonialnie wkroczył w ich robotę, o mało nie rujnując ostatniego śledztwa, Chaberek tylko czekał aż ich drogi ponownie się przetną.
Po drugiej stronie nie stał jednak Igor Maciążek. Z zawieszoną w powietrzu dłonią, gotową, by znów załomotać do drzwi, sterczał podchmielony sześćdziesięciolatek. Ledwo trzymał się na nogach, koszula wyłaziła mu ze spodni, krawat był poluzowany. Gdy dotarło do niego, że drzwi mieszkania numer trzynaście otworzyły się, jego dłonie mocniej zacisnęły się w pięści, gotowe, by zadać cios tej, którą spodziewał się zobaczyć. Widok dobrze zbudowanego Mariusza sprawił jednak, że uścisk się rozluźnił. Jedna ręka skryła się w sporej kieszeni kurtki, a druga przeczesała siwosrebrne włosy, zapominając, że jeszcze chwilę temu była gotowa do ataku.
– Czego chcesz?! – huknął na pijaczynę Chaberek, ale ten i bez tego stracił wcześniejszy animusz.
– Przepraszam… ja… myślałem, że… – bełkotał. – Ja…
– Ty co? – Mariusz zablokował wejście i zrobił krok do przodu, zmuszając mężczyznę do cofnięcia się w głąb korytarza. – No mów, zanim wpierdol ci spuszczę.
– Ja… – intruz nie mógł wydobyć z siebie słowa – ja… szukam swojej żony – wydusił wreszcie.
Mariusz zerknął na Patrycję, ale ta jedynie wzruszyła ramionami.
– To chyba pomyliłeś pan adresy. Nie wiem, kim jest pańska żona ani gdzie jest, ale zapewniam, że tu jej nie ma i z pewnością nie jest nią ta pani.
– Tak, tak, widzę. Ktoś przysłał mi SMS-a, że jest tutaj… że się kurwi… – tłumaczył się nieudolnie. – I nawet zdjęcie przysłał z dopiskiem: „Kurwa zawsze zostanie kurwą”. To ja… musiałem to sprawdzić. Ona przysięgała, że mnie nie zdradzi…
Chciał dodać coś jeszcze, ale nie zdążył, bo po klatce schodowej poniósł się krzyk:
– Jezus Maria! Jezus Maria!
Cała trójka odruchowo spojrzała w stronę schodów. Chaberek złapał za kaburę z bronią, Patrycja w pośpiechu schowała bluzkę za pasek czarnych, materiałowych spodni. Wiedziona ciekawością śledczej i odruchem służbowym, chciała natychmiast ruszyć na pomoc, ale Mariusz rzucił do niej gniewnie:
– Zaczekaj tutaj! Sprawdzę najpierw, co się dzieje!
Prychnęła jak wściekła kotka.
– Chyba sobie jaja robisz! Nie mam zamiaru na nic czekać, a już na pewno nie na twoje pozwolenie! – fuknęła. – Jakbyś zapomniał, to ja tu mieszkam!
Pokiwał tylko głową z politowaniem. Nie było sensu teraz się z nią kłócić. I tak by nie wygrał.
– Dobra, chodź, ale trzymaj się blisko.
Ruszyła za nim w nasuniętych w pośpiechu crocsach, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Lament mężczyzny dobiegał z piętra niżej.
– Jezus Maria! Boże jedyny, taka tragedia! – rozchodziło się echem po klatce niczym mantra.
Chaberek przeskakiwał po dwa stopnie. Maciążek starała się dotrzymać mu kroku, ale klapki utrudniały sprint po terakocie. Kiedy wreszcie dobiegli do lamentującego mężczyzny w uniformie ochroniarza, widok jego rozpaczy zbił ich z tropu. Stał z czołem przytkniętym do znajdującego się na półpiętrze przeszklenia. Odgłosy zbliżających się do niego kroków sprawiły, że odruchowo obejrzał się za siebie, a jego zapłakana twarz nie pozostawiała złudzeń, że coś boleśnie go dotknęło. Na widok Patrycji wydusił z siebie:
– Pani Prokurator, dobrze, że nic pani nie jest… Myślałem, że to u pani… kiedy
– głos ponownie mu się załamał – kiedy zobaczyłem…
Zbity z tropu Chaberek zatrzymał się, puszczając przodem Patrycję.
– Co się stało, panie Wiesławie? – Położyła mu dłoń na plecach i delikatnie poklepała dla otuchy.
– Niech pani spojrzy… co za tragedia… co za tragedia.
Mariusz wyjrzał przez okno ułamek sekundy wcześniej niż Patrycja.
– Ja pierdolę – wyrzucił z siebie.
– Jasna cholera – dodała ona.
Na chodniku, tuż przed wejściem do budynku, leżało ciało kobiety. Biała halka nasiąkała krwią.
– Dzwonię po Wydrzyckiego. Ściągamy go tu na cito. Warcabską i Kiszkę też. Daria z technikami nie będą się tu nudzić, bo Karol to już tylko stwierdzi zgon i zabierze ciało na sekcję. – Chaberek wszedł w tryb zadaniowy, planował kolejne ruchy. Dopiero teraz coś jeszcze do niego dotarło: – Znałaś ją? – zapytał Partycji.
– Nie wiem. Jak się przyjrzę, to ci powiem. Widzimy się na dole. Idę po płaszcz i twoją kurtkę. I – zerknęła na swoje klapki – zmienię buty.
Przytaknął i zwrócił się do ochroniarza:
– Panie Wiesławie, pan pójdzie ze mną. A ta moczymorda co dobijała się do mieszkania pani prokurator – rozejrzał się po korytarzu – gdzie jest?
Mężczyzna, który chwilę temu awanturował się na progu, zniknął. Byli pewni, że podążał tuż za nimi. Ślad po nim zaginął.
– A chuj mu w oko – burknął Mariusz. – Może zszedł drugą klatką. Sprawdzimy potem kamery.
Maciążek szybkim krokiem wróciła do mieszkania. Zaniepokoił ją widok otwartych na oścież drzwi, podobnie jak leżąca na wycieraczce pękata koperta wielkości zeszytu szkolnego, z wypisanym na niej wielkimi literami jej imieniem i nazwiskiem. Zanim ją podniosła, weszła ostrożnie do mieszkania. Sięgnęła po długi parasol ze szpiczastym końcem – gotowa w razie czego pchnąć – i stąpając najciszej, jak tylko mogła, przeszła przez przedpokój. Cisza. Nikogo oprócz niej nie było, ale kolejne odkrycie sprawiło, że serce mocniej jej zabiło. Na konsoli, pod wiszącym w przedpokoju sporym lustrem, leżała jej krwistoczerwona pomadka ze złamanym sztyftem. Na szklanej tafli widniał napis: „Pilnuj się. Widzę każdy twój ruch”.
Zadrżała. Wiedziała, że powinna zostawić wszystko tak, jak zastała, mimo tego kopnęła kopertę do środka mieszkania, tak że ta poleciała aż do salonu. Wsunęła na nogi adidasy z trzema paskami stojące pod wieszakiem, chwyciła za pikowany płaszcz z kapturem i skórzaną kurtkę Mariusza, po czym zaryglowała drzwi i dwa razy sprawdziła, czy są zamknięte. Kiedy biegła na dół, obiecała sobie, że jak tylko nadarzy się okazja, o wszystkim powie Mariuszowi. Teraz musiała jednak wejść w rolę śledczej – cała reszta mogła poczekać, nawet jeśli intuicja podpowiadała jej, że tym razem powinna się wycofać, póki jeszcze mogła. Gdyby tylko jej posłuchała…2
Zerwane połączenie
Luty 2024, Wrocław-Krzyki, Szpital na Weigla
– Panowie, szybciej! Ona umiera! – wrzeszczał Wydrzycki, zdzierając gardło, a ratownicy w karetce już żałowali, że pozwolili mu jechać z nimi.
– Niech się pan uspokoi. Nie pomaga pan ani żonie, ani nam. – Rosły medyk postury gladiatora jako jedyny odważył się zwrócić mu uwagę. – Proszę mi wierzyć, robimy wszystko, żeby utrzymać pańską żonę przy życiu.
Karetka gnała na sygnale główną wrocławską arterią prowadzącą z Bielan w kierunku centrum. Stłoczone o poranku samochody rozstępowały się jak Morze Czerwone na widok Mojżesza. Ambulans mknął kolejno ulicami Wrocławia, wprost do Szpitala Wojskowego na Weigla – tego samego, którego personel raz już cudem uratował Tumskiej życie.
Kiedy wreszcie zatrzymał się przed wejściem na Szpitalny Oddział Ratunkowy, pułkownik Ignacy Borecki poczuł znajome déjà vu. Wtedy gdy Tumską postrzelono na służbie, to jemu przypadło w udziale ratowanie jej życia, teraz – nie wiedzieć czemu – los znów wskazał na niego.
Tym razem pacjentka była jednak w ciąży, a z jej brzucha wystawał trzonek kuchennego noża o –Bóg wie jak długim – ostrzu. Po delikatnie zaokrąglonym brzuchu widać było, że to dopiero początek drugiego trymestru. Wiedział już, że walka będzie się zatem toczyć nie tylko o życie matki, ale i o coś jeszcze bardziej kruchego – dziecka, które wciąż było jeszcze zbyt małe, by mogło funkcjonować poza organizmem Róży.
Borecki pochylił się nad wiezioną na noszach kobietą. Jej puls był ledwie wyczuwalny. Nie mógł dłużej czekać.
– Szybko! Sala operacyjna, już! Wezwijcie doktor Powierzę. Jeśli tych dwoje ma przeżyć, może być potrzebna! – krzyczał, pchając łóżko z Tumską wprost do wyłożonej białymi kafelkami sali.
W ślad za nimi biegł łysy mężczyzna w skórzanej kurtce.
– Ani kroku dalej. – Borecki spiorunował go wzrokiem. – Pan tu zostaje, żebyśmy my mogli działać.
Pchnął mobilne nosze za metalowe drzwi z napisem „Sala operacyjna IV”. Nad wejściem rozbłysnął neon: operacja miała się zaraz zacząć. Do środka wślizgnęła się jeszcze wysoka, kobieta o typowo skandynawskiej urodzie i krótko, ale modnie przyciętych blond włosach. Wydrzycki zza uchylonych drzwi usłyszał:
– Już jestem! Zróbcie KTG, a ja się tylko wyszoruję! – rzuciła Anna Powierza, po czym drzwi zatrzasnęły się i zza nich przestały dobiegać jakiekolwiek odgłosy.
Kajetan opadł zrezygnowany na twarde drewniane krzesło i ukrył twarz w dłoniach, by nikt nie zobaczył jego łez. Strumień lał mu się z oczu jak górski potok. Po chwili usłyszał nad sobą kobiecy głos:
– Proszę, niech pan to weźmie.
Pulchna pielęgniarka o związanych w kok miedzianych włosach podała mu kubek z wodą, dwie tabletki oraz plik ligniny.
– To tylko leki uspokajające, ale powinny błyskawicznie panu pomóc. Operacja chwilę potrwa. – Wskazała na drzwi sali operacyjnej, po czym dodała: – My tu wszyscy panią komisarz polubiliśmy, już wtedy, gdy… – urwała, gdyż głos uwiązł jej w gardle. – Sam pan wie, kiedy. Proszę mi wierzyć, doktor Borecki to najlepszy chirurg w mieście. – Delikatnie poklepała Wydrzyckiego po ramieniu.
– A ta Powierza? Czy ona jest wystarczająco dobra, by uratować moje dziecko? To dopiero szesnasty tydzień! – Spojrzał na kobietę zapuchniętymi od płaczu oczami, a obawy miał wypisane na twarzy.
– Musi pan wierzyć, że się uda. Płód jest jeszcze bardzo mały, ale… – zawahała się. Nie powinna była tego mówić, więc dodała jedynie: – To bardzo trudne, ale lekarze zrobią, co w ich mocy. Teraz wszystko w ich rękach i… – w myślach dodała, że Stwórcy, lecz głośno już tego nie powiedziała. W końcu nie każdy musiał być z panem Bogiem za pan brat. Ona była, a nie zaszkodzi zmówić kilku zdrowasiek w dobrej intencji, zwłaszcza jeśli ktoś tam w górze miałby ich wysłuchać.
Odeszła do pokoju pielęgniarek, a on został sam. Patrzył w wyłożoną zielonym linoleum podłogę i zaciskał pięści. Los znowu wystawił ich na próbę. Znowu walczyli o życie, znowu świat sprzysiągł się przeciwko nim. I za co? Czym zawinili, że po raz kolejny zostali poddani próbie? Ile jeszcze?
Nagłe zamieszanie na korytarzu i obecność mundurowych sprawiła, że Wydrzycki zerknął w kierunku dobiegającego go hałasu. Spojrzał i zamarł, a potem wściekłość w nim wzrosła. Do sali operacyjnej sąsiadującej z salą jego żony wieziono jego. Lebiodę. Sprawcę jego cierpienia, powód jego udręki i przyczynę rodzinnej tragedii.
Zacisnął dłonie w pięści i zerwał się z miejsca. W głowie miał tylko jedną myśl – zemsta! Zanim jednak siła jego gniewu dosięgła Piotra Lebiodę, dwóch kolegów z wydziału zagrodziło mu drogę:
– Odpuść. Nie warto babrać sobie rąk w gównie. Myśl teraz o żonie.
Próbował ich wyminąć, ale złapali go mocno. Chciał się wyrwać, lecz nie dał im rady.
– Niemen! Kurwa, opanuj się! Mamy cię skuć?! Naprawdę tego teraz chcesz?!
Zrezygnował. Wrócił na krzesło. Odpuścił. Nie miał innego wyjścia, przynajmniej na razie. Musiał poczekać na lepszy moment, aż dowie się, co dalej z Różą i z dzieckiem. Teraz zaczeka, ale nie zapomni.
Z rozmyślań wyrwały go wibracje telefonu. Przestraszył się. Oby to tylko nie była Honorata – pomyślał, sięgając po komórkę. Wiedział, że powinien był do niej zadzwonić, skarcił się w myślach, że to zaniedbał. Pewnie odchodziła od zmysłów. Ona i Klara. Tylko co miał im powiedzieć? Że Bóg z nich zakpił? Że uwziął się na nich, karząc – nie wiadomo dlaczego?! Nie, nie mógł im tego zrobić.
A może to Mariusz? Zobaczył wreszcie, że dzwoniłem, i ruszyło go sumienie? – pomyślał, ale na wspomnienie tego, ile razy dzwonił do niego i do Maciążek, gdy godzinę temu świat stanął na głowie, znów wezbrała w nim wściekłość. Potrzebował wtedy jego wsparcia, potrzebował ich obojga, ale żadne z nich się nie odezwało. Jeśli to on dzwonił, nie miał teraz siły na jego przeprosiny, na jego tłumaczenia, na zgłębianie relacji, która łączyła tę dwójkę. Nie miał już złudzeń – zażyłość tej dwójki daleka była od służbowej. Widział te ukradkowe spojrzenia, te niby przypadkowe muśnięcia dłoni. Jeśli to on, to chuj z nimi!
Ktokolwiek dzwonił, nie odebrał, nie miał na to siły. Zamiast tego chodził nerwowo po korytarzu, próbując znaleźć sobie miejsce. Kiedy z sali operacyjnej wyszła lekarka, ściągając z głowy czepek we wzory w bajkowe koty, zerwał się i podbiegł do niej.
– Pani doktor, co z moją żoną? Co z dzieckiem?
Kobieta spojrzała na niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Pana żona straciła dużo krwi. Nóż uszkodził nerkę, musieliśmy ją usunąć. Wciąż walczymy z krwotokiem wewnętrznym i staramy się pozszywać rozerwane tętnice. Proszę być dobrej myśli, ale najbliższa doba będzie kluczowa – westchnęła ciężko.
– A moje dziecko? Co z nim? To był dopiero czwarty miesiąc!
Lekarka mocniej ścisnęła jego ramię.
– Bardzo mi przykro. W tym stadium ciąży nie mieliśmy żadnych szans na uratowanie płodu. Zrobiliśmy wszystko, co możliwe.
Krzyk rozpaczy wyrwał się z jego piersi. Nie było nikogo, kto mógłby go teraz uciszyć.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJSpis treści
Prolog
1. W złym czasie, pod złym adresem
2. Zerwane połączenie
3. Sierść, krew i szept
4. Wróżby i kłamstwa
5. Piąta władza i pięść sprawiedliwości
6. Cyganka prawdę ci powie
7. Poznaj sąsiada swego
8. Magiczne lustro
9. Podobna, niepodobna
10. Żądza krwi
11. Wielki mały człowiek
12. Chichot losu
13. Déjà vu
14. Na dobre i na złe
15. Nieproszony gość
16. Szambo wybiło
17. Lustro prawdę ci powie
18. Nieprzełamane lody
19. Gorzka prawda
20. Obrońca diabła
21. Wróg, którego znasz
22. Nowy gracz
23. Dear Friend
24. Przynęta
25. Pytania bez odpowiedzi
26. Swój człowiek
27. Zapis z kamer
28. Czujność wilka
29. Nie wierzę, że nie wiedziałeś
30. Nagły przebłysk
31. Ziarno wątpliwości
32. Ból, który nie mija
33. Jaka prawda, taki blef
34. Przełom w rytm punk rocka
35. W cieniu podejrzeń
36. Gra pozorów
37. Zapalnik
38. Piksel
39. Mikrofilm
40. Wspólny mianownik
41. Niewygodna uprzejmość
42. Koszula w pudrowe róże
43. Za dużo prawdy naraz
44. Łowcy cieni
45. Z pancernej szafy
46. W imię rodziny
47. Test lojalności
48. Pamięć, która nie rdzewieje
49. Zapach psiej sierści
50. Między oddechem a ciszą
51. Nikt nie jest bezpieczny
52. Ostatni strzał
53. Na nocny dyżur przychodzą zbawcy
54. W złym momencie
55.
Epilog