Kolejny raz - ebook
„Pamiętaj, że życie zawsze można zacząć od nowa”. Po bolesnej zdradzie Marika ucieka od przeszłości. Z pomocą przyjaciółek odbudowuje swój świat, dopóki na jej drodze nie staje Max — wpływowy i magnetyczny mężczyzna, który jest gotów zrobić dla niej wszystko. Jego spojrzenie hipnotyzuje, a dotyk uzależnia. Czy w obliczu tej zaborczej i pełnej namiętności miłości Marika odważy się raz jeszcze zaufać? Książka przeznaczona dla czytelników (18+)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-799-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Siedzę na zatłoczonym lotnisku, wpatrując się przez szklaną ścianę w migające w ciemności światła samolotów. Zawsze fascynowała mnie lekkość tych wielotonowych maszyn, które z niewyobrażalną swobodą odrywają się od ziemi i unoszą w niczym nieograniczoną przestrzeń. Pokonują setki lub tysiące kilometrów, zmieniając na chwilę lub na stałe życie siedzących w nich ludzi. Dla ilu z nich jest to powrót… a dla ilu ucieczka?
Prawdą jest, że w każdym przypadku ograniczeniem jest jedynie rozmiar i waga trzymanego w dłoni bagażu — walizka, która w żaden sposób nie przekłada się na wielkość naszych życiowych doświadczeń, nieustannie dźwiganych na naszych barkach. Gdyby tylko z taką łatwością i lekkością, z jaką unoszą się te maszyny ze skrzydłami, można było zrzucić ciężar, który przytłacza nasze myśli i serce…
Ja… dziś czekam na oderwanie, na uniesienie i początek nowego. Lądowanie może być twarde i bolesne, ale jeśli nie spróbuję, to przegram, a ból przeszłości mnie zabije. Trzymam w ręku bilet z nazwą miasta, które być może już jutro stanie się moim nowym domem. Miejscem, w którym zacznę wszystko od nowa…
— Pasażerów odlatujących do San Diego zapraszamy do wyjścia numer osiem.Rozdział 1
— Marika! — Sara rzuciła się na moją szyję, a jej pełen ekscytacji głos zapiszczał mi w uszach.
— Udusisz mnie, wariatko! — odparłam żartobliwie i czekałam, aż przestanie mnie ściskać. Ona jednak objęła ramieniem także Lisę i Miję, które — podobnie jak ja — śmiały się i protestowały na znak jej euforii.
— Skoro jesteśmy w komplecie, idziemy do środka! — podskakiwała na swoich pięknych, czarnych szpilkach, pozostając w szaleńczym nastroju do zabawy.
Sara, Mija i Lisa — moje trzy przyjaciółki, które od kilku lat są również moją jedyną rodziną. Miałam to szczęście, że trafiłam na wspaniałe i lojalne osoby, którym mogę bezgranicznie ufać, bo wiem, że mnie nigdy nie zawiodą. Ich charaktery i temperamenty są swoistą mieszanką żywiołów. Ognista i nieustępliwa jest Sara — zawsze mierzy wysoko i, co najważniejsze, osiąga swoje cele. Wrażliwość, ale i zachowawczość Lisy często pomaga w chłodnym ocenieniu sytuacji. Natomiast Mija jest jak beztroskie i żywiołowe dziecko, którego bezpośredniość potrafi zarówno rozbawić, jak i zdumieć.
Zdecydowanie łączą nas nie tylko chwile radości, bo chyba o przyjaźni najwięcej można powiedzieć, gdy doświadcza nas niemoc, bezradność albo nieszczęśliwa miłość — wtedy najbardziej siebie potrzebujemy. Alarmująca konieczność posklejania na nowo pokruszonego serca była i jest czymś, co każda z nas przeszła nie raz. Wielokrotnie wydawało się nam, że to, co nas dotyka, jest nie do pokonania, a jednak siła przyjaźni potrafiła zadziałać jak czarodziejski eliksir.
Czy mając dwadzieścia pięć lat, potrafimy wyciągać wnioski i uczyć się na błędach? Myślę, że każde nowe doświadczenie jest lekcją, którą daje nam życie. Czasem jednak serce zagłusza rozum, a potrzeba bliskości staje się dużo silniejsza… wtedy o skutkach myślimy dopiero, gdy ból serca rozrywa nas na strzępy. Nie jedna, a setki historii splatają nasze dusze i sprawiają, że od dawna jesteśmy dla siebie jak siostry.
Dziś jest sobota, więc zamierzamy bawić się w jednym z klubów naszego miasta — San Diego. Mojego od trzech lat, dziewczyn od zawsze. Powszechnie znany i lubiany, również przez znane osobistości „Mont Blanc”, zarówno w tygodniu, jak i w weekendy staje się centrum życia towarzyskiego dla setek osób. Od dawna nie szalałyśmy razem na parkiecie, więc dziś chcemy nadrobić ten czas i poruszać się trochę w naszych nowych, seksownych kieckach. Cierpliwie czekamy w długiej kolejce, aż ochrona sprawdzi każdego gościa i w końcu pozwoli nam wejść do środka, by uczcić ten wieczór.
Lisa przez ostatni tydzień była na szkoleniu, więc teraz jej relacja z podróży skupiała całą naszą uwagę. Zapatrzone w ekran telefonu, na którym pokazywała zdjęcia z wieczorku integracyjnego, sprawiły, że nie zwróciłyśmy uwagi na gwar, który powstał wśród stojących wokół nas osób. Dopiero dźwięk, jaki wydały cztery czarne SUV-y parkujące pod wejściem, sprawił, że nasz wzrok padł w kierunku ich źródła. W powietrzu czuć było napięcie i unoszącą się ekscytację wywołaną u każdego, kto stał razem z nami w wolno posuwającej się kolejce. Ciekawość wszystkich skupiona była teraz na osobach, które zapewne za chwilę opuszczą wnętrza ekskluzywnych aut.
Zerknęłam przez ramię Sary, próbując cokolwiek dostrzec, ale mój niecały metr sześćdziesiąt skutecznie mi to utrudniał. Ochrona przesunęła tłum, by jako pierwsi mogli wejść goście specjalni, więc i my zrobiłyśmy kilka kroków w bok.
W powstałym zamieszaniu zrobił się spory prześwit, dzięki czemu mogłam dostrzec sylwetkę mężczyzny, który zdecydowanie wyróżniał się na tle innych osób opuszczających jeden z samochodów. Był niezwykle przystojny i dobrze zbudowany. Jego biała, opinająca mięśnie koszula z podwiniętymi w łokciach rękawami wspaniale kontrastowała z opalonym ciałem. Ciemne włosy i lekki zarost… Westchnęłam cicho. Ideał.
Przyciągał uwagę nie tylko moją, bo wokół słychać było wiele fascynacji i westchnień damskiej części towarzystwa. Kilka lat temu uwierzyłabym w szczerość intencji takiego mężczyzny, ale dziś wiem, że ideałami są zwykle tylko na zewnątrz. Przeważnie nazywani kolekcjonerami kobiet i ekstremalnych przygód, bo satysfakcję daje im zdobywanie, a nie… posiadanie. Przygodny seks i kilka miłych słów nie są niczym zaskakującym w dzisiejszym świecie. Dają kobietom chwilową uwagę mężczyzny, który tak naprawdę nie zapamięta nawet ich imienia.
Moje przyjaciółki wyciągały swoje długie szyje, wypatrując kolejnych przystojniaków opuszczających pozostałe luksusowe auta. Były w doskonałych nastrojach, więc nie obyło się bez sprośnych komentarzy. Sara wyjątkowo zaskakiwała dziś swoją spontanicznością — bez cienia skrępowania wyznała głośno, jak mokra zrobiła się jej bielizna…
Może gdybym była już po kilku drinkach, jej słowa nie wzbudziłyby we mnie zawstydzenia, które w tej chwili czułam, spoglądając w kierunku wejścia i patrząc na mężczyznę, który jako pierwszy mnie zainteresował. Nasze oczy przez kilka sekund się spotkały — to wystarczyło, by moje ciało zdążyło na niego zareagować. Nie byłam z nikim od dłuższego czasu, więc w pewnym stopniu rozumiałam to uczucie ciepła, które wypełniło moje podbrzusze. Ale to, jak szybko je we mnie wywołał jego wzrok, było zdecydowanie niepokojące.
Zanim zdążyłam się upewnić, czy to spotkanie spojrzeń było zwykłym przypadkiem, kolejka ruszyła i teraz jedynym obrazem, jaki przede mną pozostał, były plecy jakiegoś młodego chłopaka.
Z opaskami na rękach i w doskonałych nastrojach weszłyśmy do wnętrza szklanego tunelu prowadzącego do jednej z pięciu muzycznych sal. Ta różnorodność dawała możliwość odnalezienia dla siebie najlepszego gatunku i klimatu, w jakim chciałoby się spędzić wieczór. Korytarze łączące wszystkie te miejsca wyłożone były lustrami, co dawało złudne wyobrażenie, że mają setki metrów szerokości, a odbicia postaci — nieskończoną ilość. My — podobnie jak większość ludzi — przeważnie wybierałyśmy house.
Lisa trzymając mnie za rękę przepychała się przez tłum ludzi. Kierowałyśmy się do baru, by mieć czym świętować nasze dzisiejsze spotkanie.
— Zajebiście! Tak się cieszę, że w końcu możemy się razem pobawić! — Sara była najbardziej podekscytowana dzisiejszym wyjściem, czego nie ukrywała od pierwszych chwil naszego spotkania.
Barman postawił przed nami nasze zamówienie.
— Dla was Negroni, a dla ciebie, Marika, butelkowany Lord of Taste — powiedziała Sara, przesuwając drinka w naszym kierunku.
— Chodźcie, poszukamy wolnego stolika — Mija wskazała na część lokalu, gdzie na stołach nie było jeszcze plastikowych plakietek z napisem REZERWACJA.
Ruszyłyśmy za nią przez tłum, jednocześnie chroniąc nasze drinki przed utratą ich cennych kropel. Wysokie barowe hokery ustawione wokół stolika na podwyższeniu dawały świetną możliwość podziwiania całego parkietu.
— Kiedy ostatni raz się tu bawiłyśmy? — głos Lisy ledwo przebijał się przez głośną muzykę.
Spojrzałam na nią, a ona jakby pożałowała pytania. Wróciły wspomnienia z dnia, kiedy bawiłyśmy się tu na urodzinach Sary, i to właśnie wtedy… To od tego czasu unikam otwartych drinków z obawy, że ktoś inny będzie chciał przejąć kontrolę nad moim ciałem… Odtrąciłam szybko napływające myśli i uśmiechnęłam się do Lisy, dając jej do zrozumienia, że nie zamierzam już więcej do tego wracać.
Chwyciła moją dłoń w geście przeprosin, a ja przykryłam jej rękę swoją, swobodnie przywołując inne, przyjemniejsze wspomnienie.
— Byłyśmy tu chyba, gdy Mija zdała egzamin na prawko? — spojrzałam na przyjaciółkę, czekając na potwierdzenie.
— To prawda i nadal uważam, że narażanie ludzi na taki stres powinno być karane — zachichotała, unosząc drinka w geście uznania dla własnych słów.
Lisa upiła łyk Negroni i zwróciła się do Sary.
— A jak tam twoja praca?
Sara była kierowniczką działu projektowego w jednej z prestiżowych firm w mieście. Była bardzo oddana swojej pracy, przez co ciężko było jej złapać balans między obowiązkami a odpoczynkiem.
— Nie chcę się chwalić, ale całkiem dobrze! Mam szansę na kolejny awans! — klasnęła w dłonie z radości.
Spojrzałyśmy po sobie. W jej przypadku awans oznaczał tylko jedno — jeszcze więcej pracy. Rozwojowo była to wspaniała ścieżka, ale dla ewentualnego związku totalna niemożliwość. Sara szybko zorientowała się, że nie podzielamy jej entuzjazmu. Wiedziałyśmy bowiem, że obowiązki pochłoną ją bez reszty, a nasze spotkania ograniczą się do rozmów przez kamerkę.
— Ej… przestańcie. Naprawdę mam to pod kontrolą — zaczęła się bronić.
— Pod kontrolą? — spojrzałam na nią ze współczuciem. — Kochana, twoje życie zaczyna opierać się tylko na pracy. Boimy się, że nie tylko stracisz szansę na trwały związek, ale również zaniedbasz swoje zdrowie. Te ciągłe terminowe projekty potęgują tylko twój stres, a dodatkowo brak snu i żywność w postaci kawy wcale tego nie polepsza.
Patrzyłam na nią z głębokim uczuciem, chciałam, żeby zrozumiała, że jej poświęcenie idzie w złym kierunku.
— Dziewczyny, nic jeszcze nie podpisałam, więc nie wprowadzajcie tu grobowego nastroju. — Sara uniosła drinka i uśmiechnęła się szeroko. — Proszę, chwyćcie teraz za nasze puchary rozkoszy… — zaśmiała się, rozładowując napięcie — I wznieśmy toast za nasze spotkanie!
— Oj, Sara, Sara… — westchnęłam z uśmiechem i pokręciłam głową. Jej umiejętność odwracania uwagi od niewygodnego tematu zawsze była mistrzowska.
Lisa nagle chwyciła pasmo moich włosów i przesunęła je między palcami.
— Piękne masz te włosy, wiesz?
— Dziękuję — przechyliłam głowę bliżej jej ramienia, delikatnie się uśmiechając.
Moje włosy często wzbudzały ich zachwyt, ale to ich długość imponowała im najbardziej.
— Dziewczyny… — Mija gestem dłoni wskazała na parkiet. Środkiem przechodziła teraz ta sama grupa osób, która przed klubem wzbudziła tak liczną reakcję.
— Mówiłam Miji, kiedy stałyśmy przed wejściem, że dziś starszy syn Vincenta ma urodziny. To Max, ten, który idzie z tą blondynką, a obok nich, w czarnej koszuli, to Matthew, jego przyjaciel. Powinien być gdzieś jeszcze Patrick — Sara wytężała wzrok, próbując wypatrzeć go w tłumie — O, jest! Ten w szarym garniturze z tą czarną laską u boku.
Sara pracowała w firmie Vincenta Ferusolla, więc zdążyła poznać wszystkie wymienione osoby. Zapewniała jednak, że z żadnym z nich nie utrzymywała kontaktu innego niż służbowy. Matthew pracował w dziale, z którym ściśle współpracowała, dlatego jego znała najlepiej.
Patrzyłam na liczną grupę młodych ludzi kierującą się w stronę podium, które poziomem zrównane było z naszym, jednak złote słupki i czerwone sznury wyraźnie odznaczały zarezerwowaną dla nich strefę VIP. Jeden z ochroniarzy odpiął czerwony pasek i zezwolił na wejście do loży, w której na stołach ustawione były spore ilości jedzenia i alkoholu.
Teraz wiedziałam, że to Max był tym, który przykuł moją uwagę jeszcze przed wejściem do klubu. Dziś kończył dwadzieścia osiem lat, a obok niego stał o trzy lata młodszy Alex. Byli synami Vincenta, właściciela wielu nieruchomości i firm w naszym mieście. O samym panu Vincencie słyszałam już nie raz — był szanowanym i znanym biznesmenem — jednak jego synów nigdy osobiście nie spotkałam. Nie miałam więc pojęcia, że są tymi, o których tyle się mówi.
Przystojni, wysportowani, o urodzie godnej okładek światowych magazynów, otoczeni pięknymi kobietami — błyszczeli jak książęta. Starszy syn Vincenta uznawany był za bardzo pewnego siebie i zasadniczego — tak twierdziła Sara — za to młodszy był jego całkowitym przeciwieństwem.
Widać było, że obaj bracia mają świadomość, że są obiektem seksualnego i towarzyskiego pożądania kobiet. Najnowsze modele samochodów, ekskluzywne imprezy — to działało na większość tych „idealnych” kobiet. Obserwowałam, jak w doskonałych nastrojach zasiadają w loży, rozpoczynając celebrację dzisiejszego wieczoru.
Najwidoczniej mój wzrok zbyt długo zatrzymał się na solenizancie, bo w tym momencie nasze spojrzenia ponownie się spotkały. Speszona natychmiast odwróciłam głowę w stronę parkietu, udając, że kogoś wypatruję.
W idealnym momencie z tłumu wyłoniła się Mija, niosąc tacę z kolejnymi alkoholowymi napojami.
— No to, moje kochane… za wieczór, noc i może poranek! — uniosła swój kieliszek, więc i my dołączyłyśmy do toastu.
Zabawa rozkręciła się na dobre. Tłumy ludzi na parkiecie zaczęły napływać z każdą chwilą. Migające światła, które nadawały rytm każdemu utworowi, sprawiły, że wpadłyśmy na parkiet razem z innymi i pochłonięte muzyką tańczyłyśmy jak szalone. Intrygowało mnie miejsce i ludzie siedzący w odgrodzonej części, dlatego ciężko było mi wygrać z pokusą zerkania w ich kierunku. Alkohol lał się tam strumieniami, a kobiety w wyzywających strojach tańczyły prowokacyjnie, kusząc siedzących mężczyzn. Wyróżniali się na tle całego klubu, zapewne dlatego wzbudzali ciekawość i zainteresowanie.
Nie nadawałam się na celebrytkę. Nie lubiałam skupiać na sobie uwagi. Zawsze przejmowałam się oceną innych, przez co łatwo było mnie zranić. Życie dało mi porządną lekcję, która nauczyła mnie, że niczego nie można być pewnym. Dlatego dziś byłam zupełnym przeciwieństwem kobiet za czerwonymi linami…
Patrzyłam na moje trzy cudowne przyjaciółki, które jako jedyne przywracały mi wiarę w ludzi i w to, że można być dla kogoś ważnym, nawet z całym tabunem wad. Tańcząc obok nich, widziałam, jak bardzo są szczęśliwe i wyluzowane. Ich szaleństwo wywoływało uśmiech na mojej twarzy.
Przechyliłam głowę, by odgarnąć włosy, które przysłoniły mi twarz, i zobaczyłam, że przy brzegu podestu stoją Max z Matthew i Patrickiem. Obserwowali bawiący się tłum, upijając trzymane w rękach drinki. Max spojrzał w naszą stronę i kolejny raz przyłapał mnie na przyglądaniu się jego twarzy. Zaczynałam dawać mu niezbite dowody, że mnie interesuje, a przecież nie chciałam, żeby tak myślał. Speszona uciekłam wzrokiem i skupiłam się na szarpiącej moje ramię Lisie.
— Idziesz ze mną siku? — krzyknęła mi prosto do ucha.
— Byłam chwilę temu, ale mogę iść. — Złapałam jej dłoń, gotowa ruszyć przez tłum.
— Nie, zostań z Sarą, a ja wezmę Miję.
— Jak uważasz. Idźcie do łazienki w holu, bo wszędzie są duże kolejki — odkrzyknęłam, bo w tym momencie tłum wrzeszczał tekst ulubionego hitu.
Spojrzałam na Sarę, którą coraz bardziej pochłaniali bawiący się ludzie. Jej uwaga skupiona była teraz wyłącznie na tańczącym z nią przystojniaku. Zostałam sama, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kołysałam się do rytmu muzyki i kolejny raz walczyłam z pokusą zerknięcia w stronę Maxa.
Chłopak naprzeciwko mnie próbował skupić na sobie moją uwagę. Widać było, że liczył na wspólny taniec. Nie był w moim typie, ale dlaczego miałabym nie wykorzystać okazji na parkietowe szaleństwo?
Być może alkohol, który od niego czułam, sprawiał, że stawał się coraz odważniejszy w swoich ruchach. Ja również nie byłam trzeźwa, ale zaczynało mi to przeszkadzać i mnie krępować. Próbowałam zachowywać dystans, gdy jego twarz zbliżała się do mojego ucha i szyi, a dłonie spoczywały na moich biodrach. On jednak najwyraźniej zupełnie nic sobie z tego nie robił. Tańczyliśmy już dłuższą chwilę, a ja za każdym razem miałam wrażenie, że pozwala sobie na coraz więcej…
— Idę do stolika — krzyknęłam mu do ucha.
Wydawało się to proste i zrozumiałe, jednak nie w jego ocenie. Uparcie zaczął zagradzać mi drogę, przytrzymując moje ramiona i biodra. Był wyższy i silniejszy ode mnie, dlatego przy mojej drobnej posturze nie stanowiło to dla niego żadnej trudności. Nie robiły na nim wrażenia moje protesty ani próby jego odepchnięcia. Byłam zdenerwowana i przestraszona. Setny raz szarpnęłam się mocniej i w końcu odpuścił.
W pośpiechu zaczęłam przeciskać się przez tłum, kierując się w stronę naszego stolika. Nerwowo poprawiałam swoją krótką, białą sukienkę, przeklinając jego zachowanie pod nosem. Usiadłam na hokerze, a drżące dłonie oparłam na blacie stolika. Wzięłam kilka głębokich oddechów i poczułam, że w końcu zaczynam przejmować kontrolę nad swoim ciałem.
Żadnej z przyjaciółek jeszcze nie było, więc nerwowo rozglądałam się na wszystkie strony, próbując je odnaleźć. Mój wzrok zatrzymał się dłużej na loży Maxa, bo tym razem to on jako pierwszy patrzył w moim kierunku. Mimo że dzieliło nas kilka metrów, widziałam, że obserwował mnie z niepokojem. Oparł łokcie na kolanach, a w dłoniach miażdżył coś, co przypominało puszkę… Powoli odwróciłam głowę i skupiłam się na parze tańczącej przede mną. Analizowałam uczucia, jakie we mnie wywołuje jego wzrok. Miałam wrażenie, jakby teraz to on się mną interesował? Przygryzłam policzek i zastanawiałam się, jaki sens miałoby uzyskanie odpowiedzi na to pytanie, skoro dla takich mężczyzn zainteresowanie często mija po pierwszej nocy…
Z moich rozmyślań wyrwał mnie idący w moją stronę ochroniarz. Spięłam się na jego widok, bo samą swoją prezencją wzbudzał strach.
— Przepraszam, że panią niepokoję. — Skoro to powiedział, zapewne dostrzegł przerażenie, jakie we mnie wywołał. — Widzieliśmy zajście na parkiecie. — Wskazał ręką miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą tańczyłam z tym napalonym szatynem. — Chcieliśmy się upewnić, że ten człowiek nie zrobił pani krzywdy.
Byłam zupełnie zaskoczona jego reakcją i tym, że ktoś w takim tłumie dostrzegł całą sytuację.
— Bardzo mnie pan zaskoczył… Nie… nie przypuszczałam — słyszał, że się denerwuję — że kogoś to zainteresuje? — Nerwowo przeskakiwałam wzrokiem po jego twarzy, bo trudno było mi uwierzyć, że byli w stanie to wyłapać.
— Tak, ma pani rację, nie jest to łatwe, ale w pani przypadku pomógł nam jeden z gości.
Nie ukrywałam zaskoczenia, jakie wywołały we mnie jego słowa. Nie rozumiałam też, kogo mogło zainteresować to, co wydarzyło się na parkiecie, dlatego cała sytuacja jeszcze bardziej mnie intrygowała. Rozejrzałam się dookoła, ale nikt — poza jednym, jedynym spojrzeniem… — nie patrzył na mnie. To ten sam wzrok, który mnie onieśmielał i sprawiał, że moje ciało zaczynało reagować. Już zrozumiałam, kto przysłał tu tego człowieka.
Spojrzałam ponownie z uśmiechem na ochroniarza i podeszłam do niego bliżej, by już nie przekrzykiwać głośnej muzyki.
— Dziękuję za zainteresowanie. — Uśmiechnęłam się delikatnie. — Jak pan widzi, jestem w nienaruszonym stanie, choć nie wiem, czy inna kobieta miałaby tyle siły, by się obronić lub tyle szczęścia, żeby ktoś ją dostrzegł.
Zrozumiał, co chciałam mu przekazać, bo skinął delikatnie głową i odszedł w stronę tłumu.
Moje przyjaciółki najwidoczniej zauważyły, że ochrona odchodzi od naszego stolika, bo w mgnieniu oka znalazły się przy mnie.
— Dziewczyny, spokojnie, wszystko gra. — Uniosłam dłonie, by zapobiec lawinie pytań, która zaraz miała ruszyć w moją stronę. — Naprawdę wszystko jest w porządku.
Ich spojrzenia przeszywały mnie na wylot, co oznaczało, że nie odpuszczą, dopóki im nie opowiem, co zaszło.
— Dobra, wygrałyście. — Uniosłam dłonie w geście poddania. — Jakiś dupek na parkiecie się do mnie przystawiał i dlatego zareagowali.
Mija próbowała coś powiedzieć, ale natychmiast jej przerwałam.
— Nic mi nie jest i nie chcę tego roztrząsać. Teraz zamierzam się z wami napić. — Uśmiechnęłam się, by rozluźnić atmosferę, którą i tak już wystarczająco zepsułam.
— Który to chujek?! Jaja mu urwę! — Sara nerwowo przetrząsała parkiet wzrokiem, a jej złość odbiła się na drżącej w jej dłoniach tacy z drinkami.
Przewróciłam oczami. Oczywiste było, że nie odpuszczą. Każda z nas czuła się odpowiedzialna za pozostałe, więc i tym razem nie mogło być inaczej.
— O nie… Nie dam się wam w to wciągnąć. — Chwyciłam za alkohol. — Za nas i za dzisiejszy wieczór! — Uniosłam butelkę w geście toastu i czekałam, aż dziewczyny do mnie dołączą.
Początkowo ich twarze zdradzały tylko niewielkie uśmiechy, ale po chwili wybuchnęły eksplozją radości. Wznosiłyśmy kolejne toasty, żartowałyśmy i śmiałyśmy się do utraty tchu.
Kilka razy zerknęłam w stronę loży Maxa, w której impreza trwała w najlepsze, jednak jego już tam nie było. Kolejny drink wypełnił mój pęcherz, co wiązało się z potrzebą skorzystania z toalety. Sara dołączyła do mnie w drodze do łazienki, która estetycznie wtapiała się w szklany korytarz lokalu. Weszła do środka pierwsza, żeby poprawić makijaż, a że było to wyjątkowo małe pomieszczenie, w którym stały już cztery dziewczyny, to uznałam, że poczekam na zewnątrz.
Ciekawił mnie ten szklany korytarz.
Spacerując, podziwiałam mieniące się w lustrach kolorowe szkiełka, które w połączeniu ze światłem tworzyły niesamowity efekt. Była trzecia nad ranem, więc tunelem przechodziły już tylko pojedyncze osoby — większość w stanie „totalnego zmęczenia”. Patrzyłam w lustro na swoją krótką, białą sukienkę, która kontrastowała z moim opalonym ciałem, i na długie, rozjaśnione blondem włosy. Podeszłam bliżej i przetarłam palcem lekko rozmazany tusz na powiekach…
Dziwny odgłos za mną sprawił, że momentalnie się odwróciłam. W moją stronę zbliżył się ten sam facet, który kilka minut wcześniej napastował mnie na parkiecie. Paraliż oblał moje ciało, a serce zaczęło bić mocniej. Wydawało mi się, że był jeszcze bardziej pijany niż wcześniej. Nerwowo spojrzałam w stronę łazienki, która była już kilkanaście metrów za mną. Na ucieczkę nie miałam żadnych szans, a dzieląca nas odległość malała z każdą sekundą. Spotkanie stało się nieuniknione… Mogłam już tylko czekać na to, co się wydarzy.
— Co, laleczko? Ładnie tak napuszczać na ludzi ochronę? — powiedział zaskakująco wyraźnie, jak na stan swojego upojenia.
— Ochronę?! Co ty bredzisz?! — krzyknęłam w jego stronę, nie mając pojęcia, o czym mówi. — Nie zbliżaj się do mnie! Bo tym razem będę krzyczeć! — uniosłam dłonie, próbując go powstrzymać, ale to tylko go rozbawiło.
— Krzyczeć?! Naprawdę? Hmm… — rozłożył ręce. — Rozejrzyj się. Nikogo tu nie ma… Nikt nie zwróci na nas uwagi, bo każdy… każdy pomyśli, że się zabawiamy… — przysuwał się coraz bliżej mojej szyi.
Zaczynałam panikować, bo wiedziałam, że ma rację. Wiele par bawiło się w podobny sposób, a głośna muzyka zagłuszała wszelkie głosy. Byłam przyparta jego ciałem do lustrzanej ściany, a jego oddech uderzał prosto w moją twarz. Robiło mi się niedobrze. Przestałam słuchać tego, co mówił, panicznie szukając w głowie sposobu na ratunek.
— No to jak? Zabawimy się? — dodał, unosząc jedną dłoń do moich piersi, a drugą gwałtownie wsunął pod sukienkę. Ból, jaki poczułam od zaciskania ud, rozszedł się po całym ciele. Jego twarz wpijała się w moją szyję, utrudniając mi oddychanie. W głowie mój krzyk był przeraźliwie głośny, ale na zewnątrz nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Próbowałam go odepchnąć, ale to jeszcze bardziej go nakręcało. Sparaliżowana strachem i jego siłą, odwróciłam głowę i zamknęłam oczy, modląc się o cud… zanim mnie zgwałci.
— Wypierdalaj, złamasie! — usłyszałam głos dochodzący z końca korytarza.
— Zostaw ją, kurwa! — krzyczał ktoś inny.
Podziałało. Odsunął się od mojej szyi, a ja łapczywie zaczerpnęłam powietrza, próbując dotlenić serce i umysł. Natychmiast odwróciłam głowę w stronę swoich wybawców. Przez chwilowy brak tlenu nie byłam pewna, czy widzę dobrze, ale w moją stronę szedł Max razem z Matthew i Patrickiem. Dech mi zaparło, a dreszcze przeszły mi po całym ciele. Mimowolnie zaczęłam dygotać — nie wiedziałam, czy ze strachu, czy ze szczęścia.
Max miał minę mordercy. Jego szczęka zaciskała się coraz mocniej, a knykcie pobielały. Matthew i Patrick stali tuż za nim, przyjmując identyczne postawy i mając równie przerażające spojrzenia. Facet, który jeszcze przed chwilą próbował mnie skrzywdzić, odwrócił się w ich stronę, a w jego dłoni błysnął sprężynowy nóż.
Czułam, jak wtapiam się w ścianę. Przylgnęłam do niej tak mocno, jakby tylko ona była w stanie mnie ochronić. Max i jego kumple natychmiast przybrali bojowe postawy. Krzyczeli, by rzucił nóż na ziemię, kilkakrotnie ostrzegali, że to on na tym ucierpi. Groźby i wyzwiska mieszały się w powietrzu, a ja czułam, jak krew odpływa mi z głowy, coraz bardziej drżałam. Powstrzymywałam napływające łzy, wyobrażając sobie, że to tylko zły sen. Zamykałam i otwierałam oczy, ale nic się nie zmieniało. Nóż nadal błyszczał w jego dłoni, a on z każdą chwilą nabierał coraz większej odwagi. Zaczął wymachiwać ostrzem tuż przed twarzą Maxa. Bałam się. Coraz bardziej się bałam…
Mój umysł zamknął się na wszelkie dźwięki, jakie do siebie wykrzykiwali. Słyszałam jedynie moje galopujące serce i czułam, jak ktoś szarpie mnie za ramię. Teraz ostrze znalazło się przy mojej szyi, a ja stałam się tarczą dla tego psychopaty. Patrzyłam w oczy Maxa — i gdybym miała wybierać obraz przed śmiercią, to byłyby to właśnie jego oczy. Skupiłam się teraz na jego wzroku, który próbował mi coś przekazać.
Otumaniona krzykami i strachem, że za chwilę nóż przetnie moje gardło, nie rozumiałam jego sugestii. Czy powinnam się odsunąć? Schylić? Byłam na skraju paniki. Czułam, że to koniec. Nie miałam pojęcia, co on chce mi powiedzieć, bo łzy coraz większym strumieniem spływały mi po policzkach.
Kiedy napastnik przycisnął ostrze mocniej do mojej skóry, zachwiałam się na swoich szpilkach — i to był ten moment, w którym na chwilę oprzytomniałam. Zrozumiałam, co powinnam zrobić. Uniosłam nogę i z całych sił wbiłam obcas w stopę mojego oprawcy. Z jego gardła wydobył się krzyk bólu, a ramiona poluźniły uścisk. Odskoczyłam w stronę ściany, a wtedy Max, Matthew i Patrick rzucili się na niego, próbując go obezwładnić. Zanim jednak udało im się wytrącić nóż, zamachnął się i rozciął przedramię Maxa.
Z przerażenia głośno krzyknęłam. Dłońmi zakryłam usta, a moje ciało zaczęło drżeć bez kontroli na widok krwi spływającej po jego ramieniu. Z głębi korytarza wybiegła ochrona. Czterech ogromnych osiłków bez żadnego problemu obezwładniło psychola. Przed oczami zrobiło mi się ciemno i poczułam, jak zsuwam się po ścianie. Ktoś próbował mnie przytrzymać, jednak nie wiem, kim był, bo widziałam już tylko ciemność.
********************************************
Otworzyłam oczy, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Leżałam na czymś miękkim, a delikatne światło tworzyło półmrok. Ściany niewielkiego pomieszczenia obite były wygłuszającym, pięknie zdobionym materiałem. Byłam zamroczona i zdezorientowana. Uniosłam delikatnie głowę. Po przeciwnej stronie, na sofie, siedziała Sara.
— Gdzie my jesteśmy? — mój głos był zachrypnięty i ledwo słyszalny. Dotknęłam ręką szyi i wyczułam zaschniętą krew… Czyli to naprawdę się wydarzyło.
Sara natychmiast poderwała się z fotela i usiadła przy mnie.
— Kochana, nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałyśmy. Nic ci nie jest? Jak się czujesz? — otarła łzę i objęła mnie ramieniem, tuląc do siebie. — Był tu lekarz, dał ci coś na uspokojenie, dlatego położyliśmy cię w VIP Room. Dzięki Bogu, zacięcie nie jest groźne, więc jeśli chcesz, zaraz możemy jechać do domu — uśmiechnęła się delikatnie i wytarła z policzka kolejną łzę.
— Nic mi nie jest, przestań płakać — odparłam, próbując uwolnić się z jej uścisku.
— Jak mam przestać, skoro kolejny raz ktoś próbuje cię skrzywdzić w tym przeklętym klubie?! — powiedziała z rozpaczą i wściekłością.
— Co z Maxem?
Teraz moje myśli skupiły się wyłącznie na tym, kto i jak bardzo ucierpiał. Wszystkie wspomnienia na nowo ożyły, a ja znów zaczęłam dygotać. Sara przytuliła mnie jeszcze mocniej i próbowała uspokoić.
Dźwięk otwieranych drzwi i wchodzącego do środka Matthew sprawił, że zerwałam się z miejsca. Wyobraźnia podsuwała mi najgorsze obrazy. Czułam, jak serce obija się o moje żebra, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz.
— Co z Maxem?! — nie wytrzymałam i zapytałam go pierwsza. Matthew spojrzał na mnie badawczo, jakby chciał się upewnić, że wróciłam już do pełni sił.
— Stracił trochę krwi. Rana wyglądała groźnie, ale nie była głęboka. Ma tylko kilka szwów, więc spokojnie, będzie żył. — Delikatny, praktycznie niezauważalny uśmiech pojawił się w kącikach jego ust, a ja poczułam, z jaką ulgą wypuszczam powietrze, które najwidoczniej wstrzymywałam od chwili, gdy tu wszedł.
— Jest w szpitalu, tak? — nie mogłam się opanować.
— Nie, nie było takiej potrzeby. Lekarz zszył go na miejscu i Oliwia zabrała go do domu — przerwał na chwilę. — A ty, jak się czujesz?
— Ja… Ja, lepiej — odpowiedziałam, choć myślami wciąż byłam przy jego wcześniejszej odpowiedzi. Słysząc imię dziewczyny, poczułam dziwne ukłucie. Zdałam sobie sprawę, że chyba moja wyobraźnia za bardzo poddała się emocjom. Przecież on… Dlaczego pomyślałam, że może być inaczej?
— Matthew, dziękuję wam. Nie potrafię nawet tego wyrazić, jak bardzo jestem wam wdzięczna… za… — łzy same zaczęły wypływać z moich oczu, a silne dreszcze wzburzyły ciało. Otarłam łzy i próbowałam mówić dalej. — Gdyby nie wy, to nie wiem, jak mogłoby się to skończyć.
— Już po wszystkim. Postaraj się uspokoić, naprawdę nie musisz nam dziękować — mówił z troską i przejęciem. — Lekarz tu był, ale jeśli chcesz, możemy zabrać cię do szpitala.
— Nie… nie ma potrzeby, nic mi nie zrobił — przetarłam ręką szyję, w miejscu, gdzie twarz tego zboczeńca przyklejała się do mnie. Wypierałam myśli o jego dotyku, bo liczyło się tylko to, że do niczego nie doszło, a oni są cali.
— Max kazał mi zadbać o to, abyś bezpiecznie dotarła do domu, więc kierowca już na was czeka.
Patrzyłam na niego, myśląc, że się przesłyszałam. Max zadbał o nas? Ale z zamyślenia wyrwała mnie moja przyjaciółka.
— Marika, kochanie, idę po dziewczyny i pojedziemy, tak? — kiwnęłam głową, patrząc, jak wychodzi.
— Dobra, to transport mamy ustalony, ale jest jeszcze jedna prośba… — kontynuował Matthew. — Potrzebujemy twojego numeru, bo raczej będziesz musiała złożyć zeznania — mówił ostrożnie, jakby bał się mojej reakcji.
— Rozumiem.
Uzasadnienie podania numeru było zrozumiałe, dlatego też zrobiłam to bez zastanowienia. Nie miałam jednak pewności, czy podałam go w prawidłowy sposób, bo przez wydarzenia i podane leki miałam okropny mętlik w głowie. Matthew zapisał numer i wyszedł. Zostałam sama z narastającym coraz bardziej bólem w skroniach i tabunem myśli. Chyba jeszcze nie dochodziło do mnie, że dziś mogłam stracić życie.
Kręciło mi się w głowie, więc powoli wyszłam na zewnątrz, gdzie czekały na mnie przerażone dziewczyny. Widząc oczy Lisy, zauważyłam, że płakała. Bałam się, że na nowo i ja się rozpłaczę, więc spojrzałam błagalnie, by starały się opanować.
— Jedźmy już do domu, bo głowa mi pęka i mam wrażenie, że za chwilę odpłynę.
Chwyciły mnie pod ramiona i poprowadziły w kierunku wyjścia. Kierowca czekał na nas tak, jak mówił Matthew. Jechaliśmy w stronę domu, a ja czułam, jak ciężkie są moje powieki. Byłam pewna, że jak tylko uda mi się zasnąć, to będzie to bardzo długi sen…
Sygnał telefonu w mojej torebce sprawił, że jedną ręką wygrzebałam go z jej dna, odblokowałam i odczytałam wiadomość.
„Cieszę się, że z Tobą wszystko w porządku. Max.”
Serce zabiło mi tysiąc razy szybciej, krew na nowo zaczęła krążyć, a powieki zrobiły się lekkie. Wpatrywałam się w ekran telefonu, czytając to jedno zdanie kilka razy.
Kierowca zatrzymał się pod moim domem, a przyjaciółki pomogły mi wysiąść. Nie czułam się już tak źle, jak parę minut wcześniej. Podziękowałyśmy za podwiezienie i ruszyłyśmy w stronę bloku, w którym znajdowało się moje mieszkanie. Było małe, ale bardzo przytulne. Dwa pokoje, kuchnia i moje królestwo, czyli łazienka. Od dwóch lat mieszkam w nim sama, ale wcześniej miałam współlokatorkę, która wyjechała do innego stanu na kontrakt z firmą farmaceutyczną.
Dziewczyny otworzyły drzwi i wszystkie weszłyśmy do salonu. Usiadłyśmy pozbawione wszelkiej mocy, z rozmazanym makijażem i potarganymi włosami. Wykończone wydarzeniami, nie miałyśmy siły nawet zdjąć szpilek z naszych nóg. Pierwsza poderwała się Lisa i stwierdziła, że musi się wykąpać, bo inaczej nie zaśnie. Zegar pokazywał piątą trzydzieści, a na dworze robiło się już jasno. Mija zasnęła w fotelu, więc jedynie przykryłam ją kocem i odgarnęłam włosy, które przysłoniły jej twarz. Sara czekała na wolną łazienkę, więc w międzyczasie poszła do sypialni poszukać koszulki do spania… Ja natomiast, jeszcze raz wzięłam do ręki telefon. Otworzyłam ponownie wiadomość od Maxa i zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam mu odpisać? Wystukałam parę liter, po czym je skasowałam i spróbowałam ponownie… Pokonałam wiele prób, nim napisałam coś w miarę sensownego.
„Dziękuję za to, że dziś uratowałeś mi życie. Mam nadzieję, że twoja rana szybko się zagoi i wrócisz do zdrowia. Dałam Ci niezapomniany prezent urodzinowy. Przepraszam. Naprawdę chciałabym móc cofnąć czas i sprawić, żeby to się nigdy nie wydarzyło. Marika”
Kliknęłam „wyślij”. Niech się dzieje… Chciałam mu podziękować za uratowanie życia i za to, że nie przeszli obok mnie obojętnie… bo przecież mogli.
Z koszmarnych myśli wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi łazienki, z której wyszła Lisa, a jej miejsce szybko zajęła Sara. Przyjaciółka ze zmartwioną miną podeszła do mnie i kucnęła przy moich kolanach.
— Jak tam kochana? Wszystko na pewno jest ok? — jej wzrok był pełen obawy.
— Teraz, jak jestem już z wami w domu, wszystko wydaje się tylko złym snem — uniosłam dłoń i założyłam kosmyk jej włosów za ucho. — Dostałam wiadomość od Maxa — patrzyłam na jej reakcję, kiedy o tym wspomniałam.
— Tak czułam, że nie wszystko może być przypadkiem — uśmiechnęła się prawie niewidzialnie. — Marika jesteś świadoma tego, że to facet, którego określamy „zaliczam i spadam”? Że…
— STOP — przerwałam, przysłaniając jej usta swoją dłonią. — Lisa, nie jestem głupia. Mam dwadzieścia pięć lat i już trochę wiem o życiu. Nie myśl więcej, niż ja sama myślę. Napisał do mnie, bo brał udział w tym całym zdarzeniu, którego przyczyną stałam się ja. Dziś jestem zbyt zmęczona, żeby to wszystko analizować.
— Jeśli chcesz, to jeszcze dziś, jak się trochę prześpimy „przeanalizujemy” to we cztery? — zaproponowała z uśmiechem.
— Myślę, że nie ma o czym debatować. On napisał, ja odpisałam, podziękowałam i uważam temat za zamknięty — stwierdziłam stanowczo.
— Okej, nie zamierzam na ciebie naciskać — przytuliła mnie i poszła do sypialni.
Dziewczyny często u mnie nocowały — szczególnie w weekendy — dlatego każda z nich miała tu swoje ulubione miejsce. Dziś tylko Mija zasnęła w fotelu mimo, że zawsze śpi razem z Sarą na kanapie, a Lisa ze mną w sypialni. Sara wyszła z łazienki, więc teraz ja ostatkiem sił, zwlekłam się z kanapy i ruszyłam w jej kierunku — po drodze zrzucając z nóg swoje złote szpilki. Nalałam sobie wody do wanny i zmyłam makijaż. Zdjęłam z siebie sukienkę i zanurzyłam się w idealnej temperaturze wody. Było mi dobrze, czułam, jak opuszczają mnie wszystkie złe emocje, nagromadzone tej nocy. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się zapachem olejku dodanego do wody. Wzdrygnęłam się na dźwięk sygnału komórki, która zawibrowała, dając znać nadchodzącej wiadomości. Mokrą dłonią sięgnęłam po telefon i odczytałam tekst.
„Nie dziękuj, a tym bardziej nie przepraszaj. Mam jeden powód, dla którego ja, nie chciałbym cofnąć czasu…
P.S. Prezent na zawsze, bardzo mi się podoba.”
Uśmiechałam się do siebie, gdy czytałam co napisał. Miałam mętlik w głowie. O jakim powodzie myślał?
„Zdradź mi proszę ten powód.”
Wysłałam i odłożyłam telefon. Zanurzyłam się ponownie w wodzie, ale poczułam, że nie jest już tak przyjemnie ciepła — sięgnęłam po ręcznik i wyszłam, odprężona. Lisa już spała, więc cichutko wsunęłam się pod kołdrę i jeszcze raz zerknęłam na telefon, na który właśnie przyszła odpowiedź:
„Wyjaśnię Ci to jak się spotkamy…”
Patrzyłam na treść wiadomości i wiedziałam, że to nie może się wydarzyć. Spotkanie z nim oznaczałoby relację, a ja nie chcę się w nic angażować… nie z nim. My kobiety dużo częściej ulegamy uczuciom, dlatego muszę się chronić przed jego urokiem. Do końca życia będę mu wdzięczna za uratowanie życia i zapewne nigdy nie zdołam się za to odwdzięczyć. Jeśli się kiedyś zobaczymy, to jeszcze raz mu za to podziękuję.