-
nowość
-
promocja
Koła nieco kanciaste - ebook
Koła nieco kanciaste - ebook
Koło gospodyń wiejskich – koło intryg i koło fortuny.
Wójt gminy Igłów ma twardy orzech do zgryzienia. Dwa rywalizujące ze sobą koła gospodyń wiejskich domagają się przekazania im na wyłączność Domu Ludowego. Aby podjąć właściwą decyzję w tej sprawie, włodarz zleca obu kołom pewne zadanie.
Waldek Pestka, wiejski listonosz, chce być kimś ważnym w Igłowie. W końcu los się do niego uśmiecha i jego marzenie się spełnia. Jednak nie ma nic za darmo.
Dwadzieścia lat wcześniej w Igłowie zaginął Mariusz Cebula. Mieszkańcy wsi spekulują, kto i dlaczego przyczynił się do zniknięcia młodego męża i ojca.
Czy wójt Igłowa podejmie słuszną decyzję? Jaką tajemnicę ukrywa rodzina zaginionego mężczyzny? Czy w dwudziestym pierwszym wieku koła gospodyń wiejskich są potrzebne? I czy miłość może przetrwać wszystko?
Pierwsza z czterech części nowej serii o mieszkańcach gminy Igłów.
Agnieszka Olszanowska – autorka kilkunastu książek dla dorosłych, dzieci i młodzieży. W swych powieściach porusza niebanalne tematy, a jej bohaterowie to ludzie ukształtowani przez trudne doświadczenia życiowe. Bibliotekarka z powołania i wykształcenia. Mama trójki dorosłych dzieci. Czas wolny spędza na łonie natury, pielęgnując ogród w rustykalnym stylu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-550-1 |
| Rozmiar pliku: | 595 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– O nie! Ja tego tak nie zostawię! – wykrzyknęła zirytowana Marzenka Dembowska i dumnie unosząc głowę, opuściła comiesięczne zebranie Koła Gospodyń Wiejskich Poduszkowianki.
Wraz z nią ze świeżo wyremontowanej sali Ludowca wyszło jeszcze kilka kobiet. Głównie młodych. Tych, które podobnie jak ich obrażona na przewodniczącą koła koleżanka inaczej postrzegały sens istnienia organizacji. O czym jeszcze długo rozmawiały na parkingu nieopodal Ludowca, gdzie zostawiły samochody.
– Ja tego tej starej raszpli nie daruję! – syczała prowodyrka całego zajścia, a przez ostatnie dwa lata zastępczyni przewodniczącej Poduszkowianek.
Marzenka, gdyż to ona była i zastępczynią, i prowodyrką obecnego buntu w kole, głośno i dobitnie tłumaczyła, co ją najbardziej boli w całej tej sprawie.
– Przecież ten robot wieloczynnościowy, zestaw sztućców i komplet bemarów to my wygrałyśmy, a nie ona. Prawda, Justyna? Przecież dobrze pamiętam. To było na samym początku funkcjonowania koła. W październiku bodajże. Wtedy ja, ty i Marianna pojechałyśmy do ośrodka doradztwa rolniczego na powiatowy konkurs wiedzy o zasadach bhp w gospodarstwach rolnych i zajęłyśmy pierwsze miejsce. Znaczy się, ja i ty. Bo ona to tylko jest mocna w gębie, jak trzeba o coś się kłócić, ale wiedzy, choć stara, to za dużo nie ma. Zasadniczo na żaden temat. Nie, dziewczyny?
Wywołane do odpowiedzi prawie natychmiast potwierdziły słowa Marzenki, a ta, bardzo zadowolona z poparcia, kontynuowała swą wypowiedź:
– To my dwie wybierałyśmy dobre odpowiedzi, a ona tylko ich udzielała. Jak ja powiedziałam: Marianka, odpowiedź c, to tak mówiła. Ale nie miała zielonego pojęcia, dlaczego c, a nie a czy b. Prawda, Justyna?
– Tak było. Prawda. A oprócz tych sprzętów wygrałyśmy jeszcze trzy pary zielonych kaloszy, płaszcze przeciwdeszczowe i kalendarze rolnicze – nagle przypomniało się Justynie. – Ja tam nie jestem zachłanna, chociaż w sumie może i o te kalosze powinnyśmy się upomnieć, bo kalendarze to już dawno nieaktualne, ale kalosze nam się należą.
– Ty wiesz, masz rację! – Marzenka z emocji znowu dostała rumieńców, po tych poprzednich, które pojawiły się na jej twarzy podczas niedawnej pyskówki ze wspomnianą Marianną, tuż przed wyjściem z zebrania. – Kaloszy też jej nie odpuścimy. Skoro jej nie pasują nasze postulaty i od miesięcy nas okłamuje i nie robi nic, aby w kole działo się lepiej, to my ją załatwimy. Dziewczyny! Nie wiem, jak wy, ale ja mam jej dość! Odchodzę z tego koła.
– Ja też!
– No to ja też!
– I ja!
Jedna po drugiej podejmowały decyzję o porzuceniu Poduszkowianek i utworzeniu własnego nowego koła gospodyń, funkcjonującego na nowoczesnych zasadach. Opartego na demokracji i wykluczającego jakąkolwiek formę ukrytego terroru, o co od pewnego czasu najpierw po cichu, a potem coraz głośniej oskarżały przewodniczącą Poduszkowianek.
– Zatem postanowione. Dziewczyny! Jak to się teraz mówi, poprawiamy korony na głowach i idziemy do przodu. Tworzymy własne koło. Oficjalnie oczywiście. Ja się wszystkiego dowiem, co i jak załatwić. W końcu byłam zastępczynią, więc co nieco wiem o tych wpisach do rejestru i należnych nam pieniądzach na zagospodarowanie. Zajmę się tym jak najszybciej. Stwórzmy nową grupę w Internecie i na bieżąco będę was o wszystkim informowała. A w międzyczasie tak czy inaczej wywalczymy to, co do nas należy. I robota, i sztućce, i bemary.
– No i kalosze. Najwyżej płaszcze przeciwdeszczowe odpuścimy – dodała Justyna, bo miała chrapkę na te zielone, nowiutkie kalosze numer trzydzieści siedem, idealnie pasujące na jej stopy.
– Oczywiście, że kaloszy nie podarujemy. A jak będzie się upierała, że to jej kołu się należy, to ją tak urządzę… Zapamięta mnie… nas. – Marzenka poprawiła się szybko, aby już na początku nie wyszło na to, że jest taka sama jak Marianna, tylko młodsza. Znaczy się terrorystka, kreująca samą siebie cudzym kosztem. – Popamięta nas na długo.
– Dobra, dziewczyny, ale co z Ludowcem? Ona tam zostanie? A my gdzie pójdziemy? Kto nam kasę za farbę zwróci? O naszej pracy nawet nie mówię – Justyna przypomniała sobie, o co powinny walczyć, skoro tak bardzo chcą zacząć wszystko od nowa.
– No? Co z nim?
– Marzenka, właśnie, co z Ludowcem?
– Bo nie będziemy miały gdzie się spotykać. A co z gotowaniem? – Jedna za drugą zaczęły się martwić, gdzie się podzieją wraz z nowymi członkiniami.
– Dziewczyny, spokojnie – powiedziała Marzenka stanowczym tonem. – Gotować to my będziemy, ale tylko w domach. Dla swoich rodzin. A nie w naszym nowym kole. Od gotowania są tamte… stare Poduchy. Ludowiec odzyskamy i będziemy w nim tańczyć, ćwiczyć jogę i pilates, ewentualnie uczyć się wikliniarstwa, ceramiki i tym podobnych ciekawych rzeczy. Jak tu stoimy, tak wam obiecuję, że go odzyskamy.
– Ale najpierw kalosze, dobrze? – Justyna zafiksowała się na tle tych zielonych kaloszy numer trzydzieści siedem.
Zapewne od dwóch lat jeszcze nieużywanych, gdyż Marianna miała dość duże stopy i numer buta najmniej trzydzieści dziewięć, co dawało spore szanse, że w przeciwieństwie do robota wielofunkcyjnego i sztućców nie zabrała ich do domu.
– Tak, zacznę od kaloszy. Od małych rzeczy do wielkich spraw! – dodała patetycznie Marzenka, a potem, ponieważ każdej z nich co chwilę dzwoniły w torebkach komórki, zapewne z ponagleniami ze strony rodzin, aby członkinie koła wracały już do domów, szybko się ze sobą pożegnały, wsiadły do samochodów i jedna za drugą odjechały w stronę głównej części Igłowa, gdzie prawie wszystkie mieszkały.
*
Czterdziestodwuletnia Marzenka Dembowska miała długie, nienaturalnie kręcone blond włosy, zgrabną, bardzo kobiecą sylwetkę i śliczną, prawie pozbawioną zmarszczek buzię. Jedynie od uśmiechu, który niemal zawsze gościł na jej twarzy, pojawiły się drobne zmarszczki mimiczne wokół ust i oczu, ale poza nimi nic nie psuło dojrzałej urody kobiety. Marzenka z natury była pełna radości. A choć w ostatnich latach coraz więcej spraw ją dręczyło, głównie związanych z nieubłaganym upływem czasu, to starannie ukrywała swe zmartwienia i nigdy nikomu obcemu nie okazywała, że coś ją dręczy. Dlatego wszyscy, którzy nie byli z nią bardzo blisko, uważali Marzenkę za pozytywnie zakręconą. Wnoszącą radość i zabawę wszędzie tam, gdzie się pojawiła.
Poza tym była matką dwóch pełnoletnich córek i nastoletniego syna. Mieszkała w Igłowie, w rodzinnym domu męża strażaka. Wraz z teściem strażakiem i dziadkiem męża, również strażakiem. Na co dzień pracowała w miejscowym ośrodku zdrowia jako asystentka stomatologiczna. Z zewnątrz jej życie wyglądało wręcz sielankowo, jak na prowincjonalne realia oczywiście. Ale tak naprawdę, w głębi serca, od czasu gdy najstarsza córka wyprowadziła się z domu i zaczęła prowadzić dorosłe, dość burzliwe życie, Marzence czegoś zaczęło brakować. I trochę jakby coś ją uwierało. A choć starała się ukrywać przed wszystkimi to czasami bardzo głębokie uwieranie, jednak przed samą sobą nie potrafiła. Dlatego, aby zagłuszyć rozterki i niezrealizowane potrzeby, postanowiła, za radą wyczytaną w Internecie, w końcu zrobić coś dla siebie. A że nie bardzo wiedziała, co by to miało być, na początek dała się namówić wieloletniej sołtysce Poduszkowa na wstąpienie do reaktywowanego koła gospodyń wiejskich.
– Słuchaj, Marzenka – Marianna, która była i sołtyską, i wiejską fryzjerką, a do tego z racji wieku mogłaby być matką Dembowskiej, zawsze mówiła do niej po imieniu. Podobnie tego dnia, gdy wraz ze swoją matką i babcią Marzenka przyjechała do Marianny na umówione przez starsze panie trwałe ondulacje. – Ty to jesteś dziewczyna do tańca i różańca. Nie to, co moja Jolka, co chyba kij od szczotki połknęła, bo do wszystkiego jest oporna i sztywna. A ja potrzebuję takich osób jak ty, bo wiesz, chcę znów u nas stworzyć koło gospodyń wiejskich. Bo kiedyś miałyśmy. Pamiętacie? – zwróciła się do matki i babki Marzenki. – Tylko upadło. Choć sama nie bardzo już pamiętam dlaczego.
– Bo ani pinindzy, ani chętnych do roboty nie było! – przypomniała Mariannie babka Marzenki.
– A tak. Faktycznie. O to właśnie chodziło – potwierdziła Marianna, jednocześnie nawijając na bardzo drobne wałki krótkie włosy matki Marzenki. – Ale teraz pieniądze są. I będzie jeszcze więcej, tylko trzeba znaleźć chętne do wstąpienia do koła.
– Co też Marianka mówi? – zdziwiła się babcia Marzenki. – Pinindze na takie rzeczy są? A skąd?
– A to ja wam wszystko powiem, jak przyjdziecie za tydzień we wtorek na dziewiętnastą do naszej podstawówki na zebranie organizacyjne. Jak jesteście ciekawe, co i jak, to zapraszam. I namówcie parę bystrych kobitek z Igłowa, żeby też się wybrały.
– To my z Igłowa możemy do koła w Poduszkowie wstąpić? Kiedyś chyba tak nie było? – Matka Marzenki z nadmiaru rodzinnych obowiązków nigdy do żadnego koła nie należała, ale nie chciała wyjść na całkowitą ignorantkę w omawianym temacie, więc też się odezwała.
– Nie pamiętam, jak to dokładnie kiedyś było. Muszę przeczytać w kronice tamtego koła, co to mi po mojej matce została. Na spotkanie wszystko sprawdzę, przypomnę i opowiem, co i jak było i co i jak będzie. Ale myślę, że możemy połączyć siły, Igłów z Poduszkowem, znaczy się. Podobno Nitków i Orzechowo też mają razem coś tworzyć. Jak to się mówi, w grupie siła – zaśmiała się, kończąc nawijanie wałków, i z uwagą popatrzyła na Marzenkę, której dawno nie widziała, a przecież kiedyś dość dobrze ją znała. – Jak na ciebie patrzę, to wydaje mi się, że idealnie się nadajesz do pełnienia jakiejś funkcji w zarządzie koła.
– Jakiej? – wyrwało się Marzence, choć jeszcze chwilę wcześniej nudziło ją gadanie starej Marianny.
– To zależy od głosowania. Albo przewodniczącej, albo zastępczyni. Jest też funkcja skarbniczki i kogoś tam jeszcze do obsadzenia. Ale wierz mi, jeśli dobrze znam się na ludziach, to za dużej konkurencji do żadnego stanowiska nie będziesz miała – zachęcała ją.
– Pomyślę – Marzenka ucięła rozmowę na ten temat, żeby nie wyszło, że jej zależy, choć naprawdę już podjęła decyzję. Postanowiła wybrać się na to spotkanie. Tylko bez matki i babki, żeby jej nie przeszkadzały. I zostać kimś ważnym w tym nowym kole.
*
– Moje drogie – zaczęła mówić Marianna do kobiet zgromadzonych w sali gimnastycznej szkoły podstawowej w Igłowie. – Jak wiecie, od wielu lat jestem sołtyską Poduszkowa i spotykam się z różnymi ważnymi osobami. Na ostatnim powiatowym zebraniu sołtysów był przedstawiciel Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, który mówił na temat reaktywacji kół gospodyń wiejskich. Opowiadał o potrzebie powrotu mieszkanek wsi do wspólnych działań społecznych. I tłumaczył, że naszemu państwu bardzo zależy na ich reaktywacji, ponieważ w kobietach tkwi ogromna siła. W naszej gminie kiedyś funkcjonowały takie koła, tylko wszystkie upadły. W niektórych gminach w Polsce są jednak koła działające od lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ale jest ich zbyt mało. Dlatego w końcu znalazły się pieniądze na ich reaktywację.
Wygląda to tak, że w każdej wsi może powstać osobne koło, o ile zbierze się przynajmniej kilkanaście skłonnych do działania kobiet. Można też, i ja mam taki pomysł, utworzyć wspólne koło dla dwóch lub więcej wsi, ponieważ wtedy łatwiej znaleźć większą grupę chętnych. Kiedyś, jak wyczytałam w kronice dawnego igłowskiego koła, zresztą sama nawet dość dobrze to pamiętam, członkinie zajmowały się rozprowadzaniem piskląt drobiu wśród mieszkańców Poduszkowa i Igłowa. A w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w okresie żniw tworzyły także mini przedszkola, nazywane wiejskimi dziecińcami, dla dzieci rolników. Taki dzieciniec działał w naszej szkole podstawowej. Była to bardzo pożyteczna inicjatywa, dzieci miały opiekę, a matki mogły spokojnie pracować na polu.
W tamtym okresie funkcjonowania igłowskiego koła gospodyń życie kulturalne polegało na organizacji imprez na Dzień Kobiet, Dzień Matki, a także zabaw choinkowych, sylwestrowych czy wycieczek w atrakcyjne regiony kraju. Na przykład do Trójmiasta, Zakopanego, Kazimierza Dolnego, Krakowa, Częstochowy, Wieliczki i jeszcze w parę innych ciekawych miejsc.
Kobiety urządzały też potańcówki, które były świetną odskocznią od codziennych trosk i smutków, a jednocześnie bardzo efektywnym miejscem zapoznawania się młodych. Ja też poznałam mojego męża na takiej właśnie zabawie zorganizowanej przez Koło Gospodyń w Igłowie. I myślę, że wasze mamy czy babcie też tam poznały waszych ojców czy dziadków lub jeśli ich znały ze szkoły podstawowej czy kościoła, to na tych zabawach bardzo się do siebie zbliżyli. Krótko mówiąc, wtedy koło pełniło też funkcję biura matrymonialnego.
No co się śmiejecie, tak właśnie było. Na zabawę przyszła taka Krysia, Mania czy Zośka. Każda chciała mieć chłopaka, więc jak jakiś Janek, Władek czy Jerzy poprosił którąś z nich do tańca, to pod koniec zabawy często byli już parą. Takie były czasy. Bez Internetu też ludzie sobie radzili. I to jeszcze jak! – zaśmiała się perliście, co pomimo mocno dojrzałego wieku Marianny dodawało jej uroku. – Czas spędzony na wspólnej zabawie do dziś żywo tkwi w pamięci dawnych członkiń. Zapytajcie o to wasze matki lub babcie.
Te zabawy taneczne były również dochodowe. Za zarobione pieniądze kupowano materiały do budowy naszego Domu Ludowego, notabene obecnie całkowicie chylącego się ku upadkowi. A także na pomoc dla strażaków. I oczywiście szły na działalność statutową koła. Jak koło chciało mieć kasę, to samo musiało ją sobie wypracować. Zarobione pieniądze wykorzystywano na wykończenie pomieszczeń w Ludowcu, wyposażenie kuchni czy zakup naczyń i sprzętu do wypożyczania na wesela, chrzciny i komunie.
Ale w końcu nasze igłowskie koło upadło. Z braku chętnych do pracy społecznej i przez zmianę ustroju, która miała wpływ na opinię o tym, co było związane z czasami PRL-u. Ludzie zachłysnęli się wolnością, do tego doszło bezrobocie i wiele innych problemów lat dziewięćdziesiątych. No i po tamtym kole gospodyń wiejskich została tylko kronika przechowywana najpierw przez moją mamę, która była ostatnią przewodniczącą koła, a po jej śmierci ja dostałam pod opiekę tę oto księgę. – Marianna podniosła do góry grube tomiszcze, tak aby wszystkie obecne w sali gimnastycznej kobiety zobaczyły starą kronikę. – Została jako dowód na to, że kobiety mogą dużo, jeśli tylko chcą. I dlatego dziś was tu zaprosiłam, żebyśmy i my zaczęły robić fajne i pożyteczne rzeczy. Co wy na to?
– A co konkretnie będziemy robiły? Przecież ani krów, ani kur już praktycznie żadna z nas nie ma. I wszystkie pracujemy zawodowo. – Marzenka zadała nurtujące ją od początku spotkania pytanie.
– No właśnie – Marianna na chwilę spoważniała. Ale tylko na chwilę, potem znów się perliście roześmiała i zaczęła wyjaśniać. – Przede wszystkim będziemy się wspólnie integrowały. My, kobiety z Poduszkowa, i wy, z Igłowa. Możemy też świetnie się bawić, o ile lubicie się bawić. Bo praca w takich kołach to głównie zabawa. Oczywiście jak już zrobimy wszystko, co jest konieczne do przygotowania tej zabawy.
– Czyli? Chcę wiedzieć konkretnie. – Dociekliwa Marzenka nie odpuszczała.
– Jak na przykład będziemy organizowały płatną zabawę sylwestrową, to żeby obniżyć koszty tego przedsięwzięcia, najpierw same przygotujemy wszystkie potrawy czy też upieczemy ciasta i udekorujemy salę, na przykład w remizie strażackiej. A potem, gdy już przyjdą goście, którzy wykupili bilety na imprezę, my także będziemy się razem z nimi bawiły do białego rana. I nasi mężowie czy partnerzy też. Jeśli ich ze sobą zabierzecie. Oczywiście w czasie zabawy będziemy podawały gościom jedzenie czy sprzątały ze stołów, ale przecież jak urządzamy rodzinne imprezy, to jest podobnie. I żadna z nas raczej nie narzeka na nadmiar roboty, skoro jest fajnie i można się spotkać z ludźmi. Prawda?
– W sumie tak.
– No właśnie. Oczywiście możemy robić mnóstwo innych fajnych rzeczy. Uczestniczyć w ciekawych szkoleniach. Jeździć do teatru. Znajdziemy czas i na pracę, i na rozrywkę. A przede wszystkim każda z was będzie miała okazję oderwać się od domowych obowiązków. Choć krów czy kur już nie mamy, nie musimy pielić buraków cukrowych, bo od tego są odpowiednie opryski, jednak pracy w domach nigdy nie brakuje. A pogadać często nie ma z kim. Po to właśnie w dobie Internetu reaktywuje się te organizacje. Aby powrócić do żywego, bezpośredniego kontaktu twarzą w twarz, że tak powiem po polsku. Przekonałam cię, Marzenko?
– W sumie tak. Ja czasami rzeczywiście mam ochotę wyjść z domu i robić coś innego niż to, co robię z rodziną.
– Zatem widzisz, że koło jest nam potrzebne. Moje drogie – Marianna Ruciak zwróciła się do wszystkich obecnych pań w różnym wieku – zapraszam do działania. Wystarczy, że dziś wypełnicie deklaracje członkowskie, a ja już od jutra zacznę załatwiać formalności. A gdzieś za tydzień, góra dwa, znów się spotkamy, już na oficjalnym zebraniu koła, i dokończymy sprawy organizacyjne oraz ustalimy plan działania. No i zdecydujemy, na co wydamy pieniądze otrzymane na zagospodarowanie.
– Ciekawe tylko, gdzie będziemy się spotykały? Bo chyba nie tu, w szkole? – Z głębi sali padło bardzo rozsądne pytanie.
– Myślałam już o tym. Na początku będziemy organizowały spotkania w remizie strażackiej. Ale uważam, że trzeba, właśnie w ramach pierwszych działań naszego koła, zająć się remontem Ludowca. Po to kiedyś został wybudowany, aby tutejsi mieszkańcy mogli w nim się spotykać i wspólnie bawić. Zatem uważam, że naszym priorytetem powinno być przywrócenie go do stanu używalności.
– A zajęcia z pilatesu albo zumba też będzie? Tak jak w innych kołach? – zapytała któraś z młodszych kobiet.
– Wszystko da się zorganizować. Po to będziemy się spotykały, aby wspólnie decydować, co chcemy zrobić. No to co, kobietki? Zakładamy koło?
– Zakładamy!
– To tu są deklaracje, tu długopisy i zapraszam do zapisów. A potem do owocnego działania.
*
Marzenka miała już dość służenia wszystkim i wszędzie. Odkąd tylko sięgała pamięcią, musiała albo komuś pomagać, głównie licznemu młodszemu rodzeństwu i zatyranej do granic możliwości matce, albo usługiwać ojcu, a potem mężowi, teściowi i przyszywanemu dziadkowi, jak mawiała o dziadku Roberta. Do tego bardzo wcześnie, gdyż już w wieku siedemnastu lat, została mamą. Zanim jeszcze weszła w pełnoletność, już miała na głowie i dziecko, i męża, a także obowiązki żony, matki i synowej.
Oczywiście wszystko to zdarzyło się na jej własne życzenie. Mając dość przeludnionego rodzinnego domu, postanowiła szybko znaleźć sobie męża, który będzie miał duże, piękne mieszkanie. Jej wybór padł na kilka lat starszego Roberta Dembowskiego. Zanim Marzenka zastawiła na niego sidła, najpierw uważnie obejrzała domostwo kandydata oraz przeprowadziła śledztwo, czy Robert pracuje i ile mniej więcej zarabia.
Ponieważ wyniki i obserwacji, i wywiadu wypadły po jej myśli, postanowiła szybko działać. Robert był świeżo po rozstaniu. A właściwie został porzucony przez narzeczoną, którą odbił mu bliski znajomy. Marzenka wykorzystała sytuację i bardzo szybko wmówiła mu, że od zawsze był obiektem jej marzeń i westchnień. Urok osobisty i walory fizyczne dziewczyny nie pozostawiały nic do życzenia, więc Robert uległ jej prawie natychmiast, a efekt tego, w postaci maleńkiej Kasi, pojawił się dziewięć miesięcy później.
I wtedy do Marzenki dotarło, jak wielki popełniła błąd. Choć miała tylko siedemnaście lat, musiała wziąć na swoje barki wszystkie obowiązki dorosłej kobiety, którą przecież nie była. Nikogo nie interesowało, że jest młodą dziewczyną. Skoro za zgodą sądu mogła wyjść za mąż i wkrótce urodziła dziecko, to automatycznie stała się dorosła.
A od dorosłych kobiet na wsi zawsze wymagano bardzo dużo. Musiała nie tylko zajmować się dzieckiem, ale też całym domem, gdyż jej teściowa zmarła wkrótce po narodzinach Kasi. Marzenka w tym czasie postanowiła zaocznie skończyć szkołę. Udało jej się to, ale ilu nocy nie przespała, aby czegokolwiek się nauczyć, tylko ona wiedziała.
W dzień musiała dbać o rodzinę, nie tylko o córeczkę i męża, lecz również o swego owdowiałego teścia i jego, również owdowiałego, ojca. Wszyscy ci trzej mężczyźni oczekiwali od niej, że będzie im gotowała, prała i sprzątała. Do tego oczywiście musiała wypełniać małżeńskie obowiązki w łóżku. Robert bardzo chciał mieć syna, więc po czterech latach od narodzin Kasi pojawiła się Ola. A po kolejnych dwóch wyczekiwany Aleksander.
I zamiast przyjemnej egzystencji w pięknym domu zaradnego męża Marzenka zgotowała sobie pełne trudów, choć oczywiście i macierzyńskiej radości, życie. W domu Roberta nie miała żadnej kobiety do pomocy, ze wszystkim musiała sobie sama radzić. Tylko czasami, gdy była bliska załamania, jechała rowerem do rodzinnego domu i prosiła matkę albo którąś z sióstr o pomoc. Oczywiście od czasu do czasu ją otrzymywała, ale potem musiała się w jakiś sposób zrewanżować.
I tak teraz wyglądało jej życie. Ciągle musiała coś robić albo komuś usługiwać, gdyż tak właśnie myślała o swoich codziennych obowiązkach. W kategorii usługiwania. Czy to dzieciom, czy mężowi, czy jego staruszkom, jak mówiła o teściu i jego ojcu.
Żeby nie zwariować, postanowiła wyrwać się z domu i iść do pracy. Traf chciał, że w pobliskim ośrodku zdrowia szukano asystentki stomatologicznej. Marzenka zgłosiła swoją kandydaturę i natychmiast, gdyż był to warunek przyjęcia jej do pracy, zapisała się do rocznego policealnego studium kształcącego w tym kierunku.
Była to pierwsza dobra decyzja w jej życiu. Studium ukończyła, pracę utrzymała. Stała się trochę niezależna finansowo i mogła robić to, co bardzo lubiła. Mianowicie błyszczeć. Choć w pracy zawsze nosiła medyczny uniform, to jej efektowna fryzura, ładny makijaż i zadbane dłonie (domowe prace zawsze wykonywała w gumowych rękawiczkach) przyciągały spojrzenia i pacjentów, i pracowników ośrodka zdrowia. Ludzie ją komplementowali i podziwiali, że chociaż jest matką i żoną, to ze wszystkim sobie świetnie radzi. Słuchając tych przyjemnych słów, Marzenka czuła się nieco lepiej, jednak gdy po powrocie do domu od razu wpadała w wir rozlicznych obowiązków, wtedy natychmiast robiło jej się gorzej i marzyła tylko o tym, aby uciec jak najdalej od tego kieratu. Lecz choć tak bardzo pragnęła ucieczki, nigdy się na nią nie zdecydowała. Wartości, jakie wyniosła z rodzinnego domu, były zbyt silne. Wychowano ją na poświęcającą się kobietę i tylko taka umiała być.
Tak było do czasu, gdy najstarsza córka z dnia na dzień najpierw wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem, a następnie, po bardzo burzliwym rozstaniu, postanowiła wyjechać na wolontariat do Tanzanii. I za nic miała prośby zapłakanej matki, aby tego nie robiła. Kasia postawiła na swoim i wyjechała. A wtedy do Marzenki dotarło, że jej poświęcenie w sumie nie miało sensu, gdyż ukochana córka nawet przez chwilę nie pomyślała o tym, jak bardzo rani matczyne serce. Od tamtej pory, dzień po dniu, zaczęła szukać czegoś, co by jej pozwoliło zbudować własny świat, ale taki, w którym nikomu nie będzie musiała ani pomagać, ani usługiwać, a będzie mogła dobrze się bawić.
Dlatego z początku uwierzyła słowom Marianki, która zapewniała, że członkostwo w kole gospodyń wiejskich będzie samą przyjemnością. I spełnieniem. Tak właśnie zapewniała przewodnicząca. Niestety, zamiast przyjemności i pochwał na Marzenkę znów spadły obowiązki. Marianna ściśle stosowała się do ogólnych zasad funkcjonowania ich organizacji i tak prowadziła swoje koło, że jego członkinie albo ciągle coś dla kogoś gotowały, albo ubrane w takie same kiecki chodziły na sumę do kościoła i zajmowały się oprawą kolejnych uroczystości. Krótko mówiąc, znów było nie tak, jak Marzenka sobie wyobrażała. Dlatego się zbuntowała. I podczas majowego spotkania wygarnęła to wszystko Ruciakowej i jej zwolenniczkom.
Wykrzyczała przy wszystkich, że kobiety zostały oszukane. I nie mają możliwości regenerować się podczas pilatesu bądź jogi albo nauki salsy czy zumby. Za to ciągle muszą się modlić i sprzątać igłowski kościół i jego otoczenie. Bo niby jest to obowiązek ich koła. Choć zanim koło się reaktywowało, to przez ponad trzydzieści lat ani kościół, ani jego dziedziniec nie zarosły brudem i chaszczami. Czyli ktoś już dbał o porządek. I było dobrze. A teraz tylko one muszą to robić.
Z jej ust padło dużo zarzutów. Marianna długo milczała. Z ognistymi wypiekami na twarzy słuchała, co jej zastępczyni się nie podoba. Gdy jednak Marzenka oskarżyła ją o kradzież, czyli o trzymanie w domu sprzętów AGD wygranych w powiatowych konkursach kół gospodyń, a potem nawiązała do dawnego incydentu, kiedy to po rozwiązaniu pierwszego igłowskiego koła matka Marianki zabrała do domu cały weselny zestaw obiadowy na sto osób i już nigdy nikomu za darmo go nie pożyczyła, wtedy obecna przewodnicząca nie wytrzymała i też nakrzyczała na młodszą koleżankę, zarzucając jej kłamstwo i bezczelność. No i oczywiście lenistwo. Gdyż zdaniem Marianny i jej starszych koleżanek to Marzence najmniej się chciało działać na rzecz miejscowej społeczności. Dbała jedynie o to, by mieć najlepsze miejsce podczas robienia zdjęć z imprez, aby mogła zamieszczać fotki na swoich kontach w social mediach. Po takim oskarżeniu Dembowska poderwała się ze swojego miejsca i głośno się odgrażając, wyszła z zebrania.
A potem postanowiła założyć drugie koło. Własne. Działające na jej zasadach. Miała to być jej zemsta na Ruciakowej.
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI