Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kolejarze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Kolejarze - ebook

W Polsce rocznie około 300 osób ginie na torach kolejowych. Statystyki pokazują, że większość przypadków to rzeczywiście samobójstwa lub wypadki. Ale czasem, bardzo rzadko, za liczbami kryją się ludzkie tragedie, które nie pasują do żadnej statystyki. Ta książka jest fikcją. Ale ostrzeżenie jest realne: sekty istnieją. Manipulacja istnieje. I jedyną obroną przed nimi jest wiedza, czujność i odwaga, by kwestionować to, co wydaje się oczywiste. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-022-9
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o sprawie, która stała się podstawą tej książki, nie mogłem w to uwierzyć. Siedziałem w niewielkiej kawiarni w Warszawie, naprzeciwko inspektora, który poprosił o spotkanie „w sprawie czegoś, co przekracza wyobraźnię”. Pamiętam, jak zamawiał trzecią kawę z rzędu, jakby kofeina mogła mu pomóc wypowiedzieć słowa, które uwierały go od miesięcy. A potem powiedział: „Przez trzydzieści lat, tuż obok nas, działała grupa ludzi, którzy wierzyli, że kolej jest żywym organizmem. I zabijali dla niej”.

To brzmiało jak scenariusz taniego horroru. Jak wymysł przepracowanego scenarzysty, który naoglądał się za dużo filmów o sektach. Ale gdy inspektor zaczął pokazywać mi dokumenty — raporty, zdjęcia, zeznania — zrozumiałem, że to nie fikcja. To rzeczywistość, która przez dekady ukrywała się w cieniu codzienności.

„Kolejarze” to książka o największej serii morderstw w historii Polski, której nikt nie zauważył, bo wszystkie ofiary były klasyfikowane jako samobójstwa. To opowieść o grupie ludzi — zwykłych konduktorów, maszynistów, księży, biznesmenów — którzy uwierzyli w absurdalną ideologię i przez trzydzieści lat systematycznie zabijali w imię czegoś, co nazywali „Systemem”. To historia śledztwa prowadzonego przez inspektora, który nie dał się przekonać prostym wyjaśnieniom i kopał głębiej, nawet gdy wszyscy wokół mówili mu, żeby odpuścił.

Ale przede wszystkim, „Kolejarze” to książka o tym, jak łatwo zwykli ludzie mogą uwierzyć w szaleństwo.

Piszę kryminały od dwudziestu lat. Opisywałem morderców wszelkiego rodzaju — psychopatów, socjopatów, seryjnych zabójców działających z zimną kalkulacją lub w afekcie. Ale nigdy nie spotkałem się z czymś takim: grupą inteligentnych, funkcjonujących społecznie osób, które przez lata prowadziły podwójne życie. Z jednej strony byli sąsiadami, kolegami z pracy, przyjaciółmi. Z drugiej — członkami sekty, która uważała morderstwo za świętą misję.

Jak to możliwe? Jak ktoś, kto rano odprawia mszę, wieczorem może pomóc wyrzucić człowieka z pędzącego pociągu? Jak konduktor, który przez lata uprzejmie kontrolował bilety, pewnego dnia postanawia zamienić pasażera w „ofiarę dla Systemu”? Jak biznesmen przekazujący pieniądze na cele charytatywne jednocześnie finansuje serię zabójstw?

Odpowiedź jest tak prosta, że aż przerażająca: manipulacja.

Każdy z nas — bez wyjątku — jest podatny na manipulację. Wystarczy odpowiedni moment w życiu, odpowiednia osoba, odpowiednie słowa. Kryzys egzystencjalny, samotność, poczucie bezsensu, potrzeba przynależności. To są luki, przez które wpełza ideologia. A gdy już uwierzymy, że nasze życie ma sens, że jesteśmy częścią czegoś większego, trudno jest się wycofać. Bo wycofanie oznaczałoby przyznanie, że się myliło. Że zmarnowało się lata. Że zrobiło się straszne rzeczy bez powodu.

Łatwiej jest wierzyć dalej.

W „Kolejarzach” zobaczycie ludzi, którzy stali się ofiarami własnych przekonań. Ale nie popełnijcie błędu litowania się nad nimi. Bo byli też sprawcami. Zabili prawie dwieście osób. Zniszczyli setki rodzin. I robili to świadomie, z pełną premedytacją, wierząc, że służą wyższemu celowi.

To właśnie czyni tę historię tak niepokojącą. Bo sprawcami nie byli potwory. Byli ludźmi. Takimi jak my.

Pisząc tę książkę, starałem się zachować równowagę między dokumentalną precyzją a literacką narracją. Wszystkie fakty — daty, miejsca, metody działania grupy, przebieg śledztwa — są oparte na rzeczywistych wydarzeniach i dokumentach, do których miałem dostęp. Ale dialogów, przemyśleń postaci, niektórych scen dramatycznych musiałem dokonać rekonstrukcji na podstawie zeznań i raportów. To nie jest suchy raport prokuratorski. To literacka opowieść, która ma nie tylko informować, ale też poruszać, prowokować do myślenia.

Chciałem, żebyście po przeczytaniu tej książki spojrzeli inaczej na świat. Żebyście zauważyli, jak cienka jest linia między normalnością a szaleństwem. Jak łatwo ludzie tworzą wspólnoty wokół absurdalnych idei. I jak ważna jest czujność — nie paranoja, ale zdrowa, krytyczna czujność wobec tego, co nam się mówi, w co kazano nam wierzyć.

Postacie w tej książce są uniwersalne. Inspektor Wolniewicz to każdy, kto kiedykolwiek walczył z systemem, który mówił mu „odpuść, to nie ma sensu”. To każdy, kto słuchał wewnętrznego głosu mówiącego „coś tu nie gra”, nawet gdy wszyscy wokół zapewniali, że wszystko jest w porządku. To symbol uporu w poszukiwaniu prawdy, nawet gdy prawda jest niewygodna, bolesna, niebezpieczna.

Przewodnik — Kazimierz Wroński — to archetypowy manipulator. Charyzmatyczny, inteligentny, przekonujący. Taki, który potrafi wyczuć słabości i wykorzystać je. Takich ludzi spotkacie wszędzie: w polityce, w biznesie, w religii, w życiu codziennym. Czasem stwarzają wielkie ruchy społeczne. Czasem małe sekty. Ale mechanizm jest zawsze ten sam: obietnica sensu w zamian za posłuszeństwo.

Ofiary — Sylwia, Piotr, Anna i pozostałe ponad dwieście osób — to my. Każdy z nas może znaleźć się w złym miejscu, o złym czasie. Każdy może paść ofiarą czyjegoś szaleństwa. I dlatego ważne jest, żeby o nich pamiętać. Żeby nie były tylko liczbami w statystykach. Ale ludźmi, z imionami, z rodzinami, z marzeniami.

A członkowie grupy — konduktorzy, księża, biznesmeni — to ostrzeżenie. Pokazują, jak zwykli ludzie, pod wpływem ideologii, mogą stać się mordercami. Nie przez zło wrodzone. Ale przez stopniowe ześlizgiwanie się w iluzję, wspierane przez wspólnotę, rytuały, język, który zmienia znaczenie słów. „Ofiara” zamiast „morderstwo”. „System” zamiast „szyny”. „Misja” zamiast „zbrodnia”.

Język ma znaczenie. Ideologia zaczyna się od słów.

Pisząc „Kolejarzy”, chciałem również oddać hołd tym, którzy nie dali się zwieść. Mariusz Tomczyk, który odszedł z grupy, mimo zagrożenia. Ojciec Tomasz, który w końcu zrozumiał, że służba Bogu nie może iść w parze ze służbą morderstwu. Dawid Kowalski, kleryk, który mimo nacisków odmówił rekrutacji. To są prawdziwi bohaterowie — nie ci, którzy nigdy nie popełnili błędu, ale ci, którzy pomimo błędu znaleźli odwagę, by go naprawić.

Ta książka nie ma szczęśliwego zakończenia. Sprawcy zostali skazani, ale ofiary nie wróciły. Rodziny dostały odpowiedzi, ale nie ukojenie. A pytanie, które nie daje spokoju — czy coś takiego może się powtórzyć? — pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

Tak. Może się powtórzyć.

Ideologie nie umierają z ludźmi. Przekazywane są dalej, mutują, przybierają nowe formy. Dzisiaj może to być kolej. Jutro coś innego. Ale mechanizm będzie ten sam: obietnica sensu, wspólnota wiernych, stopniowa dehumanizacja tych, którzy są „poza” grupą.

Obroną jest wiedza. Krytyczne myślenie. Odwaga, by kwestionować. I pamięć o tym, czym kończy się ślepe podążanie za fałszywymi prorokami.

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi napisać tę książkę. Inspektorom, prokuratorom, psychologom, którzy dzielili się swoją wiedzą. Rodzinom ofiar, które miały odwagę opowiedzieć swoje historie. I czytelnikom, którzy sięgną po tę książkę szukając nie tylko rozrywki, ale też zrozumienia.

Bo prawdziwe kryminały nie służą tylko zabawie. Służą prawdzie.

A prawda, choć bolesna, zawsze jest lepsza niż wygodne kłamstwo.

Witajcie w świecie „Kolejarzy”. Świecie, który jest przerażająco bliski naszej rzeczywistości.

AUTOR

_Warszawa, grudzień 2025_ROZDZIAŁ 1: ZNIKNIĘCIE

Pociąg osobowy relacji Piła Główna — Kutno, numer 68142, opuścił peron o godzinie 22:47, z trzyminutowym opóźnieniem wynikającym z wymiany ostrzegaczy pożaru w lokomotywie. Maszynista, pięćdziesięciotrzyletni Zbigniew Kowalczyk, człowiek z dwudziestopięcioletnim stażem i reputacją wzorowego pracownika, zanotował w raporcie zmianowym, że skład liczy siedem wagonów typu 111A, wszystkie sprawne technicznie, oświetlenie działa bez zarzutu.

Temperatura tej październikowej nocy wynosiła zaledwie cztery stopnie Celsjusza. Na zewnątrz lał rzęsisty deszcz, który bębnił o metalowe dachy wagonów niczym setki palców niecierpliwego dziecka. Wewnątrz składu, w przedziale numer jedenaście wagonu czwartego, siedziała Sylwia Kucina.

Miała dwadzieścia osiem lat, ciemne włosy upięte w nieformalny kok i oczy koloru niezdecydowanego pomiędzy zielonym a szarym — takie, które zmieniały odcień w zależności od oświetlenia. Tego wieczoru nosiła czarny sweter z golfem, dżinsy i wygodne adidasy. Przy nodze stała niewielka walizka na kółkach, ciemnofioletowa z przyklejoną naklejką z jakiegoś włoskiego kurortu, a na siedzeniu obok leżała skórzana torebka, lekko sfatygowana, ale wyraźnie dobrej jakości. Na wierzchu torebki spoczywał jej telefon — Samsung Galaxy A52, w jasnoróżowym etui.

— Przepraszam panią, to miejsce jest wolne? — zapytał młody mężczyzna, wskazując na siedzenie naprzeciwko Sylwii.

Sylwia podniosła wzrok znad książki, którą trzymała w dłoniach — był to „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, wydanie z 1998 roku, z pożółkłymi już kartkami.

— Proszę bardzo — odparła uprzejmie, gestem wskazując miejsce.

Młody człowiek miał na sobie kurtkę North Face i nosił plecak typowy dla studenta. Wyglądał na jakieś dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata. Usiadł ciężko, wyjął ze słuchawki i zaczął przeglądać coś w telefonie. Nie wydawał się zainteresowany rozmową.

Kilka minut później do przedziału weszła para starszych ludzi — małżeństwo, sądząc po ich spoufalonym zachowaniu i złotym obrączkom na palcach. Kobieta miała sześćdziesiąt z czymś lat, farbowane na rudo włosy i charakterystyczne, mocne rysy twarzy. Mężczyzna był od niej o głowę wyższy, łysy, w staromodnych okularach w drucianych oprawkach.

— Jezu, ale leje — westchnęła kobieta, ściągając mokrą kurtkę. — Tadeusz, pomóż mi z tym bagażem.

— Zaraz, zaraz, Halina — burknął mężczyzna, szarpiąc się z ciężką torbą podróżną. — Mówiłem ci, żebyś nie pakowała wszystkiego jak na miesiąc.

— A co miałam zrobić? Przecież nie wiadomo, jaka tam będzie pogoda. Jak się człowiek nie przygotuje, to potem ma pretensje.

Udało im się w końcu umieścić bagaż na górnej półce. Halina usiadła obok Sylwii, Tadeusz naprzeciwko żony, koło studenta, który nawet na nich nie spojrzał.

— Dobry wieczór — powiedziała Halina, uśmiechając się do Sylwii.

— Dobry wieczór — odpowiedziała Sylwia, odkładając książkę.

Pociąg ruszył z lekkim szarpnięciem. Wagon zakołysał się rytmicznie — dwa krótkie kliknięcia na łączeniach szyn, potem chwila gładkiej jazdy, znowu kliknięcia. Każdy, kto kiedykolwiek podróżował polskimi kolejami, zna ten dźwięk na pamięć. Taki dźwięk, który albo usypia, albo denerwuje, w zależności od nastawienia.

— Daleko pani jedzie? — zapytała Halina. Była wyraźnie typem gadatliwej osoby, dla której cisza stanowiła niemal fizyczny dyskomfort.

— Do Konina — odpowiedziała Sylwia. — Jestem nauczycielką, wracam z szkolenia.

— O! Nauczycielka! — ucieszyła się Halina. — Tadeusz, słyszysz? Pani jest nauczycielką. Moja siostra też była nauczycielką, całe życie uczyła w szkole podstawowej w Gnieźnie. Teraz już na emeryturze, oczywiście, ale wie pan… to znaczy pani… jakie to było powołanie dla niej. Dzieci te wszystkie…

— Halina, może pani chce odpocząć, a nie słuchać twoich historii o Zosiu — wtrącił się Tadeusz.

— Nie, nic nie szkodzi — zapewniła Sylwia, chociaż w jej głosie można było wyczuć nutę grzecznego zmęczenia. — Miło spotkać kogoś do rozmowy. Podróż zawsze szybciej mija.

Student wciąż siedział z nosem w telefonie, kompletnie wyłączony z rzeczywistości. Na korytarzu przeszedł konduktor — młody facet, może trzydziestoletni, w granatowym uniformie z charakterystycznym żółtym pasem odblaskowym na ramieniu.

— Bilety do kontroli! — zawołał, wsuwając głowę do przedziału.

Wszyscy zaczęli szukać biletów. Sylwia wyjęła swój z kieszeni kurtki — był to bilet elektroniczny wydrukowany na domowej drukarce, lekko zwinięty w rogu. Konduktor przyjrzał mu się uważnie, poświecił na niego specjalną latarką UV — sprawdzał zabezpieczenia — po czym przebił go kompostownikiem.

— Dokąd pani podróżuje? — zapytał mechanicznie.

— Konin.

— Przyjazd planowy o 2:34 — wyrecytował. — Miłej podróży.

Małżeństwo Kowalczyków — bo tak właśnie się nazywali, chociaż nikt jeszcze nie dokonał formalnych prezentacji — jechało do Włocławka, do córki. Student, który w końcu podniósł wzrok znad telefonu na czas kontroli, miał bilet do Kutna. Podał go konduktorowi z wyraźną niechęcią, jakby ta czynność stanowiła niedopuszczalną ingerencję w jego prywatność.

— Dziękuję państwu — powiedział konduktor i zniknął w korytarzu.

Pociąg nabierał prędkości. Przez mokre okna przelatywały światła wiejskich domów, coraz rzadsze w miarę jak skład zagłębiał się w ciemność między stacjami. Halina Kowalczyk, wierząc swojej naturze, kontynuowała opowieść o siostrze Zosi, przeskakując bez wyraźnego związku logicznego na temat wnuków, wakacji nad morzem i problemów z sąsiadami w bloku.

Sylwia słuchała z grzecznym zainteresowaniem, wtrącając od czasu do czasu „tak”, „rozumiem” lub „naprawdę?”. Prawda była taka, że lubiła takie przypadkowe spotkania. Była osobą towarzyską, otwartą, choć jednocześnie potrzebującą chwil samotności. To właśnie dlatego wybierała nocne pociągi — można było poczytać, pomyśleć, popatrzeć w ciemne okno i zobaczyć w nim własne odbicie, lekko widmowe w świetle lamp sufitowych.

Była córką kolejarza. Jej ojciec, Ryszard Kucina, przez dwadzieścia lat pracował jako dyżurny ruchu na stacji Piła Główna, zanim poszedł na wcześniejszą emeryturę po wypadku — uszkodził sobie kręgosłup podczas próby ręcznego przestawienia zwrotnicy, która zaciągnęła się przez mróz. Sylwia wychowywała się w służbowym mieszkaniu tuż przy torach, zasypiając przy dźwięku przejeżdżających składów. Dla niej kolej nie była obcym środowiskiem — znała jej rytm, rozumiała jej język.

Wiedziała, co to jest semaforowe urządzenie samoczynnego blokowania linii, czym różni się rozjazd pojedynczy zwyczajny od krzyżownicy podwójnej, jak brzmi sygnał gotowości do odjazdu podawany gwizdkiem. Jako dziecko spędzała godziny w nastawni, patrząc, jak ojciec przestawia dźwignie, obsługuje telefon pociągowy, zapisuje numery składów w książce ruchu. Ten świat sygnałów, przepisów i precyzji wydawał jej się wtedy czymś pięknym — uporządkowanym, bezpiecznym.

Teraz, jadąc nocnym pociągiem przez deszcz i ciemność, czuła się dziwnie nostalgicznie.

Godzina 23:15. Pociąg zatrzymał się w Szubinie. Na peron wysiadło kilka osób, nikt nie wsiadł do ich przedziału. Student wciąż siedział w bezruchu, chociaż teraz już nie patrzył w telefon, tylko gdzieś w okno. Halina w końcu wyczerpała repertuar opowieści i pochyliła się do męża, szeptem mówiąc mu coś do ucha. Tadeusz pokiwał głową i też się odprężył.

Sylwia otworzyła książkę, ale nie mogła się skupić. Przeczytała ten sam akapit trzy razy, zanim się poddała. Myślała o jutrzejszym dniu — miała zaplanowane spotkanie w szkole, trzeba było oddać sprawozdanie ze szkolenia, przygotować materiały na lekcje. Uczyła historii w gimnazjum… a właściwie już nie w gimnazjum, bo gimnazja zlikwidowano reformą edukacji, tylko w szkole podstawowej, klasy siódma i ósma. Czasami trudno jej było nadążyć za zmianami w systemie. Ale lubiła swoją pracę. Lubiła widzieć, jak w oczach czternastolatków zapala się iskierka zrozumienia, gdy tłumaczyła im przyczyny wybuchu powstania styczniowego albo mechanizmy propagandy w PRL.

— Przepraszam — odezwała się cicho, patrząc na Halinę. — Muszę na chwilę wyjść. Będziecie państwo pilnować moich rzeczy?

— Oczywiście, kochanie — zapewniła Halina. — Wszystko będzie bezpieczne.

Sylwia wstała, ostrożnie przechodząc przez kolana studenta, który z niezadowoleniem podciągnął nogi. Wyszła na korytarz.

Było 23:28.

Wagon kołysał się miarowo. Korytarz był wąski, typowy dla starych wagonów osobowych — podłoga wyłożona gumową wykładziną w kolorze brudnej zieleni, ściany pomalowane na beżowo, co kilka metrów małe okienko z metalową ramą. Światło lamp jarzeniowych rzucało surowy, szpitalny blask. Sylwia ruszyła w stronę toalety.

Minęła kilka przedziałów. W jednym siedziała samotna kobieta z dzieckiem — małym chłopcem, który spał, oparty o jej ramię. W innym grupka młodych ludzi, prawdopodobnie wracających z jakiejś imprezy, śmiali się głośno i pili piwo z puszek. W trzecim starszy mężczyzna, sam, czytał gazetę.

Toaleta znajdowała się na końcu wagonu. Sylwia pchnęła drzwi — typowy zamek obrotowy, czerwono-zielona wskazówka pokazująca „wolne”. Wnętrze było małe, ciasne, pachnące mieszanką środka dezynfekującego i czegoś mniej przyjemnego. Lustro nad umywalką było pokryte drobnymi plamkami po wodzie.

Załatwiła potrzebę, umyła ręce. Spojrzała na siebie w lustrze. Wyglądała na zmęczoną — pod oczami ciemne cienie, skóra bledsza niż zwykle. To szkolenie było wyczerpujące, dwa dni wykładów o nowych metodach nauczania, warsztaty, dyskusje panelowe. Ale jutro niedziela, będzie mogła odpocząć.

Otworzyła drzwi toalety.

Na korytarzu stał konduktor. Ten sam, który kontrolował bilety.

— Dobry wieczór — powiedział, uśmiechając się lekko.

— Dobry wieczór — odpowiedziała Sylwia.

— Wszystko w porządku? Podróż wygodna?

— Tak, dziękuję.

To była dziwna wymiana zdań. Coś w tonie konduktora wydało jej się… nie tyle niepokojące, co niewłaściwe. Zbyt osobiste jak na służbową grzeczność. Ale może to tylko zmęczenie wpływało na jej percepcję.

Minęła go, wracając korytarzem. Czuła jego wzrok na plecach. Obejrzała się — konduktor stał w miejscu, patrząc za nią. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, znowu się uśmiechnął i ruszył w przeciwną stronę.

Sylwia dotarła do połowy korytarza, gdy pociąg gwałtownie zahamował. Nie było to normalne hamowanie planowe, stopniowe, z łagodnym zmniejszaniem prędkości. To był nagły szarpnięty — hamulec bezpieczeństwa. Sylwia straciła równowagę, uderzyła ramieniem w ścianę. Z jednego z przedziałów dobiegł kobiecy krzyk. Puszki z piwem sturlały się po podłodze.

Pociąg zatrzymał się całkowicie.

Przez chwilę panowała cisza — taka absolutna cisza, jaką można usłyszeć tylko wtedy, gdy coś, co normalnie hałasuje, nagle przestanie działać. Potem rozległy się głosy — pytania, przekleństwa, niezrozumiałe komentarze.

Sylwia wróciła do przedziału. Halina Kowalczyk wyglądała na przestraszoną.

— Co się stało? — zapytała.

— Nie wiem — odpowiedziała Sylwia. — Jakieś nagłe hamowanie.

— Może zwierzę wbiegło na tory — zasugerował Tadeusz. — Albo sygnał.

Student wyjął słuchawki i po raz pierwszy wyglądał na zainteresowanego.

— To trwało dość długo — stwierdził. — Normalnie jak hamują, to…

Nie dokończył, bo na korytarzu pojawił się konduktor. Ale nie ten sam, który wcześniej kontrolował bilety. To był starszy mężczyzna, okularach, z siwymi wąsami.

— Przepraszamy za niedogodności — ogłosił głośno. — Mamy awarię systemu hamulcowego. Maszynista wykonuje właśnie kontrolę. Prosimy o cierpliwość, będziemy stali około dziesięciu, piętnastu minut.

Rozległy się pomruki niezadowolenia.

Sylwia usiadła na swoim miejscu. Spojrzała na telefon — 23:41. Nie miała zasięgu — byli gdzieś w szczerym polu między Szubinem a Żninem. Postanowiła poczekać cierpliwie.

Minęło piętnaście minut. Dwadzieścia. Pociąg wciąż stał.

— To jakaś paranoja — mruknął student, po raz pierwszy odezwawszy się z własnej woli. — Mam połączenie w Kutnie. Jak się spóźnię, to…

— Młody człowieku, narzekać każdy potrafi — ucięła Halina. — Lepiej przyjąć to, na co nie mamy wpływu.

Student skrzywił się, ale nic nie odpowiedział.

W końcu, o 0:08, pociąg ruszył. Halina westchnęła z ulgą. Sylwia otworzyła książkę, ale znowu nie mogła się skupić. Za oknem ciemność była kompletna — żadnych świateł, żadnych punktów odniesienia, tylko czasami błysnęło odbicie własnej twarzy w szybie.

Dotarli do Żnina o 0:29 — ponad czterdzieści minut spóźnienia. Kilka osób wysiadło, nikt nie wsiadł. Konduktor — ten młodszy, ten sam, który tak dziwnie patrzył na Sylwię — przeszedł przez korytarz, sprawdzając coś w małym notesiku.

Pociąg ruszył dalej.

Około pierwszej w nocy Halina Kowalczyk zasnęła, opierając głowę o ramię męża. Tadeusz drzemał z przymkniętymi oczami. Student założył z powrotem słuchawki. Sylwia czuła, że powinna spać, ale nie mogła. Dziwny niepokój nie dawał jej spokoju. Coś było nie tak. Ale co?

Może to ten konduktor. Albo awaria. Albo po prostu zmęczenie.

O 1:23 znowu poczuła potrzebę skorzystania z toalety. Wstała cicho, starając się nie obudzić Haliny. Student nawet na nią nie spojrzał. Wyszła na korytarz.

Było pusto. Tylko w oddali słychać było śmiech tej grupy młodych ludzi, którzy najwyraźniej wciąż imprezowali. Sylwia ruszyła w stronę toalety, ale po kilku krokach zauważyła coś dziwnego.

Na podłodze, przy drzwiach jednego z przedziałów, leżał telefon. Zwykły smartfon w czarnym etui. Musiał komuś wypaść. Schyliła się, żeby go podnieść.

— Proszę pani.

Odwróciła się gwałtownie.

To był znowu ten młody konduktor. Stał jakieś trzy metry od niej, przy drzwiach prowadzących do następnego wagonu. W przyćmionym świetle korytarza jego twarz wydawała się dziwnie pozbawiona wyrazu.

— Tak? — zapytała Sylwia.

— Może pani zejdzie ze mną na chwilę? — zapytał. — Jest pewna… sprawa techniczna. Potrzebuję pokazać pani coś w magazynku bagażowym.

Sylwia zmarszczyła brwi.

— Magazynku bagażowym? W środku nocy? O co chodzi?

— To dotyczy pani walizki — wyjaśnił konduktor, zbliżając się o krok. — Podczas tej nagłej awarii niektóre bagaże… no wie pani, przesunęły się. Muszę to sprawdzić z pasażerami.

To nie miało sensu. Jej walizka była w przedziale, w zasięgu wzroku. Nie w żadnym magazynku.

— Moja walizka jest w przedziale — powiedziała spokojnie, choć serce zaczęło jej bić szybciej.

— Nie ta z przedziału — sprostował konduktor, zbliżając się jeszcze bardziej. — Ta, którą pani nadała. W deklaracji bagażowej.

— Nie nadawałam żadnego bagażu — odpowiedziała Sylwia, cofając się o krok.

Konduktor zatrzymał się. Przez jego twarz przemknął wyraz… czego? Irytacji? Frustracji?

— Może się pani pomyliła — powiedział łagodnie, znowu się uśmiechając. — Proszę ze mną.

— Nie — odpowiedziała stanowczo Sylwia. — Wracam do swojego przedziału.

Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła z powrotem. Serce waliło jej w piersi. To było bardzo dziwne. Bardzo, bardzo dziwne. Konduktorzy nie zachowują się w ten sposób. Nie zatrzymują pasażerów w środku nocy, nie zmuszają do schodzenia do bagażowego.

Dotarła do swojego przedziału. Wszyscy spali. Usiadła ciężko na miejscu, starając się uspokoić oddech. Może to jednak zmęczenie? Może ten facet naprawdę miał jakąś służbową sprawę, a ona zinterpretowała to źle?

Nie. Nie. Jej instynkt mówił coś innego.

Spojrzała na telefon. 1:31. Wciąż bez zasięgu.

Postanowiła, że nie będzie już wychodziła z przedziału. Poczeka do Konina. To tylko godzina jazdy, może trochę więcej przez opóźnienie. Będzie bezpieczna, dopóki zostanie z ludźmi.

Próbowała czytać, ale słowa rozmazywały się przed oczami. Patrzyła w okno. Za szybą ciemność, deszcz, sporadyczne światła.

O 1:47 pociąg zwolnił, zbliżając się do Barcina. To było kolejne zatrzymanie na trasie.

I wtedy Sylwia popełniła błąd, który miał kosztować ją życie.

Zauważyła, że zostawiła swoją książkę w toalecie. „Mistrz i Małgorzata” — egzemplarz po babci, z dedykacją na pierwszej stronie. Nie mogła jej tam zostawić. To była bezcenna pamiątka.

— Zaraz wracam — szepnęła do śpiącej Haliny, choć ta jej nie usłyszała.

Wyszła na korytarz. Była 1:49.

Ruszyła szybko w stronę toalety. Korytarz był pusty. Z przedziału młodych ludzi teraz nie dochodziły już żadne dźwięki — pewnie też zasnęli.

Dotarła do toalety. Pchnęła drzwi. Książka leżała na półce przy umywalce, tam gdzie ją zostawiła. Wzięła ją, schowała do kieszeni kurtki.

Wyszła na korytarz.

I znowu go zobaczyła.

Konduktor stał przy drzwiach na końcu wagonu. Ale tym razem nie był sam. Obok niego stał drugi mężczyzna — wysoki, w ciemnym ubraniu, bez munduru.

Obaj patrzyli na nią.

Sylwia poczuła falę czystego, zwierzęcego strachu. Coś było bardzo, bardzo nie tak.

Odwróciła się i pobiegła.

— Pani! Proszę zaczekać! — zawołał konduktor.

Ale Sylwia nie czekała. Biegła korytarzem w stronę swojego przedziału, mijając drzwi, okna, lampy. Serce waliło jej jak młotem. Słyszała kroki za sobą — szybkie, zbliżające się.

Dotarła do drzwi prowadzących do następnego wagonu. Pchnęła je, przeszła przez kołyszące się pomosty między składami — metalowe płyty, gumowe harmonijki, hałas kół na szynach nagle stał się ogłuszający.

Wpadła do następnego wagonu. Ten był ciemny — wszystkie światła zgaszone, przedziały puste. To był wagon sypialny, nieczynny, prawdopodobnie ciągnięty do remontu albo jako rezerwowy.

Rozejrzała się gorączkowo. Gdzie się schować? Gdzie?

Kroki zbliżały się. Drzwi za nią otworzyły się.

Sylwia wpadła do pierwszego przedziału. Schowała się pod siedzeniem, zwijając się w kulkę, starając się oddychać jak najciszej.

Słyszała głosy na korytarzu.

— Gdzie ona jest?

— Nie wiem, gdzieś tu weszła.

— Musimy ją znaleźć. Szybko.

Kroki. Drzwi przedziałów otwierane jeden po drugim.

Sylwia zamknęła oczy. Modliła się po raz pierwszy od lat. Proszę, proszę, proszę…

Drzwi jej przedziału otworzyły się.

Widziała buty. Czarne, sznurowane, służbowe.

— Nie ma jej tutaj.

— Sprawdź dokładnie.

Latarka. Snop światła przesuwający się po podłodze, po siedzeniach…

I wtedy pociąg gwałtownie szarpnął — kolejne hamowanie. Mężczyzna stracił równowagę, latarka wypadła mu z ręki, potoczyła się po podłodze.

Sylwia wykorzystała ten moment. Wyskoczyła zza siedzenia i rzuciła się do drzwi. Wyminęła mężczyznę, który próbował ją złapać, ale potknął się o własne nogi.

Biegła korytarzem. Za sobą słyszała krzyki, przekleństwa.

Dotarła do drzwi wagonu. Pchnęła je. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Pociąg zwalniał, ale wciąż jechał — może czterdzieści, pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Zobaczyła drugi peron. Jakaś mała stacja, słabo oświetlona. Jedna lampa rzucająca blade światło na mokre płyty.

Mężczyźni byli tuż za nią.

Sylwia spojrzała w dół. Tory, podkłady, kruszywo.

Nie miała wyboru.

Skoczyła.

Tadeusz Kowalczyk obudził się o drugiej dwadzieścia siedem. Miał zdrętwiałą szyję od spania w niewygodnej pozycji. Halina chrapała cicho, oparta o jego ramię. Student wciąż siedział w słuchawkach, chociaż teraz jego głowa opadła na pierś — najwyraźniej też spał.

Tadeusz spojrzał na siedzenie obok żony.

Walizka była. Torebka była. Telefon był.

Ale Sylwii Kuciny nie było.

— Halina — szepnął, szturchając żonę. — Halina, obudź się.

— Co? Co się stało? — wymamrotała, podnosząc głowę.

— Ta pani… ta nauczycielka… gdzie ona jest?

Halina rozejrzała się, przecierając oczy.

— Nie wiem. Może wyszła do toalety?

— Ile można być w toalecie? — zapytał Tadeusz.

Rzeczywiście, minęło już sporo czasu. Godzina? Może więcej?

Tadeusz wstał i wyszedł na korytarz. Przeszedł do toalety. Zajęte. Zapukał.

— Jest tam kto? — zawołał.

Drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich jakiś młody człowiek, wyraźnie zirytowany.

— Przepraszam — mruknął Tadeusz.

Wrócił do przedziału. Halina patrzyła na niego pytająco.

— Nie ma jej — powiedział. — Nigdzie jej nie ma.

— Może przeszła do innego wagonu? — zasugerował obudzony Student.

— Po co miałaby przechodzić? — zapytała Halina, teraz już wyraźnie zaniepokojona. — Wszystkie jej rzeczy są tutaj.

Tadeusz wziął do ręki telefon Sylwii. Ekran był zablokowany, oczywiście. Ale w powiadomieniach widać było kilka nieodebranych połączeń. Jedna wiadomość od kogoś zapisanego jako „Mama”.

— Musimy zgłosić to konduktorowi — zdecydował Tadeusz.

Wyszedł na korytarz i ruszył w poszukiwaniu obsługi pociągu. Znalazł konduktora w przedostatnim wagonie — tego samego starszego mężczyznę w okularach, który ogłaszał wcześniej awarię.

— Przepraszam — zwrócił się do niego Tadeusz. — Mamy problem. W naszym przedziale… była jedna pani, wyszła godzinę temu i nie wróciła. Zostawiła wszystkie swoje rzeczy.

Konduktor zmarszczył brwi.

— Godzinę temu? Jest pan pewien?

— No tak… może trochę mniej, ale długo. Jedziemy z żoną od Piły, ta pani wsiadła razem z nami. Powiedziała, że idzie do toalety, i zniknęła.

— Może przeszła do innego wagonu — zasugerował konduktor. — Może spotkała znajomych?

— Wszystkie jej rzeczy są w przedziale — powtórzył Tadeusz. — Telefon, torebka, walizka. Kto zostawia takie rzeczy?

Konduktor westchnął.

— Dobrze. Przeprowadzę kontrolę. Jak ta pani wygląda?

Tadeusz opisał Sylwię najlepiej jak potrafił. Konduktor zanotował to w notesiku i ruszył przez pociąg, sprawdzając każdy wagon, każdy przedział, każdą toaletę.

Nie znalazł jej.

O trzeciej czternaście pociąg dotarł do Konina. Tadeusz i Halina czekali na peronie razem z konduktorem i kierownikiem pociągu, który został wezwany z lokomotywy.

— Przeczesaliśmy cały skład — meldował konduktor. — Nie ma jej. Sprawdziliśmy wszystko dwa razy. To niemożliwe, żeby gdzieś się ukryła. Ona po prostu… zniknęła.

Kierownik pociągu, masywny mężczyzna o twarzy pobrużdżonej zmarszczkami, wyjął telefon.

— Muszę to zgłosić dyspozytorowi — powiedział. — I policji. To bardzo dziwna sprawa.

Halina Kowalczyk płakała cicho, trzymając się ramienia męża.

— Ta biedna dziewczyna — szlochała. — Co się z nią mogło stać? Boże, co się mogło stać?

Pociąg stał na peronie, oświetlony jaskrawymi lampami stacyjnymi. Pasażerowie wysiadali, zdziwieni całym zamieszaniem, pytali, co się dzieje. Nikt nie miał odpowiedzi.

W przedziale numer jedenaście wagonu czwartego leżały nietknięte: fioletowa walizka, skórzana torebka, telefon w jasnoróżowym etui.

I książka „Mistrz i Małgorzata”, wydanie z 1998 roku, z pożółkłymi kartkami i dedykacją na pierwszej stronie.

Sylwia Kucina zniknęła bez śladu.

Był 27 października, godzina trzecia dwadzieścia siedem nad ranem.

A to było dopiero początek.ROZDZIAŁ 4: SERIA

Jedenasty listopada, Święto Niepodległości. Cała Polska świętowała — marsze, koncerty, uroczystości państwowe. W Warszawie tłumy przechodziły ulicami z biało-czerwonymi flagami. W mniejszych miastach odbywały się skromniejsze obchody — apele, msze, defilady straży pożarnej i orkiestr dętych.

Inspektor Marek Wolniewicz spędził ten dzień w biurze.

Siedział nad aktami sprawy Sylwii Kuciny, które oficjalnie powinna była już trafić do archiwum. Sprawa zamknięta, samobójstwo, koniec. Ale Wolniewicz nie potrafił odpuścić. Przeglądał notatki, fotografie, raporty. Wpatrywał się w rozmyty kadr z monitoringu pokazujący postać wyskakującą z pociągu.

Telefon zadzwonił o czternastej dwadzieścia trzy.

— Wolniewicz — odebrał automatycznie, nie odrywając wzroku od dokumentów.

— Inspektorze, tu komenda w Łodzi — odezwał się kobiecy głos. — Mówi sierżant Monika Zawadzka. Dzwonię w sprawie potencjalnego powiązania z państwa śledztwem.

Wolniewicz wyprostował się na krześle.

— Jakim śledztwem?

— Sprawa Sylwii Kuciny. Mam tu notatkę, że prowadził pan to śledztwo przed zamknięciem. Prawda?

— Tak — potwierdził Wolniewicz, czując, jak serce zaczyna mu bić szybciej. — Co się stało?

— Wczoraj wieczorem znaleźliśmy ciało mężczyzny na torach kolejowych pod Koluszkami. Początkowo wyglądało na typowy wypadek, ale po sprawdzeniu w systemie zobaczyłam podobieństwa do państwa sprawy.

— Jakie podobieństwa?

— Ofiara zaginęła z pociągu — wyjaśniła Zawadzka. — Pociąg osobowy relacji Warszawa-Katowice. Mężczyzna wsiadł w Warszawie, miał jechać do Częstochowy. Około dwudziestej trzeciej wysłał SMS-a do żony, że jest w pociągu. Po tym kontakt się urwał. Żona zgłosiła zaginięcie w Częstochowie. Ciało znaleziono następnego dnia na torach, jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Częstochową.

Wolniewicz poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie.

— Tożsamość ofiary?

— Piotr Ząbek, czterdzieści dwa lata, inżynier z Warszawy. Żonaty, dwoje dzieci.

— Sekcja zwłok?

— Jeszcze nie mamy pełnego raportu, ale wstępne oględziny wskazują na śmierć wskutek przejechania przez pociąg.

— Czy były jakieś ślady na ciele? Siniaki, zadrapania, coś nietypowego?

Zawadzka zawahała się.

— Nie wiem. Musiałabym sprawdzić u patologa. Dlaczego pan pyta?

— Bo ofiara w mojej sprawie miała ślady uciskowe na nadgarstkach — wyjaśnił Wolniewicz. — Proszę sprawdzić, czy w waszym przypadku jest coś podobnego. I proszę mi przesłać wszystkie materiały ze sprawy.

— Dobrze. Dam znać, jak tylko będę miała wyniki sekcji.

Wolniewicz rozłączył się. Siedział przez chwilę w ciszy, myśląc intensywnie.

Jeden przypadek to tragedia. Dwa przypadki to zbieg okoliczności.

Ale jeśli będzie trzeci…

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem z Włocławka.

— Inspektor Wolniewicz? Tu młodszy aspirant Krzysztof Baranowski z komendy we Włocławku. Dzwonię w sprawie ciała znalezionego na torach kolejowych.

Wolniewicz zamarł.

— Kiedy?

— Dzisiaj rano. Kobieta, około trzydziestu lat. Zaginęła z pociągu noc wcześniej.

— Chryste — wyszeptał Wolniewicz.

— Słucham?

— Nic. Proszę mi przesłać wszystkie materiały. Natychmiast.

— Ale to jeszcze wstępne śledztwo, nie mamy nawet…

— Natychmiast — powtórzył Wolniewicz ostro. — To rozkaz.

Rozłączył się i zadzwonił do komendanta wojewódzkiego Stanisława Bryka.

— Mamy problem — powiedział bez wstępu. — Duży problem.

Komenda Wojewódzka Policji w Poznaniu. Poniedziałek, dwunasty listopada, godzina dziewiąta rano.

W sali konferencyjnej na trzecim piętrze zebrało się dziesięć osób. Inspektor Wolniewicz stał przy tablicy, na której rozwiesił fotografie, mapy, notatki. Obok niego komendant Stanisław Bryk — masywny mężczyzna po sześćdziesiątce, z siwymi włosami przyciętymi na jeża i głosem jak tarka do sera.

Przy stole siedzieli przedstawiciele różnych komend: z Konina, Łodzi, Włocławka, Kutna, Piły. Wszyscy wyglądali na zmęczonych. Weekendy spędzili na zbieraniu informacji, przesłuchaniach, analizach.

— Panowie, panie — zaczął Bryk — zebraliśmy się, żeby omówić sytuację, która zaczyna wyglądać bardzo poważnie. Inspektor Wolniewicz przedstawi szczegóły. Proszę.

Wolniewicz kiwnął głową. Podszedł do tablicy.

— Od dwudziestego szóstego października do dziesiątego listopada mieliśmy trzy przypadki śmierci na torach kolejowych, które według oficjalnych raportów sklasyfikowano jako samobójstwa — zaczął. — Pozwólcie, że przedstawię je chronologicznie.

Wskazał na pierwszą fotografię — Sylwię Kucinę.

— Ofiara pierwsza: Sylwia Kucina, dwadzieścia osiem lat, nauczycielka z Piły. Dwudziestego szóstego października podróżowała pociągiem osobowym relacji Piła-Kutno. Około pierwszej w nocy zniknęła z przedziału. Ciało znaleziono następnego dnia pod Służewem, sto kilometrów od miejsca zaginięcia. Sekcja zwłok wykazała ślady uciskowe na nadgarstkach.

Przesunął wskaźnik na drugą fotografię.

— Ofiara druga: Piotr Ząbek, czterdzieści dwa lata, inżynier z Warszawy. Dziewiątego listopada podróżował pociągiem osobowym relacji Warszawa-Katowice. Około dwudziestej trzeciej wysłał ostatniego SMS-a do żony. Zaginął. Ciało znaleziono dziesiątego listopada pod Koluszkami, pięćdziesiąt kilometrów od Częstochowy. Sekcja zwłok… — zawiesił głos, patrząc na raport — również wykazała ślady uciskowe na nadgarstkach i kostkach.

Szmer przebiegł przez salę. Ktoś cicho gwizdnął.

Wolniewicz wskazał trzecią fotografię.

— Ofiara trzecia: Anna Nowicka, trzydzieści jeden lat, księgowa z Torunia. Dziewiątego listopada podróżowała pociągiem osobowym relacji Toruń-Poznań. Zaginęła między Włocławkiem a Koninem. Ciało znaleziono dziesiątego listopada… — sprawdził notatki — również z śladami uciskowymi na nadgarstkach.

Cisza.

— Trzech ludzi — powiedział w końcu Bryk — w ciągu dwóch tygodni. To już nie jest zbieg okoliczności.

— Dokładnie — potwierdził Wolniewicz. — Mamy do czynienia z seryjnym mordercą.

— Albo mordercami — wtrącił się przedstawiciel z Łodzi, inspektor Tomasz Krawczyk, chudy mężczyzna w okularach. — Może to grupa?

— Możliwe — przyznał Wolniewicz. — Na razie nie wiemy. Ale wiemy jedno: ten czy ci sprawcy operują w nocnych pociągach osobowych. Wybierają ofiary podróżujące samotnie. Jakoś zmuszają je do opuszczenia wagonów. A potem…

Nie musiał kończyć. Wszyscy widzieli zdjęcia z miejsc znalezienia ciał.

— Jak to robią? — zapytała przedstawicielka z Włocławka, młodsza aspirant Ewa Sobczak. — Jak można wyrzucić człowieka z pędzącego pociągu i nie zostać zauważonym przez innych pasażerów?

— To właśnie musimy ustalić — odpowiedział Wolniewicz. — Ale mam kilka teorii.

Podszedł do mapy kolejowej wiszącej na ścianie.

— Wszystkie ofiary zniknęły z pociągów osobowych, które jechały w nocy. W Polsce jest około pięćdziesięciu takich połączeń dziennie. Wagony są stare, słabo oświetlone, często półpuste. Ludzie śpią, słuchają muzyki, nie zwracają uwagi na innych.

— Ale obsługa pociągu? — dopytywał Krawczyk. — Konduktorzy, maszyniści?

— Przesłuchałem obsługę pociągu, którym jechała Sylwia Kucina — odparł Wolniewicz. — Twierdzą, że nic nie widzieli. I wierzę im. Konduktor ma pod opieką siedem, osiem wagonów. Nie może być wszędzie jednocześnie. Maszynista siedzi w kabinie lokomotywy, nie widzi, co dzieje się w składzie.

— A monitoring? — zapytała Sobczak.

— Większość starych wagonów nie ma monitoringu wewnętrznego — wyjaśnił Wolniewicz. — Są kamery na stacjach, ale ich zasięg jest ograniczony. Znaleźliśmy jeden kadr pokazujący postać wyskakującą z pociągu w Barcinie, ale jakość obrazu uniemożliwia identyfikację.

Bryk wstał i podszedł do tablicy.

— Jakie mamy wspólne elementy tych spraw?

Wolniewicz wskazał na notatki:

— Po pierwsze: wszystkie ofiary zginęły w nocnych pociągach osobowych. Po drugie: wszystkie miały ślady uciskowe na ciele, sugerujące użycie siły. Po trzecie: żadna z ofiar nie wykazywała wcześniej tendencji samobójczych. Po czwarte: w każdym przypadku ciało znaleziono kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zaginięcia.

— Czy ofiary się znały? — zapytał ktoś z tyłu sali.

— Sprawdziliśmy — odpowiedział Kosecki, który siedział z boku z laptopem. — Nie znaleźliśmy żadnych powiązań. Różne miasta, różne zawody, różne kręgi towarzyskie.

— Losowy wybór ofiar — stwierdził Bryk. — To najgorszy scenariusz.

— Niekoniecznie losowy — skorygował Wolniewicz. — Sprawca ma jakieś kryteria. Musimy je ustalić. Wiek? Płeć? Wygląd? Miejsce w pociągu?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij