-
nowość
Kolekcjoner zbrodni - ebook
Kolekcjoner zbrodni - ebook
Niektóre przedmioty pamiętają więcej niż ludzie
Nina od lat odnawia stare przedmioty. Wie, że każda rysa, każde pęknięcie i każdy ślad zużycia mają swoje znaczenie. To jednak nie tylko zasługa intuicji. Kiedy dotyka rzeczy, widzi obrazy z przeszłości ich właścicieli – urywki cudzych historii, wspomnienia zapisane w materii.
Gdy w jej pracowni pojawia się tajemniczy klient i oddaje przedmioty oznaczone wizytówką z inicjałami P.G.H., Nina od razu wyczuwa, że coś jest nie w porządku. Rzeczy, które trafiają w jej ręce, noszą ślady cierpienia i śmierci.
Każdy kolejny artefakt prowadzi ją bliżej prawdy o mężczyźnie, który za fasadą elegancji skrywa twarz bezwzględnego mordercy. Wizje stają się coraz bardziej brutalne, a granica między przeszłością a teraźniejszością zaczyna się zacierać. Wkrótce Nina odkrywa, że nie tylko obserwuje cudze koszmary – sama staje się częścią mrocznej gry…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-689-5 |
| Rozmiar pliku: | 9,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rankiem wróciłam do pracowni, próbując wmówić sobie, że wczorajsze obrazy to tylko zmęczenie. Poranki w tej dzielnicy zawsze wydawały się trochę zbyt głuche.
Kiedy otworzyłam drzwi pracowni, powitał mnie zapach mokrego bruku po nocnym deszczu i świeżo mielonej kawy, która dolatywała z kawiarni na rogu. Z ulicy dobiegł odgłos kroków. Szybki stuk obcasów kobiety, która zniknęła za zakrętem, zostawiając po sobie echo, krótkie i puste jak niedopowiedziane słowo.
Za to w środku pachniało tak samo jak wczoraj: drewnem, kurzem i metalem. Broszka leżała przykryta kawałkiem płótna, jakby próbowała schować się przede mną, lecz nawet pod materiałem przyciągała mój wzrok. Usiadłam przy stole i przez chwilę wahałam się, czy po nią sięgnąć.
Usłyszałam znajomy brzęk kluczy przy pasku i dźwięk dzwonka nad drzwiami.
– Dzień dobry, panno Nino. – Pan Feliks wszedł, szurając pantoflami. Zsunął kaszkiet i poprawił kamizelkę, a srebrny łańcuszek od zegarka błysnął w świetle, jakby sam chciał zwrócić na siebie uwagę. – Miałem wczoraj klienta. Oglądał zegary, ale, powiem panience, więcej patrzył na wasze okno niż na moją witrynę.
– Może po prostu spodobała mu się wystawa – odparłam, starając się, by mój głos zabrzmiał lekko, choć poczułam ukłucie w żołądku.
– A może szukał czegoś innego – mruknął. – Tak długo się gapił, że mój stary zegar zdążył wybić pełną godzinę. – Zaśmiał się krótko, tak jak zawsze, kiedy chciał złagodzić własne słowa. – Jakby co, mam oko na ulicę.
Jego troska była niby żartem, a jednak miała w sobie nutę niepokoju. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi otworzyły się raptownie i wparowała przez nie Laura.
Jej włosy były upięte w niedbały kok, z którego uciekały pojedyncze kosmyki. Na ustach lśnił malinowy błyszczyk, a całość sprawiała, że wyglądała jak dziewczyna idąca na randkę, nie do pracy. Złapałam się na tym, że przez ułamek sekundy widziałam w niej samą siebie. Gdyby ktoś spojrzał z daleka, mógłby bez wahania nas pomylić. Ten drobny szczegół sprawiał, że czasem czułam dziwny dyskomfort, jakby odbicie w lustrze miało własne życie i niekiedy wymykało się spod kontroli.
– Zgadnij, kto pytał o ciebie wczoraj, kiedy wyszłaś wcześniej? – rzuciła od razu, zdejmując płaszcz. – Elegancki facet. Garnitur skrojony jak z katalogu, zegarek jak z reklamy.
– Może klient. – Wzruszyłam ramionami, ale w środku poczułam, że coś się zaciska.
– Może. Ale serio, miałam wrażenie, że zaraz zacznie recytować slogan o luksusie i sukcesie. – Uniosła brwi i uśmiechnęła się półgębkiem. – Nie spodobał mi się. No, chyba że przyszedł po ciebie, pani profesor – dodała z przekąsem. – Jeszcze trochę i będziesz miała fanclub.
– Wystarczy mi jeden klient naraz – mruknęłam, ale ona tylko przewróciła oczami.
Laura Ostoya pojawiła się w pracowni kilka miesięcy temu. Miała odbyć u mnie staż, ale szybko stało się jasne, że jest kimś więcej niż pomocnicą. Dojeżdżała metrem trzy przystanki z sąsiedniej dzielnicy, zawsze punktualna, zawsze z energią, której mnie często brakowało. Wiedziałam, że mieszka tylko z mamą, może dlatego miała w sobie tyle samodzielności i troski.
Nazwisko miała proste, ale znaczące. Ostoya – jak oparcie, jak bezpieczne miejsce, do którego wraca się bez wahania. I coś w tym było. Przy niej też czułam się bezpieczniej. Mogłam na niej polegać w każdej drobnej sprawie. Czasem łapałam się na tym, że traktuję ją bardziej jak młodszą siostrę niż pracownicę.
Rozsiadła się na ladzie, jakby przyszła tu tylko na kawę, a nie do pracy. Oplotła kubek dłońmi i westchnęła ciężko.
– Wiesz, jakie mam dziś zajęcia? – zapytała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Odnowa metalu. Brzmi poważnie, nie? Profesor powtarza, że każdy ślad korozji jest jak choroba i trzeba ją leczyć chirurgicznie.
– I? – Uniosłam brew.
– I nuda – parsknęła. – Siedzę tam z lupą, oglądam śrubki, zapięcia, gwoździki, a wszystko pachnie jak stary warsztat rowerowy. Serio, mam wrażenie, że wdycham rdzę. – Pokręciła głową, a pasmo włosów wymsknęło się z koka i opadło jej na czoło. – Wolę drewno – dodała po chwili. – Drewno pachnie lepiej. Nawet jak jest spróchniałe. Ma w sobie coś… spokojnego. Jakby przechowywało las, z którego zostało zabrane.
– A metal? – spytałam. – On też coś przechowuje.
– Jasne – skrzywiła się. – Smar, pył i kurz. Za taki bagaż to ja dziękuję.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jak zwykle potrafiła rozbroić wszystko jednym zdaniem.
Rozpakowałyśmy paczki z kilkoma przedmiotami od różnych klientów. Wyjęłam medalion – srebrny, owalny, z delikatnym grawerem. Pozostałe przedmioty oddałam młodej, by przy pierwszych oględzinach oceniła, jakiej pracy będą wymagać. Tylko ten jeden zatrzymałam. Nie pozwalał się odłożyć, jakby przywoływał mnie do siebie i cichym szeptem domagał się uwagi.
Zatrzymałam dłoń tuż nad przedmiotem. Zawsze mam w sobie ten sam moment zawahania; sekundę, kiedy myślę, czy naprawdę chcę wiedzieć, co się w nim ukrywa. To nigdy nie jest pewne. Czasem nic się nie dzieje, zostają tylko zwykły chłód metalu i cisza. Bywa, że pojawiają się obrazy dobre: krótki uśmiech, dotyk zakochanych, śmiech dzieci, ktoś, kto dostał wreszcie wymarzony prezent. Ale takie chwile są rzadkie. Żeby przedmiot zachował radość, musi być naprawdę ważny i noszony z uczuciem. Znacznie częściej trafiam na cierpienie. Ból zapisuje się w rzeczach szybciej niż szczęście. I wtedy wiem, że nie mam wyboru. Dotykam, a wraz z tym przyjmuję cudzy gniew, krzyk albo samotność.
Gdy się w końcu odważyłam, obraz przeszył moją głowę.
WIZJA
Tym razem kobieta siedzi przy stole. Ciemna suknia opina jej ciało, rękawy z mankietem drżą razem z ciałem. Przed nią pali się świeca. Płomień trzęsie się na knotku, rzuca drgające cienie na ścianę. Cienie wyglądają jak ręce, które wyciągają się ku niej.
_W dłoniach trzyma medalion. Srebrny, owalny, w środku fotografia zdaje się oddychać wraz z jej dotykiem. Zaciska go, otwiera, zamyka, znów otwiera – ruchy nerwowe, jakby ten przedmiot parzył, a jednocześnie nie pozwalał się od siebie oderwać._
_Świeca syczy. Z jej wosku spływa kropla, parzy skórę, zostawia czerwony ślad. Dreszcz przeszywa ją mocniej._
_Zapach dymu staje się ciężki, nieprzyjemny, gryzie w gardło, wciska się w nozdrza jak coś obcego. Czuję go razem z nią, tak realnie, że mam ochotę odwrócić głowę._
_I nagle szept. Niewyraźny, ledwie słyszalny, jakby ktoś stał za ścianą. Jedno słowo. Nie należało do niej. Nie było nawet ludzkie w brzmieniu – zbyt ostre, zbyt chropowate._
_Medalion zatrzaskuje się w jej uścisku. Dźwięk metalu jest tak głośny, że zagłusza wszystko inne._
Świeca gaśnie, jakby ktoś brutalnie ją zdmuchnął. Ciemność spada natychmiast, bez cienia przejścia. Widzę tylko jej twarz, ostatni błysk oczu rozszerzonych ze strachu.
_Ból. Ostry i nagły. Brak powietrza. Krew. Puls zamiera, serce cichnie, a wraz z nim wszystko. Zostaj_ą _ciemność i cień, który odchodzi._
_A potem – pustka._
Odłożyłam medalion. Wciągnęłam powietrze, jakbym mogła w ten sposób pozbyć się obrazu. Bez skutku. Palce kurczowo zaciskały się na krawędzi blatu, a ja walczyłam, żeby utrzymać się na nogach. Jeszcze moment i runęłabym na podłogę.
– Wszystko okej? – spytała stażystka, marszcząc brwi.
– Tak. – Uśmiechnęłam się na siłę. – Po prostu muszę uważać, żeby nie uszkodzić zdobienia.
Otarłam twarz dłonią, jakbym mogła zetrzeć z siebie ślad tego obrazu. Ale on zostanie. Zawsze zostaje. W niektórych rzeczach zapisują się zwykły ból, kłótnia, cios, upokorzenie. Ale w tych… jest coś gorszego. Ten ostatni oddech, moment, kiedy ktoś już wie, że nie ma ucieczki. Nie muszę widzieć wszystkiego, żeby to poczuć. To wchodzi we mnie od razu, jak zimny ciężar, którego nie da się zrzucić. I wiem, że takie przedmioty noszą w sobie nie tylko wspomnienie krzyku, ale samą śmierć.
Ostoya poszła na zaplecze, a mój wzrok powędrował do broszki z wczoraj. Do obrazu z ostatniego tchu. Delikatnie odsunęłam płótno i dotknęłam jej końcem palców. Chłód był silniejszy, przenikający aż do karku. Poczułam ucisk w skroniach, a potem to znajome wrażenie, że ktoś stoi za mną.
Odwróciłam się gwałtownie. Drzwi były uchylone. Przecież zamknęłam je chwilę temu. Podeszłam do witryny, ale ulica była pusta; jedynie krople deszczu błyszczały na chodniku.
Kiedy wróciłam za ladę, zobaczyłam na blacie coś, czego nie było wcześniej. Zwykłą kremową kopertę i puzderko z zegarkiem w środku. Żadnego znaczka, adresu, tylko czysty papier.
Otworzyłam ją powoli. W środku znajdowała się wizytówka z wytłoczonym złotym monogramem – trzy splecione litery P.G.H. Żadnego nazwiska. Żadnego wyjaśnienia.
Nie wiedziałam jeszcze, że te inicjały zmienią wszystko.