-
nowość
Kocie listy - ebook
Kocie listy - ebook
O czym mogą pisać do siebie koty? Okazuje się, że dosłownie pod naszymi nosami koty prowadzą bogatą korespondencję na tematy codzienne, polityczne i egzystencjalne. Starają się przy tym zrozumieć tajemnice ludzi, powody ich zmartwień. Są świadkami ludzkich kłótni, zerwania dawnych więzi, osobistych tragedii swoich właścicieli. Zadają sobie pytania prozaiczne i filozoficzne. Ukrywają przed ludźmi swoje zdolności częściowego rozumienia ich świata i możliwości kontaktu z innymi stworzeniami. Dzięki swoim obserwacjom, wymienianym „kocimi listami”, a także doświadczeniom i wrodzonemu instynktowi, wiedzą o nas znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Ubolewają nad małostkowością ludzi, ich zgubnym pędem za tym, co nieosiągalne, nad ludzkim talentem do kreowania problemów i niedocenianiem piękna prostego życia.
Po lekturze „Kocich listów”, dla których tłem są losy tureckich emigrantów politycznych w Europie Zachodniej, już nigdy nie spojrzycie na koty tak, jak dawniej!
O autorce:
Oya Baydar (ur. 1940 r. w Stambule) – wielokrotnie nagradzana turecka pisarka i dziennikarka. W latach 1972–1974 felietonistka w gazetach „Yeni Ortam” i „Politika”. W czasie przewrotu wojskowego 1980 roku wyemigrowała wraz z mężem do Niemiec, gdzie mieszkali przez 12 lat jako uchodźcy polityczni. Jej książki zostały przetłumaczone na 20 języków.
O tłumaczce:
Julia Krajcarz – absolwentka turkologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fascynuje ją szeroko pojęta kultura turecka, zwłaszcza tematyka związana z Turcją, Azerbejdżanem oraz Tatarami. Prywatnie miłośniczka kotów.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8238-168-9 |
| Rozmiar pliku: | 687 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nina, cała czarna, rozciągnęła się i ziewnęła na różowo. Wciągnęła w nozdrza ciepłe powietrze spowijające jej ciało; dolatujące z kuchni, pobudzające apetyt zapachy smażonej ryby, czosnku, pietruszki i rozgrzanego masła. Powinna udać się do kuchni? Nie! To jeszcze nie czas na obiad. Pani nie lubi, żeby kręcić się jej pod nogami, gdy szykuje jedzenie. Przewróciła się z prawego boku na lewy z lekkością perfekcyjnej, ale nieco znudzonej i zmęczonej baletnicy i na nowo ułożyła się na poduszce. Przeszedł ją dreszcz, wprost z powietrza po linii grzbietu. Nie zwróciła uwagi, gdy przeleciała obudzona mucha. Lubiła rozkoszować się takim leniwym, błogim, rozluźniającym wylegiwaniem i wyczuwaniem w swoich różowych nozdrzach kuchennych woni.
Będzie gość, znać to było po zapachach. Gość: nowy rodzaj głaskania wnoszący do tego nudnego, bezbarwnego, jednostajnego życia malutką zmianę, nowy rodzaj podniecenia, nowy zapach, nowe wibracje… Może jakaś wiadomość, jakiś list od Brudaski, Nocy, Artura, Pręgusa, Safinaz, Dżimdżima…
Czasem powątpiewała, czy właściciele znają ten wielki koci sekret. Gdy najpierw ocierała się o nogi, a potem rzucała się w ramiona wchodzących do domu, Pani mawiała: „zbiera zapachy twojego kota”. Jednego razu, gdy obwąchiwała nogawki właścicielowi Artura, a potem zaczęła lizać jego buty, Pani powiedziała: „Wygląda na to, że Artur wysłał miłosny list do mojej kotki”. Ot, tak sobie to powiedziała. Ale Nina poczuła, jakby wielka kocia tajemnica została ujawniona i natychmiast uciekła spod nóg gościa. Żeby przeczytać list od Artura, czekała, aż w nocy człowiek zdejmie buty. Gdy wszyscy się rozeszli i poszli spać, mogła swobodnie zabrać się za lekturę tych szalonych listów miłosnych, wzburzających krew, na nowo budzących w niej, choć myślała, że już dawno minione, iskry pragnień i pożądań. „Biedny Artur” – pomyślała Nina – „jego miłość jest taka niezaspokojona, bez nadziei, straszna... Młody, nadzwyczaj przystojny, silny Artur od pewnego czasu jest po zabiegu. Zupełnie jak ja. Ale ja przynajmniej do trzeciego roku zażyłam miłości... Jesteśmy kotami pozabiegowymi. Jakie to straszne słowo, jakież to niewłaściwe!”
Głosy w drzwiach... Wokół poczucie niepokoju, przepełniające lękiem wibracje, zapach strachu... Cała się zjeżyła. Prąd przeszedł całe jej ciało, począwszy od wibrysów, aż po koniuszek ogona. Wszystkie zmysły, całe ciało napięte niczym łuk czekało, przyglądając się, bezgłośnie i bez ruchu, gotowe do skoku. A potem, tym razem od końca ogonka począwszy, przechodząc przez mieszki włosowe sierści, aż do wąsów, falami rozeszło się rozluźnienie... „Gdy gość wchodził do środka, przez uchylone na kilka sekund drzwi z ulicy do domu dostała się woń psa, dokładnie tak!” Od tamtego zdarzenia dowiedziała się o sobie, że jest panikarą, strachulcem i histeryczką. „Może ja potrzebuję psychologa. To teraz modne. Teraz każdy idzie do psychologa z jakiegokolwiek bądź powodu. Tak jak moja Pani do ludzkiego psychologa, tak ja do zwierzęcego, dlaczegóż by nie?”
„Żeby ciągnąć kasę z głupków” – tak mawiają o ich pracy.
Nina, po rozluźnieniu, jakie przyszło po chwili strachu, pozostała w błogostanie. Ze swojego legowiska, przez wpół przymknięte oczy, zaczęła obserwować gościa, który wszedł do pokoju. Nigdy wcześniej niewidziany przez nią mężczyzna w średnim wieku, schludny, nawet dżentelmen, dość wysoki...
„Tak jak widziałeś, mamy czarnego kota. Długo wzbranialiśmy się przed wzięciem sierściucha. Kot oznacza uwiązanie. Potem nasz przyjaciel rozchorował się i był zmuszony oddać swojego, a my, patrząc na jego smutek, nie wytrzymaliśmy i wzięliśmy zwierzę. Imię? Nina. Ale my...”
Nina ziewnęła z nudów. Znowu będzie wyjaśniane to samo. Nina już nauczyła się na pamięć opowieści powtarzanej przez jej Panią każdemu przychodzącemu gościowi. Zaczęła ją cicho wymrukiwać: „To nie my nadaliśmy to imię. Nawet się do niego nie przyzwyczailiśmy. Nasze koty nazywały się Pręgus, Rudas, czy tam na przykład Arab. Gdybyśmy to my wybierali, to nazwalibyśmy ją Śniada. Tak naprawdę nasz znajomy nie nazwał jej Nina. Jeszcze wcześniej, mówili na nią tak pierwsi właściciele…”.
Nina ziewnęła przeciągle i z radością: „Miauuu. Zaiste!”. Te niepotrzebne przeprosiny, calusieńkie, od kropki po przecinek, mogła powtórzyć. „Chce mi się wierzyć, że czasem między moją Panią a mną jest więź, nadzwyczajne porozumienie”.
Nie rozumiała, co jest takiego wstydliwego w imieniu Nina. Typowe imię dla kota... Trochę europejskie, nie do pomylenia z innym. Ale zdecydowanie ważniejsza od imienia kota jest jego osobowość, charakter, elegancja ruchów, niezależność. Kiedyś znała pewnego kota. Miał bardzo dziwne imię: Proletariusz. Naprawdę, jakby spojrzeć na to, co robił, to na pewno nie był proletariuszem, raczej pasowało mu imię Subiekt. To był taki zwykły, typowy kot. Siadywał w najbardziej ruchliwych, zatłoczonych punktach handlowych, na chodnikach, na wyściełanych szmatkami leżach, dokładnie naprzeciwko wielkich sklepów i ich witryn emanujących światłami, kolorami, szykiem i bogactwem, żebrał ze swoim właścicielem od otwarcia sklepu do końca dnia pracy. Nie można tego zajęcia zaliczyć do męczących czy niewdzięcznych dla kota. Wszystko, co robił, to spanie gdzie popadnie, leniuchowanie
i wylizywanie się. Przed nim, na wypłowiałym kartonie, było napisane: „Mój kot i ja jesteśmy głodni. Prosimy o pomoc!”. Ale doprawdy, Proletariusz wcale nie wyglądał na głodnego. Można nawet było powiedzieć o nadmiernym gromadzeniu się tłuszczu, co było wynikiem niewłaściwego odżywiania. „Praca może nie jest trudna, ale dla kota to tragedia, tak przemieszczać się tam i z powrotem”, pomyślała Nina. „My, koty, nie lubimy jakichkolwiek pojazdów. Nawet najbardziej luksusowy samochód dla kota jest torturą. Mdli nas w żołądku”.
Znów pomyślała o Proletariuszu. Jej Pani opowiadała, że widuje tego kota w soboty, już po godzinie zamknięcia sklepu, gdy czeka na stacji metra. Powiedziała: „Na stacji metra, na jednym z małych taborecików, siedział obok swojego właściciela, niczym pracownik zmęczony długim dniem pracy, choć szczęśliwy, i się wylizywał”. A potem któregoś dnia, gdy powiedziała: „Ten żebrak nie ma już kota. Ile razy przeszłam z bazaru, facet siedzi tam, a kota nie ma. Kto wie, może uciekł albo zdechł”, Nina poczuła wewnętrzną pustkę, próżnię. Ucieszyła się w duchu, że nie musiał już pracować.
„Co właściwie sprzedawał Proletariusz? Co produkował?”, pomyślała i odkryła bardzo ważną rzecz, tworzoną i komercjalizowaną, coś, czego bardzo pragną ludzie, dlaczego tak naprawdę trzymają w domu koty i psy: odczucie litości, tzn. przyjemność odczucia wyższości wobec kotów, sycenie się poczuciem uwiązania kogoś przez okazywanie mu pomocy...
Z zadowoleniem wynikającym z faktu, że nie musi każdego dnia wstawać i iść do pracy, że nie wie, co to głód, że Pani powtórzyła bez najmniejszego zająknięcia tekst wyjaśniający pochodzenie imienia, że w pokoju jest ciepło, że w domu wszystko jest tak, jak zawsze, powoli wyciągnęła się na swojej poduszce. Rozciągnęła się, ziewnęła i wydała z siebie długie, przeciągłe „mrrr”. Ruszyła wprost do dwóch ciemnobrązowych pantofli, które przyniosły ze sobą do pokoju wszystkie te zapachy ulicy i wolności oraz do nogawki spodni z dobrej jakości angielskiego materiału. Zaśmiała się, widząc, że mężczyzna się wycofał, odsunął: „Niewątpliwie trochę się brzydzi, może nawet boi kotów. Powinien się przełamać”. To jest okazja, żeby uratować ten dzień przed powszedniością i nudą. Mrrrr, mrrrr. Nie zrozumiał, powinien to robić tak, jakby chciał, żebym tego nie zauważyła.
To nie jest jeden z tych, co często przychodzą, przyzwyczajony, z bliskich przyjaciół. Wstydzi się powiedzieć: „Zabierzcie stąd tego obrzydliwego kota”. Z jakiegoś powodu większość ludzi krępuje się wyznać, że nie lubi kotów, a nawet się ich boi.
Zanim przybysz ruszył się z miejsca, wyskoczyła i usadowiła się w fotelu przeznaczonym dla gości, ustawionym w najładniejszym kącie pokoju tak, żeby widać z niego było starannie dobrane obrazki i ozdoby na ścianach, piękne rośliny doniczkowe, a także oświetlone okno z widokiem na cienkie gałązki topoli i konary sosen. Bardzo lubiła tę zabawę. Teraz Pani się oburzy, podejdzie, weźmie ją na ręce i da reprymendę tymi stałymi, określonymi, słodkimi słówkami. Mężczyzna, siadając na miejscu, skąd wstał kot, zaniepokoi się i wzdrygnie... Miauuu! Piękny, odmieniony, porywający dzień, tak jak tego chciała.
„Ty wcześniej musiałeś poznać córkę Niny, zanim poznałeś Ninę…”
Głos właścicielki był poważny, jakby powiedziała gościowi coś ważnego, zadziwiającego i interesującego. Ci ludzie nic a nic nie pojmują, że innych nie interesują ich dzieci czy koty!
Gość, zmuszony siąść w fotelu, na którym zostały kłaki kota i ciepełko po nim, zapytał bez zainteresowania: „A gdzie mogłem ją zobaczyć?”.
„W ojczyźnie, u nas, u naszych wspólnych, drogich przyjaciół”.
„A racja, w zeszłym tygodniu byłem u nich. W domu był szaro-biały kot z puszystym ogonem. Nic a nic niepodobny do tego tutaj, ale ładne zwierzę”.
„Proszę, znów grubiaństwo człowieka nielubiącego kotów. Mrfrrr, pfff. Ja nie mówię »to«. Muszę dać mu do zrozumienia, że nie jestem żadne »to«”.
„Tak! Szaro-biała, łaciata, ale kto ją zobaczy, nie może naopowiadać się, jaka jest kochana, jak się bawi, jaka jest milutka. Nasz inny wspólny przyjaciel, gdy zobaczył Brudaskę, pogniewał się na cały tydzień ze swoim kotem, bo to ma być kot?! Wiesz, to był podstęp, żeby upchnąć im tego sierściucha...”
„Och, miauuu, teraz ta opowieść się zacznie...”
Nina poważnie zastanawiała się: „Czy jeśli teraz ucieknę z domu, to uratuję się od tej sto razy powtarzanej, nudnej opowieści?”. Ludzie nie mają nic innego do roboty, tylko ploty o swoich kotach? Nagle zjeżyła się, zdziwiona jak to się stało, że dotąd nie poczuła, nie wyłapała zapachu.
„Co się dzieje? Czyżbym się już tak zestarzała? Czyżbym zaczęła tracić wyczucie w moich wibrysach, sierści, uszach i nosie... Od tej cholernej operacji nic już nie jest takie, jak dawniej... No nie wiem. Oczywiście! Tam jest list: w środku tych drogich butów z dobrej skóry”. Tymczasem zaczęła się łasić do człowieka, nie z powodu wygłupów i zabawy. „Jakże czasem jestem nieuważna, rozpraszam się. Zaiste, list. Napisany w zeszłym tygodniu. Nie szkodzi, że późno. Pismo, tak zwane litery zapachowe, jeszcze nie wyblakły. W końcu, po tylu miesiącach, jakaś wiadomość od Brudaski...”.
Położyła się u stóp obcego i, rozszerzając maksymalnie nozdrza, zaczęła niecierpliwie czytać list, pomrukując. Jak zawsze napisany lekko, żartobliwie, trochę niedbale, ale na swój sposób pieszczotliwie i inteligentnie:
Po takim czasie: miesiąc mrauczeń. Epoka miłości. Pogoda tutaj trochę rześka, ale śliwy i czereśnie na nadbrzeżnych zboczach od dawna kwitną. Nie za dużo siedzę w domu. Nie wracam na każdy obiad. Jeśli chcesz znać prawdę, to z powodu miłości nie starcza na nic innego czasu. Gdy wczoraj wróciłam do domu, Pani mnie zbeształa: „Cztery dni jak się szlajasz, włóczęgo” i uświadomiłam sobie, że przez cztery dni nawet nie myślałam o jedzeniu. Chcę do syta poużywać sobie w tym miłosnym czasie, nie stracić ani chwili. W ciągu dnia co najmniej 3–4 razy mrauczę z kimś.
Nina odłożyła list i westchnęła. W środku, głęboko ukryta, zimna pustka odczucia, jakieś właściwie nigdy nieosiągalne, niemożliwe do zdobycia, do przeżycia, ginące wspomnienie ogromnej, gorącej strzały, począwszy od trzewi, aż do uszu i końcówek wąsów... Wygięła grzbiet i się zjeżyła, nastroszyła sierść. „Zazdroszczę jej? Na pewno przesadza. Trzy, cztery mrauki na dzień. Tutaj takie rzeczy się nie dzieją. Fantastka, słodka kłamczuszka z tej Brudaski”. Niedługo przed operacją, gdy mogła wyskoczyć na ulicę, całymi dniami łaziła, żeby znaleźć, nawet nie kilku kocurów-tatuśków, choć jednego zdatnego do tych spraw!
Brudaska kontynuowała:
Tu jest całkiem inny kraj. W nozdrzach mam słony zapach morza, przyniesiony przez poranny wiatr; schodzące do morza stoki; brzegi zakurzonych ścieżek; odurzające zapachy naszej ulubionej kocimiętki, wypełniające ogrody; myszy domowe i polne, słońce, które dopiero co zaczęło bardziej ogrzewać kocie grzbiety, koci raj z tymi setkami, tysiącami zwierzaków na ulicach. Chyba nie muszę mówić, że koci mężczyźni nie są zoperowani. Oczywiście jest też inne oblicze tego raju. Na przykład psy: ulice są pełne bezpańskich psów. Na przykład kocia bieda, głód, niewyobrażalnie wysoka śmiertelność wśród kocich noworodków. Ludzie częściowo też doświadczają tych nieszczęść. Nawet większość z nich. Myślę nawet, że jest związek zależności między biedą i głodem wśród ludzi a socjalnym położeniem kotów. Aaa… i tego też nie mogę zbyć milczeniem: Stowarzyszenie Niezależnych Kotów dla Polepszania Statusu Społecznego z naszej dzielnicy zawezwało mnie do wygłoszenia prelekcji w przyszłym tygodniu. Tematem konferencji jest: „Sytuacja kotów w rozwiniętych krajach europejskich”... Domyślasz się, że jestem dość przygotowana do tego tematu. Nie licząc dodatkowo krótkich noclegów w czasie podróży, mieszkałam w pięciu krajach europejskich i poczyniłam pewne obserwacje. Tutaj mają mnie za obytą w świecie i mądrą kotkę. Czuję, że mnie darzą szacunkiem. Ale ten szacunek odsuwa ode mnie niektórych kocich mężczyzn, którzy mi się podobają. Może krępują się, że mi się nie spodobają. Żeby nie pozostać wyizolowaną, żeby wyzwolić się z wizerunku nieprzystępnej, nie używam nawet obroży przeciwpchelnej. Nie daję się brać na ręce mojej Pani, żeby nie przejąć zapachu jej perfum. Uciekam zawsze, gdy tylko przeczuwam, że przypudruje mi futerko. Wierz mi, nie jem nawet moich ulubionych europejskich kocich karm, żeby nie pachnieć potem drogim jedzeniem.
„Nasza córunia osiąga tam szczyty”, pomyślała Nina i z zadowoleniem zamruczała. Nie zwracając uwagi na niespokojne poruszanie nogami przez gościa, kontynuowała lekturę poprzez delikatne dotknięcia noskiem i końcówkami wibrysów. Właścicielka nadal wyjaśniała:
„Nina przyszła do nas, gdy miała dwa lata. Wcześniej nigdy nie wychodziła na zewnątrz, zawsze trzymali ją w domu. My staliśmy się jej trzecimi właścicielami. Wtedy była dużo młodsza, ciągle w ruchu. Miauczała, tarzała się po podłodze, gdy przychodził jakiś mężczyzna w gości, dziwnie się przeciągała, jakby jakiś pokaz pornograficzny się odbywał. Nie mogliśmy tego znieść i mieliśmy dość. Powiedzieliśmy, a rób co chcesz, używaj życia, wystawiliśmy ja za drzwi. Uwierzysz? Na całe dwa tygodnie przepadła. Zniknęła, myśleliśmy, że może ktoś ją zabrał. Tutaj na ulicach nie ma kotów, jak u nas. Zobaczy ktoś taką Ninę na ulicy i zabierze. No ale po piętnastu dniach wróciła, wychudzona, spragniona, brudna, z pozlepianą sierścią. Oczywiście, zaciążona...”.
Uwaga Niny się nieco rozproszyła, zaprzestała lektury i położyła się wzdłuż stóp gościa. Mężczyzna się nie poruszył, wyglądało, że się oswoił. To było trzy lata ludzkie temu, pomyślała Nina. Jak szybko czas płynie. Przypomniało jej się, jakby to było wczoraj, jak właścicielka czule pchnęła ją w pierś i wystawiła za drzwi, mówiąc: „Skoro chcesz, to idź. Obwąchaj dobrze dom, żebyś go nie zapomniała”. Klimat wolności, z tysiącem zapachów, od którego dostawało się zawrotów głowy, szaleńcze skoki przez furtki w ogródkach małych domków ustawionych jeden przy drugim. Wielki, nowy świat otwierający się przed nią, że aż całe ciało zjeżyło się jej dziwną żądzą i niewytłumaczalnym strachem. „Jakaż byłam wtedy młoda i niedoświadczona. Czegoś szukałam, ale sama nie wiedziałam, czego. Miałam w sobie jakąś nieokiełznaną chęć, ale na co, nie miałam pojęcia”. Potem znajomy, piękny zapach, niskie, grube miauczenie... Parsifal był jej pierwszym mężczyzną. Pierwsza wielka pasja, pierwsze zakochanie, pierwsze pożądanie ogarniające całe ciało i pierwsza gorycz miłości.
Parsifal był kotem z jednej z bogatych willi po drugiej stronie ulicy. Poznała go na drugi dzień po swoim wyjściu z domu, między bluszczem a wcześnie rozkwitłymi tulipanami, w okolicznościach idealnie pasujących do pierwszego zakochania. Po drugiej stronie grządki kwiatowej stał za jedną z figurek krasnali i jelonków, ustawionych tu i ówdzie w zadbanym ogrodzie, i przyglądał się jej. Nina od razu wyczuła błyski w jego oczach i napięcie w jego wibrysach, i wszystkimi swoimi kocimi zmysłami poczuła, że zbliża się ten moment. Nadzwyczaj wielki, zdrowy i zadbany. Zupełnie jak rezydencje i wille w tej dzielnicy. Ciemnoszary pręgus. Futerko na piersi mięciutkie, białe skarpetki. Nina przez chwilę się zawahała, czy na pewno jest na tyle ładna, żeby do niego pasować. Pomyślała z zadowoleniem o swojej czarnej, błyszczącej sierści bez ani jednego złotawego włoska, z jedną białą łatką na piersi, drugą na brzuchu, żółto-zielonych oczach: „Tak, jestem ładna i jestem w najlepszym wieku dla kotki”. Parsifal odszedł z miejsca, gdzie dotąd stał, aby rozładować napięcie, i zaczął wpatrywać się w ozdobne, czerwone rybki pływające w małej sadzawce po przeciwnej stronie, otoczonej intensywną zielenią i sztucznym skalniakiem. Nagle zanurzył łapkę w wodzie, jakby chciał coś złapać. Jedna z rybek delikatnie wyskoczyła na powierzchnię wody, po czym zanurzyła się i zniknęła. Nina wydała cichutki okrzyk. Myślała, że złapie rybkę. „To tylko zabawa” – rzekł Parsifal. „Nie znoszę ryb”. „Ja też nie przepadam”, zareagowała Nina. „Ponadto takie polowanie uważam za zdziczałe”. On odpowiedział jej nieznacznym kocim uśmiechem: „Widać, że pochodzisz z inteligenckiego domu. A powiedziałbym nawet, że twoi właściciele to lewicowcy i wywrotowcy”. Nina nagle poczuła zdenerwowanie: „Tak, i mi się to bardzo podoba. A twoi to z pewnością mafiosi i handlarze bronią. Wystarczy spojrzeć na ten dom i ogród. Czuć, że to wystawka i pokazówka”. Przystojniak łagodnie się zaśmiał: „Nie złość się, żartowałem. Jesteś jeszcze ładniejsza, gdy się złościsz. Nazywam się Parsifal. No już, pogódźmy się”.
„Parsifal”, powtórzyła sobie Nina, „ależ mu to imię pasuje. I czeka go takie przeznaczenie, jak Parsifala? Też szuka zamku Montsalvat? Czy zdoła raz jeszcze odnaleźć kryształowy pałac, napotkany przez przypadek, a potem utracony przez własny błąd?
Z tych rozmyślań wytrącił ją gorący oddech Parsifala na swoim pyszczku. Najpierw instynktownie się skurczyła, odskoczyła w tył, sycząc. Jedwabista dotąd sierść teraz nastroszyła się niczym kolce jeża. Grzbiet wygiął się w pałąk, a ogon podkurczył. Oczy błyszczały iskrami jak u szaleńca. Parsifal, nie tracąc zimnej krwi i nie zwracając uwagi na nastroszone futerko Niny, przywarł do niej od tyłu i wbił zęby w jej kark, ale nie czyniąc krzywdy, wręcz jakby to była pieszczota. Nina poczuła całe jego gorąco i ciężar na grzbiecie. Jej wnętrze przeniknął cudowny ból. Potem ten ból zmienił się w przyjemność, nieskończoną radość, jakiej nigdy dotąd nie czuła i nie znała. Usłyszała, jak Parsifal mruczał do niej miłosne zaklęcia, wyrażające pożądanie, jak zaciskały się jego kły na jej karku, jak jego umięśnione, silne ciało wycofało się, wierciło, potem rozluźniło, jak rzucił ją na ziemię i miękko, z miłością wyszeptał: „A więc to był twój pierwszy raz, malutka”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
wydawnictwodialog.pl